Księga alchemii. Twórcza ścieżka do życia pełnego inspiracji - Jaouad Suleika - ebook

Księga alchemii. Twórcza ścieżka do życia pełnego inspiracji ebook

Jaouad Suleika

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

CZY BÓL MOŻNA ZAMIENIĆ W SIŁĘ?

Alchemiczna moc dziennika polega na zmienianiu trudności, bólu i smutku w cenne doświadczenie, które wzbogaca Cię wewnętrznie. A codziennie praktykowana kreatywność przywraca zachwyt nad życiem i każdym dniem – nawet takim z niebem zasnutym chmurami. Odkryj, jaka siła w Tobie drzemie, i przekonaj się, na co jeszcze Cię stać – wiesz to tylko Ty, nawet jeśli ta wiedza jest zakopana naprawdę głęboko.

KREATYWNA MOC BOLESNYCH DOŚWIADCZEŃ

Czeka na Ciebie 100 historii – ludzi niezwykłych i zupełnie zwyczajnych, z których każdy jest… inny i wyjątkowy. Każdy z nich z mierzy się z czymś trudnym. Każdemu z nich jest łatwiej, bo udało im się stworzyć więź z wewnętrznym „ja”. Od znanych autorów (jak Elizabeth Gilbert, Dani Shapiro, Lena Dunham, Ann Patchett czy Salman Rushdie), po mniej znanych, ale głęboko poruszających twórców: pielęgniarkę, pracownika socjalnego, olimpijkę, dziennikarzy, artystów, a nawet więźnia skazanego na śmierć. Każdy z nich dzieli się doświadczeniem, refleksją, wątpliwością lub praktycznym ćwiczeniem do dziennika — od czułych listów miłosnych aż po śmiałe pytania o to, kim naprawdę jesteśmy – a ich eseje składają się na ten inspirujący poradnik.

PRZEWODNIK PO SZTUCE PISANIA DZIENNIKA

KSIĘGA ALCHEMII opiera się na przekonaniu, że pisanie dziennika to niezbędne narzędzie do radzenia sobie ze współczesnym światem. Żyjemy w czasach, w których musimy zmagać się nie tylko z osobistymi wzlotami i upadkami, ale też z globalnymi kryzysami — politycznymi, społecznymi, technologicznymi czy środowiskowymi. Jak nigdy dotąd potrzebujemy przestrzeni na porządkowanie tego, co w nas i wokół nas.

Stworzona z myślą o trudnych momentach, KSIĘGA ALCHEMII odkrywa sztukę pisania dziennika, oferując wsparcie, inspirację i praktyczne drogowskazy. Daje narzędzia do zmierzenia się z poczuciem dyskomfortu, zadawania pytań, zdejmowania masek, odkrywania swojej prawdziwej natury. Pomaga odnaleźć spokój i jasność, a także nauczyć się trzymać w jednej dłoni to, co piękne, i to, co trudne.

KSIĘGA ALCHEMII to książka dla każdego, kto chce pisać — nie po to, by tworzyć literaturę, ale by żyć pełniej i głębiej.

ZNAJDZIESZ W NIEJ WSPARCIE, MĄDROŚĆ I INSPIRACJĘ DO TEGO, JAK I O CZYM PISAĆ.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 379

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału:

THE BOOK OF ALCHEMY: A CREATIVE PRACTICE FOR AN INSPIRED LIFE

Copyright © Suleika Jaouad 2025

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026

Polish translation copyright © Maria Głębicka-Frąc 2026

All rights reserved

Redakcja: Aldona Sieradzka-Krupa

Korekta: Sabina Raczyńska, Dorota Jakubowska

Projekt okładki: Lucas Heinrich

Ilustracja na okładce: Sheryl Oppenheim

Adaptacja okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8439-090-0

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

e-mail: [email protected]

wydawnictwoalbatros.com

Bez pisemnej zgody wydawcy książka ta nie może być powielana ani w częściach, ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych.

Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Katarzyna Rek

Dla Jona,

który nasyca kreatywnością

każdy zakątek życia

Niech Pan żyje teraz pytaniami.

Może wówczas pewnego odległego dnia

przeżyje Pan odpowiedź,

dochodząc do niej stopniowo i niepostrzeżenie.

Rainer Maria Rilke, Listy do młodego poety,

przeł. J. Nowotniak

Wprowadzenie

DROGA DO WEJŚCIA

Prowadziłam dziennik, odkąd pamiętam. Był moim powiernikiem wspomnień i pragnień. Używałam go, by odnotowywać kolejne ważne etapy w moim życiu, pokonywanie najtrudniejszych fal, przemierzanie przestrzeni między tym, co już dobiegło końca, a tym, co jeszcze się nie rozpoczęło. Jako nastolatka pisałam o zawodach miłosnych i bolączkach dorastania, a także o dniach poprzedzających doniosłe, wywołujące niepokój zmiany, takie jak pójście na studia i znalezienie własnej drogi po ich ukończeniu. Wspólnym mianownikiem wszystkich tych wpisów była orientacja na przyszłość, rozważanie pytania: „Co zamierzam zrobić ze swoim życiem?”. Zapełniałam strony niekończącymi się permutacjami i możliwościami, rozpatrywałam alternatywne wersje mojego życia: obok kogo będę się budzić, czy będę prawniczką, czy powieściopisarką, czy wychowam ludzkie, czy psie dzieci, i wszystko pomiędzy.

Prowadzenie dziennika przemieniło się z ulubionego zajęcia w koło ratunkowe, gdy w wieku dwudziestu dwóch lat zdiagnozowano u mnie białaczkę. Chociaż wiedziałam, że diagnoza jest poważna – lekarze powiedzieli, że mam tylko trzydzieści pięć procent szans na długie życie – podchodziłam do leczenia z młodzieńczą naiwnością. Spodziewałam się krótkiego pobytu w królestwie chorych: kilka tygodni chemioterapii w szpitalu, później przeszczep szpiku kostnego, a następnie powrót do znanego mi życia. Na oddział onkologiczny zabrałam włóczkę i druty, wierząc, że zanim mnie wypiszą, będę już ekspertką w dzierganiu szalików. Z jeszcze większym hurraoptymizmem spakowałam stos grubych tomów, między innymi Wojnę i pokój, i radośnie powiedziałam rodzicom, że planuję wykorzystać czas hospitalizacji na przeczytanie całej zachodniej klasyki. Zawsze byłam ambitna i myślałam, że uda mi się utrzymać poziom produktywności sprzed diagnozy.

Ale czas i nieszczęścia wiedzą, jak rozwiewać nasze złudzenia. Moje przepadły bez śladu do końca lata. Po tygodniach zamknięcia w szpitalnym pokoju, kłucia igłami, niekończących się pytaniach i cierpieniach z powodu dotkliwych skutków ubocznych chemioterapii dowiedziałam się, że standardowe leczenie nie działa. Zamiast spaść, poziom limfoblastów w moim krwiobiegu wzrósł ponad dwukrotnie. Zmierzałam ku niewydolności szpiku kostnego i moją jedyną opcją była faza druga badań klinicznych. Eksperymentalne badanie, którego bezpieczeństwo i skuteczność nie zostały jeszcze potwierdzone, oznaczało przerażającą niepewność w czasie, gdy rozpaczliwie pragnęłam pewności, że zostanę wyleczona. Przez następne kilka miesięcy nowe leki chemioterapeutyczne działały, powoli i skutecznie niszcząc białaczkę, torując drogę do przeszczepu, a jednocześnie dając mi się we znaki bardziej, niż sobie wyobrażałam.

Większą część tamtego roku spędziłam w szpitalu – na leczeniu, a także z powodu niebezpiecznych powikłań, od gorączki neutropenicznej po posocznicę. Mój układ odpornościowy nie istniał i nie wolno mi było chodzić do restauracji, kin ani innych zatłoczonych miejsc publicznych. Za każdym razem, gdy wychodziłam na zewnątrz, musiałam wkładać rękawiczki i maskę. Lekarze ostrzegali mnie, że coś tak trywialnego jak przeziębienie może okazać się dla mnie śmiertelne. Leżenie w szpitalnym łóżku, niemożność zrobienia czegokolwiek bez pomocy – nawet czegoś tak podstawowego jak wzięcie prysznica – wpędziło mnie w głęboką depresję. Moje wcześniejsze główne zmartwienie: „Co zamierzam zrobić ze swoim życiem?”, ustąpiło pytaniu: „Kim jestem i co naprawdę ma dla mnie znaczenie?”. Nie poznawałam samej siebie, a pomysł zrobienia na drutach szalika bądź przeczytania czegokolwiek, nie mówiąc o Wojnie i pokoju, wydawał się nie tylko naiwny, ale też wręcz głupi. Czułam, że moje życie się skończyło, zanim zdążyło się na dobre rozpocząć.

Tym, co wyciągnęło mnie z dna rozpaczy, był projekt naukowy profesora Yale, Michaela Bieruta, polegający na wykonywaniu jednego aktu twórczego dziennie przez sto dni – szkicu, wiersza, fotografii, w zależności od tego, jakie medium do ciebie przemawia. Jego celem jest nauczenie się wykorzystywania jakiejś dyscypliny jako impulsu do twórczości kreatywnej. Jak mówi Bierut: „Łatwo jest nabrać energii, gdy zawładnie tobą jakiś wielki pomysł. Ale co robić, gdy nie masz nic do roboty? Po prostu leżeć w łóżku?”. W stanie przygnębienia, pozostawiona sama sobie, prawdopodobnie odpowiedziałabym: tak. Ale „studniowy projekt” zaistniał w moim życiu dzięki koledze ze studiów, który zaproponował, żebyśmy realizowali go w grupie – co miało nam pomóc zachować bliskość w tym trudnym czasie.

Moi rodzice desperacko szukali czegoś, co pomogłoby nam zakotwiczyć się w teraźniejszości, czegoś, co uwolniłoby nas od ciągłego myślenia o złych wiadomościach, i natychmiast podpisali się obiema rękami pod tym pomysłem. Tata codziennie spisywał wspomnienie z dzieciństwa w Tunezji (choć w nawiązaniu do Baśni tysiąca i jednej nocy upierał się przy stu jeden dniach). Mama każdego dnia malowała ceramiczną płytkę, a po skończeniu ułożyła je w tarczę i powiesiła nad moim łóżkiem jako swego rodzaju ochronny talizman. Ich entuzjazm był zaraźliwy, więc mimo niechęci zgodziłam się wziąć udział w projekcie. A na mój akt twórczy wybrałam to, co zawsze niosło mi ukojenie w chwilach zamętu: pisanie dziennika.

Często z trudem docierałam do końca strony, ale dzięki uczestniczeniu w projekcie grupowym zaczęłam organizować sobie dzień, zyskałam poczucie odpowiedzialności i, co najważniejsze, miejsce na zapisanie wytworów mojego niespokojnego umysłu. Zaczęłam używać dziennika jako reporterskiego notesu i rejestrowałam fragmenty zasłyszanych rozmów pielęgniarek albo opisywałam to, co widziałam przez szpitalne okno: maleńkich ludzi w garniturach, śpieszących do pracy; pary nastolatków całujące się na ławkach; drzewa w parku, najpierw w kolorze wypolerowanego złota, potem bez liści, potem z soplami lodu. Prowadziłam pamiętniki gniewu, w których wyładowywałam wściekłość na moją sytuację, na moje ciało i jego zdrady, na pełne dobrych intencji napomnienia innych, by „nie upadać na duchu” i „nieustannie szukać jasnych stron”. Zapisywałam swoje gorączkowe sny. Gryzmoliłam. Sporządzałam listy. Badałam rzeczy, których nie mogłam powiedzieć na głos, nie byłam w stanie wyznać innym, a nawet samej sobie. Niekiedy pisanie o czymś wydawało się nie do zniesienia, ale później zawsze czułam ulgę, jakby ciężar spadł mi z serca. I za każdym razem, gdy opowiadałam o smutnych chwilach, zaczynałam zauważać te piękne, a nawet zabawne, które przydarzały mi się w tym samym czasie.

Prowadzenie dziennika podczas choroby stało się produktywnym sposobem radzenia sobie z nową rzeczywistością. Zamiast zamykać się w sobie lub poddawać beznadziei, mogłam próbować uchwycić ślady tego, co myślałam i czułam, i zyskać poczucie sprawczości. A gdy już nauczyłam się mierzyć ze swoją sytuacją na stronach dziennika, mogłam zwrócić się do ludzi wokół mnie i szczerze mówić o tym, jak się czułam. Oni zaczęli robić to samo i razem uzyskaliśmy dostęp do nowych pokładów bliskości i miłości. Zrozumiałam, że jeśli człowiek rozmawia z samym sobą, może także podjąć rozmowę ze światem. Stało się to zupełnie jasne około roku po diagnozie, gdy zamieniłam pisanie dziennika na pierwszą pracę pisarską: prowadzenie cotygodniowej kolumny w „New York Timesie”, gdzie opisywałam doświadczenia bycia młodą dorosłą osobą chorą na raka. Kolumna nosiła tytuł Life, Interrupted [Przerwa w życiu].

A jednak to, co mnie spotkało, nie było przerwą – o czym dowiedziałam się znacznie później. Słowo „przerwa” sugeruje krótką pauzę przed powrotem do tego, co robiło się wcześniej. Moja choroba nie trwała krótko i nie byłam w stanie się pozbierać i żyć dalej tak, jak dawniej. Spędziłam cztery przerażające lata na leczeniu, zanim uznano mnie za wolną od raka i mogłam opuścić fluorescencyjne wnętrza szpitala. Kiedy marzyłam o tym dniu, spodziewałam się szybkiego i szczęśliwego powrotu do życia sprzed choroby. Niestety, moje ciało było wyniszczone, serce rozbite na tysiąc kawałków i nie mogłam pogodzić się z przepaścią pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistością. Byłam zagubiona w stadium przejściowym, uwięziona między pełną udręki przeszłością a przyszłością, której jeszcze nie potrafiłam sobie wyobrazić.

* * *

W tym straconym roku po zakończeniu leczenia przestałam prowadzić dziennik. Czułam, że nie mam nic do powiedzenia, a jednocześnie mam zbyt dużo. Wydarzenia mojego życia oduczyły mnie wiary, że cokolwiek pójdzie zgodnie z planem, więc ilekroć próbowałam pisać o moim stanie zawieszenia i marzyć o tym, jakie mogą być moje następne kroki, do głosu natychmiast dochodziły wątpliwości i strach. „A jeśli nie jest z tobą dość dobrze? – mówiły. – A jeśli jakieś znane lub nieznane niebezpieczeństwo pokrzyżuje ci plany? Jaki ma sens podejmowanie odbudowy, skoro sufit znów może się zawalić?”

Może z powodu choroby częściej niż większość ludzi tańczę takie tango ze strachem, ale przecież każdy z nas zna tę czy inną jego wersję, prawda? Przeżyłaś bolesne rozstanie i wyrzekasz się przyszłych romansów, ponieważ czujesz, że nie zdołasz przetrwać kolejnego rozczarowania. Dostajesz pismo odmowne i sprawia ci to taką przykrość, że obiecujesz sobie nigdy więcej nie narazić się na to samo. Chcesz spróbować czegoś nowego, ale boisz się, że będziesz w tym kiepski – boisz się upokorzenia – i dlatego nigdy nie zaczynasz. Ale wiedziałam, że jeśli będę żyła w strachu, nie zrobię żadnych planów, powstrzymam się od ambitnych marzeń. Oznaczało to życie bezpieczne i małe, zawsze chronione przed najgorszym scenariuszem. Zamiast tego chciałam żyć śmiało. Chciałam mieć przed oczami najlepszy scenariusz, by służył mi za przewodnika podczas podejmowania decyzji i działań.

Tak oto wymyśliłam najdzikszy plan z możliwych: nowy studniowy projekt. Liczącą dwadzieścia cztery tysiące kilometrów samotną podróż przez cały kraj, podczas której będę odwiedzać nieznajomych, którzy pisali do mnie, gdy byłam w szpitalu, oferując mi historie o swoich zmaganiach, dzieląc się swoją mądrością i spostrzeżeniami. Ta podróż dosłownie wprawiła mnie w ruch, ale dała mi też nową „wodę na dziennik”. Przyjęłam następujący modus operandi: ufaj losowi i znajduj sposoby rozkoszowania się tajemnicą tego, jak się rozwija, nawet jeśli niezgodnie z twoim planem, nawet jeśli w sposób daleki od ideału, i wierz, że stawienie czoła temu, czego się boisz, da ci dokładnie to, czego potrzebujesz. W dzienniku napisałam: „Można zmienić bieg mojego stawania się”.

Gdy wróciłam do Nowego Jorku, szybko zdałam sobie sprawę, że potrzebuję zmiany. Po miesiącach życia w drodze, doświadczania rozległych przestrzeni i obcowania z nieznajomymi, którzy stali się moimi aniołami autostrad, dawne życie przestało mi odpowiadać. Miasto działało mi na nerwy. Moje małe mieszkanie, z jego starymi demonami czyhającymi po kątach, zaczęło tłamsić nowo odkryte sposoby patrzenia na świat. Poza tym dostałam coś, co wydawało się niemałym cudem: umowę na książkę, pierwszą. By ubrać w słowa wszystko, co widziałam i przeżyłam, potrzebowałam przestrzeni i skupienia. Tak więc pięć lat po pierwszej diagnozie, będąc u progu dwudziestych ósmych urodzin, spakowałam manatki, wynajęłam moje mieszkanie i przeniosłam się do chaty w Vermoncie, by pisać.

Było lato, kiedy tam przyjechałam, i powitał mnie widok zbocza wznoszącego się wśród lasów w odcieniach nieprawdopodobnie żywej zieleni. U jego podnóża rosły dwie jabłonie i od czasu do czasu jelenie przychodziły skubać spadłe owoce, a po łące przechadzał się niedźwiedź brunatny. Poza moim kudłatym terierem-kundelkiem Oscarem byłam sama. Moją samotność przerywały jedynie telefony od przyjaciół, między innymi Maxa Ritvo, genialnego poety, który był w trakcie eksperymentalnego leczenia postępującego mięsaka Ewinga. Przez większość czasu miałam za towarzystwo jedynie mój trajkoczący umysł, a ponieważ nie było niczego, co mogłoby mnie rozpraszać lub kierować moimi myślami, w głowie rozbrzmiewała kakofonia zamętu i wątpliwości.

Tam, w ciszy chaty, nachodziły mnie wszelkiego rodzaju wielkie pytania życiowe – najbardziej palące dotyczyły pisania wspomnień i tego, co mogą one ujawnić, a także tego, jak zainicjować to trudne przedsięwzięcie – i nie miałam pojęcia, od czego zacząć. Przyrzekłam sobie, że ustalę dzienny cel napisanych słów i będę go realizować. Wstawałam o piątej rano, robiłam dzbanek kawy, rozniecałam ogień w piecu opalanym drewnem i siadałam przy kuchennym stole, by pisać. Nic jednak nie wywoła takiego lęku przed zbłaźnieniem się jako grafomanka, niepewności, czy w ogóle uda się doprowadzić do końca twórcze przedsięwzięcie, i wewnętrznego jęku: „A kogo obchodzi, co mam do powiedzenia?”, jak stworzenie nowego dokumentu w Wordzie zatytułowanego Książka, napisanie słów „Rozdział 1” i wpatrywanie się w bezlitośnie mrugający kursor.

Wróciłam więc do pisania dziennika. Zaczęłam stosować metodę „porannych stron”, spopularyzowaną przez Julię Cameron w książce Droga artysty. Polega ona na tym, że po przebudzeniu, przed umyciem zębów lub wypiciem kawy – zanim ocknie się twój wewnętrzny krytyk – piszesz trzy strony odręcznie, strumieniem świadomości. Na porannych stronach pisałam o wszystkim. O drzewach i jeleniach, o dziecięcych sekretach, o samotności, o marzeniach. O tym, co widziałam i robiłam w podróży, o syndromie oszusta, który wywołała umowa z wydawnictwem, i o strachu, że jeśli napiszę własną opowieść, to mogę zostać źle zrozumiana lub skrytykowana – albo, co najgorsze, zignorowana. Dużo pisałam o zniszczeniach spowodowanych przez raka i o jego przerzucie na związek z moim byłym, o bólu i żalu z powodu zakończenia naszego związku. Pisałam o narastającym smutku, gdy brutalna choroba zabierała kolejnych pacjentów, którzy stali się przyjaciółmi – łącznie z Maxem, który zmarł kilka tygodni po tym, jak przyjechałam do chaty. Pisałam o moim smutku; pisałam o jego wierszach. Pisałam o muzyku, z którym zaczęłam się widywać, i o strachu przed otwarciem się na nową miłość. Pisałam o osobie, którą chciałam się stać, i o dystansie między nią a mną.

Zamiast budzić się niespokojna lub przestraszona, zaczęłam odczuwać jasne – choć skromne – poczucie celu: wszystko, co musiałam zrobić, to zapisanie trzech stron. Ten cel wydawał się wyzwaniem, ale takim, któremu mogłam sprostać. Pisanie stało się poranną medytacją, wymiatającą śmieci z mojego umysłu. Uwolniło mnie z więzów perfekcjonizmu, pozwoliło się rozluźnić i było rozgrzewką przed pogrążeniem się w pracy w dalszej części dnia.

Ale po upływie kilku tygodni stwierdziłam, że potrzebuję czegoś więcej niż porannych stron, by iść dalej. Oczywiście, stałam się lepsza w przelewaniu na papier chaotycznego bałaganu pytań i myśli, ale kiedy twoje życie utknęło, ty możesz również utknąć w swoim zamkniętym mentalnym świecie. Tak było ze mną. Nie mogłam się wyrwać z tych samych utartych schematów. Uwięzłam w powtarzających się pętlach. Zaczęłam odkładać pióro, gdy zabrakło mi energii, gdy łapałam się na tym, że powielam te same stare żale lub odbieram sobie siły kolejnym bełkotliwym monologiem o moim byłym. Dosłownie obrzydło mi brzmienie mojego głosu.

Żeby na nowo nastroić się do pracy, każdego ranka, zanim otworzyłam dziennik, wsłuchiwałam się w głos innych pisarzy znanych z prowadzenia codziennych zapisków: Sylvii Plath, Susan Sontag i Isabelle Eberhardt. By się zmotywować – by wyrwać się poza własny umysł – czytałam stronę lub nawet tylko akapit, często wybierane losowo. To doświadczenie miało efekt podobny do zabawy kalejdoskopem. Zdanie, pomysł, anegdota mogły obrócić rurkę kalejdoskopu, załamując i przeformułowując moją perspektywę. Plath jest często sprowadzana do historii cierpienia, ale w dziennikach była zabawna i szybka i sprawiała, że chciałam pisać bardziej żartobliwie. Sontag była dociekliwa i rygorystyczna i odkryłam, że po lekturze jej tekstów kopię głębiej, szukając znaczenia pod powierzchnią moich opowieści. Dzienniki podróżne Eberhardt są pełne szalonych eskapad, kochanków, eksperymentów z narkotykami, ról płciowych, które lekceważyła – i otworzyły mnie na pisanie o tych częściach mnie, które wcześniej uważałam za niedostępne.

Od dawna wierzyłam, że prowadzenie dziennika pozwala na niemal alchemiczną transmutację izolacji w twórczą samotność. Tak się składa, że czytanie również dokonuje tej sztuki. Zamiast czuć się uwięziona i samotna ze swoimi myślami, prowadzisz rozmowę. Masz towarzystwo. Tamtego lata było mi dane musnąć powierzchnię przepięknego strumienia literatury faktu Annie Dillard. Jej pełne miłości i uważności spojrzenie na świat przyrody pokazało mi, że nie jestem sama w lasach Vermontu: podczas codziennych spacerów powalone pnie, grzyby, paprocie stały się moimi przyjaciółmi. By przeanalizować ograniczenia fizyczne po raku, przeczytałam esej O chorowaniu Virginii Woolf, Dzienniki raka Audre Lorde i hybrydowe dzienniki artystyczne Fridy Kahlo. Najtrudniejszą częścią takiego życia „pomiędzy” często jest poczucie osamotnienia – jakbyś była jedyną osobą, która kiedykolwiek miała problemy albo czuła się zagubiona w ten szczególny sposób. Nagle zaczęłam rozmawiać z tymi kobietami o naszych doświadczeniach z ciałem – o jego pragnieniach i cierpieniu. Ich słowa krzesały iskry, rozpalały nowe pytania i posyłały mnie w zaskakujących kierunkach. Przekręcały kalejdoskop i światło padało inaczej. Ujrzałam nowe wizje.

Nie byłam przyzwyczajona do takiego rodzaju impulsów twórczych. Kiedy zaczynałam pisać zawodowo, nie miałam formalnych studiów pisarskich, i gdyby ktoś kazał mi pisać pod swego rodzaju zadany temat, powiedziałabym: „Absolutnie nie”. Nawet teraz znajdowanie bodźców do pisania może kojarzyć się z odrabianiem pracy domowej. Na przykład jeśli ktoś mi powie: „Napisz o sytuacji, w której zmieniłaś zdanie”, mam pustkę w głowie. Poeta Craig Morgan Teicher opisał tego rodzaju podpowiedź jako odpowiednik wetknięcia palca do stawu ze złotymi rybkami: wszystkie rybki pierzchają i chowają się w ciemnych zakamarkach.

Ale czytanie cudzych słów przed pisaniem zawsze porusza we mnie coś nowego. To taki naturalny sposób na zachowanie ciągłości prowadzenia dziennika. Czasami reaguję na jakieś spostrzeżenie, obraz, zwrot. Czasami zauważam, że doświadczenie danej osoby wydaje się bardzo znajome. Innym razem perspektywa pisarza jest tak odmienna od mojej, że jestem nią całkowicie oszołomiona i inspiruje mnie to do pisania. Cudze słowa wyzwalają nowy tok myślenia, nową energię. Synapsa, która chwilę wcześniej była uśpiona, zaczyna iskrzyć.

Kolejne lata po moim pobycie w Vermoncie były pełne zmian. Wróciłam do Nowego Jorku i podjęłam kilka wielkich życiowych wyborów. Po długim zawieszeniu „pomiędzy” zaczęłam iść naprzód. Zaangażowałam się bez reszty w nowy związek i zamieszkałam z nowym partnerem, Jonem. Zapisałam się na studia podyplomowe i zaczęłam nauczać twórczej literatury faktu. Zaczęłam uczyć się akceptować moje ciało i jego ograniczenia, a trzydzieste urodziny uczciłam biegiem w półmaratonie. I po wielu przystankach i przepłakanych popołudniach, które spędziłam na podłodze biura, leżąc w pozycji embrionalnej, wreszcie zamieniłam to żywione od wielu lat marzenie o napisaniu książki w skończony rękopis moich wspomnień, Between Two Kingdoms. Zajęło to lata, ale w końcu poczułam, że jestem częścią czegoś większego.

W końcu uwierzyłam, że udało mi się przetrwać burzliwe trzecie dziesięciolecie mojego życia. Myślałam, że wreszcie osiągnęłam stabilizację i że od tego momentu wszystko pójdzie stosunkowo gładko. Oczywiście, życie tak nie działa. Najstraszliwsze burze miały dopiero nadejść: jak pandemia, a potem nawrót białaczki. Gdy waliło mi się życie, wiedziałam, po co sięgnąć – po mój dziennik.

Tym razem zaprosiłam nieznajomych z całego świata, żeby do mnie dołączyli.

* * *

Kiedy w 2020 roku wybuchła pandemia i zaczął się lockdown, wszyscy zamknęliśmy się w domach, wszyscy znaleźliśmy się w miejscu, które dla mnie było niepokojąco znajome: odwoływaliśmy plany, przechodziliśmy kwarantannę, zaopatrywaliśmy się w maseczki, byliśmy nadmiernie czujni przy każdym uścisku dłoni, martwiliśmy się, że jeśli w złym momencie napotkamy niewłaściwy patogen, może to oznaczać nasz koniec. W całym internecie ludzie zadawali te same pytania: Co robimy? Jak sobie z tym radzimy? Jak utrzymujemy kontakt? Jak zachowujemy nadzieję i stąpamy twardo po ziemi w obliczu tej wielkiej niepewności i strachu?

Nie odczuwałam takiej samej dezorientacji. Tak naprawdę czułam się wyjątkowo przygotowana na dokładnie ten rodzaj apokaliptycznej izolacji – talent, którego nikt by nie chciał, ja jednak spędziłam większą część dorosłego życia na jego doskonaleniu. Podczas leczenia przeżyłam to, czego teraz doświadczaliśmy na skalę globalną, i przyszło mi do głowy, że kreatywne narzędzia, które opracowałam do radzenia sobie z życiowymi zawirowaniami, mogą być pomocne dla innych – może nawet w formie „studniowego projektu”.

Pod koniec marca 2020 tkwiłam w rodzinnym domu w północnej części stanu Nowy Jork z kwarantannową gromadką – bratem Adamem, chłopakiem Jonem i przyjaciółką Carmen. Pewnego dnia, gdy z Carmen ćwiczyłyśmy jogę, rozciągając się obok siebie w pozycji psa z głową w dół, wykrzyknęłam do niej: „Mam pomysł!”. Następnie zaczęłam głośno fantazjować o projekcie dziennika w formie newslettera, który mógłby pomóc ludziom radzić sobie ze strachem, samotnością i niepewnością lockdownu. Carmen odpowiedziała: „Zapisz to teraz, zanim zapomnisz”. Nie był to dobry moment na zaczynanie czegoś nowego. Oprócz dezynfekowania klamek i zakupów oraz przyzwyczajania się do mieszkania z nowymi współlokatorami musiałam zdążyć z wprowadzeniem ostatecznych poprawek do Between Two Kingdoms. Moja przyjaciółka opisuje niespodziewane pojawienie się nowego twórczego pomysłu jako kochankę tańczącą kuszący taniec siedmiu zasłon. Ale nie mogłam wyrzucić pomysłu newslettera z głowy. Moje niszowe doświadczenie nie było już niszowe i czułam się zobowiązana, by podzielić się z innymi wiedzą o izolacji.

Tak oto rozpoczęłam projekt łączący wszystkie elementy, które mi pomogły: codzienną praktykę prowadzenia dziennika, wykonywaną wspólnie z innymi, z krótkim esejem będącym bodźcem do pisania i podpowiedzią, jak zacząć. Skontaktowałam się z najbardziej niezwykłymi osobami, jakie znałam, prosząc je o napisanie eseju i towarzyszącego mu pisarskiego impulsu w skrócie nazywanego „promptem”. Pierwszego kwietnia 2020 roku zaczęłam wydawać newsletter i zaprosiłam czytelników, by rozpoczęli prowadzenie dziennika, pisali przez sto kolejnych dni i, jeśli poczują się poruszeni, dzielili się swoimi wpisami. Nadałam przedsięwzięciu nazwę Isolation Journals [Dzienniki izolacji].

Odzew był zdumiewający. Pod koniec pierwszego miesiąca było nas ponad osiemdziesiąt tysięcy – liczba ta ostatecznie wzrosła do setek tysięcy – w różnym wieku i o różnym statusie społecznym, prowadzących dziennik, poszukujących, razem nadających sens naszym życiom. To, co miało być małym, krótkotrwałym projektem pobocznym, stało się fenomenem, a pod koniec kwarantanny Carmen rzuciła pracę, by pomóc mi zarządzać tą kreatywną społecznością. To było wezwanie i odpowiedź, głosy rodzące kolejne głosy. Zaproponowane przeze mnie formy twórcze interpretowano na rozmaite sposoby – od codziennie tworzonych sonetów po piosenki i rysunki – a alchemiczne właściwości regularnego prowadzenia zapisków pokazały nam, jak zmienić izolację w twórczą samotność, zamknięcie w więź, a zamieszanie w jasność i spokój.

Ta książka zrodziła się z tego projektu. Dzięki Księdze alchemii, pomyślanej jako towarzyszka życiowych zmian i trudnych chwil, zgłębicie sztukę prowadzenia dziennika w różnych formach. Chociaż piszę o procesie twórczym, nie jest to poradnik. Chociaż nacisk położony jest na prowadzenie dziennika, nie jest to przewodnik. Dzielę się w tej książce wszystkim, czego dowiedziałam się o tym, jak ta zmieniająca życie – a nawet ratująca je! – praktyka może pomóc wykorzystać mistyczną cechę, która istnieje w każdym człowieku: kreatywność. To zbiór stu esejów z promptami będącymi impulsami do własnej twórczości, przy których możemy poczuć przebłysk zrozumienia. W tych opowieściach słyszymy echa naszych własnych historii.

Nad moim biurkiem wisi karteczka z cytatem przypisywanym Viktorowi Franklowi, austriackiemu psychiatrze i ocalałemu z Holokaustu: „Między bodźcem a reakcją jest przestrzeń. W tej przestrzeni tkwi moc dokonania wyboru reakcji. Od reakcji zależy nasz rozwój i nasza wolność”. Celem Księgi alchemii jest poszerzenie tej przestrzeni, podsunięcie pomysłów i inspiracji, jak wybrać naszą reakcję. Dostarcza ona narzędzi do radzenia sobie z dyskomfortem, docierania głębiej, odkrywania naszego najprawdziwszego, najbardziej nagiego ja – i w konsekwencji do wyłuskania ziarenek zrozumienia, snucia śmiałych marzeń, nauczenia się, jak trzymać brutalne i piękne zdarzenia z życia równie mocno.

Ciąg dalszy jest prosty. Myśl o Księdze alchemii jako o własnym studniowym projekcie: czytaj codziennie jeden esej i prompt, po czym siądź do pisania dziennika. Usłyszysz szereg głosów – od ukochanych autorów, olimpijczyków i kultowych muzyków, po mężczyznę wracającego do świata po długim wyroku więzienia i młodą matkę u progu wdowieństwa. Te historie są sposobem na podjęcie dialogu z innymi podróżnikami, którzy medytują nad kluczowymi pytaniami życia. Mogą też być lustrem, pokazującym ci coś o tobie – czemu jesteś wierny, czemu się opierasz, za czym tęsknisz, kim chcesz się stać.

I z tym zacznijmy.

KSIĘGA ALCHEMII

Rozdział 1

O POCZĄTKU

Niedawno zaproszono mnie na konferencję zapowiadaną jako spotkanie pięćdziesięciu najbardziej innowacyjnych myślicieli świata. Codziennie odbywały się wykłady, prowadzone przez różne osoby, od czołowych naukowców i dyrektorów firm technologicznych po nowatorskich artystów, aktorów i badaczy Arktyki. Później spotykaliśmy się na sesjach grupowych, by omawiać konsekwencje ich pomysłów. W tym mniejszym gronie ludzie często zaczynali rozmowę od informacji, czym się zajmują, po czym pytali: „A ty co robisz?”.

Potrzeba szeregowania, sortowania według typu jest bardzo ludzka, ale jako pisarka zaczęłam obawiać się tego pytania. Wiedziałam, jakie będzie następne: „Co piszesz?”. Znaczną częścią mojego dorobku stanowią wspomnienia, a ich pisanie czasami (moim zdaniem niesłusznie) uważa się za pójście na łatwiznę, brak dyscypliny i zapatrzenie w czubek własnego nosa, szczególnie gdy autorką jest młoda kobieta. Zdarza się, że mam ochotę podkolorować prawdę, by brzmiała bardziej „poważnie”. Zamiast mówić: „Pisałam felietony o tym, jak to jest być młodą dorosłą osobą chorą na raka”, chcę powiedzieć: „Pisałam dla działu naukowego »New York Timesa«.

Wyobraźcie więc sobie moją wewnętrzną panikę, gdy w tej grupie intelektualistów, potentatów różnej maści i noblistów zapytano mnie: „Pisarka, hę? Więc nad czym teraz pracujesz?”. Pracowałam nad tą książką – zawierającą omówienie praktyki, która uratowała mi życie. „Nad książką o prowadzeniu dziennika”, odpowiedziałam. Zgodnie z moimi obawami odpowiedź nie zrobiła wrażenia. Odruchowo chciałam ją uzasadnić. Wyjaśnić, że wprawdzie prowadzenie dziennika jest niekiedy bagatelizowane jako dziecinada, pisanie w ładnym pamiętniku z kłódeczką, ale kolejne badania wychwalają jego korzyści dla ciała i psychiki – od łagodzenia objawów depresji i lęku po poprawę pamięci roboczej i wzmocnienie układu odpornościowego. „To coś, na czym każdy mógłby skorzystać – chciałam krzyknąć – może szczególnie wy!” Nie powiedziałam tego. Szybko zmieniłam temat z powrotem na nich i ich zainteresowania.

Zawsze uważałam prowadzenie dziennika za poważne przedsięwzięcie – miało bardzo poważne zastosowanie w moim życiu – ale nigdy nie byłam zbyt dobra w jednozdaniowej prezentacji. Gdybym mogła cofnąć się w czasie i wyjaśnić, dlaczego czuję się powołana do dzielenia się moim szczególnym podejściem do prowadzenia dziennika, powiedziałabym: „Robię to, ponieważ wiem, że działa – i jest potrzebne”. Badania mogą być przydatne do przekonania sceptyków, są jednak tylko potwierdzeniem tego, co już wiem w swojej duszy. Ta prawda przyświeca nie tylko mojemu życiu. Nie potrafię zliczyć osób, które poświadczyły, jak bardzo transformatywne jest codzienne pisanie dziennika. Pięćdziesięcioletnia kobieta, która utknęła w wysysającej duszę korporacyjnej pracy, użyła tego narzędzia, by zrealizować marzenie o zostaniu pisarką: jej wpisy w dzienniku przekształciły się w nagradzane eseje, napisała wspomnienia, zdobyła agenta i rzuciła pracę. Zdruzgotana po stracie córki matka zaczęła tworzyć na podstawie promptów, co pozwoliło jej na nowo poczuć więź z córką i zacząć przetwarzać swój smutek. Onkolog, który dostrzegł korzyści zdrowotne płynące z prowadzenia dziennika, dosłownie zalecił inspirujące prompty ponad stu pacjentom. Mogłabym zapełnić niezliczone strony takimi historiami.

Prowadzenie dziennika jest procesem iście alchemicznym, mającym praktyczne zastosowanie w każdej dziedzinie życia. Dziennik jest jak poczwarka: okrywa twoje najbardziej wrażliwe, najbardziej nieukształtowane „ja”. W epoce hiperwystylizowanych wizerunków hiperwystylizowanych ludzi jest nieczęsto spotykaną przestrzenią, w której możesz wyrażać najbardziej osobiste myśli, gdzie możesz przeglądać surowy materiał życia. Dzień po dniu, strona po stronie, odkrywasz odpowiedzi, które już są w tobie, i zaczynasz się przeobrażać. A jednak, choć dziennik dotyka transcendencji, nie ma niczego skromniejszego niż on. Odkąd wynaleziono pismo, ludzie pisali dzienniki, by katalogować codzienność, co można rozpoznać w samej jego nazwie. Pochodzi od starofrancuskiego słowa jurnal, które wyrosło z łacińskiego diurnalis, oznaczającego „z dnia”. Rodowód angielskiego diary jest taki sam. Najstarsze znane dzienniki służyły do prowadzenia dokumentacji, jak staroegipski Dziennik Merera, sporządzony na papirusie, z zapiskami dotyczącymi transportu wapienia używanego w Gizie jako okładzina piramid.

Z biegiem lat z prostych rejestrów wyewoluowały inne formy: prywatne Rozmyślania Marka Aureliusza, które stały się przewodnikiem po życiu; Zapiski spod wezgłowia, pochodzące z około tysięcznego roku naszej ery, pisane przez kobietę z japońskiego dworu (nazwane tak, ponieważ autorka ukrywała je pod poduszkami), zawierające szczegółowe opisy życia publicznego, a także fantazje i fikcyjne opowieści; czy naukowe notatniki Leonarda da Vinci i Karola Darwina. W XX wieku Anaïs Nin pozwoliła nam wejrzeć w najintymniejsze myśli o seksualnym i politycznym przebudzeniu, a Virginia Woolf opisała swoje życie czytelniczki i pisarki. Mamy też dzienniki osób zmagających się z życiem osobistym na tle represyjnych reżimów, na przykład Alice Dunbar-Nelson, która dała nieskażony wgląd w życie kolorowej kobiety z początku XX wieku w Ameryce, i Anne Frank dokumentującej swoje życie młodej Żydówki ukrywającej się podczas prześladowań nazistowskich. Dzienniki są ważnymi artefaktami historycznymi umożliwiającymi wejrzenie w przeszłość i zaznajomienie się z dramatycznymi przeżyciami bliźnich – podczas choroby, wojny czy innego kryzysu – i z tym, jak zdołali przetrwać. Jak napisała Anaïs Nin: „Kiedy zagłębiamy się w osobiste, wykraczamy poza osobiste. Osiągamy coś, co jest zbiorowe”.

Dziennik jest pojemny. Może wspomagać pamięć, być relikwiarzem ważnych życiowych wydarzeń, miejscem do spuszczania pary, nabazgrania listy rzeczy do zrobienia, listy rzeczy nie do zrobienia i marzeń albo wyczarowania czegoś pięknego, dzikiego i nieoczekiwanego. To miejsce, gdzie możemy skupić się na tym, co najważniejsze, i ignorować to, co nas rozprasza, gdzie możemy przechowywać i odkrywać znaczenia, gdzie docieramy do podświadomości i włączamy się do swobodnie płynącego strumienia intuicji. Dziennik jest miejscem, w którym szukamy naszego najwyższego, najbardziej wyzwolonego, najbardziej kreatywnego „ja”, i znajdujemy je.

Niezależnie od tego, czy prowadzisz dziennik od lat, czy dopiero zaczynasz, prawdopodobnie doświadczyłaś tej chwili, kiedy patrzyłaś na pustą stronę i zadałaś sobie pytanie: „Jak zacząć?”.

U mnie zaczyna się od samego dziennika. Niezależnie od tego, czy jest to zwyczajny brulion ze sklepu papierniczego, czy też piękność oprawiona w skórę, zawsze w jakiś sposób go personalizuję. Ozdabiam okładkę, piszę dla siebie kontrakt twórczy na wyklejce, wkładam ulubione stare zdjęcie między pierwsze kartki – robię coś, co wzmacnia jego atrakcyjność i zachęca mnie do powrotu. Mam też pod ręką zapas ulubionych piór.

Ważny jest też dla mnie fizyczny wymiar odręcznego pisania. Uwielbiam interakcję między papierem a dłonią, to, jak pióro sunie po stronie, jak litery pojawiają się niczym obrazy – wznosząc się, zawracając, szarżując do przodu. „Istnieje stan umysłu, do którego nie można dotrzeć poprzez myślenie – pisze Lynda Barry w kreatywnym zeszycie ćwiczeń i graficznym pamiętniku What It Is. – Wymaga, jak się zdaje, kontaktu z czymś fizycznym, czym poruszamy, długopisem, ołówkiem, czymś, co jest w ruchu – zwyczajnym ruchu, jak pisanie alfabetu”. Także Virginia Woolf wychwala radość odręcznego pisania: kiedy po miesiącach poprawiania maszynopisu powróciła do pióra i papieru, w dzienniku napisała: „Jakże chciałam […] znowu napisać zdanie! Jakże cudownie czuć, jak się formuje i wygina pod moimi palcami”.

Jeśli czujesz opór przed pisaniem odręcznym, coś ci powiem: sama uważam je za pożyteczne, ponieważ lubię rozwijanie się atramentu na stronie, a także dlatego, że pisząc w ten sposób, jestem mniej skłonna do autocenzury. Każdy jednak ma inne potrzeby i nic nie stoi na przeszkodzie, byś prowadziła dziennik tak, jak ci się podoba – na laptopie, w telefonie, w notatniku ogryzkiem ołówka.

Często, gdy siadam po pisania, nachodzą mnie zniechęcające myśli: „Nie mam nic do powiedzenia”, „Nie mam weny, by napisać jedno słowo, a co dopiero zapełnić trzy strony”, „Nigdy nie będę w stanie robić tego konsekwentnie, więc jaki w tym sens?”. Wymyśliłam wiele sztuczek, żeby wyrwać umysł z tych utartych kolein, ale jedną z moich ulubionych jest ta, którą podzieliła się ze mną poetka Marie Howe. „Kiedy nie mogę wrócić do praktyki pisania dziennika, biorę zeszyt i piszę trzy strony dziennie, ale nie tą ręką co zawsze, więc są to straszne bazgroły – powiedziała. – Albo piszę: »Nie chcę pisać o…«, a potem po prostu o tym piszę; jest to więc uwalniające”.

A jednak czasami opór jest głębszy. Kiedyś podczas prowadzonych przeze mnie warsztatów jedna z uczestniczek zapytała: „Czy jest jakaś rada dla kogoś, kto nie potrafi pisać dziennika bez zażenowania? Myślę, że ma to coś wspólnego z tym, że kiedyś mama czytała moje pamiętniki i nic nie było prywatne. Teraz czuję, że nie potrafię przelać niczego osobistego na papier”. Byłam wdzięczna za jej pytanie, bo wiedziałam, że prawdopodobnie nie tylko ona dźwiga taki bagaż. Dzięki sugestiom innych uczestników opracowaliśmy siedem wskazówek do tego, jak przełamać głęboki opór przed pisaniem dziennika:

Powiedz sobie, że możesz go później spalić.

Spróbuj pisać w drugiej lub trzeciej osobie, by zdystansować się od swojego wewnętrznego krytyka.

Pisz w postaci listu lub fragmentów zdań, by przypominało to bardziej „spisywanie myśli”, a nie dziennik.

Może nazwij go nie-dziennikiem. Poluzuj zasady i rób to po swojemu.

Kiedy ugrzęźniesz w opisywaniu przeszłości, powiedz sobie: „Tamto było wtedy. To jest teraz”, a następnie wczuj się w chwilę obecną i pisz.

Przechowuj dziennik w skrytce, w bezpiecznym miejscu, z dala od ciekawskich oczu.

Czy mogę zasugerować, by pisać bezpośrednio do swojej matki?

Niewykluczone, że ostatnia sugestia jest żartem, ale przywodzi mi na myśl ćwiczenie na uciszenie wewnętrznego krytyka, którym piosenkarka Stacie Orrico Johnson podzieliła się ze mną kilka lat temu. Brzmi ono mniej więcej tak:

Zamknij oczy i wyobraź sobie, jak było ostatnim razem, kiedy próbowałaś tworzyć. Kto się pojawił? Co usłyszałaś? Może był to krytyczny rodzic, rywalizująca z tobą koleżanka z klasy, może nieprzemyślana uwaga nauczyciela lub fragment odmownego listu. Może głos nieznanego pochodzenia, który słyszysz w kółko: jest za późno, nie jesteś wystarczająco dobra, nigdy ci się nie uda. Napisz nakaz eksmisji tego kogoś lub czegoś, co przeszkadza ci w radości tworzenia. Nazwij dupka po imieniu. Każ mu się zamknąć. Stanowczo wyprowadź go za drzwi.

Innym częstym wyzwaniem dla piszących dzienniki jest konsekwencja. Pomocna jest technika, którą moja przyjaciółka Lisa Ann nazywa „kleistą” praktyką: „wklejasz” pisanie dziennika na stałe w jedną jedyną część swojej rutyny dnia, obudowujesz ją jakąś odpowiedzialnością i obniżasz barierę wejścia.

Staraj się siadać do pisania codziennie mniej więcej o tej samej porze, najlepiej podczas robienia czegoś, co robisz zawsze. U mnie pisanie obraca się wokół pierwszej filiżanki kawy. Budzę się, wypuszczam psy, po czym idę prosto do kuchni zemleć ziarna i włączyć czajnik. W ciągu pięciu minut, kiedy kawa parzy się w zaparzaczu, czytam krótki inspirujący fragment i pozwalam, by słowa mnie omywały. Następnie siadam przy kuchennym stole z dziennikiem i zaczynam. Może u ciebie najlepszą porą jest wieczór, gdy w domu panuje cisza i dzieci już śpią. Może najlepszym miejscem jest metro lub parking przed wejściem do biura. Stwierdziłam, że piętnaście minut to najlepszy czas, by „przepisać” się przez mgłę i dotrzeć w nieoczekiwane i interesujące miejsce. Jeśli jednak możesz poświęcić tylko pięć minut, to w zupełności wystarczy.

Prowadzę dziennik najbardziej regularnie wtedy, gdy zobowiązałam się do tego na określony czas wobec przyjaciół lub rodziny – na przykład z moją mamą, która jest o wiele bardziej zdyscyplinowana ode mnie. Tworzy w dzienniku z samego rana, bez względu na wszystko, i robi to słowami bądź szybką akwarelą podczas picia herbaty. Często wysyła mi zdjęcie notesu obok ulubionego ceramicznego kubka, co motywuje mnie do działania i wysłania jej zdjęcia mojego zestawu dziennikowego. Uwielbiam ten rodzaj pozytywnej presji ze strony współuczestników projektu. To sposób, w jaki czerpiemy energię od siebie nawzajem.

Rozważ zaproszenie bliskiej osoby do wspólnego czytania tej książki i pisania z tobą. Albo jeśli wolisz doświadczenie solo, ale zależy ci na konsekwencji, zaznaczaj każdy dzień prowadzenia dziennika w kalendarzu, by od razu widzieć wynik. Ta książka zawiera łącznie sto esejów i promptów, ale jeśli sto dni tworzenia cię zniechęca, zobowiąż się do dziesięciu i zobacz, co będzie dalej.

Kiedy przystąpiłam do pierwszego studniowego projektu, obniżyłam barierę wejścia przez ustalenie trzech sztywnych zasad:

Pisz codziennie.

Staraj się napisać trzy strony, ale każda ilość wystarczy. Akapit. Zdanie. Słowo.

Pozwól myślom się rozwijać, podążać w dowolnym kierunku, a gdy skończysz, nie musisz więcej do nich wracać.

Bez względu na to, jakie jest twoje podejście do tego, kiedy piszesz i w jakiej formie, obiektywnie nie ma dobrego ani złego sposobu na prowadzenie dziennika. Ale im niższa stawka – czyli im mniej ważny wydaje się proces – tym większe prawdopodobieństwo, że do niego wrócisz.

Nie chodzi też o „wypolerowane” pisanie typu „tworzę dzieło życia”. Nie potrzebujesz doświadczenia. Po prostu pozwól słowom spływać na papier bez ograniczeń, bez celu, bez autocenzury, bez poprawiania i dbałości o gramatykę czy interpunkcję. Jeśli konkretny prompt do ciebie nie przemawia, napisz dlaczego albo pozwól, by twoje słowa poprowadziły cię w zupełnie innym kierunku. Piszesz dla siebie – dostosuj pisanie do swoich potrzeb.

Niedawno miałam okazję przeprowadzić wywiad z Michaelem Bierutem, który sformalizował studniowy projekt jako zadanie dla słuchaczy studiów podyplomowych w Yale. Rozmawialiśmy o tym, jak wpadł na ten pomysł, i o niesamowitych projektach będących jego konsekwencją. Opowiedział między innymi o kobiecie, która włożyła do pudełka sto karteczek z próbkami kolorów farb, a następnie wyławiała jedną karteczkę dziennie i pisała o tym kolorze – coś poetyckiego, coś szybko i byle jak, nieraz tylko jedno słowo, czasami długi esej. Michaelowi w jej projekcie podobało się wiele rzeczy, łącznie z tym, że był idealnie zbalansowany między ograniczeniami i zmiennością, a także zachęcał do konsekwencji, ponieważ gdy tylko kobieta wsuwała rękę do pudełka, zobowiązywała się kolejnego dnia zrobić to samo. Ale najbardziej podobało mu się, że był to mikrokosmos ludzkiego doświadczenia, pełnego niepewności, naznaczonego przypadkiem, trafem, zbiegiem okoliczności. Gdy kobieta wyciągnęła kartkę z pudełka, czy zobaczyła kolor, na jaki liczyła? Czy ogarniała ją radość i myślała: „O, dziś mogę pisać o tym jasnożółtym”? A może była rozczarowana, gdy próbka była błotniście szara?

„Jeśli spojrzysz na jej projekt szerzej, zobaczysz, że właśnie takie jest życie – powiedział Michael. – Raz dostajesz to, na co miałaś nadzieję, kiedy indziej coś, czego się obawiałaś, a twoja zdolność do reagowania na to w ludzki, autentyczny sposób jest sposobem na nasze przetrwanie”.

Nie wierzę, że przechodzenie przez coś trudnego z założenia czyni nas mądrzejszymi, silniejszymi czy odważniejszymi. Ale momenty przemian w naszym życiu oferują możliwość nowego początku. Niech te pierwsze dziesięć esejów i promptów zachęci cię do podjęcia tego otwierającego oczy ćwiczenia. Niech skrzesze coś nowego, pięknego i prawdziwego. Niech twoje pióro tańczy. Podążaj za swoją ciekawością i intuicją.

RAZ KOZIE ŚMIERĆ

Dani Shapiro

Dalsza część dostępna w wersji pełnej