Labirynt cienia - Pierdomenico Baccalario - ebook

Labirynt cienia ebook

Baccalario Pierdomenico

3,8
17,60 zł

lub
Opis

Anita i Jason decydują się na przekroczenie progu Wrót Czasu w Kraju, który umiera i znajdują się w świecie podziemnym, mrocznym i niegościnnym. I tak rozpoczyna się ich pełne trudu i znoju schodzenie do trzewi Ziemi, aż do samego serca wszystkich miejsc imaginacyjnych: do Labiryntu. To tu kryje się tajemnica konstruktorów Wrót, ale tu również czai się straszliwe niebezpieczeństwo.

Tymczasem Tommi z Julią próbują udaremnić zagrożenie ze strony Podpalaczy, którzy pojawili się właśnie w Kilmore Cove…

Po Wrotach Czasu, Antykwariacie ze starymi mapami, Domu Luster, Wyspie masek, Kamiennych Strażnikach, Pierwszym Kluczu, Ukrytym mieście oraz Mistrzu piorunów jest to dziewiąty tom przygodowej sagi Ulyssesa Moore`a.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 232

Oceny
3,8 (98 ocen)
30
38
14
16
0



Spis treści

Okładka

Karta przedtytułowa

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

1. Trzej szpiedzy

2. Złocisty olbrzym

Zefir

3. Drożdżówki z wanilią

4. Za progiem

5. Zaginiona dziewczynka

6. Sztuczna pułapka

Walter i Jonatan Scissors (Bracia Nożyce)

7. Korzenie tajemnicy

8. Czarna dolina

9. Telefon donikąd

10. Drzewa wiatru

11. Dwadzieścia reguł

12. Cienie między krzakami

13. W ulewnym deszczu

nieznane (Ostatnia)

14. Dziewczynka od kruków

15. Zapiski w dzienniku

Beatrice Marinelli Bloom

16. W Labiryncie

17. Papiery, papierzyska i niespodziewany list

Qwerty

18. Konspiratorzy z wyobraźni

Robert Bloom

19. Sale Strachu

20. Nad urwiskiem

21. Kapłanka z Kilmore Cove

22. Wśród ruin

23. Przebudzenia

24. Komitet powitalny

Wiktor „Black” Wulkan

25. Ostatni wyjeżdżają

26. Klucz z wielorybem

27. Powrót na powierzchnię

28. Gospoda na plaży

29. Dobre książki ocalone z morza

30. Słowa z przeszłości

31. Mężczyzna w oknie

Fred Drumond, zwany Śpiczuwa

Ulysses Moore

Ulysses Moore

Labirynt cienia

Tytuł oryginału: Ulysses Moore. Il labirinto d’ombraAutor: Pierdomenico BaccalarioProjekt graficzny obwoluty i ilustracje: Iacopo BrunoGrafika: Gioia GiunchiTłumaczenie z języka włoskiego: Bożena FabianiRedakcja: Małgorzata Kapuścińska

© 2011 Edizioni Piemme S.p.A., via Galeotto del Carretto 10 15033 Casale Monferrato (AL) – Italia © 2012 for the Polish edition by Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. Wydawnictwo Olesiejuk, an imprint of Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. Międzynarodowe prawa © Atlantyca S.p.A. – via Leopardi 8, 20123 Mediolan, Włochy foreignrights © atlantyca.it www.battelloavapore.it

978-83-274-0164-9

Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 [email protected] www.wydawnictwoolesiejuk.pl

Dystrybucja: www.olesiejuk.pl

DTP: ThoT

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody wydawcy.

Rozdział 1

TRZEJ SZPIEDZY

Leniwe słońce późnego popołudnia zalewało różnokolorowe dachy przedmieścia Kilmore Cove swoim złotym ciepłym światłem. Zaledwie kilka kroków od małego portu nad zatoką, między domami starego miasteczka, cień stawał się głębszy, a we wszystkich położonych na uboczu zaułkach panowała niemal absolutna cisza.

We wszystkich z wyjątkiem jednego.

Trzej kuzyni Flintowie przywarli plecami do muru jednego z domów. Oddychali łapczywie, czerwoni na twarzy, z otwartymi ustami, próbując wciągnąć jak najwięcej powietrza do płuc, które aż paliły z wysiłku.

– Widzieliście go? – zapytał jako pierwszy wielki Flint, który wyglądał na najbardziej zmęczonego i wystraszonego z całej trójki.

Mały Flint, mózg bandy, dał mu znak ręką, żeby jeszcze chwilkę zaczekał (musiał złapać oddech) i oparł się o ramię średniego Flinta, zgiętego w pół ze zmęczenia.

– Widzieliście go, czy nie? – nalegał wielki Flint, rzucając niespokojne spojrzenia na róg uliczki zza którego nadbiegli, jakby w obawie, że lada chwila pojawi się tam to „coś”, przed czym umykali co sił w nogach.

– A co, myślisz… że nie widzieliśmy go? – zdołał w końcu wykrztusić mały Flint.

– Właśnie. Myślisz, że nie? – powtórzył jak echo średni Flint, który zawsze powtarzał wszystko, co mówił mały Flint.

– Jasne, że widzieliśmy go – potwierdził zdecydowanie mały Flint. – W przeciwnym razie byśmy nie uciekali. A przynajmniej nie tak szybko.

– Właśnie. Nie tak szybko.

Wielki Flint obsunął się na ziemię. Zwalił się, pozostawiając na murze ogromną mokrą plamę od potu, jak jakiś ślad po potężnym ślimaku. Złapał się obiema rękami za głowę i płaczliwym głosem zapytał: – Czy można wiedzieć, co to było?

– Nie wiem – odezwał się mały Flint.

– Skąd mamy wiedzieć? – dodał średni Flint. – Uciekliśmy, nawet się nie oglądając!

– Ja nie uciekłem – uściślił mały Flint. – To wy uciekliście, a ja po prostu nie chciałem zostawiać was samych!

Wielki Flint uniósł swoją wielką głowę. Przed chwilą tak ją ściskał, że teraz miał na twarzy dziesięć czerwonych plamek od opuszków palców. – Co takiego? Ty pierwszy uciekłeś!

– Nieprawda.

– Oczywiście, że prawda! – upierał się wielki Flint. – Widziałem cię… mało… poczułem, jak wyskoczyłeś obok mnie jak z procy i nic nie pojmowałem, tylko powiedziałem sobie: „Skoro ucieka on, ucieknę i ja!” Wiem tylko tyle, że sekundę wcześniej śledziliśmy tę dziewczynę…

– Ta dziewczyna ma imię, nazywa się Julia – poprawił go mały Flint. – Julia Covenant.

– Właśnie… a tobie, w głębi duszy, ona się podoba, może nie? – odezwał się Flint średni ze złośliwym uśmieszkiem.

Na twarzy okolonej kędziorami rozlał się potężny rumieniec nie mający nic wspólnego z szaleńczym biegiem.

– A co to ma do rzeczy? – zapytał mały Flint.

– Słyszałeś, kuzynie? Nie zaprzeczył!

– Słyszałem. Nie zaprzeczył.

– To mało ważne! – wrzasnął zirytowany mały Flint. – Ważne jest to, że śledzimy Julię Covenant…

– Posłuchaj, jak on to wymawia: Julia Covenant…

– O rany, aleś ty wstrętny, kuzynie!

Zaczęli się poszturchiwać, kopać i w jednej chwili trójka łobuziaków tarzała się po ziemi.

– Julia!

– Aha!

– Zostaw mnie! Zgnieciesz mi ramię!

Nagle mały Flint złapał obu kuzynów za włosy niczym za lejce w dorożce. – Przestańcie, natychmiast! – warknął.

– Ja przestanę! Przestanę!

– Dobrze, ja też, powiedz mu tylko, żeby puścił moje ucho!

Nastąpiło szybkie zawieszenie broni. Kuzyni siedli na ziemi jeden obok drugiego i obrzucali się podejrzliwymi spojrzeniami. Wielki Flint masował sobie skórę pod czupryną. Średni sprawdzał, czy oboje uszu ma jeszcze na swoim miejscu. Mały, wściekły, spoglądał na nich z rękami skrzyżowanymi na piersiach.

Biała mewa poszybowała nad ich głowami, z przenikliwym piskiem kierując się w stronę wzgórz.

– Mówiliśmy… – wysapał mały Flint – że w najlepszym momencie tropienia, kiedy właśnie mieliśmy schwytać Jul… ją schwytać…

Dwaj pozostali wstrzymali oddech.

– …wyrósł przed nami rodzaj… potwora.

– Właśnie. Pojawił się znikąd – przytaknął z przekonaniem średni Flint.

– Ja go nawet nie widziałem, tego potwora, o którym mówicie – dodał wielki Flint. – Byłem trochę z tyłu.

– No nie mogę! Ty nalany tłuściochu! – zadrwił z niego średni Flint.

– A ty suchy chudzielcu!

– CICHO! – wrzasnął mały Flint. – Cicho, przeklęci, nic z tego nie rozumiem.

– Jeśli o to chodzi, to ja nigdy nic nie rozu… – zaczął mówić wielki Flint, ale spojrzenia dwóch pozostałych kazały mu przełknąć koniec zdania.

Mały Flint spojrzał na kuzyna średniego. – Może chociaż ty go widziałeś?

Ten rozmasował sobie bolące ramię, zerknął na stłuczony łokieć i odparł: – Tak. Chyba tak.

– I jak wyglądał?

– To był potwór.

– No właśnie – przytaknął mały Flint. – Potwór. Ja też tak pomyślałem. Ale pamiętasz, jaki był?

– Nie był szczególnie wysoki.

– Nie, rzeczywiście. Powiedziałbym… mniej więcej jak my.

– Jak ja czy jak on?

– No, tak pośrodku. Ale czymś naprawdę przerażającym była twarz.

– Właśnie. Twarz.

– Była… sam nie wiem… monstrualna.

– Jak to „monstrualna”? – wtrącił się wielki Flint, który do tej pory siedział cicho, przysłuchując się.

Mały Flint przysunął sobie rękę do nosa i zrobił gest jakby go chciał wydłużyć, zamieniając w bardzo długi dziób. – Była… jak u czarnego kruka. Mężczyzna z głową czarnego kruka.

– Ale numer – szepnął wielki Flint, czując dreszcz przebiegający mu po krzyżu.

– I co tu robił?

– Tego nie wiemy, uciekliśmy.

– Właśnie, a jak się dowiemy? – zapytał średni Flint.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

– Nasi szefowie wymagali od nas, żeby pilnować Covenantów – odezwał się nagle zamyślony mały Flint. – I odkryć, co kombinują. Może także ten „człowiek ptak” jest czymś, co powinniśmy odkryć.

– Właśnie. Może powinniśmy to odkryć! – zgodził się średni Flint.

– No, to nie powinniśmy uciekać – dorzucił wielki Flint.

Mały Flint rysował jakieś gryzmoły na ziemi.

– Musimy wrócić po własnych śladach. Natychmiast. I odkryć, co się dzieje.

– Może o tej porze potwór poszedł coś zjeść… O rety, już prawie pora kolacji! – zauważył uradowany wielki Flint.

– Może byś się wreszcie zamknął?– skarcił go mały Flint. Potem ze skupioną miną utkwił wzrok w obu kuzynach. – Podsumujmy – powiedział. – Po pierwsze: dwa typy z super astona martina przewiozły nas pod warunkiem, że będziemy mieć dla nich na oku Covenantów. Po drugie: wczoraj Banner wyszedł z domu o północy i nie wrócił. Po trzecie: też wczoraj, Jason Covenant rzucił nam tę monetę… – wyciągnął z kieszeni malutki krążek z pozłacanego metalu i natychmiast wsunął go z powrotem – … i on także nie wrócił. I w końcu dziś pojawia się w miasteczku potwór z twarzą kruka i idzie na spotkanie z Julią Covenant.

– Dwaj wyjeżdżają, jeden się pojawia – podsumował średni Flint z miną kogoś ważnego, kto wyjaśnia skomplikowaną teorię matematyczną.

– I co z tego?

– Nic. Tak tylko zauważyłem.

– A zatem? – spytał niecierpliwie wielki Flint, który z całej tej historii nie zrozumiał zupełnie nic i myślał jedynie o tym, jakby tu wrzucić coś na ząb.

– A zatem wracamy i próbujemy dociec, gdzie zniknął ten potwór. I co się stało z Julią.

– Właśnie, rzeczywiście, dziewczyna. Myślisz, że…?

– Nie – uciął krótko mały Flint.

Rozdział 2

ZŁOCISTY OLBRZYM

Gigant dotarł do progu drzwi koloru kości słoniowej i jego ciemna sylwetka wypełniła je całe.

Był bardzo wysoki. Miał ponad dwa metry.

Rick i Anita cofnęli się onieśmieleni niepokojącą postacią, która niepowstrzymanie kroczyła przed siebie. Długie cienie nocy otaczały ich jak czarne plamy atramentu. Na zewnątrz tego dziwnego okrągłego budynku, w którym się znajdowali, nieustający szum deszczu i grzmoty burzy, głuche i groźne, wzmagały jeszcze ich strach.

Mężczyzna chwiejąc się, przystanął na progu Wrót Czasu w Arkadii.

I pozostał tam, rozglądając się dokoła…

Potem wyciągnął pomału rękę przed siebie jakby przecierał powierzchnię jakiegoś niewidzialnego lustra i w powietrzu, przy akompaniamencie cichego skwierczenia, pojawił się złocisty tańczący pyłek.

Anita uprzytomniła sobie, że wstrzymuje oddech. Zrobiła więc wydech i wraz z powietrzem spróbowała wyrzucić z siebie niepokoje i zmartwienia gromadzone aż do tej chwili. Wszystko wydarzyło się tak szybko! Ostatnia, ta kobieta, która ich przyprowadziła do tego pomieszczenia, znikła. To ona wręczyła Anicie klucz z główką w kształcie kruka i zachęciła ją do otwarcia drzwi koloru kości słoniowej. Potem Jason przekroczył ich próg. Anita trzymała go za rękę, podczas gdy on posuwał się w głąb po omacku, w ciemności, a potem… potem puściła jego palce na sekundę przedtem, zanim drzwi z trzaskiem się zamknęły.

I kiedy ona z Rickiem znowu je otworzyli, Jasona po drugiej stronie już nie było, a na jego miejscu pojawił się ten gigant, olbrzym.

Kimkolwiek był, w gruncie rzeczy, przyjrzawszy mu się uważnie, nie wydawał się groźny.

Był ubrany jak starożytny Grek: krótka spódniczka, płaskie skórzane sandały, róg przewieszony przez ramię, naddarta sakwa i krótki miecz za pasem. Jego czaszka lśniła jak lustro, miał wąskie barki i chude ramiona.

Na palcach lśniło kilka pierścieni.

Nagle przestał poruszać rękami w powietrzu. – Ja was widzę, a wy, czy mnie widzicie? Mówię do was dwojga, tam w głębi sali, wiem, gdzie stoicie!

Jego głos był ciepły i głęboki i miał dziwną intonację, jakby olbrzym recytował wyliczankę.

Anita cofnęła się głębiej w cień, mając nadzieję, że mężczyzna nie zdoła jej zobaczyć. Ale on ciągnął: – Dziewczynka na ciemno ubrana i przez rudzielca w pasie trzymana.

Potem pochylił głowę jakby chciał przejść pod belką nad drzwiami. Ale pozostał nadal w progu, przyglądając się im z wielkim zaciekawieniem.

Rick zadrżał. Opuścił ramię, którym niemal bezwiednie objął Anitę i wysunął się o krok do przodu.

Anita spróbowała go zatrzymać, ale Rick dał jej oczami znak, że chciałby porozmawiać z nieznajomym.

Zrobił następny krok w stronę otwartych drzwi. – Kim jesteś? – spytał, próbując zapanować nad głosem, żeby ukryć drżenie.

– Ach, więc posiadasz dar głosu, mały człowieku rudowłosy.

Rick odebrał te słowa z pewną przykrością, ale posunął się jeszcze trochę do przodu.

– Nie ma potrzeby, żebyś w ten sposób do mnie przemawiał – powiedział.

– Co ci przeszkadza? – spytał zdziwiony olbrzym. – To, co mówię, czy też to, że rymy sadzę?

– Rymy – odpowiedział Rick. Zawsze nienawidziłem rymów.

Mężczyzna się uśmiechnął i wziął się pod boki. Deszcz na dworze zamienił się w ulewę.

– Ale mi jeszcze nie powiedziałeś, kim jesteś… – nalegał Rick, nie przestając posuwać się ostrożnie do przodu – ani dokąd poszedł Jason.

– Jason? Kim jest Jason?

Wtedy Anita, ukryta w cieniu i stojąca za plecami przyjaciela, już nie wytrzymała. – Właśnie wszedł przez te drzwi! Nie mogłeś go nie zobaczyć! – wykrzyknęła z rozpaczą w głosie.

– Także i dziewczę hoże gniewać się może! – wykrzyknął gigant i wybuchnął głośnym śmiechem.

– Jason to nasz przyjaciel – wyjaśnił Rick, wskazując drzwi. – Dopiero co tam wszedł… gdzie teraz stoisz ty.

– Ach, ten chłopiec, jasne! Jest tu, za mną, na ścieżce ciasnej.

– Z łaski swojej… – zatrząsł się Rick, coraz bardziej rozzłoszczony na te rymowanki.

– Z łaski swojej, z prośby twojej?

– Skończ z tymi rymami! – zawołała też Anita.

– Ale czyż nie jesteście dziećmi? – zaprotestował olbrzym. – Wiem przecie, że jeśli się je lula rymem, zabawą, wesołą zagadką, zawsze będą tęsknić za twą śmieszną gadką.

– Nie jesteśmy dziećmi – wycedził Rick, siląc się na spokój. – I zrozum, że cokolwiek chcesz nam powiedzieć, twój sposób mówienia jest nie do przyjęcia!

Nagle ton głosu i postawa olbrzyma zmieniły się: wydawał się przybity, jakby słowa Ricka głęboko go dotknęły.

– A jednak wiem, że kiedyś się to podobało, w czasach gdy od nas się tego oczekiwało…

Nagle w pomieszczeniu rozległ się ogłuszający huk, jakby od uderzenia potężnym młotem w wielką płytę miedzianą. Piorun musiał walnąć gdzieś niedaleko, rozrywając zasłonę deszczu, która spowijała budynek i ruiny Arkadii.

Pierwszy raz Rick skrzyżował swój wzrok z wzrokiem giganta.

Jego oczy były wielkie i złociste, jak oczy kota.

Ale wydawały się też naznaczone cierpieniem i melancholią. Jak oczy kogoś, kto zbyt długo musiał znosić przymusową samotność.

– Ja jestem Rick – przedstawił się olbrzymowi chłopiec. – Rick Banner. Zaczekaj, nie przerywaj mi: nie wiem nadal kim jesteś i co tu robisz, ale mam wrażenie, że nie zamierzasz nas zabić. Dobrze mówię?

Olbrzym miał ochotę odpowiedzieć, po chwili jednak tylko wolno pokiwał głową.

– Czy teraz możesz nam powiedzieć, kim jesteś?

Olbrzym nabrał głęboko powietrza. – Jestem Zefir, do usług – odpowiedział, pochylając głowę na znak powitania. – Od wielu lat cierpienie znoszę i w ciszy marnieję po trosze. Wołałem i błąkałem się, błąkałem się i wołałem. Szukałem kogoś i w końcu kogoś znalazłem.

– I tym wierszem, mam nadzieję, wyczerpałeś swoje zapasy rymów.

Olbrzym wzruszył ramionami.

– W każdym razie ja jestem Rick, a to jest moja koleżanka, Anita. – Obrócił się, by zawołać dziewczynkę.

Anita niepewnie wyszła z cienia, gdy akurat kolejny huk pioruna spowodował, że sala się zatrzęsła.

– Miło mi poznać księżniczkę.

Z wyraźnym wysiłkiem Zefir zdołał powstrzymać się od rymów, którymi miał ochotę uzupełnić słowa powitania.

– Doskonale. Teraz, gdy już się sobie przedstawiliśmy, możemy spróbować zrozumieć, co tu robimy… – zaproponował Rick.

– Dlaczego nie ma Jasona? – spytała natychmiast Anita, zerkając poza drzwi.

Zefir usunął się nieco na bok, żeby umożliwić im lepszy widok, ale wszystko, co dzieci zdołały dostrzec, to był tylko zwiewny złocisty pył wydzielany przez skórę giganta, pył, który pomału znikał gdzieś w ciemnościach.

– Jason! – zawołała Anita.

– Jest tutaj, przy mnie, księżniczko. I mówi. Mało – nie przestaje mówić ani na chwilę.

– Ale my go ani nie widzimy, ani nie… słyszymy! – zawołał Rick.

– Wasz przyjaciel – powiedział Zefir – zaprasza was, byście przyszli do niego.

Gigant mówił teraz wolniej, siląc się, by mówić normalnie, unikając rymowania.

– A nie możecie to wy dwaj wyjść do nas? – spytała Anita?

– O, nie – uśmiechnął się Zefir, poruszając znowu przed sobą rękami w powietrzu. – Widzicie? Jak się raz wejdzie, to już nie można wyjść.

Anita z Rickiem wytrzeszczyli oczy.

– Co to znaczy, że nie da się wyjść?

– Znaczy, że nikt, kto jest już po tej stronie, nie może ponownie przekroczyć progu.

– Dlaczego?

– Nie znam odpowiedzi, młody przyjacielu.

Rick zacisnął pięści. On znał na to odpowiedź: stało się tak dlatego, że puścili rękę Jasona, kiedy drzwi się nagle zatrzasnęły. I dlatego, że te drzwi to były drzwi niedokończone. Tędy weszła większa część mieszkańców Arkadii bez możliwości wyjścia.

– Okłamujesz nas! – zawołała Anita.

– A czemu miałbym to robić, księżniczko?

– Jason! – zawołała dziewczynka, wychylając się przez próg. – Jason! Słyszysz mnie?

Rick podtrzymał ją, żeby się mogła mocniej przechylić.

– Na próżno się wysilasz, księżniczko. Nie może was usłyszeć, podobnie jak wy, nie słyszycie jego. Ale, jeżeli chcecie, mogę posłużyć za pośrednika między wami a  waszym młodym przyjacielem. Co wy na to?.

– Akurat… niby że ty możesz rozmawiać i z nim, i z nami? – spytał podejrzliwie Rick.

– Może dlatego, że… urodziłem się po tej stronie?

Rick nie wiedział zupełnie, co o tym myśleć, ale ta odpowiedź nie była całkiem od rzeczy i mogła mieć swoją logikę.

– Jeżeli mi nie wierzycie, że on tu jest i że ma się dobrze – ciągnął Zefir – zadajcie mi pytanie, na które zna odpowiedź tylko wasz przyjaciel.

Rick błyskawicznie przemyślał sprawę. – Spytaj go, jaki jest jego ulubiony komiks.

Mężczyzna kiwnął głową, obrócił się w stronę ciemności i powtórzył pytanie. Po chwili odwrócił głowę w stronę dzieci i powiedział: – Mówi, że Kapitan Mesmer i że teraz wy musicie zrobić ruch, bo on nie zamierza pozostać tam sam i już dłużej nie chce na was czekać.

Rick przytaknął. – To on. Jason.

Anita poczuła, że serce bije jej szybciej, jak zawsze, kiedy wydarzały się sprawy, których nie potrafiła wyjaśnić. Słowa olbrzyma dźwięczały jej w głowie i powodowały wielki niepokój.

– Wasz przyjaciel nalega – podjął Zefir, wpatrując się w nich swoimi wielkimi złocistymi oczami. – Mówi, że są tu rzeczy, których szukacie. Poprawił się, mówi, że nie wie, czy są, ale jest pewien, że powinny być.

– O jakich „rzeczach” mówi? – spytał Rick.

Odpowiedź Zefira nie nadeszła natychmiast, ale ich zdecydowanie oświeciła. – O rzeczach, które wam pomogą ocalić Ostatnią i Kraj, który umiera. I wrócić szybko do domu.

Rozdział 3

DROŻDŻÓWKI Z WANILIĄ

– To ten tam, widzisz go? – Julia wskazała motocykl zaparkowany na poboczu drogi wzdłuż morza.

– Nie mogę uwierzyć… – szepnął Tommaso. Poprawił sobie złożony pod pachą płaszcz hrabiego Cenere, wenecką maskę konowała i teczkę ze wszystkimi fotografiami Domu Bazgrołów i zastygł w bezruchu. – Kurczę, więc to jest Ulysses Moore!

– Ciii! – uciszyła go Julia. – Oszalałeś?

Dziewczynka rozejrzała się dokoła nerwowo, ale na szczęście nie było nikogo, kto mógłby ich usłyszeć.

– Nie możesz go tak nazywać!

– Wybacz, ale po przeczytaniu wszystkich jego książek… to dosyć emocjonujące dla mnie znaleźć się kilka kroków od jego legendarnego motoru.

– Ach, o to ci chodzi – powiedziała Julia przez zaciśnięte zęby. – To prawdziwe stare żelastwo.

– Ja bym dał nie wiem co, żeby się przejechać na tym „starym żelastwie”.

Julia czuła narastającą złość. Wiedziała od Anity, że istnieją jakieś książki napisane przez Ulyssesa Moore’a, w których jest mowa o Kilmore Cove, o kluczach do Wrót Czasu, o niej i o jej bracie, ale wydawała się jej odrażająca myśl, że ktoś w ten sposób plotkuje o ich życiu.

Westchnęła zrezygnowana i mimo wszystko wzięła Tommasa na bok i wyjaśniła mu cierpliwie, że nigdy nie powinien wymawiać tego nazwiska w Kilmore Cove. – Nikt tego nie wie. To sekret.

Chłopiec z Wenecji wyglądał na speszonego. – Dobrze. Obiecuję. Jak mam o nim mówić?

Julię nieco bawiło jego zażenowanie. Tommaso pojawił się dwadzieścia minut wcześniej na drodze przylegającej do plaży, miał na sobie długi czarny płaszcz i maskę z ptasim dziobem należące do hrabiego Cenere w Wenecji w 1751 roku. Przedstawił się z pewną dozą zuchwałości, wyznał Julii, że ją sobie wyobrażał mniejszą i ujawnił jej rewelację, że odkrył, jak budowano Wrota Czasu.

Julia postanowiła nie zadawać mu zbyt wielu pytań i zabrała go ze sobą na umówione miejsce spotkania z Nestorem. Także ona trzymała coś bardzo specjalnego pod pachą: oprawioną książeczkę, rodzaj ilustrowanego cienkiego zeszytu, o wiele mniejszego od teki Tommasa z fotografiami, ale wcale nie mniej ważnego.

– Nazywaj go tak, jak tutaj wszyscy: Nestor. – Julia ściszyła głos i ciągnęła: – I masz mu mówić na „ty”, inaczej czuje się stary. To inne nazwisko wymaż z pamięci. Nie żyje, nie istnieje.

Tommi patrzył na nią speszony. – Ale wobec tego, dlaczego?

– Co dlaczego?

– Dlaczego książki z Kilmore Cove są podpisane nazwiskiem Ulyssesa Moore’a?

– A skąd mam wiedzieć? Poza tym, nie wydaje mi się, żeby to był właściwy moment, by się nad tym zastanawiać.

– Zgoda, tylko że…

Tommaso spoglądał na ulicę, która biegła wzdłuż plaży aż do małego portu i jeszcze dalej. Zawahał się chwilę, czy ma kontynuować.

– Mnie się to wszystko wydaje absurdalne. Znaczy, czytałem – mało! – połknąłem wprost jego książki. I nigdy nawet nie śniłem, że mógłbym go spotkać w rzeczywistości. Zawsze myślałem o nim jak o bohaterze powieści. Nie jak o człowieku z krwi i kości.

– Który prowadzi na dodatek zdezelowany motocykl – dorzuciła Julia.

– Który prowadzi legendarny zdezelowany motocykl – poprawił ją Tommaso Ranieri Strambi z lekkim uśmieszkiem.

– To Tommaso, Nestorze.

Ogrodnik z Willi Argo rzucił chłopcu krzywe spojrzenie, ponieważ nie rozumiał, dlaczego Julia mu go przedstawia. Wrócił właśnie z latarni Leonarda Minaxo, gdzie próbował, z miernym skutkiem, połączyć się z latarnikiem i jego żoną Kalipso, którzy na swojej łodzi popłynęli nie wiadomo, dokąd. Nestor miał tylko nadzieję, że nie wpadli na trop konstruktorów drzwi.

– To przyjaciel Anity – dodała Julia, zauważając wzburzenie Nestora.

Krzywe spojrzenie Ulyssesa Moore’a stało się jeszcze bardziej krzywe. A broda zaczęła mu drżeć.

– Przybył dopiero co z Wenecji – zakończyła Julia. – Z tej Wenecji – podkreśliła.

– A dokładnie, o jakiej Wenecji myślisz? – warknął stary wilk morski.

– Wyszedłem przed chwilą z Domu Luster, proszę pana – powiedział Tommaso jednym tchem. – I bardzo się cieszę, że nie został całkiem zburzony.

Nestor oparł sobie wolno kask o kolana.

Podmuch wiatru zwichrzył mu białe włosy; ogrodnik poruszył nerwowo potarganą bródką.

Nie odezwał się. Stał w milczeniu, obserwując morze.

– Drzwi były otwarte – ciągnął Tommaso. – Ja mieszkam w Wenecji. Znaczy, teraz. Nie pochodzę z… 1751 roku, jak pańska żona, proszę pana. To znaczy żona pana Moore’a, proszę pana.

W tym momencie Julia położyła rękę na ramieniu chłopca. – Może lepiej, jeśli pozwolisz, że ja powiem…

– Nie, pozwól mu mówić, Julio. – Nestor pochylił się nad kierownicą swojego motoru i odezwał do Tommasa: – Zatem mieszkasz w Wenecji dzisiejszej, jeśli dobrze zrozumiałem. To jak, u licha, zdołałeś tu dotrzeć?

– Najpierw znalazłem calle dell’Amor degli Amici, gdzie znajdują się Wrota Czasu Petera Dedalusa. To mi zajęło sporo czasu, muszę dodać, ale… sądziłem, że ten zaułek tak naprawdę nie istnieje, że jest wymyślony. W każdym razie w końcu go znalazłem. Myślałem, że może dlatego mi się to udało, że płynąłem gondolą pańskiego przyjaciela Petera, tą, która występuje w książce „Wyspa masek”, wie pan? Stała od strony Arsenału. Ktoś sprawił, że na mojej drodze pojawiły się małpy, kiedy uciekałem od Podpalacza, który mnie porwał…

Nestor zaczął bębnić nerwowo palcami o kask, tak silnie, jakby zamierzał go rozbić. Potem rozejrzał się. W tej właśnie chwili z cukierni Chubbera rozszedł się cudowny zapach wyjętych z pieca świeżych drożdżówek.

To było coś więcej niż delikatna sugestia.

To było wręcz zaproszenie.

– Spróbujmy sobie osłodzić życie, zgoda? – zaproponował Nestor, odsuwając się od siodełka.

Cukiernia Chubbera była dokładnie taka, jak Tommi ją sobie zawsze wyobrażał.

Taka sama od przeszło stu lat. Kolejne pokolenia klientów, wchodząc i wychodząc z jej sal, niezmiennie, wszystkie stawały najpierw przed tą samą ladą obładowaną słodkimi kolorowymi ciastkami, pysznymi włoskimi drożdżówkami, ciasteczkami francuskimi z kremem i bitą śmietaną. Same mury przesiąkły mocną wonią czekolady z wanilią i opowiadały o wietrznych popołudniach, deszczowych zimach przy wzburzonym morzu, z punktu widzenia tych, którzy je tutaj spędzili, popijając dobrą herbatę.

– Nestor! – powitała ogrodnika właścicielka cukierni. – Jak leci? Dosyć dawno nie widzieliśmy się.

Ogrodnik z Willi Argo pokuśtykał do witrynki ze słodyczami, wzruszając ramionami. – Starzeję się – powiedział.

– A w Willi wszystko w porządku?

– Nie narzekam. Znasz Julię, nieprawdaż?

Julia się uśmiechnęła. – Tak, oczywiście.

– Jak się miewa twój brat, Julio? Jego też już dawno nie widziałam – zauważyła właścicielka.

Rozmawiali o Jasonie i o jego niebywałych wyczynach przy ladzie ze słodkościami i ubawili się, gdy odkryli, że Tommaso w niczym mu nie ustępuje. Wybrał trzy różne wielkie ciacha i już wgryzał się w pierwsze.

– Wybaczcie… – bąknął między jednym a drugim kęsem – ale od wczoraj nie miałem nic w ustach.

Usiedli przy stoliku nieco ukrytym, parę kroków od kotary w szkocką kratę, która oddzielała tę część cukierni od jej dalszych pomieszczeń. Nestor uniósł kotarę, by sprawdzić, czy nikt nie siedzi po drugiej stronie i odprężył się.

– Zawsze lepiej się upewnić, nie? – mruknął. A potem zwrócił się do Tommasa. – No, to ile ich jeszcze tu przybędzie?

Zaskoczony chłopiec podniósł głowę znad swojego drugiego ciastka.

– Nie rozumiem?

– Najpierw Anita, teraz ty. Pytam, ile weneckich dzieci pojawi się jeszcze w Kilmore Cove?

– Myślę… że już nikt, proszę pana – odpowiedział Tommi nieco speszony.

– Spróbuj mnie przekonać.

Chłopiec zaczekał aż podano herbatę i opowiedział krótko swoją wersję historii z tą częścią, której ani Julia, ani ogrodnik jeszcze nie znali: o Podpalaczu, który na niego czekał w Domu Bazgrołów, o przesłuchaniu w Arsenale, o pojawieniu się małp, o ucieczce w automatycznej gondoli Petera Dedalusa, a potem o tym, jak go olśniło, żeby dotrzeć do Kilmore Cove.

– Byłem pewny, że jeśli tylko znajdę te drzwi, to będą one otwarte.

– A dlaczego?

– Ponieważ na końcu książki jest napisane, że Fred Śpiczuwa otworzył je, żeby wyjechać na wakacje. Miałem nadzieję, że jeszcze nie wrócił.

Julia spojrzała na Nestora. – Fred?

– Co ma do tego Fred Śpiczuwa? – spytał ogrodnik.

– Jak to, co? Fred ma Pierwszy Klucz – odparł Tommi. – Nie wiedzieliście tego?

Zważywszy zdziwienie i niedowierzanie malujące się na twarzach swych rozmówców, Tommi rozejrzał się dokoła z wahaniem. – A jednak… cała reszta jest w porządku. Dokładnie tak, jak było napisane w książkach.

– Przeczytałeś o Pierwszym Kluczu w… moich książkach?

– Tak, dokładnie na samym końcu. I, jeśli mogę panu szczerze powiedzieć, panie Nestorze…

– Mów mi na „ty”, inaczej czuję się stary.

Julia zrobiła minę, jakby chciała powiedzieć „a nie mówiłam?”

– Jak pan sobie życzy, to znaczy, jak chcesz. Mówiłem właśnie, że to zakończenie, muszę przyznać, właściwie mnie rozczarowało. Wydaje się, takie… doczepione. Jakby, nie wiem, jakby… nie było właściwe.

– I rzeczywiście nie było.

Tommaso miał sucho w gardle i już wysączył połowę filiżanki herbaty.

– To znaczy, że to nieprawda, że Fred ma Pierwszy Klucz?

– Zupełnie nie. Tak czy owak w moich dziennikach nie napisałem o tym ani słowa, ponieważ rzeczywiście, po wydobyciu tego klucza od taty Ricka, ginie o nim wszelki trop. Jedno, co pewne, to to, że go nie posiada Fred Śpiczuwa.

Tommaso wytrzeszczył oczy. – Jesteś tego pewien?

– Jak tego, że jestem tutaj i że pisałem przez dwadzieścia lat dzienniki w nadziei, że mi się do czegoś przydadzą.

Patrzyli na siebie w milczeniu, każdy pogrążony we własnych myślach. Potem Nestorowi przyszło coś do głowy. Coś, co roztrząsał już od dłuższego czasu. – Twoja przyjaciółka, Anita – powiedział – opowiadała mi, że jest ktoś w rodzaju tłumacza, kto zredagował książki na podstawie moich dzienników.

– Tak.

– Pamiętasz, jak się nazywa?

– Prawdę mówiąc, nie jest jedyny – odpowiedział Tommaso. – W różnych wydaniach książki, w różnych wersjach językowych nazwisko tłumacza się zmienia. Sprawdziłem w internecie. Ale jeśli masz na myśli tego, którego spotkaliśmy w Wenecji, sądziłem, że ty i on… że wy się znacie.

– Cóż za głupstwa! Skąd ci to przyszło do głowy?

– Bo on nam powiedział, że był w Kilmore Cove. I dał nawet Anicie wskazówki, jak tu dotrzeć.

– Bzdura! Gdyby się tylko pojawił, z całą pewnością wiedziałbym o tym.

– To jak?

– Albo twój znajomy tłumacz wszystko sobie zmyślił, łącznie z zakończeniem, albo…

Nestor przechylił głowę, drapiąc się delikatnie po brodzie. – Albo była jedna jedyna osoba zdolna mu wyjaśnić, co się stało. I dlaczego.

Może dwie.

Leonard i Kalipso.

Nastało długie milczenie, podczas którego słychać było jedynie dzwonienie łyżeczek o filiżanki.

– W każdym razie… Freda już nie ma w miasteczku – przerwała ciszę Julia.

Tommaso przełknął łyk herbaty.

Nestor uniósł jedną brew.

– Jego brat mówi, że nic nie wie – ciągnęła dziewczynka – ale jeśli to prawda, że Fred miał Pierwszy Klucz i że udał się do Wenecji…

– To wierutne bzdury! – wybuchnął Nestor. Po chwili ściszył głos, zauważywszy że właścicielka cukierni zwróciła na nich uwagę.

– Fred został wplątany w tę historię całkiem przypadkiem. Black chciał mieć kogoś, kto mu będzie podlewał stację, po tym, jak ją zamienił w szklarnię! I to wszystko. Nie wie nic a nic i nic do tej historii nie ma.

Ale kiedy Nestor mówił, po głowie nieustannie tłukły mu się imiona Leonarda i Kalipso. To oni wynieśli kufer z jego dziennikami. Oni spotkali tłumacza, czy może tłumaczy, jeśli o to chodzi. Co mu opowiedzieli? I dlaczego to zrobili?

Jakkolwiek się wysilał, nie udawało mu się znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi. Również dlatego, że wydawało mu się zupełnie nie do pomyślenia, by towarzysze życiowych przygód, przyjaciele z którymi wspólnie mierzył się z najróżniejszymi niebezpieczeństwami, poczynając od tych Wielkich Wakacji, kiedy to się poznali, żeby oni właśnie knuli coś za jego plecami.

– I jeszcze jedna dziwna sprawa… – odezwała się nagle Julia, ściszając głos.

– Mianowicie?

– Wstąpiłam do księgarni.

– Księgarni Kalipso? – spytał Tommi radośnie.

– Tu nie ma innej – ucięła Julia. – W księgarni zastałam Cindy, która mi pozwoliła wziąć klucze od domu Kalipso. Wisiały na tyłach sklepu, razem z innymi…

– Ach tak, jasne! – przerwał jej Tommi. – To wiecie, prawda? O waleniu do Wrót Czasu?

– Co ty mówisz? Jakie walenie?

– Walenie do Wrót Czasu w księgarni Kalipso – powtórzył Tommi. – W książkach jest napisane, że kiedy Leonard był na morzu, ktoś czy… coś waliło we Wrota Czasu, żeby zawiadomić Kalipso.

– Kto?

– Nie wiem, z książek to nie wynika. To było jak seria uderzeń bum bum bum, coraz to silniejszych. I wtedy Kalipso pomyślała „Leonard?” I pobiegła mu na ratunek. Ja nawet przypuszczałem, że to był wieloryb, który tak walił!

Nestor był coraz bardziej poirytowany. Poirytowany i zbity z tropu. Przybrał tak niezwykły wyraz twarzy, że Julia nie wiedziała, jak się zachować.

Już się przyzwyczaiła do cierpkiego tonu ogrodnika, do przemilczania różnych spraw, do często teatralnego sposobu przekazywania informacji, których strzegł, po odrobinie. Nigdy jej się to nie podobało, ale wolała w każdym razie owe mury obronne rzeczy niewypowiedzianych niż widzieć Nestora wydanego na pastwę niepewności, jak teraz.

– W każdym razie… nie chciałam mówić o drzwiach w księgarni. Chciałam wam opowiedzieć, że poszłam do mamy Kalipso i znalazłam zeszyt – zakończyła.

– Zeszyt? Gdzie? – spytał Nestor i prawie krzyknął ze zdumienia.

– W szufladzie komody mamy Kalipso – wyszeptała dziewczynka, dostając gęsiej skórki na samo wspomnienie tej sypialni i starej kobiety, która ją wzięła za kogoś innego i prosiła, żeby jej opowiedziała jakąś historię.

– Przypuszczam, że to ten, który zniknął z twojej biblioteki – powiedziała i wręczyła zeszyt Nestorowi, który go natychmiast rozpoznał.

– I jak tam trafił...? – zapytał ogrodnik, obracając z niedowierzaniem zeszyt w rękach. Potem wstał gwałtownie od stolika. – Muszę zrozumieć. I muszę to zrobić natychmiast.

– Dokąd idziemy?

– Do domu – odpowiedział Nestor. – Musimy… skorzystać natychmiast z zeszytu, żeby się połączyć z tamtymi i…

Julia podniosła tekę Tommasa. – Tommaso twierdzi, że też ma nam coś do pokazania…

Nestor przytaknął. – Idę zapłacić.

– Ja skoczę do toalety – powiedział Tommi. – Nie byłem tam od 1751 roku.

Uniósł kotarę w szkocką kratę za plecami Nestora i Julii i zniknął w wąskim korytarzu po drugiej stronie. Raźnym krokiem doszedł do małej toalety.

Wydało mu się, że słyszy jakieś dziwne odgłosy na zewnątrz.

I czyjś głos, który powtarzał: – Idź, idź, idź!

Okienko w toalecie było otwarte.

Rozdział 4

ZA PROGIEM

W półmroku okrągłej sali Rick wpatrywał się w złocistego olbrzyma stojącego nieruchomo w progu drzwi w kolorze kości słoniowej, a w jego głowie kłębiły się setki pytań.

– Mówisz, Zefirze, że urodziłeś się po tamtej stronie drzwi…

– Tak było.

– A co jest po tamtej stronie?

– Miasteczka. Rozległe nieużytki, bardzo niebezpieczne, z wąską ścieżką, która prowadzi w dół rzeki. A dalej…

– A dalej? – zapytała zaciekawiona Anita.

– Dalej jest Labirynt.

– Labirynt?

– Tak go nazywają. Nie wiem, dlaczego. Wiem tylko to, co mi opowiedziano.

– Wiesz chociaż, co się znajduje… wewnątrz Labiryntu? – pytał Rick coraz bardziej zaciekawiony.

– Tysiąc sal i tysiąc korytarzy – odparł Zefir. – Najrozmaitsze cuda i najrozmaitsze niebezpieczeństwa. Ale tak naprawdę to dokładnie nie wiem, zważywszy, że nigdy nie spotkałem nikogo, kto mógłby tam wejść.

Anita chciała coś powiedzieć, ale Rick ja uprzedził. – Podczas gdy my, twoim zdaniem, możemy tam wejść?

– Wasz przyjaciel tak – odpowiedział olbrzym. – Ma ze sobą klucz.

„Klucz Jasona… to znaczy, że mu go pokazał?” przeszło Rickowi przez głowę i przycisnął swój klucz mocno do siebie. Także Anita miała klucz, ten z krukiem, który jej wręczyła Ostatnia. Ale jakie znaczenie miało posiadanie klucza? I co chciał powiedzieć ten dziwny osobnik? Czy były dalsze drzwi do otwarcia, żeby się dostać do Labiryntu?

Rick rzucił Anicie zakłopotane spojrzenie. Potem dał jej znak głową i oboje odsunęli się trochę od drzwi koloru kości słoniowej.

– Chyba nie masz nic przeciwko temu, żebyśmy chwilkę porozmawiali na osobności? – zapytał Zefira.

Olbrzym uprzejmie pochylił głowę. – Ależ naturalnie, bardzo proszę… tylko że wasz przyjaciel mówi, że musicie pośpieszyć się z wejściem i że równie dobrze, moglibyście podyskutować w drodze.

Anita z Rickiem odwrócili się do niego plecami i oddalili pod przeciwległą ścianę. Na dworze ciągle padał deszcz, uderzając miarowo o kamienie i roślinność.

– Co proponujesz zrobić? – spytała Anita półgłosem. – Wchodzimy?

– Nie ma mowy – odparł zdecydowanie Rick.

– Ale Jason…

– Jason jest jak zawsze impulsywny. Nie wiemy niczego o tym Zefirze ani co się naprawdę znajduje po drugiej stronie drzwi.

– A Labirynt?

– No właśnie, wiesz, co to jest labirynt? – Rick zmierzył ją surowym spojrzeniem. – To miejsce, gdzie ludzie się gubią. Nie mówiąc już o tym, że… mógłby tam mieszkać ktoś niebezpieczny.

Anita przytaknęła. Rick miał rację. A poza tym było późno, byli zmęczeni po tym niekończącym się dniu. Ona też nie miała wielkiej ochoty rozpoczynać nowych poszukiwań. – Zefir jednak nie wydaje mi się zły. Sądzę, że możemy mu zaufać.

– Zaufać? Ja też nie sądzę, żeby był zły, ale to nie wydaje mi się wystarczające, żeby mu zaufać.

– Wasz przyjaciel prosi, aby wam przekazać, że nigdy nie byliście tak blisko odkrycia tajemnicy konstruktorów drzwi i że jego zdaniem, odpowiedzi, jakich szukacie, znajdują się w Labiryncie! – krzyknął Zefir od progu drzwi w kolorze kości słoniowej.

Anita ścisnęła Ricka za ramię. – Słyszałeś?

Rick przytaknął z gniewną miną. – Nawet jeśli to prawda, to nie jest powód, dla którego tu przybyliśmy. Mamy ocalić Ostatnią. I uratować ten kraj. A teraz jest jeszcze co innego do zrobienia: trzeba wyciągnąć stamtąd Jasona.

– Może jednak jest jeszcze inny powód, dla którego przybyliśmy do Arkadii: odnalezienie tych drzwi. A poza tym Jason wcale nie chce, żebyśmy mu pomogli wyjść, przeciwnie, prosi nas, żebyśmy do niego dołączyli – odpowiedziała z przekonaniem dziewczynka o długich czarnych włosach.

– To nieostrożne, może nie będziemy potrafili zawrócić – odparł Rick, obstając przy swoim.

– Od kiedy to jesteś taki ostrożny?

– Anita, jeśli dotarliśmy aż tu, to tylko dlatego, że ja zawsze jestem ostrożny!

– Ale budowniczowie drzwi… – upierała się dziewczynka – czyż to nie jest ten sekret, który zawsze usiłowaliśmy odkryć? I czy odkrycie, kim są, nie mogłoby posłużyć w ocaleniu tego miejsca? W ukończeniu tutejszych drzwi?

– To nie jest sekret dla wszystkich – odparł tajemniczo Rick.

Anita spojrzała na niego i nic nie odpowiedziała. Włosy opadały jej na oczy.

– Wielu szukało odpowiedzi – ciągnął Rick – ryzykując nawet śmiercią, jak Leonard Minaxo. Ja się zgadzam z Nestorem, kiedy powiada, że nie należy za bardzo się wychylać. Są rzeczy, które można odkryć i są takie, które powinny pozostać w tajemnicy. On sprawę drzwi uznał za zamkniętą. I próbował wyrzucić wszystkie klucze.

– Ale mu się to nie udało. Klucze powróciły. A drzwi…

– Drzwi pozostały zamknięte, bo my je zostawiliśmy zamknięte.

– Ale… ciągle nie wiecie, dlaczego. Może Jason ma rację i odpowiedzi należy szukać za tymi drzwiami – nalegała Anita.

Rick przygryzł usta. – Przypominam ci, że przez te drzwi weszły dziesiątki osób, które nigdy już stamtąd nie wyszły.

– Bo nigdy ich nie dokończono! – odparowała Anita. – Drzwi w kolorze kości słoniowej są niekompletne. Może musimy je uzupełnić, żeby móc…

– …wyjść? – dokończył za nią zdanie rudowłosy chłopiec. – Wspaniały pomysł. Ale jeżeli po wejściu już nie będziemy mogli się cofnąć, to kto je uzupełni? Jak możemy dokończyć budowy drzwi, które są… na zewnątrz? Nawet jeżeli jedno z nas pozostanie po tej stronie, to nie możemy się ze sobą porozumiewać.

– On może – powiedziała Anita, wskazując na Zefira.

Olbrzym o złocistych oczach stał bez ruchu w progu, niezwykle spokojny.

– A kim on jest? Jesteś pewna, że go tak dobrze znasz? – zapytał sarkastycznie Rick.

Anita już chciała mu coś odpowiedzieć, ale nagle zatkało ją. Doznała olśnienia: zeszyt Morice’a Moreau. Cienki zeszyt z kartkami, dzięki którym mogła się porozumiewać z innymi czytelnikami, którzy w tym samym momencie otwierają go na tej samej stronie.

– Może moglibyśmy skorzystać z zeszytu – szepnęła. – My tutaj, a Jason – po tamtej stronie…

Rick zastanowił się chwilę, po czym przytaknął. – To dobry pomysł. Możemy spróbować. Powiemy Zefirowi, żeby przekazał zeszyt Jasonowi, a my poszukamy Ostatniej i pożyczymy zeszyt od niej. Tak, to może się udać.

Anita jednak była przeciwna temu, żeby swój zeszyt zostawić. Był on jej, przede wszystkim. Było to coś, co znalazła sama, czego zawsze ona używała. Pomyślała o Jasonie gdzieś za tymi drzwiami i w tej chwili zdała sobie sprawę, ze nie chciała z nim mówić.

Po prostu nie chciała z nim mówić.

Chciała go zobaczyć.

Chciała być blisko niego.

I jeżeli Jason przekroczył próg i przeszedł na drugą stronę, to może ona powinna iść za nim. Zrozumiała, trochę naiwnie, ale całą sobą, że i oni dwoje, jak strony zeszytu z fantastycznymi rysunkami, są związani niewidzialną, ale mocną nicią. Uczuciem, które przekracza granice światów.

I kiedy myślała o tym wszystkim, powietrze dokoła nich zadrżało po raz drugi i znowu coś rozległo się w mroku.

Ale tym razem to nie był piorun.

Tym razem to zabrzmiało jak… wystrzał.

„Ostatnia!”

– Zostań tu, polecę zobaczyć! – krzyknął Rick, gwałtownie się obracając.

– Dobrze – skłamała Anita.

Rick wybiegł pędem z sali.

A Anita podeszła do drzwi koloru kości słoniowej.

Rozdział 5

ZAGINIONA DZIEWCZYNKA

Pan Bloom zaczynał myśleć, że przytrafił mu się jakiś senny koszmar. Straszliwy koszmar, z którego miał nadzieję obudzić się jak najprędzej.

– Może wreszcie zechce mi pan powiedzieć, gdzie jest moja córka? – spytał kolejny raz tego typa o wyglądzie włóczęgi, który go skłonił, by szedł za nim na dworzec kolejowy. – I niech mi pan powie z łaski swojej, kiedy się skończy ta idiotyczna błazenada?

– Jeszcze trochę cierpliwości, panie Bloom, a dowie się pan wszystkiego – odparł Black Wulkan. – Rozumiem pańskie przerażenie i zmartwienie, ale…

– Nie, nic pan nie rozumie! Nie jestem ani przerażony, ani zmartwiony. Jestem wściekły! I jeśli nie przestanie pan mówić zagadkami i nie powie mi natychmiast, gdzie jest Anita, będę zmuszony wezwać policję i…

– …i nie uwierzą panu.

– Co pan chce przez to powiedzieć? Nie uwierzą, że moja córka znikła?

– Nie uwierzą, że odeszła bez pańskiej wiedzy. Jeśli chce pan koniecznie wiedzieć, to pańska córka wsiadła w samolot do Tuluzy razem z dwoma chłopcami w tym samym wieku. Całkowicie legalnie, zgodnie z międzynarodowymi przepisami dotyczącymi lotów osób małoletnich bez opiekunów. Mają dokumenty. I pańska córka normalnie wylądowała i udała się do M. we francuskich Pirenejach. Cóż w tym niepokojącego dla policji? Wszystko wygląda normalnie.

– I według pana… ja powinienem stać tu spokojnie i wysłuchiwać tych wszystkich bredni? Niby dlaczego moja córka miałaby jechać w Pireneje? Na dodatek bez uprzedzenia.

– O to powinien zapytać pan ją. A co do pierwszego pytania, nikt pana nie zmuszał do przyjścia tu i może pan sobie swobodnie odejść, kiedy zechce.

– Ale to pan mi powiedział, żebym poszedł za panem…

– Tak, właśnie, i również to ja panu powiedziałem, że pański dom jest pod obserwacją – odpowiedział Black Wulkan. – I co było przed pańskim domem, przypomina pan sobie?

Pan Bloom wściekły wsunął obie ręce do kieszeni. – Dwaj mężczyźni w melonikach z parasolami.

– Zatem?

– Zatem byli dwaj mężczyźni w melonikach i z parasolami, ale przecież mógł ich nasłać pan! – wybuchnął ojciec Anity.

– Tylko że pan wie, że to tak nie było, czyż nie?

Pan Bloom powstrzymał się i nic nie odpowiedział. Zaczął jednak chodzić nerwowo tam i z powrotem po stacji, usiłując stłumić złość i nie ulec pokusie, by rzucić się z pięściami na tego wstrętnego typa.

– Więc co powinienem zrobić pana zdaniem? – spytał w końcu, bezradny. – Jeśli istotnie chce pan mojej rady, według mnie ma pan dosyć ograniczone możliwości – odpowiedział Black Wulkan. – Pierwsza, to zrobić dokładnie to, co panu powiem, a na początek zaczekać aż się trochę ściemni. Żeby nie rzucać się zanadto w oczy, rozumie pan?

– Przykro mi, że pana rozczaruję, ale nie rozumiem. Kompletnie niczego nie rozumiem!

– Cóż, powiedzmy, że jak tylko się trochę ściemni, wsiądziemy do niewielkiego pociągu, który stoi przy nieczynnym peronie i zrobimy to tak, żeby nikt niczego nie zauważył i nie stawiał nam zbędnych pytań.

– Czy nie proponuje mi pan przypadkiem jakiejś… kradzieży?

– Och nie, nic z tych rzeczy. Widzi pan, pociąg jest mój i byłbym szczęśliwy, goszcząc pana na pokładzie. Tylko że nie jestem takcałkiem w porządku z niezbędnymi dokumentami koniecznymi do prowadzenia pociągu w tym kraju.

– Nie wiem, dlaczego, ale mnie to akurat nie dziwi… – skomentował pan Bloom, przybierając tym razem ton sarkastyczny. – A można wiedzieć, dokąd ma pan zamiar mnie zawieźć?

– Tam, gdzie jest pańska córka. Czy ściślej biorąc, gdzie pan pojmie, co robi pańska córka w Pirenejach i zrozumie powód, dla którego nie wróciła do Wenecji.

– A dlaczego nie powie mi pan tego tutaj i skończylibyśmy raz na zawsze z tymi wszystkimi błazeństwami?

– Ponieważ pan nadal mi nie wierzy. Faktem jest, że pana córka znalazła coś, czego byłoby lepiej nie znajdywać. I teraz, z tego właśnie powodu, znalazła się w poważnym niebezpieczeństwie. I niestety, przy okazji na to samo naraziła również pana i pańską żonę.

– Chyba nie chce mi pan powiedzieć…

– Oczywiście, że Anita nie mogła o tym wiedzieć. Nikt z nas nie mógł. Nie myśleliśmy, że oni są ciągle tak… aktywni, po tylu latach.

– A teraz, do diabła, czy można wiedzieć, o kim pan mówi? – wybuchnął gniewnie pan Bloom, który znowu tracił cierpliwość

– Nazywają się Podpalacze. I są bardzo źli.

– Jasne, „źli”! Przypuszczam, że wy przeciwnie, jesteście „dobrzy”.

– Tak, właśnie. Widzę, że zaczyna pan rozumieć.

– No i posłuchajmy, co też takiego złego robią ci „źli”?

– Och, zwykłe rzeczy. Podpalają. Niszczą. Jak zawsze.

– Bardzo oryginalne.

– Ale skuteczne. Teraz widzi pan, panie Bloom, nie jestem upoważniony do tego, co robię, ale sądzę, że jednak to jest najsłuszniejsze. Sądzę też, że pan mógłby się okazać bardzo przydatny.

– Bardzo przydatny do czego?

– Ponieważ pracuje pan w banku. A traf chce, że ja mam pewne fundusze w gestii pańskiego banku.

– Doprawdy? I na czyje konto zapisane? Św. Mikołaja?

– Na konto Newton. To była moja córka.

– Mówi pan, fundusze nieruchomości Newton?... – spytał z niedowierzaniem pan Bloom.

– Właśnie.

Ojciec Anity zmienił nagle swój punkt widzenia na włóczęgę, którego miał przed sobą. Jeśli aż do tej pory myślał o nim jak o żebraku, pomylonym obdartusie, to po skojarzeniu go z funduszem Newton, zaczął go postrzegać jako miliardera – oryginała. Pod warunkiem, że był naprawdę tym, za kogo się podawał.

– Ogólnie biorąc… – ciągnął Black Wulkan – ja i moi przyjaciele byliśmy zawsze zdania, że nie należy za wiele mówić o naszych sprawach, ale wydaje się, że nadeszła pora, by otworzyć usta. Zdaję sobie sprawę, że pan za mną może nie nadążać, ale jeśli mi pan tylko zaufa, gwarantuję, że na koniec wszystko stanie się dla pana zrozumiałe. To tylko kwestia krótkiej, kilkugodzinnej podróży. Proszę mi wierzyć.

– Może mi pan przynajmniej zdradzić, dokąd się udamy?

– Do Kornwalii.

Pan Bloom aż podskoczył. – Do Kornwalii? Dopiero co tam byłem… z córką!

– Wiem. Poszliście pod dąb z haczykami, prawda?

– Jak pan powiedział?

– A potem, jak już do niego doszliście, pan został wylegiwać się na plaży, a pańska córka oddaliła się w swoich sprawach.

– Tak… wróciła bardzo późno. Bardzo się martwiłem. – Pan Bloom zaczął wyczuwać, że mógł być jakiś bliżej nie sprecyzowany związek między tą wycieczką a zniknięciem Anity. – To się stało tam, że…?

– Właśnie tak.

– Wiedziałem, że nie powinienem jej puszczać samej! Moja żona mi stale powtarza, że popełniam błąd, pozwalając córce na dużą swobodę. – Teraz pan Bloom wyglądał naprawdę na niepocieszonego i spuścił głowę, niezdolny do pojęcia tego, co się wydarzyło.

Ale Black Wulkan uznał, że nie pora na subtelności i uzupełnił obraz: – A propos pańskiej żony, również z nią jest problem.

– Ponieważ mówił pan, że ci…

– Podpalacze.

– Myśli pan, że mogą jej zagrażać?

– Prawdę mówiąc, myślę, że już są dla niej groźni. I że ją także mają pod obserwacją.

– Muszę do niej zadzwonić.

Black Wulkan pogładził się po brodzie.

– To dobry pomysł, tak. Niech jej pan zasugeruje, żeby tu przyjechała. Albo żeby dobrze zamknęła drzwi w domu i nikomu nie otwierała. Albo żeby wsiadła w jakikolwiek samolot. Ale musi ją pan uprzedzić, że zawsze będzie jej ktoś deptał po piętach. I że w związku z tym jest jedna rzecz podstawowa, której jej w żadnym wypadku zrobić nie wolno: próbować skontaktować się z córką.

– Proszę posłuchać, ostatnim razem, jak rozmawialiśmy – przerwał Wulkanowi pan Bloom – moja żona mi powiedziała, że zniknął również przyjaciel Anity. Chłopiec, który się nazywa Tommaso Ranieri chyba. Zna go pan?

– Nie. W każdym razie… nie ma co gadać. Krąg się zacieśnia.

– Ale czego chcą od nas te typy z parasolami?

– Głównie, żebyśmy milczeli – odparł Black Wulkan. – Paradoks polega na tym, że my też chcieliśmy milczeć. Niech pan sobie wyobrazi, że ja się wyniosłem aż na Bliski Wschód.

– A dlaczego pan wrócił?

– Zapomniałem kluczy od domu – uśmiechnął się Black Wulkan. A potem, patrząc na niebo gwałtownie ciemniejące, dodał: – Jeśli pan chce, to ma pan czas na ten telefon do żony. Potem ruszamy. Proszę pamiętać, że to może być pana ostatnia rozmowa. To nie żadna groźba, tyle tylko, że tam, dokąd się udajemy, komórki nie mają zasięgu. Nie ma też ani internetu, ani telewizji satelitarnej.

– A zatem raj na ziemi – odpowiedział pan Bloom z melancholijnym uśmiechem.

– Coś w tym rodzaju.

Pan Bloom szybko się odwrócił. Potem zatrzymał się nagle, jakby mu coś przyszło do głowy. – Proszę chwilkę zaczekać.

– Słucham.

– Na początku naszej niezwykle interesującej rozmowy powiedział mi pan, że pańskim zdaniem miałem kilka możliwości do wyboru. Ale w rzeczywistości zaproponował mi pan tylko jedną, to znaczy jazdę z panem. A jaka byłaby inna możliwość?

Black Wulkan wyciągnął z kieszeni małą manierkę. – Niech pan pociągnie dwa łyki tego – odpowiedział bez wahania. – Nazywają to „wodą wiecznej młodości”. Nazwa utrafiona, nie ma co. Przebudzi się pan za dwa dni, o niczym nie pamiętając i trochę młodszy, niż kiedy pan zasnął.

Pan Bloom nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać i ograniczył się tylko do kiwnięcia głową.

– Jasne, rzeczywiście, nazwa nader celna – powiedział machinalnie, jakby myślami był już gdzie indziej.

Potem wskazał bliżej nieokreślony punkt za sobą.

– Idę teraz zatelefonować.

– Proszę to zrobić szybko. Klio 1974 nie jest lokomotywą, która może długo czekać!