Lekcje szycia dla niestarannych - Agnieszka Krawczyk - ebook

Lekcje szycia dla niestarannych ebook

Agnieszka Krawczyk

0,0
39,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Historia, która przywraca wiarę w drugiego człowieka i w lepsze jutro.

Jedna wyprawa w góry na zawsze zmieniła życie Igi. W wyniku nieszczęśliwego wypadku jej siostra od tygodni leży w śpiączce, podczas gdy ona wyszła z niego bez większych obrażeń. Rodzice i szwagier obwiniają kobietę o tę tragedię, a ona sama pogrąża się w depresji i coraz bardziej izoluje od ludzi. Gdy podejmuje dorywczą pracę w sklepie z ubraniami w stylu vintage, nie przypuszcza, że to początek zupełnie nowego rozdziału w jej życiu.

Czy warsztaty krawieckie pomogą Idze odzyskać równowagę? Co połączy ją z sąsiadem Krzysztofem? I czy odważy się dać drugą szansę dawnej miłości?

„Lekcje szycia dla niestarannych” to historia o wzajemnym wsparciu, sile lokalnej społeczności i małych inicjatywach, które pomagają budować więzi i przezwyciężać samotność. A dla czytelników „W cztery strony szczęścia” niespodzianka i spotkanie z bohaterami, których zdążyli polubić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 374

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA

Redakcja: JUSTYNA TECHMAŃSKA-SZEWCZUK

Korekta: OLA KALINOWSKA, EMILIA KOLINKO, ALEKSANDRA SZULEJEWSKA

Projekt okładki, stron tytułowych oraz ilustracje: PAWEŁ PANCZAKIEWICZ

Zdjęcia na okładce: Magnific

Instrukcja krawiecka ze s. 353: KLAUDIA TUKALSKA

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Agnieszka Krawczyk © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-09393-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).

1

Sumienie

Iga odwróciła się na kanapie i przykryła kocem po czubek głowy. Przed chwilą się obudziła, a już znowu miała ochotę zasnąć. Wszystko, żeby nie przebywać w rzeczywistości i nie myśleć, nie rozpamiętywać. Na terapii powiedziano jej, że musi się wyrwać z tej spirali wyrzutów sumienia i samoudręczenia. Powinna pogodzić się z tym, co się stało, i w razie możliwości – zadośćuczynić. Tylko jak miała to zrobić? Wszyscy jej nienawidzili i mieli rację, tego była pewna. Nic nie skutkowało – terapia, leczenie, próby przepracowania tego tragicznego wydarzenia. Zasypiała z obrazem Sylwii przed oczami i z nim się budziła. Czasami w snach wracała do niej ta historia. Widziała oskarżycielski wzrok swojej matki i szwagra, którzy obwiniali ją za ten wypadek. Bo to był jej pomysł, a Sylwia nie miała na taką wycieczkę kondycji i przygotowania. Po raz tysięczny Iga odtwarzała w pamięci tamten dzień – co zawiodło, czemu wszystko potoczyło się w tak fatalnym kierunku. Jeden nieostrożny krok, zachwianie się, jej krzyk: „Uważaj, Sylwia!”, a potem już zawsze miała widzieć pod powiekami obraz siostry osuwającej się po kamienistym zboczu, wciąż szybciej i szybciej, by w końcu znieruchomieć gdzieś na dole. I teraz siostra kolejny tydzień spędzała w szpitalu, na granicy życia i śmierci, pogrążona w śpiączce, a Iga walczyła z depresją, wyrzutami sumienia i żalem całej rodziny. Po co to zrobiła? Czemu brała niedoświadczoną dziewczynę w wysokie góry? Skąd taki idiotyczny pomysł? Dlaczego jej nie pomogła, nie asekurowała jej? Jak mogła do tego dopuścić?

– Jestem złym, podłym człowiekiem – powtórzyła swoją codzienną mantrę Iga.

Zmuszała się, żeby wstać i zrobić sobie choćby herbatę. Do jedzenia miała wstręt. Już dawno zwolniliby ją z pracy, gdyby lekarz nie ulitował się i nie wystawił długiego zwolnienia, które właśnie się kończyło. Trzeba było postanowić, co dalej. Na myśl o powrocie do firmy Igę przechodziły ciarki. Pracowała w dziale finansowym i kiedy obecnie próbowała włączyć komputer i zerknąć na tabelki z cyframi w Excelu, widziała tylko chodzące po ekranie mrówki. Małe kropki, przemieszczające się bez ładu i składu. A potem zaczynała płakać. Tak zresztą kończył się każdy dzień. Płaczem.

Od kilku dni zbierała się, żeby pójść do Sylwii do szpitala. Namawiała ją na to terapeutka. Już dwa razy tam dotarła i zawróciła sprzed drzwi. Co będzie, jeśli spotka matkę? Albo szwagra? Jeżeli wyrzucą ją i zrobią awanturę? Wskażą palcem jako sprawczynię tego nieszczęścia? A jeśli lekarz zapyta? Co miała odpowiedzieć? „Tak, to ja doprowadziłam siostrę do tego stanu”.

Nie, nie miała siły na taką konfrontację. Była zbyt słaba, za bardzo się bała. Za mocno cierpiała. Na nic zdawały się rozmowy z psychoterapeutką i leki. Niepotrzebne to wszystko. Zabiła swoją siostrę, taka była prawda.

Iga odetchnęła. Kamień, który przyciskał jej przeponę, wciąż był tak samo ciężki. Niewidzialne kleszcze. Kiedyś ją po prostu zmiażdżą i to będzie jej koniec. Nareszcie.

Zadzwonił telefon. To była Miłka, jej koleżanka z pracy.

– Jadłaś coś dzisiaj? Powinnaś wyjść na spacer. – Miłka była chyba jedyną osobą, która szczerze się o nią troszczyła i jej współczuła. Może dlatego, że sama kiedyś przeszła podobny epizod. Miała depresję i długo z nią walczyła. Rozumiała więc Igę i próbowała jej pomóc. Jakby miała jakąś misję. – Obiecaj mi, że wyjdziesz – powtórzyła Miłka, gdy Iga odpowiedziała coś niemrawo.

Z jednej strony była wdzięczna za zainteresowanie, wręcz wzruszała ją dobroć Miłki, ale z drugiej – chciała, żeby koleżanka się od niej odczepiła i dała jej żyć własnym życiem. To znaczy zakopać się pod kocem na kanapie i płakać.

No dobrze, w końcu obiecała. Niechętnie zwlekła się z kanapy, włożyła buty i kurtkę, a potem wyszła na zewnątrz.

Jak zwykle zaskoczyło ją to, że świat się nie zatrzymał i życie jakoś tam się toczy. Lepiej czy gorzej, ale idzie do przodu, mimo że jej samej było wszystko jedno, co się wydarzy. Uderzyło ją, że w międzyczasie zmieniła się pora roku i wiosna przeszła w lato. Pogoda była śliczna, zupełnie nie współgrała z jej podłym nastrojem. Zieleń na drzewach nabrała głębi, trawa także była gęsta i szmaragdowa, wszystko pachniało tak, że kręciło się w głowie. Pod niebem, niebieskim jak atrament rozlany w wodzie, spacerowali uśmiechnięci ludzie i śpiewały ptaki. Ona jedna była mroczną figurą na tym szczęśliwym letnim obrazku.

Otrząsnęła się.

Musiała zrobić zakupy. Miłka przysłała jej listę: chleb, masło, coś do chleba. Na samą myśl o jedzeniu Iga dostawała mdłości, ale w sumie była zadowolona – wyjście z domu musiało mieć jakiś cel. Metoda drobnych kroków, tak mówiła terapeutka. Trzeba sobie stawiać małe wyzwania i je realizować. Osiągać niewielkie sukcesy i budować z nich łańcuchy zwycięstw. Boże drogi, co za banialuki!

Ruszyła przed siebie, właściwie bez planu. Spożywczy był w przeciwnym kierunku. Chyba zrobiła to na złość: terapeutce, Miłce i w końcu samej sobie. Minęła sklep z rowerami, przy którym właściciel zawsze naprawiał co najmniej dwa jednoślady, jakby chciał się pochwalić swoim biznesem. Dalej był sklep papierniczy, a potem róg ulicy i zakręt, na którym trzeba było podjąć decyzję: wracać do domu czy iść jednak do tego spożywczaka. Była to w tej chwili bardzo trudna sprawa.

Zanim dotarła do zakrętu, jej uwagę przykuło coś niespodziewanego. Coś się zmieniło. Sklep papierniczy zakończył działalność. Iga uświadomiła sobie, że kiedyś w zamierzchłych czasach, jeszcze przed wypadkiem Sylwii, kupowała coś tutaj i właścicielka wspominała o emeryturze. Najwyraźniej wszystko poszło zgodnie z planem, lokal wystawiono do wynajęcia i nowy właściciel zmienił zakres działalności, bo w witrynie wisiały jakieś ogłoszenia. Zwróciły uwagę Igi, ponieważ ozdobiono je dziecięcymi rysunkami i krzykliwym charakterem pisma.

„Z powodu dwóch prac oraz trzech zwierząt sklep będzie otwarty w kratkę. Poszukuję kogoś do pomocy w piątki i soboty co drugi tydzień” – przeczytała Iga ze zdumieniem. Na kartce przedstawiono osobę z włosami we wszystkich kolorach oraz dwa psy i kota. W tle było widać domek, chmury i cały anturaż rysunku przedszkolaka. Iga uśmiechnęła się na widok tego obrazka i był to pierwszy uśmiech, jaki pojawił się na jej twarzy od wielu dni. Przebiegła wzrokiem po witrynie. „Gratulacje! Pierwsza inicjatywa, na którą się zdecydowaliście, to wymianka. Zapraszamy w najbliższą sobotę” – głosiła kolejna kartka.

– Cześć – usłyszała niespodziewanie z tyłu. – Jesteś zainteresowana?

Odwróciła się gwałtownie i stanęła twarzą w twarz z młodą kobietą. Była ubrana w kraciasty płaszcz, włosy – nie we wszystkich kolorach tęczy, ale blond z truskawkowym odcieniem – miała podpięte jedwabną chustką. W jej uszach kołysały się długie, najwyraźniej ręcznie robione kolczyki ozdobione mnóstwem kryształków. Była oryginalna, ale wygląd miała trochę zmęczony i zatroskany.

– Ja? Niby czym? – spłoszyła się Iga.

– No pracą – odparła ze zniecierpliwieniem tamta. – Szukam już jakiś czas. Nikt się nie zgłasza. Wiem, że godziny są niezbyt atrakcyjne, ale inaczej się nie da.

– Właściwie nie szukam...

– Szkoda. Myślę, że byłabyś idealna.

– Idealna? Skąd ten pomysł? – zdziwiła się Iga.

Właścicielka sklepu właśnie przestała mocować się z zabezpieczającą witrynę kratą i z ulgą otworzyła drzwi.

– Zainteresowałaś się, a to już coś. Chcesz zobaczyć?

– Co to właściwie za sklep? – Iga zmarszczyła brwi.

Dziewczyna o truskawkowych włosach lekko poruszyła ramionami.

– To właściwie jeszcze nie sklep. Lubię myśleć, że to concept store...

– Czyli co? Taki magazyn z modelami na pokaz? Żeby można było potem coś zamówić? – Iga rozglądała się po mrocznym wnętrzu.

Zobaczyła pomieszczenie dopiero wtedy, gdy właścicielka zapaliła światło. To był sklep z ubraniami w stylu vintage. Bardzo zresztą ładnymi, choć kompletnie nie w stylu Igi. Ona, zanim doszło do najgorszego i wydarzył się ten wypadek Sylwii, ubierała się raczej klasycznie, jak wymagał biurowy dress code, a w dni wolne – na sportowo. Wspinaczka i chodzenie po górach to były jej główne pasje, poświęcała na to prawie cały wolny czas i była raczej ekspertem w odzieży outdoorowej i trekkingowej niż w czymś takim. Modele, które tu prezentowano, przypominały jej raczej przebrania niż ubrania na co dzień i nie bardzo do niej przemawiały.

– Dokładnie tak – oznajmiła z zadowoleniem blondynka, poprawiając na manekinie ozdobną bluzkę z haftowanymi rękawami. – To pomysł mój i siostry. Ona ma taki sklep z ubraniami vintage niedaleko Placu na Groblach. Ja kiedyś prowadziłam galerię sztuki, ale ją sprzedałam i rozwijam ten pomysł. Nazywam się Aleksandria Wencel.

Igę zdumiało to imię, a na jej reakcję właścicielka sklepu skinęła głową.

– Wiem, dziwne. Nasz ojciec był rzeźbiarzem. Uważał, że to są klasyczne imiona: Aleksandria i Klarysa. Moja siostra nie lubi swojego, więc się każe nazywać Klara. Ja jednak zostałam przy Aleksandrii. Podoba mi się. Ale jeśli chcesz, możesz mówić Ola.

– Nie, Aleksandria jest w porządku. Jestem Iga Chojnacka.

Uścisnęły sobie ręce.

– Czym się zajmujesz, Iga? – spytała bezpośrednio Aleksandria.

Dziewczyna się zmieszała.

– Teraz? Niewiele robię. Chorowałam... – powiedziała wykrętnie. – Ale zasadniczo pracuję w dziale finansowym dużej firmy. Jak widzisz, nie mam nic wspólnego z modą...

Rozejrzała się wymownie po sklepie. Wszystko było tu w fazie urządzania. Wnętrze miało niezły klimat, o ile ktoś lubił atmosferę sprzed pięćdziesięciu lat, z meblami z tego okresu i kwiatami doniczkowymi typu monstera. Na manekinach zaprezentowano kilka fajnych stylówek, a wieszak w witrynie mieścił kolekcję barwnych bluzek i spódnic w stylu hippie.

– Poza tym nie czuję tego stylu. – Znaczącym ruchem wskazała na swoje spodnie z dresówki i sportową kurtkę.

Aleksandria spojrzała na nią z uśmiechem i wyjaśniła, że nie każdy musi być pasjonatem, a ona potrzebuje kogoś tylko na parę godzin. Iga uniosła kąciki ust i wymownie wskazała na kartkę z ogłoszeniem. Dwie prace i do tego zwierzęta! To było wyzwanie. Trudno sprostać takim zobowiązaniom w pojedynkę. Aleksandria roześmiała się wesoło. Praca i zwierzaki to najmniejszy problem. Większym była jej ruchliwość umysłowa – jak to nazwała, robiąc uroczą minę. Miała tysiące pomysłów na minutę i co gorsza – jak dowodziła – większość z nich udawało się wprowadzić w życie. Kiedy przejęła ten lokal, zamarzyła, by stworzyć tu coś w rodzaju centrum wesołej integracji i rozrywki dla okolicznych mieszkańców. „W skrócie CWIR” – mrugnęła, a Iga, którą zaczęła wciągać ta historia, uznała, że Aleksandria jest osobą, jakiej do tej pory nie znała: zabawną, zwariowaną i pełną energii. Tego najbardziej brakowało jej samej. W związku z pomysłem na CWIR właścicielka butiku uznała, że warto zapytać lokalsów, czego im najbardziej brakuje. Zaczęła zbierać ankiety do pudełka zawieszonego na drzwiach i oprócz sporej liczby głosów pochodzących od jakichś żartownisiów (że też im się chciało w ogóle pisać te dziwaczne propozycje) było kilka powtarzających się postulatów. Wymianka sąsiedzka zdobyła największą popularność, to ją zatem jako pierwszą trzeba było zorganizować. Aleksandria nie miała pojęcia, jak sobie z tym poradzi, ale Klara obiecała pomoc. Miała przyjść w sobotę z dzieciakami. Ma dwoje, chłopca i dziewczynkę, oboje w przedszkolu, pocieszne maluchy.

– Ja nie mam dzieci, chyba na razie wystarczą mi siostrzeńcy. A ty? – zakończyła, patrząc na nową znajomą.

– Też nie – bąknęła Iga.

– A rodzeństwo?

– Co?

– No, czy masz rodzeństwo? Brata, siostrę? – Aleksandria zrobiła ruch ręką.

Iga nabrała głęboko powietrza, a potem przymknęła oczy. Dobry nastrój znikł jak zdmuchnięta nagle świeczka. Na jej twarzy odbił się ból.

Aleksandria zinterpretowała to po swojemu.

– Przepraszam, że tak się wcinam – stwierdziła zmieszana. – Ja też w sumie nie mam zbyt dobrych układów z Klarą. Choć jesteśmy ze sobą związane.

– Dlaczego? – Teraz Iga zareagowała dosyć obcesowo, ale Aleksandria nie poczuła się urażona.

– To skomplikowane – zaczęła. – Myślę, że problem leży w różnicy charakterów. Klara jest... Jak by to powiedzieć? Łatwowierna? Ona każdemu ufa. Daje szansę i w ogóle dopatruje się w ludziach dobrych stron.

Iga uważała, że akurat w tym nie ma nic złego. Aleksandria najwyraźniej była innego zdania, bo najpierw się skrzywiła, a potem zaczęła opowiadać o siostrze. Szczerze mówiąc, Iga była zszokowana, że wtajemnicza obcą bądź co bądź osobę w takie prywatne szczegóły. Klara miała dwoje dzieci, każde z innym facetem. Siostrze oczywiście zupełnie to nie przeszkadzało, bo niby czemu? Chodziło wyłącznie o to, jak każdy z nich ją potraktował. A dokładnie, jak ją wystawił. To miała być wielka miłość i coś prawdziwego. A skończyło się ucieczką i rozczarowaniem. Iga wzruszyła ramionami, słysząc tę historię. To nie była przecież wina Klary, tylko tych gości. Oni okazali się nieodpowiedzialni. Trudno ją winić, że ktoś zawiódł jej zaufanie.

Nieoczekiwanie Igę zaczęła wciągać ta rozmowa. Po raz pierwszy od długiego czasu zajmowała się czymś innym niż myślenie o swojej winie i wyrzutach sumienia. Było to ożywcze i ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że na coś takiego czekała. Żeby coś innego zajęło jej umysł.

– Jasne, oczywiście – zgodziła się żarliwie Aleksandria. – Sęk w tym, że ona przyciąga takie ofiary losu. Takich padalców, którzy ją krzywdzą. Jest za dobra. A kiedy jej to mówię, to się na mnie wścieka. Uważa, że traktuję ją jak dziecko. Protekcjonalnie. No, sama widzisz!

Iga sądziła, że nie ma sensu się tak irytować. Od swojej terapeutki wiedziała, że silne emocje to pewien sygnał. Znak, że coś nie zostało przepracowane. Uświadomiła sobie, że terapia bardzo wyczuliła ją na problemy innych. Świetnie. Tylko że z własnymi nadal nie mogła sobie poradzić. Nie tylko ich nie dostrzegała, a właściwie – nie potrafiła prawidłowo zaklasyfikować, ale także – a może przede wszystkim – nie wiedziała, jak je pokonać. Stawała się najlepszym teoretykiem, beznadziejnym w praktyce.

Właśnie to jej wytknęła Aleksandria. Uznała, że Idze łatwo tak mówić, bo pewnie nie wkurza ją tak bardzo własna rodzina. Ona zrobiłaby dla siostry wszystko. Naprawdę wszystko, tylko trudno jej było pogodzić się z faktem, że Klara jest taka naiwna. No i prowokuje los.

– Skoro jest to miłość warunkowa, to chyba nie jest to prawdziwe siostrzane uczucie – powiedziała Iga takim tonem, że zdała sobie sprawę, że naśladuje swoją terapeutkę, i się zmieszała.

Aleksandria spojrzała na nią ostro.

– I co? Gadasz jak z jakiegoś poradnika. – Nachmurzyła się.

Iga zerknęła przepraszająco.

– Sorry. Jestem w terapii, nasłuchałam się tam różnych rzeczy.

Niespodziewanie Aleksandria się odprężyła.

– Terapia? Rozumiem! Człowiek ma od tego mętlik w głowie i wszędzie widzi problemy. U siebie i innych. Nie zrozum mnie źle, totalnie to popieram, trzeba sobie pomagać, ale czasami po takich sesjach za bardzo się uwrażliwiasz. Obserwujesz samą siebie i doszukujesz się w każdej sprawie drugiego dna. Trzeba nad sobą pracować, to jasne, ale gdzieś jest granica.

– Tylko jak ją rozpoznać – szepnęła Iga, która wcześniej dokładnie o tym samym pomyślała, bo jej głównym problemem były obsesyjne myśli i samooskarżanie.

Aleksandria poruszyła ramionami.

– Może trzeba zadziałać inaczej? – zaproponowała. – Zrobić coś, na co wcześniej nie umiałaś się zdecydować? Nie miałaś na to przestrzeni? – Podsunęła jej jakąś kartkę.

– Kurs szycia dla początkujących i zaawansowanych – przeczytała Iga. – I po co mi to?

– Po nic. Dla zabawy. Jeśli nie umiesz szyć, może zaczniesz. Ja też wróciłam do szycia po latach, bo wcześniej miałam tę galerię sztuki, mówiłam zresztą. A gdybyś przypadkiem umiała, może z tego będzie praca. Będziemy szukały z Klarą osób do naszej nowej marki modowej. Ale o tym na razie cicho sza! – Wymownie położyła palec na ustach.

Iga zerknęła z niepokojem na ulotkę. To jakieś przeszkolenie? Nie bardzo pisała się na coś takiego, to nie była jej bajka. Owszem, kiedyś uczyła się szycia. Właściwie to babcia nauczyła ją i Sylwię krawiectwa. Przede wszystkim jak robić poprawki – podkładać spodnie, zwężać spódnice. Babcia uważała, że lepiej takie drobiazgi zrobić samemu niż z każdą rzeczą biegać do punktu krawieckiego. Maszyna po babci gdzieś się kurzyła w piwnicy. O ile w ogóle była zdatna do użytku. W końcu minęło już tyle lat...

Tymczasem Aleksandria tłumaczyła szczegóły swego pomysłu – kolejnego z jej przebogatej skarbnicy konceptów na ożywienie życia okolicy. Jej siostra już rozmawiała z radą dzielnicy – miały nadzieję, że otrzymają dofinansowanie na warsztaty szycia, jako na pożyteczną inicjatywę społeczną. Chciały kupić kilka maszyn, przydałby się też jakiś lokal, bo w sklepie było za ciasno na takie zajęcia.

Iga pomyślała, że idea jest fajna, ale do jej realizacji jeszcze daleka droga. Ona w każdym razie miała własną maszynę, o czym poinformowała nową znajomą. Aleksandria wybuchnęła entuzjazmem. Zatem Iga umiała szyć! Znakomita wiadomość. Mogła się bardzo przydać i na warsztatach, i w sklepie. Czy była pewna, że nie chce tutaj popracować dorywczo? Choćby na próbę. Może warunki nie są szczególnie kuszące, ale praca nieobciążająca, atmosfera cudowna, a kiedy Iga pozna dwa psy Aleksandrii – ogary polskie – to z pewnością się zakocha. Iga uśmiechnęła się lekko. Co jak co, ale Aleksandria potrafiła sprzedać swój pomysł. To dobrze rokowało dla jej biznesu. Ze swojej strony wolałaby chyba wyprowadzać te psy niż pracować w sklepie. Niby to tylko kilka dni w miesiącu, ale ci ludzie... Bała się ich trochę. Będą mieli swoje sprawy, roszczenia i zażalenia. A jeśli coś będzie nie tak? Coś zginie ze sklepu albo wywiąże się jakiś spór? Na samą myśl o tym przechodziły ją dreszcze. Nie nadawała się do konfrontacji z ludźmi, jeszcze nie teraz. Może w ogóle, nigdy.

Aleksandria przypatrywała się przez chwilę jej wahaniu, a potem uśmiechnęła się krzepiąco. Nie zamierzała nalegać, ale liczyła, że Iga przemyśli ofertę. No i przyjdzie na wymiankę. Choćby po to, żeby poznać Klarę, dzieciaki oraz psy. No i pogadać o kursie szycia. Może do tego czasu coś się wyklaruje. Choć na myśl o takiej imprezie, na której z pewnością pojawi się mnóstwo ludzi, Iga poczuła lęk. Niespodziewanie dla samej siebie skinęła głową na zgodę. Przyjdzie. Niech się dzieje, co chce.

Po wyjściu ze sklepu Aleksandrii oczywiście pożałowała swojej skwapliwości. Nie była asertywna, nie umiała odmawiać. Po co dała się w to wrobić? Chyba nawet nie miała ochoty pojawiać się na tej weekendowej imprezie. Wymianka. Czym ona mogłaby się wymienić? Chyba tylko złym nastrojem. Gdyby ktoś zechciał ją obdarować dobrym...

W tym stanie ducha zrobiła drobne zakupy i z ulgą skierowała się do domu. Miała zdecydowanie dosyć wrażeń jak na jeden dzień.

Na schodach zawahała się i zawróciła do piwnicy. Dawno tu już nie była. Odziedziczyła tę kawalerkę po babci, która zapisała jej swoje mieszkanko, bo Sylwia miała wówczas własne mieszkanie z mężem i zaakceptowała to bez oporów, za co Iga była jej ogromnie wdzięczna. Kawalerka co prawda była w kiepskim stanie – mała, ciasna i nigdy nieremontowana, a w dodatku na ostatnim piętrze tuż obok strychu, ale zawsze coś, najważniejsze że siostra nie miała pretensji, iż babcia tak rozporządziła majątkiem. No, a Iga tak się jej odwdzięczyła. Zrobiła coś takiego...

Myśli znowu pobiegły w stronę wypadku i tego, co się wydarzyło, i przygniotły ją ze zdwojoną siłą. Postanowiła się otrząsnąć. W pęku kluczy odszukała ten właściwy i przekręciła zamek. Piwnica była duża – śmiały się z siostrą, że jest większa od mieszkania. Nie było to prawdą, ale istotnie powierzchnia była spora i babcia trzymała tu mnóstwo rzeczy. Iga nigdy ich nie przejrzała, a potem tylko dorzucała swoje. Miała tu więc istną graciarnię.

– Może coś się przyda na sąsiedzką wymiankę – powiedziała do siebie pod nosem, rozglądając się za maszyną.

Wiedziała, że gdzieś tu jest, w dużej walizce. Ciekawe, czy nie zardzewiała. Może nie, piwnica była sucha i ciepła. Po chwili namierzyła walizkę wśród koszy z pustymi słoikami, które babcia trzymała chyba w nadziei na przetwory, i jakichś drewnianych skrzynek. Wyciągnęła ją z pewnym trudem i oparłszy walizę na kolanie, zamknęła drzwi piwnicy.

Znakomicie. Teraz to trzeba wtargać na czwarte piętro. Oczywiście w starym budownictwie nie można było liczyć na windę.

W okolicach drugiego piętra całkiem zwątpiła i była gotowa porzucić maszynę na schodach. Trudno. Niech tutaj zostanie albo niech ktoś ją sobie weźmie, o ile da radę ją nieść. Iga była tak zgrzana i zziajana, że sama nie mogła uwierzyć, jak łatwo straciła kondycję. Ona, która jeszcze niedawno śmigała po górach jak kozica! Robiła kilkugodzinne trasy, nie obawiała się siąpiącego deszczu, mgły i generalnie złych warunków. Nigdy się nie męczyła i nie przeziębiała. A teraz co? Była cieniem samej siebie. Nie miała pojęcia, ile by musiała pracować nad odzyskaniem dawnej siły i sprawności. Tylko czy to w ogóle miało sens? Nie zamierzała już nigdy chodzić w góry. Nie po tym, co się stało z Sylwią, nie po tym, co zrobiła...

Stop!!! Nie będzie ciągle do tego wracać. Każda jej myśl nie może się w kółko kończyć na tym samym. Wytaszczy tę przeklętą maszynę do szycia na swoje piętro, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobi w życiu!

– Pomóc? – usłyszała niespodziewanie.

Odwróciła głowę. Za jej plecami stał sąsiad, którego widziała przelotnie kilka razy. Sprowadził się wtedy, gdy ona poszła na zwolnienie z powodu depresji i nie wychodziła z domu. Widziała samochód w typie dostawczaka, z którego wynosili jakieś meble i dziwną palmę. Ta palma zwróciła wówczas jej uwagę. I tak zapamiętała sąsiada. W sumie to niczym się nie wyróżniał, był całkiem zwyczajny. Trochę od niej starszy, pod czterdziestkę, o sylwetce, która zdradzała, że nie uprawia zbyt dużo sportu, bo trochę się garbił i patrzył niepewnie zza okularów. Ale wzrok miał sympatyczny i życzliwy.

– Byłabym wdzięczna – jęknęła Iga. – Przeliczyłam się z siłami. To naprawdę ciężkie.

– Może nie wyglądam, ale mam krzepę – pochwalił się i przejął pakunek. Od razu mina mu zrzedła. – Rany! Co to jest? Myślałem, że pani wraca z jakichś wczasów. Co pani tam ma, jeśli wolno spytać? Tonę piasku znad morza czy kamienie? – spytał.

– Maszynę do szycia po babci – wyjaśniła zgodnie z prawdą. – Zastanawiałam się nawet, czy jej tu nie zostawić... Ale to pamiątka.

Niespodziewanie się zainteresował. Jego dziewczyna chciała się uczyć szyć. Miała za dużo wolnego czasu i szukała ciekawego hobby na długie jesienne wieczory. Potrzebowała jednak kogoś, kto by ją wprowadził, pokazał, od czego zacząć. Iga bardzo się bała, że sąsiad uzna, że ona mogłaby to robić, a na myśl o uczeniu kogoś czegokolwiek zrobiło się jej słabo. Od razu powiedziała mu więc o planowanym przez Aleksandrię i jej siostrę kursie szycia dla początkujących. Bardzo go to zaciekawiło i zaczął dopytywać o szczegóły. Podała mu tyle, ile mogła. Nie miała pojęcia, kiedy ten kurs wystartuje ani w jakiej będzie cenie, ale odbywać się ma gdzieś w okolicy, bo jego pomysłodawczyni prowadzi tu w sąsiedztwie sklep. Opisała mu wszystko dokładnie, a on kiwał głową na znak, że wie, o który sklep chodzi. Dotarli na ostatnie piętro, gdzie mężczyzna z ulgą postawił pudło na podłodze.

– Dziękuję, bardzo mi pan pomógł.

– Drobiazg. Dziękuję za cynk o tym kursie. Jagoda będzie zachwycona. Przy okazji – jestem Krzysztof Wójcik.

– Iga Chojnacka. Zdaje się, że jesteśmy sąsiadami?

– Mieszkam piętro niżej. Miło było cię poznać. A teraz już lecę. Muszę się zreanimować na kanapie po tym wysiłku.

– Należy się nagroda. – Sama nie wiedziała, dlaczego i jak to się stało, że przyszło jej to z taką łatwością, ale wyjęła z torby czekoladę, którą pod wpływem impulsu kupiła przed chwilą w sklepie. Wręczyła tabliczkę nieznajomemu, ale ten odmówił.

– Obrażę się – zaznaczyła, a on kiwnął głową na znak zgody.

– Z nadzieniem kokosowym – pochwalił. – Najlepsza.

Iga podniosła pudło i weszła z nim do mieszkania. Postawiła walizkę na stole w kuchni, a potem oparła się o nią obiema rękami. Nie przez to, że odebrało jej dech z wysiłku. Tylko dlatego, że po raz pierwszy od bardzo długiego czasu rozmawiała z ludźmi jak gdyby nigdy nic. Normalnie. I oni się nie zorientowali, że z nią jest coś nie tak. Było to prawdziwe zwycięstwo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki