Księżniczka Amelia (Światowe Życie) - Annie West - ebook
Opis

Księżniczka Amelia chce pomóc swojemu czteroletniemu bratankowi Sebastianowi. Odkąd w wypadku zginęli jego rodzice, paparazzi nie ułatwiają dziecku odzyskania poczucia bezpieczeństwa. Amelia jedzie z Sebastianem do Grecji, do Lambisa Evangelosa, ojca chrzestnego chłopca. Czuje, że może liczyć tylko na niego. Chłopiec zawsze był nim zafascynowany O własnych uczuciach wobec Lambisa Amelia woli nie myśleć…

 

Druga część miniserii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 146

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Annie West

Księżniczka Amelia

Tłumaczenie:Izabela Siwek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Nic nie rozumiem.

Amelia odpoczęła chwilę i spróbowała jeszcze raz, starając się opanować szczękanie zębami. Temperatura spadła o kolejne kilka stopni.

– Kyrios Evangelos, parakalo. Czy mogę rozmawiać z panem Evangelosem?

Domofon zaskrzeczał i usłyszała serię greckich słów, wypowiadanych z szybkością strzałów padających z karabinu maszynowego. Nie miała najmniejszej szansy ich zrozumieć. Wykorzystała już cały niewielki zasób greckich słów, jakie znała.

Najwyraźniej kobieta znajdująca się w domu nie miała cierpliwości dla cudzoziemców. A może nie znała żadnego innego języka poza greckim. Amelia próbowała już mówić po francusku, angielsku, niemiecku, a w końcu nawet zadała swoje pytanie po hiszpańsku i rosyjsku.

Ale właściwie po co gospodyni, jeśli to była ona, miałaby mówić w jakimkolwiek innym języku poza greckim? Posiadłość znajdowała się wysoko w górach w północnej Grecji. Turyści kierowali się zwykle na plaże Morza Egejskiego lub do starożytnych ruin. Chyba tylko najbardziej śmiali i żądni przygód przybysze z innych krajów zapuszczali się tutaj, w te odludne, choć piękne, regiony. Albo też mocno zdesperowani.

Amelia nie była poszukiwaczką przygód, ale tu przyjechała, gdy pewne zrządzenie losu postawiło cały jej uporządkowany świat na głowie. A słowo „zdesperowana” wydawało się zbyt łagodne na określenie jej w tej sytuacji.

– Proszę. Parakalo – zaczęła znowu, kuląc ramiona przed lodowatym wiatrem, ale domofon milczał.

Spojrzała z niedowierzaniem na kamerę nadzorującą umieszczoną nad bramą. Kobieta, z którą rozmawiała, wyłączyła się na dobre, musiała ją jednak widzieć, trzęsącą się zimna przy wejściu. Amelia czuła oburzenie połączone z ciekawością. Nigdy przedtem nie została tak zupełnie zignorowana… odrzucona.

Właściwie nie była to prawda. Spotkała się już kiedyś z odrzuceniem ze strony człowieka, do którego tutaj przyszła. W grę wchodziło wtedy jej własne szczęście i przyjęła jego odmowę z gracją, jakiej uczyła się przez całe życie. Tym razem jednak, gdy chodziło o los Seba i jego niepewną przyszłość, nie zamierzała pogodzić się z odmową.

Zrobiła minę, którą jej ojciec nazywał niegdyś zawziętą. Ale jego nigdy nie potrafiła zadowolić, obojętnie, jak bardzo się starała, jak wiele obowiązków rodzinnych na siebie brała. Poza tym nie było go już na świecie, tak samo jak jej brata Michela i jego żony Irini.

Powstrzymała łzy napływające do oczu. Od chwili wypadku nie miała czasu na płacz. Oczekiwano, że będzie silna. To wydarzenie mogło ją załamać, gdyby od lat nie stanowiła podpory rodziny i wszystkich innych. Chodziło też nie tylko o żal po utracie bliskich, ale pewne skomplikowane następstwa, wynikające ze śmierci Michela.

Odetchnęła głęboko, postanawiając skupić się na tym, co pozytywne. Wciąż miała Seba. Rzuciła okiem na wynajęty samochód stojący przed masywną bramą. W środku panował bezruch. Chłopczyk prawdopodobnie wciąż spał. Podróż z St. Galli go wyczerpała. Podobnie jak ją. Chciała przyłożyć dłoń do bolącej głowy, ale się powstrzymała. Ktoś z pewnością obserwował ją przez kamerę z wnętrza domu. Przez całe życie uczyła się nie okazywać słabości. Jeśli Lambis Evangelos i jego pomocnicy myślą, że Amelia potulnie odejdzie, to się mylą. Na jej twarzy pojawił się wymuszony uśmiech. Nie mają pojęcia, do czego rozpacz może doprowadzić. Nie wiedzą, do czego Amelia jest zdolna.

Powoli podeszła do auta. Nie wzdrygnęła się nawet, gdy na twarz spadły jej pierwsze płatki śniegu. Chciała tylko zakończyć tę okropną podróż, która rozpoczęła się od potajemnej wycieczki do Aten jachtem przyjaciół, aby uniknąć paparazzich. Nękali ją na St. Galli, zmuszając do wymknięcia się w środku nocy. Podróż trwała długo, zatłoczone Ateny mocno dały im w kość, a gdy dotarli do biura firmy Evangelos Enterprises, natrafili na przeszkodę, ponieważ go tam nie zastali. Potem była jeszcze długa i wyczerpująca jazda na północ.

Dotarli tak daleko. Nie chciała wracać do domu pokonana. Toczyła grę o zbyt wielką stawkę. Otwarła tylne drzwi od samochodu i usiadła obok Seba. Na szczęście spał, zwinięty w kłębek, z pluszowym misiem pod głową. Jasne loki opadały mu na bladą twarz. Zdjęła kaszmirowy płaszcz i przykryła nim chłopca i siebie.

Znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Musiała wymyślić jakiś inny plan. Póki co jednak pozwoliła sobie na chwilę wytchnienia. Dziesięć minut odpoczynku, zanim opracuje inny sposób działania. Zamknęła oczy…

Obudziło ją pukanie w okno samochodu. Zapadł już mrok i zrobiło się jeszcze zimniej. Pukanie się powtórzyło, tym razem głośniejsze. Ujrzała przez boczną szybę cień przypominający wielkiego górskiego niedźwiedzia. Ogarnął ją nagły lęk.

Wtedy przebudziła się na dobre, przypominając sobie, w jak trudnym położeniu się znaleźli. Gdyby tylko mieli się przejmować dzikimi zwierzętami, nie byłoby jeszcze tak źle!

Położyła rękę na klamce i wtedy masywna postać na zewnątrz odsunęła się nieco, pozwalając jej wysiąść. Uderzył ją powiew lodowatego powietrza. Zamknęła szybko drzwi, żeby samochód się nie wyziębił. Wciąż padał śnieg.

Mężczyzna o sylwetce niedźwiedzia stał zaledwie kilka kroków dalej. Jego szerokie ramiona przynajmniej osłaniały ją nieco przed wiatrem. Miał proste czarne brwi, mocno zarysowany nos, wydatne kości policzkowe i szczękę przywołującą Amelii na myśl posągi z Akropolu. Usta pełne i kształtne, lecz minę posępną, idealnie pasującą do oczu tak szarych i srogich, jak góry widoczne za nim w oddali.

Nie usłyszała żadnego powitania ani propozycji pomocy.

Uniosła głowę, chcąc lepiej mu się przyjrzeć. Nie zamierzała dać się onieśmielić temu gniewnemu spojrzeniu bez względu na to, jak bardzo wolałaby podkulić ogon i znaleźć jakiś przytulny hotel w innym miejscu, gdzie mogłaby w samotności zwinąć się w kłębek i zasnąć.

Tu nie chodzi o ciebie, Amelio, powiedziała sobie.

To przypomnienie dodało jej sił. W życiu zawsze poświęcała się dla innych. Próby szukania szczęścia dla siebie zwykle kończyły się porażką.

– Kalimera. Dzień dobry.

Nie odpowiedział. Jedynie mięśnie na jego twarzy lekko drgnęły, ale sprawiał wrażeniem, jakby gdzieś w nim czaiła się złość. Wiatr rozwiewał mu włosy, czarne jak brwi. Jak to możliwe, że tak ponury człowiek przyspieszał bicie jej serca?

– Zastawiasz bramę – powiedział.

Powstrzymała się od ciętej riposty, wiedząc, że nie zdobędzie dzięki niej przyjaciół, i się uśmiechnęła. Był to szczególny uśmiech, którego nauczyła się już dawno, sprawdzający się w każdych okolicznościach.

– Owszem – odparła. – Ale mogę coś z tym zrobić, jeśli ją otworzysz.

Zaparkowanie auta w tym miejscu było jedynym sposobem zwrócenia na siebie uwagi. Lambis Evangelos i jego pracownicy nie mogli ani wjechać, ani wyjechać, gdy jej samochód stał przy bramie.

Nie zadał sobie nawet trudu, żeby pokręcić głową lub uczynić charakterystyczny dla Greków gest unoszenia podbródka, oznaczający odmowę. Stał tylko nieruchomo.

Ogarnęło ją znużenie i poczuła narastający gniew. Przebyła tak długą drogę, wciąż ukrywając się przed reporterami w obawie, że zostanie rozpoznana, a wszystko tylko po to, by spotkać się z takim przyjęciem. Irytacją człowieka, który miał wszystko gdzieś. Czyżby ta ostatnia rozpaczliwa próba szukania ratunku była skazana na niepowodzenie?

Coś błysnęło w jego głęboko osadzonych oczach, ale nadal się nie odzywał. Niech tak będzie, pomyślała. W przeciwieństwie do niego nie była odpowiednio ubrana na nietypową o tej porze roku burzę śnieżną. Na wyspie St. Galla na Morzu Śródziemnym panowała letnia pogoda. Ochłodzić miało się tam dopiero za kilka miesięcy, a śnieg padał rzadko.

Odwróciła się, żeby otworzyć tylne drzwi do samochodu.

– Co robisz? – spytał.

– Wracam do auta, skoro miłe powitanie nie wchodzi w grę. Tam przynajmniej jest ciepło.

– Zaczekaj. – Wyciągnął rękę i niemal dotknął Amelii. Nagle jednak zrezygnował z tego zamiaru, opuszczając dłoń.

To zabolało ją jeszcze bardziej niż wszystko inne. Nie chciała, żeby jej dotykał, ale ten drobny gest pozbawił ją skrupułów.

– Niby dlaczego? Czy masz mi do powiedzenia coś, co chciałabym usłyszeć?

Ku swojemu zdziwieniu dostrzegła, jak kącik jego posępnych ust drgnął lekko. Nie przypominało to uśmiechu, ale zawsze coś.

– Nie powinnaś być tutaj.

– To miejsce publiczne. Mam prawo tu parkować, czekając na wpuszczenie do środka.

– Nic tu dla ciebie nie ma – odparł powoli, wypowiadając wyraźnie każde słowo, co przypomniało jej o tym, że nie wyraża się w ojczystym języku.

– Nie przyjechałam tu dla siebie. – Ton jej głosu nie zdradzał udręki, jaką odczuwała. Była mistrzynią w ukrywaniu emocji. Czasem się zastanawiała, jak by to było, gdyby pozwoliła sobie na płacz, narzekania i uskarżanie się na okrutny los. To jednak nie było w jej stylu. Nie wiedziała dlaczego.

Uniósł pytająco brew.

– Przywiozłam bratanka.

Milczał. Czy umyślnie starał się wydawać nieprzenikniony, czy po prostu był nieczuły? Chyba nawet taki ponury mężczyzna, dający jej jasno do zrozumienia, że jest nieproszonym gościem, miałby odrobinę współczucia dla małego chłopca.

Powoli, jakby jej nie ufał, obawiając się, że nagle sforsuje wielką bramę, pochylił się i zajrzał do wnętrza samochodu. Gdy się wyprostował, wyraz jego twarzy się nie zmienił. Najwyraźniej obecność małego Seba nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Mieliby więc dalej stać w zamieci, bez szansy na to, że znajdą tu schronienie.

Może powinna się przyznać do porażki, uruchomić silnik, pojechać do najbliższej wioski i poszukać tam jakiejś kwatery. Pewnie wkrótce to zrobi. Ręce jednak trzęsły jej się za bardzo, by mogła teraz zjechać ze wzgórza krętą, śliską drogą. Wściekła na Lambisa i na samą siebie, otwarła tylne drzwi do auta, zamierzając wsiąść.

Palce Evangelosa natychmiast zacisnęły się na jej ramieniu jak imadło. Odwróciła się do niego i spojrzała mu wyzywająco w oczy.

– Nie dotykaj mnie.

– Bo co?

– Bo oskarżę cię o napad tak szybko, że ci głowa odpadnie. A jeśli myślisz, że blefuję, to wiedz, że jestem na granicy wytrzymałości.

– Nawet gdyby to miało przyciągnąć uwagę dziennikarzy?

Oczywiście wiedział, że dotarła tak daleko tylko dlatego, żeby uniknąć rozgłosu.

Zamknęła ostrożnie drzwi, odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy. Stał tak blisko, że zajmował jej osobistą przestrzeń. Gdyby nie zachowała czujności, onieśmieliłby ją swoją potężną posturą.

– Skoro wyczerpały mi się wszelkie opcje, to przestało mnie to obchodzić. – Uśmiechnęła się i tym razem dostrzegła w końcu cień wątpliwości na jego twarzy. Myślał, że łatwiej ją zastraszy. – Mogę nawet teraz ściągnąć tu paparazzich. Przed zapadnięciem nocy może się tu zjawić całe ich stado.

Lambis wciąż jeszcze nie połknął przynęty. Czekała. Po minucie nadal się nie poddał ani nie poruszył. Nawet gdyby złożyła oficjalną skargę lub sprowadziła przedstawicieli prasy, to i tak sama by na tym straciła. No i Seb. Byli zgubieni.

Ryzykowała, zmagając się z trudnościami zagrażającymi przyszłości Seba, i przegrywała. Czasu było coraz mniej. Kiedy Lambis ponownie spróbował chwycić ją za ramię, natychmiast go odtrąciła i skierowała się do drzwi od strony kierownicy.

– Dokąd się wybierasz?

Nie odpowiedziała. Chyba po raz pierwszy w życiu zignorowała bezpośrednio do niej skierowane pytanie. Chwyciła za klamkę. Nie mogli tu zostać. Jeśli chciała sprowadzić Seba bezpiecznie w dolinę, musiała wyjechać już teraz. Zatrzymało ją przekleństwo wypowiedziane przez Lambisa niskim i cichym głosem.

– Powiedz mi tylko, czego chcesz, księżniczko.

Nie wzdrygnęła się na ton, jakim wypowiedział jej tytuł. Tak jakby byli sobie obcy. Ani też się nie odwróciła. Nie chciała spojrzeć w stalowe oczy Lambisa Evangelosa, człowieka, który kiedyś rozwiał jej marzenia, a teraz trzymał w twardej dłoni los małego Seba.

– Ciebie. – Miała tak ściśnięte gardło, że zabrzmiało to jak szept. – Chcę ciebie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jej słowa nie mogły przynieść żadnego skutku. Po prostu chciała go zaskoczyć. Gdzie byli ci jej urzędnicy i paparazzi? A przede wszystkim, po co miałby być jej potrzebny? Nie miała tu czego szukać. Wyraził to jasno przed trzema laty. Miała swoją godność. Nie zamierzała nadal się za nim uganiać. Spojrzał na nią z grymasem niezadowolenia. Nie lubił wracać do przeszłości.

– Musisz wyrazić to konkretniej – odparł. – Czego chcesz ode mnie?

Przyglądał się jej szczupłej postaci, gdy powoli odwracała się do niego. Całe jej ciało drżało od podmuchów zimnego wiatru, choć zdawała się nie zwracać na to uwagi. Była ubrana w jasne spodnie i cienki, dopasowany sweter, które z pewnością nie chroniły jej przed chłodem. Miał ochotę zdjąć z siebie płaszcz i ją okryć. Powstrzymał się jednak. Lepiej zawieść jej nadzieje od razu, żeby szybko odjechała, niż pozwolić wierzyć, że ma szansę tu zostać.

– Seb cię potrzebuje. Wiedziałbyś o tym, gdybyś zadał sobie trud i odczytywał wiadomości ode mnie.

Nie otwierał ich nawet. Przyjazd na St. Gallę na pogrzeb okazał się dla niego trudniejszy, niż się spodziewał. Nie chciał, by cokolwiek przypominało mu o tej tragedii oraz jego własnej winie. I o Amelii.

– Seb? – Po co miałby być potrzebny chłopcu?

– Chyba nie zapomniałeś o swoim chrześniaku?

Dostrzegł ruch wewnątrz auta. Jakby na sygnał na tylnej bocznej szybie pojawiła się drobna i blada dłoń, a obok smutna twarzyczka dziecka z jasnymi, potarganymi od snu włosami.

Lambis przykucnął obok drzwi. Wielkie oczy chłopca patrzyły na niego nieruchomo. Były jeszcze bardziej smutne od oczu ciotki, jakby malec nigdy nie zaznał w życiu radości. Żaden czterolatek nie powinien tak wyglądać. Ale być może w tych okolicznościach było to nieuniknione.

– Cześć, Sebastianie. Jak się masz? – Lambis wygiął usta w coś na kształt uśmiechu.

Udręczone oczy chłopca patrzyły przez szybę. Nie odezwał się ani słowem, a jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.

Kiedy Lambis spoglądał wcześniej na Amelię, a teraz na Seba, przypomniał sobie nagle inny śnieżny dzień w tych górach. Dzień, który pozbawił go wszelkiego ciepła, stłumionego przez katastrofalny podmuch lodowatej rzeczywistości. Sięgnął do drzwi, chcąc koniecznie ujrzeć na drobnej twarzyczce uśmiech, świadczący o tym, że chłopiec go rozpoznaje.

– Nie rób tego!

Stanęła przed nim nagle, blokując dostęp do drzwi. Ujrzał przed oczami wąską talię i pełne piersi pod cienkim wełnianym sweterkiem. Wciąż przecież był mężczyzną i od dawna nie miał kobiety. Przez mroźny zapach gęstniejącego śniegu wyczuł woń jaśminowych perfum, które zawsze kojarzyły mu się z Amelią i słonecznymi dniami na St. Galli. Pamiętał, jak ciągnęło ich wtedy do siebie, jak trudno mu było ją zostawić.

– Dlaczego?

Jego wzrok powędrował niżej, w stronę jej obcisłych spodni. Lambis podniósł się nagle, wkładając ręce do kieszeni.

– Dlatego, że się pomyliłam. Myślałam, że nam pomożesz. Ostatnia rzecz, jakiej on potrzebuje, to przelotny kontakt z człowiekiem udającym przyjaciela, który zamyka nam swoje drzwi przed nosem. Zwłaszcza w taką pogodę. A więc odsuń się, to łatwiej nam będzie wyjechać.

Tym razem nie blefowała. Powinien odczuć ulgę. Nie miał czasu ani ochoty radzić sobie z tym problemem. Kierował międzynarodową firmą, miał zobowiązania wobec różnych ludzi. Nie chciał tutaj Amelii, burzącej mu spokój umysłu, zakłócającej dotychczasowy tryb życia.

Nie poruszył się jednak. Bez względu na to, w jakim kłopocie się znaleźli, nie potrafił mu zaradzić. Znał swoje ograniczenia. W jego zawodzie trzeba było znać własne, a także innych, słabe i mocne strony. Jednakże niepokój, jaki wzbudziła w nim twarz Sebastiana, wprawił go w konsternację. Śnieg zaskrzypiał mu pod butami, kiedy się odwrócił. Brama była wysoka, zaprojektowana tak, by chronić dom przed światem, ale otwarła się na jedno kliknięcie elektronicznego pilota.

– Wjedź pierwsza. Pojadę za tobą swoim samochodem.

Amelia trzymała mocno kierownicę, jadąc powoli okrytą białym puchem drogą prowadzącą do posiadłości.

– Czy to nie wspaniały widok, Seb? Zobacz: śnieg!

Głos jej drżał, ale wątpiła, czy bratanek to zauważył. Widziała we wstecznym lusterku, jak chłopiec spogląda przez okno z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Czy chociaż trochę ucieszył się na widok śniegu i Lambisa, którego kiedyś jak szczeniak nie odstępował na krok? Nie mogła uwierzyć, że Evangelos ich wpuścił. Gdyby chodziło o nią samą, już dawno pojechałaby do wioski w dolinie. Nie chciał jej tutaj. Nigdy jej nie chciał.

Widok budynku mocno ją zaskoczył. Spodziewała się czegoś eleganckiego, surowego i bezosobowego, jak sam Lambis, ujrzała natomiast czarujący, tradycyjny dwupiętrowy góralski dom z parterowymi ścianami z kamienia i pięknie dekorowanymi drewnianymi balkonami. Co prawda dość spory, ale wyglądający tak, jakby stał tu od lat, otoczony z trzech stron górami. Zatrzymała samochód, mając wrażenie, że pomyliła drogę. Czy to był dom bogatego Evangelosa? Niezależnego człowieka, unikającego wszelkich sentymentów?

Wciąż wpatrywała się w budynek, gdy nagle drzwi auta się otwarły. Zjawił się więc i on sam, właściciel posiadłości ze srogim wyrazem twarzy. Wiatr zmierzwił mu czarne włosy. Ciekawe, jak wygląda, gdy jest zrelaksowany? Kiedyś, dawno temu, poznała go z innej strony, gdy przyjeżdżał do jej bratowej, Irini, z którą przyjaźnił się jak brat z siostrą. Od czasu do czasu trochę tej czułości, jaką miał dla Irini, wydostawało się na zewnątrz w ilości wystarczającej do tego, by skradł serce każdej kobiety. Zwłaszcza takiej, która od dawna była samotna.

Amelia zamrugała powiekami, zbierając się w sobie. Nie spała od czterdziestu ośmiu godzin i jej myśli dryfowały.

– Potrzebujecie pomocy?

Pokręciła głową.

– Nie, wszystko z nami w porządku, prawda, Seb?

Zerknęła w tylne lusterko na bratanka. Czy był podekscytowany? A może wystraszony?

– Amelio?

Głos Lambisa nadal potrafił wzbudzać w niej pragnienie. Myślała już, że jej to przeszło. A może przywidziało jej się ze zmęczenia?

– Mógłbyś wziąć bagaże? – Uśmiechnęła się do niego uprzejmie, tak jak potrafiła się uśmiechać do znudzonych dyplomatów lub gburowatych przemysłowców.

Przez chwilę patrzył jej w oczy i zastanawiała się, jak dużo może odczytać z jej twarzy. Potem skinął tylko głową i znikł. Owinęła Seba w ciepłe ubrania i poprowadziła w stronę domu. Nie zareagował nawet na świeży śnieg skrzypiący pod nogami. Poczuła ucisk w sercu. Gdzie podział się ten mały chłopiec, którego kochała od blisko pięciu lat? Jeszcze rok temu skakałby z radości, chcąc koniecznie zobaczyć, co to za nieznany biały puch. Musiała znaleźć jakiś sposób, żeby mu pomóc.

Krzepka kobieta o siwych włosach z zaciekawioną miną otworzyła im drzwi. Pewnie ta sama, która rozłączyła domofon, gdy Amelia prosiła o wpuszczenie jej do środka. Teraz jednak, widząc małego Seba, powitała ich serdecznym uśmiechem.

– To Anna, moja gospodyni – przedstawił ją Lambis i powiedział do gosposi kilka słów po grecku, wśród których Amelia usłyszała własne oraz Sebastiana imię. Anna drgnęła, po czym pochyliła głowę w kurtuazyjnym ukłonie.

– Och nie, proszę – zaprotestowała Amelia. – To niepotrzebne. – Odwróciła się w stronę Lambisa. – Nie trzeba było jej mówić, kim jestem.

– Za bardzo ją szanuję, żeby kłamać.

– Nie chodzi o okłamywanie, tylko o to, żeby ujawniać tylko tyle, ile trzeba.

Przypomniała sobie tłumy dziennikarzy przed bramami pałacu na St. Galli i teleobiektywy wycelowane w okna i ogród. Koniecznie chcieli sfotografować pogrążoną w żałobie księżniczkę i małego królewicza, jak nazywali Seba. Próbowali nawet przekupić służbę pałacową.

– Czy możesz zagwarantować, że twoi ludzie nie powiedzą nikomu, że tu jesteśmy?

– Przyjechałaś bez zaproszenia, domagając się, żeby cię wpuścić. Musisz liczyć się z konsekwencjami.

Czy Lambis naprawdę wydałby ich na pastwę dziennikarzy? Nie wierzyła w to. Kiedyś myślała, że zna go dostatecznie dobrze, by powierzyć mu życie. Ale teraz w grę wchodził los Seba.

– Proszę, odpowiedz na moje pytanie.

– Już odpowiedziałem.

Anna spytała o coś i odparł tak lekceważąco i obcesowo, że Seb aż oparł się o Amelię, przyciskając do piersi pluszowego misia. Położyła mu dłoń na ramieniu.

Nie miało znaczenia, co myślała kiedyś o Lambisie: że potrafi być wrażliwy, a Irini, jej bratowa, uważała go za najlepszego człowieka pod słońcem, oczywiście zaraz po jej ukochanym Michelu. Nie liczyło się też to, że miał opinię osoby prawej i uczciwej.

Nie mogła ryzykować, mając pod opieką Seba. Potrzebował ciszy i spokoju, a nie tłumu paparazzich u progu. Myślała, że będą u Lambisa bezpieczni. Był dyrektorem naczelnym najlepszej na świecie międzynarodowej firmy ochroniarskiej. Przypuszczała, że jego prywatna posesja jest jeszcze lepiej chroniona niż królewski pałac na St. Galli. Nie mogła narażać się na to, że będzie musiała uciekać z Sebem przed tłumem reporterów. Pogładziła go po włosach.

– Przepraszam, mój zajączku. Chyba popełniłam błąd, przywożąc cię tutaj…

– Bzdura! Nie zjedziesz już dzisiaj w dolinę – wtrącił Lambis.

Seb się wzdrygnął, przytulając twarz do nogi Amelii. Stała nieruchomo, zaskoczona jego pierwszym od tygodni przejawem emocji.

– Nie denerwuj się, mon lapin. Wszystko będzie dobrze.

– Sebastianie? – Lambis przykucnął przed chłopcem, ale go nie dotykał. – Przepraszam. Nie chciałem cię wystraszyć. Wcale się nie złoszczę. Cieszę się, że jesteś tu z ciocią.

Kłamca. Był przecież wściekły, ale patrzył na chłopca z obawą, jakby stał przed jakąś bestią. Gdyby nie znajdowali się w tak okropnej sytuacji, Amelia niemal wybuchłaby śmiechem na widok potężnego Evangelosa, szefa najlepszych ochroniarzy, pilnujących ważnych osobistości w najbardziej niebezpiecznych miejscach na świecie, obawiającego się dziecka.

– Seb? – Uklękła, obejmując chłopca mocno. – Nie bój się, kochanie. Lambis nas nie skrzywdzi. Obiecał… że będzie nas chronił. Wiesz o tym?

Malec milczał.

– Zaraz dostaniemy coś do jedzenia – podjęła – a potem będziesz miał czas dla pana Bernharda…

– Bernharda? – Lambis spojrzał na nią pytająco

Nie odpowiedziała. Przecież można się było zorientować, że Bernhard to pluszowy miś.

– Chyba jest śpiący. To pora, kiedy zwykle kładzie się do łóżka. Chodź, mój zajączku. Chodź do cioci Lili.

Wzięła Seba na ręce, ignorując próbę Lambisa, by jej pomoc. Czyżby myślał, że Amelia nie potrafi się zająć osieroconym bratankiem? A niby kto był przy Sebie przez całe długie noce i dnie po śmierci Michela i Irini?

Lambis jednak najwyraźniej nie życzył sobie gości. A tak bardzo chciała, żeby zmienił zdanie. Ledwo trzymała się na nogach. Nagle ktoś dotknął jej ramienia. Była to gosposia, Anna, z zatroskaną miną.

– Ela. Parakalo, ela – powiedziała.

Chodź, proszę. Tyle Amelia potrafiła zrozumieć z greckiego. Wahała się zaledwie sekundę. To nie była pora na dumę. Podziękowała gospodyni. A więc mieli tutaj zostać, przynajmniej na najbliższą noc. Jedynie czas pokaże, czy znajdą tu bezpieczną przystań i pomoc, jakiej potrzebują.

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: The Greek’s Forbidden Princess

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2017

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2017 by Annie West

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2019

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie Ekstra są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 9788327644183

Konwersja do formatu EPUB: Legimi S.A.