Lekcja uczuć - Agata Przybyłek - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Lekcja uczuć ebook i audiobook

Agata Przybyłek

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Mówi się, że najlepsze scenariusze piszą się same. Ale życie na szkolnym korytarzu pisze takie, których nie powstydziłaby się najlepsza komedia romantyczna.
 
Dorota – nauczycielka polskiego w liceum, znana w sieci jako Ognista Polonistka – wielkie miłości przeżywa wyłącznie na kartach powieści. Po bolesnym rozstaniu sprzed lat utknęła w miejscu, a rodzice nieustannie przypominają jej, że „czas najwyższy znaleźć męża”.
Adam – wuefista z uśmiechem, który rozbraja pół pokoju nauczycielskiego – próbuje w końcu uporządkować swoje życie uczuciowe. Niestety jego była dziewczyna skutecznie mu to uniemożliwia.
 
Ich pierwsze spotkanie? Konferencja, nerwy, kubek kawy… i Dorota oblewająca koszulę nieznajomego mężczyzny. Ona marzy, by zapaść się pod ziemię. On – by zobaczyć ją ponownie.
Kiedy kilka miesięcy później mijają się na szkolnym korytarzu, świat na chwilę staje w miejscu. Ona stara się go ignorować. On robi wszystko, by lepiej ją poznać.
 
A potem – zupełnie niespodziewanie – lądują w udawanym związku, który ma uratować Dorotę przed rodzicielską presją.
Czy pozorna gra okaże się niespodziewanie prawdziwa?
Czy szkoła to dobre miejsce, by ukrywać uczucia, które z każdym dniem są coraz silniejsze?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 420

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 35 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Dominika Sell-Kukułka

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Agata Przybyłek-Sienkiewicz, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Magdalena Kawka

Korekta: Agnieszka Śliz, Magdalena Owczarzak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Magdalena Rząsa

Projekt okładki i strony tytułowe: Ewa Popławska

Fotografia autorki na skrzydełku: Agnieszka Werecha-Osińska | Foto Do Kwadratu

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68800-48-7

CZWARTASTRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Rozdział 1Tamten pamiętny majowy kurs

Dora nie chciała jechać na ten kurs. To nie tak, że nie widziała sensu w doszkalaniu się albo nie była żądna nowej wiedzy. Nie. Wręcz przeciwnie. W ostatnich miesiącach, a może nawet odkąd zaczęła pracę w zawodzie, doskonaliła się niemal codziennie. Setki przeczytanych książek i opracowań tekstów literackich. Dziesiątki publikacji na temat pracy z nastolatkami. Kilka kursów online związanych z prowadzeniem profilów w mediach społecznościowych. Gdyby to policzyła, pewnie wyszłaby jej jakaś kosmiczna liczba godzin spędzonych na nauce już po studiach, choć matma nigdy nie była jej specjalnością. Dora kochała książki i od dziecka marzyła o tym, by zostać polonistką. Ania z Zielonego Wzgórza, Tajemniczy ogród, Opowieści z Narnii wybłagane u rodziców chyba w jakiś Dzień Dziecka. Te trzy książki sprawiły, że literatura szybko zajęła ważne miejsce w jej życiu, a miłość do czytania nigdy nie osłabła. Wręcz przeciwnie. Z roku na rok Dora czytała coraz więcej. Kolejne opasłe tomiszcza prozy lub tomiki wierszy trafiały do jej mieszkania i już nie mieściły się nawet na regałach. Książki właściwie opanowały lokum Dory. Piętrzyły się na meblach w sypialni. Zdobiły parapet w połączonym z kuchnią salonie, choć inni ludzie dekorowali zwykle takie miejsca kwiatami. Stosik klasyki literatury angielskiej robił nawet za swego rodzaju stopkę do drzwi między salonem z aneksem a sypialnią. Coś było nie tak z zawiasami. Nie sposób było otworzyć drzwi na oścież, a Dora lubiła przestrzenie. Pewnego dnia przycisnęła więc je do ściany książkami i tak już zostało na wiele miesięcy.

– Jak ci zabraknie kiedyś na chleb, to przynajmniej będziesz miała co sprzedać – żartował czasem jej ojciec, Tadeusz Czapliński.

Dory to nie bawiło. Naprawdę nie umiała sobie wyobrazić sytuacji, w której miałaby pozbyć się swoich książek. To było jej sacrum. Drzwi do tylu światów… Już raz, gdy była nastolatką, mama zmusiła ją, żeby oddała jedną ze swoich ulubionych książek kuzynce, która spędzała u nich wakacje, i Dora nigdy jej tego nie wybaczyła, a miała już dwadzieścia sześć lat i sporo czasu minęło od tamtych wydarzeń. Miała teraz też znacznie więcej środków na zakup nowych tytułów, niż kiedy musiała ciułać na książki z kieszonkowego, choć smutna prawda była taka, że jako początkująca nauczycielka w liceum wcale nie zarabiała kokosów. Na szczęście ukochana babcia, która zmarła trzy lata temu, przepisała jej w spadku dwupokojowe, spore mieszkanie, więc Dora nie musiała przynajmniej się martwić o dach nad głową i odpadały jej wszelkie koszty związane z ewentualnym kredytem.

No i miała jeszcze dodatkowe źródło dochodu. Od kilku lat prowadziła popularne konta na Instagramie i na TikToku o wdzięcznej nazwie Ognista Polonistka, na których zamieszczała treści pomagające maturzystom przygotowywać się do egzaminów z polskiego. Dora nie publikowała tam nic zdrożnego, żadnych dwuznacznych zdjęć, postów czy rolek. Po prostu miała rude włosy, ściślej: burzę rudych loków na głowie, więc ta nazwa wydawała jej się odpowiednia, kiedy zakładała konto na Instagramie. Dopiero potem jakiś młody chłopak napisał jej, że to brzmi trochę… pikantnie. Ale wtedy już było po ptakach. Dora dorobiła się już kilku tysięcy obserwujących zarówno na Instagramie, jak i na TikToku i nie chciała mącić w głowach odbiorcom swoich kanałów, więc zostawiła tę nazwę.

Zresztą… gdy teraz o tym wszystkim myślała, nieraz się zastanawiała, czy ta dwuznaczna nazwa nie pomogła jej trochę się wybić. Korepetytorów w internecie było teraz mnóstwo, a to jej profile śledziły setki tysięcy obserwujących. Nie tylko licealiści, ale też byli uczniowie, studenci filologii polskiej oraz rodzice. Ogólnopolskie media w okolicach matur cytowały jej słowa z postów i z transmisji online, które urządzała w niektóre samotne wieczory. Kilka razy dostała nawet zaproszenie do telewizji śniadaniowej, choć za każdym razem musiała odmówić. Wyjazd do Warszawy w godzinach pracy nie wchodził w grę, nawet nie chciała prosić dyrektorki o zgodę na dzień wolny z takiego błahego powodu.

Przełożona i nauczyciele z liceum, w którym uczyła, nie pochwalali jej działalności w sieci. Już kilka razy usłyszała uszczypliwe komentarze od koleżanek i kolegów z pokoju nauczycielskiego. Ten najbardziej uszczypliwy niestety z ust szanownej dyrektorki, służbistki w średnim wieku. Dora spokojnie utrzymałaby się już z pieniędzy, które zarabiała na sprzedaży swoich internetowych kursów i reklamowaniu produktów innych marek na swoich kanałach w mediach, ale lubiła pracę w szkole i na razie nie chciała jej stracić. Jakoś znosiła wredną dyrektorkę.

Być może dlatego zgodziła się też pojechać na ten pamiętny kurs z wykorzystania nowoczesnych technologii w edukacji do znajdującego się w Piórkach Powiatowego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli. Zawadzka tak nalegała, że Dora nie chciała jej odmówić. Kurs odbywał się w środę po lekcjach. Pojechała swoim prywatnym autem i ze swoim prywatnym jedzeniem, choć dwie z trzech przygotowanych wcześniej bułek z ogórkiem i serem zjadła już po drodze. Miała dziś za sobą siedem godzin lekcji i była trochę zmęczona. Intensywnie powtarzała materiał z maturzystami, bo zbliżał się maj. Omawiała Skąpca z pierwszakami, z jedną z klas drugich musiała przeanalizować sprawdziany. Kochała tę pracę, ale mimo to lubiła wracać do swojego mieszkania po szkole. Czekała tam na nią ukochana kotka, urocza biało-czarna przedstawicielka dachowców o dźwięcznym imieniu Mania, na cześć ulubionej poetki. Dora już wieki temu zakochała się w twórczości Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i gdy przygarnęła kotkę, imię dla zwierzaka właściwie przyszło samo.

Zresztą Mańka też chyba czuła jakąś wyjątkową więź ze wspomnianą poetką. Pewnego dnia po powrocie ze szkoły Dora przyłapała ją na drzemce na ulubionym tomiku wierszy, który zostawiła poprzedniego wieczoru przy łóżku. To rozczuliło ją tak bardzo, że aż zrobiła Mańce zdjęcie i wrzuciła na swoje kanały w internecie. Już po godzinie pod zdjęciem na Instagramie znajdowało się ponad sto komentarzy odnośnie do zwierzaka. Młodzież na TikToku również rozpływała się nad uroczą fotografią. Od tamtej pory częściej pokazywała Mańkę na swoich profilach. Zdjęcia kotki zwykle miały więcej reakcji oraz wyświetleń niż treści związane z zagadnieniami maturalnymi. Dorę to trochę bawiło, bo nieraz słyszała, że ludzie obserwują ją ze względu na jej wiedzę. Nie podzieliła się jednak tą refleksją publicznie, lecz zostawiła ją dla siebie. Tylko Mańce szepnęła do ucha, że chyba została gwiazdą, choć kotki raczej to nie wzruszyło. Otarła się o swoją panią i poszła spać na kanapie. Mańka w ogóle dużo spała, w przeciwieństwie do Dory, która lubiła czytać do późna, choć potem zwykle wyrzucała to sobie następnego dnia. Ale jak można odłożyć książkę, gdy akurat nastąpił zwrot akcji albo gdy pałający do siebie wrogością bohaterowie wreszcie zbliżyli się do siebie i nawiązali romans?

Dora najbardziej lubiła książki o miłości. Może dlatego, że w tej kwestii raczej nie wychodziło jej w życiu. Dziwnym trafem, nawet mimo starań, zwykle poznawała przypałowych chłopaków albo zrażała do siebie fajnych facetów. Głupio coś palnęła. Zapomniała o randce. Najzabawniejsze było jednak to, jak raz, gdy bardzo jej zależało na nowo poznanym chłopaku, wybrała się na spotkanie z zapaleniem spojówek. W środku zimy. W okularach przeciwsłonecznych, których nie zdjęła przez okrągłą godzinę nawet mimo tego, że w restauracji było dość ciemno, bo nie chciała przestraszyć widokiem oczu tamtego nieświadomego niczego chłopaka. Przyjaciółka, wysoka i blondwłosa Amanda, do tej pory nazywała ją z tego powodu dziwaczką. Po czasie Dora zaczęła przyznawać jej w tej kwestii rację. Faktycznie zachowała się trochę śmiesznie i chyba nie dziwiło jej, że po tej pamiętnej kolacji nie spotkała już więcej tamtego chłopaka. Słyszała tylko od wspólnej znajomej, że niedawno się zaręczył i planują już z narzeczoną ślub. Nie żeby to ją jakoś bolało. Aż tak jej nie zależało na szybkim zamążpójściu. Nie była taka znów stara. Dwadzieścia sześć lat to jeszcze całkiem młody wiek. Dora nie była desperatką i nie pragnęła gorączkowo miłości. Okej, ucieszyłaby się, gdyby trafiła ją strzała Amora, ale na pewno nie zamierzała płakać z tego powodu, że jej były, a właściwie niedoszły facet, zaręczył się z inną kobietą.

Miała przyjemne życie. Lubiła pracę z młodzieżą, mogła w szkole godzinami opowiadać o literaturze i gramatyce. Tworzenie treści na kanały w mediach społecznościowych też sprawiało jej radość. Mańka przyjemnie ogrzewała jej ciało w chłodne wieczory, gdy siedziały same w mieszkaniu. Dora miała wspaniałą przyjaciółkę i nie aż tak bardzo toksycznych rodziców jak niektórzy jej znajomi. Czego mogła chcieć więcej? Gdy myślała o swoim życiu tak na poważnie, to nie widziała ani jednej rzeczy, na którą mogłaby ponarzekać.

No dobra. Może poza swoimi chudymi i nie do końca prostymi nogami, ale pocieszała się, że przecież każdy bohater literacki też musiał mieć jakąś skazę. Ukryła je w szerokich nogawkach czarnych spodni, jadąc na kurs. Uczennice już dawno zabroniły jej nosić rurki, które najchętniej wkładała w młodości; twierdziły, że to jest teraz totalnie niemodne. Dora nie zamierzała zbytnio bratać się z młodzieżą, ale wyznawała zasadę, że różne pokolenia powinny wzajemnie od siebie czerpać. Zresztą zwyczajnie spodobał jej się ten pomysł z noszeniem szerokich spodni, które nie uwypuklały mankamentu jej figury. Że też wcześniej na to nie wpadła i tyle czasu wkładała te nieszczęsne rurki.

Dojechała przed budynek Powiatowego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli kwadrans przed czasem. Idealnie, przemknęło jej przez myśl. Nie lubiła się spóźniać. Zwykle przybywała w umówione miejsca chwilę przed rozpoczęciem spotkania i ceniła punktualność również u innych. Wyłączywszy silnik w Kii, wzięła z tylnego siedzenia wypchaną po brzegi torebkę i zamknąwszy samochód, dorzuciła do środka jeszcze kluczyk z puchatym breloczkiem – uroczym hipopotamem. Dostała go od Amandy na początku studiów i tak od lat jej towarzyszył, choć zdaniem jej rodziców niezbyt pasował do dwudziestosześcioletniej kobiety odnoszącej zawodowe sukcesy.

– Ale to chyba tylko i wyłącznie moja sprawa, co noszę przy kluczach, co nie? – odcięła się Dora.

Odkąd osiągnęła pełnoletność, nie pozwalała już rodzicom rządzić swoim życiem tak bardzo, jak kiedy była małą dziewczynką, chociaż nadal mieli ku temu zapędy. Ojciec był nauczycielem akademickim. Wykładał na Politechnice Warszawskiej, choć mieszkali z żoną kilkadziesiąt kilometrów na północny zachód od stolicy. Zwykle wiedział wszystko najlepiej, nawet jeśli obiektywnie było inaczej. Jako nastolatka Dora nie miała z nim łatwo. Och, ileż to razy musiała się wykłócać, by ubierać się w to, co chciała, a co zdaniem ojca nie przystoi „kobiecie z dobrego domu”, jak zwykł ją nazywać. Albo ta pamiętna awantura, kiedy upadła jej przy nim książka i pechowo otworzyła się na jakiejś gorącej scenie. Ojciec zwyzywał ją wtedy od kobiet lekkich obyczajów i przez kilka tygodni patrzył na nią z pogardą.

Dora czasem naprawdę zachodziła w głowę, jak matka wytrzymała kilkadziesiąt lat małżeństwa, bo ona sama na pewno nie dałaby rady mieszkać z ojcem tyle czasu. Może dlatego Paulina Czaplińska po pracy tak lubiła chodzić na siłownię z koleżankami albo na zumbę? Niby oficjalna wersja była taka, że jako urzędniczka w Urzędzie Miejskim potrzebuje ruchu po pracy, ale Dora czasami się zastanawiała, czy motywacja matki nie wiązała się z pewnymi zachowaniami ojca. Gdyby miały lepszą relację, być może nawet by ją o to spytała. Ale matka niestety zwykle stawała po stronie ojca i Dora nauczyła się już, że z rodzicami po prostu lepiej nie poruszać pewnych tematów.

Wymacała w torebce breloczek w kształcie hipopotama i weszła po schodach do budynku, w którym za chwilę miał się rozpocząć kurs. Odszukała właściwą salę. Przed drzwiami i w środku tłoczyli się już nauczyciele z pobliskich szkół, większości z nich nie znała. Rozpoznała tylko Jankę Klisowską. Ta miła, czterdziestoletnia kobieta miała kilka godzin matematyki w liceum, w którym uczyła Dora. Na co dzień jednak pracowała w technikum w sąsiednim mieście. Janka pomachała do niej na powitanie, więc Dora ruszyła w jej stronę i wymieniły uprzejmości.

– Siadasz tutaj? – Janka wskazała wolne miejsce w ławce obok siebie.

Dora dziwnie się poczuła po tej stronie, gdzie zwykle siedzieli uczniowie.

– Niech zgadnę. Przysłała cię Zawadzka? – zagadnęła Janka, kiedy Dora wyjmowała z torebki tablet, na którym zamierzała robić notatki.

– Skąd wiesz?

– Podobno pani burmistrz kazała każdemu dyrektorowi czy tam dyrektorce wysłać na ten kurs co najmniej jedną osobę ze szkoły.

– Nie wiedziałam.

– Dla mnie wybór Zawadzkiej jest śmieszny, bo wszyscy w liceum dobrze wiemy, że ogarniasz wykorzystanie nowoczesnych technologii w czasie lekcji najlepiej z całej kadry, w końcu masz to swoje konto w mediach społecznościowych, ale nie było zbyt wielu chętnych na to szkolenie.

– Wszyscy? – Dora posłała jej wymowne spojrzenie.

Janka zachichotała.

– No dobra. Masz mnie. Ta bardziej normalna część ciała pedagogicznego.

To brzmiało wiarygodniej. Dora dobrze wiedziała, że część nauczycielek ze szkoły nie lubi jej przez tę dodatkową, internetową działalność. Poza Damianem, nauczycielem angielskiego, i Martyną, nauczycielką historii, nie miała w szkole znajomych. Kiedyś, niedługo po rozpoczęciu pracy, weszła do pokoju nauczycielskiego nie w porę i usłyszała nieprzyjemny dialog dotyczący swojej osoby. „Celebrytka od siedmiu boleści”. „Za kogo niby ona się ma?”. „Ta żenująca, dwuznaczna nazwa konta”. To były najłagodniejsze z komentarzy, które padły. Od tamtej pory wolała spędzać przerwy na korytarzu, z uczniami. Choć z tego powodu też jej się kiedyś dostało – dla odmiany od Renaty Zawadzkiej.

– Chyba nie uważa się pani za lepszą od koleżanek i od kolegów? – zapytała ją pewnego popołudnia dyrektorka.

Dla Dory to wszystko było zabawne, a wręcz śmieszne. Już wcześniej uświadomiła sobie, że raczej nie znajdzie bratniej duszy wśród nauczycielek ze starszego pokolenia, ale po tym zajściu zaniechała wszelkich prób i po prostu przestała przykładać większą wagę do relacji z innymi pracownicami i pracownikami z placówki.

Pomogła jej w tym zdroworozsądkowa postawa, ukształtowana w obliczu licznych zachowań rodziców, ale nie analizowała tego zbyt często. Przynajmniej zyskała święty spokój, a w czasie przerw, które nadal uparcie spędzała głównie na szkolnych korytarzach, mogła lepiej poznać uczniów. Dzieciaki były świetne. Dora naprawdę nie mogła zrozumieć, dlaczego osoby w średnim wieku tak czepiają się tej współczesnej młodzieży. Jej uczniowie byli tacy kreatywni i pełni pomysłów… Owszem, może nie wszyscy podzielali jej pasję do rodzimej literatury i do języka polskiego, ale przecież nie każdy z nich musiał zostać w przyszłości polonistą albo tłumaczem. Dora była świadoma różnic między ludźmi i tego, że młodzież może mieć odmienne gusta i zainteresowania. Nie znaczyło to jednak, że nie była wymagającą belferką. Wręcz przeciwnie. Często powtarzała uczniom jedno ze swoich stałych haseł:

– Wybraliście liceum ogólnokształcące, więc chyba musieliście się liczyć z tym, że będziecie tutaj zdobywać wiedzę ogólną. Trochę z polskiego, trochę z matmy, trochę z fizyki – przypominała. – Jak ktoś chce zmienić szkołę, droga wolna. Kto woli zostać, wraca ze mną do tematu lekcji.

O dziwo, większe protesty zwykle milkły i mogła swobodnie prowadzić lekcję.

Nie, nie była wybitną pedagożką i nie posiadła tajemnej wiedzy na temat poskromienia niesfornej młodzieży. Zwyczajnie próbowała w każdym uczniu dostrzec… człowieka. Oni to chyba widzieli i może dlatego dziwne uczniowskie wyskoki raczej nie zdarzały się na jej lekcjach. No, może poza tym jednym, gdy któryś z chłopaków wyszedł kiedyś przez okno po tym, jak kolega z ławki wyrzucił mu na trawnik podręcznik i piórnik. Jednak Dora wiedziała, że może być gorzej. Dużo gorzej. Tyle osób rezygnowało teraz z pracy z młodzieżą…

Zamiast o tym rozmyślać, wróciła do rzeczywistości i skupiła się na prowadzącej, która weszła na salę i stanęła przy połączonym z rzutnikiem laptopie. Niewysoka, drobna kobieta w kraciastej garsonce z jakichś powodów skojarzyła jej się z koleżankami z pracy, choć Dora nie chciała się do niej uprzedzić na starcie, i to z tak błahego powodu.

– Dzień dobry. Nazywam się Elżbieta Mietlicka i mam dzisiaj przyjemność porozmawiać z państwem o wykorzystaniu nowoczesnych technologii w pracy dydaktycznej – przedstawiła się zwięźle kobieta.

Dora otworzyła plik tekstowy na tablecie, żeby robić notatki, zupełnie nieświadoma, że ktoś jej się przygląda.

Adam Wolny, trzydziestoletni wuefista ze szkoły zawodowej w tym samym mieście, w którym pracowała Janka Klisowska, siedział w ostatnim rzędzie ławek, po drugiej stronie sali. Miał stamtąd idealny widok na kobietę z burzą ognistych loków, o której nieraz słyszał od nauczycieli i od uczniów. Podobno była… niezła. W tym, co robiła, oczywiście. Nie w tych rzeczach, o których często myśleli zauroczeni mężczyźni. Nie miał na jej punkcie żadnej obsesji, zwyczajnie go ciekawiła, i chyba trochę ekscytował go fakt, że spotkał ją na żywo. Setki followersów na Instagramie i na TikToku. To robiło wrażenie.

Mietlicka zaczęła opowiadać o jakichś platformach do e-learningu i tablicach interaktywnych, których raczej nie zamierzał włączać na wuefie, więc właściwie jej nie słuchał. Jak zauroczony wpatrywał się w nieco pochyloną do przodu sylwetkę Doroty Czaplińskiej, która momentami, raczej nieświadomie, zbliżała do ust końcówkę rysika do tabletu. Na żywo była jeszcze piękniejsza niż w internecie. Adam od zawsze gustował w rudowłosych kobietach, chociaż oczywiście nie zamierzał jej o tym powiedzieć. W ogóle nie zamierzał z nią rozmawiać. Po prostu postanowił sobie na nią trochę popatrzeć…

Kurs był nudny. Naprawdę nudny. Dora nigdy nie rozumiała, dlaczego o tym, jak uczyć, opowiadali często ludzie, którzy sami nie stosowali się do tych zasad. Prowadząca przez sporą część zajęć po prostu czytała tekst z przygotowanych wcześniej slajdów i odtwarzała filmiki instruktażowe, przez co Dora nie mogła się wyzbyć przykrego wrażenia, że marnuje tu czas. W pewnej chwili, jakiś kwadrans przed przerwą, z nudów weszła na swój profil na Instagramie i odpowiedziała na kilka wiadomości prywatnych, które czekały w skrzynce odbiorczej. Niektórzy tegoroczni maturzyści mieli przed sobą jeszcze ustne egzaminy z polskiego. Ktoś miał pytanie odnośnie do Kordiana. Jakaś dziewczyna zastanawiała się, czy w jednym z podpunktów dotyczących Lalki fraza „kreacje kobiece” oznacza, że ma opisać stroje noszone przez Izabelę podczas różnych okazji. Gdyby nie to, że Dora nie chciała się narazić Elżbiecie Mietlickiej, to chyba by się roześmiała. Tego jeszcze nie grali, pomyślała, lecz potem wyjaśniła tej zabłąkanej owieczce od zabawnego pytania, która zdawała się pytać zupełnie serio, że raczej nie tego będzie oczekiwała od niej komisja. Dora nie zamierzała zasiadać w jednoosobowej loży szyderców.

Skończyła odpisywać nastolatce zaledwie chwilę przed tym, gdy prowadząca kurs zarządziła dwudziestominutową przerwę.

– Na korytarzu czeka na państwa skromny poczęstunek – oznajmiła. – Znajdą tam też państwo ekspres do kawy i automat z zimnymi napojami.

Dora pomyślała, że chętnie coś przekąsi i napije się czegoś z kofeiną, zanim rozpocznie się kolejna, oby ciekawsza od pierwszej, część kursu. Pozbierawszy do torebki swoje rzeczy, przewiesiła ją sobie przez ramię – ostrożności nigdy za wiele, nie zamierzała zostawiać portfela, kluczy do auta oraz tabletu bez osobistego nadzoru – i wraz z Janką ruszyły poszukać wspomnianego ekspresu. Ponieważ jednak wyszły z sali jako jedne z ostatnich, zdążyła już ustawić się przed nimi kilkuosobowa kolejka spragnionych kawy tak samo albo nawet bardziej niż one.

Dora dotknęła delikatnie łokcia Janki.

– Będziesz miała coś przeciwko, że zostawię cię tu na chwilę samą i skoczę do toalety? – Postanowiła wykorzystać fakt, że spotkała na szkoleniu znajomą i upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Po powrocie z zadowoleniem odkryła, że kolejka znacząco posunęła się do przodu. Przed Janką stały już tylko dwie osoby.

– To teraz ja skoczę – powiedziała Janka. – Jeśli nie zdążę wrócić, poproszę białą z cukrem.

Dora przesunęła się do przodu, bo stało za nią jeszcze dwoje kursantów: jakiś wysoki mężczyzna i starsza pani o siwych włosach. Dora szanowała osoby z dużym doświadczeniem, które nie migały się od zdobywania nowych umiejętności i chętnie poszerzały wiedzę. Miała nadzieję, że i ona będzie kiedyś właśnie taką staruszką.

O ile w ogóle dożyję – pomyślała. Nie chorowała, nie przyjmowała na stałe żadnych leków i w ogóle nic jej nie dolegało, ale nie wyssała z mlekiem matki pozytywnych myśli odnośnie do przyszłości.

Wreszcie doczekała się swojej kolejki. Czarna maszyna odznaczała się wyraźnie na tle ściany i białego obrusa. Obok stały ceramiczne filiżanki ze spodkami i papierowe kubki. Dostrzegła też pojemnik z różnymi rodzajami cukru oraz stosik jednorazowych serwetek. Przekąski, o których wspomniała wcześniej Mietlicka, znajdowały się na stoliku obok.

Dora była zwolenniczką ekorozwiązań, więc sięgnęła po filiżankę i podstawiła ją pod ekspres. Wybrała caffè latte. Zwykle piła kawę z mlekiem, jak Janka, więc postanowiła przygotować dwa takie same napoje. Gdy druga filiżanka się napełniała, Dora wybrała ze stojącego obok pudełka dwie saszetki z cukrem trzcinowym.

Maszyna skończyła pracować, ale Janki nadal nie było. Dora nie chciała blokować kolejki. Podniosła dwie filiżanki i już miała odejść, gdy niechcący zawadziła ręką o następną osobę w kolejce. Tego dryblasa. Jedna z kaw chlusnęła i ochlapała mu koszulę.

Dora poczuła, jak wzdłuż kręgosłupa rozchodzi się nieprzyjemny dreszcz. No cudownie! Wylała kawę na jakiegoś faceta. WYLAŁAKAWĘNAPRZEDSTAWICIELAPŁCIPRZECIWNEJ. Ależ to było głupie. I jakie banalne. Do tej pory sądziła, że takie rzeczy dzieją się tylko w ckliwych komediach romantycznych, w których poszkodowani w ten żenujący sposób mężczyźni zapraszają potem te filmowe niezdary na randki.

A jednak naprawdę właśnie ochlapała kawą jakiegoś nieznajomego faceta. Wspaniale. No po prostu wspaniale! Przecież nigdy nie była niezdarna!

– O Boże… – Odskoczyła do tyłu, próbując zapanować nad ręką i filiżanką. – Przepraszam. Najmocniej pana przepraszam…

– Moja koszula!

Zakłopotana i przerażona zarazem odstawiła obie filiżanki na stół i odruchowo złapała serwetkę.

– Poparzył się pan?

– Nie. Chyba nie, ale…

Wetknęła mu do ręki serwetkę, by nie zbłaźnić się jeszcze bardziej, choć kusiło, żeby samej przytknąć ją do tej wielkiej plamy. Odsunęła się nieco i z grymasem na twarzy patrzyła, jak facet próbuje osuszyć koszulę. Była zmieszana. Owszem, zdarzały jej się w życiu różne wtopy, ale jeszcze nigdy nie oblała kawą żadnego faceta. Ani żadnym innym napojem, dla jasności.

Co powinna teraz zrobić?

Bohaterka komedii romantycznej pewnie zaproponowałaby poszkodowanemu przystojniakowi, że ureguluje rachunek za pralnię, ale w polskich małomiasteczkowych realiach to chyba tak nie działało.

Chociaż…

Dora uniosła wzrok i otaksowała spojrzeniem mężczyznę, który nadal przyciskał do brzucha serwetkę. Nie był brzydki. Choć miał zacięty wyraz twarzy i obawiała się, że zaraz z jego ust wypłynie nieprzyjemny monolog, na pewno nie mogła go określić mianem brzydala. No, może nie był jakimś superciachem, jednym z tych przystojnych modeli albo aktorów z okładek gazet albo z filmowych plakatów, ale był atrakcyjny. No i wysoki. I chyba dość dobrze zbudowany, chociaż tego akurat nie mogła stwierdzić z całkowitą pewnością. Jego ramiona były znacznie szersze od bioder. Obstawiała, że spotkała fana siłowni. Coś jej mówiło, że biała koszula i eleganckie spodnie, które dziś włożył, raczej nie są jego codziennym strojem. Przewyższał ją o głowę. Nigdy nie czuła się krasnoludkiem, ale gdy uświadomiła sobie tę różnicę wzrostu, wewnętrznie się skurczyła. Facet miał brązowe, krótko przystrzyżone włosy i niebieskie oczy, które pewnie lada moment zaczną miotać gromy w jej stronę.

Zakłopotana przestąpiła z nogi na nogę i przygryzła wargę. W duchu już przygotowywała się na nieprzyjemną tyradę pod swoim adresem, gdy niespodziewanie wydarzył się cud. Tuż obok zmaterializowała się Janka.

– Raptem chwilę mnie nie ma, a ty już zdążyłaś narozrabiać! – rzuciła rozbawiona.

Dora spiorunowała ją wzrokiem. Wcale nie było jej do śmiechu.

– Ja nie chciałam…

– W porządku. Przecież wszyscy tu wiemy, że nie masz w zwyczaju chodzić po korytarzach i oblewać kawą napotkanych facetów.

– Ale…

– Czyli jednak masz?

– Janka!

– Dobrze, dobrze. Nie unoś się tak. Przecież ja tylko się droczę. – Klisowska dotknęła ręki Dory, po czym zwróciła się do poszkodowanego w tym feralnym zajściu mężczyzny. – Bardzo ucierpiałeś, Adam?

– Na szczęście nie bardzo – odparł dryblas, o dziwo, znacznie milszym tonem niż ten, który już dźwięczał Dorocie w uszach, gdy wyobrażała sobie jego pełen pretensji monolog.

– Adam? – powtórzyła zdezorientowana.

– Nie znacie się?

Dora pokręciła głową i utkwiła wzrok w twarzy faceta. Szczęśliwie dla niej już nie wydawał się wściekły. Może złagodniał na widok koleżanki?

– No tak. Niby gdzie się mieliście poznać? Nie wszyscy nauczyciele w powiecie muszą pracować w kilku szkołach, żeby uciułać pełny etat.

– Czyli pracuje pan w technikum, w którym uczy Janka?

– W budynku obok.

Dora skinęła głową. Wiedziała, że znajduje się tam szkoła zawodowa. Kiedyś uczyło się w niej kilku jej znajomych z gimnazjum, choć od tamtych czasów system edukacji w Polsce zdążył bardzo się zmienić i czuła się niekiedy jak jakiś dinozaur, opowiadając swoim uczniom o tym dziwnym, trzyletnim tworze, który miał spajać edukację podstawową ze średnią.

– Przepraszam za tę koszulę.

Szczerość w jej głosie musiała go zmiękczyć, bo i tym razem nie zalał jej lawiną pretensji.

Zalał. To naprawdę idealne określenie, zważywszy na sytuację.

– Myślicie, że to się spierze?

– Kawa? No pewnie. – Janka machnęła ręką. – Masz w domu jakiś odplamiacz?

– Eee… Chyba nie.

– To dosyp do prania chociaż trochę sody.

– Sody?

– No oczyszczonej. Nie mów, że nigdy nie słyszałeś o tym sposobie.

– Wygląda na to, że jestem lepszym nauczycielem niż kurą domową.

Janka teatralnie wywróciła oczami.

– Mężczyźni…

Dora cieszyła się w duchu, że spotkała Jankę, która teraz sprawnie przejęła pałeczkę i płynnie prowadziła rozmowę, choć potem dotarło do niej, że właściwie gdyby nie Klisowska, pewnie nie oblałaby Adama kawą. Niosła dwie filiżanki. Po jednej w każdej dłoni. Nie była kelnerką, tylko nauczycielką polskiego. Dlaczego właściwie nie przewidziała, jak to może się skończyć?

– Zapraszam państwa do sali! – Rozległo się nawoływanie Elżbiety Mietlickiej.

Dora odetchnęła z ulgą. Jeszcze kwadrans temu nie sądziła, że tak ją ucieszy powrót do sali zajęciowej, ale teraz miała ochotę od razu pobiec do ławki. Po raz ostatni zerknęła na Adama.

– Może oddam panu za tę koszulę?

– Co? Nie. Nie trzeba!

– Nalegam.

– Nie była droga.

– Mimo wszystko jednak wolałabym… – Sięgnęła do torebki z zamiarem wyjęcia portfela.

Wtedy facet niespodziewanie dotknął delikatnie jej dłoni.

– Słuchaj, naprawdę nie trzeba. Słyszałaś, że plama powinna się sprać. Zresztą i tak nie lubiłem tej koszuli. Te guziki pod samą szyję… Kto to w ogóle wymyślił?

Dora westchnęła.

– Dziękuję.

– W porządku.

– To co? Skoro wszystko załatwione, wracamy na salę? – odezwała się Janka.

Dora ruszyła do drzwi, nie zaprzątając sobie więcej głowy ani kawą, ani przekąskami, na które nie tak dawno miała ogromną ochotę. Pomimo spokojnej, stonowanej reakcji Adama i tak było jej wstyd i czuła się największą niezdarą na świecie.

Wróciła do ławki i utkwiła wzrok w prowadzącej, żeby nie myśleć o tym krępującym zdarzeniu na korytarzu. Nadal jednak nie słuchała wykładu. W wyobraźni składała do kupy ostatnie nagrania, z których miała powstać najnowsza rolka na jej socjale. To było znacznie ciekawsze niż treść slajdów, które niespiesznie przerzucała Elżbieta. No i pozwalało Dorze uciec myślami od Adama. Wciąż nie mogła uwierzyć, że naprawdę oblała go kawą. Że też nie odwróciła się przez drugie ramię albo nie zrobiła wcześniej rozeznania w terenie!

Na wszelki wypadek przez całą drugą część kursu nie zerkała za siebie, żeby przypadkiem nie natrafić na jego spojrzenie. Udawała skupioną kursantkę i chyba nawet nieźle jej wychodziło. Mietlicka raz za razem zerkała w jej stronę. Czyżby inni nie wykazywali aż takiego zainteresowania jej arcyciekawym wykładem?

Desperacko wpatrując się to w prowadzącą, to w slajdy, zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że Adam już wcześniej z zainteresowaniem taksował ją wzrokiem.

Masakra – jeszcze rozbrzmiewało jej w głowie, kiedy wracała po kursie do domu. Że też musiała okazać się dzisiaj taką fajtłapą! Ależ to było żałosne.