Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców - Franz Kafka - ebook
Opis

Nigdy dotąd w Polsce niepublikowane listy Franza Kafki.
Wybrał, przełożył i komentarzem opatrzył Robert Urbański. Współpraca: Anna Urbańska.


Czy Kafka pisał wiersze? Czy był zakochany w innych kobietach oprócz Felicji i Mileny? Jakie książki czytał? Lubił chodzić do teatru? Co jadał? Jak znosił walkę z chorobą? I z kim dzielił się swymi przemyśleniami?
Mniej lub bardziej zaskakujące odpowiedzi może przynieść lektura nigdy dotąd w Polsce niepublikowanej korespondencji Franza Kafki. Począwszy od wpisu do pamiętnika, który zrobił, mając siedemnaście lat, przez kartki pocztowe, dedykacje oraz listy, kończąc na tym ostatnim, napisanym do rodziców dzień przed śmiercią - to historia życia ujęta w obszernej korespondencji.
Listy do szkolnych kolegów Kafki (m.in. Oskara Pollaka, Oskara Bauma) oraz późniejszych oddanych przyjaciół (Maksa Broda, Feliksa Weltscha, Roberta Klopstocka), do kobiet, z którymi był związany, poza znanymi już Felicją i Mileną, do rodziców i sióstr, głównie do najmłodszej, ukochanej Ottli, do wydawców (m.in. Kurta Wolffa) oraz wielu innych przedstawicieli kultury i sztuki - wszystkie one kryją mnóstwo skarbów. Można w nich odnaleźć fragmenty utworów Kafki, dowiedzieć się, które lektury szczególnie go zajmowały, jaki miał stosunek do najbliższych mu osób, jak się układały jego relacje z wydawcami, czym był pochłonięty na co dzień, jak znosił trudy miłości. Można obserwować nie tylko ewolucję poglądów czy sposobu myślenia Kafki, lecz także stylu pisania - od młodzieńczej kwiecistości, metaforyzacji języka do późniejszej lapidarności.
Listy... to szansa na obcowanie z prawdziwymi perłami epistolografii.

Zainteresuje Cię to, kochana Ottlo, że w hotelu Pod Rumakiem po drugiej stronie zjadłem pieczeń jagnięcą z ziemniakami i borówkami, potem omlet, a do tego wypiłem buteleczkę wina jabłkowego. W tym samym czasie dużą ilością mięsa, którego, jak wiadomo, nie mogę pogryźć, częściowo nakarmiłem kota, a częściowo tylko uświniłem podłogę. Potem przysiadła się do mnie kelnerka i rozmawialiśmy o Falach morza i miłości, na które postanowiliśmy pójść niezależnie od siebie wieczorem. To smutna sztuka.
z listu do Ottli Kafki, 25 lutego 1911

Droga Minze, z pewnością wolno wysyłać takie listy, a zwłaszcza takie. Inne, bardziej spójne, mniej roztargnione mogą często wbrew woli zakrywać istotę rzeczy, taki kruchy list, rozpadający się na kilka osobnych wątków, niczego nie zakrywa, wtedy tak naprawdę tylko od siły wzroku zależy, ile się dostrzeże, taki list jest poufny, jakby się było w tym samym mieszkaniu, oddzielonym wprawdzie przez tysiąc pokojów, których drzwi jednak rzędem stoją otwarte, tak że można Panią, nawet jeśli rzecz jasna tylko bardzo małą i niewyraźną, zobaczyć w ostatnim pokoju, a to, co widać, Minze, nie wydaje mi się ani bardzo piękne, ani bardzo wesołe, ani bardzo dobre.
z listu do Minze Eisner, luty 1920

To i wiele innych rzeczy przemawia za wizytą, ale zbyt wiele przemawia przeciw. Po pierwsze ojciec nie będzie mógł przyjechać prawdopodobnie z powodu trudności paszportowych. To oczywiście odbiera wizycie dużą część sensu, przede wszystkim jednak matka będzie przez to, ktokolwiek inny by jej towarzyszył, za bardzo na mnie skupiona, skoncentrowana, a ja wciąż nie jestem bardzo piękny i w ogóle wart oglądania. [...] A jeśli dołożycie do tego, że mogę mówić tylko szeptem, a i to nie za często, wy też chętnie przesuniecie wizytę.
z listu do Julie i Hermanna Kafków, 2 czerwca 1924

Robert Urbański (ur. 1976) - dramaturg, tłumacz, literaturoznawca. Kierownik literacki Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, dla którego napisał sztuki Wschody i Zachody Miasta (2003, wersja TV 2005), Szaweł (2004), Operacja „Dunaj" (2006) i Łemko (2007). Jest współscenarzystą (wraz z Jackiem Kondrackim) polsko-czeskiego filmu fabularnego Operacja „Dunaj" w reżyserii Jacka Głomba oraz współautorem powieści pod tym samym tytułem (W.A.B. 2009).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 866

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Wybrał, przełożył i komentarzem opatrzył Robert Urbański

Współpraca Anna Urbańska

Redaktor serii: Adam Pluszka

Redakcja: Magdalena Kędzierska-Zaporowska

Korekta: Mariola Hajnus, Elżbieta Jaroszuk

Indeks zestawiła: Elżbieta Jaroszuk

Redakcja techniczna: Alek Radomski

Projekt okładki i stron tytułowych: StudioPage Graph,

na podstawie koncepcji graficznejmamastudio

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie:

ISBN 978-83-7747-363-4

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

1900

Do Selmy Kohn[1]

Wpis do pamiętnika

Jak wiele słów jest w tym tomiku!

Powinny pamiętać! Tak jakby słowa mogły pamiętać!

Słowa są bowiem złymi alpinistami i złymi górnikami.

Nie przynoszą skarbów ze szczytów gór ani z głębin kopalni!

Ale istnieje żywa pamięć, która delikatnie pogładziła wszystko, co warte wspomnienia, jakby pieszczotliwą dłonią. I gdy z tych popiołów powstanie płomień, lśniący i gorący, gwałtowny i silny, a Ty wpatrzysz się weń niby zaklęta, wówczas…

Ale nie można niezdarną dłonią i topornym narzędziem wpisać się w tę nieskalaną pamięć, można tylko na te białe, skromne strony. To uczyniłem 4 września 1900 roku.

Franz Kafka

1902

Do Oskara Pollaka[2]

Praga, 4 lutego 1902

Gdy szedłem z Tobą w sobotę, stało się dla mnie jasne, czego nam potrzeba. Piszę jednak do Ciebie dopiero dziś, takie rzeczy muszą się bowiem uleżeć. Gdy rozmawiamy ze sobą, słowa są twarde, idzie się po nich jak po podłym bruku. Najsubtelniejsze tematy zaczynają powłóczyć nogami i to nie nasza wina. Niemal stoimy sobie na drodze, uderzam w Ciebie, a Ty – nie ośmielę się, a Ty…

Doszedłszy do spraw, które nie mają zgoła nic wspólnego z ulicznymi kamieniami albo z „Kunstwartem”[3], nagle widzimy, że mamy kostiumy z maskami, niezgrabnie gestykulujemy (zwłaszcza ja, tak), a potem nagle stajemy się smutni i zmęczeni. Czy byłeś już z kimkolwiek tak zmęczony jak ze mną? Dość często chorujesz. Wtedy pojawia się moje współczucie i nie mogę nic zrobić, nic powiedzieć, i pojawiają się słowa spazmatyczne i niedorzeczne, jakie – i to lepsze – dostaniesz od byle kogo, a potem milknę ja i milkniesz Ty, i Ty będziesz zmęczony, i ja będę zmęczony, a wszystko jest jakimś głupim rozgoryczeniem i nie opłaca się ruszyć palcem. Ale żaden nie chce tego drugiemu powiedzieć ze wstydu czy ze strachu albo – widzisz, boimy się siebie nawzajem, albo ja…

Rozumiem jednak, że jeśli latami stoi się pod obrzydliwym murem, a on nie chce się nawet nadkruszyć, człowiek się męczy. A przecież mur martwi się o siebie, o ogród (jeśli jest), Ty zaś zaczynasz się gniewać, ziewasz, boli Cię głowa, nie wiesz, o co chodzi.

Musiałeś przecież zauważyć, że zawsze gdy spotykamy się po dłuższym czasie, jesteśmy rozczarowani, niezadowoleni, póki nie przywykniemy do tego niezadowolenia. Musimy więc zasłaniać się słowami, aby nie widzieć ziewania.

***

Przestraszyłem się, że nie zrozumiesz całego tego listu. Czego on chce? Bez zakrętasów, woali i brodawek. Kiedy z sobą rozmawiamy, przeszkodą są dla nas rzeczy, o których powiedzieć chcemy, lecz nie potrafimy, i tylko wypowiadamy je tak, że się nawzajem nie rozumiemy, wręcz ignorujemy, wręcz wyśmiewamy (ja mówię: „Miód jest słodki”, ale mówię to cicho lub głupio czy stylistycznie nieprawidłowo, Ty zaś mówisz: „Piękna dziś pogoda”. Ta rozmowa już zmierza w złym kierunku), a ponieważ stale próbujemy i nigdy nie wychodzi, stajemy się zmęczeni, niezadowoleni, twardogłowi. Gdybyśmy próbowali pisać, byłoby łatwiej, niż kiedy mówimy – moglibyśmy bez żenady mówić o ulicznych kamieniach i o „Kunstwarcie”, bo to, co lepsze, byłoby bezpieczne. O tym jest ten list. Czy to napad zazdrości?

Nie mogłem wiedzieć, że będziesz czytać również tę ostatnią stronę, i tak oto nagryzmoliłem te dziwactwa, chociaż nie należą one do listu.

Rozmawiamy ze sobą trzy lata, w niektórych sprawach nie ma wręcz tego, co moje i co Twoje. Często nie umiałbym powiedzieć, co jest ze mnie, a co z Ciebie, a być może i z Tobą tak będzie.

Cieszę się więc niezwykle, że chodzisz z tą dziewczyną. To Twoja rzecz; mnie ona jest obojętna. Ale często rozmawiasz z nią nie tylko z uwagi na samą rozmowę. Może się zdarzyć, że będziesz z nią szedł gdzieś tu czy tam albo w Roztoku, a ja będę siedział w domu za biurkiem. Rozmawiasz z nią, a w środku zdania ktoś wyskakuje i się kłania. To ja z moimi nieociosanymi słowami i kanciastymi minami. Trwa to przez mgnienie oka i już mówisz dalej. Siedzę w domu przy biurku i ziewam. Już tak się czułem. Czyżbyśmy się od siebie oddalali? Czy to nie dziwne? Czy jesteśmy wrogami? Jesteś mi bardzo drogi.

Do Oskara Pollaka

Liboch, st.[4]nadejścia: 12 sierpnia 1902

Jeśli kto leci przez świat w siedmiomilowych butach, od lasów czeskich do lasów Turyngii, wiele wysiłku kosztuje, żeby go złapać albo choć musnąć palcami skrawek jego płaszcza. Nie może on z tego powodu się złościć. Teraz jest więc za późno na Ilmenau. Ale w Weimarze – jest w tym chociaż jakiś ostateczny cel? – będzie Cię oczekiwał list wypełniony po brzegi dziwactwami, które właśnie wskutek długiego leżenia we wspomnianym miejscu nabiorą mocy i subtelności. Miejmy nadzieję,

Twój Franz

Do Oskara Pollaka

Praga, st. 24 sierpnia 1902

Siedziałem przy moim pięknym biurku. Nie znasz go. Jakżebyś mógł. Jest to mianowicie po mieszczańsku pomyślane biurko, które ma wychowywać. Tam, gdzie są zwykle kolana piszącego, ma ono dwa przerażające drewniane szpice. A teraz uważaj. Kiedy piszący siądzie spokojnie, ostrożnie, i pisze coś mieszczańskiego, jest mu dobrze. Ale biada, jeśli się zacznie ekscytować i ciało choćby trochę zadrży – wówczas niechybnie ma się owe szpice w kolanach, a jakiż to ból. Mógłbym Ci pokazać granatowe siniaki. I ma to znaczyć: „Nie pisz nic, co wywołuje emocje, i nie pozwól przy tym ciału drżeć”. Siedziałem więc przy swoim pięknym biurku i pisałem drugi list do Ciebie. Wiesz, jeden list jest jak baran przewodnik stada, podobnie jak on ciągnie za sobą dwadzieścia listów-owiec.

Brr, oto raptownie otwarły się drzwi. Kto tu wszedł bez pukania? Nieuprzejmy typ. Ach, to ukochany gość. Pocztówka od Ciebie. Dziwnie było z tą pierwszą pocztówką, którą tu dostałem. Czytałem ją niezliczoną liczbę razy, zanim nie poznałem całego Twego abecadła, i dopiero gdy wyczytałem więcej, niż było tam napisane, nadeszła pora, by to przerwać i zniszczyć list. Zrobił rach-ciach i był martwy.

Wyczytałem oczywiście to jedno, co było tam rozwlekle ujęte i zgoła niemiłe w lekturze: ze złym, przeklętym Krytykusem[5]w sobie idziesz przez kraj, a tego się robić nie powinno.

Ogólnie jednak zwodnicze i fałszywe wydaje mi się to, co piszesz o Narodowym Muzeum Goethego[6].Wkroczyłeś z urojeniami i szkolnymi przemyśleniami, zacząłeś wkrótce zrzędzić na nazwę. „Muzeum” jest wprawdzie dobre, ale „narodowe” wydaje się jeszcze lepsze, bynajmniej nie jako objaw bezguścia albo desakralizacja czy coś podobnego, jak piszesz, lecz jako najsubtelniejsza, cudownie arcysubtelna ironia. To bowiem, co piszesz o pracowni, Twojej największej świętości, nie jest znów niczym innym jak urojeniem i szkolną refleksją z odrobiną germanistyki – niech ją piekło pochłonie.

Do diabła, to było łatwe, utrzymywać w porządku ową pracownię, a następnie zrobić z niej „muzeum dla narodu”. Każdy cieśla i tapicer – jeśli był tym właściwym, który wiedział, jak cenić łyżkę do butów należącą do Goethego – był w stanie to zrobić i zasługiwał na wszelkie pochwały.

Wiesz jednak, co jest najświętszą rzeczą, jaką możemy w ogóle mieć jako pamiątkę po Goethem… Ślady stóp po jego samotnych spacerach przez kraj byłyby tym właśnie. A teraz przychodzi żart, wyborny, przy którym dobry Pan Bóg gorzko płacze, a piekło dostaje całkiem piekielnych spazmów ze śmiechu – tego, co najświętsze w kimś obcym, mieć nigdy nie możemy, tylko to, co własne – oto żart, nader wyborny. Podawałem Ci go już kiedyś w drobniutkich kawałkach – w ogrodach Chotka[7]; ani nie płakałeś, ani się nie śmiałeś, nie jesteś bowiem ani dobrym Panem Bogiem, ani złym diabłem.

Tylko zły Krytykus (szpetota Turyngii) żyje w Tobie i to jest ów podrzędny diabeł, którego powinno się jednak pozbyć. I tak chcę ku Twemu pożytkowi i pobożności opowiedzieć Ci dziwną historię, jak ongiś […], nad którego duszą niech Bóg świeci, został zwyciężony przez Franza Kafkę.

Gonił za mną bezustannie, gdziekolwiek ległem czy stanąłem. Gdy leżałem na murze winnicy i patrzyłem na krajobraz, i być może spoglądałem na coś drogiego lub słuchałem tego, co tam daleko za górami, możesz być pewien, że nagle ktoś dość hałaśliwie podniósł się za murem, uroczyście powiedział: „Mee, mee”, i dostojnie wyraził swój trafny pogląd, że piękny krajobraz zdecydowanie zasługiwałby na rozprawę. Wyłożył szczegółowo plan gruntownej monografii lub miłosnej sielanki i udowodnił, że jest faktycznie przekonujący. Nie mogłem mu przeciwstawić nic prócz siebie, a to było dość mało.

***

Nie wyobrażasz sobie, jak mnie to wszystko teraz dręczy. Wisielczy humor i wiejskie powietrze były wszystkim, co Ci opisałem, a jaskrawy dzień, który kłuje w oczy, jest tym, o czym napiszę Ci teraz. Był tutaj wuj z Madrytu[8](dyrektor na kolei), ze względu na niego byłem też w Pradze. Krótko przed jego przybyciem miałem dziwny, niestety bardzo dziwny pomysł, aby go prosić, nawet nie prosić, zapytać, czy nie umiałby mi pomóc wydobyć się z tego wszystkiego, czy nie mógłby mnie gdzieś poprowadzić, gdzie wreszcie mógłbym szybko i śmiało wziąć się do pracy. A więc dobrze, ostrożnie zacząłem. Nie ma potrzeby opowiadać Ci tego ze szczegółami. On zaczął mówić z namaszczeniem, choć jest skądinąd bardzo miłym człowiekiem, pocieszał mnie, dobrze, dobrze. Koniec, kropka. Natychmiast zamilkłem, nic już właściwie nie chcąc, i w ciągu tych dwóch dni, które z jego powodu spędziłem w Pradze, choć byłem przy nim cały dzień, już o tym nie rozmawialiśmy. Dziś wieczór odjeżdża. Jadę jeszcze na tydzień do Liboch, potem na tydzień do Triesch[9], potem z powrotem do Pragi, a potem do Monachium, studiować, tak, studiować. Czemu stroisz miny? Tak, tak, będę studiował. Właściwie po co Ci to wszystko piszę? Wiedziałem chyba, że to było beznadziejne, po co miałoby się własne nogi. Po co Ci o tym napisałem? Żebyś wiedział, jaki jest mój stosunek do życia, które podskakuje teraz na kamieniach jak marny dyliżans pocztowy, kolebiący się z Liboch do Dauby[10]. Musisz mieć zatem współczucie i cierpliwość dla

Twojego Franza

Ponieważ nie pisałem do nikogo więcej, nie byłbym zadowolony, gdybyś powiedział komuś o moich niekończących się listach. Nie rób tego. Jeżeli zechcesz mi odpowiedzieć, co byłoby nader miłe, możesz jeszcze przez tydzień na stary adres: Liboch-Windischbauer, później Praga, Zeltnergasse 3.

Do Oskara Pollaka

Liboch, koniec sierpnia / początek września 1902

Przedziwny jest czas, który tu spędzam, co pewnie zauważyłeś, a ja potrzebowałem tak przedziwnego czasu, czasu, gdy godzinami leżę na murze winnicy i gapię się na deszczowe chmury, które nie chcą stąd odejść, albo na dalekie pola, które stają się coraz dalsze, kiedy ma się w oczach tęczę, albo gdy siedzę w ogrodzie i opowiadam dzieciom bajeczkę (zwłaszcza sześcioletniej blondyneczce, o której kobiety mówią, że jest milutka), albo buduję zamki z piasku, albo bawię się w chowanego, albo rzeźbię stoły, co – Bóg mi świadkiem – nigdy dobrze nie wychodzi. Przedziwny czas, czyż nie?

Albo gdy idę przez pola, które stoją teraz całe brązowe i żałosne, z porzuconymi pługami, całkiem srebrzyście jednak lśniącymi, gdy potem mimo wszystko przyjdzie owo późne słońce i rzuci na bruzdy mój długi cień (tak, mój długi cień, być może przejdę jeszcze po nim do Królestwa Niebieskiego). Czy dostrzegłeś już, jak cienie późnego lata tańczą na zoranej, ciemnej ziemi, jakby były żywe? Czy dostrzegłeś, jak ziemia podnosi się ku jedzącej krowie, jak ufnie się podnosi? Czy dostrzegłeś już, jak ciężka, tłusta gleba kruszy się pod zbyt delikatnymi palcami, jak dostojnie się kruszy?

Do Oskara Pollaka

Praga, st. 20 grudnia 1902

Praga nie popuszcza. Żadnemu z nas. Ta mateczka ma szpony. Dlatego trzeba uciekać albo… Musielibyśmy podpalić ją z dwóch stron, na Wyszehradzie i na Hradczanach, wówczas moglibyśmy się uwolnić. Być może rozważysz to do karnawału.

Wiele już przeczytałeś, ale przykrej historii wstydliwego dryblasa i nieuczciwego w swym sercu nie znasz. Jest bowiem nowa i trudna do opowiedzenia.

Wstydliwy dryblas ukrywał się w starej wsi między niskimi domkami i ciasnymi uliczkami. Uliczki te były tak wąskie, że gdy dwóch szło razem, musieli się w sąsiedzkiej przyjaźni ocierać o siebie nawzajem, a tak niskie były izby, że gdy wstydliwy dryblas prostował się na taborecie, wystawiał swą wielką, kanciastą łepetynę przez strop i był zmuszony nieumyślnie patrzeć z góry na słomiane dachy.

Nieuczciwy w swym sercu mieszkał w wielkim mieście, które upijało się co wieczór i co wieczór szalało. To właśnie jest szczęście miast. A jakie było to miasto, taki był i nieuczciwy w swym sercu. To właśnie szczęście nieuczciwych.

Pewnego dnia przed Bożym Narodzeniem dryblas siedział, przycupnąwszy przy oknie. W izbie nie było miejsca na jego nogi; wyciągnął je zatem wygodnie przez okno, gdzie się przyjemnie bujały. Swoimi niezgrabnymi, chudymi, pająkowatymi palcami dziergał wełniane pończochy dla wieśniaków. Szare oczy nadziewał wręcz na druty, gdyż było już ciemno.

Ktoś lekko zapukał w drewniane drzwi. Był to nieuczciwy w swym sercu. Dryblas rozdziawił gębę. Gość uśmiechnął się. I dryblas już zaczął się wstydzić. Zawstydzały go: jego wzrost, wełniane pończochy i izba.

Ale z tego wszystkiego nie poczerwieniał, tylko pozostał jak przedtem żółty niby cytryna. I z trudnością i wstydem ruszył swe kościste nogi, i wstydliwie wyciągnął do gościa dłoń. Ciągnęła się przez całą izbę. Następnie wyjąkał coś miłego w wełniane pończochy.

Nieuczciwy w swym sercu siadł na worku mąki i uśmiechnął się. Również dryblas się uśmiechnął, a jego oczy popełzły z zażenowaniem ku błyszczącym guzikom kamizelki gościa. Ów podniósł powieki i z jego ust wyszły słowa. Były one elegancikami w lakierkach oraz angielskich krawatach i z błyszczącymi guzikami, a gdyby zapytać je ukradkiem: „Wiesz, czym jest krew z krwi?”, któreś odpowiedziałoby zjadliwie: „Tak, mam angielski krawat”. A ledwie wyszły z ust, stanęły na czubkach butów i były wielkie, potem zaczęły sunąć w podrygach ku dryblasowi, pełznąć ku niemu, szczypiąc i gryząc, i wepchały się z wysiłkiem do jego uszu.

Dryblas zaczął się wówczas niepokoić, jego nos węszył po izbie. Boże, czemu powietrze jest tu tak duszne, stęchłe, nieświeże!

Nieznajomy nie przestawał. Opowiadał o sobie, o guzikach kamizelki, o mieście, o swoich uczuciach – barwnie. A opowiadając, kłuł dryblasa w brzuch ostro zakończoną laską. Ten drżał i szczerzył zęby – kiedy nieuczciwy w swym sercu przestał, był zadowolony i uśmiechał się, dryblas wyszczerzył zęby i grzecznie odprowadził gościa do drewnianych drzwi; tam wyciągnęli do siebie ręce.

Dryblas znów był sam. Płakał. Wycierał pończochami wielkie łzy. Bolało go serce, a nie mógł o tym nikomu powiedzieć. Ale niezdrowe pytania wspinały się od jego nóg do duszy.

Dlaczego do mnie przyszedł?

Bo jestem wysoki?… Nie, bo?…

Płaczę, współczując sobie czy jemu?

Ostatecznie kocham go czy nienawidzę?

Przysyła go mój Bóg czy mój diabeł??

Tak to dławiły wstydliwego dryblasa znaki zapytania.

Znów wziął się do pończoch. Nieomal wkłuł sobie druty w oczy. Było bowiem jeszcze ciemniej.

A więc rozważ to sobie do karnawału.

Twój Franz

1903

Do Oskara Pollaka

Przypuszczalnie Praga, 6 września 1903

Być może byłoby mądrze poczekać z tym listem, dopóki Cię nie zobaczę i nie dowiem się, co z Ciebie zrobiły te dwa miesiące, mnie bowiem te letnie miesiące – jak sądzę – w głównej mierze wyraźnie wytrąciły z rytmu. A poza tym tego lata nie dostałem od Ciebie ani karteczki, a poza tym nie zamieniłem z Tobą przez ostatnie pół roku ani słowa, które byłoby warte fatygi. Jest więc chyba możliwe, że wysyłam ten list do obcego, którego rozeźli jego natręctwo, albo do umarłego, który nie może go przeczytać, albo do mędrca, który go wyśmieje. Ale muszę ten list napisać, dlatego nie czekam chwili, gdy na przykład zobaczę, że napisać go nie miałem prawa.

Chcę bowiem od Ciebie czegoś, a chcę tego nie z przyjaźni czy zaufania, jak można by myśleć, nie, tylko z egoizmu, tylko z egoizmu.

Być może spostrzegłeś, że w to lato wchodziłem z mrzonkami, być może nawet z daleka zauważyłeś, czego chciałem od tego lata – powiem Ci: podźwignąć za jednym zamachem to, co, jak wierzę, w sobie mam (nie zawsze w to wierzę). Mogłeś to dostrzec jedynie z oddali i musiałbym całować Cię po rękach za to, żeś ze mną szedł, gdyż we mnie budziłoby grozę chodzenie z kimś, kogo usta wykrzywia złość. Ale to nie była złość.

Lato rozwarło mi więc trochę wargi, stałem się zdrowszy (dziś nie czuję się całkiem dobrze), stałem się silniejszy, przebywałem sporo między ludźmi, mogę rozmawiać z kobietami – trzeba, bym o tym wszystkim tu mówił – ale żadnych cudów mi to lato nie przyniosło.

Teraz jednak coś rozdziera mi usta na całą szerokość, a może łagodnie, nie, rozrywa, a ktoś stojący za drzewem mówi mi cicho: „Nic nie zrobisz bez innych”, ja jednak piszę teraz pełną znaczeń i wytworną składnią: „Pustelnia jest odrażająca, należy swe jaja znosić uczciwie przed całym światem, wysiedzi je słońce; należy gryźć raczej życie niż gryźć się w język; należy czcić kreta i jego zwyczaje, ale nie czynić go swoim świętym”. Wtedy ktoś, kto nie stoi już za drzewem, mówi do mnie: „Czy to w końcu prawda i to jest cudo tego lata?”.

(Tylko słuchajcie, tylko słuchajcie mądrego wstępu do tego przewrotnego listu. Dlaczego jest mądry? Biedak, który dotąd nie żebrał, pisze list żebraczy, w którego obszernym wstępie wzdychającymi słowy opisuje uciążliwą drogę wiodącą ku wiedzy, że nie żebrać byłoby występkiem).

Czy rozumiesz, co trzeba czuć, gdy przez całą długą noc musi się ciągnąć żółty dyliżans pocztowy pełen śpiących ludzi? Jest się smutnym, ma się kilka łez w kąciku oka, wlecze się wolno od jednego białego kamienia milowego do drugiego, ma się zgięte plecy i musi się wciąż patrzeć wzdłuż wiejskiej drogi, tam jednak nie ma nic prócz nocy. Do licha, jakże chciałoby się obudzić tych jegomościów w dyliżansie, gdyby się miało trąbkę pocztową.

Teraz możesz mnie wysłuchać, jeśli nie jesteś zmęczony.

Przygotuję Ci paczkę, w której będzie wszystko, co dotąd napisałem, czerpiąc sam z siebie albo z innych. Niczego nie będzie brakować prócz rzeczy dziecięcych (widzisz, to nieszczęście siedzi mi na karku od dzieciństwa), potem tego, czego już nie mam, potem tego, co uznałem nawet w tym kontekście za bezwartościowe, potem planów, gdyż są one uprawnymi polami dla ich posiadacza, a piaskiem dla innych, a wreszcie tego, czego nawet Tobie nie mogę pokazać, bo człowiek, nawet gdy prosił o to na kolanach, wzdryga się, stojąc całkiem nagi, a ktoś inny go dotyka. Poza tym przez ostatnie pół roku prawie nic nie napisałem. To więc, co pozostaje – nie wiem, ile tego jest – dam Ci, gdy mi napiszesz albo powiesz „tak” na to, co od Ciebie chcę.

Jest to mianowicie coś specjalnego i jeśli nawet w pisaniu takich rzeczy jestem bardzo niezdarny (bardzo ciemny), być może już to wiesz. Nie chcę od Ciebie odpowiedzi na to, czy cieszyłoby Cię czekanie tutaj albo czy można by z lekkim sercem podpalić stos, nie chcę nawet wiedzieć, co o mnie myślisz, nawet do tego bowiem musiałbym Cię nakłaniać, chcę więc czegoś łatwiejszego i trudniejszego, chcę, żebyś przeczytał te kartki, choćby to nawet było obojętne i odstręczające. Bo jest w tym także coś obojętnego i odstręczającego. To bowiem – dlatego tego chcę – co dla mnie najdroższe i najtrudniejsze, jest tylko chłodne, mimo słońca, a wiem, że dwoje obcych oczu może wszystko ocieplić i ożywić spojrzeniem. Piszę tylko „ocieplić i ożywić”, bo to pewne jak dwa razy dwa, skoro napisano: „Wspaniałe jest samodzielne uczucie, ale uczucie odwzajemnione działa efektywniej”.

O co więc tyle hałasu, no nie – wezmę kawałek (gdyż potrafię więcej, niż Ci daję, i będę potrafił – tak), kawałek mego serca, zapakuję go schludnie w kilka arkuszy zapisanego papieru i dam Tobie.

Do Oskara Pollaka

8 listopada 1903

Drogi Oskarze!

Być może cieszę się, że odjechałeś, cieszę się tak, jak musieliby się cieszyć ludzie, gdyby ktoś wspiął się na Księżyc, żeby ich stamtąd oglądać, ponieważ świadomość, że jest się obserwowanym z takiej wysokości i odległości dawałaby im jakąś – nawet jeśli maleńką – pewność, że ich ruchy, słowa i życzenia nie są nazbyt komiczne czy niedorzeczne, póki w obserwatoriach astronomicznych nie słychać śmiechu z Księżyca.

***

…Jesteśmy opuszczeni jak zbłąkane dzieci w lesie. Stojąc przede mną i na mnie patrząc, co wiesz o bólach, które są we mnie, i cóż ja wiem o Twoich. A gdybym padł przed Tobą, płakał i opowiadał, czegóż więcej dowiedziałbyś się o mnie niż o piekle, gdy ktoś Ci powie, że jest gorące i straszne. Choćby dlatego ludzie powinni stać przed sobą nawzajem z taką czcią, taką zadumą, taką miłością, jak przed bramą piekieł.

***

…Jeśli się tak jak Ty na długi czas umiera, korzyścią jest zobaczyć wszystkie sytuacje – które, jeśli się w nich tkwi, muszą koniecznie być niewyraźne – jasno w dobrym i złym świetle. Ale tak samo dziwnie wiedzie się temu, kto pozostaje przy życiu.

Spośród wszystkich młodych ludzi rozmawiałem właściwie tylko z Tobą, a jeśli już mówiłem z innymi, to tylko mimochodem lub z Twego powodu albo przez Ciebie czy w związku z Tobą. Byłeś dla mnie, poza wszystkim innym, również czymś w rodzaju okna, przez które mogłem patrzeć na ulice. Sam tego nie potrafiłem, bo pomimo mego wzrostu nie dosięgam jeszcze do parapetu.

Teraz będzie rzecz jasna inaczej. Teraz rozmawiam też z innymi, bardziej niezdarnie, ale bardziej obojętnie, i widzę, właściwie bez przygotowania, jak tu stałeś. Tu, w tym mieście, które jest Ci obce, jest kilku naprawdę mądrych ludzi, dla których byłeś kimś najgodniejszym czci. To najprawdziwsza prawda. A ja jestem na tyle próżny, że mnie to cieszy.

Nie wiem, dlaczego tak się działo, czy dlatego że byłeś skryty albo wydawałeś się skryty, albo chętnie udzielałeś gościny, albo kazałeś się domyślać, albo faktycznie oddziaływałeś, w każdym razie niektórzy sądzą, jakobyś od nich odszedł, chociaż Ty w końcu odszedłeś tylko od dziewczyny.

Twój list jest w połowie smutny, a w połowie wesoły. Wyjechałeś właśnie nie do lat chłopięcych, lecz do pól i lasów. Ale widzisz, od biedy widzimy ich wiosnę i lato, ale o ich jesieni i zimie wiemy tylko tyle, ile o Bogu w nas.

Dziś jest niedziela, więc zawsze przejeżdżają plac Wacława przez Graben[11]urzędnicy handlowi, wołają o niedzielną ciszę. Uważam, że ich czerwone goździki, ich głupie i żydowskie twarze oraz ich krzyk są czymś bardzo sensownym; to prawie tak, jakby dziecko chciało do nieba i wyło, i beczało, bo mu nie chciano dać taboretu. Ale tu zgoła nie chodzi o niebo. Tych innych jednak, którzy idą na Graben i uśmiechają się przy tym, gdyż sami nie wiedzą, jak korzystać z niedzieli, tych bym spoliczkował, gdybym miał na to odwagę i sam się nie uśmiechał. Tobie jednak na Twoim zamku[12]wolno się śmiać, gdyż tam, jak piszesz, niebo jest blisko ziemi.

Czytam Fechnera, Eckharta[13]. Niektóre książki działają jak klucze do nieznanych sal w naszym własnym zamku.

Rzeczy, które chciałbym Ci odczytać i które Ci prześlę, są fragmentami z książkiDziecko i miasto, którą sam mam tylko we fragmentach. Skoro chcę Ci je wysłać, muszę je przepisać, a to wymaga czasu. Będę więc ciągle słał Ci kilka karteczek z każdym listem (gdybym nie widział, że sprawa wyraźnie posuwa się naprzód, szybko przeszłaby mi na nią ochota), Ty zaś możesz potem czytać je połączone; pierwszy fragment przyjdzie wraz z kolejnym listem.

Zresztą już długo nic się nie napisało. Idzie mi z tym tak: Bóg nie chce, żebym pisał, ale ja, ja muszę. To więc jakieś wieczne tam i z powrotem, w końcu Bóg jest przecież silniejszy i jest w tym więcej nieszczęścia, niż mógłbyś sobie pomyśleć. Jest we mnie tak wiele sił przywiązanych do tyczki, z której być może będzie zielone drzewo, podczas gdy uwolnione mogłyby być dla mnie i dla państwa użyteczne. Ale narzekaniem nie zrzuci się z szyi młyńskich kamieni, zwłaszcza gdy się je lubi.

A tu jeszcze kilka wersów. Przeczytaj je w dogodnej chwili.

Chłodny i twardy jest dzisiejszy dzień.

Krzepną obłoki.

Wiatry są targanymi sznurami.

Sztywnieją ludzie.

Kroki dźwięczą metalicznie

Na spiżowych głazach,

A oczy widzą

Dalekie białe morza.

W starym miasteczku stoją

Małe jasne wigilijne domki,

Barwne szyby spoglądają

Na owiany śniegiem placyk.

W miejscu, gdzie księżyca blask

Człowiek cicho brnie przez śnieg

Jego wielki cień przez wiatr

Unoszony jest na domki.

Ludzie, co idą przez ciemne mosty

Mijając świętych

Z mętnymi lampkami.

Chmury, co ciągną przez szare niebo

Obok kościołów

Z wieżami w mroku.

Ktoś się opiera o balustradę

I patrzy w wieczorną wodę,

Ręce na starych kamieniach.

Twój Franz

Do Oskara Pollaka

1903

Drogi Oskarze,

Chłodne poranne postscriptum do bolesnego wieczornego szaleństwa. Nie widzę nic nienaturalnego w tym, że nie pomogłeś tej kobiecie, być może nie zrobiliby tego także ludzie niefałszywi. Ale nienaturalne jest, że nad tym rozmyślasz i jeszcze cieszysz się tym rozmyślaniem i tą sprzecznością, cieszysz się jeszcze tym swoim rozdarciem. Tak się gryziesz każdym małym uczuciem przez długi czas, że życie trwa tylko godzinę, skoro jeszcze przez sto lat trzeba się nad tą godziną zastanawiać. Ja więc być może w ogóle nie żyję. Gdzieś napisałem bezczelnie, jakobym żył szybko, tak tego dowodząc: „Patrzę w oczy dziewczęciu, a była to bardzo długa miłosna historia z grzmotami, pocałunkami i błyskami”, a zatem byłem dość próżny, pisząc „żyję szybko”. Jak dziecko z ilustrowanymi książkami za zasłoniętym oknem. Czasem podchwytuje przez szparkę coś z ulicy i już jest z powrotem w swej cennej książce z obrazkami. Przy porównaniach jestem dla siebie łaskawy.

Do Oskara Pollaka

Praga, 20 grudnia 1903

Nie, chciałem do Ciebie napisać, jeszcze zanim sam przyjdziesz. Jeśli się z sobą koresponduje, jest się jakby związanym liną; kiedy się przerywa, lina się rwie, nawet jeśli była tylko sznurkiem, chcę ją więc szybko i prowizorycznie zawiązać.

Wczoraj wieczorem owładnął mną więc taki obraz. Tylko dlatego, że ludzie wytężają wszystkie siły i ochoczo sobie pomagają, utrzymują się na znośnej wysokości nad piekielną głębią, do której się garną. Są ze sobą powiązani linami i źle jest już wtedy, gdy te liny poluzują się wokół jednego z nich i opada on nieco głębiej niż inni, w pustą przestrzeń, a strasznie jest, gdy liny wokół niego się zerwą i on spada. Dlatego trzeba się trzymać innych. Przypuszczam, że dziewczyny trzymają nas u góry, ponieważ są tak lekkie, dlatego musimy kochać dziewczyny i dlatego one muszą kochać nas.

Dosyć, dosyć, nie bez przyczyny boję się zaczynać list do Ciebie, bo potem zawsze się on rozciąga i nie znajduje stosownego zakończenia. Dlatego nie napisałem Ci też nic więcej o Monachium, choć miałbym wiele do napisania. Poza tym jednak na obczyźnie zupełnie nie mogę pisać. Wszystkie słowa niesfornie mi się rozsypują i nie mogę ich ująć w zdania, a potem wszystko, co nowe, ciśnie tak, że wcale nie można się przed tym obronić ani tego przeoczyć.

Teraz w końcu przyjeżdżasz Ty sam. Nie chcę jednak całego niedzielnego popołudnia przesiedzieć przy biurku – siedzę tu już od drugiej, a teraz jest piąta – jeśli już tak rychło będę mógł z Tobą mówić. Tak się cieszę. Przywieziesz zimne powietrze, które dobrze robi wszystkim ponurym głowom. Tak się cieszę. Do zobaczenia.

Twój Franz

1904

Do Maksa Broda[14]

Praga, przypuszczalnie 1904

Drogi Maksie,

Jako że wczoraj nie byłem na wykładach, napisanie do Ciebie wydaje mi się konieczne, by Ci wyjaśnić, dlaczego nie poszedłem z Wami na bal maskowy, mimo że to być może obiecałem.

Wybacz mi, chciałem sprawić sobie przyjemność i zetknąć Cię z Přibramem[15]na jeden wieczór, myślałem bowiem, że musiałyby się utworzyć urocze grupki, gdybyś Ty pod naciskiem chwili czynił przesadne uwagi – tak postępujesz w liczniejszym gronie – on zaś przeciwstawiłby się czymś odpowiednim ze swej wiedzy, którą posiada niemal we wszystkim prócz sztuki.

Ale myśląc o tym, zapomniałem o Twoim towarzystwie, o tym małym towarzystwie, w którym byłeś. Na pierwszy rzut obcego oka nie pokazuje Cię ono z dobrej strony. Częściowo jest bowiem od Ciebie zależne, częściowo samodzielne. Jeśli jest zależne, stoi wokół Ciebie niczym wrażliwa górska okolica zawsze gotowa odpowiedzieć echem. To peszy słuchacza. Gdy jego oczy chciałyby spokojnie zajmować się przedmiotem, który ma przed sobą, jego plecy okłada się kijem. Wtedy zdolność rozkoszowania się jednym i drugim niechybnie przepada, zwłaszcza gdy ów nie jest szczególnie zwinny.

Jeśli jednak są samodzielni, szkodzą Ci jeszcze bardziej, gdyż Cię zniekształcają, przez nich wydajesz się być w niewłaściwym miejscu, wobec słuchacza sam sobie przeczysz; co pomoże piękno chwili, gdy przyjaciele są konsekwentni. Przyjacielska masa pomaga jedynie przy rewolucjach, gdy wszyscy działają razem i wprost, gdy jednak mamy małe powstanie w rozproszonym świetle przy stole, wtedy je niweczy. Jest tak: chcesz pokazać jako swoją dekoracjęPoranny pejzażi ustawiasz go jako tło, ale Twoi przyjaciele sądzą, że na tę chwilę stosowniejszy byłbyWilczy jar, i stawiają Ci z boku TwójWilczy jarjako kulisy. Wprawdzie oba Ty namalowałeś i każdy widz może to rozpoznać, ale cóż za przerażające cienie są na łącePorannego pejzażu, a nad polem fruwają obrzydliwe ptaki. Tak to, jak sądzę, jest. Niekiedy jednak – rzadko – zdarza się (do końca tego jednak nie rozumiem), że mówisz: „Tu u Flauberta nie ma nic prócz pomysłów opartych na faktach, no wiesz, żadnej afektowanej paplaniny”. Jakże mógłbym Cię zohydzić, przy jakiejś okazji tak używając tego zwrotu: Mówisz: „Jak piękny jestWerter”. Ja mówię: „Jednak, prawdę mówiąc, jest w nim wiele afektowanej paplaniny”. To śmieszna, nieprzyjemna uwaga, ale mówiąc to, jestem Twoim przyjacielem, nie chcę Ci zrobić nic złego, chcę tylko zdradzić słuchaczowi Twój pełny pogląd na takie sprawy. Często nierozważanie dogłębnie zdań przyjaciela może być bowiem znakiem przyjaźni. Ale słuchacz tymczasem posmutniał, zmęczył się.

Napisałem to, bo byłoby mi jeszcze smutniej, gdybyś mi nie wybaczył, że spędziłem ten wieczór nie z Tobą, niż gdybyś mi nie wybaczył tego listu. Pozdrawiam Cię pięknie

Twój Franz K.

Nie odkładaj tego, przeczytałem to jeszcze raz i widzę, że nie jest jasne. Chciałem napisać: To, co dla Ciebie jest niesłychanym szczęściem, a mianowicie fakt, że wolno Ci być niedbałym w chwili zmęczenia, a jednak przy pomocy człowieka o takich samych zapatrywaniach być prowadzonym, nie postawiwszy samodzielnie kroku, tam, dokąd się dążyło, to właśnie przy jakiejś prezentacji – o tym pomyślałem u P. – ukazuje Cię nie tak, jak chcę. Teraz już dosyć.

Do Oskara Pollaka

Praga, 10 stycznia 1904

Wieczór, wpół do jedenastej.

Odsuwam na bok Marka Aureliusza, odsuwam go ciężko na bok. Myślę, że teraz nie mógłbym bez niego żyć, bo już dwie, trzy sentencje wyczytane u Marka Aureliusza czynią bardziej opanowanym i energicznym, nawet jeśli cała ta książka opowiada tylko o człowieku, który przez mądre słowo, twardy młot i rozległą perspektywę chce się stać opanowany, nieugięty, uczciwy. Trzeba jednak nabrać nieufności wobec tego człowieka, bez przerwy słysząc, jak mówi do siebie: „Bądźże spokojny, bądźże obojętny, niech z wiatrem ulecą twoje namiętności, bądźże mocny, bądź dobrym cesarzem!”. Dobrze, gdy się można przed samym sobą zasypać słowami, ale jeszcze lepiej, kiedy można się słowami upiększyć i obwiesić, dopóki nie stanie się takim człowiekiem, jakim się w głębi serca sobie życzy być.

W ostatnim liście stawiasz sobie niesprawiedliwe zarzuty. Jest mi dobrze, gdy ktoś wyciąga do mnie chłodną dłoń, ale gdy się uwiesi, to dla mnie niezręczne i niezrozumiałe. Twoim zdaniem dlatego, że działo się tak zbyt rzadko? Nie, nie, to nieprawda. Czy wiesz, co jest dziwnego w niektórych ludziach? Są niczym, ale nie mogą tego okazać, nie są w stanie ukazać tego nawet własnym oczom, to jest w nich dziwne. Wszyscy ci ludzie są braćmi owego człowieka, który pałętał się po mieście, na niczym się nie znał, nie wydobywał z siebie żadnego rozsądnego słowa, nie umiał tańczyć, nie umiał się śmiać, ale zawsze obiema rękami kurczowo trzymał zamknięte pudło. Kiedy zapytał go ktoś zainteresowany: „Co pan niesie tak ostrożnie w tym pudle?”, ów człowiek spuścił głowę i rzekł niepewnie: „Wprawdzie na niczym się nie znam, to racja, wprawdzie nie potrafię wypowiedzieć rozsądnego słowa, nie umiem też tańczyć, nawet śmiać się nie umiem, ale co jest w tym notabene zamkniętym pudełku, tego powiedzieć nie mogę, nie, tego nie powiem”. Naturalnie po tych odpowiedziach wszyscy zainteresowani się rozeszli, ale jednak w niektórych pozostała ciekawość, napięcie, które zawsze pyta: „Cóż jest w tym zamkniętym pudle?”, i ze względu na owo pudło przychodzą wciąż do tego człowieka, który jednak nic nie zdradza. Cóż, ciekawość, tego rodzaju ciekawość się nie starzeje, napięcie zaś opada, nikt nie wytrzyma, by się w końcu nie uśmiechnąć, gdy niepozorne, zamknięte pudło chroni się z ustawiczną, niepojętą skrupulatnością. A wtedy – uznaliśmy wszak tego biednego człowieka za całkiem łagodnego w obejściu – być może uśmiechnie się wreszcie on sam, nawet jeśli z drobnym grymasem. Tym, co przychodzi wówczas w miejsce ciekawości, jest obojętne, z dala stojące współczucie, gorsze niż obojętność i oddalenie. Zainteresowani, mniej liczni niż przedtem, pytają teraz: „Co więc pan tak ostrożnie niesie w tym pudle? Może skarb, hę, albo ogłoszenie, czyż nie? No, pan otworzy, potrzebujemy obu, niech pan to zresztą zostawi zamknięte, wierzymy panu i tak”. Nagle któryś wykrzykuje to szczególnie przenikliwie, ów człek patrzy przerażony, to był on sam. Po jego śmierci w pudle znaleziono dwa mleczne zęby.

Franz

Do Oskara Pollaka

Praga, 27 stycznia 1904

Drogi Oskarze!

Napisałeś do mnie miły list, który domaga się odpowiedzi albo szybkiej, albo żadnej, a teraz minęło od tamtej pory czternaście dni bez słowa ode mnie do Ciebie; byłoby to w zasadzie niewybaczalne, ale miałem powody. Po pierwsze chciałem napisać tylko coś dobrze przemyślanego, gdyż odpowiedź na ten list wydała mi się istotniejsza niż jakikolwiek inny wcześniejszy list do Ciebie (nie stała się nią jednak); po drugie zaś, przeczytałem jednym tchem dzienniki Hebbla[16](około 1800 stron), podczas gdy wcześniej odgryzałem tylko małe kąski, które zdawały mi się zupełnie niesmaczne. Mimo to zacząłem, jak należy, z początku całkiem beztrosko, póki wreszcie nie poczułem się jak jaskiniowiec, który najpierw żartem i przez długą chwilę toczy głaz przed wejście do swej jaskini, później jednak, gdy głaz pogrąży jaskinię w mroku i odetnie od powietrza, przerazi się tępo i z dziwnym zapałem spróbuje ów kamień odsunąć. Ten jednak staje się teraz dziesięć razy cięższy i ów człek musi wytężać w strachu wszystkie siły, zanim światło i powietrze wrócą. W tych dniach nie mogłem po prostu wziąć pióra do ręki, gdy bowiem spogląda się na życie, które nieuszkodzone wznosi się ciągle wyżej i wyżej, tak wysoko, że ledwie można je dojrzeć przez teleskop, sumienie nie może się uspokoić. Ale to dobrze, gdy sumienie doznaje rozległych obrażeń, ponieważ w ten sposób staje się bardziej wrażliwe na każde ukąszenie. Uważam, że powinno się w ogóle czytać tylko takie książki, które człowieka gryzą i dźgają. Gdy książka, którą czytamy, nie budzi nas uderzeniem pięści w łeb, to po cóż ją czytamy? Żeby nas uszczęśliwiła, jak piszesz? Mój Boże, szczęśliwi bylibyśmy właśnie, w ogóle nie mając książek, a takie książki, które nas uszczęśliwiają, moglibyśmy od biedy pisać sami. Potrzebujemy jednak książek działających na nas jak bardzo bolesne nieszczęście, jak śmierć kogoś, kto był nam droższy niż my sami, jak gdybyśmy zostali porzuceni głęboko w lesie, z dala od ludzi, jak samobójstwo. Książka musi być siekierą na zamarznięte morze w naszym wnętrzu. Tak myślę.

Ale Ty przecież jesteś szczęśliwy, Twój list dosłownie się mieni, sądzę, że wcześniej byłeś nieszczęśliwy jedynie wskutek złego towarzystwa, było to zupełnie naturalne, w cieniu nie da się opalać. Ale nie sądzisz, że to ja jestem winien Twemu szczęściu. Co najwyżej w taki sposób: mędrzec, którego mądrość ukryła się przed nim samym, spotkał głupca i rozmawiał z nim chwilkę o pozornie odległych sprawach. Gdy zaś rozmowa miała się ku końcowi i głupiec chciał iść do domu – mieszkał na poddaszu – ten drugi rzuca mu się na szyję, całuje i krzyczy: „Dziękuję, dziękuję, dziękuję!”. Dlaczego? Głupota głupca była tak wielka, że ukazała mędrcowi jego mądrość.

Czuję się tak, jakbym zrobił Ci jakąś krzywdę i musiał Cię prosić o przebaczenie. Nie wiem jednak o żadnej krzywdzie.

Twój Franz

Do Maksa Broda

Praga, 28 sierpnia 1904

Bardzo łatwo być wesołym na początku lata. Człowiek ma żywe serce, znośny chód i skłania się nieco ku przyszłemu życiu. Czeka się na coś orientalnie osobliwego i znów się temu przeczy z komicznym ukłonem i wisielczą gadką, co czyni niespokojną grę przyjemną i rozedrganą. Siedzi się w zmiętej pościeli i patrzy na zegarek. Pokazuje późne przedpołudnie. My jednak malujemy wieczór mocno przyćmionymi barwami i widokami, które się rozciągają. I z uciechy zacieramy ręce do czerwoności, ponieważ nasz cień staje się wieczorami długi i tak piękny. Stroimy się w wewnętrzną nadzieję, że ten strój stanie się naszą naturą. A gdy ktoś nas zapyta o życiowe plany, tak przywykamy wiosną do odpowiadania szerokim gestem ręki, która po chwili opada, jakby zaklinanie rzeczy niewątpliwych było czymś tak śmiesznie niepotrzebnym.

Gdybyśmy całkiem się rozczarowali, zmartwiłoby to nas wprawdzie, ale znów – tak jak wysłuchanie naszej codziennej modlitwy – oby logiczność naszego życia została nam w zewnętrznej formie łaskawie zachowana. Nie będziemy jednak rozczarowani, ta pora roku, mająca jedynie koniec, ale nie początek, przenosi nas w stan, który jest nam tak obcy i naturalny, że mógłby nas zamordować.

Jesteśmy dosłownie niesieni podmuchem powietrza według jego upodobania i nie musi to być pozbawione dowcipu, gdy w strumieniu powietrza sięgniemy do czoła lub spróbujemy się uspokoić wypowiadanymi słowy, przez cienkie końce palców przyciśnięte do kolan. Podczas gdy zazwyczaj jesteśmy do pewnego stopnia wystarczająco uprzejmi, by nie chcieć nic wiedzieć o jakiejś nad nami jasności, teraz dzieje się tak, że szukamy jej z pewną słabością, zapewne w taki sposób, w jaki robimy coś dla żartu, jakbyśmy chcieli z wysiłkiem chwytać małe dzieci, które wolno przed nami drepczą. Przekopujemy się niczym kret i idziemy całkiem poczerniali i aksamitnowłosi, wyciągając z rozsypanych piaskowych sklepień nasze biedne czerwone łapki po serdeczne współczucie.

Na spacerze mój pies zdybał kreta, który chciał przejść przez ulicę. Skakał wciąż na niego, a potem znów go puszczał, bo jest jeszcze młody i bojaźliwy. Z początku mnie to bawiło, a szczególną przyjemność sprawiało mi zdenerwowanie kreta, który był wprost zrozpaczony i na próżno szukał jakiejś dziury w twardej nawierzchni ulicy. Nagle jednak, gdy pies znów go uderzył wyciągniętą łapą, krzyknął. „Kss, kss!”, tak krzyczał. I wtedy wydało mi się – nie, nic mi się nie wydało – tak tylko mnie to zwiodło, ponieważ tego dnia głowa zwisła mi tak ciężko, iż wieczorem ze zdumieniem spostrzegłem, jak broda przyrosła mi do piersi. Ale nazajutrz znów trzymałem głowę pięknie i prosto. Nazajutrz dziewczyna włożyła białą sukienkę i wtedy się we mnie zakochała. Była z tego powodu bardzo nieszczęśliwa i nie udało mi się jej pocieszyć, co jest właśnie trudną rzeczą. Gdy innego dnia po krótkim śnie popołudniowym otworzyłem oczy, nie całkiem pewny jeszcze swego życia, usłyszałem moją matkę, pytającą z balkonu naturalnym tonem: „Co pani robi?”. Jakaś kobieta odpowiedziała z ogrodu: „Jem podwieczorek na zielonej trawce”[17]. Zdumiałem się więc stałością, z jaką ci ludzie umieją znosić życie. Innego razu, napięty z bólu, cieszyłem się wzburzeniem tego dnia, który był pochmurny. Później nastąpił wietrzny tydzień lub dwa czy jeszcze więcej. Później zakochałem się w pewnej kobiecie. Później była raz potańcówka w gospodzie, a ja nie poszedłem. Później byłem smutny i bardzo głupi, tak że potykałem się na polnych drogach, które tu bardzo pną się w górę. Potem przeczytałem w dziennikach Byrona ten fragment (zapisuję go tak nieprecyzyjnie, ponieważ książka jest już zapakowana): „Od tygodnia nie opuszczałem domu. Od trzech dni boksuję po cztery godziny dziennie z moim fechmistrzem w bibliotece przy otwartych oknach, aby uspokoić ducha”. A potem i potem lato się skończyło, i spostrzegłem, że robi się chłodno, że czas odpowiedzieć na letnie listy, że moje pióro nieco się wyślizgiwało i że dlatego mógłbym je odłożyć.

Twój Franz K.

Do Maksa Broda

Praga, 1904

Dziwię się, że nie napisałeś mi nic o Toniu Krögerze[18]. Ale powiedziałem sobie: „On wie, jak się cieszę, kiedy dostaję od niego list, a o Toniu Krögerzetrzeba coś powiedzieć. Jasne więc, że do mnie napisał, ale istnieją wypadki, oberwania chmury, trzęsienia ziemi; ten list zaginął”. Wkrótce potem jednak zirytował mnie ten pomysł, gdyż nie byłem w pisarskim nastroju, i przeklinając, że muszę odpowiadać na jakiś być może nienapisany list, zacząłem pisać:

Kiedy dostałem Twój list, zastanawiałem się, zakłopotany, czy mam do Ciebie iść, czy też posłać Ci kwiaty. Ale nie zrobiłem żadnej z tych rzeczy, częściowo z niedbalstwa, częściowo z obawy popełnienia głupstwa, gdyż jestem nieco zbity z tropu i smutny jak deszczowa aura.

Twój list sprawił mi jednak przyjemność. Gdy bowiem ktoś mówi mi coś w rodzaju prawdy, uważam to za aroganckie. Poucza mnie przez to, poniża mnie, oczekuje ode mnie trudu kontrargumentacji, nie będąc wszakże samemu w niebezpieczeństwie, jako że przecież swoją prawdę musi uważać za niekwestionowaną. Ale tak ceremonialnie, nieroztropnie i wzruszająco jest mówić komuś o przesądzie, jeszcze bardziej wzruszające jest, gdy się to uzasadnia, a już całkiem, gdy się to znów uzasadnia za pomocą przesądów.

Piszesz też może o podobieństwie do Twojej historiiWyprawa w szkarłat[19]. Myślałem nawet wcześniej o tym rozległym podobieństwie, zanim teraz znów przeczytałemTonia Krögera. NowośćTonia Krögeranie polega bowiem na odkryciu tej przeciwstawności (Bogu dzięki, że nie muszę już w tę przeciwstawność wierzyć, jest to przeciwstawność onieśmielająca), lecz w przynoszącym osobliwe korzyści (poeta w Wyprawie) zakochaniu się w tym, co przeciwstawne.

Jeśli więc założę, że napisałeś o tych rzeczach, wówczas nie pojmuję, dlaczego Twój list jest ogólnie tak wzburzony i zdyszany. (Być może to tylko moje wspomnienie, iż w niedzielę przed południem taki byłeś).

Proszę Cię, uspokój się trochę.

Tak, tak, to dobrze, że i ten list zaginie.

Twój Franz K.

Po dwóch dniach spędzonych na nauce[20].

1905

Do Maksa Broda

Pocztówka. Praga, st. 4 maja 1905

Skoro przeżyłeś coś pięknego, w czym nie miałem zgoła żadnego udziału, to nie wolno Ci się na mnie złościć. Zwłaszcza że przy niespokojnej pogodzie musiałem myśleć, że spotkanie odbywa się w kawiarni i ponieważ spędziłeś czas przy Stefanie Georgem[21]już nieco uspokojony. A teraz, koło jedenastej, pogoda jest tak piękna i nikt mnie z tej przyczyny nie pociesza.

Twój F. K.

1906

Do Maksa Broda

Praga, 15 marca 1906

Drogi Maksie,

Właściwie powinienem był napisać do Ciebie jeszcze w trakcie egzaminu, jest bowiem pewne, że uratowałeś mi trzy miesiące życia do spożytkowania na coś innego niż nauka o finansach. Uratowały mnie tylko karteczki, bo przez nie promieniowałem na W.[22]jako jego własne odbicie z nawet interesującym austriackim odcieniem, i choć był on owładnięty tą masą spraw, o których mówił przez te pół roku, ja zaś miałem w pamięci tylko Twoje całkiem małe karteczki, doszliśmy przecież do najlepszej zgody. Ale i przy innych był bardzo wesoły, nawet jeśli nie uczony.

Moc pozdrowień. P[řibram] wypadł bardzo dobrze.

Twój F. K.

Do Maksa Broda

Praga, 29 maja 1906

Drogi Maksie,

Skoro jednak mam się teraz uczyć (żadnego współczucia, to tak pięknie zbyteczne dla czegoś pięknie zbytecznego) i skoro jest dla mnie wysiłkiem zdjąć w trakcie dnia łachy i włożyć wyjściowy strój, muszę więc żyć jak nocne zwierzę. Wobec tego chętnie bym Cię jednak znów zobaczył któregoś wieczoru, może jutro, w środę, albo kiedy indziej zechcesz. Piszę zresztą przede wszystkim po to, by się dowiedzieć, jak się miewasz, wszak w poniedziałek byłeś u swego doktora.

Franz

1907

Do Maksa Broda

Praga 12 lutego 1907

Drogi Maksie,

Chętnie napiszę do Ciebie, zanim jeszcze położę się spać; jest dopiero czwarta.

Wczoraj przeczytałem „Gegenwart”[23], wprawdzie z niepokojem, gdyż byłem w towarzystwie, a to, co w „Gegenwarcie” wydrukowano, prosi się, by mówić na ucho.

A więc to karnawał, na wskroś karnawał, ale najłaskawszy. Dobrze, że w ten sposób tej zimy zrobiłem choć jeden taneczny krok.

Szczególnie się cieszę, że nie każdy dostrzeże w tamtym miejscu konieczność mojego nazwiska. Musiałby bowiem już stosownie do tego przeczytać pierwszy akapit i zauważyć fragment mówiący o szczęściu zdań. Wówczas uznałby: grupa nazwisk, która kończy się Meyrinkiem (widać, że to skurczony jeż[24]), jest na początku zdania niemożliwa, jeśli kolejne zdania mają jeszcze oddychać. Wprowadzone tu nazwisko z otwartą samogłoską na końcu oznacza więc uratowanie tym słowom życia. Moja zasługa jest przy tym nieznaczna.

Smutne jest tylko – wiem, nie miałeś takiego zamiaru – że opublikowanie czegoś później stało się dla mnie czymś nieprzyzwoitym, gdyż zniszczyłoby całkowicie subtelność tej pierwszej wzmianki. A nigdy nie uzyskałbym mocy równej tej, jaką w Twoim zdaniu nadano memu nazwisku.

Dziś to jednakże tylko nic nieznaczące dywagacje, próbuję raczej uzyskać pewność co do kręgu mej teraźniejszej sławy, ponieważ jestem grzecznym dzieckiem i miłośnikiem geografii. Na Niemcy, jak sądzę, nie mogę tu zbytnio liczyć. Ilu bowiem ludzi czyta tu recenzje z takim samym napięciem aż do ostatniego akapitu? To nie sława. Inaczej jednak jest wśród Niemców na obczyźnie, np. w prowincjach nad Bałtykiem, jeszcze lepiej w Ameryce, nie wspominając o niemieckich koloniach; opuszczony Niemiec czyta bowiem swoje czasopismo od deski do deski. Ośrodkami mej sławy są więc Dar es-Salaam, Udżidżi, Windhuk[25]. Ale właśnie by ukoić tych raptownie zainteresowanych (to piękne: farmerzy, żołnierze), powinieneś był jeszcze dopisać w nawiasie: „To nazwisko będzie trzeba zapomnieć”.

Całuję Cię, szybko zdawaj egzamin,

Twój Franz

Do Maksa Broda

Triesch, połowa sierpnia 1907

Mój Drogi Maksie,

Gdy wczoraj wieczorem wróciłem do domu z wycieczki (wesoło, wesoło), Twój list czekał tutaj i wprawił mnie w zakłopotanie, choć byłem zmęczony. Znam bowiem niezdecydowanie, nie znam nic innego, ale tam, gdzie coś za mną tęskni, upadam, do cna zmęczony w połowie ochotą, w połowie zwątpieniem w tysiąc wcześniejszych drobiazgów; nie mogę przeciwstawić się zdecydowaniu świata. Dlatego nigdy nie pasowałaby do mnie próba zmiany Twojego zdania.

Twoja i moja sytuacja są zupełnie inne i dlatego nie ma znaczenia, jeśli przy fragmencie „zdecydowałem się nie przyjmować”, przestraszony jak przy relacji z bitwy, nie od razu mogłem czytać dalej. A przecież wkrótce tak jak we wszystkim, tak i tutaj uspokoiła mnie przeklęta nieskończoność wad i zalet wszystkich rzeczy.

Powiedziałem sobie: potrzebujesz dużo działania, Twoje potrzeby w tym względzie są dla mnie niewątpliwe, jeśli nawet niepojęte; przez rok nie wystarczyłby Ci las jako cel spacerów i czy w końcu nie jest prawie pewne, że w czasie miejskiego roku sądowego[26]wystarałbyś się o literackie stanowisko, które wszystko inne uczyniłoby zbędnym?

Ja wprawdzie pobiegłbym jak szaleniec do Komotau, nie potrzebuję jednak żadnej aktywności, zwłaszcza że nie jestem do niej zdolny, a jeśli nawet las mógłby mi nie wystarczyć, nie zdołałem przecież – to jasne – w trakcie tego roku sądowego niczego dokonać.

A poza tym zawód jest bezsilny, skoro tylko mu się sprosta; ja w czasie godzin pracy – a przecież jest ich tylko sześć – bezustannie bym się kompromitował, a widzę, że Ty, jak piszesz, uważasz teraz wszystko za możliwe, skoro sądzisz, że byłbym zdolny do podobnego przedsięwzięcia!

Natomiast co do sklepu i pociechy wieczorem. Tak, jeśli uszczęśliwić miałaby tylko pociecha i do tego, by być szczęśliwym, nie trzeba by też choć odrobiny szczęścia.

Nie, jeśli w moich perspektywach nie zmieni się nic do października, robię kurs pomaturalny na akademii handlowej i uczę się prócz francuskiego i angielskiego jeszcze hiszpańskiego. Gdybyś chciał to robić ze mną, byłoby świetnie; Twoje większe zaawansowanie w nauce zrekompensowałbym moją niecierpliwością; mój wuj[27]musiałby nam załatwić posadę w Hiszpanii albo pojechalibyśmy do Ameryki Południowej czy na Azory, na Maderę.

Na razie mogę tu mieszkać jeszcze do 25 sierpnia. Jeżdżę dużo na motocyklu, dużo się kąpię, długo wyleguję nagi w trawie nad stawem, do północy jestem z pewną dokuczliwie zakochaną dziewczyną w parku, przerzucałem już siano na łące, zmontowałem karuzelę, po burzy pomogłem drzewom, pasłem, a wieczorem zapędzałem do domu krowy i kozy, grałem dużo w bilard, chodziłem na długie spacery, piłem dużo piwa i byłem już nawet w templu[28]. Większość czasu jednak – jestem tu sześć dni – spędziłem z dwiema dziewczynami, bardzo rozsądnymi dziewczynami, studentkami, bardzo socjaldemokratycznymi, które musiały zaciskać zęby, by nie odczuwać przymusu wypowiadania przy każdej okazji jakiegoś przekonania, zasady. Jedna nazywa się Agathe, druga Hedwig[29]. Agathe jest bardzo szpetna i Hedwig także. H. jest mała i gruba, jej policzki są bez przerwy czerwone i bezgraniczne; jej górne przednie zęby są wielkie i nie pozwalają ustom się zamknąć, a żuchwie być małą; jest bardzo krótkowzroczna i to nie tylko z uwagi na piękny ruch, z jakim nakłada binokle na nos – którego wierzchołek jest prawdziwie pięknie złożony z małych płaszczyzn; dziś w nocy śniłem o jej zbyt krótkich, grubych nogach, a tą okrężną drogą rozpoznaję dziewczęcą urodę i się zakochuję. Jutro będę czytał im na głos z Eksperymentów[30], jedynej książki poza Stendhalem i „Opalen”[31], którą mam przy sobie.

Tak, gdybym miał też „Amethyste”[32], przepisałbym Ci wiersze, ale mam je w szafie na książki w domu, a klucz przy sobie, aby nie pozwolić na odkrycie książeczki oszczędnościowej, o której w domu nikt nie wie i która wyznacza mi rangę w rodzinie. Jeśli więc do 25 sierpnia nie będziesz miał czasu, przyślę Ci ten klucz.

A teraz pozostaje mi tylko, mój biedny chłopcze, podziękować Ci za trud, który sobie zadałeś, aby przekonać swego wydawcę o zaletach mego rysunku[33].

Jest gorąco, a po południu mam tańczyć w lesie.

Pozdrów ode mnie, proszę, swoją rodzinę.

Twój Franz

[następuje odpis kilku wierszy Maksa Broda]

Do Hedwig Weiler

Praga, 29 sierpnia 1907

O, kochana, jestem zmęczony i być może trochę chory.

Teraz otworzyłem sklep i pisząc do Ciebie w biurze, próbuję tym samym to biuro nieco uprzyjemnić. A wszystko, co jest wokół mnie, podlega Tobie. Stół przyciska się miłośnie do papieru, pióro leży w krzywiźnie pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym jak posłuszne dziecko, zegar zaś śpiewa jak ptak.

Ja jednak sądzę, że piszę do Ciebie z jakiejś wojny albo z jakichś innych wydarzeń, których nie da się dobrze opisać, ponieważ ich połączenie jest zbyt osobliwe, a tempo jak najbardziej zmienne. Wplątany w najpaskudniejsze prace dźwigam tak…

Godzina 11.00

Teraz ten długi dzień minął i miał, choć nie jest tego godny, ten początek i ten koniec. W gruncie rzeczy jednak, odkąd mi przerwano, nie zmienił się i mimo że teraz na lewo ode mnie są gwiazdy otwartego okna, zamierzone zdanie pozwala się dokończyć.

…dźwigam tak moje bóle głowy od jednego mocnego postanowienia do drugiego, równie mocnego, ale przeciwnego. A wszystkie te postanowienia ożywiają się, znoszą wybuchy nadziei i życia w zadowoleniu, ten chaos następstw jest jeszcze gorszy niż chaos postanowień. Jak kula z dubeltówki lecę z jednego w drugie i zsumowana irytacja, którą w mej walce dzielą między siebie żołnierze, widzowie, kule z dubeltówki i generałowie, przyprawia mnie samego o drżenie.

Ty jednak chcesz, żebym całkiem nie mógł bez Ciebie żyć, żebym przez jakiś długi spacer uczuć zmęczył je i usatysfakcjonował, podczas gdy Ty ciągle się płoszysz, a latem wkładasz futro tylko dlatego, że zimą może być chłodno.

Poza tym nie mam żadnego życia towarzyskiego, żadnych rozrywek. Wieczory spędzam na małym balkonie nad rzeką, czytam nieraz czasopisma dla robotników i nie jestem dobrym człowiekiem.

Przed laty napisałem ten wiersz:

W blaskach wieczornego słońca

Siedliśmy, zgarbiwszy plecy,

Na ławkach pośród zieleni.

Nasze ramiona obwisły

Nasze oczy smutno błyszczą.

A w ubraniach idą ludzie

Chwiejnie po żwirze na spacer

Pod tym wielkim nieboskłonem,

Który się od wzgórz w oddali

Do dalekich wzgórz rozciąga.[34]

I tak bynajmniej nie mam dla ludzi takiego zainteresowania, jakiego się domagasz. Widzisz, jestem śmiesznym człowiekiem i jeśli mnie trochę lubisz, jest to litość, z mojej zaś strony to strach. Jak niewiele jest korzyści ze spotkania w liście, to jak pluskanie się przy brzegu dwojga rozdzielonych przez morze. Pióro ślizga się po pochyłościach wszystkich liter i oto koniec, jest chłodno i muszę iść do mego pustego łóżka.

Twój Franz

Do Hedwig Weiler

Praga, początek września 1907

Mimo wszystko, kochana – ten list przyszedł późno – gruntownie rozważyłaś, co napisałaś. W żaden sposób nie mogłem go wcześniej wymusić, ani przez to, że nocą siedziałem wyprostowany w łóżku, ani przez to, że spałem w ubraniu na kanapie, a w ciągu dnia przychodziłem do domu częściej, niż to było stosowne. Dziś wieczorem skończyłem z tym i zachciało mi się do Ciebie napisać, wcześniej jednak pobawiłem się kilkoma papierami w otwartej przegródce i znalazłem tam Twój list. Przyszedł już rano, ale przy ścieraniu kurzu wetknięto go z ostrożności do przegródki.

Mówiłem, że pisanie listu jest niczym pluskanie się w przybrzeżnej wodzie, ale nie miałem na myśli, że się to pluskanie słyszy.

A teraz usiądź i czytaj spokojnie, i pozwól zamiast moich liter mnie spojrzeć w Twoje oczy.

Wyobraź sobie, że A dostaje od X-a list za listem, a w każdym X próbuje zakwestionować istnienie A. Przeprowadza dowodzenie, dobrze je stopniując; są to mało zrozumiałe dowody, mrocznej barwy, do tego stopnia, że A czuje się niemalże zamurowany i samotny, i zwłaszcza luki w dowodzeniu doprowadzają go do łez. Wszystkie zamiary X-a są początkowo ukryte, mówi on tylko, że sądzi, jakoby A był prawdziwie nieszczęśliwy, ma takie wrażenie, nie zna żadnych szczegółów; poza tym pociesza A. Gdyby tak jednak było, nie trzeba by się dziwić, A byłby bowiem człowiekiem nieszczęśliwym, wiedziałby to także Y i Z. Można by wreszcie przyznać, że ma on podstawy do niezadowolenia; człowiek przygląda mu się, widzi jego sytuację, i nie będzie zaprzeczać. Gdy się go jednak właściwie poobserwuje, trzeba będzie nawet powiedzieć, że A nie jest dość nieszczęśliwy, jeśli bowiem zbadałby swoje położenie tak gruntownie, jak robi to X, nie mógłby dalej żyć. Teraz X już go nie pociesza. A widzi zaś, widzi wyraźnie, że „X jest najlepszym człowiekiem i pisze mi takie listy, cóż mógłby, na Boga, chcieć innego, niż mnie zamordować. Jak dobry jest jeszcze w ostatnim momencie, skoro by zaoszczędzić mi bólu, nie chce się zdradzić, ale zapomina, że to niegdyś zapalone światło oświetla co popadnie”.

Co więc miało znaczyć zdanie z Nielsa Lyhnegoi piasek bez zamku szczęścia[35]? Oczywiście zdanie jest słuszne, ale czy nie byłoby słuszne to, które mówi o sypiącym się piasku? Ale kto widzi piasek, tego nie ma w zamku; a gdzie sypie się piasek?

Co mam teraz zrobić? Jak się pozbieram? Też jestem w Triesch, idę wszak z Tobą przez plac, ktoś się we mnie zakochuje, dostaję jeszcze ten list, czytam go, nic prawie nie rozumiem, teraz muszę się pożegnać, trzymam Twoją dłoń, odbiegam i znikam koło mostu. O, proszę, dosyć tego.

Nie kupiłem dla Ciebie nic w Pradze, ponieważ od 1 października najprawdopodobniej będę w Wiedniu. Wybacz mi.

Twój Franz K.

Do Hedwig Weiler

Praga, początek września 1907

Moja droga dziewczyno, znów zrobił się późny wieczór, zanim mogłem zacząć pisać, i jest chłodno, bo mamy wszak jesień, ale ja jestem całkiem rozgrzany Twoim dobrym listem. Tak, w białych sukniach i współczuciu jest Ci najbardziej do twarzy, jednak futro za bardzo okrywa strachliwe dziewczę i chce być zbyt podziwiane samo dla siebie, i sprawiać przykrość. A ja przecież pragnę Ciebie i nawet Twój list jest tylko ozdobną tapetą, białą i przyjemną, za którą siedzisz gdzieś w trawie albo spacerujesz i którą trzeba wpierw przebić, aby Cię pochwycić i zatrzymać.

Ale właśnie teraz, gdy wszystko powinno się polepszyć, a pocałunek, który dostałem w usta, jest najlepszym początkiem dobrej przyszłości, przyjeżdżasz do Pragi; akurat wtedy, gdy chciałbym Cię odwiedzić i zostać przy Tobie, mówisz nieuprzejmeadieui odchodzisz. Zostawiłbym tu przecież rodziców, kilkoro przyjaciół i inne rzeczy, których musiałoby mi brakować, a teraz jeszcze Ty będziesz w tym przeklętym mieście, i zdaje mi się, że przez mnóstwo uliczek nie zdołam się przedrzeć do dworca. A przecież Wiedeń jest mi bardziej niezbędny niż Tobie Praga. Będę przez cały rok studiował na Akademii Eksportu[36], będę tkwił po uszy w niezwykle wyczerpującej pracy, ale jestem z tego bardzo zadowolony. Musisz więc jeszcze trochę odroczyć moją lekturę gazet, bo przecież będę też musiał spacerować i pisać listy do Ciebie, w przeciwnym razie nie pozwolę sobie na żadną radość.

Jedynie w Twoich będę zawsze chętnie uczestniczył, musisz mi tylko dać do tego więcej okazji niż na ostatnim zebraniu kobiecego kółka. Jest przecież jeszcze mnóstwo bardzo istotnych dla mnie rzeczy, o których nie piszesz zgoła nic. O której przyszłaś, kiedy wyszłaś, jak byłaś ubrana, przy której ścianie siedziałaś, czy dużo śmiałaś się i tańczyłaś, komu patrzyłaś przez ćwierć minuty w oczy, czy na końcu byłaś zmęczona i czy dobrze spałaś? Oraz jak mogłaś napisać i – to najgorsze – przejąć list, który należy do mnie. Tylko to gnębiło Cię przy tej pięknej noworocznej[37]pogodzie, gdy z matką i babką szłaś do templu po bruku, dwóch stopniach i kamiennych płytach. Nie zastanawiasz się przy tym, że więcej odwagi jest w braku nadziei niż w nadziei i że jeśli temperament czyni taką odwagę możliwą, już zmieniający się wiatr może jej nadać najdogodniejszy kierunek. Całuję Cię z całym dobrem, które w sobie znam.

Twój Franz

Do Hedwig Weiler

Praga, początek września 1907

Najdroższa,

Zabrali mi atrament i już śpią. Pozwól napisać do Ciebie ołówkowi, by to wszystko, co mam, w jakiś sposób miało w Tobie udział. Gdybyś tylko była tutaj, w tym pustym pokoju, w którym hałasują tylko u góry dwie muchy i trochę szklanka, mógłbym być całkiem blisko Ciebie i położyć swoją szyję przy Twojej.

Jestem jednak nieszczęśliwy do obłędu. Kilka drobnych chorób, trochę gorączki, trochę zakłóconego oczekiwania położyło mnie na dwa dni do łóżka, napisałem więc do Ciebie w gorączce milutki list, który jednak owej pięknej niedzieli porwałem nad okiennym parapetem, masz bowiem, drogie biedactwo, dosyć emocji. Nieprawdaż, nocą godzinami roniłaś mnóstwo łez, gdy ja w świetle gwiazd krążyłem po uliczkach, by wszystko dla Ciebie przygotować (za dnia musiałem się uczyć), ostatecznie bowiem jest obojętne, czy mieszka się ulicę, czy prowincję od siebie. Jak różne było wszystko wokół nas. Z pewnością stałem na dworcu w czwartek wcześnie rano, potem w czwartek po południu (pociąg przyjeżdża nie o wpół do trzeciej, dopiero o trzeciej i miał kwadrans spóźnienia), a Ty drżałaś w Triesch i potem napisałaś ów list, który dostałem w piątek, na co nie mogłem zrobić nic lepszego niż położyć się do łóżka. To nie jest złe, bo bez wstawania widzę Belweder[38], zielone stoki.

W końcu więc nie stało się nic innego, niż gdybyśmy pomiędzy Pragą a Wiedniem zatańczyli figurkę kadryla[39], przy której przed znanymi ukłonami nie podchodzi się do siebie, choćby nawet jeszcze się chciało. Ale wreszcie muszą też nadejść zbiorowe tańce w kółku.

Nie miewam się wcale dobrze. Nie wiem, jak będzie. Gdy się teraz wstaje wcześnie i widzi, że zaczyna się piękny dzień, da się to znieść, ale potem…

Zamykam oczy i całuję Cię,

Twój Franz

Do Hedwig Weiler

Praga, 15 września 1907

O, Kochana – człowiek żyje w Triesch osobliwie i dlatego nie ma się co dziwić, że dziś na moim globusie mniej więcej w miejscu Triesch zrobiłem czerwony punkt. Było dziś deszczowo, zdjąłem globus i tak go ozdobiłem.

W Triesch jest się spłakanym, wcześniej nie zapłakawszy, idzie się na spotkanie koła kobiet i nie chce się być widzianym, wkłada się zupełnie mi nieznany jedwabny pasek, pisze się tam list i się go nie wysyła. Gdzie się pisze ten list? Pewnie ołówkiem, ale na kolanie czy na murze, na kulisach? A czy oświetlenie w przedpokoju było wystarczające, żeby tam pisać list? Nie jestem ciekawski, ciekawskie byłoby, dla przykładu, gdybym koniecznie chciał wiedzieć, z kim tańczyła panna Agathe. To byłoby niestosowne i miałabyś słuszność, nie odpowiadając mi.

Tak się jednak dzieje, że – niechby to było okrężną drogą, ponad innymi osobami – ze wszystkimi ludźmi pozostajesz w Triesch w bezpośrednim związku, nawet ze służącym w hotelu czy jakimś tam polowym[40], na którego polu kradniesz rzepę. Wydajesz im rozkazy albo pozwalasz się doprowadzać do łez, ja jednak mam to czytać tak, jak się na wygnaniu – innego jeszcze nie znam – chce czytać wiadomości o istotnych zmianach w ojczyźnie, ledwie jednak będąc w stanie czytać, jest się bowiem nieszczęśliwym, nie mogąc tam nic robić, i tak szczęśliwym, czegoś się teraz dowiadując. Tu mam prawo powiedzieć, że nie współczuję chorym, których pielęgnujesz.

Decyzja w mojej sprawie, ostateczna, przyjdzie jutro, ale ten list jest niecierpliwy; kiedy tylko napiszę na nim „droga”, ożywa i nie chce dłużej czekać. Uroczo mnie nie doceniasz, jeśli sądzisz, że dążenie do idealnych korzyści jest właściwe mojej naturze, wystarczy bowiem powiedzieć: nieprzywiązywanie wagi do praktycznych korzyści.

Wiem, że musisz wyjechać z Wiednia, ale tak samo ja z Pragi, przy czym zapewne moglibyśmy dobrze spędzić ten rok na przykład w Paryżu. Ale słuszna jest rzecz następująca: zaczynamy robić to, czego potrzebujemy, a czy kontynuując to, nie dotrzemy niechybnie do siebie nawzajem?

Proszę, napisz mi dokładnie o swojej praskiej przyszłości; może będę mógł jeszcze coś przygotować, uczynię to z ochotą.

Twój Franz

Do Hedwig Weiler

Praga, 19 września 1907

Kochana,

Jak Ty mnie nie doceniasz i nie wiem, czy nie trzeba wobec kogoś lekkiej antypatii, by go aż tak nie doceniać. Nie zdołam Cię przekonać, ale nie byłem ani trochę ironiczny; wszystko, o czym chciałem wiedzieć i o czym mi napisałaś, było dla mnie i nadal jest istotne. A te akurat zdania, które nazywasz ironicznymi, chciały jedynie naśladować tempo, z jakim przez kilka dni wolno mi było gładzić Twoje dłonie, a czy była w nich mowa o polowym, czy o Paryżu, było prawie drugorzędne.

Znów wcześnie mi przerwano i teraz, po północy, do cna zmęczony, kontynuuję:

Tak, zdecydowało się, ale dopiero dziś. Inni ludzie decydują się jedynie z rzadka, a potem cieszą się tą decyzją przez długi czas do kolejnej, ja jednak decyduję się nieprzerwanie, tak często jak bokser, tylko że wtedy naprawdę się nie boksuję. Poza tym to tylko tak wygląda i moje sprawy zyskają rychło, mam nadzieję, także odpowiedni wygląd.

Zostaję w Pradze i bardzo możliwe, że w ciągu kilku tygodni dostanę posadę w pewnym towarzystwie ubezpieczeniowym. W czasie tych tygodni będę musiał bez przerwy pogłębiać wiedzę o ubezpieczeniach, to przecież bardzo interesujące. Całą resztę będę Ci mógł opowiedzieć, zanim przyjedziesz, muszę tylko być oczywiście ostrożny i nie zdenerwować zajętej mną teraz opatrzności, dlatego nie wolno Ci mówić o tym nikomu, nawet wujowi.

A zatem kiedy przyjeżdżasz? O mieszkaniu i kosztach piszesz niejasno. Moja gotowość, żeby Ci pomóc – wiesz o tym, a jednak nic nie mówisz – nie zmniejsza się przez to, że papier ma krawędź, ale, mówiłem Ci o tym, krąg mych znajomości jest niestety bardzo wąski, a tam, gdzie wypytywałem, na nic się to nie zdało, ludzie mają bowiem nauczycielki z poprzednich lat. W każdym razie w niedzielę w „Tagblatt” i w „Bohemii” zamieszczę taki anons:

„Młoda dziewczyna, która zdała maturę i była wcześniej na uniwersytecie wiedeńskim, a teraz studiuje na praskim język francuski, angielski, filozofię i pedagogikę, poszukuje zajęcia jako nauczycielka dla dzieci, którymi, jak sądzi po rezultatach swych dotychczasowych lekcji, potrafi się bardzo dobrze zająć, albo jako lektorka czy też dama do towarzystwa”.