Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Trzeci tom „Księgi bajek najnowszych” to prawdziwa skarbnica opowieści stworzonych z myślą o najmłodszych Czytelnikach. Niezwykłe historie, krótsze i dłuższe, wierszowane i pisane prozą, otwierają drzwi do barwnego świata wyobraźni. Książka zawiera zbiór tekstów pełnych ciepła, humoru i wzruszeń. Młody Czytelnik z pewnością odnajdzie w antologii coś dla siebie ‒ bohatera, z którym będzie mógł się utożsamić, przygodę, do której będzie wracać wielokrotnie oraz przesłanie, które zapamięta. „Księgi bajek najnowszych” nie tylko umili czas, lecz także w przystępny sposób przybliży najmłodszym wartości takie jak: odwaga, szacunek, empatia i przyjaźń. To idealna propozycja do wspólnej lektury dla dziecka i opiekuna. Bo nic nie buduje bliskości tak, jak chwile spędzone razem nad książką!
Autorzy:
Małgorzata Brandt, Ilona Dąbrowska, Maciej Dworowy, Alina Gierun, Elżbieta Guźniczak, Yanina Hrysenko, Mariusz Jeleń, Katarzyna Krzemińska, Kamil Leski, Marzenna Lewandowska, Agata Łuczak, Renata Micołek-Wąsowicz, Katarzyna Nadolna, Beata Ostrowska, Katarzyna Przyżycka, Elżbieta Siwicka, Mariusz Surmacz, Wojciech Utrata
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 286
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Opieka redakcyjna
Agnieszka Gortat
Redaktor prowadzący
Ewa Tadrowska
Korekta
Agata Czaplarska
Opracowanie graficzne i skład
Marzena Jeziak
Ilustracje
Piotr Milej (O My Deer)
Projekt okładki
Aleksandra Sobieraj
© Copyright to anthology by Borgis 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Wydanie I
Warszawa 2026
ISBN 978-83-68768-14-5ISBN (e-book) 978-83-68768-32-9
Wydawca
Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 [email protected]/borgis.wydawnictwowww.instagram.com/wydawnictwoborgis
Wydrukowano w Polsce
Druk: Sowa Sp. z o.o.
Wstęp
Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku,
Macie przed sobą księgę pełną niesamowitych historii. Historii opowiadających czasami o fantastycznych światach, a czasami o tym, co wokół nas. Dzięki nim zanurzycie się w barwne rzeczywistości, które skrywają wiele tajemnic.
Przeczytacie m.in. o Kotku-Kłopotku i jego zwariowanych przygodach. Poznacie Simona i jego przyjaciółkę Alfredę, dowiecie się, co robiła myszka Zuzia. Spotkacie Piotrusia i jego tatę, który ma niezwykły zawód. Potowarzyszycie rodzinie Bajadulków podczas wakacji oraz odkryjecie, co skrywał tajemniczy list.
O tym i o wielu innych rzeczach przeczytacie w tych bajkach. Dowiecie się wielu fascynujących rzeczy. Znajdują się tu opowieści pełne humoru, wzruszeń, pobudzające wyobraźnię i inspirujące do poznawania świata wokół nas.
Napisali je dla Was ludzie, którzy doskonale rozumieją dziecięcą wrażliwość, znają radości i smutki młodych czytelników. A zrobili to w taki sposób, że trudno oderwać się od lektury. Na szczęście książkę można czytać kilka razy i zapewniam Was – zawsze znajdzie się w niej coś nowego. Zauważy się wcześniej niedostrzeżony szczegół historii, która po raz kolejny skłoni do przemyśleń i rozmów z rodzicami.
Usiądźcie wygodnie i dajcie się ponieść opowieściom, a nie pożałujecie!
Miłej lektury!
Świecianka, nauczycielka, poetka, miłośniczka muzycznych spotkań z przyjaciółmi, podróży oraz sztuk wszelakich. Dotychczas ukazały się trzy ilustrowane tomiki jej wierszy dla dzieci: „Jestem w przedszkolu”, „Ważne sprawy Milusińskich” i „Milusińscy dbają o zdrowie”, w przygotowaniu jest czwarty. To także autorka poezji adresowanej do dorosłych, zawartej w niedawno wydanym tomiku zatytułowanym „Słowa Droga Czas”. Od początku lat 90. zanurzona w nurcie piosenki studenckiej i poezji śpiewanej. Jest współzałożycielką i autorką tekstów piosenek zespołu Ukryty Zegarek, który po kilkunastu latach przerwy wznowił działalność. Pisze, bo lubi i chce się tym dzielić z innymi. Jakiś czas temu wpadła na pomysł napisania swojej pierwszej bajki.
Kłębuszek i przyjaciele
Kiedy byłem mały, taki mały, że obiad jadłem tylko łyżką, bo widelcem mogłem sobie zrobić krzywdę, lubiłem słuchać opowieści babci Stasi. Wieczorami zwoływała nas, czyli wszystkie swoje wnuki, siadała z nami przy kominku i zaczynała opowiadać. Najbardziej podobały mi się przygody wełnianego Kłębuszka i jego przyjaciół. Opowiem teraz kilka z nich pod warunkiem, że usiądziecie wygodnie, przytulicie do siebie swoje ukochane maskotki i będziecie uważnie słuchać. Jesteście gotowi? W takim razie zaczynamy.
Kłębuszek
Hop! Kłębuszek wyskoczył z wiklinowego koszyka na podłogę, rozejrzał się, czy nie widać w pobliżu pary zielonych kocich oczu i poturlał się w stronę drzwi. Niestety, były zamknięte. Znudziło mu się to nicnierobienie w koszyku z wełną. Tak naprawdę nie miał powodów do narzekań. Mieszkało tam wielu jego kolorowych i całkiem wesołych kuzynów i nigdy nie było zimno. Ale poza tym jedyną atrakcją był dla niego widok pary kolorowych rękawic z jednym palcem lub skarpeta, którą w wolnych chwilach cierpliwie dziergała na drutach babcia Stasia. Kłębuszek miał marzenie – chciał poznać świat, a przynajmniej najbliższą okolicę. Tego właśnie zazdrościł kotu Marcepanowi – wolności. Nie przepadał za nim, bo kot nieraz szalał po pokoju z Kłębuszkiem w zębach, choć on wcale sobie tego nie życzył. Chyba nikt nie lubi być potrząsany, przerzucany z kąta w kąt i trzymany w oślinionych, zaciśniętych zębiskach. Brrrrrr! Kłębuszek nie znosił takich zabaw, ale chciał jak Marcepan, kiedy przyjdzie mu na to ochota, swobodnie powłóczyć się nieznanymi drogami. Zdecydował, że zrobi to dziś.
Kota nie było w pobliżu, a inne kłębuszki smacznie spały, nadarzyła się więc okazja. Kiedy już stanął pod drzwiami i spojrzał w górę na klamkę, zrozumiał, że tym razem nic z tego nie będzie. „Hm, sam ich nie otworzę. Choćbym nie wiem, jak bardzo się starał, to do klamki nie podskoczę” – pomyślał bezradny. Nagle, po drugiej stronie drzwi usłyszał dobrze mu znane wołanie:
– Stasia! Przynieś mi, kochana, szklankę wody, bo okropnie mi się pić zachciało, a oderwać się od pracy nie mogę – prosił babcię Stasię spragniony dziadek Władek.
W Kłębuszku zatliła się nadzieja, że może jednak nie wszystko stracone i wrota do wielkiego świata zostaną otwarte, bo przecież babcia Stasia, choć była jeszcze całkiem młodą i bardzo sprawną babcią, oknem nie wyjdzie. Będzie musiała otworzyć te wielkie, ciężkie, drewniane drzwi, za którymi czeka tyle przygód oraz spragniony dziadek Władek.
Kłębuszek miał rację. Już po chwili babcia Stasia pędziła w stronę drzwi z pełną szklanką niegazowanej wody, bo taką dziadek lubił najbardziej. „Nareszcie!” – pomyślał Kłębuszek. Wystarczyło lekkie naciśnięcie klamki i jego marzenie w końcu się spełniło – teraz już bez problemu mógł przekroczyć próg. Gdy dziadek gasił pragnienie, pijąc duszkiem wodę bez bąbelków, Kłębuszek radośnie rozpoczynał swoją pierwszą samotną wędrówkę w nieznane. „Poznam trochę okolicę i wrócę” – zadecydował.
Szedł i szedł, nie wiedząc, dokąd prowadzi droga, a właściwie toczył się i toczył, bo tak przecież poruszają się wszystkie kłębuszki na świecie. Po pewnym czasie, trochę zmęczony, przystanął.
– Odpocznę, bo od tego turlania się bolą mnie boki – powiedział sam do siebie.
Kasztanek
Ledwie Kłębuszek zdążył usiąść na trawie i oprzeć się o kamień, jakiś dziwny Ktoś zaczął zbliżać się w jego stronę ze sporą prędkością. Był okrągły, tak jak on, ale ubrany w kolce i cały zielony.
– Ratunku! Z drogi! – krzyczał jak szalony, aż w końcu z impetem uderzył w kamień, ten sam, o który opierał się Kłębuszek. – Heloł! Kasztanek jestem, a ty? – powiedział przyjaźnie Ktoś, gwałtownie zrzucając z siebie iglastą marynarkę.
– A ja Kłębuszek. Bardzo mi miło – przywitał się Kłębuszek i dodał: – Może nie powinieneś zdejmować marynarki, bo zimno dziś trochę.
– Eee tam! Fason i tak mi nie odpowiadał, a poza tym zrobiła się trochę ciasna – odpowiedział, teraz już całkiem brązowy, Kasztanek i przyglądając się bacznie Kłębuszkowi, dorzucił z uśmiechem: – Ty za to, jak widzę, ciepełko lubisz.
– Cała moja rodzina ceni sobie ciepło i wygodę – odparł przyjaźnie Kłębuszek.
– Rzecz jasna, ale w życiu trzeba być czasem twardym, bo nie wiadomo, gdzie się wyląduje. O, tak jak na przykład ja dzisiaj. – Kasztanek zaśmiał się serdecznie, wskazując kamień. – A skąd ty się tu wziąłeś, Kłębuszku? Nigdy nie widziałem takiej puszystej kulki jak ty siedzącej przy drodze.
– Mieszkam niedaleko stąd, w wielkim drewnianym domu – odparł Kłębuszek.
– Aaa, to chyba już wiem. Widziałem taki z mojego drzewa, kiedy jeszcze sobie z niego spokojnie zwisałem. Jest przy nim zielony płot, na którym czasami podskakuje, jakby go coś w ucho ugryzło, włochaty czarny potwór – ze strachem wyjąkał Kasztanek.
– Ha, ha! To nie potwór, tylko kot Marcepan – zaśmiał się Kłębuszek. – Ulubieniec moich gospodarzy. Łapie myszy, goni muchy, ale najgorzej, gdy się nudzi, bo wtedy ja i moi kuzyni zaczynamy być dla niego nadzwyczaj interesujący. Na szczęście biegnie nam wtedy z pomocą babcia Stasia, która strasznie nie lubi rozplątywać splątanych kłębków wełny – opowiadał z przejęciem Kłębuszek.
On i jego nowy kolega byli tak zajęci rozmową, że nie zauważyli, kiedy nadeszła noc, a noc – jak wiadomo – to pora odpoczynku. Zmęczonym przyjaciołom zaczęły się zmniejszać oczy tak bardzo, że w końcu nie było ich wcale widać pod kołderką powiek, za to słyszeć się dało cichutkie chrapanie na dwa głosy:
– Hrrrr...
– Frrr...
– Hrrrr...
– Frrr...
Kłębuszek co jakiś czas mówił coś przez sen i kręcił się z boku na bok. Pewnie śniło mu się, że wędruje pełną przygód, długą drogą w nieznane.
Rzepik
– Pobudka, panowie! – ktoś wrzasnął nad głową Kłębuszka i Kasztanka.
Kłębuszek podskoczył, jakby go wystrzeliło z procy, a Kasztanek, ledwie uchyliwszy oczy, rzekł:
– Coś taki nerwowy, kolego? A może najpierw jakieś „dzień dobry” na miły początek dnia? A w ogóle ktoś ty, bo nie dosłyszałem imienia? – skarcił przybysza.
– Och, przepraszam, zdaje się, że się nie przedstawiłem. Oset jestem – odpowiedział trochę zmieszany.
– Uahaha! Oset? A co to za imię? Oset na gzyby poset – naśmiewał się Kasztanek.
– Kasztanku, to nieładnie śmiać się z czyjegoś imienia – stanął w obronie nowego kolegi Kłębuszek.
– W porządku, ja się nie gniewam, sam nie przepadam za tym imieniem – bez obrazy zakomunikował Oset.
– Faktycznie, chyba trochę przesadziłem. Przepraszam – ze wstydem przyznał Kasztanek, podając przybyszowi rękę na zgodę.
– Właściwie wszyscy znajomi z łąki mówią do mnie Rzepik i niech tak zostanie – odparł z uśmiechem Oset, odpowiadając uściskiem dłoni.
Słońce było już coraz wyżej, ptaki wyśpiewywały swoje ulubione melodie, więc Kłębuszek i Kasztanek postanowili ruszyć w drogę.
– Jeśli chcesz, możesz się do nas przyłączyć, razem będzie weselej – zwrócił się do Rzepika Kłębuszek.
I tak też się stało. Szło im się razem całkiem miło, a raczej turlało, bo przecież wszyscy byli okrągli, a ścieżka nie była wyboista. Gdy droga zaczynała schodzić w dół, towarzysze podróży urządzali zawody, który z nich szybciej znajdzie się na wyznaczonej mecie. Najczęściej wygrywał Kłębuszek, bo był lekki i skoczny w przeciwieństwie do bez przerwy zahaczającego o coś Rzepika i trochę ociężałego Kasztanka. Kiedy tak turlali się po drodze, śmiejąc się i podziwiając widoki, nagle dostrzegli coś połyskującego w słońcu. Żaden z nich nie wiedział, co to jest, bo wszyscy szli tędy po raz pierwszy. Przystanęli i myślą.
– Hm, to może być lustro – powiedział Kłębuszek. – Widziałem kiedyś coś takiego na stoliku u babci Stasi.
– A na mój kasztankowy rozum to kawał blachy. Ludzie czasami wyrzucają niepotrzebne rzeczy, gdzie popadnie – z niesmakiem odparł Kasztanek.
– A ja nie mam pojęcia, co to może być, więc najlepiej będzie, jeśli podejdziemy bliżej i...
Rzepik nie dokończył, bo nagle usłyszał ciche:
– Ra-tun-ku!
Głos dobiegał z tajemniczo połyskującego miejsca.
– Słyszycie to co ja, panowie? – zapytał Rzepik, ale już nie czekał na odpowiedź.
Wszyscy bez chwili wahania zaczęli biec w tamtą stronę. Gdy dotarli do celu, okazało się, że tajemniczo połyskującym miejscem była kałuża, a w niej zanurzona po szyję tkwiła bardzo wystraszona mysz.
Zyta
– Ra-tun-ku! Nie u-miem pły-wać! Po-mo-cy! – rozpaczliwie próbowała wołać myszka, machając łapkami i zanurzając się pod wodę.
– O rety! Trzeba jej pomóc! Tylko jak? – krzyknął do kompanów wystraszony Rzepik.
– Szybko. Tam jest patyk. Rzućmy go w jej stronę, będzie miała, czego się chwycić – pewnym głosem odpowiedział Kasztanek i już po chwili cała trójka dzielnych przyjaciół pędziła z patykiem w stronę tonącej myszki.
– Raaaz, dwaaa i trzyyy! – krzyknęli, wrzucając go z dużym wysiłkiem do kałuży.
– Spróbuj się chwycić! – zawołał Kasztanek.
– Oj, oj, nie mogę, nie mo... – ledwie słyszalnym głosikiem pisnęła opadająca z sił myszka.
– Ona nie może już machać łapkami, nic z tego nie będzie – zawyrokował Kłębuszek.
– Nie kracz. Trzeba wierzyć, że się uda – skarcił go Rzepik.
W tym samym momencie stała się rzecz niesłychana, bo ni stąd, ni zowąd powiał wiatr, który sprawił, że patyk podpłynął na tyle blisko myszki, by mogła go złapać.
– Hura! – krzyknęli przyjaciele i zaczęli radośnie podskakiwać, ciesząc się z ocalenia tonącej.
Ona tymczasem resztkami sił dopłynęła na patyku w bezpieczne miejsce, stanęła na suchym lądzie, strząsnęła z siebie wodę, jak to robią wszystkie futrzaki, i padła na ziemię z wyczerpania. Rzepik, Kasztanek i Kłębuszek pochylili się nad ciężko dyszącą myszką, a ona z lekkim uśmiechem na zmęczonym pyszczku szepnęła:
– Dziękuję. Uratowaliście mi życie.
– Oj tam. Dobrze, że akurat byliśmy w pobliżu – odpowiedział wystraszony całą tą sytuacją, a jednocześnie szczęśliwy, Kłębuszek.
Kiedy myszka doszła do siebie, odzyskała siły i stanęła na nogach, przedstawiła się swoim wybawcom:
– Mam na imię Zyta. Mieszkam z całą moją liczną rodzinką w stogu siana. O, tam. – Pokazała łapką stóg, który wydał im się znajomy, bo widzieli go już wcześniej, w czasie swojej niedługiej wędrówki. – Kochani, zapraszam was na obiad. Chciałabym się jakoś odwdzięczyć – dodała nieśmiało Zyta.
– To świetny pomysł, bo aż mi w brzuchu burczy z głodu – z niekrytą radością zakomunikował Rzepik, po czym wszyscy ruszyli za myszką.
Zyta była świetną gospodynią. Na obiad podała gościom zupę z koniczyny, pieczone kłosy żyta w sosie z liści paproci, zapiekankę z serem, a na deser ziarna pszenicy w miodzie. Ten deser sprawił, że wszystkim zrobiło się błogo.
– Cóż, czas chyba ruszać w dalszą drogę – powiedział głośno Kasztanek, wstając energicznie z malutkiego kamyczka. – Dziękujemy za gościnę, Zyto. Miło nam było cię poznać – dodał w imieniu gości.
– To ja jestem wam wdzięczna za pomoc i jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję – ze łzami w małych oczkach wyszeptała wzruszona Zyta.
Przyjaciele ruszyli żwawo w kierunku drogi, po której akurat przejeżdżał traktor. Kiedy już na niej stanęli, zaczęli się zastanawiać, w którą stronę pójść.
Onufry
– Pójdziemy tam, gdzie wieje wiatr – zdecydował Rzepik.
– Okej, niech nas wiatr prowadzi – zgodzili się bez dyskusji pozostali towarzysze wyprawy.
Szli obok siebie, wspominając wizytę u myszki Zyty, gdy zaczął padać deszcz. Pojedyncze krople spadały na piaszczystą drogę coraz gęściej, dlatego postanowili czym prędzej schronić się przed ulewą w jakimś dogodnym miejscu. Przy drodze rosło wiele drzew, szybko więc znaleźli się pod jednym z nich. Była to stara wierzba, której gałęzie niczym parasol zwisały ku dołowi, tworząc idealną kryjówkę dla małych wędrowców.
Kasztanek zabawiał towarzystwo wesołymi opowieściami, a jego koledzy zaśmiewali się do łez. Nie wiedzieli, że stara wierzba jest jeszcze czyjąś kryjówką, a właściwie domem. W dziupli nad ich głowami mieszkał pająk Onufry. Tkał sobie cierpliwie pajęczynę i przysłuchiwał się przezabawnym opowieściom sympatycznego Kasztanka. W pewnym momencie pająk nie wytrzymał i tak głośno parsknął śmiechem, że trzej przyjaciele poderwali się z ziemi, mocno zaskoczeni.
– Kto tam jest? – zapytał głośno Rzepik.
– To ja. – Pająk wychylił się nieśmiało z dziupli.
– Jaki Toja? – zdziwił się Kłębuszek.
– Nie Toja, tylko ja, pająk Onufry. Mieszkam tutaj. Przepraszam, że przysłuchiwałem się waszej rozmowie. Tak, tak, wiem, że to niegrzeczne podsłuchiwać, ale nie miałem właściwie wyboru – powiedział mocno zawstydzony pająk.
– Nie przejmuj się, to my nieproszeni zjawiliśmy się pod twoim drzewem – odparł Kasztanek.
– Skoro nadarzyła się okazja, to może wejdziecie do mnie na herbatkę? Mam jeszcze kilka suszonych much na deser – ucieszył się pająk Onufry.
– Muchy może niekoniecznie, jesteśmy wegetarianami, ale herbatka, czemu nie? – odpowiedział Rzepik, nie pytając reszty o zdanie.
Propozycja była nie do odrzucenia, tym bardziej że przestało padać, a zaczęło lać jak z cebra. Pojawił się jednak pewien problem. Wszyscy trzej, czyli Rzepik, Kłębuszek i Kasztanek, potrafili się turlać, ale wspinać na drzewa niestety nie.
– Podsadzę cię – powiedział Kasztanek do Kłębuszka.
– Coś ty, nic z tego, dziupla jest za wysoko – ocenił na oko Rzepik.
– Chyba nici z herbatki, a przydałaby się, bo zrobiło się chłodno – stwierdził smutno Kłębuszek.
– Ciebie wełna grzeje, a ja swoją zieloną marynarkę zostawiłem przy kamieniu, przy którym się poznaliśmy – powiedział Kasztanek do kolegi, coraz bardziej żałując tamtej decyzji.
– A propos nici, rzucam moją, łapcie! – krzyknął z góry pająk Onufry.
Nić była cienka i raczej nie było szansy na to, by wszystkim udało się wspiąć po niej do dziupli. Zdecydowali więc, że pierwszy spróbuje Rzepik, bo był najlżejszy. Obwiązał się dookoła pajęczą nicią i dał sygnał Onufremu, by ten zaczął wciągać go na górę. Kasztanek i Kłębuszek z zainteresowaniem przyglądali się temu i ku ich uciesze już po chwili Rzepik był w dziupli pająka.
– Kto następny? – zapytał Onufry, spuszczając nić.
– Teraz, bracie, ty – rzekł pewnie Kasztanek do Kłębuszka i dodał: – a ja będę cię asekurować.
– Będziesz co? – zapytał zdziwiony Kłębuszek.
– Asekurować. To znaczy, że jak spadniesz, to cię złapię albo przynajmniej spróbuję. Zresztą jesteś mięciutki, boków sobie nie obijesz, gorzej ze mną – kończąc, zaśmiał się Kasztanek.
Już po chwili Kłębuszek był drugim gościem w dziupli Onufrego. Nić wytrzymała.
Kasztanek był najcięższy z całej trójki i wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że jego ciężaru nić pajęcza może nie wytrzymać.
– Twoja kolej! – krzyknął z góry Rzepik.
– Koledzy, nie oszukujmy się, nić to nie lina, a ja nie jestem z waty. Nie będę ryzykować. Zaczekam tu na was – odpowiedział trochę smutny Kasztanek.
– Żartujesz sobie? Albo wszyscy, albo nikt. Na tym polega przyjaźń, prawda? Nie martw się, zaraz coś wymyślimy! – pewnym głosem krzyknął z góry Kłębuszek i po chwili zastanowienia zaczął się rozwijać, spuszczając powoli wełnianą nitkę w dół, ku zaskoczonemu Kasztankowi.
– Ty to masz pomysły! – Kasztanek, nie kryjąc radości, zaczął obwiązywać się wełną, która była dużo grubsza i mocniejsza od pajęczej nici. – Gotowe! – krzyknął do czekających w napięciu kolegów na drzewie.
Pomysł Kłębuszka okazał się świetny. Bez problemu udało się wciągnąć Kasztanka do dziupli. Pająk Onufry szybko przygotował ciepłą herbatkę dla zmarzniętych i przemoczonych gości i był przeszczęśliwy, że ktoś go w końcu odwiedził, i to zupełnie niespodziewanie. Wiódł samotny żywot, nie licząc wpadających przez nieuwagę w jego sieci much. Czas spędzony z gościnnym i miłym Onufrym płynął szybko, a zmęczenie coraz bardziej dawało się wszystkim we znaki.
– Nocą nie będziecie nigdzie wędrować. Prześpicie się tutaj. Dziupla jest duża, pomieścimy się – zdecydował Onufry.
Żaden z nich się nie sprzeciwił, wszyscy bowiem marzyli o odpoczynku po pełnym przygód dniu.
Kitka
Nadszedł ranek. Słońce powoli wyłaniało się zza wzgórza. Z dziupli Onufrego dochodziło jeszcze ciche pochrapywanie jego gości, gdy nagle coś zaszeleściło na jednej z gałęzi. Kasztanek otworzył oczy i w tej samej chwili krzyknął przerażony:
– Ratunku!
Zobaczył nad sobą wielką głowę wiewiórki, mocno zdziwionej ich obecnością w dziupli. Rzepik, Kłębuszek i Onufry zerwali się ze swoich legowisk, nie wiedząc, o co chodzi.
– Nie bójcie się, koledzy, to moja sąsiadka, Kitka – starał się ich uspokoić Onufry.
– Ale to wiewiórka. I pewnie jest głodna – drżącym głosem wyszeptał Kasztanek.
– Nie lękaj się, kochaneczku, kasztany nie są moim ulubionym przysmakiem, miewam po nich kolki – starała się żartobliwie załagodzić sytuację wiewiórka. – Wpadłam tylko po sąsiedzku sprawdzić, czy u Onufrego wszystko w porządku – dodała Kitka.
Onufry uśmiechnął się do niej na znak, że wszystko jest, jak należy.
– Zatem pędzę dalej. Może znajdę w pobliżu kilka orzechów albo nasion. Trzymajcie się, pa! A, jeszcze tylko dodam, że nieopodal biega duży bezpański pies, więc bądźcie ostrożni – to powiedziawszy, Kitka dała susa i zniknęła momentalnie między gałązkami wierzby.
– Przestraszyłem się nie na żarty – powiedział, już spokojniejszy, Kasztanek. – Wiewiórki lubią kasztany i nie chodzi tu wcale o ich towarzystwo – dodał.
W czasie, gdy przyjaciele zajęci byli rozmową na temat upodobań kulinarnych wiewiórek, Onufry zdążył już przygotować śniadanie. Poszło mu szybko, bo miał cztery pary odnóży i używał ich bardzo sprawnie. Po posiłku goście podziękowali serdecznie za miłe przyjęcie i obiecali, że jeszcze kiedyś odwiedzą Onufrego.
– W takim razie do zobaczenia! I uważajcie na siebie – powiedział pająk do zsuwającego się po kłębuszkowej nitce Kasztanka oraz Rzepika i Kłębuszka, którym udało się miękko zeskoczyć z gałęzi na ziemię.
Kłębuszek zwinął swoją nitkę i po chwili był gotowy do drogi. I znowu trzej przyjaciele ruszyli ochoczo przed siebie, nie wiedząc, dokąd prowadzi ścieżka. Nie mieli konkretnego celu swojej wędrówki, więc było im to obojętne. Mijali kałuże, sterty liści, kopce kretów, przedziwne kamienie i gałęzie leżące na ścieżce.
– Pamiętacie, o czym mówiła Kitka? – zapytał kolegów Rzepik.
– Że kasztany nie są jej ulubionym przysmakiem? – zapytał Kasztanek.
– Nie, nie o to chodzi. Wspominała coś o bezpańskim psie. Hmm, całkiem ładnie z jej strony, że nas ostrzegła – podsumował Rzepik.
Przyjaciele przystanęli i zaczęli nerwowo rozglądać się po okolicy. Na szczęście żadnych psów w pobliżu nie było widać ani słychać.
– Szczerze mówiąc, nie mam nic do psów. W domu babci Stasi byłem atrakcją tylko dla kota Marcepana, ale jego zęby i pazury nie były atrakcją dla mnie. Chyba mnie rozumiecie? – zakończył pytaniem Kłębuszek.
Rzepik i Kasztanek przytaknęli. Oni nie mieli takich niefajnych przygód z kotami, właściwie to nawet je lubili.
Zefir
– Czy ktoś z was widział kiedyś wesołe miasteczko? – zapytał przyjaciół Kasztanek.
– Byłem dawno temu w pewnym miasteczku, a nawet tam mieszkałem, zanim babcia Stasia kupiła mnie na bazarku, ale czy tam było aż tak wesoło? – zastanawiał się Kłębuszek.
– Ha, ha, wesołe miasteczko to park rozrywki! – zaśmiał się Kasztanek. – Drzewo, na którym urosłem, znajdowało się nieopodal takiego miejsca. Nie uwierzycie, co tam się działo! Cudowne szaleństwo! Karuzele, trampoliny, zjeżdżalnie, a nawet dom strachów! – ekscytował się Kasztanek.
– Ale to raczej rozrywka dla ludzi, nie dla nas, Kasztanku – stwierdził Rzepik.
– Oj tam, oj tam. Jestem pewny, że chętnie zjechałbyś z takiej ogromniastej, zakręciastej zjeżdżalni, Rzepiku – z przekonaniem rzekł Kasztanek, gdy nagle zza pobliskich krzaków wyskoczył wielki pies i zaczął ujadać.
Stanęli jak wryci, nie wiedząc, jak się zachować.
– Spokojnie, tylko spokojnie – szepnął roztrzęsiony Rzepik.
Pies przestał szczekać, podszedł do nich bardzo blisko i zaczął wszystkich dokładnie obwąchiwać.
– To normalna procedura – wycedził cicho przez zaciśnięte zęby Kasztanek, udając, że się nie boi.
– Procedura? – zapytał równie cicho znieruchomiały Kłębuszek, nie wiedząc, co oznacza to słowo.
– Wyjaśnię ci później – zakończył spocony ze strachu Kasztanek.
Po chwili pies zaczął radośnie merdać ogonem i z zaskoczenia liznął Kasztanka w nos.
– To taki żarcik, nie chciałem was wystraszyć. Jestem Zefir, owczarek niemiecki – przedstawił się grzecznie. Przyjaciele odetchnęli z ulgą, bo pies, o którym wspominała Kitka, okazał się być całkiem pokojowo do nich nastawiony. – Dokąd się wybieracie? – zapytał.
– Idziemy przed siebie, chcemy poznać kawałek świata – odpowiedział Kłębuszek.
– To trochę wam to zajmie, bo tempo macie doprawdy olimpijskie – zażartował Zefir. – Ja akurat się śpieszę. Podobno gdzieś niedaleko powstał niedawno lunapark. Mam tam spotkanie – poinformował wszystkich pies.
– Serio? – zapytał zaskoczony Kasztanek. – Właśnie opowiadałem kolegom o czymś takim. Zanim my tam dotrzemy, lunaparku pewnie już nie będzie – dodał i lekko posmutniał.
– Hmm, może coś da się zrobić. Przy obroży mam małą kieszonkę. Jeśli się wszyscy w niej zmieścicie, będziemy tam w moment – powiedział Zefir i położył się na ziemi obok nich.
Chwilę później cała trójka siedziała wygodnie w małej kieszonce na szyi psa. Faktycznie, dotarli na miejsce bardzo szybko, bo Zefir gnał jak prawdziwy zefir, czyli wiatr.
– Jesteśmy na miejscu – powiedział, kładąc się zziajany na chodniku. – Możecie już śmiało wyjść z kieszonki – dodał.
Pasażerowie wygramolili się z trudem i rozejrzeli dookoła. Ich oczom ukazał się wielki lunapark.
– To ja się żegnam. Mam sprawy na mieście – powiedział tajemniczo pies.
– Dziękujemy za transport. Może się jeszcze spotkamy – odpowiedzieli chórem przyjaciele, ale Zefir już ich nie słyszał. Szczekając radośnie, biegł w stronę znajomych psów.
Lunapark był naprawdę ogromny. Już od samego patrzenia na te wszystkie dziwne urządzenia mogło się zakręcić w głowie.
– Ale jazda! Prawda, koleżkowie? – odezwał się w swoim stylu Kasztanek, z ekscytacją przyglądając się wielkiej karuzeli.
– No, trochę się dzieje – odpowiedział oszołomiony Rzepik.
– Trochę? Nie żartuj. Tyle tu atrakcji, że nie wiem, na co patrzeć – nie krył zachwytu Kłębuszek.
Wszędzie było mnóstwo różnych ludzi, z głośników dochodziła głośna muzyka, a kolorowe światła mrugały w niezliczonej ilości.
– Co tak pachnie? – zapytał ni stąd, ni zowąd Rzepik, wciągając powietrze noskiem. Wszyscy zaczęli się zastanawiać, skąd niósł się ten słodkawy i całkiem przyjemny zapach.
– Chyba wiem. – Kasztanek skierował wzrok w stronę stojącej tuż obok maszyny do waty cukrowej. – Podobno dzieciaki to uwielbiają – dodał.
Jego koledzy nie wiedzieli, co Kasztanek miał na myśli, ale wkrótce wszystko się wyjaśniło. W ich stronę, radośnie podskakując, zbliżała się Róża – mała uśmiechnięta dziewczynka z długimi warkoczykami, ubrana w kremową sukienkę w drobne kwiatki, niosąca na dziwnym kijku coś, co wyglądało jak ogromny skulkowany puch. Trzej przyjaciele, ukryci w wysokiej trawie, obserwowali ją z zaciekawieniem. Nagle stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Dziewczynka zahaczyła butem o wystający z chodnika kamień i z impetem gruchnęła na ziemię. Skulkowany ogromny puch wypadł jej z ręki i przeleciał wraz z kijkiem wprost na schowanych w trawie przyjaciół.
– Ratunku! – przerażeni krzyknęli jednocześnie, ale nikt w panującym wokół hałasie nie mógł ich usłyszeć.
Ze skaleczonym kolanem, głośno płacząc, Róża pokuśtykała do rodziców.
– A nie mówiłam, żebyś nie skakała z watą cukrową w ręce? Drugiej ci nie kupię – powiedziała mama Róży, ocierając dziewczynce łzy wielkie jak grochy.
Gdy Róża wraz z rodzicami oddalała się z miejsca zdarzenia, w trawie działy się sceny niczym z filmu grozy. Kasztanek, Kłębuszek i Rzepik wyglądali jak bohaterowie horroru, a dokładniej duchy, cali oklejeni białą cukrową watą.
– Przyznam szczerze, że to nawet smaczne – stwierdził Kłębuszek, przełykając odrobinę słodkiego puchu.
– A ja chcę stąd natychmiast wyjść – rzucił rozzłoszczony Rzepik, wiercąc się niecierpliwie i próbując wydostać z ogromnej, klejącej pułapki. Miał spory kłopot, bo wata przylgnęła na dobre do jego ostrych kolców.
Na szczęście pomoc przyszła w porę i to zupełnie nieoczekiwanie. Uwięzieni w cukrowej wacie usłyszeli nad sobą mlaskanie, a chwilę później ujrzeli ogromny jęzor Zefira. Łapczywie pochłaniał słodką watę, starając się przy okazji nie połknąć małych przyjaciół.
– Wybawco nasz złoty! Niech twa miska zawsze pełna będzie! – wykrzykiwał uradowany Kasztanek, kiedy już cała wata zniknęła w pysku psa, a uwięzieni w niej przyjaciele odzyskali wolność.
– Nie powinienem jeść słodyczy – powiedział Zefir, ciągle się oblizując – są niezdrowe i psują zęby, ale dla potrzebujących pomocy zrobię wszystko – dodał, śmiejąc się przyjaźnie pod czarnym, mokrym nosem.
– Po raz drugi nam pomogłeś, a my możemy ci jedynie podziękować – powiedział z wdzięcznością Kłębuszek.
– Mój psi nos czuł, że jeszcze się spotkamy, a pomaganie mam we krwi – odpowiedział Zefir, merdając ogonem. – Tylko nie pakujcie się już w żadne tarapaty, bo następnym razem może mnie nie być w pobliżu. Do miłego! I pilnujcie się nawzajem! – pożegnał się pies i pobiegł, znikając w oddali.
– Fajny z niego gość – nie krył podziwu dla Zefira Kasztanek.
– Już teraz wiem, dlaczego ludzie mówią, że pies jest najwierniejszym przyjacielem – powiedział z przekonaniem Kłębuszek.
Dom
Lunapark zaczynał pustoszeć, muzyka ucichła, światła powoli gasły, ale Rzepikowi, Kłębuszkowi i Kasztankowi jeszcze nie chciało się spać. Teraz już bez obaw mogli się rozejrzeć dookoła.
– Jest! – krzyknął Kasztanek. – Widzicie? Jest trampolina w sam raz dla nas – dodał, wskazując okrągłą niebieską konstrukcję, stojącą tuż obok karuzeli ze zwierzętami.
– Oszalałeś? Ja tam w życiu nie wejdę! – z przerażeniem wykrztusił Rzepik.
– Raz, nie zawsze, a taka okazja może się nie powtórzyć – zachęcał kolegów spragniony przygód Kasztanek.
Długo nie musiał ich namawiać. Po kilku minutach wszyscy stali na samym środku ogromnej, drżącej trampoliny.
– Zapnijcie pasy! – zażartował Kasztanek.
Hop, hop, hop, hop – zabawa zaczęła rozkręcać się na dobre. Podskakiwali coraz wyżej i wyżej, śmiejąc się przy tym głośno. Tego, co miało za chwilę się wydarzyć, nikt nie mógł przewidzieć. W zaroślach siedział obserwator, który znienacka postanowił przyłączyć się do zabawy. Potężny kocur wpadł z hukiem na trampolinę, wyrzucając zaskoczonych przyjaciół w powietrze. Jego ciężar był tak duży, że wszyscy trzej przelecieli nad siatką zabezpieczającą i wylądowali w samym środku pojemnika z kolorowymi piłeczkami. Trochę trwało, zanim doszli do siebie, ale na szczęście nic poważnego im się nie stało.
– Chyba mam już dość przygód, przynajmniej na jakiś czas – powiedział Kłębuszek, sprawdzając, czy w czasie lotu zanadto się nie rozwinął.
– Będziesz miał, co opowiadać swoim kuzynom – zaśmiał się Kasztanek.
– O tak, takich przygód mógłby mi pozazdrościć nawet Marcepan – potwierdził Kłębuszek i głośno ziewnął.
Coraz bardziej zaczynał tęsknić za domem, a nawet za tym nieznośnym miłośnikiem kłębków. Pojemnik z piłeczkami okazał się być świetnym miejscem na nocleg, więc szybko pogrążyli się we śnie. Rano zbudził ich hałas – lunapark budził się do życia, pracownicy uwijali się, by zdążyć przygotować wszystko na otwarcie.
– Trzeba się ewakuować – powiedział Kasztanek, wyglądając z pojemnika.
Pośpiesznie wydostali się na zewnątrz. Wśród tłumu ludzi odwiedzających lunapark Kłębuszek wypatrzył kogoś, kto wydał mu się dziwnie znajomy.
– To niemożliwe! – powiedział głośno.
– Co takiego? – zapytał Rzepik.
– Tam, tam! W żółtej sukience w paski, widzicie? – emocjonował się Kłębuszek.
Widzieli. Na wprost nich stała, tak właśnie ubrana, pani w średnim wieku i rozmawiała z jakimś panem, rozglądając się na wszystkie strony.
– To babcia Stasia i dziadek Władek. Ale skąd oni tutaj? – pytał sam siebie rozradowany Kłębuszek. Dawno nic go tak nie ucieszyło, jak ich widok. Poczuł ogromną tęsknotę za wiklinowym koszykiem babci Stasi. – Słuchajcie, mam pomysł! – powiedział do swoich przyjaciół.
– Dobre pomysły zawsze w cenie – zachichotał Kasztanek.
– Czuję, że moja pierwsza wędrówka dobiega końca i jeśli nie wykorzystam teraz okazji, trudno mi będzie wrócić do domu – kontynuował Kłębuszek.
– No, mów dalej. – Rzepik z ciekawością czekał na to, co zaraz powie jego przyjaciel.
– Jeśli chcecie zabrać się ze mną, to musimy się wspólnie zastanowić, jak to zorganizować – dodał Kłębuszek.
– Pewnie że chcemy, to znaczy nie wiem jak ty, Rzepiku, ale ja chcę – powiedział z przekonaniem Kasztanek.
Rzepik przytaknął. Nie chciał zostać tu sam, tym bardziej, że naprawdę się z nimi zaprzyjaźnił.
– Mam pewien plan. Babcia Stasia ma kolorową torbę z uszami. Trzeba się do niej dostać – powiedział półgłosem Kłębuszek.
– To lepiej się pośpieszmy, bo właśnie usiedli na ławce. Jak ruszą dalej, to ich nie dogonimy – stwierdził Rzepik, przyglądając się babci Stasi i dziadkowi Władkowi.
Mali przyjaciele, przedzierając się przez wysoką trawę, tak aby nikt ich nie zauważył, znaleźli się wkrótce pod właściwą ławką, przy której stała torba. Nie była zamykana na zamek, więc bez trudu wskoczyli do środka. Owszem, było tam trochę ciasno, bo babcia Stasia miała w niej wszystko, co niezbędne – portfel, lusterko, plastry, klucze, szminkę, chusteczki, pilniczek, dokumenty, kawałek sznurka, składaną parasolkę, małą butelkę z wodą, papierki po cukierkach, a nawet kabanosy. Nie przeszkadzało im to jednak wcale, bo najważniejsze było, że zdążyli na czas.
– To co, zbieramy się – usłyszeli dziadka Władka, zwracającego się do babci Stasi.
Po chwili torba poruszyła się, a Kłębuszek poczuł, że wraca do domu.
– Jeśli chcecie, to znajdę dla was jakieś bezpieczne miejsce u nas – odezwał się do przyjaciół Kłębuszek. – Oczywiście z dala od Marcepana – dodał z uśmiechem.
– Jak mówią „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”, więc ja wrócę pod moje drzewo. Pewnie tam na mnie czekają, bo wyskoczyłem tylko na chwilę – odezwał się Kasztanek z łobuzerskim uśmiechem.
– Mieszkam blisko was, na łące, więc jest szansa, że się jeszcze spotkamy – z łezką w oku, ale pełen nadziei, wyszeptał Rzepik.
– I to nie raz, tego jestem pewny! – odparł Kasztanek, delikatnie poklepując go po kolcach.
Torba przestała się ruszać, co oznaczało, że dotarli na miejsce. Korzystając z nieuwagi babci Stasi, szybko się z niej wyturlali.
– To była niesamowita przygoda. Cieszę się, że Was poznałem. – Wzruszony Kłębuszek popatrzył na swoich kompanów.
– Widzimy się wkrótce – uciął Kasztanek, który bardzo nie lubił pożegnań.
Za to Rzepik, kierując się już w stronę łąki, pomachał do nich, nic nie mówiąc. Czuł w kolcach, że ta przyjaźń będzie miała swój dalszy ciąg.
– Władek, nie uwierzysz, co znalazłam! – krzyknęła radośnie babcia Stasia na widok Kłębuszka w wiklinowym koszyku. – Hmm, dałabym sobie paznokieć uciąć, że wczoraj go tutaj nie było – dodała, sadowiąc się w ulubionym fotelu.
Słysząc to, Kłębuszek uśmiechnął się tajemniczo, ułożył wygodnie w skrzypiącym koszyku i wspominając swoich przyjaciół, zapadł w sen.
Wstęp
Małgorzata Brandt
Kłębuszek i przyjaciele
Table of Contents
Cover
