Greckie wesele (Światowe Życie) - Annie West - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Alice Trehearn wymyka się z wesela przyjaciółki, by uniknąć spotkania z nielubianym znajomym. W windzie spotyka właściciela hotelu, Adoniego Petrakisa. Adoni nigdy dotąd nie spotkał tak bezpośredniej i zabawnej kobiety. Zauroczony zaprasza ją do swojego apartamentu, by tam się ukryła przed natrętem. Z każdą chwilą ma coraz większą ochotę zatrzymać ją na dłużej…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 152

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Annie West

Greckie wesele

Tłumaczenie:Filip Bobociński

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Adoni Petrakis przyglądał się tłumowi wypełniającemu salę balową jego renomowanego hotelu w Londynie. Z początku goście weselni okazywali najlepsze maniery, częściowo z powodu wrażenia, jakie na nich wywarło imponujące wnętrze. Oniemiałe z zachwytu twarze podziwiały strzelistą, zabytkową szklaną kopułę dachu, niedawno odnowione, ręcznie wykonane żyrandole oraz pozostałe eleganckie elementy wnętrza.

Obecnie jednak salą wstrząsał nieprzerwany rechot. Spowinowaceni z jego przyjacielem Angole zatracili się w hulaszczej atmosferze.

Adoni rzucił spojrzenie w kierunku Lea i jego świeżo upieczonej małżonki. Uwolnieni ze strojów, w których poszli do kościoła, i otoczeni szpalerem drużbów, bawili się w jakąś weselną zabawę polegającą głównie na piciu. Nieopodal stało stadko druhen w pofałdowanych sukniach w różnych kolorach żółci: od jasnocytrynowej, po wściekle musztardową barwę. Pod wpływem rżącego śmiechu jednej z nich Adoniemu przeszły dreszcze po plecach.

Teraz, gdy załatwiono wszelkie formalności, pokrojono tort, zrobiono zdjęcia i wzniesiono toasty, mógł stąd wreszcie prysnąć. Zrobił swoje: udostępnił Leowi salę, pojawił się na ślubie, nawet zatańczył z panną młodą.

Poruszył odrętwiałym ramieniem. To był męczący miesiąc. Nie miał co prawda ochoty jeszcze kłaść się spać, ale nie zamierzał pozostać na tym coraz bardziej schamiałym przyjęciu. Weselnicy nie mieli zbyt wiele wspólnego z kimś takim jak on: człowiekiem, który poświęcił życie prowadzeniu biznesu.

Gdyby natrafił tu na atrakcyjną kobietę, zaprosiłby ją do swojego apartamentu. Wszystkie wolne ślicznotki patrzyły jednak na niego jak na skarbonkę bez dna. Swoje już wycierpiał w kontaktach z takimi dziewczynami.

Przemierzył szybko salę, pożegnał się z nowożeńcami i wyszedł.

Nie znalazł sobie towarzystwa na dzisiejszy wieczór, przyjrzy się zatem nowej umowie.

Był niespokojny, myśli kłębiły mu się dookoła młodej pary, ich przysięgi małżeńskiej oraz jego własnego, w pośpiechu odwoływanego wesela sprzed paru lat. Zacisnął usta.

Uczucie, którym darzył Chryssę, już dawno wygasło – tego był pewien. Jednak przez cały wieczór wracał myślami do czasów, gdy wierzył w miłość, a życie zdawało mu się proste.

To było tak dawno.

Wystukał kod do drzwi prywatnej windy prowadzącej wprost do apartamentu właściciela hotelu. Drzwi otworzyły się, po czym wkroczył do kabiny. Kilka sekund później do środka wdarła się nieznana, przyobleczona w satynę postać i zderzyła się z nim gwałtownie. Zapach jej spreju do włosów był tak ostry, że aż kichnął.

– Przepraszam, uderzyłam cię? – wyszeptała głuchym głosem tuż przy jego brodzie. – Proszę, nie wydaj mnie! – Zamiast się cofnąć, dziewczyna zbliżyła się jeszcze bardziej. Biodrem otarła się o jego udo, dłoń zacisnęła mu na rękawie.

– Nie wydać cię? Komu?

– Proszę. Usłyszy nas! – Pobladłą dłonią sięgnęła ku panelowi windy i nacisnęła przycisk zamykający drzwi. Zaraz po tym puściła go i skuliła się w rogu.

– Nic ci nie jest? – spytał ostrym głosem. Włosy zasłaniały jej twarz, ale napięte mięśnie ramion i szalejące tętno pulsujące na jej szyi zdradzały przerażenie. – Ktoś cię skrzywdził?

– Skrzywdził? – Pokręciła przecząco głową. Odsunęła się od ściany, lekko się chwiejąc. – Nie, choć jestem pewna, że udusiłby mnie, gdyby tylko mógł. Nienawidzi mnie, a do tego jest bezlitosną gnidą. – Nagle zakryła usta dłonią i podniosła wzrok. Jej rozkojarzone spojrzenie szaroniebieskich oczu spotkało jego wzrok. Miała całkiem ładne oczy, efekt rujnowały ogromne ilości zbyt jaskrawego lazurowego cienia do powiek i doczepione olbrzymie sztuczne rzęsy. Wyglądała jak wypłoszona ladacznica.

– Nie zamierzałam tego powiedzieć na głos! – Spojrzała na niego podejrzliwie, jakby to on zachęcił ją do tego wyznania.

– To chyba jeden z tych typów, od których lepiej trzymać się z daleka.

– Och, zdecydowanie! – Pokiwała gwałtownie głową, wypełniając powietrze żrącą wonią lakieru. Była młodziutka. Miała osiemnaście, góra dwadzieścia lat. Ten komiczny makijaż miał jej chyba pomóc uchodzić za starszą. – Gdybym wiedziała, że tu będzie, nigdy bym nie przystała na propozycję Emily. Ostrożności nigdy nie za wiele.

– Emily? – Adoni skrzyżował ramiona na piersi, po czym oparł się o ścianę windy, wyraźnie zaintrygowany. Nie potrafił powiedzieć, czym go zaciekawiła ta nieatrakcyjna dziewczyna. Z drugiej strony, nigdzie mu się nie spieszyło. W apartamencie czekały na niego tylko praca i dobra brandy.

– No, panna młoda. – Wykrzywiła się zaskoczona. – Nie byłeś na weselu? Wydawało mi się, że widziałam cię po drugiej stronie sali, stałeś sam, pochmurny i markotny.

Przyjrzała mu się bliżej. Gdzieś pod intensywną wonią lakieru wyczuł nutę innego zapachu, czegoś delikatnego.

Ponownie się zachwiała.

– Jestem pewna, że to byłeś ty. Durne siostrzyczki paplały o tobie jak potłuczone. Nawzajem się zachęcały, żeby poprosić cię do tańca.

– Siostrzyczki?

– A, inne druhny.

– Ach. – Nic dziwnego, że wydawała mu się znajoma. To była ta druhna, która siedziała przy samym końcu stołu, ta w ciemnożółtej sukience w zielone grochy, która sprawiała wrażenie, jakby dziewczyna miała nudności. Może zresztą faktycznie ją mdliło.

– Niedobrze się czujesz?

– Tylko od tamtego towarzystwa. – Ponownie, zakryła usta dłonią, jakby powiedziała za wiele.

Adoni patrzył zafascynowany, jak ta zamrugała i wyprostowała się. Czubkiem głowy sięgała mu do wysokości ust.

– To przez szampana – mruknęła. Opadły jej ramiona. – Kto by pomyślał? Wypiłam tylko dwa kieliszki. Czy tyle wystarczy? – Przechyliła głowę. Wpatrywała się w niego, wyczekując odpowiedzi.

– Wystarczy do czego? – Adoni powstrzymał uśmiech.

– Do tego, bym się zrobiła taka krasomowo… – Zmarszczyła brwi, wyraźnie próbowała się skoncentrować. – Gadatliwa. Zwykle myślę, zanim coś powiem. Zawsze.

– To zależy, od tego, ile zwykle pijesz.

– Nie piję. Dziś po raz pierwszy piłam szampana.

– W takim razie, owszem, tyle wystarczy. – Zdał sobie sprawę, że jej przyjaciele pewnie zaraz zaczną jej szukać. – Czy to nie pora, żebyś wróciła na wesele?

Zadrżała i pochwyciła jego rękaw.

– Nie! Nie dopóki on tam jest! – Spojrzała na panel kontrolny windy. – Dlaczego nie jedziemy? – Uderzyła w przycisk wskazujący na górę. – Przepraszam, mam nadzieję, że chciałeś jechać do góry. Pojadę dokądkolwiek, byle być daleko od niego.

– Od gnidy?

– Tak! Skąd wiedziałeś? – Szeroki uśmiech wypełzł na jej twarz. Widok ten uderzył go mocno jak cios w splot słoneczny. Gdy się uśmiechnęła, zauważył coś, czego nawet gruba tapeta jej makijażu nie mogła ukryć. – Mroczny i chmurny, a do tego spryciarz! Lubię cię, panie, jak ci tam na imię?

– Petrakis. Adoni Petrakis.

– Adoni? – Spojrzała zdumiona.

Przytaknął. Spodziewał się wybuchu entuzjazmu. Nigdy co prawda nie miał problemów z kobietami, ale od kiedy zdobył majątek, nie mógł się opędzić od zainteresowania.

– Jak Adonis?

– To greckie imię.

– Oczywiście, że greckie, po prostu zupełnie do ciebie nie pasuje. – Zmrużyła oczy i skoncentrowana złożyła usta w dziubek, co wyglądało zaskakująco seksownie pomimo jaskrawej koralowej szminki niepasującej do jej bladej skóry. – Nie wyglądasz mi na Adonisa.

Adoni wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. Ze strony płci pięknej przyzwyczaił się do pochlebstw, nie wyrazów rozczarowania.

– Wiesz, kim był Adonis?

Lekceważąco machnęła ręką, jakby była zła, że przerwał jej ważny proces myślowy.

– W mitologii greckiej był nieziemsko przystojnym młodzieńcem kochanym przez Afrodytę i zabitym przez dzika. – Przygryzła wargę. – A może to był ktoś inny. Nie pamiętam. Tak czy siak, żaden z ciebie Adonis.

Nie był w stanie dłużej powstrzymywać uśmiechu.

– Nie jestem dość śliczny?

Ponownie machnęła ręką.

– Nikt nie nazwałby cię ślicznym – oświadczyła z całkowitą pewnością w głosie. – Jesteś przystojny, owszem, ale w twardym, groźnym stylu. No i te twoje straszliwe brwi. – Sięgnęła dłonią ku jego twarzy, lecz zatrzymała rękę, zanim go dotknęła. – Jesteś raczej jak Ares, bóg wojny. Seksowny, choć brutal.

Drzwi się otworzyły. Dziewczyna odwróciła się ku nim, a Adoni starał się przetrawić to, co usłyszał: to miał być komplement czy zniewaga?

– Uuuu, ładnie tu. – Wyszła z windy do foyer jego prywatnego apartamentu i zajrzała przez otwarte drzwi do ogromnego salonu. – Czy myślisz, że mogłabym tu zostać do czasu, aż on sobie pójdzie?

Zrobiła krok do przodu i potknęła się o ręcznie wykonany dywan. Zamachała rękami w poszukiwaniu równowagi. Adoni rzucił się ku niej i przytrzymał ją za ramię. Skórę miała chłodną i gładką jak jedwab.

– Jesteś pewna, że wypiłaś tylko dwie lampki szampana?

Uwiesiła się na nim, jedną rękę opierając na jego piersi.

– Całkowicie. Ale chyba mam już dość. Czuję się nieco… dziwnie. – Zamrugała i spojrzała na niego mglistym wzrokiem. – A czy ty uważasz, że zachowuję się dziwnie?

Uważał, że pod tą okropną tapetą i szkaradną sukienką ukrywała się młoda, zaskakująco atrakcyjna kobieta. Do tego była bezbronna.

– Przyjaciele pewnie cię szukają.

Pokręciła przecząco głową.

– Ani to przyjaciele, ani mnie szukają. Nikogo tu nie znam prócz Emily; jest moją kuzynką. Znam też jej rodziców, ale oni nie mają teraz dla mnie czasu. Nigdy nie mieli. Zostałam tu zaciągnięta, bo druhna numer siedem w ostatniej chwili nawaliła. A, tak – jeszcze gnida. Jego też znam. – Wykrzywiła się. – Nie chcę go spotkać. Nie mogłabym tu po cichutku przeczekać? Normalnie bym się wykradła i złapała pociąg do domu, ale jakoś chwieję się na nogach.

Adoni przyjrzał jej się uważnie. Było jasne, że nie może jej samej pozwolić wracać do domu.

– Zgoda, możesz zostać. Poczekaj tutaj, a ja zrobię nam kawę.

– Pysznie! Nigdy nie myślałam, że Ares może być tak dobrze ułożony. Zawsze myślałam, że jest porywczy i niszczycielski jak pożar.

Szeroko uśmiechnięta, rozpromieniła się. Ku swemu wielkiemu zaskoczeniu Adoni przyłapał się na tym, że odpowiedział uśmiechem na jej uśmiech. Bredziła, ale jej poczucie humoru do niego trafiało, tak jak to, że zachowywała się przy nim swobodnie.

– Mogłabym skorzystać z łazienki?

– Oczywiście. Idź korytarzem, drzwi po lewej stronie.

Gdy wrócił, nie było jej w salonie. Położył na stole tacę z kawą i kruchym ciastem. Powtarzał sobie, że był głupcem, wpuszczając ją do siebie. Nic o niej nie wiedział, poza nietolerancją szampana i zaskakującą znajomością greckiej mitologii. Nie miał nawet pojęcia, jak ma na imię.

Pełen obaw wyszedł z pokoju.

– Wszystko w porządku? – zapytał, zastukawszy w drzwi do łazienki.

– Przepraszam, zaraz wyjdę.

– Niedobrze ci? – dopytał. Wydawała mu się wstawiona, nie kompletnie pijana, ale może się pomylił w ocenie jej stanu.

– Nie, po prostu mi lepko.

Zmarszczył brwi. Lepko? Co to miało w ogóle znaczyć?

Drzwi się otworzyły. Wyszła z łazienki. Wyglądała zupełnie inaczej. Była wyraźnie niższa, swoje szpilki niosła w dłoni.

– Wzięłam prysznic. Od razu lepiej się poczułam. Zrobiła krok do przodu i potknęła się o swoją długą suknię, padając wprost w jego ramiona. Odruchowo ją złapał, ale zdążyła się z nim zderzyć. Poczuł dotyk jej miękkich piersi na swym torsie, gdy oparła się o niego swą szczupłą figurą.

– Ups, przepraszam – powiedziała, po czym odsunęła się z niewyraźnym uśmiechem. – Suknia jest za długa. Uszyto ją dla kogoś innego.

– Kogoś na szpilkach – mruknął. Próbował odpędzić od siebie myśli o jej smukłym ciele.

– Ach – przytaknęła. – To by wiele wyjaśniało. – Poruszyła nozdrzami. – Czy czuję właśnie kawę?

Zanim zdążył potwierdzić, chwyciła fałdy sukni, po czym zadarła ją tak wysoko, że zdążył ujrzeć kusząco zgrabne nagie nogi, zanim się odwróciła i – podpierając się ręką o ścianę – udała się do salonu.

Adoni ociągał się z pójściem w jej ślady. Był oszołomiony własną reakcją na widok kobiety, która wyszła właśnie z jego łazienki. Zniknęły gruba tapeta i sztuczne rzęsy, ujawniała się kremowo-brzoskwiniowa cera pasująca do ciemnoniebieskich oczu. Miała twarz w kształcie serca oraz różowe usta wygięte w zmysłowym uśmiechu.

Zniknęła też przesadnie usztywniona, kręcona fryzura, przeplatana musztardową wstążką. Zamiast tego jej ciemne proste włosy spływały na ramiona. Były nadal mokre. Woda skapywała na jej sukienkę, a przemoczony materiał przylegał do ciała.

Patrzył, jak opadła na sofę. Światło lampy podkreślało kontur jej piersi zakrytych wilgotną tkaniną. Na jej widok poczuł rozlewające się po ciele ciepło.

Zmarszczył brwi. Nie miał nigdy problemów z odczuwaniem pożądania, ale tak gwałtowne reakcje zdarzały mu się rzadko. A ona przecież nawet go nie uwodziła.

Czy aby na pewno?

W przeszłości spotkał kilka podstępnych kobiet, które zadały sobie wiele trudu, by zastawić na niego sidła. Instynkt jednak podpowiadał mu, że ona do nich nie należała.

– Jak ci na imię? – Zabrzmiał niemal opryskliwie, choć nie zwróciła na to uwagi.

– Alice. Alice Trehearn. – Obejrzała się w jego stronę. Widok linii jej szyi, konturu podbródka i łuku uśmiechniętych ust zalał go falą palącego ognia. – Nie marszcz brwi. Choć muszę przyznać, że wyglądasz całkiem seksownie, gdy to robisz, styl macho i… – urwała i zacisnęła oczy. – Przypomnij mi, bym już nigdy nie piła szampana.

Wbrew swoim zwyczajom Adoni się zaśmiał. Rozmowa z kobietą, która mówiła dokładnie to, co myślała, była zaskakująco odświeżająca.

– Ile masz lat, Alice? – Nagle stało się to dla niego niezwykle istotne.

– W przyszłym tygodniu kończę dwadzieścia trzy lata. – Odwróciła się i nalała sobie mleka do kawy. – A ty, ile masz lat?

Ulżyło mu. Przez jej nonszalanckie zachowanie obawiał się, że jest dużo młodsza.

– Trzydzieści jeden. – Dzieliło ich całe życie, gdyby mierzyć to doświadczeniem życiowym. Zszokowany odkrył, że nie pomniejsza to jego zainteresowania. Przeciwnie, poczuł, że spodnie robią mu się za ciasne, gdy usiadł naprzeciwko niej.

– Wyglądasz na więcej – rzuciła. Przechyliła głowę, nie spuszczając z niego wzroku. – Poza chwilami, w których się uśmiechasz. Powinieneś się częściej uśmiechać. – Ostrożnie odstawiła dzbanuszek z mlekiem na stół.

Wykrzywił kąciki ust. Czy naprawdę wolał szczerość?

Tak. Zdecydowanie tak.

– Wydawało mi się, że lubisz, gdy jestem… no wiesz, pochmurny i markotny.

– Och, ależ tak! – Nagle urwała. Siedziała z lekko rozchylonymi ustami, jakby powoli do niej dochodziło, co powiedziała. Skupiła się potem na kubku kawy, ostrożnie pociągnęła łyk. – Ale gdy się uśmiechasz, nieco mniej przypominasz apodyktycznego greckiego boga.

– Aresa?

Pokiwała głową.

– Tak – zamilkła. Po chwili dodała: – Albo tego ciskającego piorunami.

– Zeusa? – Naprawdę był taki straszliwy? Adoni zawsze postrzegał siebie samego jako opanowanego i skoncentrowanego na celu. Nie trawił głupców w biznesie i łowczyń majątku w życiu osobistym.

– Tak, dokładnie. – Zmarszczyła brwi. – Choć zawsze prezentują go z brodą, a ty jej nie masz.

Powstrzymał uśmiech.

– Mógłbym ją zapuścić.

– Nie rób tego. – Pokręciła głową. – Masz niezły podbródek, szkoda by go zakrywać. Co prawda nadaje ci zacięty wyraz twarzy, ale i tak wygląda nieźle. – Pociągnęła kolejny łyk kawy, po czym uśmiechnęła się blado.

– Dzięki, twój też. – Niezbyt elokwentna odpowiedź, ale nie mógł sformułować innej, bo całą jego uwagę przykuwały jej wydatne usta.

Pochylił się i sięgnął po kubek. Zachłannie łykał gorącą kawę. Gdy opuścił naczynie, dostrzegł, że dziewczyna gapi się na niego. Miała lekko rozchylone wargi i szybki oddech.

– Wszystko w porządku? – Nienagannie udał, że nie rozpoznał w jej reakcji kobiecego zainteresowania. Puls mu przyspieszał, gdy patrzył na jej delikatne rysy i szczupłe ciało.

– W porządku. Po prostu wyglądasz bardzo…

Może zaczęła już trzeźwieć, bo postanowiła przemyśleć, co za chwilę powie.

– Bardzo…? – dopytał. Adoni nie był zwykle łasy na komplementy. Teraz bardzo go ciekawiło, co chciała wyznać.

Skryła oczy pod rzęsami i wzięła kolejny łyk kawy.

– Ładnie. Wyglądasz ładnie.

Był pewien, że chciała powiedzieć coś innego.

– Ty także.

– Nie musisz kłamać. – Uniosła głowę i spojrzała na niego spod kształtnych brwi. – Wyglądam koszmarnie. Nie mam pojęcia, dlaczego Emily wybrała ten kolor. Szczerze mówiąc, ta barwa kojarzy mi się z kupą niemowlaka.

Wybuchnął śmiechem. Trafiła w sedno.

– Na pewno nie jest to kolor pod ciebie.

– Powiedziałam dokładnie to samo, ale było już za późno, by zamówić nową. Za późno nawet, by tę dopasować. – Wykrzywiła usta w nadąsanym grymasie, który wydał mu się niezwykle atrakcyjny.

– Przynajmniej to tylko na jeden wieczór.

Przytaknęła.

– Dokładnie to sobie cały czas powtarzam. Dzień pierwszych razów.

– Pierwszych razów?

Kolejne przytaknięcie.

– Zdecydowanie. Pierwszy raz założyłam żółć. Nigdy więcej. – Zadrżała z obrzydzenia. – Pierwszy raz w Londynie. Pierwszy raz w roli druhny. Myślałam, że będzie fajnie, ale inne druhny plotkują i gadają wyłącznie między sobą. A drużbowie…

– Nie byli w twoim typie?

Wyraźnie wzruszyła ramionami, jeden z bufiastych rękawów ześlizgnął jej się z ramienia.

– Nie wiem. Raczej nie.

Uniosła nogi, po czym skuliła je pod sobą i wiercąc się, umościła się na kanapie.

Nie powinno być w tym ruchu nic uwodzicielskiego, ale Adoni nie mógł oderwać oczu od wywołanego przez to delikatnego kołysania bioder i piersi.

– Nie wiesz? – Jego własny głos zabrzmiał mu obco.

Potrząsnęła przecząco głową.

– Musiałabym przeprowadzić wnikliwszą analizę. – Mrugnęła do niego i uśmiechnęła się. – Mam kilka pierwszych razów, ale mam jeszcze sporo nigdyniechów do odhaczenia.

– Nigdyniechów? – Jak na obcokrajowca Adoni doskonale znał język, ale o czymś takim jeszcze nigdy nie słyszał.

– Dokładnie – odparła, po czym uniosła palec do góry. – Nigdy nie miałam szczęścia z płcią przeciwną. – Uniosła drugi palec jak w wyliczance. – Nigdy nie miałam pocałunku tak intensywnego, by mi buty z nóg pospadały. – Zmrużyła oczy. – Wyglądasz mi na faceta, który potrafi pozbawić dziewczynę butów w ten sposób.

Adoni zachłysnął się kawą.

Stwierdził, że po zmyciu kiczowatej szminki Alice Trehearn miała najbardziej kuszące usta, jakie kiedykolwiek widział. Upomniał się w duchu, że powiedziała tak tylko dlatego, że była pod wpływem.

– Tak jakby facet taki jak ty chciał się całować z dziewczyną taką jak ja. – Oparła tył głowy na kanapie i zamknęła oczy. Trwała tak w milczeniu na tyle długo, że zaczął się zastanawiać, czy aby nie zasnęła. – Nigdy też nie prowadziłam samochodu – wznowiła nagle wywód, po czym westchnęła. – Założę się, że masz piękne auto.

– Owszem, mam – odparł. Nie było jednak mowy, by dopuścił do niego pijaną kobietę, niezależnie od jej pełnego nadziei uśmiechu. – Ale nie pozwolę ci wsiąść za kierownicę.

Wydała się tak potwornie rozczarowana tym twierdzeniem, że niemal poczuł potrzebę przywrócenia jej promiennego uśmiechu i błysku w oczach.

– Masz jeszcze coś na tej swojej liście „nigdyniechów”?

Otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła, nie powiedziawszy ani słowa. Wyraźnie się zarumieniła. Od razu wzmogło to jego zainteresowanie.

– Alice?

Pokręciła przecząco głową.

– To nic takiego.

Pochyliła się, by sięgnąć po swój kubek, ale gdy odkryła, że już jest pusty, z powrotem opadła na oparcie kanapy.

– Mnie możesz powiedzieć. Obiecuję dotrzymać tajemnicy.

Zaskoczyło go, jak bardzo zainteresował się tą dziewczyną.

Zaczęła się wiercić.

– Cały czas tylko ja gadam i gadam. Może dla odmiany teraz ty mi coś powiesz? – odparła bezczelnie, zupełnie jakby to nie ona wparowała nieproszona do jego prywatnego apartamentu. Jednakże Adoni od dawna nie czerpał tyle przyjemności z rozmowy z kobietą.

To chyba nie najlepiej świadczyło o dziewczynach, z jakimi się umawiał.

– A o czym chciałabyś się dowiedzieć?

Wzruszyła ramionami i zapadła się jeszcze głębiej w puszystą sofę.

– O czymkolwiek. Powiedz mi coś, czego nie mówiłeś jeszcze nikomu innemu. Obiecuję zachować to dla siebie.

Co za absurd! Dlaczego miałby się zwierzać kompletnie nieznajomej osobie? Jednak gdy tak siedział, skąpany w delikatnym świetle lampy, i patrzył na pełną wyczekiwania uśmiechniętą twarz Alice, czuł się zachęcony do podjęcia tej dziwnej gry. Może to dlatego, że normalnie nie miał zwyczaju zwierzać się z osobistych spraw? Może dlatego, że była nieznajomą, której już nigdy więcej nie ujrzy na oczy? A może pchał go do tego zaskakująco silny pociąg do niej?

Przez cały wieczór miał zły humor. Czuł się spięty i niespokojny. O dziwo, dopiero w jej towarzystwie zaczął się uspokajać.

– Nie lubię wesel – wyrzucił z siebie. Był zaskoczony, jaką ulgę poczuł, przyznając się do tego.

– Naprawdę? – Uniosła brew. – Nie lubisz ich z jakiegoś konkretnego powodu?

Pociągnął kolejny łyk kawy. Nie smakowała już tak dobrze, jak jeszcze chwilę temu.

– Byłem kiedyś zaręczony. Wesela przywołują wspomnienia.

Pełne odrzucenia, nieufności i rozczarowań. Był wtedy młody. Ma nauczkę na całe życie. Obecnie, poza osobiście dobraną grupką dyrektorów, ufał tylko sobie. Tak było bezpieczniej. Gdy najbliżsi zdradziecko i zaciekle cię atakują, pierwszymi ofiarami są miłość i zaufanie.

Pogrążony w myślach, rozmasował sobie bolący obojczyk.

– Bardzo mi przykro. – Wychyliła się ku niemu i wyciągnęła dłoń ku jego twarzy, jakby chciała z niej zetrzeć chmurny grymas. Chwilę po tym opadła z powrotem na kanapę, wpatrując się w niego pełnym powagi spojrzeniem.

Oczekiwał, że teraz niechybnie padnie pytanie, dlaczego jego związek się rozpadł, jednak Alice ponownie go zaskoczyła. Nawet na rauszu, miała w sobie dość taktu, by nie dopytywać.

– Dzisiejszy dzień musiał być dla ciebie wyjątkowo przykry.

Potrząsnął przecząco głową, bez zastanowienia odtrącając współczucie.

– Było w porządku. Nie mam z tym problemów – odparł, po czym zmienił temat. – A czego jeszcze nigdy nie robiłaś? Ja zdradziłem ci swój sekret. Kolej na ciebie.

Intensywnie zamrugała. Nie potrafił jednoznacznie zinterpretować wyrazu jej twarzy. Była rozzłoszczona? A może zawstydzona? Tak czy inaczej, spąsowiała jeszcze intensywniej.

– Alice?

– Skoro musisz wiedzieć, nigdy nie przeżyłam orgazmu – wymamrotała spomiędzy zaciśniętych ust. Wyciągnęła szyję i zadarła nos do góry jak młody dumny łabędź. Pozą wyraźnie próbowała ukryć zażenowanie.

Nagle dostrzegł dziwny błysk w jej oczach.

– Nie zechciałbyś mi pomóc z tym problemem?

Tytuł oryginału: Contracted for the Petrakis Heir

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2018

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2018 by Annie West

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2019

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji. HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela. Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 9788327645036