Lato wśród wydm - Agnieszka Krawczyk - ebook
Opis

Mały biały domek nad morzem, któż o nim nie marzył?
Specjalistka od aranżowania nieruchomości na sprzedaż, Matylda Radwan, ma twardy orzech do zgryzienia – tego domu akurat nikt nie chce kupić. W ciągu kilku letnich tygodni musi dokonać całkowitej metamorfozy. Nie spodziewa się, że zmiany dotkną również jej życia, w którym pojawią się zwariowany autostopowicz, przystojny archeolog poszukujący skarbów we wrakach statków i tajemnicza młoda dziewczyna, tęskniąca za swoją matką. Ich drogi przetną się na plaży pośród wydm, a spotkanie zaowocuje czymś więcej niż tylko letnią przelotną znajomością.

Urocza, pełna słońca opowieść o oczekiwaniu, marzeniach i wielkich nadziejach, które nosimy w sercu, czasami bojąc się do nich przyznać. A życie potrafi nas zaskoczyć najbardziej niezwykłym rozwiązaniem…

Pierwszy tom nadmorskiej serii „Przylądek wichrów”, której akcja toczy się w prześlicznych Dębkach nad Bałtykiem.
Drugi tom „Róża wiatrów” w przygotowaniu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 442

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Motto

Niebo to nie jest jakieś latanie czy pływanie,

niebo ma do czynienia raczej z ciemnością i twardym blaskiem.

Elizabeth Bishop, Pejzaż morski, tłum. A. Sosnowski [w:] Santarém

(wiersze oraz trzy małe prozy), Stronie Śląskie 2018, s. 19.

1.

– Nad morze, do Dębek.

– Wykluczone!

Matylda odgarnęła włosy z czoła i popatrzyła na koleżankę w taki sposób, żeby tamta sama uznała, jak niedorzeczny był jej pomysł.

Justyna nie tylko się nie zreflektowała, ale dalej obstawała przy swoim.

– To naprawdę niezły plan. Odpoczniesz sobie, znajdziesz nowe tematy, a przy okazji pomogłabyś mnie.

– Wcale nie tobie, tylko twojemu bratu – uściśliła Matylda, dalej nieprzejednana.

Jej rozmówczyni westchnęła i znacząco rozejrzała się wokół. Gospodyni pojęła w lot. Znajdowały się w jej mieszkaniu, niezwykle atrakcyjnym lokalu, który Justyna pomogła jej kupić za niewygórowaną cenę. Prowadziła małe, prężnie działające biuro nieruchomości i czasami trafiały się takie perełki. Kiedy zainteresowała się tym budynkiem od razu pomyślała o Matyldzie. Taki loft, to było coś w sam raz dla niej, ponieważ trudniła się tkaniną artystyczną i potrzebowała sporo miejsca na krosna. Oprócz tego doradzała bardzo skutecznie w aranżowaniu mieszkań na sprzedaż, a często sama brała zlecenia w tym zakresie. Gustu można jej było pozazdrościć i Justyna się dziwiła, że Matylda nie zajmuje się home stagingiem, bo tak nazywały się fachowo metamorfozy mieszkań wystawianych na rynek nieruchomości, na pełny etat. Z pewnością klientów by jej nie brakowało. Koleżanka wolała jednak swoje tkaniny. Tworzyła je z prawdziwą miłością, a pomysły miała tak oryginalne, że właściwie wszystkie prace sprzedawała od ręki. Specjalizowała się w motywach roślinnych, które ostatnio zrobiły się bardzo modne. Wiele projektów trafiało zresztą do dekoratorów wnętrz, zawsze poszukujących niebanalnych i rzadkich elementów wystroju. No, a gobeliny Matyldy Radwan miały swoją renomę i styl niemożliwy do podrobienia.

Justyna ponownie zerknęła na otoczenie. Krosna z osnowami zajmowały sporą część obszernego mieszkania połączonego z pracownią. W okresie międzywojennym w tym budynku mieściła się jakaś niewielka fabryka, która dawno już upadła, a puste i nieużywane pomieszczenia wystawiono jakiś czas temu na sprzedaż. Pośredniczka od razu zwęszyła znakomity interes. Na takim metrażu, prawie w centrum miasta, można było zarobić krocie. Jej biuro szybko dogadało się z deweloperem, większość fabryki przerobiono na apartamenty, a to co zostało – na biura i sklepy. Agentka nie zapomniała jednak o swojej przyjaciółce. Ten niewielki lokal, do którego wchodziło się po krętych stalowych schodach, idealnie nadawał się na jej artystyczne atelier. Matylda urządziła go ze smakiem.

Na regałach, bardzo pomysłowo przerobionych ze starych szaf aptecznych, właścicielka zgromadziła motki kolorowych włóczek, bawełny i sznurka. Feeria barw mogła przyprawić o zawrót głowy, a rękodzielniczka nieustannie dokupowała nowe materiały w coraz ciekawszych kolorach.

Ściany, oskrobane do cegły, obwieszone były półkami z roślinami. Panował tutaj egzotyczny gąszcz zielni, bo gospodyni kochała kwiaty. Były wszędzie – stały w wielkich donicach, wisiały w koszykach, zwieszających się na sznurkach z sufitu. Pełno ich było w małych szklarniach, a nawet filiżankach czy pękatych słojach. Obrazu całości dopełniały stare ryciny pozyskane z niemieckiego atlasu botanicznego z początku XX wieku i bajecznie kolorowe rysunki ptaków. Jak mówiła właścicielka, te grafiki często stanowiły jej źródło inspiracji, gromadziła je wytrwale, wyszukując na aukcjach w internecie. Po prostu musiała je mieć.

Najważniejszym jednak sprzętem w pomieszczeniu były ogromne krosna, a właściwie warsztat tkacki, który wykonano na zlecenie według wskazówek Matyldy. Na warsztacie znajdował się najnowszy, prawie już dokończony, projekt – duży gobelin z wzorem kwietnej łąki. Ostróżki wznosiły się ciekawie ponad zielone trawy i chabry, a gdzieniegdzie przebijała się główka krwistoczerwonego maku. Justyna musiała przyznać, że pracę wykonano z wielkim smakiem i aż trudno było oderwać od niej oczy. Motki wełny starannie ułożone w koszykach obok krosien wskazywały na to, że jeszcze wiele kolorów miało pojawić się w wyrobie.

– Wiem, że to dzięki tobie mam ten lokal – rzuciła artystka, łowiąc spojrzenie koleżanki. – Jestem ci naprawdę wdzięczna, bo przy mojej działalności nie jest łatwo znaleźć coś odpowiedniego.

Justyna milczała. Nie chciała wywierać nacisku, nie zamierzała też domagać się wdzięczności za swoją pomoc. Była jednak w trudnej sytuacji – brat zlecił jej sprzedaż swego domku letniskowego nad morzem. Po rozwodzie i podziale majątku z żoną jemu właśnie przypadła ta wybudowana wspólnymi małżeńskimi siłami dacza. Działkę odziedziczył co prawda po rodzicach, ale stracił do tej posesji serce.

Wydawać by się mogło, że uroczy drewniany domek z tarasem biegnącym tuż za linią drzew oddzielających go od plaży sprzeda się błyskawicznie. Mijały tygodnie, a potem miesiące i nic się nie działo. Pośredniczka była tym zirytowana. Oczywiście nieruchomość nie należała do tanich i brat obstawał przy tym, aby nie schodzić za bardzo z ceny. Uznał, że agencja „Rezydencje z klasą” jest właśnie od tego, by upłynniać takie lokalizacje. W końcu dom był całkiem ładny i świetnie się nadawał dla wymagających.

To chyba on zbyt dużo ode mnie wymaga – pomyślała kobieta. Brat najwyraźniej oczekiwał niemożliwego – domek choć niebrzydki i w ładnym położeniu urządzony był po prostu nudno. A ludzie kupują wzrokiem.

– Klient widzi, ile musiałby tutaj zrobić – przekonywała Konrada, by wyłożył trochę grosza na zmianę wystroju. – Zamiast wyobrażać sobie siebie przy kominku, dwa kroki od plaży, on myśli, że trzeba wyrzucić te okropne meble i być może wymienić podłogę.

– Brednie. – Brat był nieporuszony. – Wystrój jest w porządku, robiła go Eva, a ona ma świetny gust. Może nie wyszło nam w małżeństwie, ale do jej stylu trudno mieć zastrzeżenia.

No właśnie. A jednak wątpliwości były. Rezydencja wygląda zwyczajnie. Tak jak mnóstwo innych tego typu domów. Niczym się nie wyróżnia, nie budzi pożądliwości. Nie przyciąga, sprawiając, że ktoś chce ją natychmiast kupić, by spędzić tam pierwsze wakacje na własnym letnisku. Wszystko było może porządne, ale seryjne, blade, nijakie i łatwe do zapomnienia. W dodatku wcale nie w okazyjnej cenie. A jeśli ktoś zdecyduje się wyłożyć już tyle pieniędzy, to ma prawo spodziewać się czegoś wyjątkowego.

– Zrozum. Klient ma znaleźć się wewnątrz jakiejś historii. Opowieści o najwspanialszym lecie swojego życia, a nie w banalnym wnętrzu, jakie może mieć wynajmując domek w ośrodku letniskowym. Gdzie wszystkie meble i dodatki są identyczne, bo właściciel kupował je hurtem – objaśniała cierpliwie.

Mężczyzna tylko wzruszał ramionami. W ogóle nie docierały do niego te tłumaczenia. Nieruchomość była urządzona funkcjonalnie i nowocześnie. Wszystko było proste, czyste i bez udziwnień. Czego zatem chcieć więcej? Kandelabrów i szkła tiffany?

Justyna wiedziała, że aby sprzedać ten dom, będzie musiała stoczyć z bratem prawdziwą walkę.

– To nie mają być wnętrza dla ciebie, ale dla klienta. – Sięgnęła po ostateczny argument. – Dom stoi, bo wyraźnie się nie podoba. Trzeba dokonać zmian, choćby niewielkich, ale znaczących.

Konrad przyjrzał się jej uważnie. Akurat w tym wypadku zgadzał się z siostrą. Domu nie dało się sprzedać, co oznaczało, że w istocie jest jakiś problem. Tylko czy akurat taki, jak mówi Justyna? Nie wierzył, że zmiana wystroju w czymś pomoże, był pragmatyczny i nie poddawał się emocjom. Nie mieściło mu się w głowie, że ludzie mogą kierować się impulsami w podejmowaniu decyzji o zakupie domu. On nigdy tak nie robił. Liczyły się tylko trzeźwe wskazania rozumu.

– Architekci wnętrz są kosztowni, a efekt wcale nie musi być zadowalający. Nie zamierzam więcej dokładać do tej nieruchomości, a cena sprzedaży jest rozsądnie skalkulowana – podsumował i to w jego mniemaniu rozstrzygało o wszystkim.

Siostra spoglądała na niego ponuro. Jeśli nie upłynni letniska, brat uzna, że jest nieudolna, lub co gorsza – że nie traktuje jego zlecenia priorytetowo. Jednocześnie była przekonana, że nawet niewielkie i niezbyt drogie zmiany przeprowadzone umiejętnie przez kogoś, kto ma wyczucie i dobry gust, mogłyby uratować sprawę.

Jej myśli od razu popłynęły ku Matyldzie Radwan. Tak, ona mogłaby to zrobić, gdyby przystała na koleżeńską przysługę. Konrad w końcu da się namówić na wyłożenie pewnej kwoty na niezbędne poprawki, a gdyby przyjaciółka zgodziła się doradzić w zamian za wakacje w urokliwym zakątku nad morzem i niewygórowane wynagrodzenie… Justyna była przekonana, że to znakomity i nieposiadający żadnych wad plan. Koleżanka jednakże nie była nim zachwycona.

– W wakacje chciałam jechać za granicę – tłumaczyła. – Od dawna marzyłam o Toskanii. Ostatnie zlecenie trochę mnie zmęczyło, robiłam tkaniny do dużej willi na przedmieściach. Wymagający projekt. No więc teraz chcę odpocząć, naładować akumulatory.

– To się świetnie składa. Będziesz miała dom mojego brata do dyspozycji, a tam przecież jest pięknie – namawiała Justyna.

– Polskie morze. – Matylda wydęła usta. – Zwykle jest zimno, a jak nie, to plaże zalewają tłumy ludzi z parawanami i krzyczącymi dziećmi.

– Ulegasz propagandzie. – Koleżanka wzruszyła ramionami. – Oczywiście, bywa różnie, ale na włoskich plażach też nie spotykasz wyłącznie przedstawicieli arystokracji. Fatalne towarzystwo może się wszędzie zdarzyć. A tam, tylko pomyśl – bursztyny o świcie wyrzucane na plażę, bajeczne zachody słońca i piasek tak biały jak na riwierze. To jest naprawdę cudowne miejsce i sama bym pojechała, gdyby nie to, że mam tyle zajęć.

– Proszę cię, nie naciskaj. Wiem, że liczysz na mnie i ja nie odmawiam ci pomocy. Możesz mi przysłać zdjęcia tego domku, a chętnie doradzę, co tam zmienić. – Artystka zamknęła sprawę. Naprawdę nie widziała się tego lata w Dębkach ani w żadnym innym miejscu nad Bałtykiem. Widziała się natomiast w Toskanii, gdzieś nad Morzem Liguryjskim, obowiązkowo popijając Chianti i ciesząc się szmaragdową barwą wody i słoneczną pogodą.

Justyna chwilę jeszcze namawiała ją niemrawo, wiedząc już, że nic nie wskóra.

– Domek jest tak blisko morza, że dociera tam szum fal, w minutę jesteś na cudownej, szerokiej plaży. I wspaniały taras – dodała na koniec.

– Aż dziwne, że nikt go nie chce. Może tam straszy? – zażartowała Matylda. – Ale wolałabym się sama o tym nie przekonywać, szczerze mówiąc.

2.

Ku wielkiemu rozczarowaniu artystki pojawiły się trudności z opłaceniem faktury za ostatnie zlecenie. Właściciele willi, dla których przygotowała tkaniny, zaczęli w brzydki sposób ją zwodzić. Przelew miał być w piątek, potem w następnym tygodniu, a kiedy zwłoka sięgnęła połowy miesiąca, Matylda postanowiła przedsięwziąć poważniejsze kroki. Udała się do prawnika i uzgodniła, że nie wyda następnego gobelinu, dopóki nie zostaną uregulowane zaległości.

Z tego powodu budżet się nie dopiął i o wakacjach nie było co marzyć. W każdym razie, póki wszystko się nie wyjaśni, a ona albo odbierze należności, albo odzyska swoje prace.

Miała oczywiście w perspektywie kolejne zamówienie, ale wykonanie go wymagało czasu. Była zła, że potraktowano ją w ten sposób. Nie lubiła podobnych sytuacji i nieuczciwego załatwiania spraw. Po odzyskaniu tkanin znowu trochę czasu zajmie znalezienie dla nich odpowiedniego kupca. Nie chciała, żeby szły w pierwsze lepsze ręce.

Matylda dużo serca wkładała w każdą ze swoich prac. Gdy projektowała dla kogoś, starała się dobrze poznać zarówno wnętrze, jak i właścicieli. Lubiła przejść się po domu i ogrodzie, żeby poszukać inspiracji. Może dlatego jej tkaniny były chwalone za to, że idealnie korespondują z nastrojem domów? Gdy z kolei kupowano którąś z jej gotowych prac, usiłowała także doradzić, kierując się temperamentem przyszłego nabywcy. Obserwowała go i próbowała choć trochę poznać. Właśnie z tego powodu incydent z właścicielami willi była taki przykry.

No, ale się wydarzył i nie miała już wielkiego wpływu na to, co się stało. W każdym razie jej wakacje przepadły.

Chodziła po swoim atelier i wyglądała przez okna. Czerwiec tego roku był taki piękny, a ona będzie się dusić w skwarze miasta. Gdyby tylko mogła się gdzieś wyrwać… Na pewno skorzystałaby na tym jej praca.

Przystanęła. Przypomniała sobie o propozycji Justyny Malinowskiej.

Domek jej brata Konrada w Dębkach. Szybko usiadła do komputera i sprawdziła długoterminową prognozę pogody nad morzem. No nie! Pogoda jak drut. W czerwcu nie zapowiadali prawie opadów, może jakieś przelotne burze, potem w lipcu trochę gorzej, ale kto by się tym martwił, w lipcu to jej już pewnie tam nie będzie. Justynie chodziło o lekkie podrasowanie tego miejsca do sprzedaży.

Matylda przechyliła się na fotelu, wyciągnęła ręce za głowę i zatopiła się w myślach.

Nie było tajemnicą, że rękodzielniczka ma doskonały zmysł dekoratorski, a poza tym smykałkę do wyszukiwania ciekawych obiektów. Miała prawie cały garaż zastawiony różnymi niezwykle przydatnymi gratami, które wykorzystywała podczas takich stylizacji. Dobrze wiedziała, co będzie pasowało, i z reguły właśnie to „coś” posiadała w swej kolekcji. Nieustannie penetrowała pchle targi i giełdy osobliwości. Zawsze skusił ją anons: „Targi staroci w każdą sobotę”, jeśli przebywała gdzieś akurat na wakacjach. I nie zdarzyło się, by nie wygrzebała choć jednej rzeźbionej srebrnej łyżki. Wiadomo było, że angażując Matyldę Radwan, nie dostanie się stylizacji z kalkomanią nalepioną na ścianie czy słodkim napisem wyciętym z drewna, ale na pewno w aranżacji pojawi się coś, co przykuje wzrok. Wachlarz z prawdziwych strusich piór, kryształowy flakonik na perfumy, książka, której blok został ciekawie pofarbowany w roślinne motywy, albo tysiąc innych niezwykłości, tak intrygujących, że wystarczy jedna taka rzecz, aby całkowicie zmienić atmosferę wnętrza. Na tajemniczą i niecodzienną. I Matylda umiała to robić jak nikt.

– No dobra – powiedziała sama do siebie. – Spróbujmy zmierzyć się z tym wyzwaniem.

Sięgnęła do torebki po telefon i wybrała numer Justyny.

– Jak tam domek brata, sprzedany? – spytała, gdy już się przywitały.

– A skąd. Konrad jest wściekły. Zarzuca mi nieskuteczność. MNIE! – powiedziała to takim tonem, jakby brat – nie przymierzając – pomawiał o brak manier kogoś w stylu królowej brytyjskiej.

– No tak, to istotnie niewybaczalne – zażartowała Matylda. – Ale chyba da się coś zaradzić. Jeśli twoja propozycja jest aktualna, może tam pojadę i rzucę okiem?

– Naprawdę, mogłabyś? Życie mi ratujesz. Jestem już zupełnie chora przez tego mękołę. Dzwoni do mnie co drugi dzień i truje. Dostanę choroby nerwowej przez niego. Nienawidzę własnego brata. Chyba będę musiała iść na terapię, czy ja wiem?

– Może to nie będzie konieczne. Czy twój brat przeznacza jakiekolwiek środki na tę przemianę, czy też mam to zrobić bezkosztowo? Wiesz, moja droga, czasami z próżnego to i Salomon nie naleje, a może się okazać, a wręcz z pewnością tak będzie, że bez przemalowania jakiejś ściany się nie obejdzie…

– Wiem o tym. Mamy pewien ograniczony budżet. Wszystko zaraz przyślę mailem. I klucze ci też dostarczę jak najszybciej. Ogromnie jestem wdzięczna.

– Jeszcze nie ma za co. Rozumiem, że mogę wziąć krosno? To moje podstawowe narzędzie pracy, a zamierzam trochę podziałać.

– Ależ oczywiście. Gdybyś potrzebowała pomocy, na przykład przy malowaniu, to tam w pobliżu mieszka taki starszy pan, nazwa się Orłowski, on zawsze dogląda domku brata, robi drobne naprawy. Chętnie pomoże.

– Dziękuję, dobrze wiedzieć. – Matylda się pożegnała, a potem wrzuciła telefon do torebki i rozejrzała się po swoim atelier. No, rzeczywiście w lecie nie było co siedzieć w mieście. Ale czy był sens spędzać czas nad polskim morzem? Odrobinę pożałowała decyzji, którą podjęła pod wpływem impulsu. Od lat nie miała dobrego zdania o krajowych kurortach, uważała je za ostoję złego gustu i plastikowych rozrywek. Omijała szerokim łukiem i urlop wolała spędzać gdzie indziej.

Jest jeszcze przed sezonem – pocieszyła się w myślach. A więc żadnych frytek, parawanów, tłumów ludzi ani disco polo na piasku. To przecież nie może być tak okropne, jak opisują w gazetach.

Po paru dniach, gdy załatwiła swoje sprawy – z których najważniejszą było wystosowanie monitu do właścicieli willi, aby w trybie pilnym zwrócili tkaniny pod adres kancelarii prawnej prowadzącej jej sprawy, wyruszyła w drogę. Jechała swoim samochodem, który nazywała „półciężarówką”, choć był to zwyczajny pick-up. Teraz wiozła w nim tyle gratów, że musiała doczepić jeszcze przyczepę. Nie czuła się zbyt pewnie, więc manewrowała ostrożnie i z najwyższą uwagą.

Autostopowicza zauważyła od razu i to z dużej odległości. Stał prawidłowo przy wjeździe na autostradę, ale wyglądał tak, jakby na nic nie liczył. Miał co prawda tekturę z napisem „GDAŃSK”, lecz opartą bokiem o słupek, co rodziło podejrzenia, że nie chce, aby ktokolwiek ją odczytał, i ogólnie wyglądał jakoś tak nie bardzo podróżniczo.

To znaczy na pierwszy rzut oka autostopowicz był z niego, jak się patrzy: posiadał niewielki bagaż, bo tylko niezbyt duży plecak, namiocik i matę, ubrany był w koszulę w kratę, bermudy i czapkę z daszkiem. Ale poza tym sprawiał wrażenie, jakby nie bardzo chciał gdziekolwiek jechać.

Ciekawe – pomyślała Matylda i chyba właśnie dlatego się zatrzymała przy słupku z oznaczeniem drogi.

– Jadę do Dębek – oświadczyła, a autostopowicz spojrzał na nią bystro.

– Może być – zgodził się łaskawie.

– Gdańsk jest po drodze – wyjaśniła, wskazując na napis.

Wzruszył ramionami. Mógł mieć nieco ponad dwadzieścia lat i wyglądał na studenta.

– Mogę i do Dębek. Mnie tam zasadniczo nie koliduje. Dłuższa trasa – większe możliwości.

– Skoro tak, to wskakuj, jestem Matylda Radwan.

– Ignacy Pluta. Miło, że mnie pani zauważyła. Nie chcą się ludzie zatrzymywać, nie wiem, co robię nie tak. – Dziwny autostopowicz wrzucił swoje klamoty na pakę pick-upa, a sam wgramolił się do szoferki obok Matyldy.

Może po prostu nie traktują cię poważnie – chciała dodać, ale jakoś zrobiło się jej go żal, bo wyglądał na zmartwionego.

– Ale ma pani rzeczy – stwierdził z wyraźnym podziwem. – Jakiś handel obwoźny pani prowadzi?

– Ja? Skąd. – Kobieta się roześmiała, szczerze ujęta bezpośredniością nowego znajomego.

– To może jedzie pani na kemping, gdzie wszystkiego brakuje? Albo na wczasy wagonowe, ale raczej nie do Dębek. O ile mnie pamięć nie myli, były organizowane w okolicy Pucka.

– Wczasy wagonowe? A cóż to takiego? – zaciekawiła się artystka, która już wiedziała, że student na pewno ubarwi jej nudną podróż na Pomorze. Tak się składało, że nie lubiła jeździć sama w długie trasy. Miała przygotowaną ulubioną muzykę i książkę do słuchania, ale zawsze przyjemniej jest pogadać z kimś. Do tej pory trochę obawiała się autostopowiczów. Jak widać po Ignacym – bezpodstawnie.

– O, to był taki wymysł z dawnych czasów, ojciec mi opowiadał. – Młody człowiek się ożywił. – Patent kolejowy. Brali wycofane z użytku wagony i ustawiali je w jakiejś atrakcyjnej miejscowości turystycznej. No i w takim wagonie był całkiem fajny wypoczynek. Po prostu domek na szynach.

– Bardzo sprytnie. Potem można było odjechać taką salonką – zażartowała Matylda, a chłopak wyraźnie zapalił się do tematu.

– Co tam wczasy wagonowe. To była mizeria i wagon drugiego gatunku niezdatny już do ruchu. Słyszała pani o Orient Expressie?

– Zdaje się, kogoś w nim zamordowali, była nawet taka książka czy film… – Kobieta nie dokończyła, bo musiała skupić się na drodze. Na autostradzie trwało właśnie coś, co nazywała „wyścigami gokartów”. Na obu pasach z mozołem wyprzedzały się ciężarówki. Oczywiście, żaden z kierowców nie chciał odpuścić, więc wyścig trwał jakiś czas, aż w końcu jeden dał za wygraną i zjechał z drogi, więc i ona mogła przyspieszyć.

– Była książka i ze trzy lub cztery filmy – wyjaśniał Ignacy. – Ten z lat siedemdziesiątych był kręcony w wagonach oryginalnego Orient Expressu, czyli pociągu relacji Paryż – Konstantynopol, a współcześnie Stambuł. Przez Mediolan, Wenecję, Triest i Belgrad – proszę sobie wyobrazić tę bajeczną wyprawę. Te cudowne wagony sypialne, luksusowe restauracje, fantastyczne widoki po drodze. Wszystko bym dał, żeby odbyć taką wycieczkę…

– Kiedy przestał kursować? – Przerwała mu, wyraźnie zaintrygowana opowieścią.

– Ostatecznie dopiero w dwa tysiące dziewiątym roku, ale tak naprawdę, to podstawowe trasy zlikwidowano w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy przestał się pojawiać w rozkładach jako Orient Express. Dużo wiem o pociągach, bo interesuję się kolejnictwem.

– O, to ciekawe, dlaczego w takim razie podróżujesz autostopem, a nie PKP? – rzuciła żartobliwie Matylda, a chłopak się zasępił.

– No, oni pojechali…

– Oni? – pociągnęła temat kobieta, a Ignacy wzruszył ramionami.

– Moja paczka. Planowaliśmy wakacyjny wyjazd.

– Teraz? W czerwcu? – zdumiała się artystka.

Machnął ręką.

– Jesteśmy na studiach. Większość już odwaliła egzaminy, niektórzy są po obronie. Sama pani wie, jak to jest…

– No tak. I co, mieliście jechać nad morze?

– W przeciwnym kierunku…

Zapatrzył się w okno, całą swoją postawą demonstrując, że nie chce kontynuować rozmowy na ten temat.

Postanowiła to uszanować.

– Zatem… Właśnie… Pytałeś, po co mi te rzeczy, nie? – nawiązała niezgrabnie do przerwanego wątku, a on się od razu rozchmurzył i odwrócił w jej kierunku.

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Tyle tego ma pani na pace. Może się pani przeprowadza? Ale chyba nie, bo żadnych konkretnych mebli, sama drobnica, chyba że grube już pojechały. I jeszcze jakieś urządzenie dziewiarskie pani tam ma.

– Spostrzegawczy jesteś. Ja to jestem taki latający rękodzielnik. I dekorator w jednej osobie. – Matylda się roześmiała.

– Latający dekorator? – Ignacy przyglądał się jej nieufnie.

– Tak. Przynajmniej w tej chwili. Przyjaciółka poprosiła mnie o przysługę. Małe zmiany w wystroju domu letniskowego w Dębkach, który wystawia na sprzedaż.

– No chyba nie takie znowu małe, skoro wiezie pani tyle gratów. Rozumiem, że zamierza pani to wszystko upchnąć w tej chacie? – zaciekawił się student.

– Pewnie nie wszystko się przyda, ale wzięłam z naddatkiem – przyznała Matylda.

– Słuszna praktyka. To, co się nie przyda, zamieni pani na miejscu na inne klamoty. Ale tak poważnie: jestem za szlachetnym minimalizmem, nie lubię tych wszystkich dodatków. Pewnie się nie znam? – rzucił zaczepnie.

– Zdaje się, że szlachetny minimalizm właśnie w tym wnętrzu jest i się nie sprawdził, bo jakoś domu nie można się pozbyć. – Kobieta westchnęła.

– Rozumiem. Przyszedł czas na radykalną zmianę koncepcji.

– Jakbyś zgadł. – Matylda wyminęła zgrabnie kolejną ciężarówkę, co do której miała poważne obawy, że szykuje się do następnego „wyścigu gokartów”, i spojrzała na zegarek.

– Jestem trochę głodna. Zjadłbyś coś? Może się gdzieś zatrzymamy?

Student wyciągnął z kieszeni telefon i zajął się przez chwilę przeglądaniem jakiejś aplikacji.

– A możemy zjechać z autostrady? Na moment. Niedaleko jest taka mała miejscowość, a w niej bardzo polecana knajpka. Nie wiem, co pani sądzi o tych sieciówkach przy drogach, bo ja nie przepadam.

– Ja też. Mogę zjechać, jeśli mnie poprowadzisz albo włączymy nawigację.

– Nawigacja jest dla cieniasów. Mamy mapę – ocenił kategorycznie.

– Dobra, ale jeśli się zgubimy, to pożyczysz mi swój namiot, a sam będziesz nocował w rowie na kocu, OK? – zapowiedziała z rozbawieniem.

– Umowa stoi, ale na pewno do tego nie dojdzie.

Nie rzucał słów na wiatr i za pilota mógłby służyć kierowcy rajdowemu. Kiedy zajechali pod polecaną restaurację, Matylda poczuła duże rozczarowanie. Ot, jakiś szałas w lesie, nigdy by się przy nim nie zatrzymała, jadąc tą drogą. Wyglądał jak tysiące innych prowincjonalnych barów, może miły, ale niewyróżniający się niczym szczególnym.

– Usiądźmy na zewnątrz. W przewodniku informują, że mają tu świetny leśny taras – zachęcił Ignacy.

Leśny taras to były po prostu zbite z desek ławy i takież stoliki ustawione w malowniczym otoczeniu sosen. Las pachniał żywicznie i wakacyjnie, więc samo to dodawało restauracji kilka punktów do atrakcyjności.

Jedzenie okazało się bajeczne. Choć menu w karcie nie było zbyt długie ani wykwintne. To, co podawano, naprawdę rozpływało się w ustach.

– Fantastyczne. Nigdy bym nie pomyślała, że te lasy kryją taką perłę. – Kobieta pokręciła głową.

– No właśnie. Czasem warto zaufać. I nie oceniać zbyt pochopnie, bo jak to mówią: nie szata zdobi dobrą jadłodajnię, prawda?

– Najszczersza. Teraz powiedz, co to za przewodnik. Od razu sobie kupię.

Ignacy zrobił tajemniczą minę.

– Nie da rady. To jest absolutnie tajny przewodnik dla wtajemniczonych globtroterów. Dzielą się w nim różnymi sekretnymi miejscami, tworząc mapę poleceń. To taka aplikacja na komórkę – wyjaśnił z uśmiechem.

– Mhy, rozumiem, należysz do jakiejś mistycznej loży, zakonu Róży Wiatrów czy czegoś takiego – zażartowała, a on spojrzał na nią wielce uradowanym wzrokiem.

– Zakon Róży Wiatrów! Bardzo zgrabna nazwa. Będę musiał zaproponować podczas naszego następnego zgromadzenia.

– Nie sądzę, żebyście mieli jakieś zgromadzenia – powątpiewała krytycznie znad swojej ryby Matylda.

– Tak? A to niby dlaczego? – zainteresował się żywo.

– Skoro nie macie nawet nazwy, to jak się gromadzicie? Bajki mi tu jakieś opowiadasz.

– Pani to jest bardzo podobna do mojej kuzynki – odezwał się znienacka Ignacy, gdy już wsiadali do samochodu.

– Tak? – Kobieta się zdystansowała, bo nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle.

– To znaczy Alina nie jest właściwie moją kuzynką…

– Tylko kim? Babcią?

– Zabawna pani jest, właśnie dlatego mi ją pani przypomina. Jest kuzynką mojej mamy, czyli tak naprawdę moją cioteczną ciotką. Ale ona jest młoda i nie ma w sobie nic z ciotki. Uważam ją za kuzynkę. Ma tyle niesamowitych pomysłów…

Opowieści o niesamowitych pomysłach Aliny umiliły im dalszą część podróży i Matylda zapomniała wypytać Ignacego o to, co studiuje i co zamierza porabiać w Dębkach.

Rozstali się na peryferiach miejscowości.

– Tutaj świetnie sobie poradzę. – Uspokoił ją, gdy już wysiadał.

– Na pewno? – Nie była co do tego przekonana.

– Tak, znajdę jakiś kemping.

– No, ale kempingi są dalej, bliżej plaży – tłumaczyła, lecz on był odporny na sugestie.

– Spokojna czaszka, my z Zakonu Róży Wiatrów umiemy sobie radzić. Dziękuję za miłą podróż i w ogóle za wszystko.

Skoro tak, postanowiła nie ingerować bardziej w jego życie, niż było to konieczne. Pożegnała się i odjechała w swoją stronę.

3.

Z domkiem Konrada Malinowskiego było coś nie tak. Obiektywnie całkiem niebrzydki, bryła nie wydawała się odpychająca, a jednak czegoś mu brakowało. I ów brak rzucał się tak bardzo w oczy, że cała nieruchomość nie wywierała wrażenia.

Dacza była pozbawiona charakteru. Owej nieuchwytnej magii, która sprawia, że zawieszamy oko właśnie na tym budynku, wybieramy go z szeregu innych, wyróżniamy podczas spaceru, zwracając nań uwagę towarzyszącej nam osoby słowami: „Zobacz, jaki fajny!”.

To był typowy nadmorski bungalow, piętrowy, wzniesiony z drewna, o dużych oknach i szerokich tarasach biegnących wokół trzech ścian.

Wyjście w kierunku plaży wyłożono ładnymi okrągłymi kawałkami drewna odciętymi z grubego starego pnia i kończyło się zgrabną furtką, prowadzącą wprost na nadmorski pas drzew. Istotnie, stąd od morza były zaledwie dwa kroki. Poza tym budynek usytuowano na sporej działce, porośniętej sosnami i częściowo obsianej trawą. Ogródek wokół domu był skromny, ale zagospodarowany funkcjonalnie – niewymagający uwagi skalniak i ładna kompozycja z kamienia i drewna.

Weszła do środka.

Wnętrze tchnęło nijakością. Słowo „praktyczny” pasowało tutaj jak ulał. Podłogi zlewały się ze ścianami, a te z meblami. Po prostu jedna szarobura plama żadności. Nic nie przykuwało uwagi, pomieszczenia wydawały się smutne i odpychające. Może to z powodu przygnębiających, źle dobranych zasłon? A może mebli przypominających ekspozycję salonu meblowego, czegoś w rodzaju inscenizacji bez życia i bez kontekstu?

Usiadła przy stole w obszernym pomieszczeniu, które miało wszelkie dane stać się atutem tego domu – okna wychodziły na taras, z którego słychać było morze. Teraz jednak przesłaniały je firanki, zasłony i jeszcze żaluzje, a banalna kolorystyka wszystkich dodatków wołała o pomstę do nieba.

Ciekawe – myślała Matylda. Każda rzecz z osobna niezła, ale razem dają dziwny efekt. Wchodząc tutaj, ma się wrażenie, że jest się nie w domu, w którym ktoś mieszka, ale w jakimś budynku urządzonym na pokaz. Jako reklamę higienicznego stylu życia na przykład, bo tak tu biało.

Zasadniczo nie miała nic przeciwko bieli. Lubiła ten kolor. Uważała jednak, że nadmiar zawsze szkodzi.

– Jeśli już wszystko ma być takie białe, to błagam o kawałek kwiecistej tapety, jedną kolorową ścianę, welwetową kanapę lub barwną narzutę – mruczała do siebie, robiąc kawę w kuchennym aneksie.

Pierwsze, co uczyniła, to rozsunęła zasłony i otwarła szeroko okna na taras. Gdy do pomieszczenia wpadło więcej światła, od razu zrobiło się weselej. Potem wyciągnęła jeden z foteli i rozsiadła się na zewnątrz. Morze łagodnie szumiało w oddali, a wokół widziała tylko sosny i piach. Spokój i kojący piniowy zapach.

Westchnęła głęboko. Będzie tutaj miała sporo do zrobienia. Trzy sypialnie, może i obszerne, urządzono w tym samym nudnym i pospolitym stylu. Tak samo łazienkę. Nic specjalnego i zapadającego w pamięć.

Wybrała dla siebie pokój z ładnym widokiem na las. Na próbę przyniosła z pick-upa kolorową narzutę i położyła ją w nogach łóżka. Sypialnia od razu nabrała innego charakteru, a przecież to był dopiero początek.

Postanowiła rozejrzeć się po okolicy.

Ulica Macierzankowa to niewielki trakt zagubiony w lesie. Od głównego deptaka spacerowego dzieliło ją kilkadziesiąt metrów. Na tej większej uliczce w sezonie na pewno było tłoczno, teraz jednak zupełnie znośnie. Zajrzała do kilku sklepów, żeby zorientować się, że towary pierwszej potrzeby dostanie raczej w pewnym oddaleniu od turystycznego centrum. Zeszła więc z najbardziej uczęszczanego szlaku. Szybko odnalazła sklep – filię lokalnej piekarni o dźwięcznej nazwie „Konkol” – i po krótkim przeglądzie pieczywa i artykułów cukierniczych doszła do wniosku, że będzie się tutaj zaopatrywać. Minęła też kilka domków letniskowych, zagubionych na leśnych działkach. Niektóre były bardzo nowoczesne – z dachami krytymi strzechą lub morską trawą i bielonymi ścianami, inne pamiętały zapewne lepsze czasy. Wyglądały jak domki kempingowe, które niegdyś były popularne w całej Polsce, bez względu na region: drewniane, ze spadzistym dachem i niewielkim pięterkiem, nierzadko z balkonem. Jak widać – wciąż trzymały się dobrze i służyły swoim właścicielom, skoro nie zdecydowali się ich wyburzyć i zbudować czegoś lepszego.

W tym obiektywnym porównaniu dom Konrada nie prezentował się wcale najgorzej – był nowy i zagospodarowany. No, ale z pewnością odstraszał ceną i pierwszym wrażeniem, które było najważniejsze.

Ścieżka wywiodła ją w kierunku plaży, a właściwie rzeki Piaśnicy, która wpadała w tym miejscu do morza. Był to z pewnością niepowtarzalny widok, gdy strumień słodkiej wody łączył się ze słoną. Zdecydowanie miejsce to miało w sobie coś nietypowego. Rzeka wyłaniała się z piaszczystego jaru, o brzegach porośniętych sosnami, który jasnymi ostrymi zboczami opadał w kierunku jej nurtu. Gdy stało się tyłem do morza, ujście Piaśnicy wyglądało jak kraina baśni lub tajemniczy manierystyczny sztych – ciemne drzewa i zacieniony bieg wody przenikały się, by nagle rozlać się srebrną płycizną, w miejscu, gdzie dwa rodzaje wody – słona i słodka – spotykały się ze sobą. Przejście przez rzekę u jej ujścia nie nastręczało kłopotów. Prąd toczył się co prawda wartko, ale było płytko, a woda dużo cieplejsza niż ta morska.

Kobieta wzięła sandały do ręki i przeprawiła się bez problemu na drugą stronę.

Morze było spokojne, mieniło się różnymi barwami, w zależności od natężenia światła i przepływających chmur. To rozjaśniało się, to ciemniało, jakby woda nagle stawała się w tym miejscu głębsza. Matylda, jako mieszkanka bardziej górzystych terenów, zawsze patrzyła na ten nadmorski krajobraz z zachwytem. Było w nim coś nieznanego, zadziwiającego, a jednocześnie bardzo atrakcyjnego. Czysty widok aż po horyzont, niezakłócony żadną krzywą linią, jakimkolwiek wzniesieniem. Barwy mieszające się w stonowanej palecie błękitu i bieli, a wszystko nasycone blaskiem i obecnym tylko tutaj skrzeniem i delikatnym drganiem powietrza.

Chciałabym to oddać w mojej pracy – pomyślała niespodziewanie. Tkanina przedstawiająca morze – cóż mogłoby być nudniejszego? A jednak przecież i na plaży znajdzie się coś, co zakłóci tę idealną harmonię piasku i wody: przyniesiony skądś fantazyjny korzeń, kępa nadmorskiej roślinności, plażowy kosz. Wreszcie grupa ludzi.

Do takiej właśnie grupy doszła brzegiem morza, zatopiona we własnych myślach. Początkowo sądziła, że to turyści, może jakaś szkolna wycieczka, bo było ich sporo. Tymczasem okazało się, że to nurkowie.

Część z nich szykowała się do wypłynięcia w morze, reszta już najwyraźniej powróciła z wycieczki, bo stali na brzegu w mokrych piankach i dyskutowali zawzięcie. Przewodził im wysoki facet, którego tyczkowata postać wyróżniała się spośród tego tłumku. Miał jasne włosy i opaloną twarz, a mówił tak szybko, że nie sposób go było zrozumieć.

Ciekawe, co się stało? – pomyślała Matylda. – Jakiś wypadek? Szukają kogoś?

Rozejrzała się ciekawie po plaży, ale nie zauważyła policji ani innych służb, które mogłyby prowadzić akcję ratunkową. Zatem to nie jest nieszczęśliwe wydarzenie, a jakiś trening. Ten facet to z pewnością instruktor, a reszta – kursanci albo może klub nurkowy.

Na plaży stała jeszcze jedna osoba. Postać w rybackich kaloszach i brezentowym płaszczu, a z odległości, w jakiej się Matylda od niej znajdowała, trudno było ustalić, czy to mężczyzna, czy kobieta. Biorąc pod uwagę strój, artystka zdecydowała się na to pierwsze.

Jakie więc było jej zdziwienie, kiedy podeszła bliżej i okazało się, że w wielkie gumowce szypra ubrana jest drobna, młoda dziewczyna. Spojrzała na Matyldę, gdy się zrównały i kobieta zobaczyła jej bardzo duże i niezwykle jasne oczy.

– To archeolodzy morscy – powiedziała niepytana dziewczyna, a rękodzielniczka odwróciła się, bo już zdążyła ją minąć.

– Tak? – zainteresowała się zagadnięta. – Myślałam, że jakiś klub płetwonurków.

– Widziałam, jak się im pani przygląda. – Dziewczyna w kaloszach pogrzebała patykiem w piasku. – Ciekawi panią archeologia podwodna?

– Nie mam o niej pojęcia – przyznała.

– Oni tutaj odnaleźli taki statek, „General Carleton”, musiała pani słyszeć.

Nie słyszała.

Dziewczyna wzruszyła ramionami z lekceważeniem.

– To było jedno z najgłośniejszych odkryć na Bałtyku. Angielski statek z osiemnastego wieku został odnaleziony ponad dwadzieścia lat temu. Wydobyli z niego mnóstwo ciekawych przedmiotów. No, a potem zerwał się straszny sztorm i wrak na powrót przysypał piasek…

– Kiedy to było? – zaciekawiła się Matylda.

– W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku, byłam wtedy maleńka, dziadek mi opowiadał. Ten blondyn, który jest tam na plaży, pracował wówczas przy wraku, był jeszcze studentem. Nazywa się Rokicki.

– Ciekawe. Ale skoro wydobyli te przedmioty i resztki zasypał piasek, to czego jeszcze szukają? – zainteresowała się Matylda.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Może skarbu? Mój dziadek mówił o krążącej wśród rybaków opowieści, że zanim statek zatonął, załoga zeszła na ląd i przyjęła gościnę u pewnego rybaka. On podsłuchał rozmowę, iż na pokładzie są wielkie bogactwa. Gdy marynarze upili się i usnęli, zakradł się tam i co nieco zabrał. Następnego dnia statek odpłynął i zatonął. A to, co ów rybak schował i zakopał na wydmach, służyło mu do końca życia.

– No to już raczej nie ma na co liczyć. – Artystka się roześmiała.

Młoda kobieta obrzuciła ją niechętnym spojrzeniem krystalicznych oczu.

– Nie wszystko zabrał. Zapomniał też po latach, gdzie to zakopał, bo przecież brzeg się zmienia, przykrywa go morze. Kiedy wrócił po resztę skarbu, nie mógł go znaleźć. Dziadek mówi, że od lat wielu szuka tych bogactw na naszej plaży.

– Rozumiem, że do tej pory nikt nie znalazł – zakpiła Matylda, która wiedziała, że każda wieś i miasteczko ma takie legendy. Jedne mniej, inne bardziej zgrabne, ale zwykle występował w nich tajemniczy, zaginiony skarb.

Dziewczyna była wyraźnie zła.

– Pani nie wierzy, ale powtarzam: można znaleźć cuda na tych wydmach! „Paluszki Boże” wskazują miejsce, takie strzałki z kamienia powstałe od pioruna, tylko trzeba dobrze patrzeć.

– Hm. – Matylda nie wiedziała, co powiedzieć. Nie wierzyła w żadne gusła, opowieści o diabłach, co pilnują bogactwa, ani o boskich znakach, które pomagają w poszukiwaniach. Miała wrażenie, że dziewczyna jest lekko pomylona, a archeologów najwyraźniej uważa za konkurencję. Wyglądało na to, iż sama pragnie skarbu. Kobieta chciała ją o to zagadnąć, ale nieznajoma odwróciła się na pięcie i odeszła bez słowa pożegnania.

Dziwna osoba – pomyślała ze wzruszeniem ramion artystka i skręciła na ścieżkę, która prowadziła do wyjścia z plaży.

Wracała ze spaceru bardzo zadowolona. Planowała w myślach, co ma zrobić. Jutro spokojnie obejdzie jeszcze raz dom, wykona zdjęcia i szkice, a potem powoli przymierzy się do projektu. W głowie kiełkował jej mglisty plan, zalążek, który miał wydać owoce.

– Dobrze, że pani już jest. Czekałem chyba godzinę. – Usłyszała gderliwy głos, gdy tylko przekroczyła furtkę.

Na tarasie siedział starszy mężczyzna w czapce przypominającej do złudzenia nakrycie głowy, jakie nosił Włóczykij w opowieści o Muminkach. Uśmiechnęła się mimowolnie.

– Czekał pan? A kim pan jest?

– Józef Orłowski. Pani Justyna nie mówiła? Albo pan Konrad?

Ach, tak. To był ów uczynny sąsiad, który miał jej pomóc w malowaniu lub w innych pracach. Wcale nie wyglądał na życzliwego, wręcz przeciwnie. Może siostra właściciela nie znała go osobiście?

– Justyna mi wspominała o panu. – Matylda kiwnęła głową i otworzyła drzwi.

Mężczyzna wstał z ławki i ruszył za nią.

– O widzę, że podniosła pani wszystkie rolety i odsunęła firanki – rzucił z przyganą, rozglądając się po salonie, do którego weszli, by kobieta mogła zostawić zakupy.

– No tak, strasznie tłumiły światło, przez nie cały dom był bardzo przygnębiający – wyjaśniła artystka, rozkładając produkty w szafkach.

Mężczyzna wydawał się zirytowany.

– Przygnębiający? – powtórzył. – Ten dom? To jest, proszę pani, przepiękny dom, ze wspaniałym widokiem i nie rozumiem, jak jakaś zasłona ma sprawić, że on wygląda ponuro.

– Jak widać może. Czasem takie właśnie detale decydują, czy dom ostatecznie się spodoba, czy nie. A ten, co oczywiste, nie ma zbyt wielu amatorów, bo nikt go nie chce kupić – oświadczyła lekko rękodzielniczka.

Orłowski spojrzał na nią spod grzywy siwych włosów.

– I pani rzecz jasna uważa, że jeśli pozmienia tu coś – w jego słowach brzmiała złośliwość – to dom pójdzie?

– Tak właśnie myślę – zgodziła się Matylda.

– Brednie – zbagatelizował sąsiad. – Urządzenie tu nie ma nic do rzeczy. Mówiłem to panu Konradowi, po prostu nie trafił na odpowiedniego kupca. Każda rzecz się sprzeda, może mi pani wierzyć. Tylko trzeba poczekać na właściwą osobę.

– Lub dać wystarczająco niską cenę. – Kobieta była już trochę znudzona tą rozmową. Od razu pojęła, że Orłowski nie pomoże jej tak chętnie, jak deklarowała Justyna. Mężczyzna najwyraźniej nie widział najmniejszego sensu w jej pracy, zatem jakakolwiek kooperacja z nim wymagałaby świętej cierpliwości, a i tak zapewne starałby się sabotować jej działania. Oczami wyobraźni widziała już te niekończące się dyskusje o tapetach, kolorach ścian i dodatkach. Nie. Nie zamierzała marnować czasu na jałowe wywody.

Oczywiście oznaczało to jednocześnie, że będzie musiała pomęczyć się sama, bez pomocy i wsparcia, choćby dobrym słowem, ale cóż. Robota nie zapowiadała się na bardzo uciążliwą. Nie będzie tu musiała wymieniać mebli, podłóg ani gruntowanie malować. Nie było na to ani czasu, ani pieniędzy.

Orłowski tymczasem doszedł do jakichś swoich wniosków, bo rzucił kpiącym tonem.

– Bardzo jestem ciekawy, co panie tu wymyślą z panią Justyną. Mówiąc między nami, ona to się po prostu źle zabrała do rzeczy.

– Naprawdę? – Matylda zdziwiła się uprzejmie.

– Powinna była zaprezentować dom lepszym kupcom. Bardziej nadzianym.

– Myśli pan, że tego nie zrobiła?

– Widziałem, jakich klientów tu przywoziła. Od razu mi po minach wyglądali na niezdecydowanych. Takich, co nie wiedzą, czego chcą, lub nie mają forsy. Źle ich wyszukała.

– Myślę, że dosyć trudno znaleźć osoby, które przed prezentacją będą w stu procentach zdecydowane kupić jakiś dom. – Wzruszyła ramionami.

– Co pani tam wie. To się tak bajeruje, tak przedstawia ofertę, żeby już nie pragnęli niczego innego. Sprzedawanie to jest sztuka, ja to pani mówię. Wszystko można upłynnić. Trzeba tylko chcieć. Tego się nie robi nowymi zasłonkami czy narzutą na łóżko, a psychologią. – Uniósł znacząco palec i wydawał się uszczęśliwiony, że udało mu się dobrać tak mądre słowo.

Matylda westchnęła. Nie dziwiła się już, czemu Konrad tak się niecierpliwił i złościł na siostrę. Jeżeli miał na miejscu takiego doradcę w osobie życzliwego Orłowskiego, Justyna na pewno wydawała mu się nieudolna i opieszała. Z kolei koleżanka zapewne nie zdawała sobie sprawy, kto sączy w ucho jej brata ten jad. Brała za dobrą monetę obecność osoby, która opiekuje się domem.

– No tak. – Postanowiła zakończyć tę prowadzącą donikąd rozmowę. – Zatem wszystko wiadomo? Próbujemy czegoś innego. Bardzo mi było miło pana poznać, panie Orłowski.

Mężczyzna zrozumiał aluzję i ruszył do drzwi.

– Pójdę już. Przyszedłem się tylko przywitać. Pani Malinowska prosiła, żebym pani pomógł w razie czego. Mieszkam po sąsiedzku, w takim domku z wieżyczką.

– Bardzo dziękuję, będę pamiętała – odparła, ale wiedziała, że korzystanie z jego pomocy to ostatnia rzecz, jaka jej przyjdzie do głowy.

– Ja i tak przyjdę trawę skosić – zastrzegł na progu, wkładając czapkę Włóczykija. – Obiecałem panu Konradowi.

Westchnęła ponownie, ale nie zaprotestowała, choć nie miała wątpliwości, że koszenie trawy jest wyłącznie pretekstem. Orłowski zamierzał ją szpiegować i donosić właścicielowi o postępach prac. A że nie będą dla niego zadowalające i sensowne – o tym była bardziej niż przekonana.

4.

Kolejne dni upłynęły jej w miarę spokojnie. Zrobiła dokumentację fotograficzną domku i przystąpiła do rysowania. Oprócz zwykłej wizualizacji w komputerze lubiła mieć wszystko rozplanowane na papierze. Zaczęła też pracować nad kolejną tkaniną. Ustawiła krosna w salonie, pod wielkim oknem, i zabrała się za nowy projekt. Tym razem widok nadmorski. Pierwsze popołudnie spędzone na plaży wywarło na niej niezwykłe, wręcz mistyczne wrażenie. Nadała swojej pracy tytuł „Poszukiwacze skarbu” i właśnie biedziła się nad oddaniem kolorystyki nieba, gdy zadzwoniła Justyna.

– Jak ci idzie? – zapytała, bo już wiedziała, że Matylda zadomowiła się w Dębkach i zapoznała z okolicą.

– Nieźle – oświadczyła ta zwięźle. – Właśnie mi się coś wyklarowało, pewien ogólny temat.

– O, to doskonale, bardzo na ciebie liczę, bo Konrad nie daje mi spokoju.

Ciekawe dlaczego – pomyślała Matylda. Pewnie Orłowski już do niego zadzwonił i wyraził swoją opinię na temat nowej znajomej.

– W każdym razie będę cię informowała o postępach i nie martw się – zakończyła optymistycznie i się rozłączyła.

Teraz siedziała na tarasie, przyglądała się swoim szkicom i medytowała. Najpilniejszą rzeczą było przemalowanie drzwiczek od szafek w aneksie kuchennym. Postanowiła nadać im nieco szlachetnej patyny i zmienić kolor.

– Skoro to dom nadmorski postawimy na błękity i barwę słońca. Piasek i morze – w ten sposób osiągnę spójną wizję – mówiła do siebie, popijając kawę.

Wstawał piękny letni dzień, aż chciało się żyć. Przez chwilę kobieta zastanawiała się, czy nie zmienić planów na przedpołudnie i nie spędzić go na plaży, ale zrezygnowała. Zatem tylko szybka kąpiel w morzu, ale to za moment, bo na razie musi znaleźć miejsce, gdzie będzie dokonywać przeróbek. Nie chciała tego robić w domu.

Już pierwszego dnia zauważyła w kącie działki niewielki składzik. Teraz wróciła do willi po pęk kluczy, który otrzymała od Justyny i szybko dopasowała właściwy.

Tak, magazynek był strzałem w dziesiątkę. Najwyraźniej robotnicy budujący ten dom urządzili sobie tu kiedyś warsztat, a może Konrad lubił majsterkować? Trudno powiedzieć. Pomieszczenie, choć niewielkie, było bardzo funkcjonalne i miało wszystkie potrzebne udogodnienia – przede wszystkim prąd i wodę. W kącie mieścił się nieduży zlew, był stół roboczy, a nawet, co odkryła z niemałym zdumieniem, mikroskopijna łazienka.

– No proszę, nie jest tak źle – stwierdziła. – Teraz tylko trzeba przenieść tu fronty szafek i zabierać się za robotę.

Pomyślała o farbach kredowych, jakie powinna kupić do tej renowacji, i kilku jeszcze innych drobiazgach, ale postanowiła zostawić to na popołudnie. Tak czy inaczej czekały ją pracowite dni, jeśli zamierzała odnowić dom według swojego pomysłu.

– Przydałyby się inne gałki meblowe – mruczała, zanurzając rękę w pudle z drobiazgami, które przywiozła pick-upem. Zawsze miała podobne rzeczy na podorędziu, nie wiedziała tylko, czy w odpowiedniej ilości. Ale to nie problem – można dokupić przez internet. Właśnie takie drobiazgi budują atmosferę wnętrza. Sprawiają, że jest urzekający lub że się zupełnie nie podoba.

Na pewno wykorzysta porcelanowe, lekko postarzone gałki. Nie wiedziała jeszcze, czy będzie to porcelana stylizowana na portugalską czy ta z motywem kwiatowym. To się okaże, gdy meble zostaną przygotowane.

Teraz zamierzała zrobić sobie chwilę przerwy i poszła przebrać się w strój kąpielowy – woda powinna być już dobra do pływania, a było bardzo gorąco.

Na plaży spotkała niewielu spacerowiczów – głównie rodziny z małymi dziećmi, takimi nieuczęszczającymi jeszcze do szkoły lub przedszkola, oraz miłośników morza przed sezonem.

Woda pachniała rześko, więc zrzuciła letnią sukienkę na ręcznik, który zostawiła na brzegu i weszła do wody. Była oczywiście zimna, ale Matyldzie to nie przeszkadzało. Codziennie rano brała chłodny prysznic, żeby się orzeźwić.

Zanurzyła się po kolana i z przyjemnością brodziła w wodzie, opierając stopy o cudowny piasek. Gdy znalazła się głębiej, po prostu popłynęła. Zimno czuła przez chwilę. Niczego tak nie lubiła jak pływania w morzu, żaden basen, nawet najpiękniejszy, nie dawał tego niezwykłego efektu. Poczucia wolności i przestrzeni po nieodgadniony horyzont. Chwilę z przykrością myślała o Morzu Liguryjskim, którego już nie odwiedzi w tym roku, o ciepłych falach i powiewie wonnego wiatru, ale natychmiast odnalazła w sobie inną radość. Poranna bryza, zapach świeżości bijący od fal i niezwykłe kolory piasku – to drobnego jak miał, to pełnego niewielkich kamyczków, od wieków, a może i tysiącleci, pieczołowicie mielonych przez fale. Grzywy na powierzchni zmarszczonej wody, fale uderzające miarowo o brzeg i te magiczne kolory, których nie było w stanie oddać żadne zdjęcie. Dziesiątki odcieni błękitu, szarości i granatu rozpływające się w jeden cudowny morski deseń.

Zawróciła do brzegu, nie chciała wypływać zbyt daleko, nie znając tutejszych wód.

Na plaży znowu rozkładała się grupa płetwonurków, jak już wiedziała, archeologów badających dno morza.

– Niech pani nie wypływa za daleko – odezwał się kierownik grupy, ten wysoki blondyn, którego zauważyła przed paroma dniami. Rzucił to wesołym tonem, bez przygany, czy próby pouczenia, więc się uśmiechnęła.

– Staram się. Nie znam za bardzo tego akwenu, a poza mną nikt nie pływa – wyjaśniła.

– Słusznie. My zaraz wypłyniemy dalej w morze – powiedział mężczyzna.

– Badają państwo wrak? – zainteresowała się Matylda.

– Skąd pani wie? Widzę, że wieści szybko się rozchodzą. – Roześmiał się.

– Spotkałam tu taką dziewczynę, miejscową. Opowiadała o wraku statku „General Carleton” i o legendzie o skarbie. – Matylda wykręciła włosy i wytarła je ręcznikiem.

– O tak, to było wielkie odkrycie, uczestniczyłem w pracach, duża satysfakcja. Przy okazji: nazywam się Łukasz Rokicki, a to moi studenci. Jesteśmy tu na praktykach.

– Matylda Radwan. – Wyciągnęła dłoń, którą uścisnął krótko.

– Jest pani tu na wakacjach? – zainteresował się. – Widziałem już panią na plaży.

– Naprawdę? – zdziwiła się, że zwrócił wtedy na nią uwagę. – Tak, to coś w rodzaju urlopu, choć mam też swoje zajęcia. Pomagam przyjaciółce sprzedać domek letniskowy brata i trochę pracuję.

– No tak, czyli przyjemne z pożytecznym – uznał, a widząc, że jego grupa przygotowała już wszystko, pożegnał się szybko.

– Zatem do zobaczenia. Miłej pracy.

– Państwu też, może odkryjecie coś niezwykłego.

Odpowiedział jej uśmiechem i się odwrócił. Studenci właśnie wsiadali do motorówki i czekali już tylko na niego. Matylda popatrzyła jeszcze, jak odbijają od brzegu i szybko nikną z oczu.

Ubrała się i ruszyła dalej. Na skraju plaży trafiła w sam środek zamieszania. Patrol policji kogoś legitymował, dyskutując gromko.

– Tu jest zakaz biwakowania – tłumaczył podniesionym głosem stróż prawa. – Teren podlega ochronie.

– Ja nie biwakuję – odezwał się znajomy głos.

– No jakże nie, jak rozbił pan namiot, a tego nie wolno. Zabrania się śmiecić i palić ognisk. Przepisów pan nie zna?

– Przecież nie śmiecę. Jestem bardzo zdyscyplinowany. – Matylda podeszła bliżej i ze zdumieniem rozpoznała Ignacego. Najwyraźniej to on obozował w niedozwolonym miejscu.

– To prawda, nie naśmiecił pan. Bardzo jest tu czysto – przyznał policjant, zwracając mu dowód. – Ale musi się pan przenieść na pole namiotowe, tu nie wolno…

– Wiem: biwakować. Pole namiotowe kosztuje, a nie mam forsy. – Chłopak się zniecierpliwił. – Niech się pan zlituje nad studentem, który chce spędzić wakacje nad morzem.

– Pan jest studentem? Może z tej grupy doktora Rokickiego? Archeolodzy? No to czemu nie nocuje pan w „Maciejce”? Wszyscy tam mają kwaterę.

– Nie jestem studentem archeologii. Przebywam na indywidualnych wakacjach, a nie na praktykach – wyjaśnił cierpliwie młody człowiek.

Policjant wzruszył ramionami, co miało najwyraźniej znaczyć, że nic nie może poradzić, a obozować i tak nie wolno, więc student westchnął.

– Mogę zaoferować miejsce na biwak. – Matylda włączyła się niespodziewanie, a mężczyźni spojrzeli na nią z zaskoczeniem. Nawet kolega policjanta, który do tej pory nie brał udziału w rozmowie, a tylko siedział w radiowozie i wyraźnie się nudził, wychylił się przez otwarte drzwi.

– Pani? A zna pani tego młodzieńca? – rzucił policjant pełnym powątpiewania głosem.

– Tak, to Ignacy Pluta, mój siostrzeniec. To znaczy syn kuzynki – powiedziała w nagłym natchnieniu.

– Rzeczywiście – mruknął policjant. – Tak właśnie się nazywa. A pani kim jest?

– Matylda Radwan, mieszkam w domku znajomego, Konrada Malinowskiego – wyjaśniła. – Pomagam trochę w urządzeniu bungalowu.

– W urządzeniu? – Policjant spojrzał na nią podejrzliwie. – Przecież on chce sprzedać ten dom.

– No właśnie, tylko że nikt nie chce go kupić. Chcemy trochę zmienić wystrój…

– Panie komendancie, to taka picówka ma być, jak w komisie samochodowym. – Drugi policjant się zaśmiał.

Przełożony zgromił go wzrokiem.

– No dobrze, skoro tak, to niech będzie. Jeśli go pani zna i ręczy za niego, to wystarczy pouczenie. Bo rozumiem, że nie wróci już pan biwakować w niedozwolonym miejscu?

– Nigdy w życiu – oświadczył ochoczo Ignacy, który nie na żarty się bał, że mu wlepią mandat.

– Żegnam zatem i życzę miłego wypoczynku. – Radiowóz odjechał, a oni zostali sami.

– Uratowała mi pani życie – powiedział z wdzięcznością student. – Zabuliłbym pewnie ze stówkę albo dwie.

– No jasne, zawsze krucho z kasą. Tylko że ja mówiłam poważnie. Możesz się rozbić w moim ogródku. To znaczy ogródku Konrada Malinowskiego, ale nie sądzę, żeby się burzył. Zaraz zadzwonię do jego siostry.

– Poważnie? – Ignacy się ucieszył. – Przenoszę się codziennie z miejsca na miejsce z namiotem, ale to mało komfortowe. Zawsze się boję, że mnie przegonią, bo teren prywatny, albo wezwą policję.

– Nie ma sprawy. Mam w ogródku taki warsztat, gdzie jest woda i toaleta. Możesz korzystać bez wyrzutów sumienia.

– Fantastycznie. Chętnie się odwdzięczę. Może trzeba pani pomóc przy tym urządzaniu? Dużo potrafię, a do reszty mogę się przyuczyć.

Matylda się zatrzymała. Zmarszczyła brwi. Na Orłowskiego na pewno nie miała co liczyć, więc chłopak naprawdę spadł jej z nieba.

– Szczerze proponujesz? Bo wiesz, ja ci nie oferowałam tego miejsca pod namiot w nadziei, że będziesz dla mnie coś robił – wyjaśniła. – Nie jesteś do niczego zobowiązany.

– To nie z przymusu. Chętnie się czymś zajmę. – Ignacy poprawił plecak z namiotem na ramionach i spojrzał w dal. – Właśnie dzisiaj rano sobie myślałem, że siedzę tu bezproduktywnie i tylko się zamartwiam. A tak nie można żyć, bo to jałowe i niepotrzebne.

– Pełna zgoda. – Kobieta skinęła głową. Wolała nie pytać, czym się zamartwia. – Popatrz to już nasz domek. Miał mi pomagać jeden miejscowy, nazywa się Orłowski, ale nie dogadaliśmy się. Chyba zbytnia różnica pokoleń.

Chłopak rzucił jej krótkie spojrzenie i skinął głową. Doskonale to rozumiał.

Weszli przez furtkę i Ignacy obejrzał otoczenie.

– Ładny dom, tylko trochę taki bezpłciowy, nie? – rzucił.

Matylda przytaknęła, bo utrafił w samo sedno.

– Rozbiję się koło warsztatu. Może pani powiedzieć tej siostrze właściciela, że niczego nie zniszczę i nie zajmę dużo miejsca. Bardzo dbam o otoczenie.

– Jasne. Rozgość się, zaraz ci otworzę ten składzik, żebyś zobaczył, jak tam jest. A potem idę na taras trochę popracować. Muszę skończyć rysunki.

– Niech się pani mną nie przejmuje. Wiem, że powiedziała pani temu glinie, że jest moją ciotka, ale już wyrosłem z wieku, kiedy trzeba mi organizować rozrywki.

– No to super. Chyba nawet nie umiem opiekować się młodzieżą – rzuciła wesoło i poszła do swoich spraw.

5.

– Trzeba będzie dokupić farby i pojechać po klej do tapet – uznała Matylda po kilku dniach pracy w warsztacie.

Ignacy okazał się bardzo zdolnym uczniem i w dodatku chętnym do pracy. Wspólnie odmalowali fronty szafek i kuchnia zmieniła się nie do poznania. Dzięki takiemu pomocnikowi artystka mogła pokusić się o trochę większe przeróbki. Zaczęła malować ściany w salonie, wydobyła też z samochodu rolki kolorowych tapet. Domek Konrada wreszcie nabierał charakteru.

Ignacy najchętniej przemalowałby wszystkie meble.

– Strasznie nudne te kolory. Wiem, że białe i szare teraz są modne, ale mnie się nie podobają.

– Podobno jesteś zwolennikiem szlachetnego minimalizmu – mruknęła sarkastycznie Matylda. – To są właśnie kolory tego stylu, chłodna paleta, ograniczona liczba przedmiotów.

– No właśnie. Z tym drugim się zgadzam. Oszczędzanie na rzeczach jak najbardziej. Ale żeby na kolorach? Niech sobie już będą kolorowe, byle ich nie było zbyt wiele. Natłok gratów wprowadza chaos w głowie.

– Jasne. Zaś natłok kolorów go porządkuje. – Matylda wciąż nie była przekonana do tej osobliwej filozofii, ale Ignacemu jakoś to nie przeszkadzało.

– Nie mówię o pstrokaciźnie, tylko o swoiście pojmowanej harmonii. Wszystko może być harmonijne, prawda, pani Tysiu?

Rzuciła mu zaskoczone spojrzenie. Tysia? Ciekawe, skąd on ma takie pomysły na dziwne zdrobnienia.

– No ta Matylda jest jakaś taka oficjalna. A poza tym, to imię jest zbyt odpychające, sztywne. A pani wcale taka nie jest.

– Zgoda, może być i Tysia. Niech będzie. Ale moim zdaniem powinieneś mi mówić po imieniu. Pani Tysia brzmi komicznie, chyba jeszcze gorzej niż Matylda.

W sklepie, w pobliskim miasteczku, załatwili najważniejsze sprawunki i migiem wrócili do domu.

– Mogę skończyć malować ścianę w salonie – zadeklarował student. – Ona sobie spokojnie przez noc przeschnie, to się jutro przemaluje drugi raz.

Matyldzie zrobiło się żal Ignacego, który gros dnia spędzał na pomaganiu jej.

– Może chcesz iść na plażę? Nie tyraj tak. Mamy czas. Odwaliliśmy tutaj kupę dobrej roboty.

– Byłem wczoraj. Poznałem tam taką dziwną dziewczynę – mruknął chłopak.

– W gumiakach i bosmańskim płaszczu?

– Też ją widziałaś? – Ignacy skinął głową.

– Owszem. Zaraz na początku pobytu. Opowiadała o jakimś skarbie zakopanym na plaży. Miałam wrażenie, że ona pilnuje tych archeologów, żeby przypadkiem nie znaleźli go pierwsi.

– Ma na imię Ola. Mieszka z dziadkiem latarnikiem – wyjaśnił student.

– Przecież tu nie ma latarni morskiej. – Matylda wzruszyła ramionami.

– Niedaleko stąd jest jedna, on właśnie tam pracował do emerytury. Dziewczyna czasem mu pomagała – dodał niechętnie Ignacy.

– Ciekawe. Zrobiła na mnie wrażenie trochę wyobcowanej – oceniła kobieta.

– Chyba taka właśnie jest. Nie bardzo chciała rozmawiać, ale jak się zgadało, że mieszkam w sąsiedztwie plaży, to mi zaufała. Ona dużo wie o okolicy. Powiedziała na przykład, że niedaleko jest bardzo fajna herbaciarnia. Może powinnaś tam zajrzeć.

– Dlaczego ja? Pewnie to ona chciała, żebyś ją zaprosił. – Matylda się roześmiała.

– Wątpię. Nie wyglądała na taką, która chce się zaprzyjaźnić. – Skrzywił się.

– Skoro tak mówisz. Nie będę się spierać – zgodziła się artystka. – Ale wiesz? Rzeczywiście przejdę się do tej herbaciarni, a ty idź na plażę odpocząć. Do roboty się weźmiemy po południu, farba i tak zdąży wyschnąć.

– Jak chcesz. Może rzeczywiście to czas, żeby trochę poleniuchować. – Ignacy się przeciągnął. – Pogoda bajeczna, popływam trochę.

Skinęła głową i poszła do domu się przebrać. Zdecydowała się na lekką lnianą sukienkę, bo nie uważała, żeby to było jakieś oficjalne wyjście, wymagające specjalnego stroju.