Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 715 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kruchy dom duszy - Jürgen Thorwald

Klasyka historii medycyny

Porywająca historia zuchwałych pionierów neurochirurgii

Kruchy dom duszy to książka przedstawiająca powstanie i rozwój chirurgii mózgu. Trzeba było prawdziwej rewolucji, zarówno technologicznej, jak i w sposobie myślenia samych lekarzy, aby neurochirurgia mogła stać się pełnoprawną gałęzią medycyny.

W oparciu o dziesiątki eksperymentów na zwierzętach, a także na nieuleczalnie chorych pacjentach współtwórcy tej rewolucji przecierali nie zbadane dotąd szlaki, ryzykując przeprowadzenie operacji, na jakie wcześniej nikt się nie odważył. Thorwald wyjątkowo barwnie opisuje postaci Victora Horsleya, Harveya Cushingsa i Wildera Penfielda – byli to prawdziwi pionierzy neurochirurgii, niepospolici lekarze, którzy osiągnęli sukces, ale nieobce im też były porażki, nie mówiąc o zwykłych obawach czy niepewności.

Dzieło Thorwalda to nie tylko dzieje chirurgii mózgu, które czyta się niemal jak powieść kryminalną, to przede wszystkim historia walki człowieka o poznanie samego siebie.

Jürgen Thorwald (1915 -2006) – niemiecki pisarz, dziennikarz i historyk, szczególnie znany z książek opisujących historię medycyny sądowej oraz drugiej wojny światowej. Wielka ucieczka, wydana po raz pierwszy kilka lat po wojnie, do dziś nie zniknęła z niemieckich księgarń, przetłumaczono ją na kilkanaście języków na całym świecie

Opinie o ebooku Kruchy dom duszy - Jürgen Thorwald

Fragment ebooka Kruchy dom duszy - Jürgen Thorwald

Tytuł oryginału

Im zerbrechlichen Haus der Seele

Die grosse Odyssee der Gehirnchirurgie

© 1986 Droemersche Verlagsanstalt Th. Knaur Nachf., GmbH & Co. KG, Munich, Germany

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 1994

© Copyright for the Polish translation by Jerzy Wawrzyniec Sawicki

ISBN 978-83-08-05852-7

Opieka redakcyjna

Jolanta Korkuć

Konsultacja naukowa

dr med. Grażyna Zwolińska

Redakcja

Barbara Taborska-Cepil

Korekta

Sylwia Frołow, Paulina Orłowska, Małgorzata Wójcik

Projekt okładki i stron tytułowych

Elżbieta Chojna

Redaktor techniczny

Bożena Korbut

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.,

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i łamanie: Infomarket

Skład wersji elektronicznej:

Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

„His brain… the soul’s frail dwelling house”

„Jego mózg… kruchym domem duszy”

William Szekspir (Król Jan, V, 7)

W roku 1982 pewien młody kalifornijski chirurg mózgu, który ukrywał się pod pseudonimem Carl Gorman, udzielił szczerego, lub, jak to się współcześnie określa, „beznamiętnego” wywiadu.

Chirurg ów zezwolił też, aby pisarz Michael Medved włączył tekst tego wywiadu do swej niecodziennej książki, która w chwili publikacji nosiła tytuł Szpital – tajemne życie lekarzy w Medical Center.

Carl Gorman opowiedział o swojej pracy i o tym, co odczuwał, wykonując ją. W głównej części wywiadu oświadczył:

„Nie mówię tego chętnie, ale muszę stwierdzić, że czasami jest to romantyzm, a czasami rutyna (…). Mamy na przykład pacjenta z guzem mózgu lub inną chorobą mózgowia. Usuwamy ognisko chorobowe, budzimy pacjenta, on dochodzi do zdrowia i pozostaje na zawsze naszym dłużnikiem (…).

Naturalnie, może się zdarzyć, że operacja się nie uda. Prawdopodobnie choroba była tak zaawansowana, że nawet Jezus Chrystus nie zoperowałby lepiej, gdyby pojawił się ze skalpelem w sali operacyjnej (…). Ale jeśli wszystko funkcjonuje dobrze, człowiek ma niewiarygodne uczucie. Wychodzi z sali operacyjnej, gwiżdże sobie pod nosem i uważa się za ósmy cud świata.

Wykonujemy wiele rodzajów operacji, wiele jest też możliwości otwarcia głowy człowieka. Ich granicą jest tylko ludzka fantazja (…). Można zrobić okienko w kości czaszki z przodu, z tyłu lub po obu stronach głowy. Najpierw się ją goli, potem dokonuje podkowiastego cięcia skóry. Następnie unosi się skórę i zaczyna pracę nad sklepieniem czaszki. Potem wierci się dziury. Dzisiaj mamy już do tego elektryczne świdry (…). Kiedy dziury są gotowe, przecina się piłą kość między nimi, wyjmuje wyciętą część sklepienia czaszki i przed naszymi oczyma pojawia się mózg.

Chirurg może wyjąć duże partie mózgu w zależności od tego, z jaką chorobą ma do czynienia. Można usunąć partie płatów czołowych i w ogóle wszystko powyżej uszu. Można również usunąć operacyjnie płaty z potylicy, a jedynym ryzykiem jest jednostronne niedowidzenie połowicze pacjenta (…). Tylko w sytuacji, gdy trzeba usunąć oba zakręty czołowe, pacjent pozostanie po operacji w stanie lobotomicznym, to jest w swego rodzaju stanie ograniczenia psychicznego.

W większości przypadków chorzy przeżywają operację. W minionym roku ja i mój partner operowaliśmy czterysta razy; mieliśmy tylko czterech chorych, którzy zmarli. Naprawialiśmy pacjentów i odsyłaliśmy ich z powrotem do domu. Jedynie w przypadku złośliwych guzów, które prowadzą do szybkiej śmierci, pacjenci odsyłani są do domów opieki społecznej, gdzie opiekują się nimi inni lekarze. Towarzyszenie takiemu choremu do samego końca nie jest dla nas rzeczą typową.

Mnie operuje się najlepiej, jeśli z tyłu dochodzą dźwięki nadawanej muzyki (…). Jeśli chce pan usłyszeć prawdę, jest to nawet normalne w salach operacyjnych (…). Oczywiście, nie ogląda się akurat telewizji, ale wielu z nas przynosi swoje magnetofony kasetowe i słucha podczas pracy ulubionej muzyki. Pewnego razu mieliśmy asystenta z Teksasu, którego nazywaliśmy «Buffalo Bob». Operując guz, słuchał Elvisa Presleya i Johnny’ego Casha (…). Ja zawsze słucham taśm. Moją ulubioną muzyką jest Walkiria, w ogóle jestem fanem Wagnera. Siostry na sali nienawidzą tej muzyki, ale ja im radzę, aby po prostu jej nie słuchały.

Wydaje mi się, że jesteśmy dobrzy w naszym zawodzie. Nie robimy zbyt wielu błędów. Niekiedy człowiek myśli, że mógłby to i owo zrobić lepiej, ale zazwyczaj idzie tu o złośliwy guz, który tak czy siak był beznadziejnym przypadkiem.

Jesteśmy całkiem dobrze opłacani za to, co robimy (…). Pracuję już drugi rok i oczekuję, że zarobię 250 000 dolarów. Powiedzmy też inaczej: uznany chirurg zarabia w tej okolicy rocznie 750 000. To dużo; jednocześnie z tego powodu ludzie nas nie lubią. Wielu z nich powie panu, że uważają nas za sukinsynów (…). Wiem zresztą, że tak mnie nazywają”.

Carl Gorman – czy jak on się naprawdę nazywał – należał do czwartej i najmłodszej generacji specjalistów w stuletniej historii neurochirurgii czy też chirurgii mózgu, był więc spadkobiercą długiej tradycji. Ludzie, którzy w mózgu szukali czegoś wyższego aniżeli zdrowych lub chorych struktur anatomicznych, guzów czy innych zmian chorobotwórczych, a mianowicie źródła i siedziby myśli, odczuć i ludzkiej duszy, ze zmieszaniem zaczęli zadawać sobie pytanie: czy Carl Gorman jest rzeczywiście prawdziwym spadkobiercą całego stulecia neurochirurgii?

1.

Jeśli pamięta się o nieznanym Egipcjaninie, który w epoce „starego” imperium faraonów, na trzy tysiące lat przed narodzeniem Chrystusa, zapisał hieroglifami określenie „mózg”, to przodków Carla Gormana i jego generacji należałoby uznać za późnych potomków historii medycyny.

Nieznany Egipcjanin nie poprzestał tylko na stworzeniu słowa „mózg”. Na zwoju papirusu o długości ponad czterech metrów spisał on zarówno historie dwudziestu siedmiu chorych na choroby mózgowia, jak również uszkodzeń ich mózgów i czaszek, układając starannie od przypadku numer 1 do numeru 27.

Zwój ten wpadł w roku 1862 w ręce amerykańskiego zbieracza staroci, Edwina Smitha, podczas odwiedzin w sklepie ze starzyzną w Luksorze. Jego treść została odczytana siedem lat później przez orientalistę, Jamesa Henry’ego Breasteda. Tłumacząc historię przypadku nr 6, Breasted zapisał poniższe swobodnie i poetycko brzmiące sformułowania: „Wyłamana została kość jego czaszki (…) wewnątrz jest mózg ze zwojami przypominający stopiony metal. Jest w nim coś, co drży, trzepocze pod twymi palcami jak miękkie miejsce na dziecięcym ciemieniu, które jeszcze nie stwardniało. Owo drżenie i trzepotanie powstaje dlatego, że uszkodzony został mózg w czaszce”.

Jeśli James Henry Breasted kiedykolwiek widział odsłonięty mózg człowieka z szarymi, delikatnymi splotami zakrętów płatów czołowych, skroniowych, ciemieniowych i potylicznych, to zrozumiał, co opisywał nieznany Egipcjanin, nawet jeśli jako dziecko swoich czasów nie potrafił już zrozumieć pełnej beznadziejności diagnozy egipskiego pisarza: „Na jego głowie jest szeroka rana – to choroba, której nie da się uleczyć”.

Pod numerem 8 Breasted odszyfrował opis historii chorobowej innego pacjenta z innym rodzajem zranienia czaszki i „wleczeniem za sobą nogi podczas chodzenia”. Rozszyfrował również diagnozę: „To choroba, która ma swą siedzibę w czaszce”. Breasted dokonał czterech tłumaczeń tego sformułowania po kolei, gdyż nieznany pisarz tak często powtórzył je w niewielu zdaniach historii tej choroby, jak gdyby pojął nagle coś, co w pięć tysięcy lat później było już samo przez się zrozumiałe: że porażenie nogi nie jest chorobą nogi jako takiej, lecz zostało wywołane uszkodzeniem pozornie od niej odległego mózgu lub jednego z jego nieznanych ośrodków motorycznych. Fakt ten jednak nie zmienił ponurych perspektyw zawartych w prognozie: „Na jego głowie znajduje się rana – to choroba, której nie da się uleczyć”.

Pod numerem 22 Breasted rozszyfrował w końcu następujący opis: „Jeśli badać będziesz chorego z wgniecioną skronią, to nie odpowie ci on, gdyż nie panuje już nad swym językiem”. Był to opis nieszczęśnika, u którego zniszczony został przedni ośrodek mowy, odkryty w cztery tysiące lat później w lewym płacie czołowym mózgu. Los tego chorego nasz egipski pisarz ponownie przypieczętował słowami: „To choroba w jego głowie – choroba, której nie można uleczyć”.

Tak więc czterech chirurgów, którzy pojawili się na scenie medycyny dopiero dokładnie pięć tysięcy lat później, może być spokojnie i zgodnie z prawdą określanych jako spóźnione dzieci historii medycyny. W latach 1879, 1884 i 1886 chirurdzy ci podjęli pierwsze próby operacji zmian w mózgu, określone przez pisarza z epoki faraonów jako „choroby, których nie można uleczyć”. Tymi chirurgami byli William (później sir William) Macewen w Glasgow, Francesco Durante w Rzymie, Rickman Godlee i Victor (później sir Victor) Horsley w Londynie.

Jako chirurdzy należeli oni do klasy lekarzy, która w ciągu dziesięciu lat uzyskała elitarny status i była na najlepszej drodze, by w bliskiej przyszłości osiągnąć królewską lub nawet półboską pozycję w medycynie i hierarchii społecznej.

Przez wieleset lat chirurdzy znajdowali się w niższej grupie społecznej, zaliczając się do medycznych barbarzyńców. Ich status zaczął się zmieniać dopiero wtedy, gdy w latach 1846 i 1848 bostońskiemu dentyście, Williamowi Mortonowi, jak również położnikowi z Edynburga, Jamesowi Simpsonowi, udały się pierwsze narkozy przy pomocy eteru i chloroformu, a Joseph Lister, chirurg w Glasgow, zastosował w roku 1867 karbol jako pierwszy środek antyseptyczny przeciwko zakażeniom ran chirurgicznych oraz kończącym się przeważnie śmiercią gorączkom ropnym.

W średniowieczu mówiący po łacinie i posiadający uniwersyteckie dyplomy lekarze pozostawiali cyrulikom – poprzednikom współczesnych chirurgów – poza goleniem bród i strzyżeniem włosów głównie „brudną” robotę upuszczania krwi, robienia lewatywy, stawiania baniek, „nakłuwania” chorych na zaćmę soczewek oczu, brutalnego wycinania kamieni z pęcherza moczowego, amputacji chorych lub zranionych członków czy wypalania krwawiących ran. W wieku osiemnastym i na początku dziewiętnastego chirurdzy zaczęli być już doceniani, a niektórzy z nich zdobyli nawet stopnie akademickie.

Konfrontowani jednakże z fenomenem bólu, infekcjami i zakażeniami krwi, chirurdzy pozostali nadal członkami klasy, do której predestynowała ich brutalność i bezduszność. Jej klientela składała się z inwalidów okaleczonych na polach bitewnych lub też tych ludzi, których niedające się znieść cierpienia zmuszały do podjęcia każdego ryzyka, nawet śmierci pod nożem chirurga.

W owych czasach chirurdzy ograniczali się do operacji, które dało się przeprowadzić dzięki artystyczno-brutalnej, oszczędzającej bólu i krwi szybkości: usuwania zewnętrznych guzów, prostego usztywnienia chorych członków, typowych amputacji rąk, nóg i chorych piersi oraz usuwania przepukliny pachwinowej. Mimo to byli oni świadkami śmierci większości swych pacjentów z powodu infekcji. Stąd też lata 1846,1848, 1867 oraz pojawiająca się jutrzenka antyseptyki i anestezjologii stały się punktami zwrotnymi w historii chirurgii.

Uwolnieni w dużym stopniu od krzyków cierpiących z bólu pacjentów oraz infekcji czy zakażeń, chirurdzy po raz pierwszy odważyli się zająć organami, których nie dotknął żaden z ich poprzedników. Otwarte zostały drogi do działania operacyjnego w jamie brzusznej i klatce piersiowej. Po raz pierwszy zaczęto operować żołądki, pęcherzyki żółciowe, przewody pokarmowe, jelita grube czy ślepe kiszki, nerki i śledziony. Używając coraz dumniejszej frazeologii, chirurdzy zaczęli się chwalić swymi „podbojami” gruczołu tarczycy i krtani, macicy, jajowodów i jajników, reperowaniem różnego rodzaju uszkodzeń szkieletu i muskulatury, a także operacjami nosa, uszu i oczu. Mimo to owa jaśniejąca jutrzenka, która w efekcie sukcesów graniczących ze wszechmocą przerodziła się w blask triumfu, nie dała im jednak rzeczywistej wszechwładzy.

Istniały bowiem dwa ludzkie organy, opierające się całkowicie nowym możliwościom chirurgów, ich ambicjom i chęciom odniesienia triumfu. Nawet ci członkowie nowej elity, którzy zachowali pełną błyskawicznego refleksu i szybkości zuchwałość chirurgicznej tradycji, wstrzymywali dech, kiedy zbliżali się do bijącego serca. W o wiele większym stopniu od swych poprzedników, lękających się otwarcia jamy brzusznej czy klatki piersiowej, unikali okolic lub dotknięcia żywego serca. Powstrzymującym ich czynnikiem był paraliżujący lęk przed przerwaniem rytmu sterowanego tajemniczym mechanizmem; jego zatrzymanie postawiłoby ich w charakterze morderców przy stole operacyjnym.

Jeszcze większy jednak był ich lęk przed drugim niepojętym misterium życia – przed mózgiem. Ukrywał się on przed ich przyzwyczajonymi do oglądania konkretnych, dokładnie widocznych organów oczyma, przed ich mocnymi nerwami i sprawnymi rękami niczym delikatnie pulsujący w jamie czaszki, wątły i wrażliwy substrat nienaruszalności. Mimo że jego waga wynosiła jedynie dwie setne wagi całego ciała, w niepojęty sposób rządził on wszystkimi duchowymi, psychicznymi i fizycznymi oznakami życia, a prawdopodobnie także i sercem.

Z sekcji przeprowadzonych na zmarłych chirurdzy wiedzieli, że w nietykalnym z pozoru mózgu i w jego głównym połączeniu nerwowym i kanale rozdzielczym dla ciała, czyli w rdzeniu kręgowym, tworzą się zmiany chorobowe przypominające pod wieloma względami zmiany zachodzące w innych organach ciała.

Wiedzieli o istnieniu łagodnych i złośliwych guzów, ropni, cyst, naczyniaków, krwiaków, zbliznowaceń, które tak jak schorzenia innych organów ciała ludzkiego wręcz domagały się operacyjnego obnażenia i usunięcia. Jednakże tabu i pełne skrywanych ostrzeżeń tajemnice mózgu były potężniejsze od każdej pokusy.

Serce i mózg były także tabu dla dumnych dzieci nowej chirurgii: Williama Macewena, Francesca Durantego, Rickmana Godlee i Victora Horsleya. W związku z tym pojawia się jednak pytanie o przyczynę, dla której to właśnie oni przełamali tabu związane z mózgiem i – jak to poetycko wyraził jeden z obserwatorów – „jako pierwsi wdarli się ze skalpelem w dłoni do świątyni mózgu”. Czyżby należeli do owych bohaterów, którzy w bardzo modnych w owym czasie romansach o chirurgach, odważniejsi od tysięcy innych, zdobywali bez lęku nowe obszary świata dla chirurgii?

Jednakże mimo swych barwnych charakterów, wielkiej ochoty do przeżywania przygód, mimo wielkiej ambicji i niezmordowanej aktywności, braku skrupułów i żądzy zdobycia nowych obszarów, nie byli oni jednak żadnymi superbohaterami, którzy przy pomocy narkozy i antyseptyki, trepanów i innych nowych broni wdarli się na własną rękę do zakazanej świątyni mózgu i móżdżku.

Byli oni raczej ludźmi, którzy ulegli pokusie i zostali uwiedzeni, sterowani, przynajmniej przez jakiś czas, przez członków innej, liczącej sobie mniej więcej tyle samo lat medycznej elity anatomów, patologów, a przede wszystkim przez neurologów i fizjologów. Po trwających tysiące lat spekulacjach i eksperymentach związanych z tajemnicą mózgu, po wiekach anatomicznych, patologicznych, fizjologicznych i filozoficznych trudów, odkrywaniu dróg prowadzących na manowce, odkryć i kolejnych błędów, także i oni ujrzeli swą jutrzenkę.

Pierwszymi, którzy uwiedli, przekonali i namówili chirurgów, aby złamać to tabu i w ten sposób stać się dla innych drogowskazami, byli londyńscy neurolodzy i fizjolodzy: John Hughlings Jackson, William (później sir William) Gowers i David (później sir David) Ferrier. Wszyscy razem stanowili pełen pomysłów, uparty i ekstrawagancki zespół.

Zewnętrznym ogniwem, jakie ich łączyło, był szpital przy londyńskim Queen Square o niezbyt zachęcającej nazwie National Hospital dla epileptyków i sparaliżowanych. Pomijając instytucję o niemal identycznej nazwie mieszczącą się przy Regent’s Park, w tym przypadku chodziło o pierwszy w brytyjskiej stolicy szpital przeznaczony dla osób z chorobami mózgu i nerwów.

W roku 1856 dwie wiktoriańskie stare panny, Johanna i Louise Chandler, z londyńskiej dzielnicy St. Pancras, przez długi czas starały się bezskutecznie znaleźć w brytyjskiej stolicy łóżko w szpitalu dla swej sparaliżowanej matki i niedołężnego, również chorego stolarza z sąsiedztwa. Żaden jednak z istniejących szpitali nie był gotowy przyjąć do siebie chorych na choroby mózgu lub nerwów (lub też, jak to zaczynało się wtedy już określać: przypadków neurologicznych). Ludzie ci mogli znaleźć opiekę tylko w przytułkach dla psychicznie chorych.

Panny Chandler postanowiły w tej sytuacji otworzyć własny szpital. Nie były w żadnym wypadku kobietami zamożnymi, by więc zdobyć potrzebny kapitał, przez trzy lata haftowały kołdry, robiły bransolety i naszyjniki z łusek ryżowych, ozdabiały je szklanymi paciorkami i sprzedawały na imprezach dobroczynnych.

W ten sposób w roku 1860 doszło do otwarcia szpitala. Była to nader nędzna, przeznaczona tylko dla chorych płci żeńskiej instytucja; liczyła zaledwie osiem łóżek i mieściła się w starym domu czynszowym. Szpitalik ten nie miał stałego lekarza, pracowała w nim tylko jedna pielęgniarka, niedoświadczona siostra i małżeństwo starych, chorych na reumatyzm dozorców, prowadzących kuchnię i zajmujących się „wszystkimi innymi sprawami”.

Jednakże za niecałe dwadzieścia lat szpital ten stał się znanym daleko poza granicami Londynu miejscem schronienia dla chorych na choroby neurologiczne. Liczył już w owym czasie prawie siedemdziesiąt łóżek i pracowało w nim, poza dwoma stałymi lekarzami, dwunastu lekarzy dochodzących. Specjalizowali się oni w przypadkach chorób neurologicznych i mózgu, będących dla nich przykładami całkowicie nowej dziedziny medycyny; poza tym interesowały ich tysiące w większej części niewyjaśnionych i niezbadanych przypadków innych chorych, których szpital przyjmował na leczenie lub których badano w tutejszej poliklinice. Poważanie i sława szpitala przy Queen Square były jednakże zasługą tylko trzech lekarzy.

Pierwszy z nich, Gowers, najmłodszy z trójki, liczył sobie trzydzieści pięć lat. Będąc synem szewca i sprzedawcy butów w małym sklepiku we wsi Hockney w Essex, został lekarzem raczej przypadkowo. Jeden z klientów jego ojca, wiejski lekarz, dr Simpson z miasteczka Goggeshall, potrzebował ucznia zgodnie z ówczesnymi zasadami kształcenia lekarskiego. Czas nauki Gowers rozpoczął od powożenia zaprzęgiem Simpsona, doglądania jego koni i szczodrego rozdzielania wyciągu z liści naparstnicy, proszków Dovera, opium i oleju rycynowego. I tak też w sumie było do końca trwania nauki, jeśli nie brać pod uwagę studiowania niektórych książek medycznych ze skąpej biblioteki doktora Simpsona, a przede wszystkim dwustuletniej, lekko już nadpleśniałej, ale mimo to imponującej, ilustrowanej Anatomii mózgu Thomasa Willisa i innego dzieła Willisa pod tytułem Mózg a siedziba duszy.

Gowers nigdy nie zajmował się mózgiem i systemem nerwowym, nie był też jednoznacznie do tego zachęcany przez Simpsona. Zmarłego w roku 1675 Thomasa Willisa znał przypadkowo jako odkrywcę słodkiej uryny u cukrzyków oraz profesora Oksfordu i osobistego lekarza świętej pamięci arcybiskupa Canterbury.

W każdym razie studiował codziennie nie tylko ilustracje Anatomii mózgu, jakie narysował według wskazówek Willisa współczesny mu architekt londyńskiej St. Paul’s Cathedral, ale czytał również pożółkłe broszury, wydrukowane w charakterze pamfletów przeciwko zmarłemu w roku 1650 francuskiemu filozofowi René Descartes’owi. Wynikało z nich, że w jednym ze swych dzieł Descartes zaprezentował pogląd, iż siedzibą ludzkiej duszy jest szyszynka – mała, otoczona tkanką łączną struktura w najniższej części mózgu położonej na grzbietowej stronie pnia mózgowego (której znaczenie pozostanie zagadką jeszcze trzysta pięćdziesiąt lat później). Willis sprzeciwił się umiejscowieniu duszy w tym gruczole, dowodząc, że w szyszynkę wyposażone są również mózgi zwierząt, a nawet ryb. Ponieważ jednak zwierzęta nie posiadają duszy, zdolności wyobrażeń, rozumu i żadnych innych wyższych uzdolnień, stąd też, zdaniem Willisa, twierdzenie Descartes’a było absurdem.

Do tego czasu Gowers nigdy nie łączył mózgu z duszą, będącą dla niego jedynie religijnym hasłem lub przyswojonym pojęciem dla określenia uczucia radości, szczęścia czy smutku. Jednakże spór Willisa z Descartes’em wywarł na niego, jak to zazwyczaj bywa z zagadkowymi sprawami, dziwny, przyciągający wpływ. Jak twierdzono potem, dzieło Willisa w o wiele większym stopniu przyczyniło się do decyzji Gowersa, by zostać lekarzem niż wszystkie buteleczki doktora Simpsona z naparstnicą, opium i olejkiem rycynowym razem wzięte. To Willis obudził w nim zainteresowanie kwestią mózgu i systemu nerwowego. Trzeba jednak dodać, że w jego życiu miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, które w decydującym stopniu skłoniło go do wybrania tej drogi. Podczas wyjazdów do chorych Gowers niemal codziennie obserwował ośmioro dzieci pewnej dziesięcioosobowej rodziny, z których czworo (nigdy nie zapomniał ich imion: Peter, Paul, Moses i Samuel) cierpiało na dziwne zaburzenia ruchu. Chłopcy stopniowo tracili siłę w mięśniach i w końcu Gowers stał się świadkiem śmierci Mosesa i Samuela. Dopiero później, na skutek wielu obserwacji, stwierdził, że w Goggeshall był po raz pierwszy w swoim życiu świadkiem przypadków pewnej formy zaniku mięśni, wywołanej rozpadem włókien nerwowych łączących te mięśnie z rdzeniem kręgowym i mózgiem.

W każdym razie po śmierci dzieci zaczął z fanatyczną niemal skrupulatnością obserwować wszystkich ludzi, zwracając uwagę na udziwnienie ich ruchów, objawy słabości, drżenie lub kurcze mięśni, nieoczekiwane ruchy twarzy, oczu, głowy czy niepewny chód i postawę. Każdą ze swych obserwacji zapisywał przy pomocy specjalnie w tym celu wyuczonej stenografii na karteczkach, uzupełniając zapiski rysunkami, a następnie katalogował wszystkie te objawy według cech wspólnych.

W roku 1863, będąc niemal bez środków do życia, Gowers powędrował na piechotę do Londynu; studia medyczne na University College Medical School opłacał wynagrodzeniem z płacy stenografa. Już wtedy podjął ostateczną decyzję, że zostanie pierwszym brytyjskim „zbieraczem” symptomów chorób nerwowych i mózgu; postanowił je też uporządkować i zebrać w obrazy kliniczne chorób neurologicznych. Miał zamiar stać się pierwszym brytyjskim neurologiem.

Jeden z jego biografów, Macdonald Critchley, napisał później: „Dla Gowersa chorzy na choroby mózgu i nerwów byli niczym flora w tropikalnej dżungli. Uważne oko i namiętność obserwacji predestynowały go do tego, by stał się człowiekiem identyfikującym, układającym i klasyfikującym symptomy… Natychmiast rozpoznawał rzeczy normalne i powszednie, i równie szybko zauważał objawy nietypowe i nadzwyczajne. Posiadał talent tropienia symptomów i form chorobowych, które jeszcze nigdzie nie zostały opisane i skatalogowane. Jego botanicznej namiętności towarzyszył niewiarygodny zmysł porządku. Znał choroby nie tylko jak zoolog, ale raczej jak myśliwy znający lwy i tygrysy”.

Może język Critchleya jest zbyt obrazowy, ale niewątpliwie ma on rację. W każdym razie już w wieku niecałych trzydziestu lat Gowers otrzymał nominację na pierwszego neurologa i wykładowcę neurologii na University College. Jego młody wiek nie rzucał się w oczy, a to z powodu gęstych długich włosów i kwadratowo przyciętej brody, która posiwiała przedwcześnie do tego stopnia, że absolutnie nie sprawiał wrażenia młodzieńca.

Kiedy niepewnym krokiem przekraczał próg sali wykładowej, szczupły, niemal kruchy, ubrany zawsze w ciemny surdut, wydawał się raczej przedwcześnie postarzałym człowiekiem. To wrażenie podkreślało też jego zachowanie, gdy z podwiniętymi połami surduta i z notesem w dłoni siadał na skraju łóżka w szpitalu lub kazał defilować przed sobą zdolnym jeszcze do poruszania się chorym w poliklinice. Badania chorych przeprowadzał z dystansem, patrząc pozbawionym emocji, chłodnym wzrokiem i posługując się pierwszymi instrumentami, jakie miał do dyspozycji neurolog: młoteczkiem neurologicznym, igłami do drażnienia skóry i oftalmoskopem, który skonstruował w roku 1858 w Królewcu niemiecki fizyk Ferdinand von Helmholtz. Schrypniętym głosem zadawał niekończące się pytania, robiąc przy tym notatki.

Od samych początków swej działalności w University College Hospital nigdy nie stawiał intuicyjnych, pośpiesznych diagnoz, mających wywrzeć wrażenie na chorych lub obserwatorach; wyrokował tylko wtedy, gdy wśród swych obserwacji znalazł objawy zgadzające się z symptomami nowego przypadku. Jeśli któryś z jego chorych umierał, w milczeniu – również uzbrojony w pióro i notatnik – śledził pracę patologów z University College, notując, czy i jakie dowody potwierdzały jego diagnozę i obraz kliniczny choroby. Starał się również poznać przyczyny własnych pomyłek.

Nikt by nie uwierzył, że ten sam człowiek malował w domu obrazki ze zwierzętami dla dzieci, pisał dla nich opowiadania o zwierzętach, a w niedziele wyjeżdżał z nimi do Walii, by zbierać okazy mchów. Poza tym chętnie sporządzał miedzioryty i malował pełne poetyckiego nastroju akwarele.

Gowers pozostał związany z University College przez większą część swego życia. Podstawowy zrąb pod jego działalność jako obserwatora i badacza mózgu, systemu nerwowego i ich chorób położony został na początku roku 1879, kiedy to przyłączył się do zespołu lekarzy z National Hospital. Jedyna w swoim rodzaju koncentracja „materiałów chorobowych” w szpitalu przy Queen Square stała się jego „dżunglą”, wiecznym terenem wypraw łowieckich i nigdy niewysychającym źródłem dla dzieła jego życia, wielotomowego Podręcznika chorób systemu nerwowego, który w Wielkiej Brytanii otrzymał nazwę „biblii neurologicznej”.

Najstarszy z trójki czołowych lekarzy szpitala przy Queen Square, John Hughlings Jackson, miał w chwili pierwszego spotkania z Williamem Gowersem trzydzieści dziewięć lat i od dawna pracował wyłącznie w National Hospital. Jackson był zewnętrznie krzepkim, tęgim, zmiennym w nastrojach i niezwracającym uwagi na jakiekolwiek konwenanse synem ubogiego farmera z Providence Green w Yorkshire. Ktoś, kto chciałby go porównać z Williamem Gowersem, nie przypuszczałby, że tych dwóch mężczyzn będzie pracować z sobą przez wiele lat, niemal do śmierci. Nikt nie sądziłby też, że będą żywili dla siebie wzajemny podziw i że przyczynią się do narodzin nowej dziedziny w świecie medycznym – chirurgii mózgu.