Laleczka - Joy Fielding - ebook

Laleczka ebook

Joy Fielding

5,0

Opis

[PK]

 

Amanda Travis jest młodą prawniczką, której luksusowe życie w pięknym domu na Florydzie upływa jedynie na pracy i przelotnych romansach. Niemal udało jej się zapomnieć o pozostawionej w Kanadzie matce, nieżyjącym ojcu, byłym mężu Benie i uczuciu, które niegdyś pochłaniało ją bez reszty. Do czasu, gdy jeden telefon na nowo obudził dawne koszmary. 
Amanda dowiaduje się, że jej matka zastrzeliła w hotelu nieznajomego mężczyznę. Ponieważ nie chce wyjawić motywu zbrodni, Ben prosi Amandę o pomoc. Jaką straszną tajemnicę ukrywała przed nią matka i dlaczego gotowa była raczej spędzić resztę życia w więzieniu, niż ją ujawnić? 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Kołobrzegu
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 487

Rok wydania: 2005

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Doowa555

Nie oderwiesz się od lektury

Po latach z przyjemnością przecztałam Laleczkę i polecam gorąco
00



LALECZKA

JOY

LALECZKA

Z angielskiego przełożyła Bożena Krzyżanowska

Świat Książki

Tytuł oryginału PUPPET

Redaktor prowadzący Elżbieta Kobusińska

Redakcja

Jerzy Lewiński

Korekta

Marianna Filipkowska Grażyna Henel

Copyright © 2005 by Joy Fielding, Inc.

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation . by Bożena Krzyżanowska, 2005 liV

Świat Książki Warszawa 2014

) Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Elżbieta Rosińska

Druk i oprawa Pozkal

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: [email protected] tel. 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7943-283-7 Nr 90090499

Warrenowi, Shannon i Annie. Moje serce, moja dusza, moje zbawienie

Podziękowania

Pragnę gorąco podziękować moim dwóm ulubionym miastom: Toronto i Palm Beach, oraz ich wspaniałym mieszkańcom. Owenowi Lasterowi, Larry’emu Mirkinowi i Beverley Slopen - moim osobistym trzem muszkieterom, którzy pilnują, żebym była normalna... a może nieco zwariowana? Aurorze, będącej z naszą rodziną od ponad trzynastu lat, i Rosie, która zawsze jest gotowa podążyć z pomocą. Byłym asystentom Owena, Jonathanowi Peckarsky’emu i Billowi Kingslandowi, oraz obecnej asystentce, Susannie Schell, za to, że z anielską cierpliwością znoszą często osobliwe i natarczywe prośby. Julii Noonan i jej Metro West Detention Center oraz Berthe Cano z Toronto Reference Library za to, że nie szczędziły mi czasu i odpowiedziały na wiele moich pytań. Prawnikom: Davidowi Baylissowi i Larry’emu Douglasowi, którzy powiedzieli mi o systemie prawnym w Kanadzie więcej, niż chciałam. Mojej siostrze Renee za to, że jest moją siostrą, a wszystkim wspania-

5

lym kanadyjskim i amerykańskim przyjaciołom, którzy niezmiennie podtrzymują mnie na duchu, za to, że są wspaniałymi przyjaciółmi i podtrzymują mnie na duchu. Mojemu ulubionemu pudlowi Caseyowi, który zawsze umie skłonić mnie do uśmiechu. Emily Bestler, Sarah Branham, Judith Curr, Louise Burke, Seale’owi Ballangerowi, Thomasowi Semoshowi i wszystkim cudownym ludziom z Atria and Pocket Book. Mai Mavjee, Johnowi Neale’owi, Bradowi Martinowi, Stephanie Gowan, Vai Gow i wszystkim z Doubleday Canada. Corinne Assayag, która wykonała wspaniałą pracę, projektując i nadzorując moją stronę internetową, a także mojej córce Shannon za jej radę, zachętę i niezbędną pomoc przy poczcie elektronicznej. Warrenowi za to, że czytał rękopis w jego końcowych wersjach, i Annie, która w końcu zaznajomiła się z moją ostatnią książką. Pracowitym księgarzom i osobom, które towarzyszyły mi podczas podróży autorskich. I jeszcze raz moim czytelnikom na całym świecie. Dziękuję wam. Zawsze mnie zadziwiacie.

1

Oto kilka rzeczy, które lubi Amanda Travis: czarny kolor; spędzanie przerwy na lunch w klubie fitness przy Clematis Street w centrum Palm Beach; swoją białą, jednoosobową sypialnię; mieszkanie z widokiem na ocean w Jupiterze; uległych członków ławy przysięgłych; mężczyzn nierozumianych przez żony.

Oto czego nie lubi: koloru różowego; dni, gdy za sięgającymi od sufitu po podłogę oknami jej mieszkania temperatura spada poniżej osiemnastu stopni Celsjusza; klientów którzy nie słuchają jej rad; koloru szarego; kiedy w barze proszą ją, żeby pokazała dowód osobisty; wszelkiego rodzaju przezwisk.

Jest jeszcze coś, czego nie lubi: śladów po zębach. Zwłaszcza wyraźnych, takich, które widać nawet po kilku dniach i które przypominają fioletowy tatuaż między siniakami w kolorze musztardy; śladów, które uśmiechają się do niej ze zdjęć leżących na stoliku tuż pod jej nosem.

Amanda odgarnia z twarzy jasne, długie do ramion włosy i wsuwa odrażające zdjęcia pod plik żółtych kartek, potem bie-rze do ręki ołówek i udaje, że zapisuje coś ważnego, chociaż w rzeczywistości notuje: „Kupić pastę do zębów”. Robi to z myślą o członkach ławy przysięgłych - na wypadek, gdyby któryś z nich ją obserwował. Zresztą szczerze w to wątpi. Tego ranka zdążyła już przyłapać na drzemce jednego z ławników - mężczyznę w średnim wieku o przerzedzonych rudych włosach i fryzurze w stylu Ronalda Reagana. Amanda z westchnieniem

odkłada ołówek, opiera się o krzesło i z dezaprobatą wydyma wargi. Tylko trochę - tyle, żeby zasygnalizować ławnikom, co myśli o składanych właśnie zeznaniach. Chciałaby po prostu, żeby nie przywiązywali do nich zbyt wielkiej wagi.

- Krzyczał - mówi kobieta, która stoi w miejscu dla świadków i jedną ręką bezwiednie pociąga za włosy.

Co chwila zerka w stronę stolika obrony, szarpie za platynowe loki, ukazując czarne odrosty, i owija włosy wokół palców z przyklejonymi kwadratowymi paznokciami.

- Zawsze z byle powodu na mnie krzyczał.

Amanda ponownie bierze ołówek do ręki, po czym dodaje do listy zakupów makaron i ser. Potem przypomina sobie o soku pomarańczowym, dopisuje go, a ostatnią literę zakańcza ogromnym zawijasem, jakby właśnie przypomniała sobie najważniejszy paragraf. Z powodu zamaszystego ruchu zdjęcia wysuwają się spod notesu i dziewczyna znów ma przed oczami utrwalone na kliszy ślady zębów swojego klienta na skórze świadka.

Owe ślady stanowią gwóźdź do trumny.

Może inaczej zinterpretować fakty, zbagatelizować znaczenie dowodów, przytłoczyć ławników nieistotnymi szczegółami i nie zawsze uzasadnionymi wątpliwościami, ale w żaden sposób nie uda jej się zakwestionować tych okropnych zdjęć..To one przesądzą o losie klienta Amandy i zbrukają jej czystą dotychczas kartotekę, w której po prawie roku samych zwycięstw teraz zapisany zostanie jeden jedyny nieszczęsny i zdecydowany wyrok skazujący.

Niech diabli wezmą Dereka Clemensa! Czy musiał zostawiać takie wyraźne ślady?

Pani adwokat poklepuje dłoń siedzącego obok mężczyzny. Następne zagranie z myślą o ławie przysięgłych, chociaż trudno uwierzyć, by któryś z ławników naprawdę dał się na to nabrać. Z pewnością wystarczająco często oglądają telewizję, by znać różne sztuczki prawnicze: udane oburzenie, pełne współczucia spojrzenia, niedowierzające potrząsanie głową. Amanda cofa rękę i pod stolikiem ukradkiem wyciera palce w czarną lnianą

spódnicę Jakby chciała zetrzeć z nich ślady klienta. Ależ z ciebie idiota - myśli z uspokajającym uśmiechem na twarzy. Nie mogłeś się opanować? Musiałeś ją ugryźć?!

Oskarżony odpowiada pełnym wdzięczności uśmiechem, chociaż nie rozchyla warg. Wkrótce ławnicy i tak zobaczą wszystkie zęby Dereka Clemensa i nie tylko zęby.

Dwudziestoośmioletni mężczyzna jest rówieśnikiem Amandy i tak samo jak ona ma sto siedemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu. Mają nawet ten sam kolor włosów i podobne, zimnobłękitne oczy, chociaż jej tęczówki są nieco ciemniejsze, a jego jaśniejsze, bardziej pastelowe. W innych, może nieco milszych okolicznościach Amanda Travis i Derek Clemens mogliby uchodzić za brata i siostrę, nawet za bliźniaki dwujajowe.

Amanda odsuwa od siebie niemiłą refleksję i z radością przypomina sobie, że była jedynaczką. Obraca się na krześle i spogląda w stronę dużych okien na tyłach sali sądowej. Na zewnątrz jest typowy lutowy dzień na południowej Florydzie: turkusowe niebo, ciepłe powietrze, kusząca plaża. Młoda kobieta chętnie podeszłaby do okna, oparła głowę o barwioną szybę i spojrzała na Intracoastal Waterway oraz bezkresny ocean. Tylko w Palm Beach można z okien sali sądowej zobaczyć równie piękny widok jak z drogiego apartamentu na ostatnim piętrze najlepszego hotelu.

Amanda siedzi w sali sądowej 5C w County Court House w Palm Beach obok kryminalisty oskarżonego o pobicie swojej narzeczonej - człowieka, któremu postawiono ni mniej, ni więcej, tylko pięć zarzutów, łącznie z gwałtem i grożeniem śmiercią. Co dziwne, pani adwokat woli to niż opalanie się na chłodnym piasku obok bezbarwnej, przekarmionej zięby amerykańskiej. Zazwyczaj po kilku minutach leżenia na plecach i pozwalania, by drobne fale obmywały jej gole stopy, Amanda z krzykiem pędzi na rozgrzany chodnik.

- Chciałbym, żeby po kolei odtworzyła pani wydarzenia, jakie zaszły rano szesnastego sierpnia, panno Fletcher - mówi prokurator.

Głęboki baryton jak kusicielskie westchnienie kochanka w ułamku sekundy sprowadza Amandę z powrotem na salę sądową.

Caroline Fletcher kiwa głową i nadal bawi się za mocno utlenionymi włosami. Jej silikonowe piersi napierają na guziki perwersyjnie konserwatywnej błękitnej bluzeczki. Na korzyść obrony przemawia fakt, że była kochanka oskarżonego o napaść Dereka Clemensa wygląda jak striptizerka, chociaż w rzeczywistości pracuje w salonie fryzjerskim. Amanda uśmiecha się, doskonale zdając sobie sprawę, że praca jest mniej ważna niż wygląd. W sądzie, tak samo jak w życiu, pozory liczą się o wiele bardziej od samej istoty rzeczy. W końcu są to jedynie pozory sprawiedliwości, nie sprawiedliwość, i trzeba dopilnować, żeby tak pozostało.

- Szesnastego sierpnia?

Młoda kobieta odsuwa językiem gumę, którą ukradkiem żu-je przez cały czas składania zeznań.

- W dniu napaści - przypomina prokurator, podchodząc bliżej i pochylając się nad głównym świadkiem.

Tyrone King ma prawie dwa metry wzrostu, czekoladową skórę i lśniącą łysinę. Gdy ponad rok temu Amanda zaczęła pracować w firmie prawniczej Beatty and Rowe, dotarły do niej słuchy, że przystojny prokurator jest bratankiem Martina Luthera Kinga. Gdy go o to spytała, powiedział ze śmiechem, że o pokrewieństwo z zamordowanym przywódcą murzyńskim podejrzewani są wszyscy ciemnoskórzy mężczyźni z Południa o nazwisku King.

- Zeznała pani, że oskarżony przyszedł do domu z pracy w fatalnym humorze.

- On zawsze był w fatalnym humorze.

Amanda unosi się z krzesła i zgłasza sprzeciw z powodu, uogólnienia.

- W jaki sposób objawiał się jego zły nastrój?

Kobieta wyraźnie nie wie, co powiedzieć.

- Może podnosił głos? Albo krzyczał?

- Oberwało mu się w pracy od szefa, więc po przyjściu do domu postanowił odegrać się na mnie.

- Sprzeciw!

- Przyjmuję sprzeciw.

- O co miał pretensje, panno Fletcher?

Przesłuchiwana wbija wzrok w sufit.

- Powiedział, że w domu jest bałagan, że nigdy nie ma nic do jedzenia, że rzygać mu się chce, gdy musi pracować na nocną zmianę, a potem przychodzi do zagraconego mieszkania i nawet nie ma co zjeść na śniadanie.

- Co pani zrobiła?

- Powiedziałam mu, że nie mam czasu na wysłuchiwanie jego żalów, bo muszę iść do pracy. Wtedy oznajmił mi, że nigdzie nie pójdę i nie zostawię go na cały dzień z niemowlęciem, bo on musi się przespać. Przypomniałam mu, że nie mogę zabrać dziecka na cały dzień do salonu fryzjerskiego. Wtedy się na mnie rzucił.

- Może nam pani dokładnie opowiedzieć, co się stało?

Kobieta wzrusza ramionami i nerwowo przesuwa gumę do żucia z boku na bok.

- Nie pamiętam zbyt dokładnie.

- Proszę nam powiedzieć w takim razie to, co pani pamięta.

- Zaczęliśmy na siebie krzyczeć. Powiedział, że nic w domu nie robię, że przez cały dzień tylko siedzę na swoim kościstym tyłku i że jeśli nie mam zamiaru sprzątać ani gotować, to mogłabym przynajmniej przyklęknąć i zrobić mu... - Caroline Fletcher przerywa, prostuje plecy i błagalnie spogląda na ławników. - No wiecie, co.

- Żądał seksu oralnego?

Kobieta potakująco kiwa głową.

- Faceci bardzo to lubią.

Siedem kobiet z ławy przysięgłych chichocze ze zrozumieniem, Amanda również, ale zasłania ręką usta i postanawia nie zgłaszać sprzeciwu.

- Co się stało potem? - pyta prokurator.

- Zaczął mnie ciągnąć w stronę sypialni. Wciąż mu powtarzałam, że się nie zgadzam, że nie mam czasu, ale mnie nie słuchał. Potem przypomniałam sobie film, który oglądałam w tele-

wizji. Tam była taka dziewczyna, chyba Jennifer Lopez, ale nie jestem pewna... Kiedy facet na nią napadł, zauważyła, że im bardziej ona się broni, tym bardziej on się nakręca i coraz gorzej ją traktuje, więc przestała walczyć. Tak go to zaskoczyło, że udało jej się uciec. Postanowiłam postąpić tak samo.

- Przestała się pani bronić?

Caroline Fletcher ponownie przytakuje.

- Udałam, że się poddaję, a potem, kiedy dotarliśmy do drzwi sypialni, odepchnęłam go, wbiegłam do pokoju i zamknęłam za sobą drzwi na klucz.

- Co wtedy zrobił Derek Clemens?

- Był potwornie wściekły. Zaczął walić w drzwi i krzyczeć, że zabije mój tyłek.

- Jak pani zrozumiała jego słowa?

- Że ma zamiar zabić mój tyłek - wyjaśnia Caroline Fletcher.

Amanda patrzy prosto na ławników. Jej oczy sugerują, że nie powinni zbyt poważnie traktować tego rodzaju gróźb. Po chwili pani adwokat znów bierze ołówek do ręki i dopisuje do listy zakupów otręby.

- Proszę kontynuować, panno Fletcher.

-Tak głośno krzyczał i walił w drzwi, że obudził Tiffany. Mała zaczęła płakać.

- Kim jest Tiffany?

- To nasza córeczka. Ma piętnaście miesięcy.

- Gdzie w tym czasie była Tiffany?

- W swoim łóżeczku. W salonie. Tam gdzie zwykle. W naszym mieszkaniu była tylko jedna sypialnia, a Derek twierdził, że potrzebuje prywatności.

- A zatem jego krzyki obudziły dziecko.

- Jego krzyki obudziły cały cholerny dom.

- Sprzeciw!

- Podtrzymuję.

- Co było potem?

- No cóż, zrozumiałam, że jeśli nie otworzę drzwi, on je po prostu wyłamie, więc powiedziałam, że go wpuszczę. Wcześniej jednak musiał mi obiecać, że się uspokoi. Obiecał. W domu

zrobiło się cicho, słychać było jedynie płacz dziecka, więc otworzyłam drzwi... Nim się zorientowałam, był już na mnie, okładał mnie pięściami i rozrywał mi sukienkę.

- Czy to ta sukienka?

Prokurator oddala się od świadka i podnosi ze stolika bezkształtną, szarą dżersejową sukienkę, która najlepsze czasy zdecydowanie ma już za sobą. Tyrone King pokazuje ją świadkowi, a potem ławie przysięgłych.

- Tak, to ona.

Amanda opiera się o krzesło, jakby chciała pokazać, że to jej zdaniem żaden dowód. Ma nadzieję, iż ławnicy tak samo jak ona nie będą przywiązywali zbyt wielkiej wagi do dwóch lekko naderwanych szwów na dolnym brzegu sukienki - rozdarć, które równie dobrze mogły powstać podczas ubierania.

- Co się stało, gdy oskarżony rozerwał pani sukienkę?

- Rzucił mnie na łóżko, na brzuch, i ugryzł mnie.

W rękach prokuratora pojawiają się odrażające zdjęcia. Tyrone King przedstawia je jako dowód i podaje przysięgłym. Amanda obserwuje ławników, którzy oglądają ślady pozostawione przez zęby Dereka Clemensa na plecach Caroline Fletcher. Na ich twarzach pojawia się obrzydzenie, chociaż starają się zachować pozory bezstronności.

Jak zwykle ławnicy stanowią dość zróżnicowaną grupkę: stary żydowski emeryt siedzi między dwiema czarnymi kobietami w średnim wieku; starannie ogolony mężczyzna o hiszpańskich rysach twarzy i w krawacie zajmuje miejsce obok młodzieńca w podkoszulku, dżinsach i z końskim ogonem; jest też czarnoskóra kobieta z białymi włosami i biała kobieta z czarnymi włosami, grubas, chudzielec, nadgorliwiec i osoba zblazowana. Łączy ich tylko jedno - pogarda, z jaką przenoszą wzrok ze zdjęć na oskarżonego.

- Co się stało potem, gdy panią ugryzł?

Caroline Fletcher waha się, wbija wzrok w swoje stopy.

- Obrócił mnie na plecy i odbył ze mną stosunek.

- Zgwałcił panią? - pyta prokurator, delikatnie zmieniając sens jej wypowiedzi.

- Tak, zgwałcił mnie.

- Zgwałcił panią - powtarza Tyrone King. - Co było potem?

- Kiedy skończył, zadzwoniłam do salonu fryzjerskiego. Musiałam ich uprzedzić, że się spóźnię. Wtedy wyrwał mi telefon z ręki i rzucił nim w moją głowę.

Dlatego też został potem oskarżony o napad z bronią w ręku - myśli Amanda, dopisując do listy zakupów uzasadnione pytanie: „Zadzwoniła pani do salonu fryzjerskiego, a nie na policję?”

- Rzucił telefonem w pani głowę - powtarza prokurator.

Powtarzanie przez niego słów Caroline staje się męczącym obyczajem.

- Tak, sir. Telefon uderzył mnie w skroń, upad! na podłogę i rozbił się.

- Co się działo potem?

- Przebrałam się i poszłam do pracy. Rozdarł mi sukienkę -przypomina panna Fletcher ławnikom - więc musiałam ją zmienić.

- Zgłosiła pani całe zajście na policji?

- Tak, sir.

- Kiedy?

- Po dwóch dniach. Znów zaczął mnie bić, wtedy mu powiedziałam, że jeśli nie przestanie, pójdę na policję. Nie przestał, więc poszłam.

- Co powiedziała pani policji?

Caroline Fletcher sprawia wrażenie zażenowanej.

- To, co usłyszeliście wcześniej z ust oficera.

Chodzi jej o sierżanta Dana Petersona, poprzedniego świadka, człowieka tak krótkowzrocznego, że przez cały czas składania zeznań nie wychylał głowy z notatek.

- Powiedziała mu pani o gwałcie?

- Powiedziałam, że pokłóciliśmy się z Derekiem, że Derek wciąż mnie bije i w ogóle... A potem sierżant zrobił kilka zdjęć.

Tyrone King unosi długi, elegancki palec, dając Caroline sygnał, żeby zaczekała. Po chwili odnajduje kilka następnych zdjęć i podsuwa je kobiecie pod nos.

- Czy to są zdjęcia, które wykona! policjant?

Caroline krzywi się na widok fotografii. Dobre zagranie -myśli pani adwokat, niemal słysząc, jak Tyrone King szepcze swoim uwodzicielskim barytonem: „Proszę nie ukrywać uczuć. Ważne, by okazała pani zażenowanie”.

Amanda wbija wzrok w kolana i próbuje sobie wyobrazić, że spogląda na zdjęcia oczami przysięgłych. Tak naprawdę nic tam nie ma. Kilka zadrapań na twarzy, które równie dobrze mogły zostawić paluszki niemowlęcia, znikający fioletowy siniak na prawym ramieniu, ślad, który mógł powstać w każdej innej sytuacji. Prawdę mówiąc, żaden dowód poważnego pobicia. Co więcej, nie wskazuje bezpośrednio na jej klienta.

- Potem powiedziałam policjantowi, że Derek mnie ugryzł -ciągnie Caroline, tym razem bez zachęty prokuratora. - Wtedy sfotografował moje plecy i spytał, czy Derek napastował mnie seksualnie. Odparłam, że nie jestem pewna.

- Nie była pani pewna?

- No cóż, mieszkaliśmy ze sobą od trzech lat. Mamy dziecko. Dopiero od sierżanta Petersona dowiedziałam się, jakie przysługują mi prawa.

- Wtedy też postanowiła pani wnieść oskarżenie przeciwko Derekowi Clemensowi?

- Tak, sir. Złożyłam zeznanie, a potem policjanci odwieźli mnie z powrotem do domu i aresztowali Dereka.

Nagle odzywa się jakiś telefon, zakłócając podniosłą atmosferę sali sądowej. Słychać melodię. Camptown ladies sing dis song... Doo-dah! Doo-dah! Potem znów. Camptown ladies sing dis song...

Amanda zerka na swoją torebkę, która leży u jej stóp. Na pewno nie zostawiła włączonego telefonu, przynajmniej ma taką nadzieję, mimo to podobnie jak kilka kobiet z ławy przysięgłych sięga do torebki. Mężczyzna o hiszpańskich rysach wsuwa dłoń do kieszeni kurtki. Prokurator spogląda ze złością na swoją pomocnicę, ale ona potrząsa głową i robi okrągłe oczy, jakby chciala powiedzieć: „To nie ja”.

Camptown ladies sing dis song... Doo-dah! Doo-dah.

- O mój Boże! - wykrzykuje nagle Caroline Fletcher.

Blada jak ściana, chwyta z podłogi ogromną płócienną torbę i przez chwilę w niej grzebie. Melodia przybiera na sile, staje się bardziej natrętna.

Camptown ladies sing dis song...

- Proszę mi wybaczyć - przeprasza Caroline sędziego, który z dezaprobatą spogląda znad drucianych okularów do czytania.

Kobieta wyłącza telefon komórkowy i wrzuca go z powrotem do torby.

- Powiedziałam ludziom, żeby nie dzwonili - wyjaśnia.

- Proszę po południu zostawić telefon w domu - proponuje sędzia szorstko, uznając, że warto wykorzystać szansę i zrobić przerwę na lunch. - Gumę do żucia również - dodaje, a potem ogłasza, że spotkają się ponownie o drugiej.

- Wybierzemy się gdzieś na lunch? - pyta Derek Clemens od niechcenia, podczas wstawania ocierając się o ramię Amandy.

- Nie jadam lunchu - odpowiada pani adwokat, wkładając dokumenty do aktówki. - Może pan wrzucić coś na ząb w sądowym bufecie. - Od razu żałuje doboru słów. - Spotkamy się za godzinę.

- Dokąd się pani wybiera? - słyszy zza pleców pytanie, ale jest już w połowie sali rozpraw.

Ocean cicho szemrze w oddali, gdy Amanda wychodzi na korytarz, a potem zbiega do wind po prawej. Jedna z nich właśnie się otwiera, co młoda kobieta uznaje za dobry znak. Wsiadając, spogląda na zegarek. Jeśli się pospieszy, zdąży na czas wpaść do klubu.

Biegnąc na południe Olive Street w stronę Clematis, sprawdza, czy ktoś nie zostawił jej jakichś wiadomości. Są trzy. Dwie od Janet Berg, która mieszka bezpośrednio pod nią i z której mężem pani adwokat kilka miesięcy temu miała krótki, mało znaczący romans. Czyżby Janet dowiedziała się o zdradzie męża? Amanda szybko kasuje obie wiadomości, potem wysłuchuje trzeciej, która na szczęście pochodzi od sekretarki, Kelly Jamieson. Energiczną młodą kobietę o sterczących czerwonych włosach odziedziczyła po swojej poprzedniczce w Beatty and

Rowe - prawniczce, której najwyraźniej nie odpowiadał fakt, że jest potwornie przepracowaną i żałośnie nisko wynagradzaną wspólniczką w najpopularniejszej firmie adwokackiej w mieście, dlatego porzuciła praktykę i wyszła za mąż za podstarzałego kobieciarza.

Nie ma w tym nic złego - myśli Amanda, zbliżając się do rogu Olive i Clematis. Jej zdaniem rola młodziutkiej żony znacznie starszego mężczyzny to zajęcie godne szacunku.

Sama kiedyś też nią była.

Dzwoni do swojego biura i zaczyna mówić, nie czekając, aż sekretarka zdąży się odezwać.

- O co chodzi, Kelly?

Wchodzi na pasy, chociaż światła zmieniają się z pomarańczowych na czerwone.

- Dzwonił Gerald Rayner, żeby spytać, czy zgodzisz się na dalsze odroczenie sprawy Buforda; Maxine Fisher chce wiedzieć, czy może przyjść w następną środę o jedenastej zamiast w czwartek o dziesiątej; Ellie przypomina ci o jutrzejszym lunchu; Ron chce, żebyś przyszła na spotkanie w piątek; odebrałam też telefon od Bena Myersa z Toronto. Prosił, żebyś do niego zadzwoniła. Twierdzi, że to pilne. Zostawił swój numer.

Dziewczyna zatrzymuje się na środku ulicy.

- Co powiedziałaś?

- Dzwonił Ben Myers z Toronto - powtarza sekretarka. -Pochodzisz z Toronto, prawda?

Amanda zlizuje z górnej wargi kropelkę potu.

Słychać klakson, potem następny. Stara się stawiać jedną stopę przed drugą, ale dopiero gdy dostrzega, że do niej niecierpliwie podjeżdża kilka samochodów, jej nogi naprawdę zaczynają się ruszać.

- Laleczko! - słyszy wołanie z daleka, kiedy przebiega na drugą stronę ulicy pomiędzy posuwającymi się do przodu autami.

- Amando! Amando, jesteś tam?

- Zadzwonię do ciebie później.

Pani adwokat wyłącza telefon i wrzuca go z powrotem do to-

rebki. Zatrzymuje się na parę sekund na chodniku, bierze kilka głębokich wdechów i wraz z wydechami stara się pozbyć wszystkiego, co przypomina jej o przeszłości. Gdy dociera do przeszklonych drzwi klubu, niemal nie pamięta już o rozmowie ze swoją sekretarką.

Oto jeszcze jedna rzecz, której nie lubi Amanda Travis: wspomnień.

2

Amanda przebiera się, związuje włosy w koński ogon i sznuruje tenisówki. Zajęcia już się zaczęły, nie ma ani jednego wolnego roweru.

- Cholera! - mruczy pod nosem.

Poprawia czarne trykoty i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, odkrywa, że jest bliska łez. Powinni mieć na sali więcej rowerów - myśli, dochodząc do wniosku, że osiem sztuk to za mało jak na tak popularny klub. Przez chwilę zastanawia się nad wyrzuceniem z siodełka którejś z kobiet - próbuje wybrać między dobrze zbudowaną nastolatką w pierwszym rzędzie i ponadpięć-dziesięcioletnią kobietą, która pedałuje z ogromnym trudem i głośno sapie. Decyduje się na tę drugą, dochodząc do wniosku, że usunięcie jej z roweru będzie prawdopodobnie aktem litości. Biedna kobieta, może dostać zawału serca. Czyżby nie wiedziała, że zajęcia ruchowe są w zasadzie dla tych, którzy w rzeczywistości wcale ich nie potrzebują?

Przez kilka sekund stoi w drzwiach, z zazdrością przyglądając się poszczególnym paniom i po cichutku mając nadzieję, że w końcu któraś z nich dostrzeże w jej oczach desperację i odstąpi jej swoje miejsce. Czyżby nie wiedziały, że młoda kobieta ma bardzo mało czasu? Że w przeciwieństwie do większości ich musi za chwilę wrócić do pracy, że za godzinę powinna być w gmachu sądu i że rozpaczliwie marzy o czterdziestu pięciu minutach męczącego pedałowania, które pomogłoby jej rozła-

dować nagromadzone od rana napięcie i nabrać sił na popołudniową sesję?

- A teraz, moje panie, biodra w górę! - woła instruktor, przekrzykując muzykę rockową.

Kobiety, nie zważając na to, że pot zalewa im błyszczące oczy i spływa do otwartych ust, posłusznie unoszą pośladki nad siodełka i pedałują mocniej, szybciej, mocniej, szybciej, próbując dotrzymać kroku instruktorowi. Z pobliskiego głośnika płynie piosenka Blondie.

Nagle Amanda przypomina sobie rozmowę z sekretarką i jej słowa: „Dzwonił Ben Myers z Toronto. Prosił, żebyś do niego zadzwoniła. Twierdzi, że to pilne”.

Szybko idzie na główną salę i wskakuje na pierwszą z brzegu pustą bieżnię. Urządzenie stoi na wprost okien, które wychodzą na ulicę. Amanda podkręca tempo tak, że aż musi biec. W strategicznych punktach sali stoją trzy telewizory. Wszystkie mają wyłączoną fonię, ale na dole ekranu bezustannie przewijają się napisy ze skrótem najświeższych wiadomości. Czuje, że zaczynają boleć głowa. Odwraca się, gdy prezenter podaje najświeższe informacje z Bliskiego Wschodu.

„Twierdzi, że to pilne” - dźwięczą jej w uszach słowa sekretarki.

- Cholera!

Ustawia największe nachylenie bieżni.

- Nie powinna pani tego robić - mówi mężczyzna, który staje obok niej.

Kobieta czuje ciepły oddech na gołym ramieniu.

- Czego nie powinnam robić? - pyta, nie patrząc w bok.

Nie zna tego głosu, dlatego próbuje sobie wyobrazić, jak wygląda nieznajomy. Zakłada, że jest trzydziestolatkiem, ma ciemne włosy, brązowe oczy, porządne bicepsy i mocne uda.

- Przy tak stromo ustawionej bieżni łatwo o kontuzję. Wiem z własnego doświadczenia - dodaje mężczyzna, gdy Amanda ignoruje jego ostrzeżenie. - W ubiegłym roku właśnie w taki sposób nadwerężyłem sobie mięsień. Dopiero po sześciu miesiącach udało mi się odzyskać formę.

Amanda, nie zwalniając kroku, zerka w bok i z zadowoleniem stwierdza, że nieznajomy wygląda niemal tak, jak go sobie wyobrażała, jedynie jest bliższy czterdziestki niż trzydziestki, a jego oczy mają zielony, a nie brązowy kolor. Jest przystojny i aż do przesady zadbany. Chyba nigdy nie rozstaje się z suszarką do włosów. Widywała go tu wcześniej i już kilkakrotnie przechwyciła jego spojrzenie. Skruszona, naciska guzik i zmniejsza nachylenie bieżni.

-Tak lepiej?

- Prawdę mówiąc, jeszcze lepiej by było, gdyby w ogóle nie stosowała pani żadnego przechyłu. I bez niego biegnie pani z ogromnym wysiłkiem. Przy nachyleniu następuje dodatkowe obciążenie mięśni pachwin.

- Nie chciałabym ich nadwerężyć. - Ustawia bieżnię poziomo. - Dziękuję.

Zastanawia się, ile czasu minie, nim nieznajomy jej się przedstawi. Nie kończy jeszcze tej myśli, kiedy słyszy:

- Carter Reese.

- Amanda Travis.

Zerka na mężczyznę, który wchodzi na sąsiednią bieżnię. Ma szerokie barki, dobrze umięśnione nogi, grubą szyję. Trudno wykluczyć, że podczas studiów grał w futbol. Teraz woli golfa i jest trenerem. Najprawdopodobniej pracuje jako doradca inwestycyjny. Sądząc po braku obrączki, jest od niedawna rozwiedziony albo w separacji. Ma dwójkę dzieciaków. Nie interesuje go poważny związek. Dziewczyna ocenia, że Carter będzie potrzebował trzech minut, by zaproponować jej drinka.

- Ludzie mówią na ciebie Mandy?

- Nigdy.

- W takim razie w porządku. Niech będzie Amanda. Często tu przychodzisz? - pyta pól żartem, pół serio.

Na jej ustach pojawia się uśmiech. Lubi mężczyzn, którzy postępują według utartych wzorców.

- Tak często, jak mogę.

- Przeważnie widuję cię na szalonych rowerach.

- Niestety, dzisiaj trochę się spóźniłam. Wszystkie były zajęte.

- Mieszkasz gdzieś w pobliżu?

- W Jupiterze. A ty?

- W West Palm. Nie wmówisz mi, że pokonujesz taki szmat drogi tylko po to, żeby poćwiczyć.

-Nie. Przychodzę podczas przerwy w pracy.

- Czym się zajmujesz?

- Jestem prawniczką.

- Naprawdę? Niesłychane.

Amanda uśmiecha się promiennie.

- Co cię tak dziwi?

Czyżby Carter z niej szydził.

- Zawsze podziwiam prawniczki o wspaniałych nogach -uściśla mężczyzna.

Uśmiech zamiera na twarzy Amandy. Powinna wiedzieć, że o to chodzi. Dwie minuty - myśli.

- A ty?

- Jestem doradcą inwestycyjnym.

- Niesłychane - powtarza komplement, w głębi duszy gratulując sobie trafnej oceny i mając nadzieję, że jej słowa nie brzmią zbyt fałszywie.

Nawet jeśli mężczyzna podejrzewa, że jej zachwyt nie jest całkiem szczery, nie pokazuje tego po sobie.

- W jakim prawie się specjalizujesz?

- Karnym.

Carter Reese wybucha gromkim śmiechem.

- Przepraszam. Czy powiedziałam coś śmiesznego?

Mężczyzna potrząsa głową.

- Nie, po prostu nie wyglądasz na prawniczkę, która występuje w sprawach karnych.

- A jaka, twoim zdaniem, powinna być prawniczka, która występuje w sprawach karnych?

- Obcesowa; twarda, z dużym „mięśniem piwnym”.

Carter teatralnie lustruje ją od stóp do głów, potem uśmiecha się z uznaniem, jakby specjalnie dla niego utrzymywała płaski brzuch.

- Nie widzę „mięśnia piwnego”.

- Czasami pozory mylą - ostrzega go żartobliwie.

- Chciałbym zobaczyć więcej.

Minuta.

- Kiedy kończysz pracę? - pyta Carter.

- Koło piątej.

- Kolo?

- W przybliżeniu.

- Kolo? - powtarza, tyle że tym razem wymawia to słowo jak „koolo”. - Czyżbym wychwycił kanadyjski akcent?

„Pochodzisz z Toronto, prawda?” - pytała sekretarka.

Amanda jest zła. Ciężko pracuje, żeby wyeliminować dawne naleciałości.

- No więc jak, masz zamiar zaprosić mnie na drinka czy nie?

Po chwili milczenia mężczyzna przyznaje z rozbawieniem w głosie:

- Zastanawiałem się nad tym.

- W takim razie myśl trochę szybciej. Za niecałą godzinę muszę być z powrotem w sądzie.

Na twarzy Cartera Reese’a pojawia się uśmiech.

- Widzę, że nie lubisz owijać w bawełnę. Podoba mi się to.

- Monkey Bar? - sugeruje Amanda. - O szóstej? Dzięki temu zdążę wpaść do swojego biura.

- Mam lepszy pomysł.

Wcale jej to nie dziwi. Już dawno temu przyzwyczaiła się do lepszych pomysłów mężczyzn w rodzaju Cartera Reese’a.

- Znam wspaniały lokal tuż pod lasem. Moglibyśmy wypić w nim drinka, nawet zjeść kolację...

- Zgoda.

Dziewczyna obserwuje, jak uśmiech rozjaśnia kwadratową twarz. Mój rozmówca jest bardzo zadowolony z siebie - myśli, również zadowolona z siebie. W końcu seks pomaga uwolnić się od stresu równie dobrze jak ćwiczenia fizyczne.

- Czy po wydarzeniach z szesnastego sierpnia miała pani stosunek z oskarżonym? - pyta Amanda Caroline Fletcher na początku popołudniowej sesji.

Zadając to pytanie, wstaje z krzesła, zapina guzik szytego na miarę czarnego żakietu i podchodzi energicznie do przesłuchiwanej, która błagalnie spogląda w stronę prokuratora.

- Sprzeciw! - mówi prokurator posłusznie.

- Na jakiej podstawie? - drwi Amanda.

- To nie ma istotnego znaczenia dla sprawy. - Tyrone King podchodzi do sędziego. - Panie sędzio, sprawa dotyczy tego, co wydarzyło się rzeczonego poranka, a nie tego, co mogło się wydarzyć później.

- Wręcz przeciwnie - protestuje pani adwokat. - Przeciwko mojemu klientowi wysunięto poważne zarzuty. Pani Fletcher twierdzi, że rankiem szesnastego sierpnia została zgwałcona; Derek Clemens utrzymuje, że stosunek odbył się za obopólną zgodą, i jako dowód podaje fakt, iż jeszcze tego samego dnia doszło do następnego zbliżenia. Jeśli tak, ma to nie tylko istotne znaczenie dla sprawy, ale też podważa wiarygodność świadka.

- Odrzucam sprzeciw - zgadza się sędzia, nakazując Caroline udzielenie odpowiedzi.

- Czy po incydencie z szesnastego sierpnia jeszcze tego samego dnia pani i oskarżony mieliście stosunek? - powtarza Amanda, widząc wahanie kobiety.

- Tak - odpowiada Caroline Fletcher.

- Jeszcze tego samego wieczoru?

- Gdy przyszłam po pracy do domu.

Amanda odwraca się do ławy przysięgłych i unosi brwi, ukazując starannie wystudiowane zdumienie.

- Dlaczego? - pyta.

- Nie rozumiem.

- Prawdę mówiąc, ja też. Twierdzi pani, że rankiem tego dnia Derek Clemens panią zgwałcił. Dlaczego więc kilka godzin później z własnej i nieprzymuszonej woli uprawiała z nim pani seks?

- Przeprosił mnie - odpowiada Caroline szczerze.

- Przeprosił?

- Jeśli tylko chce, potrafi być bardzo przekonujący.

- Rozumiem. To znaczy, że coś takiego wydarzyło się nie po raz pierwszy.

- Coś takiego?

- Sformułuję to inaczej. - Amanda bierze głęboki wdech. -Jak scharakteryzowałaby pani swój związek z oskarżonym, panno Fletcher?

- Sama nie wiem.

- Czy powiedziałaby pani, że był burzliwy?

- Chyba tak.

- Często między wami wybuchały kłótnie?

- Derek zawsze o coś na mnie krzyczał.

- Czy pani też na niego krzyczała?

- Czasami.

- A czy kiedykolwiek przed szesnastym sierpnia wasze kłótnie kończyły się rękoczynami?

- Kilka razy mnie uderzył.

- Czy pani kiedykolwiek mu oddała?

- Tylko w obronie własnej.

- Czyli odpowiedź brzmi „tak”, czasami mu pani oddawała?

Kobieta spogląda na nią wilkiem.

- On jest o wiele silniejszy ode mnie.

- W porządku. Pozwoli pani, że podsumuję pani słowa: związek pani i Dereka Clemensa był bardzo burzliwy, często między wami wybuchały kłótnie, a czasami podczas awantur dochodziło do rękoczynów. Dobrze mówię?

- Tak - Caroline zgadza się z wahaniem.

- Czy wasze kłótnie często kończyły się seksem?

Kobieta poprawia włosy.

- Czasami.

- Czy szesnastego sierpnia Derek Clemens mógł uznać, że wszystko odbyło się jak zawsze?

Caroline Fletcher na znak protestu krzyżuje ręce na piersiach.

- Dobrze wiedział, co robi.

Amanda robi chwilę przerwy i zerka do trzymanych w ręku notatek, chociaż ich treść zna już na pamięć.

- Panno Fletcher, kiedy pan King spytał panią, co wydarzyło się feralnego poranka, powiedziała pani, że Derek Clemens

rzucił panią na łóżko, potem obrócił na plecy i odbył z panią stosunek.

- Powiedziałam, że mnie zgwałcił.

- Tak, ale wcześniej użyła pani określenia „odbył stosunek”. I przyznała pani, że dopiero po rozmowie z policjantem uznała pani, iż to był gwałt.

- Jak już mówiłam, nie znałam swoich praw, póki nie dowiedziałam się o nich od sierżanta Petersona.

- Musiał ktoś pani powiedzieć, że została pani zgwałcona?

- Sprzeciw!

- Podtrzymuję - mówi sędzia. - Proszę kontynuować, pani Travis.

Amanda ponownie bez potrzeby zagląda do notatek.

- Po rzekomym gwałcie zadzwoniła pani do salonu fryzjerskiego, w którym pani pracuje.

- Musiałam ich poinformować, że się spóźnię.

- Nie zadzwoniła pani na policję - stwierdza pani adwokat.

- Nie.

- Prawdę mówiąc, na policję zgłosiła się pani dopiero po dwóch dniach.

Caroline Fletcher robi naburmuszoną minę.

- To znaczy, że nie potraktowała pani zbyt poważnie groźby Dereka Clemensa, który powiedział, że „zabije pani tyłek”, prawda, panno Fletcher?

- Czułam się zagrożona.

- Wiedziała pani, że to tylko puste słowa, prawda?

- Czułam się poważnie zagrożona - obstaje przy swoim Caroline.

- Ale mimo zagrożenia po pracy wróciła pani prosto do domu?

- Musiałam zająć się dzieckiem.

- Które bez wahania zostawiła pani z oskarżonym, chociaż, jak pani twierdzi, ten sam człowiek pobił panią, a potem zgwałcił. Nie wspominam nawet o tym, że groził pani śmiercią.

- Derek nie skrzywdziłby dziecka.

- Och, jestem tego całkiem pewna - zgadza się Amanda,

uśmiechając się do oskarżonego. - Swoją drogą, Derek Clemens jest wspaniałym ojcem, prawda?

- Owszem, jest dobrym ojcem - przyznaje kobieta z wyraźną niechęcią.

- To głównie on zajmuje się Tiffany, prawda?

- No cóż, to on był w domu tamtego dnia.

- A teraz?

- Co teraz?

- Kto zajmuje się Tiffany teraz, kiedy pani i Derek Clemens nie jesteście już razem?

- Oboje.

- Ale wasza córeczka mieszka z ojcem, prawda?

- Przeważnie.

- A pani z innym mężczyzną, czy nie tak? - Amanda sprawdza notatki. - Adamem Johnsonem?

- Już nie.

- Zerwała pani z nim? Dlaczego?

Prokurator podrywa się na równe nogi.

- Sprzeciw, panie sędzio. Nie rozumiem, jaki związek mają te pytania z rozpatrywaną przez nas sprawą.

- Jestem przekonana, panie sędzio, że przy następnym pytaniu uda mi się wykazać związek.

- Proszę kontynuować.

- Czy to prawda, że Adam Johnson wniósł przeciwko pani oskarżenie, panno Fletcher?

- Sprzeciw.

- Oddalony.

- Dlaczego Adam Johnson wniósł przeciwko pani oskarżenie?

Kobieta potrząsa głową i zaczyna nerwowo obskubywać lakier ze środkowego palca lewej ręki.

- Adam Johnson jest kłamcą. Po prostu próbuje zatruć mi życie.

- Rozumiem. I jego oskarżenie nie ma nic wspólnego z faktem, że zaatakowała go pani nożyczkami?

- To były tylko nożyczki do paznokci - protestuje słabo Caroline Fletcher.

-Nie mam więcej pytań.

Pani adwokat wraca na swoje miejsce przy stole obrony i stara się ukryć uśmiech.

Gdy Amanda przechodzi obok sekretarki i kieruje się do swojego małego gabinetu, odzywa się telefon.

- Nie ma mnie - mówi.

Zamyka za sobą drzwi i przegląda karteczki z wiadomościami. Zdejmuje żakiet, zsuwa z nóg czarne płócienne pantofelki, które przez całe popołudnie uwierały ją w palce, i ciężko opada na czarny skórzany fotel. Bardzo chciałaby dać wyraz swojemu zadowoleniu, wyciągnąć nogi i oprzeć je o blat biurka, tak jak robią to mężczyźni w filmach, kiedy są wyjątkowo usatysfakcjonowani, jednak byłaby to przedwczesna radość. Proces jeszcze się nie zakończył, chociaż główny świadek oskarżenia zbytnio się nie popisał. Nadal pozostała sprawa okropnych śladów po zębach na plecach Caroline Fletcher. Czy Derek Clemens naprawdę zdoła przekonać przysięgłych, żeby nie zwracali uwagi na dowód, który mają przed oczami?

Jest jeszcze jeden powód, dla którego powstrzymuje się przed położeniem nóg na biurko - brak miejsca. Do tego trzeba nieco więcej przestrzeni. Przenosi spojrzenie z czarnego ekranu komputera, który stoi na środku biurka, na ułożone po obu stronach teczki i dokumenty. Czarne pisaki leżą między przypadkową kolekcją przycisków do papieru i niewielkimi przedmiotami z kryształu: małym pudelkiem, otwartą książką, złotym gęsim piórem w kałamarzu. Dziwne zakupy jak na kogoś, kto normalnie nie znosi bibelotów - myśli Amanda, spoglądając w stronę okna i jak zawsze krzywiąc się na widok jasnego, różowego jak guma do żucia budynku po drugiej stronie ulicy. Doskonale wie, że nie ma na to żadnego wpływu, nie udało jej się nawet przekonać zwierzchników z Beatty and Rowe, żeby przemalowali na biało swój kanarkowożółty budynek.

Rozlega się ciche pukanie, potem uchylają się drzwi, a jej sekretarka wstawia głowę w szparę. Kelly Jamieson ma pomarańczo woczerwone włosy i lekkiego zeza, który oparł się operacji

korekcyjnej i grubym szkłom. Środek jej pucołowatej twarzy zajmuje długi, cienki nos; całości dopełnia plaski biust i krótkie, nieco krzywe nogi. Co dziwne, dalekie od ideału fragmenty tworzą dziwnie ujmującą całość.

- Znów dzwonił Bob Myers - oznajmia zachrypniętym głosem.

Amanda podnosi z biurka teczkę i udaje, że przegląda jej zawartość.

- Powiedziałam mu, że jeszcze nie wróciłaś. Zostawił numer domowy i prosił, żebyś do niego zadzwoniła choćby w środku nocy.

Amanda kładzie teczkę na biurku i bawi się rogiem drugiej. - Już późno - mówi. - Nie masz ochoty pójść do domu? Kelly zatrzymuje się w drzwiach.

- Mogę cię o coś spytać?

Dziewczyna spogląda na sekretarkę i wstrzymuje oddech.

- Kim jest ten facet?

W ciągu kilku sekund wymyśla dziesięć kłamstw i równie szybko z nich rezygnuje.

- Moim byłym mężem.

- Twoim byłym mężem?

W głosie sekretarki słychać wyraźne zaskoczenie. Jej oczy zbliżają się do nasady nosa.

- Wydawało mi się, że twoim byłym mężem jest Sean Travis.

- On też.

- Byłaś dwukrotnie mężatką?

Amanda słyszy niedopowiedziany dalszy ciąg: „...chociaż masz zaledwie dwadzieścia osiem lat?”

- Cóż mogę powiedzieć? Jestem bardzo dobrą prawniczką i bardzo złą żoną.

Czeka na protest Kelly: „O nie, na pewno byłaś wspaniałą żoną” , ale sekretarka nic nie mówi.

-Jak myślisz, o co mu chodzi?

-Nie mam pojęcia.

- Twierdzi, że to naprawdę bardzo ważne.

Amanda kiwa głową. Czuje, że mimo woli napina mięśnie.

- Zadzwonisz do niego później?

- Nie.

Milczenie. Sekretarka przestępuje z nogi na nogę.

- No cóż, chyba pójdę do domu.

Kiwa głową z aprobatą, chociaż Kelly nadal nie rusza się z miejsca.

- Coś jeszcze? - pyta Amanda z rezerwą.

Kelly podchodzi i podaje szefowej małą karteczkę.

- To jego numer domowy - wyjaśnia, kładąc różowy kartelu-szek na biurku pracodawczy ni. - Na wypadek, gdybyś zmieniła zdanie.

3

Amanda z trzech powodów wie, że Carter Reese jest żonaty, chociaż on sam na razie się do tego nie przyznaje: po pierwsze, wybrał na kolację maleńki lokal z dala od drogi, prawdę mówiąc, tak daleko, że chociaż ona dobrze zna okolicę, dwukrotnie przejechała obok nijakiego centrum handlowego, w którym znajduje się nieszczęsny lokal, nim w końcu dostrzegła go między sklepem zoologicznym a obuwniczym; po drugie, w pozbawionym okien lokalu jest tak ciemno, że prawie nie widać, co się je, mimo to młoda kobieta widzi, że jej towarzysz nerwowo zerka w stronę drzwi, ilekroć się otworzą; po trzecie, bez przerwy dotyka serdecznego palca lewej ręki, jakby sprawdzał, czy pamiętał zdjąć obrączkę. Nerwowe przyzwyczajenie i niezbity dowód przestępstwa.

- W porządku - mówi, kończąc małże i postanawiając wybawić Cartera z opresji. - Nie przeszkadza mi, że jesteś żonaty.

- Co takiego?

Nawet w słabym świetle wyraźnie widać szok na jego twarzy.

- Nie przeszkadza mi, że jesteś żonaty - powtarza Amanda całkiem poważnie. - Prawdę mówiąc, to znacznie ułatwia sprawę.

- Co takiego? - pyta ponownie Carter Reese.

- Nie zależy mi na poważnym związku. Cały czas i energię poświęcam karierze. W tym momencie mam na głowie milion spraw, a układ z żonatym mężczyzną nie będzie zbytnio komplikował mi życia. Możesz więc się uspokoić. Nie będziesz mu-siał mnie okłamywać. Przynajmniej w większości przypadków - dodaje z uśmiechem.

Następuje chwila ciszy. Carter Reese wyraźnie się zastanawia, czy ten konkretny przypadek może zaliczyć do „większości”. Świeca na środku stolika niebezpiecznie migoce, kiedy Carter wypuszcza powietrze z płuc.

- Czy to jakiś test?

Amanda wybucha śmiechem.

- Po prostu mówię, że to nie ma dla mnie żadnego znaczenia, ot wszystko.

Carter rozpiera się w krześle, potrząsa głową, krzyżuje u-mięśnione ręce na piersiach i wbija wzrok w ciemność.

- Masz jakiś problem? - pyta go dziewczyna.

- Jeśli mam być całkiem szczery, nie bardzo wiem, jak potraktować twoje słowa.

- O co ci chodzi?

Mężczyzna śmieje się, wyraźnie skrępowany.

- Prawdę mówiąc, nie wiem, czy powinienem się cieszyć, czy czuć obrażony.

Sięga przez stół po jego dłoń.

-Na pewno nie miałam zamiaru cię urazić.

Następny długi wydech.

- W takim razie w porządku.

Na jego ustach pojawia się niepewny uśmieszek. Carter wyraźnie waha się między stwierdzeniem: „Chyba jestem największym szczęściarzem pod słońcem” a: „W tym musi tkwić jakiś haczyk”.

- W takim razie w porządku - powtarza, ściskając jej palce. -Cieszę się.

Amanda śmieje się beztrosko.

- Dobrze. Teraz, kiedy mamy sprawę z głowy, możemy zamówić deser.

Szuka wzrokiem kelnera, ale widzi tylko niewyraźne cienie, które poruszają się w ciemności.

- Czy jest coś, co chcesz wiedzieć? - pyta Carter.

- Na jaki temat?

- Mojego małżeństwa.

Amanda przez chwilę zastanawia się nad pytaniem. Carter najwyraźniej uważa, że jest jej winien jakieś wyjaśnienia, chociaż, prawdę mówiąc, ona nie chce ich wcale słuchać. Czuje jednak, że gdyby powiedziała to na głos, bardzo by go uraziła, dlatego pyta o najbardziej oczywistą rzecz.

- Od jak dawna jesteś żonaty?

- Od piętnastu lat. Mam dwójkę dzieci. Syn, Jason, ma trzynaście lat, a córka, Rachelle, w marcu skończy jedenaście. Sandy jest artystką - ciągnie Carter bez zachęty, jakby jego żona stała obok i czekała, kiedy mąż ją przedstawi. - Maluje. Jest bardzo utalentowana.

Dziewczyna z całych sił stara się okazać zainteresowanie. Ma nadzieję, że Carter po ujawnieniu swego sekretu nie będzie przez cały wieczór wyrzucał z siebie szczegółów życia rodzinnego.

- Jest naprawdę miłą kobietą.

- I pewnie śliczną.

- W moim małżeństwie nie dzieje się nic złego. Po prostu, no wiesz...

- Oddaliliście się od siebie - podpowiada Amanda.

Miała już wcześniej do czynienia z tym scenariuszem. Zna, każdą kwestię.

- To niczyja wina. Po prostu jest, jak jest.

Amanda cofa rękę i poprawia głęboki dekolt swojego czarnego swetra, mając nadzieję, że odwróci uwagę mężczyzny od żony.

- Poświęca dzieciom wiele czasu i energii - ciągnie Carter, wyraźnie nieczuły na wspaniały dekolt. - Nie interesuje jej seks. Twierdzi, że jest zbyt zmęczona. No wiesz.

Amanda przytakuje, chociaż nie wyobraża sobie, by ktoś mógł być zbyt zmęczony na seks. Jednym haustem dopija resztę wina.

- No dobrze - mówi Carter, być może czując, że pora posunąć się dalej. - Powiedz mi coś o sobie. Jak to się stało, że tak piękna kobieta wykonuje tak paskudny zawód?

Amanda wzrusza ramionami.

- Myślałam, że będzie zabawnie.

- Zabawnie?

- Ciekawie - poprawia, chociaż określenie „zabawnie” lepiej oddaje jej oczekiwania.

- A jest?

- Czasami.

- Trochę zależy to od przestępcy - domyśla się Carter.

- Nie - oponuje ona. - Na ogól kryminaliści to dość tępy na-rodek. Są zdumiewająco podobni do siebie. Większość ich nie grzeszy inteligencją ani pomysłowością. Stają się interesujący tylko dzięki swoim przestępstwom. I faktowi, że żaden z nich nie wierzy, iż zostanie złapany.

- On?

- Zazwyczaj. Zwłaszcza wszędzie tam, gdzie w grę wchodzi przemoc.

- Kobiety nie stosują siły?

- Nie mogę tak powiedzieć - przyznaje, przypominając sobie Caroline Fletcher.

- Sandy raz rzuciła omletem w moją głowę.

Amanda blednie na przypadkową wzmiankę o żonie Cartera. Jak na kobietę, o której istnieniu jeszcze przed chwilą w ogóle nie wiedziała, Sandy nagle urasta do potęgi, z którą trzeba się liczyć.

- Omletem?

- Robiła śniadanie, kiedy wspomniałem, że ostatnio przybrała nieco na wadze. Nim się zorientowałem, omlet przeleciał przez kuchnię i wylądował na moim czole.

Napad z bronią w ręku; tym razem w roli broni wystąpiły śmiertelnie niebezpieczne jajka - myśli Amanda. Na głos mówi:

- Może takie wyznanie z samego rana nie było najlepszym pomysłem?

Carter śmieje się na to wspomnienie.

- Czy kiedykolwiek jest odpowiednia pora na takie uwagi?

- Wątpię.

- Byłaś kiedyś mężatką?

- Nie - kłamie Amanda, uważając, że tak będzie lepiej.

Dwóch byłych mężów to za dużo jak na Cartera Reese’a, który ma poważny problem, jak sobie poradzić z żoną. Poza tym ona nie ma zamiaru przypominać sobie, dlaczego każde z małżeństw się rozpadło. Może najprostsze byłoby stwierdzenie, że za pierwszym razem ona była za młoda, a za drugim - on za stary. No, może nie do końca wszystko było takie proste, ale czy to ma jakieś znaczenie? Wątpiła, by Carter Reese wytrzymał wystarczająco długo, żeby to miało jakieś znaczenie. Zaskocz mnie - myśli, uśmiechając się do mężczyzny po drugiej stronie stolika i w milczeniu nakłaniając go, by odbiegł od scenariusza. Postąpię niestereotypowo, jeśli zrobisz to pierwszy - próbuje mu powiedzieć wzrokiem. Carter poklepuje jej dłoń i spogląda z niepokojem w stronę drzwi.

Nagle obok stolika pojawia się kelner. Amanda podskakuje, bo nie zauważyła, że mężczyzna się zbliża.

- Smakowało? - pyta, zbierając talerze.

- Bardzo.

- Dziękuję - mówi, jakby sam wszystko przyrządził. - Czy mają państwo ochotę na jakiś deser? Robimy dobrą tartę limon-kową.

- Chętnie.

- Bezkofeinowe cappuccino, proszę - zamawia Carter. -I dodatkowy widelec.

Amanda sztywnieje. Nie cierpi dzielić się jedzeniem, nie lubi, gdy ktoś sięga do jej talerza.

- Powiedz: co cię sprowadziło na Florydę? - pyta Carter.

Dziewczyna nagle zdaje sobie sprawę, że wokół zrobiło się bardzo cicho, jakby wszyscy nagle przestali rozmawiać i czekali na jej odpowiedź. Zerka w mroku na innych gości, ale wyraźnie są zajęci jedzeniem i sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nie zwracali na nią uwagi.

- Osiem lat temu przyjechałam na Florydę na wakacje - wyjaśnia. - Spodobało mi się tutaj, więc postanowiłam zostać.

Zastanawia się, w którym momencie półprawda staje się kłamstwem. Przypomina sobie przysięgę, którą w sądzie składają wszyscy świadkowie: „Czy przyrzeka pan mówić prawdę, całą prawdę...?”

Czy ktokolwiek mówi całą prawdę?

Osiem lat temu przyjechałam na Florydę na wakacje (żeby uciec przed pierwszym mężem), spodobało mi się tutaj (spotkałam drugiego), więc postanowiłam zostać.

- Tutaj robiłaś studia prawnicze?

- Tak, zaczęłam prawo.

Ponownie wyszłam za mąż - dodaje w myślach.

- Dostałam obywatelstwo.

Po raz drugi się rozwiodłam - uzupełnia.

- Przez rok pracowałam w małej firmie w Jupiterze, a potem zaproponowano mi stanowisko w Beatty and Rowe.

- A gdzie jest twoja rodzina?

- Matka mieszka w Toronto. Ojciec zmarl jedenaście lat temu.

- Ja w ubiegłym roku straciłem matkę.

Carter mówi to tak, jakby zaledwie przed chwilą stracił ją z oczu i gdyby bardzo się postarał, w każdej chwili mogłaby się znów pojawić.

- Zmarła na raka.

Amanda kiwa głową ze współczuciem.

- To trudne...

- Nie dla mojego ojca. Dwa miesiące później znów się ożenił. Z sąsiadką - dodaje Carter z rozgoryczeniem, jednocześnie szyderczo się uśmiechając.

Ona uznaje, że połączenie rozgoryczenia i szyderstwa jest niesamowicie atrakcyjne. Dodaje charakteru skądinąd nijakiemu głosowi i stosunkowo regularnym rysom twarzy.

- Wiesz, mam u siebie ekspres do robienia cappuccino - kusi go.

Carter Reese natychmiast podrywa się na równe nogi.

- Kelner! - wola w ciemność, nagle nie zważając na to, że znajduje się w centrum uwagi. - Proszę rachunek.

Amanda spotyka się z Carterem Reese’em przed drzwiami prowadzącymi do eleganckiego, ozdobionego szkłem i marmurami foyer budynku, w którym mieszka przy North Ocean Boulevard. Zaparkowali auta: ona na swoim miejscu w podziemiach, on na parkingu dla gości od frontu.

- Dobry wieczór, Joe! - wola młoda kobieta do zaawansowanego wiekiem dozorcy, pchając Cartera w stronę windy na tyłach foyer.

Kiedy czekają na windę, Carter prawie nie odrywa wzroku od czarnych mokasynów. Wyraźnie źle się czuje w jasnym holu, widząc swoje odbicie w niezliczonych lustrach na ścianach.

- Macie tu bardzo wolne windy - szepcze, chociaż wcale nie czekają długo.

Po kilku następnych sekundach otwierają się drzwi. Z windy wychodzi atrakcyjna kobieta w średnim wieku z dużym białym pudlem, który ciągnie smycz. Pies szczeka, rzuca się w stronę Cartera.

- Kiciusiu! - upomina go kobieta, pociągając za obrożę wykładaną kryształami górskimi. - Przepraszam. Nie lubi obcych.

- Ten akurat jest całkiem nieszkodliwy - zapewnia Amanda kobietę i jej psa.

Wchodzi za Carterem do pustej windy i naciska guzik czternastego piętra.

- A może wcale nie - przyznaje ze śmiechem, kiedy Carter obejmuje ją w pasie, nie czekając, aż drzwi windy zamkną się do końca.

Mężczyzna przyciągają energicznie, a ich wargi znajdują się zaledwie o dwa centymetry od siebie, kiedy nagle winda zatrzymuje się na niższym piętrze.

- Och! - woła kobieta, która wchodzi do środka.

Carter natychmiast opuszcza ręce i ponownie wbija wzrok w podłogę.

- Witaj, Janet - mówi Amanda, gdy kobieta wymownie zerka w stronę drzwi windy.

Zapewne to nie najlepsza pora, żeby spytać ją, dlaczego dwukrotnie dzwoniła do mojego biura - myśli, gdy do windy wsiada naburmuszony, mniej więcej trzydziestopięcioletni mężczyzna w hawajskiej koszuli.

- Cześć, Victorze - wita się z nim Amanda, a Janet zerka wilkiem w stronę męża.

Dziewczyna bacznie przygląda się twarzy Janet, szukając oznak potępienia. Po chwili para bez słowa opuszcza windę na trzynastym piętrze.

- Przyjaźnie nastawieni ludzie - żartuje Carter, obejmując ją ramieniem i przytulając się do jej szyi.

Gdy zbliżają się do drzwi apartamentu, wewnątrz dzwoni telefon.

- Nie odbieraj go - proponuje Carter, gdy wchodzą do środka.

-Nie mam zamiaru.

Amanda rzuca torebkę na wykładaną białymi płytkami podłogę i przytula się do Cartera, nie zważając na nieustanne dzwonienie telefonu.

Mężczyzna całuje jej szyję, wodzi czubkiem języka po zagłębieniu za uchem.

Ona bierze go za rękę i prowadzi przez skąpany w blasku księżyca biały salon w stronę również białej sypialni. Towarzyszy im dzwonienie telefonu.

Ustaje, gdy odzywa się automatyczna sekretarka.

- Co sądzisz o widoku z mojego okna?

- Jest wspaniały - przyznaje Carter, chociaż całkowicie ignoruje widoczne przez szybę niebo i morze, ani na chwilę nie przestając jej całować.

Amanda wybucha śmiechem, kiedy sięga pod jej sweter i kładzie dłonie na nagich piersiach.

- Jest pełnia księżyca - zauważa.

- Zawsze podczas pełni z ludzi wyłazi bestia.

Kładzie jej dłonie na przodzie swoich spodni i całuje ją namiętnie w usta.

Dzwoni telefon.

- Uparty diabeł - mówi Carter, zerkając w stronę telefonu obok łóżka.

- Nie przejmuj się.

- Jesteś pewna?

W odpowiedzi Amanda ściąga przez głowę sweter i rzuca go na podłogę.

- Boże, jaka jesteś piękna - szepcze Carter, gdy telefon prze-staje dzwonić.

Amanda pociąga za sprzączkę jego paska, zsuwa mu slipy z bioder, po czym, potykając się, prowadzi w stronę łóżka na środku pokoju. Po kilku sekundach leżą na białej kołdrze i szamocą się z pozostałymi częściami odzieży. Chwilę później oboje są nadzy, a Carter niecierpliwie pieści ją i wsuwa jej język w usta. Lepszego lekarstwa nie zaleciłby nawet doktor - myśli Amanda, kiedy mężczyzna unosi się na kolana, ostro się w nią wsuwa, a potem zaczyna poruszać, zagłuszając fale oceanu, szum klimatyzacji i kolejny dzwonek telefonu.

Carter odwraca głowę w stronę aparatu.

- Posłuchaj, może to coś ważnego.

W odpowiedzi chwyta go za pośladki i przyciąga mocniej do siebie. Bez słowa sięga między nogi mężczyzny, dając mu sygnał, żeby poruszał się szybciej. Na szczęście Carter nie potrzebuje dalszej zachęty i następne dwadzieścia minut mija w różnych szalonych pozycjach.

- O kurczę - sapie z entuzjazmem po wszystkim. - To było x coś nowego.

Korci, ją żeby spytać: „Co nowego?” Zamiast tego mówi:

- Masz ochotę na bis?

Zaczynają się znów kochać, kiedy przerywa im następny natarczywy dzwonek telefonu.

- Może po prostu podnieś tę cholerną słuchawkę? Niezależnie od tego, kto to taki, wyraźnie nie ma zamiaru zrezygnować.

Carter Reese ma rację. Lekceważenie kolejnych dzwonków jedynie odsuwa w czasie to, co nieuniknione, i przedłuża tortu-

ry. Amanda sięga do szafki nocnej i przeciąga sznur przez pierś Cartera.

- Halo, słucham - warczy do słuchawki.

- W końcu cię zmęczyłem, prawda? - mówi niegdyś dobrze znany głos.

Amanda bierze głęboki wdech i próbuje powstrzymać pełne złości bicie serca.

- Lepiej, żeby to była dobra wiadomość.

- Chodzi o twoją matkę - wyjaśnia Ben Myers.

Próbuje sobie wyobrazić byłego męża, ale widzi jedynie niebezpiecznie przystojnego, młodego buntownika w niechlujnej, czarnej skórzanej kurtce, którą miał na sobie na ich pierwszej randce. Zastanawia się, czy w ciągu minionych lat przybrał na wadze, bo zawsze był bardzo chudy, czy przerzedziły mu się ciemne włosy, czy stwardniały jego łagodne, brązowe oczy. Prawdopodobnie podczas uśmiechu na policzkach Bena nadal pojawiają się zmarszczki, chociaż rzadko się uśmiechał. Amanda gwałtownie odsuwa włosy z twarzy i opiera się o wezgłowie łóżka.

- O moją matkę? - powtarza tępo. - Umarła?

- Nie.

- Jest chora?

- Nie.Mandy...

- Nie nazywaj mnie tak. Miała jakiś wypadek?

- Ma problemy.

- Naprawdę? Kogoś zabiła?

Na czole Cartera pojawiają się głębokie zmarszczki. „Kogo zabiła?” - wydaje się powtarzać.

- No więc?

Milczenie trwa o jedno uderzenie serca za długo.

- Johna Mallinsa.

- Co takiego?!

- Znasz kogoś o tym nazwisku?

- O czym ty mówisz?

- Wczoraj, mniej więcej koło czwartej po południu, twoja matka zastrzeliła w foyer hotelu Four Seasons mężczyznę, który nazywał się John Mallins.

Amanda czuje, że całe jej ciało płonie z wściekłości.

- Czy to ma być kawał?

- Uwierz mi. Wcale nie żartuję.

- Naprawdę moja matka zastrzeliła wczoraj kogoś w foyer Four Seasons?

- Twoja matka kogoś zastrzeliła? - pyta Carter Reese.

- Mężczyznę, który nazywał się John Mallins - mówi Ben Amandzie.

- Kim, do diabła, był John Mallins?

- Nie wiesz?

- Skąd miałabym wiedzieć. Nie rozmawiałam z matką od naszego rozwodu.

Carter mruży powieki. Powiedziałaś mi, że nigdy nie byłaś mężatką - oskarżają jego oczy.

- Co mówi mama?

- Nic nie mówi.

- Dlaczego mnie to nie dziwi?

- Musisz przyjechać do domu, Amando.

- Nic z tego.

- Twoja matka jest w więzieniu. Została aresztowana za morderstwo.

- Moja matka jest w więzieniu. Została aresztowana za morderstwo - powtarza Amanda, myśląc, że to jakiś koszmar senny.

Carter zaczyna się od niej odsuwać i szukać slipów w fałdach kołdry.

- Posłuchaj, to na pewno jakaś pomyłka.

- Żadna pomyłka, Laleczko. Przykro mi.

- Dlaczego?

- Twoja matka trzykrotnie strzeliła do tego mężczyzny w obecności przynajmniej dwudziestu świadków. Już się przyznała.

- Nie masz prawa tak mnie nazywać.

- Chyba mnie nie słuchasz.

- Słucham cię, słucham. Uwierz, usłyszałam wszystko.

- W takim razie rozumiesz, że powinnaś przyjechać do domu tak szybko, jak to możliwe.

- Nie mogę. Mam bardzo ważną sprawę w toku. Nie jestem w stanie tak po prostu wyjechać.

- Zawsze możesz poprosić o odroczenie.

- Nie ma takiej możliwości. Jestem pewna, że sobie ze wszystkim poradzisz.

- Nie ma takiej możliwości - odpowiada Ben, używając jej słów.

- Nie mogę przyjechać do domu, Benie.

- To twoja matka.

- Powiedz to jej.

Amanda odkłada słuchawkę i ze złością wyciąga kabel z gniazdka, potem biegnie do kuchni i w taki sam sposób unieszkodliwia drugi telefon. Następnie maszeruje do salonu, otwiera przesuwane szklane drzwi, wychodzi na duże, osłonięte patio i wdycha chłodne morskie powietrze, próbując wciągnąć do wysuszonych płuc nieco wilgoci.

Laleczko! - wołają z daleka fale. Laleczko! Laleczko!

Szybko wraca do swojego apartamentu.

- Carterze! - woła.

Zamyka drzwi, rozpaczliwie próbując odciąć się od niechcianego głosu. Z niepokojem spogląda w stronę kuchni.

- Carterze, gdzie zabrałeś swój wspaniały tyłek? Jest jeszcze wcześnie.

Niestety, księżyc oświetla puste mieszkanie, a całkowita cisza świadczy, że Carter Reese wyszedł.

4

- Czy przysięga pan mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę? - pyta pisarz sądowy, gdy Derek Clemens kładzie lewą rękę na Biblii, a unosi prawą.

- Przysięgam.

Amanda bacznie przygląda się swojemu klientowi, który po-daje imię i nazwisko, a potem adres. Chociaż mężczyzna, zgod-

nie z jej instrukcjami, ma na sobie czystą białą koszulę i wyprasowane czarne spodnie, sprawia wrażenie niechlujnego. Rozpięty kołnierzyk odchyla się od szyi; zamszowy pasek jest wytarty i postrzępiony; jasne włosy zaczesane z przedziałkiem i ściągnięte w koński ogon wyglądają na niemyte i nierozcze-sane.

(- Myłem je dziś rano - zapewnił ją urażony).

Amanda wstaje i rozpina czarny żakiet. Ten sam żakiet miała na sobie poprzedniego dnia. Włożyła do niego tę samą spódnicę i te same czarne buty, które wciąż uciskają ją w palce. Tylko biała bluzeczka jest świeża, chociaż identyczna jak wczorajsza. Pani adwokat przypomina charakter byłego związku oskarżonego z Caroline Fletcher, ich decyzję, że będą razem mieszkać, częste sprzeczki, głośne awantury i godzenie się.

- Mam nadzieję, że teraz poda nam pan swoją wersję wydarzeń, które miały miejsce rankiem szesnastego sierpnia - mówi dobitnie.

Bacznie przygląda się przysięgłym, by sprawdzić, czy uważają. Z zadowoleniem dostrzega, że wszystkie oczy są otwarte i skupione na świadku. Nikt jeszcze nie drzemie.

Oczywiście, prawdopodobnie każdy z nich spokojnie przespał noc - myśli pani adwokat z zazdrością, przypominając sobie, jak między północą a szóstą rano sfrustrowana rzucała się z boku na bok i przeklinała wszystkich Kanadyjczyków. Jak Ben śmiał zadzwonić do niej po tylu latach? Jak mógł wystąpić z tak oburzającym żądaniem? Jakim prawem nazwał ją Laleczką?

Już nie jestem niczyją marionetką - przypomina sobie Amanda.

„Musisz przyjechać tak szybko, jak to możliwe” - powiedział.

„Nie mogę”.

„Jak to nie możesz?”

„Mam bardzo ważną sprawę w toku”.

- Pracowałem przez całą noc - mówi Derek Clemens.

Amanda zastanawia się, czy przegapiła dużą część jego zeznania.

- Chyba miałem prawo wymagać, aby w domu było przynaj-

mniej trochę mleka, żebym po powrocie mógł zjeść na śniadanie płatki zbożowe.

-To znaczy, że pracował pan przez całą noc, był pan zmęczony i głodny.

-■ Pracuję od jedenastej wieczorem do siódmej rano...

Kiwając głową ze szczerym współczuciem, Amanda przypomina sobie, że mniej więcej w tych samych godzinach rzucała się na łóżku.

- ...więc naprawdę byłem zmęczony i głodny. Mieszkanie przypominało chlew, a Caroline szykowała się do wyjścia. Perfumowała się. Nawet się ze mną nie przywitała. Wszedłem do kuchni i napełniłem miseczkę płatkami Special K. Nie przepadam za nimi, ale to wszystko, co można było znaleźć w domu, bo Caroline zawsze była na diecie. Oczywiście, brakowało mleka. Jaka z niej matka, skoro nawet nie jest w stanie dopilnować, żeby w domu było mleko dla dziecka?

„To twoja matka” - przypomina sobie Amanda słowa Bena.

„Powiedz to jej”.

- Dlatego tak bardzo się pan zdenerwował? - pyta pani adwokat, potrząsając głową, żeby odpędzić niepożądane glosy.

- Do jasnej cholery, tak.

- Co pan zrobił?

- Powiedziałem jej, że ponieważ na cały dzień zostawia mnie z dzieckiem, mogłaby przynajmniej przed pójściem do pracy kupić litr mleka i przynieść je do domu. Odpowiedziała,’ że nie ma czasu. Nie uwierzyłem jej. Dochodziła ósma, salon otwierali dopiero o dziewiątej. Powiedziała, że chce być w pracy wcześniej, bo Jessica obiecała, że przed przyjściem klientek obetnie jej włosy. Wtedy obudziła się Tiffany i zaczęła płakać. Byłem potwornie zmęczony i chciałem się trochę przespać, więc poprosiłem Caroline, żeby zabrała dziecko ze sobą. Zdecydowanie odmówiła. Odepchnęła mnie, bo blokowałem drzwi, więc chwyciłem ją za rękę. Wtedy mnie uderzyła.

- Ona pana uderzyła?

- Taaak. Caroline łatwo wpada w złość. Nie trzeba wiele, żeby wytrącić ją z równowagi.

- Sprzeciw - mówi Tyrone King, lekko unosząc się z krzesła. Sędzia podtrzymuje sprzeciw.

- Proszę odpowiadać na pytania, panie Clemens - poucza oskarżonego.

- Przepraszam, panie sędzio.

- Co stało się potem, gdy pana uderzyła? - pyta Amanda.

- Nie pamiętam zbyt dokładnie kolejności wydarzeń. - Starannie wyuczone słowa brzmią w ustach Dereka, jakby posługiwał się językiem obcym. - Przypominam sobie tylko, że próbowałem osłonić twarz. W weekendy pracuję jako kelner, więc nie mogę chodzić poobijany.

- To znaczy, że uderzyła pana kilka razy?

- O tak. Zdążyła mi wymierzyć trzy, może nawet cztery ciosy, nim wybuchnąłem.

„Twoja matka trzykrotnie strzeliła do tego człowieka w obecności przynajmniej dwudziestu świadków”.

- Co zrobił pan potem? - pyta Amanda nieco głośniej, niż zamierzała.

- Chwyciłem ją za ręce, odepchnąłem na bok i powiedziałem, żeby poszła do diabła. Mam dość gównianej awantury, idę spać.

- Jak zareagowała Caroline?

- Poszła za mną do sypialni, krzycząc i waląc mnie po plecach. Powtarzałem jej, żeby dała mi spokój, ale zachowywała się jak wariatka.

- Nie żądał pan seksu oralnego?

- Chyba pani żartuje? Ostatnią rzeczą, o jakiej marzyłem, było wsadzenie swojego interesu do jej ust. Przepraszam, panie sędzio - dodaje Derek Clemens, zagłuszając przytłumiony chichot któregoś z ławników.

- Proszę używać mniej dosadnego języka - ostrzega sędzia, chociaż dziwny błysk w jego oku mówi Amandzie, że starszy pan jest w głębi duszy serdecznie rozbawiony wybuchem oskarżonego.

- Mimo to doszło do stosunku - przypomina Amanda świadkowi.

- Taaak. - Derek potrząsa głową z niedowierzaniem. - To nam się dość często zdarzało. W jednej chwili okładaliśmy się pięściami, a zaraz potem na golasa zachowywaliśmy się jak para królików.

- Czy rozerwał jej pan sukienkę?

Derek kręci przecząco głową.

- Te szwy się rozłażą, wystarczy na nie popatrzeć. Caroline wciąż musiała je zszywać.

- Czy zmusił ją pan do stosunku?

- Nie ma takiej możliwości.

„Musisz przyjechać do domu, Amando”.

„Co takiego? Nie ma takiej możliwości”.

Pani adwokat bierze głęboki wdech.

- Jak pan wyjaśni ślady zębów, panie Clemens?