Krew i ogień - Alf Soczyński - ebook

Krew i ogień ebook

Alf Soczyński

0,0

Opis

Na początku 1943 na Wołyniu kierownictwo Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów podjęło decyzję o usunięciu wszystkich Polaków z wszystkich ziem uznawanych przez nich za ukraińskie. Idea walki o niepodległą Ukrainę przerodziła się w ludobójstwo, okrucieństwem zadziwiające nawet niemieckiego okupanta - członkowie UPA niejednokrotnie torturowali Polaków, jakby znajdując przyjemność i satysfakcję w wymyślaniu jak najbardziej wyrafinowanych sposobów uśmiercania. Krew i ogień to zbiór epizodów zapamiętanych przez naocznych świadków. Ta książka opowiada wiele przemilczanych wydarzeń i odkrywa niewygodną prawdę, którą usiłuje się zatrzeć lub przeinaczyć, stawiając zbrodniarzom pomniki chwały, jako dla bohaterów Samostijnej Ukrainy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 258

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Alf Soczyński
Krew i ogień
* darmowy fragment *
© Copyright by Alf Soczyński 2009
ISBN 978-83-7564-208-7
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl

Motto

Krew i ogień – dwie przeciwności,

a obie także są symbolami życia

Krew – jest nośnikiem i symbolem życia,

ale przelana, jest nośnikiem i symbolem śmierci

Ogień – jakże ciekawy żywioł – potrafi zabijać,

a mimo tego, jest także symbolem życia

Krew – życie i śmierć

Ogień – śmierć i życie

Podziękowanie

PODZIĘKOWANIE

Autor dziękuje Janowi S. Jeżowi za krytyczne przejrzenie tekstu i jego korektę w trakcie przygotowywania książki do druku.

PROLOG

List do ukraińskiego przyjaciela

Wrocław, lipiec 2007

Drogi Sergiju

Wybacz, mój przyjacielu, ale muszę napisać tę książkę, chociaż wielu było temu przeciwnych. Piszę ją także dla samego siebie, aby nie umknęły mi zasłyszane w ciągu wielu lat wspomnienia.

Ta książka opowiada bowiem wiele przemilczanych wydarzeń, których nikt nie chce opowiedzieć ani Tobie, ani Twoim i moim bliskim. Patrząc na to, co robią i mówią politycy, jeszcze przez dziesiątki lat ta niewygodna prawda będzie ukrywana.

Wiem, jak trudno pogodzić się z opowiadanymi w niej wieloma, zwłaszcza okrutnymi, ale prawdziwymi historiami. Tak trudno, że wielu będzie próbowało im zaprzeczać. Tak jednak zapamiętali te historie ci, którzy mi je opowiedzieli. A byli to ludzie dobrze mi znani, bogobojni, skromni, prawdomówni i niemający żadnych powodów, aby opowiadać nieprawdę. Taka była straszna prawda o ostatnim, krwawym okresie w historii Polaków i Ukraińców.

Tylko prawda nie pozwoli powtórzyć tego złego, co wspólnie przeżyli nasi przodkowie na przestrzeni kilku setek lat.

Pragnę na końcu tego listu zadać pytanie: Czy dla tych, którzy zhańbili ideę walki o Samostijną Ukrainę zbrodniami ludobójstwa, powinno się stawiać pomniki chwały, jak dla bohaterów?

Alf Soczyński

Kula do trumny

Banderowcy czuli się coraz pewniej, coraz częściej paradowali w kilku po wsi z ledwo ukrytą za pazuchami bronią, szukali zaczepki i okazji do rozlewu krwi oraz do łatwego zysku, a właściwie grabieży. Niemal na oczach ludzi przywłaszczali sobie różne przedmioty, które sobie upodobali, czasem ironizując z okradzionych i strasząc. Robili się coraz bardziej natrętni, pewni siebie, zadziorni i nachalnie prowokacyjni. Zaczepiali co ładniejsze kobiety, nawet mężatki, obmacywali je, chwytali za ręce i włosy, próbowali przewracać, zrywać z nich odzież, czyniąc im nieprzyzwoite propozycje.

Na podwórze dziadka Władka, wtedy pięćdziesięciolatka, weszli pewnego dnia dwaj uzbrojeni banderowcy. Gdy ich zauważył przez okno, wybiegł na ganek, aby zapytać, czego chcą od niego. Nie chciał ich wpuścić do chaty, bojąc się bliskiego kontaktu z nimi jak zarazy. Zdenerwowany perspektywą spotkania z nimi w czterech ścianach domu, chciał ich pogonić od progu.

– Czego tu szukacie, tutaj wy nic nie zgubili – zawołał.

– Zaraz zobaczymy, a może jest tu coś naszego – na ich twarzach malował się obraz bezkarnej arogancji i poczucia własnej wyższości, wynikającej z przekonania o swojej przewadze.

– Ja do was niczego nie mam i nic od was nie chcę.

– Ależ dziadku, wam się coś pomieszało, że nie szanujecie sąsiadów z Majdanu.

– To mój dom i proszę natychmiast wyjść z podwórza.

– Nikt nas nie będzie wyganiał! Wyjdziemy, jak sami zechcemy.

Młodzi opryszkowie zaśmiali się, pokazując w krzywych uśmieszkach błyskające złowrogo zęby, i podchodzili coraz bliżej. Dziadek całym swoim ciałem zagrodził im wejście na ganek.

– Poczuj, dziadku, z czym do ciebie przychodzimy – starszy przez połę kurtki szturchnął go pod żebra lufą pistoletu. Młodszy go po chwili popchnął.

W czasie szarpaniny dziadek się przewrócił. Gdy leżał, młodszy z banderowców, na oko szesnastolatek, podszedł do niego, wycelował mu w twarz pistolet i mówi:

– Módlcie się, dziadku, bo to wasz koniec – celował mu w usta. Gdy oddawał strzał, dziadek odruchowo ruszył głową. Po strzale jego twarz, głowa, szyja i piersi zalały się krwią.

Gdy banderowiec chciał drugi raz strzelić, celując tym razem w skroń, aby go dobić, pistolet się zaciął.

Ktoś, kto pojawił się tuż za płotem, już ich zaczął niespokojnie nawoływać.

– Uciekajcie! Jadą Niemcy!

Z drugiej strony wsi zbliżał się niemiecki patrol na motocyklu. Banderowcy pobiegli po chwili do sadu, przez płot czmychnęli chyłkiem na pole, dali susa w zboże i wkrótce zniknęli jak duchy za mroczną ścianą pobliskiego lasu. Dziadek nieprzytomny leżał przed gankiem. Babcia, która wybiegła w chwilę po strzale, słyszała nawołujących się uciekających bandytów.

Tyle krwi stracił, że chyba nie przeżyje – pomyślała. Nieprzytomny z bólu, ogłuszony wystrzałem, konwulsyjnie kopał nogami i rękami, rozgarniał ziemię przed sobą. Gdy przestał kopać i znieruchomiał, pomyślała, że umarł. Wtedy zobaczyła, że w dłoni ściska garść ziemi, w której tkwił wystrzelony przed chwilą pocisk.

Musiał wykopać ten sam pocisk, który wystrzelił w niego zabójca – pomyślała. Na podwórze podjechał dwuosobowy patrol w niemieckich mundurach na motocyklu uzbrojonym w rkm.

– Bandyci pobiegli tam! – zawołała, wskazując na las. Jeden z żołnierzy obejrzał głowę rannego. Pokazał, że dziadek ma przestrzelony tylko policzek, i widząc jej bezradność oraz zdenerwowanie, dał babci podręczny opatrunek. Gdy obmyła mu głowę zimną wodą, otworzył oczy. Dziadek zdziwił się, że zamiast dwóch banderowców widzi przed sobą dwóch Niemców.

To aż tak ze mną źle? – pomyślał. Jak nie jedne hady1, to zaraz drugie na mnie nachodzą. To już koniec świata albo jeszcze gorzej.

Okazało się wkrótce, że pocisk przestrzelił mu tylko policzek, nie czyniąc więcej szkody. Toteż, jakkolwiek sporo czasu się męczył, gorączkował i rana ropiała, dziadek jakoś przeżył. Do końca życia nosił na policzku bliznę, która czasami prowokowała, zwłaszcza dzieci, do zadawania mu pytania, po którym musiał wielokrotnie opowiadać tę historię.

Babcia do końca jego życia przechowywała w domu ten pocisk w pudełku na ozdoby. Zabrała go ze sobą, gdy jak tysiące innych uciekinierów, wygnańców i przymusowych repatriantów wyjeżdżali z Kresów Wschodnich na zachód, na ziemie – nad Odrą – jak mówili.

Gdy dziadek umarł w roku 1956 w swoim nowym domu pod starym lasem, w innej Dąbrowie niż ta, w której się urodził, dali mu tę kulę do trumny. Z tą kulą spoczął na cmentarzu w Krośnicach. Tak banderowska kula, niczym symbol przeznaczenia, powędrowała z dziadkiem z Wołynia na Dolny Śląsk i spoczęła w ziemi razem z nim w Dolinie Baryczy, tysiąc kilometrów od jego ojczyzny.

Nie mógł tak, jakby tego chciał, spocząć, jak jego przodkowie, na wieki w swojej ojcowiźnie, gdyż ją stracił, i do końca życia nie odzyskał. Jednak i tak znalazł się w lepszej sytuacji od setek tysięcy tych, którzy stracili w tamtym czasie i ojcowiznę, i życie.

Wołyńska Atlantyda

Kiedy po sześćdziesięciu pięciu latach od ucieczki z ojcowizny jedzie z Sergijem na poszukiwanie miejsc, gdzie była jego rodzinna Kamienna Góra, w której się urodził, przychodzi Alfowi do głowy myśl – oto Wołyńska Mała Atlantyda.

Ten teren, po którym chodzimy, to istna wyspa śmierci w trójkącie słynnych miast: Dubna, Ostroga i Krzemieńca.

Dziś oficjalnie nazywa się tę część Wołynia Dermańsko-Mostowski Park Krajobrazowy. Na terenie, gdzie się obecnie rozpościera ten park krajobrazowy, istniały jeszcze w pierwszym kwartale roku 1943 polskie wsie – Balarnia, Hurby, Demidówka, Hucisko Piaseczne, Hucisko Garncarskie, Antonowieckie, Horodyskie, Janowe, Pikulskie, Stożeckie Hucisko, Huta Stara, Kamienna Góra, Kiryłówka, Litowiszcze, Lubomirka, Majdańska Huta, Marynki, Piaseczna, Świnodebra, Zielony Dąb. Dziś po tych wsiach nie ma śladu. Jakby uderzyła bomba o wielkim zasięgu i zniszczyła wkoło wszystko, co polskie.

Nie ma też śladu upamiętniającego ich istnienie ani tragiczną śmierć ich polskich mieszkańców. Zostały tylko otaczające je wsie ukraińskie, jak Dermań, gdzie urodził się znany pisarz Ułas Samczuk, i dalej Buszcza, Piwcze, Buderaż, Moszczanica, Stupno, Iłowica czy Majdan. Nieliczne ślady, które pozostały, zasypał piasek czasu albo zatarto je rękami ludzi. Nawet ślady w pamięci coraz bardziej z czasem się zacierają. Dla miejscowych mieszkańców te ślady zapadają w niepamięć także dlatego, że są to ślady zbrodni dokonanych na Polakach, nierzadko przez ich sąsiadów i znajomych, a czasem przez krewnych.

Dzieci z tych stron, które czasami biegają po tamtych pustych miejscach, myślą, że miejsca te zawsze były bezludne i wyglądały tak samo jak dziś, także sto lat temu, i nikt ich nie wyprowadza z błędu.

W roku 2000 pośrodku pobliskiej wsi ukraińskiej stanął pomnik z napisem „Chwała bohaterom UPA”.

Kłym Sawur, Kłym Sawur – powtarzał jak zaklęcie, jak imię tatarskiego okrutnika. Roman Klaczkiwśkij brzmi bardziej cywilizowanie.

Pani doktor Lucyna Kulińska z Krakowa napisała niedawno w swojej rozprawie o tym, dlaczego Polacy tak mało wiedzą o ostatnich zbrodniach OUN2 i UPA na Kresach.

Tam bowiem ginęli przede wszystkim prości chłopi, za których dziś nie ma się kto upomnieć. Nie tak, jak o oficerów z Katynia.

Wielka Atlantyda Kresów, to dwa tysiące polskich wsi, utopionych we krwi miliona Polaków – pomyślał.

To była tak zwana akcja oczyszczalna, w której strilcy3 i ich pomocnicy oczyszczali teren z takich jak ja, czyli z Lachów. Chaty płonęły przez kilka dni, zanim nie spłonęły wszystkie.

Chodził po uroczysku, mijał reszki studni, kawałki piaskowca po fundamentach budynków, miejscami spotykał zdziczałe drzewa owocowe, z których zjadał słodkie, o dziwo, jabłka.

Lepsze jabłka niezgody niż gruszki kłamstwa – myślał.

I przypominał sobie opowiedziane mu przez ponad pół wieku historie, które w końcu musiał opisać.

Część IOSTATNIE LATO W RAJU

Fragment przypowieści Wernyhory

Polska powstanie ze świata pożogi

Dwa orły padną rozbite

Lecz długo jeszcze los jej złowrogi

Marzenia ciągle nieżyte

Próba rozrachunku

Ledwo spojrzałem na świat

Anioły iskrząc odlatywały do nieba

I nie miałem już wołyńskiego domu

Potem cały czas wędrując

Gapiłem się na zimne gwiazdy

Rzucałem piekącymi pytaniami

Huśtany przez zmienne fale

Mogłem przeoczyć odpowiedzi

Na stare lata

Chwyciłem się kartki papieru

Alf Soczyński

Moszko, Adolko i Wasyl

Był jeden z kolejnych lipcowych dni tego lata, jak większość innych na wołyńskiej wsi, pracowity i gorący. Po wysuszonych trawach i chwastach poboczy pylistych dróg prowadzących na północ od Szumska, leżącego w widłach wołyńskich rzeczek Kumy i Wilii, szedł od wczesnego ranka pochylony nieco, starszy już człowiek, sądząc po posturze i ruchach. Był ubrany w luźną szarą bluzę, nakładającą się do połowy ud na ciemniejsze nieco, płócienne spodnie. Jego siwą głowę okrywał kapelusz, miękki i jakby niedbale uformowany w powywijane na wszystkie strony kształty. Przez luźne łapcie z wierzbowego łyka prześwitywały jego gołe, pokryte kurzem stopy. Gdy schodził z bardziej stromych wzniesień, podpierał się laseczką, którą sam sobie wygiął we wrzącej wodzie z leszczynowego kija. Na plecach dźwigał stary plecak, jakby wojskowy, poaustriacki rucksack, pamiętający czasy pierwszej wojny światowej. Wysuszona, smagła twarz z wyraźnie wystającym, spiczasto zakończonym nosem okolona była zwisającymi po bokach pejsami. Chwilami, zwłaszcza po pokonaniu kolejnego pagórka, przystawał, by odetchnąć. Wtedy rozglądał się po okolicy, po jakby przed chwilą namalowanych, łagodnych wzgórzach i cienistych parowach, po falujących w słońcu łanach zboża, gryki, łąk, ziemniaków, otoczonych zielonymi płachtami lasów.

Pod przydrożnymi drzewami sięgał czasami po bardziej dojrzałe ulęgałki, ugryzł kilka kęsów, krzywił się i wyrzucał ogryzki. Zrywał chabry na poboczach łanów zbóż, by przez chwilę poczuć ich słodki zapach, na łąkach podziwiał jaskry i dmuchawce. Minął las jeden, drugi, minął rozlewiska rzeczki Iłowicy. Szukał cienia lip, klonów, dębów i topoli. Upał w lesie był mniejszy i pozwalał odetchnąć od niemiłosiernego chwilami żaru słońca.

– Ach, jak dobrze by było malować te nasze Krzemienieckie Góry. Może by to był lepszy interes, sprzedawać nawet nieduże obrazki. Nie tylko w Szumsku, ale i w Dubnie, Krzemieńcu, nawet Ostrogu, a może i w Równem – mówił do siebie, gdy znalazł się na wzgórzu i rozejrzał się dokoła. Patrząc na rozpościerające się przed nim krajobrazy, miał wrażenie, jakby poruszał się po świecie z bajki.

– I czego człowiekowi więcej potrzeba – westchnął. – Czy nie wystarczy do szczęścia to powietrze i te widoki godne najpiękniejszego i najprawdziwszego królestwa? I nie ma w tym żadnej przesady, gdyż tutaj, w tych stronach, bywali kiedyś i panowali wielcy książęta i królowie.

Minął już Waśkowce, w Kutach, gdzie przekroczył rzeczkę Kutjankę, była dopiero połowa drogi. Minął Drygany, Marynki, Hucisko Pikulskie i Piaseczną.

Dopiero gdy znajdował się wśród ludzkich siedzib, przypominał sobie, że ma w plecaku towar. Stawał przed zabudowaniami i czy kogo spotkał za płotem na podwórzu, czy nie, wołał, jak mógł najgłośniej, śpiewnym głosem:

– Igły, nici, naparstki, nożyczki!

Jak dojdę do Kamiennej Góry, to wreszcie odpocznę, a jak będzie na miejscu Adolko, to będzie można pogawędzić, jak zawsze – pomyślał, gdy jego oczom ukazały się pierwsze zabudowania kolejnej wsi. Dobrze byłoby mieć konia i wózek, ja już za stary chodzić na piechotę.

Szedł samym środkiem pustej drogi przez jakby wyludnioną wieś.

Wszyscy w polu, jak wszędzie – pomyślał. Chyba i tu nie zarobię.

Szedł od jednej zagrody do drugiej i przystanąwszy przy zamkniętej bramie, wołał:

– Igły, nici, nożyczki, napaaarstki!

Dziadek Ado, zrywający właśnie w sadzie wiśnie, już z daleka usłyszał to jego zawodzenie – tak pomyślał z początku i tylko przez chwilę, jakby z lekką kpiną, ale już po chwili myślał o niezapowiedzianym gościu z jakimś miłym ciepłem.

Aha, nasz Żyd Moszko znowu dziś robi interesy.

Posłyszał, jak skrzypnęła furtka przy bramie, a po chwili go zobaczył.

– Adolku, czy pozwolisz, że ja koło ciebie trochę posiedzę i odpocznę?

Mały i szczupły dziadek Ado przenosił się z gałęzi na gałąź lekko niczym ptak. Moszko przypatrywał mu się niemal z podziwem.

– A gdzie reszta twoich domowników?

– W polu na górze.

– Tam upał jak w piekle. A ty nie pofruń, Adolku do samego nieba, bo kto narwie wiszni – zażartował.

– Mnie tam jeszcze nie tak spieszno!

– A dobre te wiszni?

– Wiszni, jak wiszni, soczyste i trochę kwaśne, a tylko niektóre trochę słodkie.

– A ty mnie możesz trochę ich dać? Wiszni dobre, jak chce się pić. A mnie chce się pić jak na pustyni.

– Dać ci wiszni nie bardzo mogę, ale możesz wejść na drzewo i sobie narwać.

– A ja się bardzo boję spaść z drzewa.

– Oj, coś mnie się widzi, że ty się nie boisz, tylko się lenisz.

On nie chwyci się żadnej, nawet lekkiej roboty, tylko mu w głowie lekki interes, choćby byle jaki handelek – pomyślał dziadek Ado bez złośliwości, ale taka jego natura i taki jego los – i dodał:

– Toż to nie jest wysoko, a nawet jak spadniesz na trawę, to trawa miękka. I nic sobie nie zrobisz. A ty dziś pieszo aż z Szumska?

– A jakże, z samego Szumska. Ale ty, Adolku, pomyśl, jakie to jest ryzyko, wejść mnie na drzewo, a mnie na takie ryzyko nie stać, bo nie będzie miał kto dać mi jeść, jak ja będę inwalid.

– To kupisz sobie wózek i konia, choćby na borg, i dalej będziesz mieć handelek, a nie będziesz musiał robić pieszo tyle kilometrów co dziś. Wiem to, bo póki nasza parafia była w Szumsku, nieraz trzeba było pieszo z Kamiennej Góry udać się na nabożeństwo.

Gdy tak sobie rozmawiali, niczym jakiś duch pojawił się za płotem jeszcze jeden siwy starzec. Był to Wasyl, przyjaciel dziadka Ado z Majdanu, sąsiedniej, ale dość odległej wsi.

Co go dzisiaj tutaj przyniosło w taki upał aż z Majdanu – pomyśleli niemal równocześnie obydwaj.

Tych trzech starców nieraz przypominało trzech mędrców zasiadających często w sadzie na długie i pełne namiętności rozmowy. Jakkolwiek nieraz się posprzeczali, a nawet pokłócili, nie mogli żyć bez siebie. Gdy dłużej się nie widzieli, każdy czuł, że czegoś mu brakuje i prędzej czy później musiało dojść do kolejnego spotkania.

Prowadzili z sobą od wielu lat bardzo trudne rozhowory. Ich spotkania i dyskusje przypominały najczęściej próby pogodzenia wody, piasku i ognia. I mieli rację, gdyż wszystkie te trzy żywioły są równie potrzebne i ważne dla świata.

Jednak od niedawna czuli, że w powietrzu nad tą ziemią wisi jakiś niewyobrażalnie groźny kataklizm, a ludziom jest coraz trudniej się porozumieć, jak obronić się przed najgorszym. Bowiem Moszko sympatyzował z Sowietami, Wasyl z Niemcami, a tylko dziadek Ado ujmował się za Polską. Gdy zaczynali dotykać nabrzmiałych spraw, dwaj pierwsi nie zostawiali suchej nitki na Polsce, także niewątpliwie z powodu wielu błędów, jakie popełniali ci, którzy Polską rządzili. Ale rządzenie Rzeczpospolitą, niezwykle skomplikowanym i pełnym narosłych przez wieki sprzeczności żywym organizmem, na wielu odcinkach przypominało trudne zadanie rozwiązywania kwadratury koła, a najbliżsi sąsiedzi, mający swoje interesy i nie zawsze czyste intencje, zdawali się te trudności Polski pomnażać i wykorzystywać do swoich celów.

Przypisy

1hady (ukr.) – gady

2OUN – Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów

3strilcy (ukr.) – strzelcy

Spis treści - fragment

Strona tytułowa

Motto

Podziękowanie

PROLOG

Kula do trumny

Wołyńska Atlantyda

Część I OSTATNIE LATO W RAJU

Fragment przypowieści Wernyhory

Próba rozrachunku

Moszko, Adolko i Wasyl

Przypisy