Anielska szkoła miłości - Martin Eduard - ebook

Anielska szkoła miłości ebook

Martin Eduard

0,0

Opis

Świat jest jak lustro. Jeśli będziesz się do niego uśmiechać, to i on będzie uśmiechać się do ciebie. Jeśli będziesz się na niego gniewać, to i on będzie gniewać się na ciebie. Miłość odbija się w miłości. Miłość to dobro najwyższe. Dane nam od Boga. Niestety, często zdarza nam się zapominać o pielęgnowaniu miłości. W jej odnalezieniu pomagają nam aniołowie. Musimy ich tylko posłuchać.

Książka jest zbiorem kilkudziesięciu opowiadań o ważnych momentach i sytuacjach życiowych, które miały duży wpływ na losy i sposób postępowania ich bohaterów. Każde z tych opowiadań zachęca nas do refleksji.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 143

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Eduard Martin

ANIELSKA SZKOŁA MIŁOŚCI

Przekład

Andrzej Babuchowski

Wydawnictwo WAM

Kraków 2014

Tytuł oryginału

ANDĚLSKÁ ŠKOLA LÁSKY

© Karmelitánské nakladatelství s.r.o., Kostelní Vydři, 2012

Czech Republic, www.kna.cz

© Wydawnictwo WAM, 2014

Redakcja

Ewa Zamorska-Przyłuska

Korekta

Anna Stokłosa

Projekt okładki

Jadwiga Mączka

zdjęcie © fotolia, tigra 62

ISBN 978-83-277-0244-9

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 43 03 210

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA INTERNETOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Pamięci Aneczki Zelíkówny,

która w wieku siedemnastu lat

odeszła z tego świata do raju

Jak kochają aniołowie

(Opowieść pani K.J.)

W jaki sposób wychowuje anioł?

Ktoś zapyta, skąd miałabym wiedzieć.

I będzie miał rację...

Zbyt wiele na ten temat wiedzieć nie mogę, nie jestem żadnym aniołem. Ale właściwie, będąc nauczycielką, powinnam się zajmować wychowaniem – dobrym wychowaniem, pełnym miłości. Chcę powiedzieć, czego jako młoda osoba dowiedziałam się od pewnej starszej nauczycielki, prawdziwej damy. O anielskim, pełnym miłości wychowaniu wiedziała tyle, ile tylko człowiek w życiu jest w stanie się dowiedzieć.

Byłam wtedy początkującą nauczycielką, zagubioną, niepewną – nauczycielką na swojej pierwszej placówce, blisko granicy. Nie umiałam jeszcze zbyt wiele. To znaczy, znałam materiał, który miałam przekazywać, opanowałam go wspaniale, ale jako wychowawczyni niewiele umiałam.

A dzieci tam były bardzo różne. Nieraz popłakiwałam, czułam, że nie daję rady. Miałam do siebie pretensje. Wyrastałam w rodzinie, gdzie wszystkim nam wpajano, że musimy być absolutnie sumienni. A ja czułam, że zawiodłam.

Pewnego razu jadłam obiad z ową starszą panią – uczyła w szkole podobnie jak ja, chodziłyśmy razem na obiady do gospody. Oberżysta miał w naszej szkole dwoje dzieci, i chociaż gospodę otwierał dopiero wieczorem, dla nas dwóch codziennie przygotowywał obiad. Była wtedy zima, za oknami ogrzanej sali padał gęsty śnieg, panował przedświąteczny nastrój... Siedziałyśmy same w pustej sali. A ja nagle posmutniałam i zaczęłam się zwierzać starszej pani. Uśmiechała się.

− Dziewczyno, mam dla ciebie prostą radę. Jesteś smutna, ponieważ chcesz być najlepsza, a ludziom jakoś nie udaje się być najlepszymi... Ale już samo to, że się starają, oznacza, że robią coś dobrego, gdyż w przeciwnym razie byliby często bardzo źli. Wyobraź sobie, kiedy masz jakieś trudności i nie wiesz, co zrobić z takim czy innym uczniem, jak na twoim miejscu zachowałby się anioł.

− Anioł?

− Anioł. WYOBRAŹ SOBIE, JAK ZACHOWAŁBY SIĘ ANIOŁ.

Moje spojrzenie wyrażało chyba mocne zdziwienie.

− Czy masz jakieś wyobrażenie o aniele?

Skinęłam głową.

− Pomyśl więc, że na twoim miejscu jest anioł, i wyobraź sobie, co powiedziałby temu łobuzowi, temu rozrabiace, który ci dokucza.

Zaczęłam rozumieć. Jeszcze nie całkiem zrozumiałam, ale zaczęłam.

− Wyobraź sobie kogoś nieskończenie cierpliwszego niż ty, nieskończenie mądrzejszego, nieskończenie łagodniejszego...

Zaczynałam rozumieć.

Powoli.

Ale zaczynałam.

I zaraz po południu to wypróbowałam. Już-już chciałam nakrzyczeć na jednego bezczelnego typa. Ale zawczasu się powstrzymałam i wyobraziłam sobie, co by na moim miejscu powiedział... anioł.

Nie krzyczałby.

Nie łajał...

Nic z tych rzeczy.

I od tego czasu zaczęłam uczyć inaczej. Starałam się coraz bardziej panować nad sytuacją, obserwować swoich uczniów – z anielskiej perspektywy. Przypomniałam sobie o tej mądrości, kiedy przestałam uczyć i miałam już własne dzieci. Tu nie chodzi tylko o klasę, o wychowanie w szkole. Ileż to razy chciałam nakrzyczeć na męża. Na teściową. Na sprzedawcę. Na jakiegoś urzędnika... Tyle było tych nieprzyjemnych chwil... Ale zawsze przypominałam sobie tę dawną radę. Powstrzymywałam się.

Tak właśnie mówiłabyś, tak właśnie (pewnie ze zrozumiałym rozgoryczeniem) zaczęłabyś na tego człowieka drzeć się ty.

Zaczęłabyś się bronić. Głośno udowadniać, jaka ci się stała krzywda.

Tak właśnie machałabyś rękami ty...

Ale czy nie zapomniałaś o czymś?

Czy nie pamiętasz tego pięknego ośnieżonego południa wtedy... wtedy... przed laty...?

Przypomnij sobie delikatny głos starszej pani.

Przypomnij sobie...

Jak ty mówiłabyś, to już wiesz...

Tylko że...

Jak mówiłby anioł?

Co on by zrobił?

W pamięci zajaśniał mi głos mądrej nauczycielki...

Anielski głos.

Tylu ludziom jesteśmy wdzięczni, nawet po latach wdzięczni... A oni o tym nie wiedzą...

Ta starsza pani jest już chyba dawno w ojczyźnie aniołów...

Mam nadzieję, że jakiś anioł powiedział jej o mojej wdzięczności...

Jaka będzie pogoda?

Kiedy jeździłam jako dziewczynka do babci, zawsze bardzo się martwiłam, jaka będzie pogoda. Wokół babcinej wioski było tyle cudownych stawów, lasów i łąk. Ale też często padał deszcz. Dlatego każdego rana pogoda bardzo mnie interesowała.

Na oknie u babci wisiał staroświecki barometr. Podbiegałam do niego, starając się odczytać ozdobne litery i cyfry. Czasem jego prognoza potwierdzała się, a czasem nie.

Podobno przepowiadał pogodę dokładnie. Kiedyś. Ale przed wielu, wielu laty spadł i od tamtej pory „rozrabia”.

Pokazuje, co mu się chce.

Kiedy budziłam się – zanim jeszcze poznałam litery i cyfry i mogłam odczytywać barometr sama – wołałam babcię.

− No więc, no więc, jaka będzie pogoda?

Babcia nigdy nie spojrzała na mnie nieuprzejmie. Są babcie, które pewnie nawet nie potrafią patrzeć nieuprzejmie, i to są chyba te „najbabciowsze” babcie. – Jaka będzie pogoda?

Pamiętam odpowiedź, jakiej mi babcia udzielała:

− A jaką pogodą będziesz dzisiaj ty?

Schodziła z łóżka, podchodziła do okna. I studiowała stareńki barometr.

Dopiero potem dowiadywałam się, jaka tego dnia powinna być pogoda...

Wtedy jeszcze tego pytania dobrze nie rozumiałam. Teraz, gdy jestem już „dużą dziewczynką” i jeżdżę do babci z dziećmi na weekend, wspominam to jej poranne pytanie.

Jej pytanie-odpowiedź.

Są pytania będące właściwie odpowiedziami...

Czasem właśnie pytania bywają najlepszymi odpowiedziami.

Kiedy rano przygotowuję śniadanie, patrzę na ten staroświecki barometr... Już dawno nie wskazuje pogody. Moje dzieci bawiły się nim i...

− To nie jest, mamusiu, nasza wina, on sam nam wyskoczył z rąk, on chciał się przebiec – do tej pory pamiętam dokładnie ich wyjaśnienia.

Ale i tak powiesiłam go na ścianie.

Na pamiątkę.

I chociaż ten barometr nie pokazuje już pogody, to mam wrażenie, jakby do mnie mówił...

Jakby się do mnie odzywał...

Jakby na mnie w tym porannym świetle patrzył.

I pytał się:

Jaką będziesz dziś pogodą?

Jaką będziesz dziś pogodą dla swoich bliskich?

A ja się do niego uśmiecham i zastanawiam się ciągle nad tym zadziwiającym pytaniem...

− Jaką będę pogodą?

− Jaką będę dziś pogodą?

Fajka z Genewy

(Opowieść palacza fajki)

Kiedyś, spacerując po Genewie, wszedłem do sklepu ze starociami. Jego właściciel skupował całe kolekcje pamiątek. W takich sklepach, których właściciele nie są specjalistami od wyrobów artystycznych, można tu i ówdzie odkryć interesujące rzeczy. Ten sklep był całkiem zwyczajny, „trzeciorzędny”, już szykowałem się, żeby z niego wyjść i udać się raczej do jakiegoś muzeum albo na wystawę.

I wtedy ujrzałem...

Fajkę.

Zwyczajną fajkę. Leżała na półce. Żadna tam nadzwyczajna fajka...

W dodatku, była nabita.

Pomyślałem sobie: ktoś, ktoś nieznajomy, nabił sobie fajkę, żeby zaznać owej chwili szczęścia przy pierwszym zaciągnięciu się dymem.

Kto to był?

O czym by myślał, gdyby wypalił tę fajkę?

NIE DOPALIŁ JEJ.

Nabił sobie fajkę i umarł.

I przyjechały samochody właściciela sklepu ze starzyzną... Ludzie wynieśli meble, obrazy – o ile już wcześniej tych najlepszych nie wynieśli spadkobiercy. Albo nie omieszkali ich sprzedać w bardziej szacownym sklepie...

Ktoś wziął tę fajkę, wrzucił do samochodu, w którym handlarz wywoził to, co kupił hurtem.

I teraz fajka czeka tutaj.

Lacrimae rerum, łzy rzeczy – jak pisze Wergiliusz...

Być może napisałby, gdyby żył w dzisiejszych czasach, że ta zapomniana fajka wspomina swojego pana...

Człowiek aż pełen jest planów.

Marzeń o przyszłości.

Miłości...

Miłości, której nie wyraził.

Nabije sobie fajkę...

I nie ma go.

NIE MA.

− Wziąłbym sobie tę fajkę – powiedziałem właścicielowi sklepu.

Spojrzał na mnie, spojrzał na fajkę, na moją wspaniałą fajkę, którą paliłem... tak wyposażeni palacze, tak ubrani ludzie nie kupują u niego fajek...

Wzruszył ramionami.

Zapakował ją i podał mi.

Trzymam ją na swoim biurku. Stale nabitą nieznajomymi dłońmi.

Trzymam ją jako memento. Człowiek nabije sobie fajkę...

Nie wypali jej...

Panie, obyśmy nie zmarnowali ani jednej cudownej sekundy naszego życia...

Lustro i świat

Sąsiadeczka (opowieść pani J.B.)

Rodzice nie mieli dla mnie zbyt wiele czasu. Dlatego od dzieciństwa opiekowała się mną bezdzietna sąsiadka. Traktowała mnie jak własną córkę. Kilka razy rozgniewałam matkę, mówiąc o tej sąsiadce jako o „swojej mamie”. Na pewien czas matka nawet ograniczyła moje kontakty z nią. Pilnowałam się więc, żeby sąsiadki już tak nie nazywać.

Nie mówiłam tak o niej na głos, ale moja podświadomość nigdy nie przestała jej tak nazywać.

„Pani sąsiadka” (albo „sąsiadeczka”, jak na nią mówiliśmy) odprowadzała mnie także na lekcje tańca.

Dziwię się, wspominając po latach... Mojej matki nie bawiło nawet to, co dla matek bywa radością: odprowadzanie swojej córki na lekcje tańca...

Kiedyś stałam przed lustrem i czesałam się.

Ta chwila zapadła mi w pamięć.

Widzi pan tamto lustro?

Tak, w tym lustrze odbijała się moja twarz.

Dokąd umykają odbicia z luster?

Gdzieś w tej lśniącej twarzy lustra ukryta jest moja szesnastoletnia postać.

Miałam na sobie wspaniałą sukienkę, uszyła ją nasza sąsiadka, była z zawodu krawcową. Wyglądałam jak księżniczka... która odjeżdża na zamek do księcia... i będzie królową balu... będzie tą, w której zakocha się piękny książę. Sąsiadeczka podeszła do mnie.

Jej twarz pojawiła się w lustrze... Obok mojej twarzy.

− Dobrze ci w tym.

Skinęłam z zadowoleniem głową. – Wiem.

Ta zarozumiała odpowiedź nie spodobała się mądrej pani...

− Jednak nie to jest ważniejsze, żeby suknia ci pasowała. Ważniejsze, żebyś ty pasowała do sukni...

Patrzyłam z zachwytem na swoją postać.

− Świat jest jak lustro – powiedziała twarz w lustrze, ta twarz obok mojej.

− Świat jest...? Jaki jest...? – nie rozumiałam.

− Świat jest jak lustro.

Jeśli będziesz się do niego uśmiechać, to i on będzie się uśmiechać do ciebie.

Jeśli będziesz się na niego gniewać, to i on będzie się gniewać na ciebie.

Miłość odbija się w miłości...

Człowiek interesuje się tym, co jest do niego dopasowane, a zapomina troszczyć się o to, jak on sam pasuje do świata.

Nie zapominaj: świat wokół nas jest lustrem...

Kiedy się na niego skarżymy, skarżymy się właściwie na to, w jaki sposób na niego patrzymy...

Czy skarżąc się na świat, nie skarżymy się przypadkiem na siebie?

Miłość i samolot

Jak nie odlecieć szczęściu... (bożonarodzeniowa opowieść pana J.V.)

Tamtego dnia spieszyłem się. Spieszyłem się jak nigdy w życiu... Byłem za granicą i musiałem się stamtąd wydostać, żeby wrócić domu na Boże Narodzenie. Ponieważ jednak zaspałem, a ulice były zatłoczone, nie mogłem dotrzeć dość wcześnie na lotnisko...

W końcu dotarłem. Tyle że mogłem już tylko patrzeć na kryształowo jasne niebo. Na niebo, po którym przed paroma minutami przeleciał mój samolot.

Myślałem, że może będzie miał spóźnienie – ileż to razy zdarzały się takie spóźnienia i to całkiem spore. Kiedyś nawet linie lotnicze ugościły nas za darmo w pięknym hotelu i przeprosiły... I właśnie teraz, kiedy tak bardzo się spieszę, mój samolot musiał odlecieć dokładnie co do minuty...

Stoję przy oknie, widać stamtąd pasy startowe, patrzę na błonia, na które zaczyna sypać śnieg...

Jak bardzo byłem wściekły w tym momencie. Rozumiałem mego przyjaciela, który w takich chwilach zwykł stawać przed lustrem i bić się po twarzy. Ja, nawet gdybym miał w ten sposób rozbawić kilku pasażerów, rozglądających się w tym czasie po lotniskowym barze, żeby znaleźć coś, co zdoła rozproszyć ich nudę, nie zrobiłbym tego. Byłem zrozpaczony. Spóźnię się na Boże Narodzenie u nas, w domu. Usiadłem zdruzgotany na krzesełku przy barze, zamówiłem kawę.

Dlaczego MUSI SIĘ TO STAĆ właśnie mnie?

− Panu też odleciał? – rozległo się za mną.

Odwracam głowę.

I widzę anioła.

Gdybym zamiast kawy zamówił kilka szklaneczek, zobaczyłbym może także anielskie skrzydła.

A tak ujrzałem najpiękniejszą dziewczynę, jaką kiedykolwiek spotkałem.

− Też panu czmychnął?

Kiwnąłem głową.

I bez słowa wskazałem jej krzesełko obok siebie. Sfrunęła na nie.

Dziewczyna sprawiała wrażenie, jakby wcale nie poruszała się tak jak inni ludzie, jakby latała, cudownie latała.

Patrzyliśmy na zawieję. Rozjaśnione obłoki, z których co jakiś czas spadały płatki śniegu, zaczęły spuszczać coraz gęstsze roje płatków, nad którymi teraz nasz samolot kąpał się w świetle...

− Jak pani to robi, że potrafi tak pięknie chować skrzydła pod sukienkę? – powiedziałem do niej.

Pani anioł uśmiechnęła się.

I machnęła ręką.

Skromnie...

− Przecież pan wie, tysiące lat ćwiczeń.

Zamówiła sobie kawę.

Padało na nią śnieżne światło; przyglądałem się jej w milczeniu i uświadamiałem sobie: to Boże Narodzenie nie musiałoby być takie złe, gdyby anioł był świątecznym podarunkiem, jaki został mi zesłany...

− Jak jest tam w raju, aniele? – pytam.

− Przecież pan wie, jak zawsze – uśmiechnął się anioł.

Skrócę moją opowieść. Przez pół godziny rozmawiałem z aniołem – stewardesą, a potem anioł wyjął komórkę i zaczął się z kimś porozumiewać. Jeśli chodzi o rozeznanie, kiedy i dokąd polecieć, stewardesy są po prostu wspaniałe. A anioły dopiero... Superwspaniałe. Udało mu się ustalić, jak z międzylądowaniem i jedną przesiadką dotrzemy do naszego kraju.

− Zresztą, mnie jest wszystko jedno – powiedział anioł.

− Wszystko jedno?

− Ja w domu już nie mam nikogo – powiedział anioł. – Lecę do domu tylko... przez sentyment. Święta spędzę z koleżanką i jej matką. W wielkim brudnym mieście. Nic poza tym.

Przełknąłem ślinę.

− A czy chciałaby pani przeżyć prawdziwe rodzinne Boże Narodzenie? – spytałem cicho anioła. – W pięknej okolicy pełnej lasów i saren, które przybiegają aż do ogrodu, i gdzie chodzi się na pasterkę pośród głębokich zamieci? Czy chciałaby pani przeżyć Święta z dwudziestoma dziewięcioma rodzajami ciasta, które w tym roku pieką moje siostry i cudowna babcia? Czy chciałaby je pani przeżyć razem z wielką rodziną, która się zjedzie – właściwie już się zjechała – do naszej barokowej posiadłości, i z masą śniegu, po którym można wspaniale jeździć na nartach?

Patrzyła na mnie, a jej uśmiech mnie owiewał.

− Ja mogłabym tylko jeździć na sankach, bo na nartach nie umiem – powiedziała cicho.

A ja zrozumiałem, że mówi „tak”.

Czasami można powiedzieć „tak”, mówiąc, że umie się jeździć na sankach, a nie na nartach...

W tamtym czasie byłem w kiepskim nastroju i to by się raczej nie zmieniło, nawet gdyby mi samolot nie uciekł... Dziewczyna, którą kochałem, niedawno mnie porzuciła. Nasze rozstanie było dla mnie tym boleśniejsze, że powód okazał się bardzo banalny – jej niewierność, jak się okazało. Dlatego akurat nie drżałem z radości na myśl, że będę otoczony szczęśliwymi w małżeństwie braćmi i siostrami oraz ich dziećmi, i że będę mówić do siebie: Przez całe Święta muszę słuchać aluzji, że wciąż jestem sam.

Kiedy po kilku godzinach znalazłem się z tą dziewczyną w samolocie, tylko chwilami spoglądałem przez okno, a prawie cały czas na nią. Myśl, że lecę z aniołem, była w tej iskrzącej atmosferze niewiarygodnie prawdopodobna. I ona chyba czuła to w podobny sposób... tylko chwilami spoglądała przez okno na świecące niebo, a przez resztę czasu patrzyła wciąż na mnie.

Zna pan to uczucie?

Nagle przeskakuje iskra i cała ciemność się w panu rozprasza, już nie ma ciemności, jest tylko szczęście i harmonia i wdzięczna radość...

Wielka wdzięczność dla Pana dróg.

Były to najcudowniejsze Święta, jakie w ostatnim okresie przeżyłem, miały w sobie coś z dziecięcej radości, z jaką przyjmowałem Boże Narodzenie w czasach, gdy jeszcze dostawałem podarki od Dzieciątka.

Ale –

Czyż tych wszystkich podarków nie rozdaje dzieciom i dorosłym właśnie Ono?

Kiedy potem, w wieczór wigilijny słuchałem na pasterce jej sopranu, zdałem sobie sprawę, jak bardzo jestem szczęśliwy... i jaki głupi.

Pan Bóg nauczył mnie rozpoznawać moją głupotę.

Jakby chciał mi przez to powiedzieć, że tak często wpadam w rozpacz, ponieważ nie potrafię rozeznać wielkości jego darów.

Obdarował mnie tym, że spóźniłem się na samolot.

Człowiek tak często użala się nad tym, że z czymś się spóźnił i nie wie, że to spóźnienie jest właściwie darem, anielskim darem...

I na odwrót, jaka byłaby to dla mnie strata, gdybym wtedy zdążył na ten samolot...

Dziękuję, Panie – mówię do siebie – dziękuję Ci, że się spóźniłem, że mnie obdarowałeś spóźnieniem...

Ponieważ wszystko, co dajesz tym, którzy Cię kochają i których Ty kochasz, nie jest przecież niczym innym jak tylko wielkim darem...

Sopranowy głos płonął obok mnie w czasie pasterki.

I nadal świeci w moim życiu, mnie i naszym dwojgu dzieciom, już kilka lat.

Czasami może być wielkim szczęściem to, że się trochę spóźnimy...

Że jakiś „samolot” nam zniknie w obłokach.

Chodzi o coś znacznie więcej.

Żebyśmy nie odlecieli wielkiej ufności w Pana naszych dróg, który wie, że spóźnić się może oznaczać zdążyć, a zdążyć może być czasami wielkim życiowym spóźnieniem.

I teraz już czas, bym zakończył opowieść i poszedł przygotować pod choinkę jeszcze parę podarków. O tym wydarzeniu, które wszyscy moi bliscy dobrze znają, już dawno nie opowiadałem, być może skłoniły mnie do tego wstęgi płatków padających za oknami... a ja przypomniałem sobie o zamieci, na którą patrzyłem z wściekłością, zamiast patrzeć na nią z radością i całkowitą ufnością w „Pana niespóźnienia”, który kieruje, który wspiera...

Który prowadzi wszystkie nasze drogi...

Bibliotekarz

Jak w jednej chwili przeczytać całą bibliotekę...

Sprzątaczka przyszła posprzątać bibliotekę klasztorną i wzięła ze sobą czteroletniego wnuka.

Chłopiec ze zdziwieniem patrzył na ściany zapełnione książkami.

Bibliotekarz, który poprawiał coś na półce przy oknie, obserwował dziecko z uśmiechem.

− Czy każda z tych książek jest inna? – spytało dziecko.

Pewnie myślało, że nie może być na świecie tylu różnych książek, uznało, że książki są tutaj ułożone jak w wielkim magazynie...

− Każda jest inna – odpowiedział bibliotekarz.

Dziecko pokręciło główką.

Patrzyło na długie, pięknie sklepione regały, patrzyło na książki w parterowej części biblioteki i na te poukładane wysoko, na galerii.

A książki jak gdyby patrzyły na chłopca i uśmiechały się.

− Kiedyś was wszystkie przeczytam – powiedział chłopiec.

Rozmawiał z nimi, jakby rozmawiał z kolegami... Dzieciom znacznie więcej przedmiotów wydaje się żywymi niż dorosłym...

− Nie musisz wszystkich – powiedział bibliotekarz.

Dziecko nie mogło oderwać wzroku od regałów z książkami.

− Wiesz, książek jest tak wiele, a tak mało jest ważnych – powiedział bibliotekarz.

− Biblię mamy w domu – powiedziała sprzątaczka i pogłaskała chłopca po włosach – ale ona jest dla niego jeszcze za trudna... przecież on nawet nie umie czytać...

− Jest niewiele słów, które są najważniejsze – powiedział bibliotekarz.

− A na przykład... na przykład... które są najważniejsze? – Dziecięcy głosik rozbłysnął w starej bibliotece klasztornej. W bibliotece wypełnionej ogromnym oceanem słów.

− Które słowa? – bibliotekarz rozejrzał się po rozległej krainie ksiąg...

A potem przemówił:

− Dwa słowa, w których zmieści się o wiele więcej niż milion takich wielkich bibliotek...

Dwa słowa: miłujcie się...

Prawo miłości

Jak dzieci wyjaśniają prawo miłości...

− Powiedzieć dziecku, że jego rodzice się rozwodzą, to zawsze bardzo trudna sprawa – mówiła pani K.C. – i myślę, że jest to obowiązek rodziców, czyż nie? Oni się rozwodzą, oni do tego dążą, więc oni powinni to załatwić. Czyż nie?

Siedzieliśmy obok siebie na popołudniowym przedstawieniu teatru lalek, ta pani przyszła tam z małym chłopczykiem, który śmiał się do rozpuku, gdy tylko na scenie pojawiał się Kacperek*...

Teraz siedziała znowu obok nas po przedstawieniu w restauracji teatralnej. I w czasie, gdy dzieci biegały po korytarzach teatru, ona opowiadała i opowiadała. Należała do tego typu ludzi, którym wydaje się, że kiedy nie mówią, to nie żyją... a w dodatku widać było, że perypetie, przez które obecnie przechodzi, odbiły się na niej...

PO PROSTU MUSIAŁA to komuś powiedzieć i zastanawiała się komu, podobnie jak w bajce król szukał wierzby, której mógłby powierzyć swoje kłopoty...

Tego, co martwiło ją i jej bliskich, jeszcze jakoś do końca nie rozumiała, wyglądała raczej jak półtora nieszczęścia, jak zdumiona kobieta, kobieta, która czeka, żeby się wreszcie obudzić i odetchnąć z ulgą: To wszystko było tylko snem...

– Dziś przyszła do mnie córka: „Rozwodzę się, mamo”. A ja jej mówię: „Co takiego? Chyba źle usłyszałam”. To ich małżeństwo wydawało się trwałe jak chyba żadne z tych, które znałam. Ona: „Mamo, nie udawaj, że jesteś z dziewiętnastego wieku”. Ja: „A dlaczego od ciebie odchodzi?” Ona na to: „Kto mówi, że on ode mnie? Po prostu mnie bycie z nim już nie bawi. ON NIE JEST NOWY. JUŻ NIE JEST NOWY. To ja zdecydowałam. Ja. Wiesz, mamo?” A ja na to: „Nie wierzę”. Ona: „To sobie nie wierz, powiedz o tym przede wszystkim Kamilowi”. To mój wnuk, który biega tam teraz po schodach, tak, ten w niebieskim swetrze. Ja mówię do niej: „Co to, to chyba nie”. Ona: „Ja mu tego powiedzieć nie mogę, wiesz przecież, jak będzie beczeć”. Ja: „Ty kogoś masz, posłuchaj, kogoś innego niż dużego Kamila?” Ona na to: „Oczywiście, myślisz, że odchodziłabym od męża, gdybym nie miała kogoś lepszego?”

Pani bezradnie zamilkła. Opowiadała swoją historię, stosując pauzy, zdaniami jak ze sztuki teatralnej. Siorbała kawę, dosypując do niej co pewien czas cukier z cukiernicy. Zastanawiałem się, czy robi to podświadomie, czy też potrzebuje więcej słodyczy, żeby usunąć gorycz swojej opowieści.

– Ja mówię do niej: „Skoro sama sobie nawarzyłaś piwa, to teraz sama je wypij”. A ona: „Mamo!” A ja znowu: „Dziewczyno, dziewczyno, nie możesz tego ode mnie oczekiwać”. A ona: „Od kogo miałabym czegoś takiego oczekiwać, jeśli nie od własnej matki?” A ja mówię: „Moja droga, a od kogo twoje dziecko miałoby oczekiwać, że go nie opuści, jeśli nie od własnej matki?” A ona znowu: „No, tych dwóch spraw, mamo, ze sobą nie mieszaj, dlaczego je mieszasz...?”.

Pani upiła trochę kawy i na chwilę zesztywniała, jakby była z kamienia.

– No więc się w końcu zgodziłam. Czego człowiek nie zrobi dla swojego dziecka. Kto wie, jak bardzo niedelikatnie córka by mu o tym powiedziała... znam ją. Zawołałam więc małego i mówię mu, że jego ojciec i matka się rozejdą. Pomyślałam sobie, że już i tak o tym wie, takich rzeczy się nie da zataić, a dziecko o czymś takim dowie się od jakichś kolegów lub sąsiadów. Kamilek roześmiał się.

Pytam go: „Dlaczego się śmiejesz?”.

A on znowu tak pięknie się śmieje, głośno się śmieje, czy wiecie, jak czteroletnie dzieci potrafią się pięknie śmiać? No przecież widzicie go na tych schodach, jak się śmieje... A kiedy mu o tym powiedziałam, to śmiał się jeszcze głośniej niż teraz... Zaskoczyło mnie to. Ja bym, gdyby mi ktoś powiedział, że moi rodzice się rozejdą, ja bym w jego wieku już strasznie beczała. A on się śmieje i śmieje. Mówię mu: „Co jest w tym śmiesznego, że twoi rodzice się rozejdą?” A on patrzy na mnie, jakbym była głupia, kręci tylko głową i mówi: „To nieprawda. Przecież ich kocham”.

Znów dosłodziła sobie przesłodzoną kawę i przez chwilę milczała.

− Nie gniewajcie się, że tutaj sobie popłakuję, ja nie wiedziałam, co mu na to odpowiedzieć.

On ich kocha, więc wierzy, że ja sobie tylko tak żartowałam. Dlatego wolałam go wziąć do teatru, żeby się trochę rozerwał.

Westchnęła... jakby to westchnięcie było właściwie szlochem.

Czasami człowiek płacze, a wydaje się, jakby oddychał.

– Ale on rozrywki nie potrzebuje, to ja, ja potrzebuję się rozerwać, ja po prostu nie wiem, jak mu to jeszcze raz powiedzieć... skoro mi nie wierzy... i ma taki dziwny argument, że to nie może być prawda, ponieważ on rodziców kocha.

Dziwny argument...

Patrzyłem na szlochającą panią, była bezradna w swojej daremnej misji dyplomatycznej i popijała kawę.

Może chciała tym gorącym napojem... może chciała sprawić sobie ból... żeby zmniejszyć boleść duszy. To przecież nie jest „dziwny argument” – chciałem powiedzieć. To jest najpiękniejszy argument, jaki mogła usłyszeć.

Jej wnuk przecież kocha swoich rodziców.

Wierzy im... Absolutnie.

Jeszcze absolutnie, tak jak wierzą małe dzieci.

Rozumie stare prawo miłości, które ludzie być może niosą na dnie duszy z czasów, kiedy zostali wygnani z raju...

Wierzę... komuś wierzę.

Kocham.

A więc ktoś, kogo kocham, nie skrzywdzi mnie przecież.

Kiedy ktoś mi mówi, że jest inaczej, mogę zrobić tylko jedno: wybuchnąć śmiechem.

KOCHAM ICH, PRZECIEŻ NIE MOGĄ MNIE ZDRADZIĆ.

KOCHAM ICH, PRZECIEŻ NIE MOGĄ MNIE ZRANIĆ.

Czy to nie są prawa miłości?

Anielskie prawa miłości?

Dziecko wierzy, że miłość jego rodziców jest tarczą, której nic nie może przebić...

I biega z dziećmi po schodach i śmieje się.

Ile łez je czeka... Ile zdumienia. Żalu.

– No jak mu mam powiedzieć, że jego rodzice się rozwodzą? – wykrztusiła za nami pani, kiedy już odchodziliśmy.

Została przy stoliku i piła kawę, patrzyła na dziecko w niebieskim swetrze.

Patrzyła na dziecko, które znało prawo miłości.

Które jeszcze nie zapomniało prawa miłości, jakie sobie i rodzicom przyniosło z raju.

Dziecko się „jeszcze” śmiało... głośno się śmiało i wierzyło, wierzyło absolutnie, że rajskie prawa obowiązują także na tym świecie...

Anielskie głosy

Jak poświecić sobie na drogę

(opowieść dr. K.K.)

Czasem człowiek usłyszy kilka słów, zobaczy je gdzieś zapisane, przypomni sobie o nich i te słowa współbrzmią z tym, co przeżywa...

I nie tylko współbrzmią, ale pełnią też wielką, pokrzepiającą rolę... Sprawiają wrażenie, jakby je ktoś do człowieka wysłał.

Jakby go to zdanie poklepało po plecach i powiedziało: Słuchaj, to, co chcesz zrobić, nie jest dobre, lepiej przemyśl to jeszcze raz...

Niedawno wszedłem do biura mojego przyjaciela i zauważyłem napis nad jego biurkiem.

Patrzyłem na ten napis i patrzyłem. Potem uśmiechnąłem się w myślach.

− Dobre, co? – powiedział przyjaciel.

Przytaknąłem.

− Nawet nie wiesz, ile razy mi to zdanie pomogło, ile razy mnie uratowało...

Pomyślałem, że potrafię to sobie wyobrazić, to zdanie będzie pomagać także mnie.

I nie będę go musiał oprawiać w ramki.

Pod koniec rozmowy, odchodząc, spojrzałem jeszcze na to zdanie:

Czego będziesz za rok najbardziej żałował, że TERAZ tego nie zrobiłeś?

Być może powiecie: zwyczajne zdanie...

Tylko że... Czy o naszym szczęściu lub tragedii nie decydują często właśnie te bardzo zwyczajne zdania?

Nie przeniosłem tego zdania starannie na papier, nie oprawiłem w ramki i nie umieściłem za szkłem jak mój przyjaciel. Ale powiedziałem go już wielu ludziom i sporo osób już mi się zwierzyło, że gdy się nad tym zdaniem zastanawiali, to ono pomogło im, żeby tego żalu, jaki mogliby poczuć za rok, było mniej. Że ich to zdanie „poklepało po plecach” i powiedziało: „Słuchaj, zatrzymaj się i pomyśl... Więcej myśl, niż się spiesz...”.

Są takie zdania, które brzmią jak...

Jak anielskie głosy.

Jak głosy, które mogą prowadzić do zwycięstwa...

Sport

− Miałem dwadzieścia lat i przygotowywałem się do ważnych zawodów w skoku w dal – opowiadał K.M.

− Myślałem sobie wtedy, że od tych zawodów zależy całe moje dalsze życie. Trenowałem bardzo pilnie i wiele sobie po nich obiecywałem. Gdybym wygrał, mógłbym się dostać do reprezentacji narodowej. A wkrótce miała się odbyć olimpiada, wiedziałem, że mógłbym zostać nominowany także do drużyny olimpijskiej. Tylko że przed zawodami nagle pogorszyła mi się forma. I choć robiłem, co w mojej mocy, nie umiałem powrócić do wcześniejszego poziomu. Nie byłem w stanie tego zrozumieć.

Już-już chciałem zrezygnować z zawodów. Ale była we mnie jeszcze jakaś zarozumiałość czy odwaga, człowiek nie bardzo potrafi to odróżnić... która sprawiła, że w końcu na te zawody pojechałem.

Być może też znacie to uczucie. Nie uda się, nie uda, szepcze wam coś w środku... A gdy ten głos się odezwie, wtedy nic nie wychodzi.

W czym rzecz? W tym, żeby tego głosu nie słuchać.

Ja ten podstępny głosik słyszałem przez całą drogę, jadąc wraz z innymi autobusem na stadion. Pierwsza próba wypadła katastrofalnie.

Nie pokonałem wysokości, którą kiedy indziej przeskakiwałem bez niczego... Łzy napłynęły mi do oczu, takie łzy wściekłości bezradnego dwudziestolatka.

A potem zobaczyłem ją.

Matkę.

Stała na skraju stadionu i patrzyła na mnie.

Pomachała mi.

„Wygrasz!” – zawołała.

Powiem wam, potrafiłem docenić, że tu była. Od kilku już lat miała straszne kłopoty z chodzeniem, prawie nie wychodziła, każdy krok sprawiał jej ogromny ból.

A jednak się tutaj zjawiła...

Stała przy barierce, opierała się na kuli i uśmiechała się. Kompletnie zdumiony odwzajemniłem jej gest. Wzywano mnie, żebym już skakał. Wziąłem rozbieg i... pobiłem swój własny rekord. Te zawody wygrałem we wspaniałym stylu... Ale oprócz medalu wyniosłem z nich coś więcej, coś znacznie ważniejszego: świadomość, co potrafi zdziałać wiara. Czego może dokonać „trzymanie kciuków”.

Iluż to ludzi w historii miało wszelkie szanse na zwycięstwo – i nie wygrali chyba tylko dlatego, że nikt nie trzymał za nich kciuków, nikt im nie wierzył, nie pomachał im.

Nie mieli DLA KOGO WYGRAĆ.

Myślę, że gdyby każdy miał kogoś, kto w niego wierzy, kto w odpowiedniej chwili trzyma za niego kciuki, nie byłoby na świecie żadnego nieudacznika, żadnego rozczarowanego i zrozpaczonego człowieka.

Za każdą porażką stoi człowiek, który nie miał wystarczająco mocnego powodu, żeby wygrać.

Szczęśliwi ci, za których ktoś we właściwej chwili trzyma kciuki, uśmiechnie się do nich, pomacha im z obrzeży stadionu.

Nawet gdyby miał im pomachać szczudłem, tak jak mnie pomachała moja matka.

Grzech

(opowieść pana F.P.)

Grzech –

Już samo to słowo może się komuś wydać niezrozumiałe.

Żyjemy w świecie, w którym słowa dla wielu ludzi tracą swoje dawne znaczenia, a jednocześnie nie zyskują, nie odnajdują nowych.

Ja wiem, co to jest grzech.