Legenda Drizzta (4). Kryształowy relikt - Robert Anthony Salvatore - ebook

Legenda Drizzta (4). Kryształowy relikt ebook

Robert Anthony Salvatore

0,0

Opis

 

 

Księga pierwsza Trylogii Lodowego Wichru. Akar Kessel, początkujący mag o słabej sile woli, uruchamia zdarzenia prowadzące do ponownego odkrycia magicznego przedmiotu kryształowego reliktu. Czy jest to tylko martwe narzędzie... czy też może być zdolne doprowadzić do upadku Dekapolis? 

 

Cykl: Legenda Drizzta, t. 4 

 

Seria: Forgotten Realms 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Książnica Podlaska im. Ł. Górnickiego w Białymstoku
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 464

Rok wydania: 2006

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



R. A. Salvatore

Kryształowy Relikt

Tytuł oryginału: THE LEGEND OF DRIZZT BOOKIV: THE CRYSTAL SHARD

Copyright © 1988, 1998, 2000, 2005, 2006 Wizards of the Coast, Inc.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Prawa do wydania polskiego należą do ISA Sp. z o.o., Warszawa 2006.

Ilustracja na okładce: Todd Lockwood

Wszystkie postacie występujące w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób prawdziwych, żyjących lub nie, jest całkowicie przypadkowe.

Książka jest chroniona prawem autorskim USA. Jakiekolwiek jej powielanie lub nieautoryzowany użytek jej zawartości jest niedozwolone bez pisemnej zgody wydawcy. Logo FORGOTTEN REALMS i Wizards of the Coast są zastrzeżonymi znakami

handlowymi należącymi do Wizards of the Coast, Inc.

Wszystkie postacie z Wizards of the Coast, imiona i wyraźne do nich podobieństwa są znakami handlowymi Wizards of the Coast, Inc. Wizards of the Coast, Inc. jest częścią Hasbro. Inc. Wszelkie prawa zastrzeżone.

U.S.,CANADA, ASIA,

PACIFIC, & LATIN AM]

Wizards of the Coast, lik

P.O. Box 707

Renton, WA 98057-070

+ 1-800-324-6496

EUROPEAN HEADQUARTERS

Hasbro UK Ltd

Caswell Way

NewpofJ, Gwent NP9 0YH

GREAT BRITAIN

Wydanie III

Pierwsze polskie wydanie Księgi Pierwszej Wichru miało miejsce w 1998 roku.

Wydawca: ISA Sp. z o.o.

Tłumaczenie: Monika Klonowska, Grzegorz Borecki

Korekta: Marcin Trych

Skład: KOMPEJ

Informacje dotyczące sprzedaży hurtowej, detalicznej i wysyłkowej:

ISA Sp. z o.o.

Al. Krakowska 110/114

02-256 Warszawa

tel./fax (0-22) 846 27 59

e-mail: [email protected]

ISBN: 83-7418-103-6

ISBN: 978-83-7418-103-7

PRZEDMOWA

Bob Salvatore i ja dorastaliśmy razem. Nie w sensie dosłownym, rzecz jasna. Oboje urodziliśmy się w 1959 roku, kiedy prezydentem był Eisenhower, a Hawaje i Alaska zostały 49. i 50. stanem. Oboje w naturalny sposób przyswoiliśmy sobie miejscową wymowę, Bob na przedmieściach Bostonu, ja w dzikim zakątku Wisconsin. W burzliwy okres dojrzewania wkroczyliśmy w latach 60. i swoje piętno odcisnęły na nas te same wpływy kulturowe: antywojenne marsze protestacyjne, Wietnam w wieczornych wiadomościach, seriale Gilligan’s Island i Ali in the Family, fenomen Beatlesów, trylogia Władcy Pierścieni z okładkami braci Hildebrandt, którą przeczytałam we wczesnych latach 70.; Bob dał się porwać Tolkienowi nieco później.

Wspominam o tym wszystkim, aby pokazać, że choć dzieliło nas wiele mil, Bob i ja dorastaliśmy razem w sensie przenośnym, a los chciał, że razem trafiliśmy też do świata wydawniczego. Wspólne wpływy kulturowe ukształtowały nas jako ludzi i zawodowych pisarzy, którymi chcieliśmy zostać w 1987 roku, kiedy to wyciągnęłam ze sterty tekstów nadsyłanych do TSR kolejny plik papierów, maszynopis zatytułowany Echoes of the Fourth Magic. Praca w redakcji była dla mnie nowym doświadczeniem (trafiłam do działu literackiego trzy miesiące wcześniej), a moje zadanie polegało na zdobywaniu nowych książek do osobnej serii wydawniczej oraz wyszukiwaniu autorów potrafiących opowiadać historie osadzone w Zapomnianych Krainach, nowym świecie, w którym toczyły się wydane właśnie przez TSR gra i powieść. Znajdź „to” szybko, zdobądź tanio i oby było dobre, tak brzmiało postawione przede mną wyzwanie. Według mnie „to” nie było pierwszym lepszym tekstem, który wypełni lukę w planie wydawniczym. Nie, ja szukałam „tego czegoś”.

I znalazłam „to coś” w Echoes. To było jak rażenie piorunem.

Czynnik określany jako „to coś” został już szeroko omówiony w artykułach poświęconych popkulturze: co sprawia, że jakaś gwiazda albo pisarz trąca właściwą strunę, a inni po prostu rozmywają się w masie innych propozycji? Moim zdaniem, dlatego że trafia do serca, dotyka czegoś fundamentalnego, czegoś opartego na wspólnych doświadczeniach. W Echoes uderzyła mnie umiejętność snucia opowieści (choć sama historia nie przypadła mi aż tak bardzo do gustu). Nie potrafię wyjaśnić tego inaczej – po prostu miałam co do niego dobre przeczucia. Tak dobre, że wciąż pamiętam, jak tamtej nocy do późna przewracałam kartki maszynopisu, choć od tego czasu minęło już prawie dwadzieścia lat.

Moje przeczucia potwierdziły się, kiedy zadzwoniłam do autora, żeby przekazać mu dobre wieści, Bob zawył z radości i nie wycofał się, choć ja wstrzymałam oddech po podaniu mu niemożliwie krótkiego terminu – sześć tygodni – Da się zrobić – powiedział ze swoim uroczym bostońskim akcentem. Nim minął tydzień, wysłał mi zarys fabuły. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu była to kontynuacja Darkwalker on Moonshae, powieści promującej świat Zapomnianych Krain. Doug Niles pisał już wtedy następną część, więc zadzwoniłam do Boba ze złą wiadomością: musiał przedstawić zupełnie nowy pomysł. Po raz kolejny nie wycofał się. – Naprawdę? Książka Douga podobała mi się tak bardzo, że i tak czułem się trochę nieswojo pisząc kontynuację. Chcesz powiedzieć, że mogę wybrać dowolne miejsce w Krainach, stworzyć zupełnie nowych bohaterów? Super! Czy nie masz nic przeciwko temu, że oddam szkic trochę wcześniej? Moja żona ma wyznaczony termin i chciałbym zdążyć z książką przed porodem.

Ee, jasne, odpowiedziałam, przełykając ślinę. Jest uprzejmy, potrafi pisać i to szybko... czy to w ogóle możliwe?

Możliwe, i to jak! Akcja była wartka, a postacie dobrze obmyślone, nawet jeśli odrobinę przewidywalne. Pamiętam, że zapytałam go, czy mógłby wprowadzić postać będącą niespokojnym duchem, która ożywiłaby nieco fabułę. Nie byłam nawet pewna, jak wymawiać jego imię (jedna sylaba), ale Drizzt pojawił się w pierwszej wersji i było jasne, że Bob nie poświęcił mrocznemu elfowi wiele uwagi. Poprosiłam, żeby popracował nad tą postacią, bo miałam co do niej dobre przeczucia, wierzyłam, że Drizzt ma potencjał, żeby stać się bohaterem pierwszoplanowym. Bob wyraził zgodę.

Praca nad tekstem była krótka, ale wspólna. Bob dobrze przyjmował moje uwagi i sugestie, ale obstawał przy swoim, gdy zależało mu na jakimś akapicie albo kwestii. Tak jak obiecał, ostateczną wersję dostarczył przed terminem. Pamiętam, że podczas ostatniej redakcji zdarzało mi się odsunąć od komputera, myśląc: Wow, szkoda że sama na to nie wpadłam. Chciałam być członkiem drużyny bohaterów stworzonej przez Boba, chciałam z nimi wędrować i walczyć ramię w ramię. I wciąż chcę. Byłam pod ogromnym wrażeniem i bardziej niż trochę zazdrosna o jego talent. On miał w sobie „to coś”.

Ta próba ognia okazała się dla nas obojga początkiem kariery. Bob napisał dla TSR, a później Wizards of the Coast prawie dwa tuziny książek, a jego umiejętności rosły z każdą kolejną książką. Nie znajduję słów, żeby wyrazić ogromne zaufanie, jakie mam do niego jako pisarza i jako osoby. Oboje przebyliśmy przez ostatnie siedemnaście lat długą drogę, ale w głębi duszy wciąż jesteśmy dwojgiem dzieciaków, które razem dorastały.

Mary Kirchoff

Lipiec 2004

DRAMATIS PERSONAE

Agorwal

Agorwal reprezentuje Tamerlaine w radzie Dekapolis.

Akar Kessel

Uczeń Morkaia Czerwonego, który pożąda mocy Crenshinibona.

Al Dimeneira

Anielska istota o ogromnej mocy, która usiłowała unicestwić Crenshinibon.

Angaar Dzielny

Ojciec Hrothulfa Mocnego i dziad Heafstaaga, barbarzyńca.

Argo Grimblade

Krasnolud, ojciec Dourgasa.

Artemis Entreri

Skrytobójca poszukujący Regisa na zlecenie Pashy Pooka.

Beorg

Barbarzyński król Klanu Wilka.

Beorne

Ojciec Beomegara, dziad Wulfgara. Beorne był barbarzyńcą.

Beornegar

Ojciec Wulfgara. Zginął na polu walki, zanim zdążył stawić czoła swojemu największemu wrogowi: Mrożącej Śmierci.

Biggrin

Mroźny olbrzym dowodzący częścią armii humanoidów Akara Kessela.

Bruenor Battlehammer

Najstarszy żyjący członek klanu krasnoludów z Mithrilowej Hali.

Bundo

Członek klanu Bruenora, syn Fellhammera.

Cassius

Burmistrz Bryn Shander zasiadający w radzie Dekapolis.

Catti-brie

Ludzka dziewczyna osierocona podczas najazdu na Tamerlaine, przygarnięta i wychowana przez Bruenora.

deBernezan

Zdrajca służący Beorgowi, dostarcza mu ważnych informacji pozwalających barbarzyńcom zaatakować Dekapolis.

Dendybar Cętkowany

Czarodziej z Wieży Arkanów.

Dorim Lugar

Reprezentuje Caer-Konig w radzie Dekapolis.

Dourgas

Krasnolud z klanu Bruenora, syn Argo Grimblade’a.

Drizzt Do’Urden

Mroczny elf tropiciel, który próbuje znaleźć sobie dom w Dekapolis.

Eldeluc

Czarodziej z wieży Arkanów.

Errtu

Demon od wieków poszukujący Crenshinibona.

Fellhammer

Krasnolud, ojciec Bundo.

Glensather

Burmistrz Easthaven, zasiada w radzie Dekapolis.

Grock

Przywódca szczepu goblinów służący pod magicznym przymusem Akarowi Kesselowi.

Guenhwyvar

Pantera, towarzyszka i przyjaciółka Drizzta, który w razie potrzeby przyzywa ją za pomocą czarnej statuetki.

Gwaeron Windstrom

Bohater bogini Mielikki.

Haalfdane

Barbarzyński król Klanu Niedźwiedzia, syn Raaga Doninga.

Heafstaag

Barbarzyński król Klanu Łosia, rywal Beorga.

Hrothulf Mocny

Ojciec Heafstaaga i wnuk Angara Dzielnego.

Ingeloakastimizilian

Powszechnie znany jako Mroźna Śmierć, biały smok uważany przez barbarzyńców za legendę.

Jensin Brent

Burmistrz Caer-Dineval, zasiada w radzie Dekapolis.

Jorn Czerwony

Ojciec Revjaka, barbarzyńca.

Kemp

Burmistrz Targos, drugi najpotężniejszy członek rady Dekapolis.

Masoj Hun’ett

Mroczny elf o wysokiej pozycji w Menzoberranzan, poprzedni pan Guenhwyvar.

Morkai Czerwony

Czarodziej z miasta Luskan.

Muldoon

Przedstawiciel Lonelywood w radzie Dekapolis.

Pook

Pasha i mistrz gildii złodziei w Calimporcie.

Raag Doning

Dawny król Klanu Niedźwiedzia, Ojciec Haalfdane’a.

Regis

Jedyny halfling w promieniu setek mil od Lonelywood, już dawno wróciłby na południe, gdyby nie zadarł z gildią złodziei z Calimportu.

Revjak

Barbarzyńca, syn Joma Czerwonego.

Schermont

Burmistrz Caer-Konig po śmierci Dorima Lugara.

Telshazz

Demon służący Errtu jako posłaniec.

Torga

Przywódca szczepu orków służący pod magicznym przymusem Akarowi Kesselowi.

Wulfgar

Młody barbarzyńca, który po raz pierwszy styka się z Bruenorem podczas bitwy o Bryn Shander.

Mojej żonie Dianieoraz Bryanowi, Geno i Caitlinza ich pomoc i cierpliwośćokazane przy tym doświadczeniu.

Także mym rodzicom, Geno i Irenieza to, że zawsze we mnie wierzyli,nawet wtedy, gdy ja sam w siebie zwątpiłem.

Gdy ktoś podejmuje się takiego dzieła, jak to, szczególnie zaś wtedy, gdy jest to jego pierwsza powieść, niezmiennie znajduje się przy nim szereg ludzi, którzy pomagają mu w realizacji owego zamysłu. „Kryształowy Relikt” nie był pod tym względem wyjątkiem.

Na publikację powieści składają się trzy elementy: pewna doza talentu, ciężka praca i łut szczęścia. Pierwsze dwa elementy mogą podlegać kontroli autora, lecz ten trzeci wymaga znalezienia się w stosownym czasie w odpowiednim miejscu i natrafienia na wydawcę, który uwierzy w zdolności i poświęcenie niezbędne przy realizacji danego zadania.

Dlatego najserdeczniej dziękuję wydawnictwu TSR, a szczególnie Mary Kirchoff, za to, że dano mi, początkującemu autorowi, szansę i przeprowadzono przez cały proces edytorski.

W latach 80. pisanie stało się procesem wysoce skomplikowanym technologicznie, jak też eksperymentem dla zdolności twórczych. W przypadku „Kryształowego Reliktu” szczęście wyjątkowe mi sprzyjało. Uważam się za szczęśliwca, ponieważ miałem takiego przyjaciela, jak Brian P. Savoy, który w tej drodze towarzyszył mi ze swym oprogramowaniem, nadając końcowy kształt tekstowi

Dziękuję też mym osobistym recenzentom, Dave’owi Duquette oraz Michaelowi LaVigueur, za wskazanie słabych i mocnych punktów surowego szkicu, memu bratu Gary’emu Salvatore, za pracę nad mapami Doliny Lodowego Wichru, i pozostałym członkom mej grupy, zajmującej się grami AD&D®: Tomowi Parkerowi, Danielowi Mallardowi i Rolandowi Lortie, za ciągłe inspirowanie rozwoju dziwacznych postaci powieści fantasy.

Na zakończenie dziękuję człowiekowi, który naprawdę wprowadził mnie w świat gier AD&D, Bobowi Brownowi. Ponieważ odszedł od nas (zabierając ze sobą zapach fajkowego dymu), atmosfera wokół stołu do gier nigdy już nie będzie taka sama.

R.A. Salvatore

1988

PRELUDIUM

Demon siedział na krześle wyciętym z pnia gigantycznego grzyba. Szlam bulgotał i kłębił się wokół skalistej wyspy; wiecznie ociekający i przelewający się, charakteryzował ten poziom Otchłani.

Errtu bębnił swymi szponiastymi palcami; rogata, małpia głowa chwiała mu się na ramionach, gdy zaglądał w ciemność.

– Gdzie jesteś, Telshazzie? – zasyczał demon, spodziewający się nowin o relikcie.

Crenshinibon opanował jego wszystkie myśli. Mając w ręku tę skorupę, Errtu mógł zapanować nad całym planem, a nawet może nad kilkoma. A Errtu był o krok od jej zdobycia.

Demon znał moc tego artefaktu; Errtu służył siedmiu Liczom, gdy ci połączyli swą całą magię i zrobili kryształowy relikt. Liczę, nieumarli potężni magowie, którzy nie chcieli spocząć, gdy ich śmiertelne ciała opuściły krainy żywych, zebrali się, aby stworzyć najbardziej nikczemną rzecz, jaka kiedykolwiek powstała; zło, które rozwijało się i żywiło tym, co dawcy dobra uważali za najcenniejsze – światłem słonecznym.

Zginęli jednak mimo swej, znacznej przecież, mocy. Wykuwanie pochłonęło wszystkich siedmiu. Aby nasycić pierwsze iskierki swego życia, Crenshinibon skradł ową magiczną siłę, która zachowywała truchła w antyżywym stanie. Owocem tego wszystkiego był wybuch mocy, który wtrącił Errtu z powrotem w Otchłań. Demon postanowił zniszczyć relikt.

Lecz Crenshinibona nie można było tak łatwo zniszczyć. Teraz, całe wieki później, Errtu znowu natknął się na ślad kryształowego reliktu – kryształową wieżę Cryshal-Tirith z pulsującym sercem, przedstawiającym dokładne wyobrażenie Crenshinibona.

Errtu wyczuwał magię niesłychanie blisko; odbierał sygnały potężnej obecności reliktu. Gdyby tylko mógł znaleźć go wcześniej... gdyby tylko mógł go pochwycić... Niestety wtedy przybył Al Dimeneira, anielec o przerażającej mocy. Al Dimeneira jednym słowem wygnał Errtu z powrotem ku Otchłani.

Errtu, słysząc mlaśnięcia kroków, zajrzał w wirujący dym i ciemność.

– Telshazz? – zaryczał.

– Tak, mój panie – odpowiedział mniejszy demon, zbliżając się skulony do tronu z grzyba.

– Dostał to? – grzmiał Errtu. – Czy Al Dimeneira ma kryształową skorupę?

Telshazz zadrżał i jęknął.

– Tak, mój panie... uff, nie, mój panie!

Złe, czerwone oczy Errtu zwęziły się.

– Nie mógł go zniszczyć – pospieszył z wyjaśnieniem mały demon. – Crenshinibon spalił mu ręce.

– Ha! – parsknął Errtu. – Przewyższa nawet moc Al Dimeneiry! Gdzie więc jest? Przyniosłeś go, czy pozostał w drugiej kryształowej wieży?

Telshazz jęknął ponownie. Najchętniej nie powiedziałby swemu okrutnemu panu prawdy, lecz nie odważył się na nieposłuszeństwo.

– Nie, panie, nie w wieży – wyszeptał.

– Nie!? – ryknął Errtu. – Gdzie jest?

– Al Dimeneira rzucił nim.

– Rzucił nim?

– Przez plany, miłościwy panie! – zapłakał Telshazz. – Z całej siły!

– Przez plany istnienia! – ryknął Errtu.

– Usiłowałem go zatrzymać, ale...

Rogata głowa wystrzeliła do przodu. Słowa Telshazza przeszły w nieartykułowany bulgot, gdy psie szczęki Errtu darły jego gardło.

***

Z dala od mroków Otchłani Crenshinibon spoczął na świecie. Daleko, w północnych górach Zapomnianych Krain kryształowy relikt, ostatecznie spaczony, spoczął w zasypanej śniegiem dolinie.

I czeka.

Część 1. DEKAPOLIS

Gdybym mógł wybrać inne życie, byłoby to życie, które wiodę w obecnych czasach. Znalazłem spokój ducha, a jednak w otaczającym mnie świecie panuje zamęt, wisi nad nim nieustanna groźba barbarzyńskich najazdów i wojen goblinów, wszędzie czyhają tundrowe yeti i gigantyczne polarne robaki. Codzienna egzystencja w Dolinie Lodowego Wichru, jest ciężka, a natura bezlitosna, jedna pomyłka może kosztować życie.

Właśnie na tym polega radość życia w tym miejscu, na samej krawędzi katastrofy, ale nie z powodu zdrad, jakich dopuszczano się w moim rodzinnym Menzoberranzan. Mogę przystać na ryzyko życia w Dolinie Lodowego Wichru; mogę się nim cieszyć i wykorzystywać je, aby mój instynkt wojownika pozostał wyostrzony. To ono przypomina mi co dzień o wspaniałości i radości życia. Tu nie ma miejsca na samozadowolenie, w tej krainie, gdzie nie ma gwarancji bezpieczeństwa, gdzie zmiana kierunku wiatru może spiętrzyć ci śnieg nad głową, gdzie jeden fałszywy krok w łódce oznacza kąpiel w wodzie, która odbiera oddech i w kilka sekund usztywnia mięśnie, a zmylenie drogi w tundrze może się skończyć w żołądku dzikiego yeti.

Gdzie śmierć czai się tak blisko, że jeszcze bardziej docenia się życie.

A kiedy dzieli się to życie z przyjaciółmi takimi jak ci, których poznałem w ostatnich latach, wtedy wiadomo już, czym jest raj. Nigdy, przez te wszystkie lata spędzone w Menzoberranzan, na pustkowiach Podmroku, czy nawet wtedy, gdy po raz pierwszy znalazłem się na powierzchni, nie wyobrażałem sobie, że otoczą mnie tacy przyjaciele. Należą do różnych ras, cała trójka, każde z nich do innej niż moja, a jednak są bliżsi memu sercu niż wszyscy, których dotąd znałem, może oprócz mojego ojca Zaknafeina i tropiciela Montolio, który nauczył mnie żyć w zgodzie z Mielikki.

W Dekapolis, w dzikiej krainie Doliny Lodowego Wichru, spotkałem wielu ludzi, którzy akceptują mnie, choć jestem mrocznym elfem, a jednak to ta trójka stała się dla mnie rodziną.

Dlaczego oni? Dlaczego Bruneor, Regis i Catti-brie spośród wszystkich innych, trójka przyjaciół, których cenię równie wysoko jak Guenhwyvar, moją towarzyszkę przez te wszystkie lata?

Wszyscy wiedzą, że Bruenor jest obcesowy – to cecha charakterystyczna wielu krasnoludów, ale w przypadku Bruenora jest ona niczym nie skażona. A przynajmniej on chciałby, żeby wszyscy w to wierzyli. Ja wiem lepiej. Znam drugą twarz Bruenora, tę ukrytą twarz, łagodną i serdeczną. Tak, Bruenor ma serce, choć bardzo stara się to ukryć! Bywa obcesowy, to prawda, zwłaszcza, gdy kogoś krytykuje.

Wytyka błędy bez przeprosin i zastanowienia, po prostu mówi, co myśli bez owijania w bawełnę i pozostawia ich naprawę winnemu. Takt czy empatia nigdy nie powstrzymują go przed oznajmieniem światu, jak może się poprawić!

Ale to tylko połowa prawdy, druga strona osobowości krasnoluda nie ma nic wspólnego z obcesowością. Jeśli chodzi o prawienie komplementów Bruenor nie jest nieuczciwy, tylko cichy.

Może właśnie dlatego darzę go tak wielką przyjaźnią. Widzę w nim uosobienie Doliny Lodowego Wichru, zimnej, ostrej i bezlitosnej, ale skrajnie uczciwej. Sprawia, że zawsze staram się dać z siebie wszystko, na co mnie stać, i w ten sposób pomaga mi przetrwać. Jest tylko jedna Dolina Lodowego Wichru i tylko jeden Bruenor Battlehammer, a jeśli kiedykolwiek spotkałem istotę i krainę stworzone dla siebie...

Natomiast Regis przypomina mi o korzyściach płynących z dobrze wykonanego zadania – nie żeby to właśnie Regis kiedykolwiek je wykonał. Regis przypomina mi, a pewnie i Bruenorowi, że życie to nie tylko odpowiedzialność, że jest czas na odpoczynek i cieszenie się owocami pracy i czujności. Regis jest za miękki na tundrę, zbyt pulchny i zbyt wolno biega. Jego umiejętności bojowe pozostawiają wiele do życzenia i nie potrafiłby wytropić stada karibu na świeżym śniegu. A jednak udaje mu się tu przetrwać, a nawet kwitnąć, a to dzięki sprytowi i śmiałości, dzięki temu, że potrafi, nawet lepiej niż Bruenor, czy nawet ja, ugłaskać i zadowolić tych, którzy go otaczają, przewidywać, a nie tylko reagować na posunięcia innych. Regis nie tylko wie, jak postępują ludzie, on wie, dlaczego tak postępują, i ta umiejętność rozumienia motywacji kierujących innymi sprawiła, że nie zważał na kolor mojej skóry i złą sławę mojego ludu. Jeśli Bruenor jest szczery w wyrażaniu swoich uwag, to Regis jest szczery w podążaniu za podszeptami swojego serca.

I w końcu Cattie-brie, wspaniała i pełna życia. Cattie-brie jest dla mnie drugą stroną tej samej monety, innym rozumowaniem prowadzącym do tych samym wniosków. Jesteśmy bratnimi duszami, które widzą i oceniają inne aspekty świata, aby dotrzeć w to samo miejsce. Być może w ten sposób potwierdzamy słuszność naszych wyborów. Może widząc, że Cattie-brie dotarta w to samo miejsce, i wiedząc, że dotarta tam inną drogą, utwierdzam się w przekonaniu, że rzeczywiście podążyłem za głosem serca. Czy o to chodzi? Czy ufam jej bardziej niż samemu sobie?

To pytanie nie jest potępieniem moich odczuć, ani żadnym samooskarżeniem. Mamy takie same poglądy na sprawy tego świata i na to, jak ten świat powinien wyglądać. Cattie-brie jest moją bratnią duszą tak jak Mielikki i jeśli badając własne serce odnalazłem moją boginię, w ten sam sposób znalazłem moją najdroższą przyjaciółkę i sojuszniczkę.

Są ze mną, cała trójka, a także Guenhwyvar, droga Guenhwyvar. Żyję w krainie brutalnego piękna i brutalnej rzeczywistości, miejscu, gdzie zawsze trzeba się mieć na baczności. Nazywam to miejsce rajem.

– Drizzt Do’Urden

1. POPYCHADŁO

Gdy karawana magów z Wieży Arkanów zobaczyła pokryty śniegiem szczyt Kopca Kelvina, wznoszący się nad płaskim horyzontem, poczuła znaczną ulgę. Ciężka podróż z Luskanu do odległych, nadgranicznych siedzib, powszechnie znanych jako DeDekapolis, zabrała im ponad trzy tygodnie.

Pierwszy tydzień nie był zbyt trudny. Grupa trzymała się blisko Wybrzeża Mieczy i – mimo że wędrowali do najdalej wysuniętych na północ granic Krain – letnie wiatry, wiejące od Morza Bez Szlaków, zapewniły im wystarczającą wygodę. Jednak, gdy okrążyli najbardziej wysuniętą na zachód ostrogę Grzbietu Świata, łańcucha górskiego uważanego przez wielu za północną granicę cywilizacji i zeszli w Dolinę Lodowego Wichru, magowie szybko zrozumieli dlaczego wszyscy odradzali im tę wędrówkę. Dolinę Lodowego Wichru, tysiąc mil kwadratowych nagiej tundry, opisywano im jako najbardziej nieprzyjemne tereny w całych Krainach. W czasie jednego dnia podróży po północnym stoku Grzbietu Świata, Eldeluc, Dendybar Cętkowany i pozostali magowie z Luskanu stwierdzili, że owa opinia w pełni odpowiada rzeczywistości.

Od południa ograniczona przez niemożliwe do przebycia góry, na wschodzie przez lodowiec i niemożliwe do przepłynięcia morze, najeżone niezliczonymi górami lodowymi od północy i wschodu,

Dolina Lodowego Wichru była dostępna tylko przez przejście między Grzbietem Świata a wybrzeżem – szlakiem rzadko używanym przez kogokolwiek, z wyjątkiem oczywiście najwytrwalszych kupców.

Do końca życia dwa wspomnienia powracać będą czyste i wyraźne za każdym razem, gdy magowie pomyślą o tej wyprawie; dwa fakty z życia Doliny Lodowego Wichru, których wędrowcy nigdy nie zapomną. Pierwszym był nieustający jęk wiatru, jakby to sama kraina jęczała w bezustannych męczarniach, drugim była pustka doliny, linia szarego i brązowego horyzontu ciągnąca się mila za milą.

Punktem docelowym karawany było dziesięć małych miasteczek, rozłożonych wokół trzech jezior regionu, w cieniu jedynej góry – Kopca Kelvina. Jak każdy, kto przybywał do tego niemiłego kraju, magowie szukali w Dekapolis doskonałych rzeźb w kości, wyrabianych z czaszek pstrągów pływających w jeziorach.

Niektórzy magowie mieli też na uwadze inne korzyści w niedalekiej przyszłości.

***

Mężczyznę zdziwiła łatwość, z jaką wąski sztylet prześlizgnął się przez fałdy szat starca i wbił się głęboko w pomarszczone ciało.

Morkai Czerwony spojrzał na swego ucznia; jego oczy, rozszerzone zdumieniem, patrzyły na zdradę człowieka, którego od ćwierć wieku wychowywał jak własnego syna.

Akar Kessell puścił sztylet i przerażony tym, że śmiertelnie raniony człowiek ciągle stoi, odskoczył od swego mistrza, po czym wybiegł i oparł się o tylną ścianę małego pomieszczenia, wynajmowanego magom z Luskanu przez gościnne miasteczko Easthaven na czasowe kwatery. Kessell drżał na całym ciele, zastanawiając się nad opłakanymi konsekwencjami, jakie musiałby ponieść w wypadku – coraz bardziej realnym – gdyby czarnoksięskie doświadczenie starego maga pozwoliło mu znaleźć sposób na pokonanie samej śmierci.

Jakiż straszliwy los mógł zgotować mu jego potężny nauczyciel za tę zdradę? Jakim magicznym męczarniom mógł go poddać prawdziwy i potężny mag, taki jak Morkai; męczarniom przewyższającym najstraszliwsze tortury znane na świecie?

Stary mag nie spuszczał oczu z Akara Kessella nawet wtedy, gdy ostatnie światło poczęło zanikać w jego umierających oczach. Nie pytał, dlaczego. Nigdy otwarcie nie zapytał Kessella. Wiedział, że gdzieś zaangażowana jest w to chęć zyskania potęgi – to zawsze bywało przyczyną takiej zdrady, a zdumiewało go tylko narzędzie, nie zaś motyw. Kessell? Jak taki nędzny uczeń, jak Kessell, którego wargi zdolne były wypowiedzieć tylko najprostsze z zaklęć, mógł mieć nadzieję na odniesienie jakiejś korzyści ze śmierci jedynego człowieka, który okazał mu coś więcej, niż tylko podstawowe, grzecznościowe względy?

Czerwony Morkai padł martwy. To było jedno z pytań, na które nigdy nie znalazł odpowiedzi.

Kessell pozostał oparty o ścianę, potrzebując jej twardego wsparcia i drżał tak jeszcze przez długie minuty. Stopniowo poczęła znów wzrastać w nim pewność siebie, pewność, która postawiła go w tak niebezpiecznym położeniu. Teraz był panem – tak powiedzieli przecież Eldeluc, Dendybar Cętkowany i inni magowie. Teraz, gdy nie ma już jego mistrza, on – Kessell, zostanie nagrodzony pokojem do medytacji i pracownią alchemiczną w Wieży Arkanów w Łuskanie.

Eldeluc, Dendybar Cętkowany i inni tak właśnie powiedzieli.

– A więc zrobione? – zapytał tęgi mężczyzna, gdy Kessell wszedł w ciemną aleję wyznaczoną na miejsce spotkania.

Kessell pokiwał pospiesznie głową.

– Odziany w czerwień mag z Luskanu nie rzuci już żadnego zaklęcia! – oznajmił zbyt głośno, jak na gust towarzyszy zmowy.

– Mów ciszej, głupcze – zażądał kruchy mężczyzna, Dendybar Cętkowany, tym samym co zawsze, monotonnym głosem, cofając się w cień alei. Dendybar w ogóle rzadko się odzywał i nigdy przy tym nie okazywał nawet najmniejszego śladu uczuć; zawsze krył się pod nisko naciągniętym kapturem swej szaty. Wokół Dendybara unosiło się coś bezlitosnego, coś, co wyprowadzało z równowagi większość ludzi, którzy się z nim spotykali. Mimo że mag fizycznie był najmniejszym i najmniej imponującym mężczyzną w kupieckiej karawanie, która wyprawiła się do oddalonych o czterysta mil granicznych osad Dekapolis, Kessell obawiał się go bardziej, niż kogokolwiek innego.

– Czerwony Morkai, mój poprzedni mistrz nie żyje – powtarzał sobie więc bohaterski Kessell. – Akar Kessell, znany odtąd jako Kessell Czerwony, jest teraz nominowany do Gildii Magów Luskanu.

– Spokojnie, przyjacielu – powiedział Eldeluc, kładąc uspokajająco rękę na drżącym nerwowo ramieniu Kessella. – Będzie jeszcze czas na właściwą koronację. Gdy wrócimy do miasta. – Tu uśmiechnął się i mrugnął do Dendybara tak, aby Kessell tego nie widział.

Pogrążony w rojeniach umysł Kessella zawirował w poszukiwaniach wszystkich plusów oczekiwanej nominacji. Nigdy już nie będzie wyśmiewany przez innych uczniów, chłopców młodszych od niego, którzy żmudnie wspinali się po stopniach Gildii małymi kroczkami. Powinni mu teraz okazywać szacunek, gdyż przeskoczył nawet tych, którzy przeszli już w najwcześniejszych dniach jego nauki na obdarzone szacunkiem stanowiska magów.

Delektował się w myślach każdym szczegółem przyszłych dni, jednak jego rozpromieniona twarz nagle poszarzała. Zwrócił się ostro do stojącego obok siebie człowieka, rysy stężały mu, jakby odkrył jakiś straszliwy błąd. Eldeluc i kilku innych w alei zaniepokoiło się; wszyscy w pełni zdawali sobie sprawę z konsekwencji odkrycia przez arcymaga Wieży, dokonanego przez nich morderstwa.

– A szata? – zapytał Kessell. – Czy powinienem nosić czerwoną szatę?

Eldeluc nie mógł powstrzymać uśmiechu ulgi, ale Kessell przyjął to zaledwie jako uspokajający gest ze strony swego nowego przyjaciela.

– Powinienem wiedzieć, że coś tak trywialnego powinno do niego pasować – mruknął do siebie Eldeluc, lecz do Kessella rzekł tylko: – Nie martw się o to. W Wieży jest mnóstwo szat. Nie uważasz, że byłoby to trochę podejrzane, gdybyś stanął na progu arcymaga, żądając wakującego krzesła Morkaia Czerwonego, ubrany w szaty, które mag nosił w chwili morderstwa?

Kessell pomyślał przez chwilę, a potem zgodził się.

– Może – kontynuował Eldeluc – w ogóle nie powinieneś nosić czerwonej szaty?

Oczy Kessella w panice uciekły w bok, jego stare wątpliwości, które prześladowały go przez wszystkie dni, począwszy od dzieciństwa, ponownie zaczęły w nim bulgotać. Co Eldeluc powiedział? Czyżby zmienili zamiar i nie nagrodzą go krzesłem, którego tak pożądał?

Eldeluc specjalnie użył dwuznacznego stwierdzenia, aby mu dokuczyć, nie chciał jednak wtrącać Kessella w niebezpieczny stan zwątpienia. Mrugnąwszy znowu do Dendybara, którego cała ta gra gdzieś tam w duszy bardzo cieszyła, odpowiedział na nieme pytanie nieszczęśnika:

– Miałem na myśli tylko to, że może inny kolor byłby dla ciebie bardziej odpowiedni. Niebieski podkreślałby znakomicie kolor twych oczu.

Kessell zachichotał z ulgą.

– Może – zgodził się, nerwowo wykręcając palce.

Dendybar poczuł się nagle zmęczony całą tą farsą, skinął na swego grubego towarzysza, aby odprawił tego maluczkiego, dokuczliwego szubrawca. Eldeluc posłusznie odesłał Kessella aleją.

– Wracaj teraz do stajni – polecił. – Powiedz zarządcy, że magowie wyjeżdżają do Luskanu dziś wieczorem.

– A co z ciałem? – zapytał Kessell.

Eldeluc uśmiechnął się złośliwie.

– Zostaw je. To pomieszczenie jest dla odwiedzających miasto kupców i dygnitarzy z południa. Pozostanie najprawdopodobniej puste aż do następnej wiosny. Inny morderca w tej części świata wywołałby małe podniecenie, zapewniam cię. A nawet, jeśli dobry ludek Easthaven odkryje, co tu się naprawdę wydarzyło, to jest z pewnością na tyle mądry, aby zająć się swoimi sprawami, a sprawy magów pozostawić magom!

Grupa z Luskanu wyszła na zalaną słonecznym światłem ulicę.

– Teraz idź! – polecił Eldeluc. – Czekaj na nas o zachodzie słońca. – Odprowadził wzrokiem Kessella, oddalającego się w podrygach, jak podekscytowany mały chłopiec.

– Jakie to szczęście znaleźć tak użyteczne narzędzie – zauważył Dendybar. – Jeden głupi uczeń maga wybawił nas od wielkich kłopotów. Wątpię, czy znaleźlibyśmy inny sposób, aby podejść tak przebiegłego starca. Jednak sami bogowie tylko wiedzą dlaczego Morkai miał taką słabość dla tej nieszczęsnej kreatury!

– Słabość wystarczającą ostrzu sztyletu! – roześmiał się drugi głos.

– I jaka odpowiednia inscenizacja – zauważył inny. – Tajemnicze truposze uważane są tylko za swego rodzaju niedogodność dla sprzątaczek w tym niecywilizowanym miejscu!

Gruby Eldeluc roześmiał się głośno. Makabryczne zadanie było w końcu wykonane; mogli wreszcie opuścić ten nagi kawałek zamarzniętej pustyni i wrócić do domu.

***

Kessell żwawo spieszył przez osadę Easthaven do stajni, w której stały konie magów. Czuł się tak, jakby stanie się magiem miało zmienić każdy aspekt jego codziennego życia, jakby jakaś mistyczna siła została w nieokreślony sposób wlana w jego pierwotnie nie ukształtowane talenty.

Drżał w oczekiwaniu nadejścia mocy, która powinna być jego. W pewnym momencie drogę przebiegł mu uliczny kot, rzuciwszy nań uważne spojrzenie.

Zmrużywszy oczy Kessell rozejrzał się, czy aby ktoś tego nie widzi.

– Dlaczego nie? – mruknął. Wyciągnąwszy palec w stronę kota wypowiedział słowo rozkazu, aby wywołać wybuch energii. Przerażony kot błyskawicznie jak strzała opuścił miejsce spotkania, ale nie uderzyła ani w niego, ani w jego pobliżu żadna magiczna błyskawica.

Kessell spojrzał na osmalony koniec palca i zastanowił się, co zrobił nie tak, jak trzeba. Nie był jednak zaskoczony. Jego poczerniały paznokieć był najwyraźniejszym rezultatem, jaki udało mu się kiedykolwiek uzyskać przy tym właśnie zaklęciu.

2. NA BRZEGACH MAER DUALDON

Jedyny ze swej rasy w odległości setek mil halfling Regis założył ręce za głową i oparł się o pokrywający pień drzewa koc z mchu. Z kręconymi lokami na szczycie swej liczącej trzy stopy wysokości postaci, nawet jak na swą niewysoką rasę, Regis był niski, za to jego brzuch był gruby z powodu zamiłowania do dobrego jedzenia.

Nad Regisem wyrastał, służący mu za wędkę popękany kij – ściskany dwoma futrzanymi butami, górował nad spokojnym jeziorem, doskonale odbijając się w szklistej powierzchni Maer Dualdon. Po wodzie przebiegały delikatne zmarszczki i pomalowany na czerwono drewniany spławik zaczął lekko tańczyć. Żyłka popłynęła w stronę brzegu i opadła bezsilnie na wodę tak, że Regis nie czuł ryby szarpiącej za przynętę. W ciągu kilku sekund haczyk bez przytrzymywania go został zręcznie oczyszczony, ale halfling nie wiedział o tym i mogłyby minąć całe godziny, zanim zatroszczyłby się o to, aby go sprawdzić.

Tę wycieczkę zrobił sobie dla przyjemności, nie dla pracy. Ponieważ zbliżała się zima, Regis sądził, że mogła to być jego ostatnia wycieczka nad jezioro w tym roku; nie łowił ryb w zimie, jak to fanatycznie czynili niektórzy zachłanni ludzie z Dekapolis. Abstrahując od tego, halfling już wcześniej nazbierał wystarczającą ilość kości z innych połowów, aby mieć zajęcie przez wszystkie siedem miesięcy, w czasie którch zalegał śnieg. Czuł się doprawdy zaszczycony, wśród swej mniej niż ambitnej rasy, mogąc wnieść trochę cywilizacji do kraju, w którym na setki mil od najbardziej odległych osad nie było nic, co można byłoby nazwać miastem. Inne halflingi nigdy nie zapuszczały się tak daleko na północ, nawet w miesiącach letnich, preferując raczej wygody południowego klimatu. Regis także byłby szczęśliwy, mogąc spakować swoje rzeczy i wrócić na południe, gdyby nie mały problem, jaki miał z pewnym przełożonym znaczącej gildii złodziei.

Wraz z kilkoma delikatnymi narzędziami rzeźbiarskimi, obok odpoczywającego halflinga leżał czterocalowy bloczek „białego złota”. Na płaszczyznach bloku widoczne były zaczątki końskiego pyska. Regis miał zamiar popracować nad tym kawałkiem w czasie wędkowania.

Regis planował zrobić wiele rzeczy.

– Zbyt piękny dzień – przekonywał siebie. Wymówka ta nigdy nie wydawała mu się nieświeża, tym razem jednak, w przeciwieństwie do wielu innych, nosiła cechy co najmniej wiarygodności.

Wydawało się, że demony pogody, które skuły ten surowy kraj w kajdany, mają dziś święto lub, co bardziej prawdopodobne, może zbierają siły do okrutnej zimy – w rezultacie, ten jesienny dzień bardziej pasował do cywilizowanych krain południa. Naprawdę nieczęsto spotykany dzień w kraju, który nazwano Doliną Lodowego Wichru, a nazwa ta doskonale pasowała do wschodnich wiatrów, które wydawały się bezustannie omiatać go, przynosząc ze sobą chłodne powietrze z Lodowca Regheda. Nawet tych niewiele dni, w ciągu których wiatr zmieniał kierunek, nie przynosiło ulgi, gdyż Dekapolis graniczyło na północy i zachodzie z setkami mil pustej tundry, a potem był znów lód, Morze Ruchomego Lodu. Tylko południowy podmuch niósł obietnicę pewnej ulgi i każdy wiatr, który usiłował z jakiegokolwiek kierunku dosięgnąć te opustoszałe tereny, zazwyczaj był blokowany przez wysokie szczyty Grzbietu Świata.

Regis przez chwilę patrzył przez kręte gałęzie drzew do góry, na kłębiaste, białe chmury, popędzane łagodnym wiatrem żeglujące po niebie. Słońce słało w dół złote ciepło i halflinga raz po raz kusiło, aby zdjąć kaftan. Gdy jednak chmury przysłaniały oblicze słońca, Regis przypominał sobie, że to jest jesień w tundrze; zamiesiąc będzie tu śnieg, za dwa – drogi na zachód i na południe do Luskanu, miasta najbliższego Dekapolis, będą nieprzejezdne dla każdego, z wyjątkiem śmiałków czy głupców.

Regis spojrzał wzdłuż długiej zatoki, rozciągającej się wokół jego małego stanowiska wędkowania: reszta Dekapolis także korzystała z pięknej pogody – obsadzone łodzie rybackie pływały wokół siebie w poszukiwaniu swych specjalnych „słabych punktów”. Nie chodziło nawet o to, ile razy był tego świadkiem, po prostu zachłanność ludzka zawsze zdumiewała Regisa. W leżącym na południu kraju Calimshan halfling wspinał się szybko po drabinie wiodącej do stanowiska Stowarzyszonego Mistrza Gildii, w jednej ze znanych gildii złodziei w portowym mieście Calimporcie. Ale – i sam się o tym przekonał – ludzka zachłanność szybko przerwała jego marsz ku karierze.

Jego mistrz w gildii, Pasha Pook, posiadał cudowną kolekcję rubinów – przynajmniej z tuzin – których fasetki były tak wynalazczo ścięte, że rzucały prawie hipnotyzujące zaklęcie na każdego, kto na nie patrzył. Regis podziwiał rubiny ilekroć Pook je pokazywał, ale wziął tylko jeden. Od tego dnia halfling nie mógł zrozumieć, dlaczego Pasha, któremu pozostało przecież nie mniej niż jedenaście innych, jest na niego aż tak wściekły.

Należy ubolewać nad ludzką zachłannością – mawiał Regis, gdy ludzie Pashy zjawiali się w miastach, w których halfling zamieszkiwał, zmuszając go do przenoszenia się z losem banity do coraz bardziej odległych krain. Nie musiał jednak wypowiadać tego zdania już od półtora roku – odkąd przybył do Dekapolis. Macki Pooka były długie, lecz te graniczne osady, położone pośród najbardziej niegościnnego i dzikiego kraju, jaki można było sobie wyobrazić, leżały najwidoczniej poza ich zasięgiem i Regis był naprawdę zadowolony ze swego nowego sanktuarium bezpieczeństwa. Wzbogacił się tutaj, a ktoś, kto był bystry i wystarczająco utalentowany, aby być wytwórcą ozdób z kości, ktoś, kto potrafił przekształcać w artystyczne rzeźby podobne do kości słoniowej kości pstrągów, mógł prowadzić nawet wygodne życie przy minimalnym nakładzie pracy. Ponieważ ozdoby z Dekapolis szybko wywołały zachwyt na południu, halfling zamierzał otrząsnąć się ze zwyczajowego letargu i rozwinąć swe zajęcie w kwitnący interes.

Kiedyś.

***

Drizzt Do’Urden szedł cicho, jego miękkie, głęboko wcięte buty zaledwie unosiły kurz. Kaptur brązowego płaszcza miał nasunięty nisko na wijące się fale białych włosów. Poruszał się bez wysiłku z taką gracją, że ktoś, kto by go zobaczył, mógłby wziąć go za złudzenie, sztuczkę optyczną brązowego morza tundry.

Ciemny elf owinął się ściślej płaszczem. Niedobrze czuł się w słonecznym świetle, podobnie jak czułby się człowiek w ciemnościach nocy. Dwieście lat życia spędzonych wiele mil pod powierzchnią ziemi nie mogło ot tak zostać wymazane przez pięć lat życia na jej powierzchni, oświetlanej przez słońce. Aż do dziś – światło słoneczne osłabiało go i przyprawiało o zawroty głowy.

Drizzt wędrował nocą i był zmuszony do kontynuowania wędrówki także w dzień; był już spóźniony na spotkanie z Bruenorem w dolinie krasnoludów, widział też już znaki.

Renifery rozpoczęły swą jesienną wędrówkę na południowy zachód, ku morzu, ale żaden człowiek nie ruszył ich śladem. Jaskinie na północ od Dekapolis, miejsca obozowania barbarzyńskich nomadów, gdy ci wracali do tundry, nie były zaopatrzone w zapasy dla szczepów na ich długą wędrówkę. Drizzt doskonale wiedział co z tego wyniknie. Normalnie u barbarzyńców przeżycie szczepów zależało od tego, czy wędrują za stadami reniferów. Widoczna rezygnacja z tradycyjnego sposobu postępowania była czymś więcej, niż małym zakłóceniem tego rytmu.

Drizzt słyszał też bębny wojenne; w rytmie znanym tylko innym szczepom, jak odległy grzmot niosło się nad pustą równiną ich subtelne dudnienie. Drizzt wiedział czego były zapowiedzią. Był obserwatorem, który znał wartość znajomości poczynań przyjaciół czy wrogów i często wykorzystywał swą „tajemną waleczność” przy obserwacji codziennych, rutynowych czynności i tradycji barbarzyńców, dumnych ludów Doliny Lodowego Wichru.

Drizzt przyśpieszył kroku, zmuszając się do osiągnięcia granicy wytrzymałości. W ciągu tych pięciu krótkich lat zaczął się troszczyć o grupkę osiedli, znanych jako Dekapolis i o ludzi, którzy tam mieszkali. Jak wielu innych wyrzutków, którzy w końcu się tu osiedlili, drów nie spotkał się z miłym przyjęciem nigdzie indziej w Krainach. Nawet tutaj był przez większość zaledwie tolerowany, lecz w tym pokrewieństwie dusz kilku ludzi martwiło się o niego. Był szczęśliwszy niż większość: znalazł kilku przyjaciół, którzy dostrzegali coś więcej, niż tylko jego pochodzenie i znali jego prawdziwy charakter. Ciemny elf ze strachem zerknął na Kopiec Kelvina, samotną górę, oznaczającą wejście do kamienistej doliny krasnoludów między Maer Dualdon a Lac Dinneshere, lecz jego cudowne fioletowe oczy w kształcie migdałów – które mogły konkurować w nocy z oczami sowy – nie były w stanie na tyle wystarczająco spenetrować poświaty słonecznego światła, aby móc ocenić odległość. Znów ukrył głowę pod kapturem, woląc ślepotę od zawrotów głowy, wywołanych dłuższym wystawianiem się na słońce, i ponownie zapadł w ciemne sny Menzoberranzanu, mrocznego, podziemnego miasta przodków.

Ciemne elfy chodziły kiedyś po powierzchni ziemi, wraz z kuzynami o jasnej skórze tańczyły pod słońcem i gwiazdami. Jednak ciemne elfy były złośliwe, nieczułe, były mordercami przekraczającymi granice tolerancji nawet swego, normalnie nie zwracającego zbyt wiele uwagi na prawo, rodu. W nieuniknionej wojnie elfich szczepów drowy zostały wtrącone w otchłań wnętrzności ziemi, tu też poznały świat mrocznych tajemnic i ciemnej magii i postanowiły pozostać. W ciągu stuleci rozwinęły się i znowu wzrosły w siłę, dostosowując się do ścieżek tajemnej magii. Stały się potężniejsze od swych zamieszkujących powierzchnię kuzynów, którzy parali się arkanami Sztuki w dającym życie cieple słońca, traktując to jako hobby, nie zaś jako konieczność.

Jako rasa, drowy utraciły chęć oglądania słońca i gwiazd – zarówno ich ciała, jak i umysły przyzwyczaiły się do głębin i na szczęście dla wszystkich, którzy zamieszkiwali pod otwartym niebem, ciemne elfy były zadowolone z tego, że pozostały tam, gdzie były, od czasu do czasu tylko wychodząc na powierzchnię, aby rabować i plądrować. O ile Drizzt się orientował, to był jedynym ze swego rodu żyjącym na powierzchni. Nauczył się w pewnym stopniu tolerować światło, lecz ciągle odczuwał wrodzoną słabość, jaką wyzwalało ono w jego rasie.

Rozmyślający nad ujemnymi cechami dnia Drizzt poczuł się urażony własną beztroską, gdy nagle wyrosły przed nim dwa yeti – w swych maskujących okryciach z kosmatych futer, ciągle jeszcze w kolorze brązu, podobne były do niedźwiedzi tundry.

***

Czerwona flaga uniosła się z pokładu jednej z łodzi rybackich, sygnalizując połów. Regis patrzył jak wznosiła się coraz wyżej.

– Cztery stopy lub lepiej – mruknął z aprobatą halfling, gdy flaga zatrzepotała tuż poniżej poprzeczki masztu. – Tej nocy w jednym z domów będą śpiewy!

Druga łódź podpłynęła do tej, która zasygnalizowała połów, w pośpiechu uderzając w zakotwiczoną jednostkę. Obie załogi natychmiast wyciągnęły broń i stanęły naprzeciw siebie, pozostając jednak nadal na swych łodziach.

Mając między sobą a łodziami tylko gładką wodę, Regis wyraźnie słyszał krzyki kapitanów.

– Hej, ukradłeś mój połów! – ryknął kapitan drugiego kutra.

– Chyba żeś wody się ożłopał! – odparł kapitan pierwszej łodzi. – Nic podobnego! Nasza ryba była dobrze zahaczona i dobrze holowana. Teraz zniknęła wraz z twoją śmierdzącą balią, zanim wyciągnęliśmy ją z wody!

Jak było do przewidzenia, załoga drugiej łodzi zgromadziła się przy relingu i wymachiwała rękami przed nosem kapitana pierwszego kutra.

Regis znowu zapatrzył się w chmury; dyskusja na łodziach zupełnie go nie interesowała, choć dochodzące go odgłosy walki były z pewnością niepokojące. Takie sprzeczki na jeziorach były czymś zwyczajnym, zawsze chodziło o ryby, szczególnie zaś wtedy, gdy ktoś trafił na nadzwyczaj wielką ławicę. Ogólnie rzecz biorąc, nie były one zbyt poważne, więcej w nich było hałasu i parady, niż rzeczywistej walki, oczywiście bywało i tak, że ktoś został ciężko ranny lub kogoś zabito – były to jednak wyjątki. W pewnej utarczce, w którą zaangażowanych było nie mniej niż siedemnaście łodzi, poległy trzy pełne załogi i połowa czwartej; ich ciała unosiły się na zakrwawionej wodzie. Tego samego dnia jezioro, ze wszystkich trzech położone najbardziej na południe, przemianowane zostało z Dellon-lune na Redwaters.

– Ach, małe rybki, jakie kłopoty sprowadzacie – mruknął cicho Regis, zastanawiając się nad spustoszeniem, jakie srebrne ryby czyniły w życiu zachłannych mieszkańców Dekapolis.

Te dziesięć osiedli zawdzięczało swe istnienie pstrągom o przerośniętych, podobnych do pięści głowach, i kościach o konsystencji najlepszej kości słoniowej. Trzy jeziora były jedynymi miejscami na świecie, o których wiedziano, że pływają w nich te wartościowe ryby. Mimo że region ten był biedny i dziki, opanowany przez humanoidów i barbarzyńców, często też szalały tutaj burze, które mogły zetrzeć z powierzchni ziemi najmocniejsze nawet budynki, pokusa szybkiego wzbogacenia gromadziła tutaj ludzi z najdalszych zakątków Krain. Wielu równie szybko, jak tu przyjeżdżało, opuszczało to miejsce. Dolina Lodowego Wichru była pustą, bezbarwną krainą bezlitosnej pogody i niezliczonych niebezpieczeństw. Śmierć była nieodłącznym towarzyszem mieszkańców tych osad, podkradała się do każdego, kto nie umiał sprostać surowej rzeczywistości Doliny Lodowego Wichru.

W ciągu kilku stuleci, które minęły od chwili odkrycia pstrągów, miasta znacznie się rozrosły. Początkowo dziewięć osiedli znad jezior było niczym więcej, jak skupiskami szałasów poszczególnych pograniczników nad szczególnie dobrymi dziurami do łowienia ryb. Dziesiąta osada, Bryn Shander – choć teraz otoczone palisadą, pełne krzątaniny osiedle zamieszkane przez kilka tysięcy ludzi – była zaledwie pustym pagórkiem, na którym stała samotna hala, w której rybacy raz do roku zbierali się, by wymienić opowieści i dobra z kupcami z Luskanu. Za dawnych czasów Dekapolis widok nawet małej jednomiejscowej łodzi wiosłowej na jeziorach, których wody przez okrągły rok były tak zimne, że mogły w ciągu kilku minut zabić nieszczęśnika, któremu zdarzyło się wypaść za burtę, był niesłychanie rzadki. Teraz każde miasto nad jeziorem posiadało flotyllę żaglowców, z powiewającymi na masztach jego flagami. Samo Targos, największa z rybackich osad, mogło wystawić ponad sto kutrów na Maer Dualdon, a wśród nich kilka dwumasztowych szkunerów, z załogą liczącą ponad dziesięciu ludzi.

Dochodzące z uwikłanych w kłótnię łodzi okrzyki i szczęk stali stawały się coraz głośniejsze. Nie po raz pierwszy Regis zastanawiał się, czy ludności Dekapolis nie działoby się lepiej bez tych kłopotliwych ryb. Halfling przyznawał jednak, że Dekapolis stało się dla niego przystanią. Jego wyrobione, zręczne palce łatwo przyzwyczaiły się do narzędzi rzeźbiarskich i nawet został wybrany burmistrzem jednej z osad. Osada ta – Lonelywood, była najmniejszą i najbardziej wysuniętą na północ z całej dziesiątki, łobuz siedział tutaj na łobuzie, lecz Regis cały czas traktował tę nominację jako zaszczyt. Było to także dogodne rozwiązanie: jako jedyny prawdziwy rzeźbiarz w Lonelywood, Regis był tą osobą w osadzie, która miała powody, lub chęci, do regularnych wędrówek do Bryn Shander – głównej osady i centrum targowego Dekapolis. Dla halflinga było to rzeczywistym dobrodziejstwem. Został głównym kurierem, który przynosił połowy rybaków z Lonelywood na targ, dla komisji dzielącej dobra na dziesięć części. Wystarczało to do utrzymania go przy wyrobie pamiątek i czyniło jego życie dużo łatwiejszym.

Raz na miesiąc w sezonie letnim i raz na trzy miesiące zimą, jeśli oczywiście pogoda na to pozwalała, aby wywiązać się ze swych obowiązków burmistrza, Regis szedł na zebranie. Spotkania takie odbywały się w Bryn Shander i, mimo że kończyły się mało ważnymi sugestiami dotyczącymi terytoriów połowowych, zazwyczaj trwały kilka godzin. Obecność na nich była dla Regisa niewielką ceną, jaką musiał płacić za swój monopol na wędrówki na południowe targowisko.

Walka na łodziach wkrótce się skończyła, zginął tylko jeden człowiek. Regis znów poddał się spokojnej radości obserwacji żeglujących po niebie chmur.

Halfling spojrzał przez ramię na tuziny składających się na Lonelywood niskich, drewnianych domków, skrytych w gęstych szeregach drzew. Nie zważając na reputację mieszkańców, Regis uważał to miasteczko za najlepsze w całym regionie. Las zapewniał pewną ochronę przed wyjącym wiatrem i dobry budulec na domy. Tylko odległość, dzieląca od Bryn Shander, powstrzymywała miasteczko zagubione w lesie od stania się najbardziej znaczącym członkiem Dekapolis.

W pewnym momencie Regis wyciągnął spod kaftana rubinowy wisiorek i zapatrzył się na zachwycający urodą klejnot, który przywłaszczył sobie tysiące mil stąd na południe, w Calimporcie, od swego dawnego przełożonego.

– Ach, Pook – zadumał się, – gdybyś tylko mógł mnie teraz zobaczyć.

***

Elf sięgnął po dwa sejmitary przywiązane w pochwach ud, lecz yeti zbliżały się zbyt szybko. Drizzt instynktownie obrócił się w lewo, wystawiając się przeciwnym bokiem na przyjęcie uderzenia pierwszego potwora. Yeti, obejmując go swymi wielkimi ramionami, obezwładnił jego prawe ramię, ale lewe udało się mu utrzymać wolne po to, by wyciągnąć broń. Ignorując ból, wywołany uściskiem yeti, Drizzt przycisnął pewnie rękojeść swego sejmitara do uda, pozwalając, aby pęd drugiego atakującego potwora wbił go na zakrzywione ostrze. Targany śmiertelnymi drgawkami drugi yeti odepchnął się, zabierając sejmitar ze sobą.

Potwór, który pozostał, zwalił Drizzta na ziemię swym ciężarem. Drów wysilał się jak mógł, pracując wolnym ramieniem, aby utrzymać śmiercionośne zęby z dala od swego gardła, lecz wiedział, że zwycięstwo nad nim silniejszego przeciwnika jest tylko kwestią czasu. Nagle Drizzt usłyszał ostry trzask. Cielskiem Yeti szarpnęło, głowa wykręciła się pod dziwacznym kątem, gdzieś sponad czoła spłynęła na pysk ohydna mieszanina krwi i mózgu.

– Spóźniłeś się, elfie – usłyszał szorstki, znajomy głos. Bruenor Battlehammer stanął na grzbiecie martwego przeciwnika, nie zwracając przy tym w ogóle uwagi na fakt, że ciężki potwór leży dokładnie na jego przyjacielu, elfie. Bez względu na niewygody owej sytuacji, długi, niejednokrotnie połamany nos krasnoluda i jego poprzetykana pasemkami siwizny, a przy tym nadal jeszcze ogniście ruda broda, były szczególnie miłym widokiem dla Drizzta. – Właśnie gdy wyszedłem rozejrzeć się za tobą, zobaczyłem, że masz kłopoty.

Ulga, jaką poczuł, a także maniery zawsze zdumiewającego go krasnoluda, wywołały uśmiech na twarzy Drizzta. Podczas, gdy Bruenor pracował nad uwolnieniem swego topora z grubej czaszki, udało mu się wydostać spod potwora.

– Łeb ma tak twardy, jak zamarznięty dąb – mruknął krasnolud. Zaparł się nogami w ziemię za uszami yeti i potężnym szarpnięciem wyciągnął topór. – Tak przy okazji, gdzie jest twój kotek?

Drizzt pogrzebał chwilę w swoim plecaku i wyciągnął małą, onyksową statuetkę pantery.

– Trudno nazwać Guenhwyvar kotkiem – powiedział z pełnym czułości uszanowaniem. Obracał figurkę w rękach, sprawdzając jej skomplikowane szczegóły, aby upewnić się, że w czasie upadku nie została uszkodzona ciężarem yeti.

– Ba, kot jest zawsze kotem – upierał się Bruenor. – Dlaczego jej tu nie było, gdy jej potrzebowałeś?

– Każde zwierzę, nawet magiczne, potrzebuje odpoczynku – wyjaśnił Drizzt.

– Ba! – Bruenor siarczyście splunął. – To z pewnością jest smutny dzień, gdy drów, a co więcej: pogranicznik, na otwartej równinie, w obliczu dwu parszywych yeti z tundry pozbywa się swojej ochrony!

Bruenor oblizał zakrwawione ostrze swego topora i splunął z obrzydzeniem.

– Śmierdzące bestie – mruknął. – Nie można nawet zjeść tego świństwa! – Wbił topór w ziemię, aby oczyścić ostrze i ruszył w kierunku Kopca Kelvina.

Drizzt włożył Guenhwyvar z powrotem do plecaka i poszedł wyciągnąć swój sejmitar z drugiego potwora.

– Chodźże elfie – złajał go krasnolud. – Mamy przed sobą pięć mil, jeśli nie więcej!

Drizzt potrząsnął głową i wytarł zakrwawione ostrze o futro powalonego potwora.

– Tocz się, Bruenorze Battlehammer – szepnął z uśmiechem. – I wiedz, ku swemu zadowoleniu, że każdy potwór na twojej drodze nieomylnie odnotuje twoją obecność i z pewnością będzie trzymał głowę w bezpiecznym miejscu!

3. MIODOWA SALA

Wiele mil przez pozbawioną szlaków tundrę, na najbardziej wysuniętych na północ granicach w całych Krainach, na północ od Dekapolis zimowe mrozy ścięły już ziemię w białe szkliwo. Nie było tu gór, czy drzew, aby zablokować zimne ukąszenia nieustającego wschodniego wiatru i wiecznie mroźnego powietrza z lodowca Regheda. Wielkie góry lodowe Morza Ruchomego Lodu dryfowały powoli, a nad ich wysoko sięgającymi wierzchołkami wył wiatr w ponurym przypomnieniu zbliżającej się pory roku. Szczepy nomadów, które spędziły tu z reniferami lato, nie powędrowały tym razem za stadami migrującymi na południowy zachód wzdłuż wybrzeża, ku bardziej gościnnemu morzu po południowej stronie półwyspu.

Monotonię horyzontu, na którym nic się nie poruszało, tylko w jednym miejscu zakłócało samotne obozowisko – największe od więcej niż stu lat zgromadzenie barbarzyńców tak daleko na północy. Aby przyjąć wodzów poszczególnych szczepów ustawiono w krąg kilka namiotów ze skóry reniferów i każdy z nich otoczony został własnym kręgiem obozowych ognisk. W środku kręgu ze skór reniferów zbudowano wielką salę, przeznaczoną na przyjęcie wszystkich wojowników z poszczególnych szczepów. Członkowie szczepów nazywali ją Hengorot – „Miodowa Sala”. Dla północnych barbarzyńców było to miejsce honorowe, gdzie jedzono i pito na cześć Tempusa, boga bitwy.

Tej nocy ogniska na zewnątrz sali nie zostały rozpalone zbyt wysoko, gdyż król Heafstaag i Klan Łosia – ostatni, którzy mieli przybyć – oczekiwani byli w obozowisku przed zachodem księżyca. Wszyscy barbarzyńcy, którzy byli już w obozowisku, zgromadzili się w Hengorot i zaczęli przedzgromadzeniowe świętowanie. Wielkie dzbany miodu stały gęsto ustawione na wszystkich stołach; co jakiś czas ze Wzrastającą częstotliwością pobrzmiewały odgłosy zawodów siłowych. Mimo że szczepy często prowadziły ze sobą wojny, w Hengorot wszystkie różnice schodziły na dalszy plan.

U szczytu stołu stał pewnie król Beorg, krzepki mężczyzna z potarganymi blond włosami, siwiejącą brodą i doświadczeniem, które głęboko wyryło się na jego opalonej twarzy. Reprezentując swój szczep, stał wysoki i wyprostowany, z dumnie rozłożonymi szerokimi ramionami. Barbarzyńcy Doliny Lodowego Wichru ponad dwukrotnie przewyższali swą liczebnością mieszkańców Dekapolis, rozrastając się tak, jakby chcieli zyskać przewagę na tej szerokiej, przestronnej i płaskiej tundrze. Byli lepiej dostosowani do życia w swym kraju, zupełnie jak ziemia, po której się poruszali. Ich brodate twarze były brązowe od słońca i popękane od smagnięć nieustającego wiatru, co nadawało im czerstwego, zahartowanego wyglądu, zmieniając je przy tym w pozbawione wyrazu maski, nie podobające się ludziom z zewnątrz. Sami gardzili ludnością Dekapolis, która wydawała się im słaba, wiecznie goniąca za bogactwem i nie posiadająca żadnych duchowych wartości.

Jednak jeden z tych goniących za bogactwem stał teraz wśród nich, w ich poważanej sali spotkań. U boku Beorga czaił się deBernezan, ciemnowłosy południowiec, jedyny człowiek w pomieszczeniu, który nie urodził się i nie wychował w szczepie barbarzyńców. Nieśmiały deBernezan, rozglądając się nerwowo po sali, trzymał ramiona skulone tak, jakby kulił je w obronnym geście. Był doskonale świadom, że barbarzyńcy nie lubili obcych i każdy z nich, nawet najmłodszy z usługujących, mógł przypadkowym machnięciem ręki złamać go wpół.

– Uspokój się! – pouczył Beorg południowca. – Tej nocy wychylisz dzban miodu ze Szczepem Wilka. Jeśli poczują, że się boisz... – pozostawił resztę niedopowiedzianą, lecz deBernezan wiedział doskonale, jak barbarzyńcy postępują ze słabeuszami. Mały człowieczek uspokoił swój oddech i wyprostował ramiona.

Beorg, mimo to, był także zdenerwowany. Król Heafstaag był jego najgroźniejszym rywalem w tundrze, dowodzącym siłami tak samo oddanymi, zdyscyplinowanymi i licznymi, jak jego własne. W przeciwieństwie do zwykłych barbarzyńskich wypadów plan Beorga zakładał totalny podbój Dekapolis, wzięcie w niewolę pozostałych przy życiu rybaków i dostatnie życie dzięki bogactwom, które zostaną zdobyte na jeziorach. Beorg zdawał sobie sprawę z niechęci tego ludu do porzucenia swego niepewnego życia nomadów na rzecz znalezienia luksusów, o których dotąd w ogóle nie mieli pojęcia. Wszystko zależało teraz od zgody Heafstaaga, okrutnego króla zainteresowanego tylko osobistą chwałą i pełnym tryumfu plądrowaniem. Beorg wiedział, że nawet gdy odniosą zwycięstwo nad Dekapolis, będzie miał do czynienia ze swym rywalem, który tak łatwo nie zapomniał szalonego rozlewu krwi, który doprowadził go do potęgi. To był most, który król Szczepu Wilka powinien przekroczyć później – teraz najważniejszym zadaniem było zapoczątkować podbój, a gdyby Heafstaag wzbraniał się przed tym, ostatnie szczepy mogłyby się odłączyć od ich sojuszu. Wojnę można było rozpocząć najwcześniej następnego ranka. To mogło sprowadzić nieszczęście na cały jego lud, nawet ci barbarzyńcy, którzy przeżyją początkowe walki, będą zmuszeni do brutalnych zmagań z zimą. Renifery opuściły już dawno te tereny, odchodząc na południowe pastwiska, zaś jaskinie po drodze były zupełnie nie przygotowane. Heafstaag był sprytnym wodzem, wiedział, że w tak późnym czasie musieli postępować według pierwotnego planu, ale Beorg mimo to zastanawiał się, jakie warunki przedstawi jego rywal.

Beorg był zadowolony z tego, że nie wybuchł żaden większy konflikt między zgromadzonymi szczepami i że tej nocy, gdy wszyscy zgromadzili się we wspólnej sali, atmosfera była braterska, a każda broda w Hengorot spływała piwną pianą. Ryzykiem, jakiego podjął się Beorg, był plan zjednoczenia szczepów przeciwko wspólnemu wrogowi i obietnica powodzenia. Wszystko szło dobrze... jak dotąd.

Brutalny Heafstaag niestety posiadał klucz do wszystkiego.

***

Ciężkie buty kolumny Heafstaaga swym zdecydowanym marszem wstrząsnęły ziemią. Olbrzymi, jednooki król sam prowadził pochód wielkimi, kołyszącymi się krokami, charakterystycznymi dla nomadów tundry. Zaciekawiony propozycją Beorga, zdając sobie sprawę z wczesnego początku zimy, gruby król wybrał marsz w zimną noc, zatrzymując się tylko na krótko, aby coś zjeść i odpocząć. Mimo tego, że był znany głównie ze swej niezwykłej sprawności w walce, Heafstaag był wodzem, który starannie ważył każde swe posunięcie. Pozostawiający głębokie wrażenie marsz powinien dodać znaczenia uprzedniemu respektowi, okazywanemu jego ludowi przez wojowników innych szczepów, a Heafstaag był skory do rzucenia się na każdą korzyść, jaką mógł osiągnąć. Nie spodziewał się żadnych kłopotów w Hengorot. Darzył Beorga wielkim poważaniem. Już dwukrotnie wcześniej spotkał się z wodzem Klanu Wilka na ubitej ziemi, nie pozwalając na jego zwycięstwo. Jeśli plan Beorga był tak obiecujący, jak się pierwotnie wydawało, Heafstaag postąpiłby według niego, żądając tylko równego udziału w dowodzeniu z królem-blondynem. Nie miał takich dylematów, jak ten, że kiedy członkowie szczepów podbiją miasta, kończąc ze swym starym stylem życia, to czy będą zadowoleni z nowego, handlując pstrągami. Był jednak gotów zrealizować fantazje Beorga, jeśli zapewniłoby mu to wstrząs, jaki niesie ze sobą bitwa i łatwe zwycięstwo. Niech plądrują i zapewnią sobie ciepło na długą zimę, zanim zmieni pierwotną zgodę i po swojemu rozdzieli łupy.

Gdy ukazały się światła obozowych ognisk, kolumna przyspieszyła kroku.

– Śpiewajcie, moi dumni wojownicy! – rozkazał Heafstaag. – Śpiewajcie mocno, z całego serca! Niech ci, którzy się tutaj zgromadzili, zadrżą na wieść o zbliżaniu się Klanu Łosia!

***

Słysząc nadejście Heafstaaga, Beorg nastawił uszu. Znał doskonale taktykę przeciwnika i nie był zdziwiony tym, że w końcu, w ciemnościach nocy, rozległy się pierwsze dźwięki Pieśni Tempusa. Król-blondyn zareagował natychmiast, waląc pięścią w stół i wołając o ciszę do zgromadzenia.

– Harkenie, człowieku z północy! – krzyknął. – Jesteś zobowiązany do stawienia czoła wyzwaniu pieśni!

Hengorot wypełnił się natychmiast ruchem – wszyscy obecni rzucili się do swych krzeseł i gramolili się, aby dołączyć do gromadzących się grup swych szczepów. Głos każdego wznosił sięi łączył we wspólnym refrenie do Boga Walki, sławiąc czyny chwały i sławy poległych na polu bitwy. Tych wersów uczono każdego chłopca z barbarzyńskich szczepów od chwili, gdy tylko wypowiadał swe pierwsze słowa, gdyż Pieśń Tempusa uważana była aktualnie za miarę siły szczepu. Jedyną zmianą w słowach refrenu między szczepami, była zmiana identyfikująca śpiewających. Wojownicy śpiewali crescendo, gdyż pieśń mówiła o tym, że ten, kto wzywał Boga Wojny, był wyraźnie słyszany przez Tempusa.

Heafstaag prowadził swych ludzi prosto ku wejściu do Hengorot. Wewnątrz sali zawołania Klanu Wilka były zagłuszane przez innych, lecz wojownicy Heafstaaga dorównywali siłą ludziom Beorga.

Jeden po drugim mniejsze szczepy cichły zdominowane przez klany Wilka i Łosia. Wyzwanie niosło się między dwoma pozostałymi szczepami jeszcze przez wiele minut i żaden z nich nie chciał porzucić pierwszeństwa w obliczu swego bóstwa. Wewnątrz Miodowej Sali ludzie z wrogich szczepów chwytali już nerwowo za broń, niejedna wojna na równinach wybuchła z takiego właśnie powodu – wyzwanie pieśni nie mogło wyraźnie określić zwycięzcy. W końcu poła namiotu została podniesiona, pozwalając wejść chorążemu Heafstaaga, wysokiemu i dumnemu, o uważnych oczach, które bacznie obserwowały wszystko to, co się wokół nich działo, zadając kłam swemu wiekowi. Przytknął fiszbinowy róg do swych warg i wydobył z niego czysty dźwięk i wtedy równocześnie, zgodnie z tradycją, oba szczepy przestały śpiewać.

Chorąży przeszedł przez całe pomieszczenie w kierunku króla – gospodarza, jego oczy nawet nie mrugnęły, nie odwróciły się nawet na moment od potężnego oblicza Beorga, choć ten mógł zobaczyć, że twarz młodzieńca przybrała wyraz, jakby ten górował nad nim.

Heafstaag dobrze wybrał swego herolda, pomyślał Beorg.

– Dobry królu Beorgu – zaczął herold, gdy ustało wszelkie poruszenie, – i wy pozostali zgromadzeni tu królowie. Klan Łosia pyta o pozwolenie wejścia do Hengorotu i wypicia z wami miodu, abyśmy mogli się wszyscy połączyć w toaście na cześć Tempusa.

Beorg przyglądał się heroldowi trochę dłużej, sprawdzając czy tą nieoczekiwaną zwłoką wyprowadzi młodzieńca z równowagi. Lecz herold nawet nie mrugnął, nie odwrócił się też pod wpływem jego przenikliwego wzroku. Jego szczęki pozostały pewne i twarde.

– Witaj – odparł Beorg z naciskiem. – Miło mi znowu was spotkać. Potem mruknął pod nosem. – Szkoda, że to Heafstaag nie posiada twojej cierpliwości.

– Zapowiadam Heafstaaga, króla Klanu Łosia – krzyknął herold czystym głosem. – Syna Hrothulfa Mocnego, syna Angaara Dzielnego, trzykrotnego zabójcę wielkiego niedźwiedzia, dwukrotnego zdobywcę Termalaine na południu, który zabił w pojedynku Raaga Doninga, króla Klanu Niedźwiedzia, jednym uderzeniem...

Słowa te wywołały niespokojne pomruki wśród członków Klanu Niedźwiedzia, a szczególnie ich króla, Haalfdane’a, syna Raaga Doninga. Herold niewzruszony jednak ciągnął tak przez wiele minut, wyliczając każdy czyn, każdy zaszczyt, każdy tytuł zgromadzony przez Heafstaaga w ciągu jego długiej i błyskotliwej kariery. Jak walka na pieśni była współzawodnictwem klanów, tak wyliczanie tytułów i bohaterskich czynów było osobistym współzawodnictwem między mężczyznami, a szczególnie między królami, których chwała i siła spływała prosto na ich wojowników. Beorg bał się tej chwili, gdyż konto jego rywala przewyższało nawet jego własne. Wiedział, że jednym z powodów, dla których Heafstaag przybył ostatni było to, żeby lista została przedstawiona w obecności wszystkich ludzi, którzy słyszeli herolda Beorga na prywatnej audiencji po swym przybyciu kilka dni wcześniej. Korzyścią króla – gospodarza, było odczytanie listy w obecności każdego szczepu, podczas gdy heroldowie królów odwiedzających mogli przemawiać tylko do szczepów obecnych przed ich bezpośrednim przybyciem. Przybywając ostatni, w chwili, gdy wszystkie inne klany już się zgromadziły, Heafstaag osiągnął tę przewagę.

W końcu herold skończył i wrócił przez salę, aby podtrzymać połę namiotu w chwili wejścia swego króla. Heafstaag ruszył pewnie przez Hengorot, aby stanąć przed Beorgiem. Jeśli ludzie byli pod wrażeniem listy chwały Heafstaaga, to z pewnością nie doznali zawodu na jego widok. Rudobrody król miał prawie siedem stóp wzrostu i beczkowaty obwód klatki piersiowej, przy którym nawet obwód Beorga był karli. Heafstaag dumnie nosił blizny po ranach odniesionych w bitwach; jedno oko miał wydarte przez rogi renifera, a lewą rękę nosił bezwładną od czasu walki z niedźwiedziem polarnym. Król Klanu Łosia widział więcej bitew, niż którykolwiek mężczyzna z tundry i wszystko wskazywało na to, że gotów był stoczyć ich jeszcze wiele.

Obaj królowie patrzyli na siebie ponuro, żaden z nich nie mrugnął ani nawet na chwilę nie odwrócił wzroku.

– Wilk czy Łoś? – zapytał w końcu Heafstaag, było to właściwe pytanie po nie rozstrzygniętym wyzwaniu na pieśni.

Beorg starał się udzielić stosownej odpowiedzi:

– Miło cię powitać i miło z tobą walczyć – powiedział. – Niech decydują ostre uszy samego Tempusa, gdyż sam tylko bóg może być zmuszony do dokonania takiego wyboru.

Po przeprowadzonych we właściwy sposób formalnościach napięcie z twarzy Heafstaaga zniknęło. Uśmiechnął się szeroko do swego rywala.