Księga szczęścia - Eduard Martin - ebook

Księga szczęścia ebook

Martin Eduard

0,0

Opis

Kiedy się człowiek wyciszy, bez trudu wpadnie na to, w jaki sposób można by zrobić coś pięknego naszym bliskim.

Szczęście trudno zdefiniować. Nie zawsze wiemy, czy jesteśmy szczęśliwi, czy może tylko zadowoleni, radośni. Skąd bierze się szczęście? Eduard Martin w kilkudziesięciu opowiadaniach pokazuje, jak można je osiągnąć prostymi, a jednocześnie mądrymi sposobami.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 143

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Eduard Martin

KSIĘGA SZCZĘŚCIA

Przekład

Andrzej Babuchowski

Wydawnictwo WAM

Kraków 2014

Tytuł oryginału

KNIHA ŠTĚSTÍ

© Karmelitánské nakladatelství s.r.o., Kostelní Vydří 2013,

Czech Republic, www.kna.cz

© Wydawnictwo WAM, 2014

Redakcja

Ewa Zamorska-Przyłuska

Korekta

Aleksandra Marczuk

Projekt okładki

Jadwiga Mączka

zdjęcie © fotolia, tigra 62

Przygotowanie ebooka

Piotr Druciarek

ISBN 978-83-277-0252-4

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 43 03 210

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA INTERNETOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Aniołom Stróżom,

którzy nie przestają nam

cierpliwie wskazywać

niedostrzegalnych dróg do szczęścia

Księga szczęścia

– Widzicie tę księgę?

Pan. K.V. położył na stole księgę w błękitnej oprawie.

– To jest Księga szczęścia.

– KSIĘGA SZCZĘŚCIA?

Goście ze zdziwieniem patrzyli na księgę, na której wiek wyraźnie odcisnął swój ślad. Nie, ta księga nie była już nastolatką.

I nasz gospodarz zaczął opowiadać.

– Przed laty siedzieliśmy w naszym klubie skautowskim, na dworze była brzydka pogoda. Graliśmy w to i owo, ale nic nas zbytnio nie bawiło... Wydawało się, że lada moment zaczniemy się nudzić. Jednak nasz wspaniały drużynowy należał do ludzi, w obecności których nikt się nudzić nie może.

Właśnie rozmawialiśmy o tym, że dozorca domu, w którym mieliśmy klub, zabronił nam zostawiać rowery na podwórzu. Musimy je więc wnosić do środka. To nie do pomyślenia – człowiek nie może nawet przejść, żeby nie zahaczyć o rower.

Drużynowy patrzył przez okno. Milczał.

Po chwili uśmiechnął się.

– Co widzicie na zewnątrz?

– Nic – odpowiedzieliśmy.

– Nic? – roześmiał się. – Czy ktoś może zobaczyć „nic”?

– No, jest tam szopa, auto, parę kubłów na śmieci... sterta węgla – wyliczaliśmy wszystko, co widzieliśmy.

– Sterta węgla – stwierdził drużynowy.

– I?

– Tę stertę dozorca powinien znieść do piwnicy – ciągnął drużynowy. – A to jest stary i chory człowiek... Będzie się z tym długo grzebał. Myślę, że właśnie dlatego ma pretensje. Skarżył się, że go bierze reumatyzm. Teraz chyba leży w łóżku i narzeka... Popatrzcie, zostawił otwartą piwnicę, zostawił tam łopatę... A gdybyśmy mu tak ten węgiel zrzucili? Jeśli zrobimy to na zmianę, za chwilę będzie gotowe...

– Zrzucać temu człowiekowi węgiel? – dziwiliśmy się. – TEMU CZŁOWIEKOWI?

– Rozpisuję konkurs – uśmiechnął się drużynowy. – Kto z was potrafi więcej zrzucić w ciągu pięciu minut?

To było coś innego.

Coś, co bawi, nie jest pracą...

Rozdzieliliśmy się. Jeden z nas trzymał stoper, a drugi uczestniczył w konkursie. I w ten sposób pracowaliśmy naprawdę bardzo prędko.

I nie była to praca, tylko... emocjonujące zawody.

Zrzuciliśmy węgiel i wróciliśmy do klubu. Drużynowy wziął księgę do ręki i napisał na okładce: KSIĘGA SZCZĘŚCIA.

Nie rozumieliśmy dlaczego...

– Wiecie, wokół nas jest mnóstwo ludzi, którzy nie są szczęśliwi z prostego powodu: nikomu z ich otoczenia nie przychodzi do głowy, że oni mogliby być szczęśliwi...

Nie rozumieliśmy.

– Po prostu nikomu nie przychodzi do głowy, że można zrobić coś po to, by ludziom wokół było lepiej – tłumaczył drużynowy. – By ci, którzy są wokół, byli... powiem to słowo: szczęśliwsi.

Nie rozumieliśmy za bardzo.

Po co czynić szczęśliwszym jakiegoś wrzeszczącego dozorcę?

– Możemy w tej księdze zapisać, co uczyniłoby ludzi wokół nas bardziej szczęśliwymi – powiedział drużynowy. – Choćby tylko odrobinę.

Zamyślił się, a potem się uśmiechnął.

– Ja tam napiszę, że moja matka byłaby szczęśliwsza, gdybym jej wreszcie naprawił lampkę przy nocnym stoliku, a odkładam to już trzy dni...

Każdy może tutaj szczerze napisać, co uczyniłoby szczęśliwszymi ludzi wokół niego.

– Czy ten z nas, kto napisze więcej takich przykładów, wygra? – zawołał jeden z nas.

– Tak jak przy zrzucaniu tego węgla? Kiedy wygrał ten, który zrzucił do piwnicy najwięcej?

Drużynowy skinął głową.

– Na przykład.

Zabraliśmy się do pracy.

Nie było to takie skomplikowane.

Kiedy człowiek się wyciszy, bez trudu wpadnie na to, w jaki sposób można zrobić coś pięknego dla naszych bliskich.

Czasem aż się dziwię, jak łatwo może to przyjść...

I czasem człowiek się dziwi, że coś takiego nie zaświtało mu w głowie...

Rywalizowaliśmy więc o Księgę szczęścia.

Pisaliśmy przeważnie, że sprawilibyśmy w domu radość, gdybyśmy posprzątali.

Poprawili oceny w szkole...

I tak dalej, i tak dalej.

Tyle że oprócz zwyczajnych, powszednich rzeczy, zaczęły przychodzić nam do głowy także te, które nie były oczywiste.

O ilu z nich nawet byśmy nie pomyśleli, gdybyśmy nie mieli przed sobą otwartej Księgi szczęścia.

Jest tyle oczywistych spraw, których człowiek nie zauważa.

Umówiliśmy się, że każdy z nas spisze w domu kolejne pomysły. A potem przepisze je do tej wielkiej księgi. Wygra ten, kto będzie miał więcej pomysłów.

A potem, kiedy już się rozchodziliśmy do domów, ktoś zastukał do drzwi naszego klubu.

Dozorca.

Uśmiecha się...

– Chłopcy, a więc to wyście nabrudzili – oznajmił. – Powiedziano mi, że to wy zrzuciliście ten węgiel... No, to sobie zostawcie te rowery na dworze. Ja wam je popilnuję. A tutaj... żona upiekła placek drożdżowy... powiedziałem jej, że tę blachę z ciastem dam wam... Na niedzielę zrobi nowe...

Nie rozumieliśmy... Czy to właśnie on? Wrzeszczący dozorca?

Po kilku tygodniach przeprowadziłem się... i już nigdy nie spotkałem dawnych kolegów z drużyny skautowskiej.

Ani naszego drużynowego.

Kiedy kończy się dzieciństwo, to jakby tonął jakiś ląd.

Cały ląd... pełen cudowności... z wieloma przyjaciółmi...

Zanim odjechałem, drużynowy podarował mi Księgę szczęścia. Oni podobno założą sobie nową.

Miałem ją wziąć na pamiątkę.

Przez całe lata nie pamiętałem o Księdze szczęścia.

Dopiero teraz, robiąc porządki w pudłach na strychu, znalazłem ją.

Poczułem nagle unoszący się z niej zapach dawnych lat, zapach naszego dawnego klubu.

Zapach dawnych przyjaźni...

Dawnej pogoni za szczęściem...

W ubiegłym tygodniu znów zacząłem pisać w tej księdze.

Nie ma już moich rodziców, którym mógłbym przydać odrobiny szczęścia, ani dziadka, ani babci...

Nie było już tych, dla których przed laty wymyślałem, co mógłbym dla nich zapisać w Księdze szczęścia.

Człowiek chciałby czasem tak wielu ludziom dać szczęście... i już... nie może.

Ale są inni ludzie.

Wystarczy, żebym się rozejrzał.

Żona...

Syn, drugi syn.

Siostra...

Sąsiedzi. Koledzy...

Jest tylu ludzi, którym mogę dać trochę szczęścia... przynajmniej odrobinę poświecić im na ich drodze...

Starałem się zapisywać, podobnie jak przed laty, starałem się notować, czy mógłbym czymś kogoś obdarować. Dać przynajmniej „kawalątek” szczęścia, coś, co można by odnotować w starej Księdze szczęścia...

Byłem zdumiony, że czasem wystarczy zaledwie drobny podarunek... i że tak wielkim darem staje się dla obdarowanego...

Czasem wystarczy tylko kilka słów. Odwiedzić kogoś. Pomóc mu... Z mojego punktu widzenia – drobiazg... a z jego perspektywy: ogromna rzecz...

Wystarczy dać chwilę i już komuś rozjaśni się wiele dni.

Księga szczęścia...

Jest tyle rzeczy, które moi bliscy mogliby dla mnie zrobić... gdyby na przykład mój syn posłał mi w tym roku życzenia urodzinowe... Ale znowu zapomniał...

To, co dla jednego jest błahą iskierką, dla drugiego może być słońcem.

Co powiecie na tę starą błękitną księgę?

Czy macie jakiś pomysł, co w niej zapisać?... Jakie imiona, jakie szczęście moglibyście w niej zapisywać?

Tak jak my w klubie w czasach mojego dzieciństwa.

Tak wiele szczęścia może rozdać człowiek...

Jeśli znajdzie czas i uświadomi sobie, co może być dla niego szczęściem... Zanim się nie zastanowi, nawet sobie tego nie uświadamia.

Księga szczęścia.

Jakie to mądre mieć na stole taką księgę.

Zbliża się Boże Narodzenie...

Dam wam te błękitne książki – notatniki. Sprzedają je u nas w sklepach papierniczych. Są podobne do tej księgi sprzed lat, którą ujrzałem, kiedy byłem małym chłopcem.

Kupiłem kilka egzemplarzy...

Chcę je rozdać.

Człowiek z pewnością mógłby dodać do tego świata znacznie więcej szczęścia, gdyby tylko się nad tym...

Zawczasu zastanowił.

ZAWCZASU.

Gdyby sporządził sobie Księgę szczęścia.

Spisałem kilka pomysłów dotyczących żony, siostry, sąsiada...

Kto odkłada na później szczęście swoich bliskich, może przekonać się w końcu, że tym, którym chciałby je dać, już dać go nie może...

Ale my jeszcze możemy.

Czy to jest gra?

Tak.

Ale też znacznie więcej niż gra.

Droga do szczęścia naszych bliskich jest również drogą...

Drogą do szczęścia nas samych.

Anielszczyzna

Kiedy byłam małą uczennicą, miałam wielkie trudności z opanowaniem materiału szkolnego. Pomagała mi korepetytorka.

Była to nasza daleka krewna, emerytowana nauczycielka.

Nie dorabiała lekcjami, bo nie było takiej potrzeby. Bardzo się lubiłyśmy, a ona chciała mi pomóc.

Pomogła mi w nauce, była naprawdę nieoceniona. Z dziewczynki skazanej niemal na powtarzanie klasy, stałam się całkiem dobrą uczennicą.

Tyle że...

Te korepetycje znaczyły dla mnie coś więcej, niż nabywanie sprawności w posługiwaniu się liczbami i literkami.

Korepetycje były dla mnie również... tak, ujmę to następująco:

Korepetycjami duszy.

Czy brzmi to dziwnie?

Przesadnie?

Ten, komu drugi człowiek pomagał podobnie jak mnie moja korepetytorka, zrozumie, że określenie to nie jest przesadne.

Nie byłam zbyt przyjemnym dziewczęciem, bawiło mnie wręcz mówienie ludziom rzeczy nieprzyjemnych. Bywałam nawet z tego dumna. Tak jak wielu ludzi bywa dumnych z podobnych cech. Niektórzy mają się za szczerych, a nie przychodzi im do głowy, że są jedynie ordynarni. Nie uważałam siebie za przyjemną dziewczynkę... To, co było zwyczajnym tupetem, przywykłam uważać za szczerość...

Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałam o tym ze swoją „domową nauczycielką”.

– Posłuchaj – powiedziała starsza pani. – A gdybyś tak nauczyła się mówić inaczej?

– Jak?

– Anielszczyzną.

– ANIELSZCZYZNĄ?

Patrzyłam na nią, nie rozumiejąc.

W szkole zaledwie kaleczyłam dwa obce języki, które były obowiązkowe, ale o takim języku nigdy nie słyszałam.

– Można wyrażać się zwyczajnie, ale można też wyrażać się za pomocą anielszczyzny – uśmiechnęła się moja domowa nauczycielka. – To znaczy, że tego, co chcesz powiedzieć, nie powiesz od razu, gdy ci przyjdzie do głowy... Zastanowisz się i powiesz to tak, żeby nikogo nie zranić, nikogo nie zezłościć. By twe słowa nikogo nie ubodły. Krótko mówiąc: wyrazisz swoje myśli anielszczyzną. Ludzie, którzy odnoszą w życiu sukcesy, mają zwyczaj tłumaczyć sobie „zwyczajne słowa”, na anielszczyznę. Anielszczyzna ma te same literki i te same słowa co język potoczny, a jednak jest inna, często zupełnie inna. To język tych, którzy chcą coś osiągnąć i wiedzą, że jeśli użyją niewłaściwych słów, to nie dojdą do celu. To tak, jakbyś... – zamyśliła się – chciała sukienkę dla lalki szyć łyżką zamiast igłą. Też by się nie udało. Nie uszyłabyś tego pięknego fartuszka. To jest dla ciebie jasne. Ale posługując się swoją codzienną mową, wielu ludzi postępuje tak, jakby próbowali szyć właśnie łyżką. Nie mówią anielszczyzną... tym językiem, który potrafi wyrazić to samo co mowa codzienna... ale wyrazić to życzliwie, mądrze... tak, że ci, którzy słowa wypowiedziane anielszczyzną usłyszą, czują radość. Nie będę ci przytaczać wielu przykładów... ale słyszałam na przykład dzisiaj, jak rozmawiałaś ze swoją siostrzyczką. Rozpłakała się przez ciebie. Czy nie mogłaś powiedzieć jej tego, co powiedziałaś, innym językiem? Przetłumaczyć? Na anielszczyznę? Powiedziałabyś to samo, ale ona nie rozpłakałaby się... i zamiast powiedzieć ci kilka nieprzyjemnych słów, być może pożyczyłaby ci tę kokardkę, którą chciałaś, pożyczyłaby, i to chętnie... Czy musiałaś krzyczeć na mamę, że po prostu „musisz mieć” te nowe narty, bo inne dziewczyny też mają...? Jak mama sobie to wyobraża, że mogłaby ci ich nie kupić? A kiedy tata posłał cię do królików, to czy musiałaś mówić, że przecież one przez chwilę wytrzymają bez jedzenia, przyda im się dieta, bo i tak są spasione? Anielszczyzna jest językiem tych, którzy wiedzą, że te same rzeczy można wyrazić na dwa sposoby: pierwszy irytuje tych, którzy je słyszą, drugi nie. A nawet może ucieszyć...

Od tego czasu uczyłam się anielszczyzny.

Ileż to razy moja korepetytorka mi podpowiadała... Wymawiała zdanie w języku anielskim, zamiast posługiwać się tym, który ja zwykłam stosować. Ileż to razy wypowiedziałam sobie w duchu to, co już-już chciałam wyrazić głośno... a potem wolałam jednak sobie przetłumaczyć na anielszczyznę...

Efekty były zdumiewające.

Próbowałam tego w szkole, w rodzinie, próbowałam wśród kolegów.

W sklepie, na spotkaniach... Próbowałam dla treningu, w czasie rozmowy ze szczególnie nieprzyjemnymi ludźmi.

Byłam zdumiona.

Anielszczyzna to cudowny język...

Czy jest na świecie zdanie, którego nie można by przełożyć na język anielski?

Czasem nawet nie musimy wybierać innych słów, wystarczy tylko nieco zmienić intonację i od razu całe zdanie brzmi inaczej...

Absolutnie inaczej.

Wystarczy je przetłumaczyć za pomocą uśmiechu, innego wyrazu twarzy, wypowiedzieć je w innej chwili, niż zamierzaliśmy...

Anielszczyzna.

Język nad językami.

Język ojczysty, prześwitujący przez wszystkie języki ojczyste.

Już za chwilę będę rozmawiać ze swoją córką, mam przeprowadzić właśnie jedną z takich bardzo ważnych rozmów, jedną z tych „zasadniczych” rozmów matki z córką.

Chce iść na urodziny swojej babci „koszmarnie wystrojona”.

A ja chcę jej to wyperswadować.

Już-już miałam to powiedzieć inaczej...

NORMALNIE.

Czyli tak, jakbym to powiedziała po swojemu. Powiedziałabym to tak, jakbym – używając metafory mojej dawnej korepetytorki – próbowała szyć łyżką zamiast igłą. Czy coś bym uszyła?

Wolę to przetłumaczyć.

Przetłumaczyć... na anielszczyznę.

Czemuż miałabym córkę zirytować, niczego przy tym nie osiągając?

W końcu...

Czyż anielszczyzna...

Czyż ta anielszczyzna nie jest naszym „normalnym językiem ojczystym”?

Tylko tak często zapominanym...

Tak często nieużywanym...

Naturalnym językiem ojczystym?...

Do widzenia za trzy miliony lat...

O wieczności i spokoju duszy (opowieść pana R.Z.)

Mój przyjaciel N. należy do najbogatszych ludzi, jakich w życiu znałem.

Jakby miał ręce Midasa – czegokolwiek się dotknie, zamienia się w złoto. A jednocześnie nie mógłbym go zaliczyć do tych ludzi sukcesu, którzy mają zmęczony wzrok, bolesne zmarszczki wokół ust, a w swoich wspaniałych limuzynach wożą ze sobą stałego towarzysza – smutek.

Miał w sobie, tak jak go pamiętam, szczególną harmonię, dystans, ironię. Od dawna pisząc książki i obserwując ludzi, szukam recepty na szczęście, na powodzenie... Uniwersalny przepis nie istnieje, istnieje jednak wiele małych wskazówek, które, jeśli są uczciwie i odpowiednio długo realizowane, zazwyczaj doprowadzają człowieka do celu...

W końcu, jak głosi księga dynastii Han, nie ma nic niemożliwego dla myśli, która naprawdę chce...

Jednak jeśli chodzi o spokój duszy, sprawa wygląda inaczej. Pomyślność w interesach i spokój duszy często stoją w całkowitej sprzeczności. Pomyślność została pięknie zdefiniowana: po + myślność. Dlatego gdy zbliżam się do ludzi zachowujących spokój duszy, którzy osiągnęli przy tym światowy sukces, skupiam się i próbuję odkryć ich MYŚL.

– Mam coś na stole, czego pan być może nie zauważył – powiedział kiedyś do mnie ów przyjaciel i wskazał niewielką muszlę w misce z brązu.

Niepozorne naczynie leżało na jego biurku.

– Wszystkie nasze trudności zaczynają się od tego, że nie myślimy o końcu... – powiedział przyjaciel, patrząc na muszlę. – Kiedy o nim pomyślimy, widzimy wyraźniej początek drogi i kolejne jej etapy.

Wziąłem do ręki muszlę i powoli obróciłem w stronę światła.

Była skamieniała.

– Ta muszla – powiedział przyjaciel – jest moją wiadomością ze świata mądrych... Niech pan zgadnie, ile ma lat?

Zastanawiałem się.

Obracałem muszlę w palcach, płomienie z kominka delikatnie ją oświetlały.

– Nie wiem.

– Proszę zgadnąć.

– Tysiąc? Nie znam się na paleontologii.

– TRZY MILIONY LAT.

– Trzy miliony lat?

Skinął twierdząco głową.

Patrzyłem z szacunkiem na skamieniałego mieszkańca wieczności, jakbym trzymał w palcach nie skamieniałą muszlę, ale sam czas.

Trzy miliony lat.

Ludzka pamięć sięga przeważnie do pradziadków, dotyka jednego stulecia; dwa stulecia przynależą już do historii, a nie do ludzkiego doświadczenia – a jednocześnie czymże są te dwa stulecia w porównaniu z wiekiem tego kamiennego ornamentu, na którym drgają złotawe płomienie z kominka?...

Przed trzema milionami lat ten ślimaczek gdzieś szedł, może po dnie jeziora, może po bagnistym brzegu... Miał swoje kłopoty ze zdobyciem pożywienia, czuł chłód i wilgoć, patrzył na świat wokół siebie, czuł ból i nasycenie, tak jak my...

– Kiedy ma pan na biurku kogoś, kto liczy sobie trzy miliony lat, to nie przeszkadza już panu, że jakaś umowa spóźnia się o tydzień – powiedział przyjaciel.

Wyjął mi z ręki muszlę i uśmiechnął się do niej.

– Wtedy już panu nie przeszkadza, że żona tak długo szykuje się do teatru, że możecie się spóźnić kilka minut na przedstawienie; już nie przeszkadza panu, że parking jest zapełniony i musi pan czekać, aż zwolni się miejsce; już nie przeszkadza panu, gdy chce pan zamówić kawę, a kelnera wciąż nie ma i nie ma...

Rozumiałem.

Kiedy na stole leży wieczność, trzeba całkowicie zmienić swoje spojrzenie na czas.

Jesteśmy mieszkańcami wieczności, jak ta muszla, tylko że z powodu wciąż przeskakujących sekund, nie uświadamiamy sobie tego.

– Istnieje wielkie niebezpieczeństwo: sekundy mogą zasłaniać wieczność.

Przyjaciel otworzył butelkę znakomitego wina i napełnił dwa kieliszki.

Patrzyłem na muszlę, patrzyłem na to zmaterializowane doświadczenie spoczywające na biurku. Kłopoty, bóle i dążenia tego, który żył w tej muszli, dawno się rozpłynęły, rozpuściły w niepamięci. A jednak coś po nich zostało: wielka, ostrzegawcza, mądra poezja.

Przyjaciel podał mi kieliszek wina i uśmiechnął się.

Obaj myśleliśmy o dawnym mieszkańcu skamieniałej muszli.

– Wypijmy za niego.

Skinąłem głową.

Tak oto w jesienne popołudnie przy trzaskającym ogniu wznieśliśmy toast za nieznajomego, który kiedyś zakończył swoją ziemską wędrówkę i pogrążył się w samotności i mroku, piliśmy za zwierzątko martwe od trzech milionów lat, istotę, która mogła nas znać równie słabo, jak my znamy tych, którzy będą na Ziemi za trzy miliony lat. I uświadomiłem sobie, że mieć na stole taką muszlę, znaczy widzieć te godziny, dni i noce, które nas jeszcze czekają, rozświetlone innym, zupełnie innym światłem...

Superkuzynka

Opowieść bywalczyni dyskoteki

Kiedy przyjechała do mnie kuzynka i zaproponowała, żebyśmy poszły na dyskotekę, spojrzałam na nią ze zdziwieniem...

Nie dlatego, że ktoś chce iść na dyskotekę...

Spojrzałam, ponieważ...

Kuzynka jest ostatnią osobą, od której można by oczekiwać, że będzie chciała iść na imprę.

Być może czytał pan o karambolu, który wydarzył się jakiś czas temu w pobliżu naszej wioski... Cztery osoby w samochodzie... cztery otwarte butelki do towarzystwa... Cztery kumpelki wracają z balangi. I rozbiły się...

Trudno uwierzyć.

Jechały po równej drodze... nigdzie żadnego auta, nic... i wpadły na drzewo. Dwie dziewczyny zginęły na miejscu. Kuzynka pokiereszowana, a ta za kierownicą miała wybitą rękę.

Kuzynka przeszła dziewięć operacji, jej rodzice załamali się, stale do nas jeździli, żeby choć trochę dojść do siebie. Kuzynka nie mogła przyjechać, musiała leżeć w szpitalu.

Leżeć?

Nawet leżeć nie mogła... Przewracali ją w łóżku na wszystkie strony... Kilka razy byłam u niej... co oni tam z nią wyprawiali...

Była cała powykręcana... jej noga ropiała. Musiała to ZATEM wycierpieć.

A teraz telefonuje do mnie...

– To ty? – woła do słuchawki. W jej pokoju szpitalnym był włączony telewizor... niezły hałas.

– To ja... Cześć.

– Jak żyjesz?

– Nieźle. A jak twoje nogi?

– Słuchaj... mogę już pełzać... z kulami po korytarzu... a nasi mówili, że mnie do was w weekend podrzucą, jeśli będziesz miała czas...

– Wporzo.

Wiedziałam, że muszę jej pomóc, żeby się wykaraskała z depresji... Przede wszystkim nie wolno mi okazać, że kuzynka jest jeszcze ciągle kulasem. Medycyna potrafi czynić cuda, ale wiedziałam od wujka i cioci... jej rodziców... że nigdy nie będzie chodzić jak dawniej... Była dobra w pływaniu... w koszykówce... Zwinna jak małpa. „Nasza nadzieja” – tak pisali o niej w gazetce szkolnej... (Nieraz wśród kumpelek mówiłyśmy na jej widok, żeby jej dopiec: „Ooo, znów przyszła nasza nadzieja”, „czołem, nasza nadziejo...”, „no więc, nasza nadziejo, jak leci...”). I nagle trach. Wystarczy sekunda i życie porąbane na kawałki. Człowiek zbyt późno uświadamia sobie, że o latach decydują czasem sekundy...

Zdziwiłam się, kiedy przyjechała...

Gdybym ja tak wyglądała, to chyba weszłabym do piwnicy i już bym z niej nie wychodziła.

Nie przeszła jeszcze operacji plastycznej twarzy. Nie chcieli jej męczyć, na razie tylko poskładali do kupy resztę ciała.

No...

Za bardzo jej nie poskładali.

Kuzynka jednak idzie, idzie kołyszącym się krokiem... jak postrzelony łabędź... przez podwórze do domu. Jaka to była kiedyś piękna dziewczyna... mówię panu...

– Przeczytałam w necie, że u was znowu jest dyskoteka – przypomniała mi, gdy piłyśmy kawę na werandzie.

Przytaknęłam.

Kiedyś, może przed rokiem, byłam tam z nią... i cały czas jej zazdrościłam, bo wcześniej chłopcy zauważali tylko mnie. Teraz stałam się jakby niewidoczna. Wszyscy wpatrywali się wyłącznie w moją kuzynkę, miałam wrażenie, że ze mną tańczą tylko dlatego, żeby jej sprawić radość. Te jej wspaniałe blond kudły...

Teraz nie miała na głowie włosów... tylko perukę.

Wspaniałą. Ale... perukę.

– TY POWAŻNIE CHCESZ IŚĆ TAŃCZYĆ?

Skinęła głową.

– Dlaczego jakieś głupie kule miałyby mi przeszkodzić w tańcowaniu?

Tak właśnie powiedziała... A jej słowa nieustannie brzmią mi z tą kadencją w uszach...

Jakby moja kuzyneczka nie udzielała mi zwyczajnej odpowiedzi na zwyczajne pytanie... ale jakby mi przekazywała jakąś wielką tajemną... wiedzę.

PODSTAWOWĄ WIEDZĘ.

A więc wyruszyłyśmy.

Nasi podrzucili nas samochodem, a matka została tam z nami... wiedziałam, że nie chce być intruzem, ale jest tam tylko po to, by móc czuwać nad kuzynką... kto wie, co takie biedactwo jak moja kuzynka może zrobić w gospodzie... pewnie pamięta to miejsce... jak tam kiedyś królowała, a chłopcy gotowi byli wyjść ze skóry, żeby z nią zatańczyć... A teraz... Kto wie, wypije parę kieliszków, i jeszcze parę, a moja matka za nią odpowiada. Albo się tam kuzynka rozpłacze... a matka jej nawymyśla i odwiezie do domu. Ja przynajmniej gdybym... w takim stanie... znalazła się w miejscu, gdzie kiedyś byłam gwiazdą, to by mną... trzęsło.

Chłopcy zbiegli się wokół niej.

Wiadomo, pamiętali ją.

A kuzynka jednemu z nich podaje kulę... i zaczyna się śmiać.

– Słuchaj, może za rok będziesz tutaj jak ja, z czymś takim... nie chciałbyś spróbować teraz znowu ze mną poskakać?

Didżej był ten sam co wtedy.

U nas na wsi mało kto chce być didżejem... w tym roku był nim znowu syn naszego agronoma... robi to już od kilku lat... i kuzynkę też pamiętał.

Więc wrzucił coś powolnego.

– Spokojnie, weź tę kulę – mówi kuzynka do partnera w tańcu – ja umiem już teraz z jedną... ty możesz spróbować tańczyć z drugą... ja sobie to w domu już przećwiczyłam... nie bój się... ja się tutaj nie wywalę...

Kuzynka tańczy o jednej kuli.

Jej partner z drugą.

Był tam jeszcze Wacek... nasz kolega... też chodzi o kulach... rok temu był wspaniałym dżokejem... ale koń go kopnął... podobno czeka go jeszcze jedna operacja albo nawet dwie i będzie mógł znowu jeździć konno, jak dawniej...

Na razie tylko siedział przy barze, patrzył ponuro, jak inni tańczą...

Ale kiedy zauważył kuzynkę i jej partnera, jak wywijają kulami, jak się śmieją... dokuśtykał do parkietu. Jedną kulę dał kelnerce, z którą się przyjaźni, i ruszył z nią w TANY... TO BYŁ TANIEC!... My tylko patrzyliśmy. Kelnerka kręciła się jak kobieta-wąż wokół jednej kuli, a Wacek wziął sobie tę drugą...

Jakby jechał na koniu, a ten koń go zrzucał... no, ryczeliśmy ze śmiechu...

A na dodatek moja kuzynka i jej partner skakali potem z tą kulą... Didżej już nie puszczał żadnej pościelówy, tylko walnął staroświeckiego rock and rolla... i wszyscy na parkiecie zaczęli wirować... zobaczyłam, że kuzynka ma już dość... przyprowadziłam ją do stolika... A ten jej partner usiadł obok niej, rozmawiali ze sobą... aż do rana.

A kule... nie próżnowały, ludzie wyrywali je sobie, każdy wymyślał jakieś wariacje z nimi... jakiś „kulowy taniec”, każdy wymyślał jakieś ekstrakawałki... syn właściciela gospody wymyślił nawet taniec „qula-rock”, jak sam go nazwał...

Bałam się przyjść tu z kuzynką... a tymczasem była to najpiękniejsza impreza, jaką kiedykolwiek przeżyłam. Kuzynka przez cały wieczór brała od innych swoją kulę... albo obie... no i jakie ona kawałki tam z nimi wykręcała...

Ktoś nagrał to na komórkę i wrzucił do sieci... nie wiem, czy to tam jeszcze jest... było długo pod hasłem:

„PRZECIEŻ JAKIEŚ GŁUPIE KULE NIE PRZESZKODZĄ MI W TAŃCOWANIU”.

I nie przeszkodziły.

Następnego dnia kuzynka wróciła do domu, a ja mogłam tylko wspominać spędzone z nią chwile... i cieszyć się, że wkrótce znowu się u nas zjawi...

Wspominałam...

Z RADOŚCIĄ.

WIELKĄ RADOŚCIĄ.

Wie pan, od tej dziewczyny bije taka... jak by to powiedzieć... Siła?... Może naprawdę jest to jakaś siła... tajemnicza... Powiedziałabym: „podstawowa siła”, jakiej człowiek potrzebuje... „Niepoddawanie się”... to jest...

ZWYCIĘSTWO.

Siła zwycięstwa... Człowiekowi, każdemu człowiekowi, może przydarzyć się to co jej.

Zamiast wspaniałych włosów powiewających w tańcu, może mieć perukę.

Z rąk i z nóg, które w czasie pływania i gry w koszykówkę czyniły z kogoś gwiazdę – „naszą nadzieję” – mogą pozostać ruiny... człowiek tak łatwo może stać się...

„Naszą beznadzieją”.

Ale tylko wtedy, gdy się na to zgodzi.

Nadziei nie można stracić, można się jej tylko wyrzec...

– Słuchaj, kiedy ta twoja kuzynka znowu przyjedzie?

Ile razy słyszałam potem u nas na wsi to pytanie. Ile razy ktoś mnie o nią wypytywał.

Tak jakby nie miała przyjechać wcale...

Kaleka.

Jakby miała przyjechać jakaś... celebrytka.... Ktoś, z kim można się powygłupiać... cudownie zabawić... ktoś, bez kogo nie będzie już tak samo.

Jakby w każdym ludzkim ciele żyła jeszcze...

Jakaś postać.

Niewidoczna...

To znaczy, na pierwszy rzut oka niewidoczna.

Ale czy właśnie to, co niewidoczne, nie jest najważniejsze?

Chłopiec, któremu kuzynka pożyczyła swoją kulę i rozmawiała z nim w dyskotece aż do rana... przyszedł do mnie, żeby zapytać o jej adres.

Korespondują ze sobą...

Od tego czasu regularnie piszą do siebie.

Nawet ją już odwiedził.

– Masz superkuzynkę – powiedział do mnie, kiedy go ostatnio spotkałam.

Fakt.

MAM SUPERKUZYNKĘ.

Niedawno dostałam od niej prezent.

Miałam urodziny... Zazwyczaj z kuzynką... z superkuzynką tylko posyłałyśmy sobie życzenia, ale tym razem było inaczej...

Tym razem oprócz kartki przyszła od niej także paczuszka.

Napisała mi, że było u nas bardzo fajnie i że wkrótce do nas... jeśli mi to odpowiada... znowu przyjedzie.

JAKŻE MIAŁOBY MI TO NIE ODPOWIADAĆ?

Z zaciekawieniem rozpakowałam zawiniątko.

Delikatne, miękkie... w jedwabnym papierze.

Rozpakowuję...

KOSZULKA.

A na niej napis.

Ten sam napis, który już kilka razy w duchu sobie powtarzałam i który widocznie tak dobrze zapamiętała również moja kuzynka.

Od tamtego czasu często noszę tę koszulkę...

Chętnie.

Jakże chętnie.

Ten napis, który kuzynka kazała tam nadrukować, nie jest bowiem tylko zwyczajnym zdaniem.

On jest...

Jak to najdokładniej powiedzieć?

Ten napis jest w zasadzie wielkim wyzwaniem – to właściwie wielka życiowa filozofia...

Ile to już razy powtarzałam sobie te słowa... wypowiadałam je przy najróżniejszych okazjach... kiedy chodziło o coś zupełnie innego niż jakaś wiejska dyskoteka... kiedy chodziło o jakąś ważną decyzję. O to, jak się poderwać do działania... o to, jak przezwyciężyć beznadzieję:

„PRZECIEŻ JAKIEŚ GŁUPIE KULE NIE PRZESZKODZĄ MI W TAŃCOWANIU”.

Galeria życia

Opowieść pewnego studenta