Kryminalne Trójmiasto - Mikołaj Podolski - ebook + audiobook

Kryminalne Trójmiasto ebook i audiobook

Mikołaj Podolski

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Za wrotami trójmiejskiego piekła

Doświadczony dziennikarz śledczy Mikołaj Podolski opowiada o sprawach kryminalnych z najbardziej znanej części Wybrzeża, które w ostatnich latach wzbudziły mnóstwo kontrowersji. Nie przyjmuje oficjalnej wersji wydarzeń za pewnik. Dociera do świadków i ofiar, przekonuje ich do niełatwych rozmów, odnajduje nowe tropy, ujawnia nieznane fakty, przygląda się działaniom służb, prokuratorów i sądów – a wszystko po to, by sprawcy nie uniknęli kary.

Opisane tu zbrodnie i przestępstwa – zagmatwane, niejasne, wstrząsające – to tylko wierzchołek góry lodowej. Trójmiasto, jak pokazuje autor, rządzi się własnymi prawami, przyciąga kryminalistów, rodzi aferę za aferą. Dostęp do morza, bliskość granicy z Rosją, tłumy przyjezdnych i wysokie ceny nieruchomości sprzyjają nielegalnym interesom i zbrodniczym procederom.

Czy jesteście gotowi zanurzyć się w trójmiejskim bagnie? Poznajcie prawdziwe oblicze tego na pozór urokliwego miejsca.

Mikołaj Podolski –dziennikarz, finalista ogólnopolskich konkursów prasowych, szczególnie doceniany za dziennikarstwo śledcze, reportaż i felieton. Przez wiele lat relacjonował wydarzenia z Trójmiasta i okolic, najpierw dla lokalnych, a później dla krajowych mediów, m.in. Onetu, Wirtualnej Polski oraz naTemat. Jest autorem książki Łowca nastolatek. Prawdziwahistoria „Krystka” i Zatoki Sztuki (2020) oraz współautorem nominowanego do Grand Press reportażu Zaginiona Iwona Wieczorek.Koniec kłamstw (2025).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 324

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 41 min

Lektor: Marek Głuszczak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładkiKarolina Żelazińska-Sobiech

Redaktor prowadzącuDominik Leszczyński

RedakcjaKrystyna Podhajska

KorektaMałgorzata Koniarska, Aleksandra Kubis

Copyright © by Mikołaj Podolski, 2026 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026

Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

ISBN 978-83-8360-393-3

Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Ojcu

WSTĘP

Wiosną 2016 roku, po nerwowej rozprawie w Sądzie Okręgowym w Płocku, poszliśmy z Januszem Szostakiem na pierogi na tamtejszą starówkę. Pisałem do jego ogólnopolskiego miesięcznika kryminalnego „Reporter” już ponad trzy lata, lecz twarzą w twarz spotkaliśmy się dopiero po raz pierwszy. Zeznawałem jako świadek w procesie związanym z bur-sztynnikami, a Płock stał się miejscem rozprawy ze względu na siedzibę redakcji tego pisma. Szostak – jako naczelny – został pozwany, ale ponieważ nie miał prawnika i chodziło o mój artykuł, to ja przygotowywałem większość pism procesowych, które później składano w sądzie w imieniu redakcji.

Byłem jedynym dziennikarzem „Reportera” na Pomorze i nieraz spieraliśmy się o to, który materiał z tego rejonu powinien trafić do kolejnego numeru. Nigdy wcześniej ani później nie spotkałem nikogo, kto miałby takie wyczucie dobrych tematów. I to bez statystyk Google’a, badania ruchu na stronie, zerkania do komentarzy i feedbacku z mediów społecznościowych. Szostak często nie chciał proponowanych przeze mnie historii; rzucał od niechcenia: „to jakieś pijackie zabójstwo”, a potem nieraz wynajdywał mi coś, co lądowało na okładce magazynu. A to mordercę z podwójnym DNA, który zabił ukochaną po przeszczepie szpiku. A to chłopaka wyłowionego z Bałtyku, który miał do dłoni przywiązaną płytę chodnikową. A to dziewczynę zamordowaną na tle seksualnym na peryferiach Gdyni, której zabójcy nie udało się ująć.

Nie miałem lekko. Naczelny rzucał mnie na głęboką wodę, a ja, ponieważ nie pochodziłem z Wybrzeża, musiałem szybko nauczyć się pływać w tym bałtyckim szlamie.

– Przykro mi, że masz tyle problemów prawnych przez moje teksty. Trójmiasto jest naprawdę popieprzone – stwierdziłem od niechcenia, czekając na talerz z pierogami.

– Może i popieprzone, za to ile interesujących spraw! W całej reszcie kraju nie jest tak ciekawie. – Szostak zaśmiał się głośno, ale chwilę potem spoważniał. – Procesy to część tego zawodu. A my działamy po to, żeby takich zbrodni więcej nie było.

Do „Reportera” nie trafiłem jako nowicjusz. Miałem już na koncie i publikacje mocnych, pogłębionych reportaży w czołowych polskich mediach, i procesy. Po dwóch przeprowadzonych przeze mnie śledztwach policja wezwała mnie na świadka, bo zdobyłem informacje, których śledczym nie udało się uzyskać. Ale ten miesięcznik to była zupełnie inna liga. Janusz Szostak wymagał, by jego dziennikarze docierali do faktów, których nie znały inne media. Bez tego tekst nie miał prawa przejść. Szef „Reportera” najbardziej cenił takie, do których nie dotarli nawet śledczy. Nie dość więc, że startowaliśmy w kategorii superciężkiej, bo dziennikarstwo śledcze to zdecydowanie najtrudniejsza i pod wieloma względami najniebezpieczniejsza gałąź dziennikarstwa, to jeszcze sami zawiesiliśmy sobie poprzeczkę najwyżej, jak to możliwe.

Poza tym niemal zawsze dziennikarz musiał jechać na miejsce – nawet jeśli oznaczało to kilkaset kilometrów w jedną stronę – i wycisnąć stamtąd wszystko, co się da. Nie mógł postępować jak redaktor tabloidu polujący na krótką wypowiedź, najlepiej kontrowersyjną, czasem nawet od osoby niezwiązanej ze sprawą. Powinien być jeszcze bardziej dociekliwy niż policjanci: wgłębiać się w życiorysy sprawców lub ofiar, bo właśnie tam często kryła się geneza skomplikowanych zbrodni. Zdarzało się, że niekiedy przewyższaliśmy policję i prokuraturę wnikliwością, rysowaliśmy historie narastających nienawiści, podczas gdy śledczy skupiali się na samym czynie.

Naczelny „Reportera” parokrotnie opowiadał mi, że w głębokim PRL-u wysyłano go PKS-ami na równie głęboką wieś. Zbierał tam materiał i potem godzinami szukał budki telefonicznej, by go zrelacjonować. To był wyznacznik zaangażowania, zaciekłości i poświęcenia pracy w terenie. Chodziło przede wszystkim o to, że stary, dobry reportaż uliczny, również w ujęciu kryminalnym, jest o niebo lepszy i ciekawszy od zbioru suchych faktów wyciąganych od śledczych lub zeznań z akt, które nie zawsze są prawdziwe, a bardzo często niekompletne lub nieprecyzyjne. Taki reportaż oddaje klimat zbrodni, opisuje jej otoczkę, specyfikę i konteksty oraz pokazuje jej rzeczywiste, pełne konsekwencje. Odgrywa również niebagatelną rolę społeczną, tłumaczy bowiem niektóre zjawiska, potępia, uczy i przestrzega. To lektura dla inteligentnych czytelników, którzy chcą wiedzieć więcej niż tylko to, kto zabił i jak wysoka kara mu grozi. Tego typu dziennikarska szkoła już wtedy, podczas naboru na początku 2013 roku, była na wymarciu, a współcześnie w większości kraju funkcjonuje niemal wyłącznie w formie przetrwalnikowej.

Z „Reporterem” współpracowało wówczas wielu doświadczonych reporterów kryminalnych, którzy zjedli zęby na opisywaniu zabójstw oraz innych najpoważniejszych przestępstw. Wśród nich znalazły się legendy tej gałęzi dziennikarstwa, choćby Helena Kowalik czy Edmund Żurek. Zostałem przyjęty do ekipy jako najmłodszy – byłem jeszcze przed trzydziestką – i załatwiłem redakcji najwięcej okładek oraz najwięcej procesów. Chociaż miewaliśmy duże problemy, ostatecznie wychodziliśmy z nich bez szwanku, a w każdym z procesów przy okazji zdobywaliśmy mnóstwo dokumentów do kolejnych artykułów o ludziach, którzy nas pozwali.

W pewnym sensie jestem jednak usprawiedliwiony liczbą postępowań sądowych, ponieważ częste nasyłanie prawników na niewygodnych dziennikarzy to jedna z tych reguł rządzących Trójmiastem, która zdecydowanie odróżnia je od reszty kraju. Wielu kolegów z głębi Polski skarżyło mi się na pozwy wysyłane przez pomorskie kancelarie – często za drobnostki. To chichot historii, o ile bowiem pracownicy mediów na Wybrzeżu jeszcze na początku tysiąclecia dostawali od gangusów tradycyjne, kulturalne pogróżki w stylu: „załatwimy cię!” (i dlatego przekazywali sobie wiedzę, jak odpalić samochód, żeby w razie wybuchu bomby wylecieć z niego w bok – nie zapinać pasów i zostawić otwarte drzwi), o tyle w kolejnych latach słyszeli prawie zawsze: „pozwiemy cię!”. Najgorsi zbóje, choćby mieli na swoim koncie najokrutniejsze zbrodnie, nie wstydzili się składać pozwów, często za pośrednictwem prawników o niekoniecznie dobrej sławie. Janusz Szostak, który w legendarnych latach dziewięćdziesiątych podpadał brutalnym podwarszawskim mafiom i uchodził za człowieka, który w dziennikarstwie przerobił już wszystko, nieraz przecierał oczy ze zdumienia na widok pozwów z Pomorza.

– Co to znowu jest? Czemu nam po prostu nie porysują samochodów? – pytał ironicznie.

Skłamałbym jednak, gdybym stwierdził, że nie dostawałem w Trójmieście zwykłych gróźb. Grożono mi między innymi śmiercią, torturami albo sprawieniem, że zniknę bez śladu. Wiem, że mój adres próbowało ustalić kilku poważnych przestępców, a jeden znany prawnik z Wybrzeża, wykładowca akademicki związany towarzysko z bardzo bogatymi bandytami, według mojego dobrego źródła chodził po ludziach i szukał porad „jak uciszyć Podolskiego, niekoniecznie w prawny sposób”.

Prawniczy świat Trójmiasta, z którym przy okazji musieliśmy się mierzyć, jest niezwykle interesujący. Na wydziałach prawa w różnych częściach kraju do dziś dyskutuje się o szwindlach popełnionych na początku trzeciego tysiąclecia w Gdańsku podczas rekrutacji na studia prawnicze. Krążą też anegdoty o „pomroczności jasnej”, dzięki której w gdańskim sądzie uniknął kary syn Lecha Wałęsy, gdy spowodował wypadek pod wpływem alkoholu i uciekł z miejsca zdarzenia, nie udzieliwszy pomocy.

Nieraz opisywałem haniebne decyzje niektórych trójmiejskich sądów. Ale co innego opisywać, a co innego podczas trwania jednego z procesów usłyszeć rzucone mi prosto w twarz przez sędziego słowa, że „zgubiło się” moje pięćdziesięciotrzystronicowe powództwo wzajemne, które sam napisałem i za którego złożenie zapłaciłem tysiąc złotych, gdy zostałem pozwany przez bogatych ludzi powiązanych z aferą pedofilską Zatoki Sztuki. Przez to „zgubienie się” sąd nie pozwolił mi zadać części pytań najważniejszemu świadkowi.

Innym razem wiceprezes gdańskiego sądu okręgowego kazała mnie ścigać karnie za artykuł, w którym opisałem, za co naprawdę ma proces szef Zatoki Sztuki. Gdybyśmy z prawnikami nie wyrzucili sprawy poza Trójmiasto, mógłbym nawet trafić do więzienia – gdańska prokuratura mocno ponaginała fakty, by mnie skazać, i skierowała akt oskarżenia nie do tego sądu, do którego powinien on trafić. Trójmiejska palestra nie zważała na to, że miałem wsparcie ministra sprawiedliwości i Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Po tym wszystkim w wypowiedzi dla TVP rzuciłem, że na Wybrzeżu obowiązuje zupełnie inny system prawny niż w reszcie Polski. Niektórzy mieli do mnie sporo pretensji z powodu tego stwierdzenia, ale nawet po latach nie cofnąłbym tamtych słów.

Jeśli dla kogoś to mało, dodam, że kiedy w redakcji pod Gdańskiem rozpoczynałem swoją pierwszą dziennikarską pracę, tam wciąż wspominano dwa naloty prokuratury. Zajęła ona wtedy wszystkie komputery, mimo że w Polsce ten sprzęt jest prawnie chroniony tajemnicą dziennikarską. Tamtejsi śledczy czuli się bogami i w ten sposób chcieli sprawdzić, czy na redakcyjnych dyskach znajdą IP internauty, który pod artykułem żartował sobie z miejscowego ważniaka.

O prawniczych przekrętach w Trójmieście krążyły legendy. Na przykład ta o adwokacie, który na dzień dobry brał honorarium od klienta i od razu informował, że dzieli je na trzy części: dla prokuratora, dla siebie i dla sędziego. Kupić można było nie tylko uniewinnienia i umorzenia, lecz również zaniżanie kar, przeciąganie procesu o kilka lat oraz zmianę kwalifikacji czynu na łagodniejszą. Albo historia o niezwykle ważnej sędzi, która tak silnie towarzysko zblatowała się z wpływowym gangusem powiązanym ze starą gwardią, że ten nie bał się sprowadzić z Ameryki Południowej całego statku kokainy. Pojawiały się również legendy o adwokackim gangu wyciągaczy z aresztów oraz o spotkaniach towarzyskich sędziów, prokuratorów i obrońców, którzy przy grillu decydowali, kogo aresztować, a kogo puścić wolno.

Nie trzeba jednak wcale sięgać do nie zawsze potwierdzonych opowieści. Wystarczy zajrzeć do nieco starszej prasy, choćby z 2007 roku. Informowano tam o akcie oskarżenia dla sądowo-prokuratorskiej mafii, która załatwiała niskie wyroki oraz zwolnienia z aresztu. Dziwnym trafem to postępowanie tak się przeciągnęło, że sporo czynów uległo przedawnieniu, a niektórzy oskarżeni zmarli w trakcie procesu. Ostatecznie pod koniec 2015 roku udało się jednak prawomocnie skazać ważną gdańską sędzię.

Wbrew dość powszechnemu w Trójmieście przekonaniu powodem wydania niesprawiedliwego wyroku nie musi być znajomość oskarżonego z sędzią. Nierzadko decyduje o tym odpowiedni prawnik, który potrafi znaleźć sposób, by doprowadzić do umorzenia sprawy, uniewinnienia oskarżonego lub wyciągnięcia go z aresztu.

Nie mam podstaw, by oskarżać o nieuczciwość i łamanie prawa choćby część prawników z historii zawartych w tej książce. Nie ulega natomiast wątpliwości, że kilku z nich pomogło sprawcom okrutnych przestępstw uniknąć odpowiedzialności lub uzyskać odroczenie wymierzenia surowej kary. Zdecydowałem więc, że w tej publikacji nie padnie nazwisko ani jednego adwokata. Nie mam zamiaru podpowiadać żadnemu gwałcicielowi czy zabójcy, który będzie szukał odpowiedniego prawnika, by wymigać się od odsiadki.

Muszę też zaznaczyć, że nieraz zbywano mnie w sądach i prokuraturach w Trójmieście, kiedy pytałem o nazwisko sędziego lub prokuratora odpowiedzialnego za konkretną decyzję, choć prawo nakazuje udzielenie takiej informacji dziennikarzowi. Zresztą przedstawicieli mediów często odsyłano z kwitkiem, gdy domagali się wyjaśnień. Ta książka to miejscami smutna kronika walenia głową w mur przez nas wszystkich.

A jednak częstokroć to właśnie my, dziennikarze, nie dawaliśmy umrzeć niektórym sprawom kryminalnym. Oby to był dowód dla wszystkich, zwłaszcza wydawców mediów oraz ich odbiorców, że są rodzaje dziennikarstwa, w których dziennikarza nie zastąpi sztuczna inteligencja, podcaster ani stażysta uzbrojony w mnóstwo aplikacji, co pół godziny produkujący kolejny artykuł.

Żałuję, że nie wszystkie nazwiska zasłużonych dla tych historii dziennikarzy mogłem tu uhonorować choćby wzmianką, ale jest ich zbyt wiele. Chciałbym, aby ta książka stanowiła również wyraz uznania dla mediów, które niestrudzenie walczyły na Wybrzeżu o sprawiedliwość, bo wiem aż za dobrze, przez jakie bagno musiały przejść.

Ja w tych trudnych nadbałtyckich warunkach, nieraz zupełnie odcinany od oficjalnych ustaleń, nauczyłem się zdobywać informacje inaczej: szukałem ofiar i świadków i przekonywałem ich do niełatwych rozmów. Na następnych stronach pokazuję, że czasami było warto.

Tyle o bataliach prawnych, bo o przekrętach policyjnych w Trójmieście nawet nie ma co wspominać. To liczne udokumentowane historie nadużyć, korupcji, niekiedy sprzeniewierzania się podstawowym zasadom etycznym. Dlatego zawsze cieszę się, gdy trafiam na Pomorzu na uczciwego policjanta. I wiem, że jest ich coraz więcej.

Dziennikarz Sylwester Latkowski nazywa Trójmiasto Małą Sycylią, czytelnie nawiązując w ten sposób do mafijnego świata układów panujących na południu Włoch. Takie samo zdanie ma kilku jego niezwykle ważnych informatorów ze służb. Nie można zaprzeczyć, że wiele kryminalnych historii w Gdańsku, Gdyni i Sopocie nie kończy się tak, jak powinno się kończyć w państwie prawa. Ich nieoczekiwany przebieg skłania do zadawania głośnych pytań o konieczność zmiany przepisów lub procedur.

Do tego wszystkiego dochodzi duże zainteresowanie przestępstwami popełnianymi na Wybrzeżu. Przyznam, że nigdy nie potrafiłem do końca zrozumieć, z czego ono wynika. Ta fascynacja sprawiła, że w Małej Sycylii w ostatnich latach rozwinęła się osobliwa gałąź turystyki. Ludzie w niej pracujący próbują zarabiać na oprowadzaniu wycieczek śladami głośnych trójmiejskich zbrodni. Być może z tego samego powodu filmowcy tak chętnie lokują tu akcję filmów o gangsterach czy machlojach służb. Niekiedy świetnie im to wychodzi, że wspomnę tylko Układ zamknięty i Furiozę.

O większości historii zawartych w tej książce nigdy nie powstanie jednak film. Mimo że wydarzyły się naprawdę i zostały dobrze udokumentowane, widzowie oskarżyliby twórców o przesadę i zbyt wybujałą fantazję.

Prawie wszystkie opisane tu tematy zacząłem badać jeszcze jako dziennikarz „Reportera”. Część z nich zamykałem podczas pracy w polskich superportalach internetowych, już po śmierci Janusza Szostaka. Zakończenia innych nie dane mi było przedstawić choćby w paru skromnych zdaniach. Szczegółów tych tematów opinia publiczna nigdy nie poznała. Nawet w mediach elektronicznych nie miałem tyle miejsca i możliwości, by opisać wszystko, co zebrałem. Książka wreszcie mi na to pozwala.

Prezentuję tu więc nowe spojrzenie na zagadki kryminalne wywołujące na Wybrzeżu mnóstwo kontrowersji. W pięciu z siedmiu rozdziałów ujawniam nieznane szczegóły ich finałów, które nigdy nie wypłynęły na światło dzienne. Zapraszam zatem do lektury i odkrywania prawdziwego oblicza kryminalnego Trójmiasta.

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

EPILOG

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ŹRÓDŁA

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu