Kresy kresów. Stanisławów - Tadeusz Olszański - ebook

Kresy kresów. Stanisławów ebook

Tadeusz Olszański

4,3

Opis

Tadeusz Olszański, publicysta „Polityki", autor wielu książek oraz tłumacz literatury węgierskiej, tym razem powraca do swoich korzeni – do Stanisławowa. Do trzeciego po Krakowie i Lwowie miasta Galicji, miasta styku wielu kultur, miasta z pasjonującą historią, dziś zapomnianego, z wytartą ze współczesnych map nazwą. Miasta założonego w XVII wieku przez ród Potockich, stolicy Podkarpacia i Pokucia, gdzie przez stulecia obok siebie żyli Polacy, Rusini, Żydzi, Ormianie, Huculi i Węgrzy. Miasta o szczególnie tragicznych losach w czasie II wojny światowej, dotkniętego wywózkami na Sybir, zagładą ludności polskiej i żydowskiej. Miasta bohaterskiego o ciągle polskim rodowodzie, w którego dzieje wplecione są losy autora oraz najbliższych jego przyjaciół. Wspomnienia są szeroko obudowane faktografią, opisem tragicznych i nieznanych dotąd wydarzeń będących ważnym przyczynkiem do naszej współczesności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 230

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki
Redakcja: ‌Maria Magdalena ‌Matusiak
Korekta: Jolanta Rososińska
Zdjęcia ‌na obwolucie, oklejce i w książce ‌pochodzą z archiwów autora ‌i jego przyjaciół
Copyright ‌© by Tadeusz Olszański, ‌2008
Copyright © by Wydawnictwo ISKRY, ‌Warszawa ‌2008
ISBN ‌978-832-440-405-6
Wydawnictwo Iskry
ul. ‌Smolna ‌11, 00-375 Warszawa
tel./fax 22 827 9415
[email protected], ‌www.iskry.com.pl
Konwersja ‌publikacji do wersji elektronicznej
ULICA ‌CICHA

W ‌Stanisławowie nie ma już ‌ulicy ‌Cichej. Co ja ‌mówię, przecież nie ‌ma ‌już ‌i Stanisławowa. ‌Jest Iwano-Frankiwsk. ‌Z dziwną, ‌sztuczną nawet ‌dla Ukraińców, ‌a dla nas Polaków obco ‌brzmiącą nazwą, ‌w żaden sposób ‌nieprzylegającą do murów ‌miasta, które ‌kiedyś było Stanisławowem. Warownym ‌grodem założonym przez Rewerów-Potockich ‌w XVII wieku na Pokuciu, na kresie ‌Kresów u stóp południowych Karpat. ‌Stał się ‌też Stanisławów perłą ‌tej ziemi nazwanej ‌Pokuciem, ‌bo Rzeczpospolita sięgała wtedy aż po położone ‌nad Czeremoszem miasto Kuty. ‌A więc po Kuty. Stąd i Pokucie.

Znakomity ‌ukraiński pisarz, ‌społecznik i polityk Iwan ‌Franko, którego nazwisko ‌nosi dziś Stanisławów, ‌urodził się w 1856 roku ‌zupełnie gdzie ‌indziej, we wsi Nahujowice ‌koło Drohobycza, i w grobie ‌zapewne się ‌przewraca, bo choć ‌marzył ‌o niepodległej Ukrainie, to przecież ‌cenił Polaków, naszą ‌kulturę i zdawał ‌sobie sprawę z ogromnego ‌wkładu w rozwój Kresów. ‌Nawet pisał po polsku, ‌podziwiał Mickiewicza ‌i poświęcił ‌jego twórczości książkę, ‌współpracował ‌z „Kurierem Lwowskim”, przyjaźnił się ‌z Elizą Orzeszkową oraz Janem Kasprowiczem. Szukając wspólnie z nimi drogi do wolności Polaków i Ukraińców, których w Galicji umiejętnie skłócali ze sobą Austriacy. W Stanisławowie Franko bywał rzadko, związki z tym miastem miał niewielkie. Zdziwiłby się zapewne teraz, gdyby zobaczył aż dwa swoje, niestety brzydkie pomniki, postawione po tym, jak Nikita Chruszczow w 1962 roku, idąc jakby w ślady Austriaków, kazał to miasto na przekór nie tylko tradycjom, ale i logice nazwać Iwano-Frankiwskiem.

Dworzec kolejowy w Stanisławowie

Nie ma więc Stanisławowa, jest Iwano-Frankiwsk. Ale w Iwano-Frankiwsku nadal najpiękniejszy jest Stanisławów. To, co dawne. Rynek z ratuszem, który z lotu ptaka ma kształt polskiego przecież Krzyża Walecznych, kościół parafialny zwany farą, w którym Henryk Sienkiewicz w swojej Trylogii pochował pułkownika Wołodyjowskiego, kościół ormiański, ulica Sapieżyńska przemianowana na Nezależnosti, cudownie secesyjny dworzec kolejowy, ulica Trzeciego Maja, dziś Hruszczewskiego, włącznie z peryferyjną kiedyś ulicą Cichą, po której wprawdzie śladu nie ma, ale mam ją w pamięci, jak to wszystko, co było kiedyś miastem mego dzieciństwa. Wszystkie kościoły i kamienice, wszystkie ulice i uliczki śródmieścia aż do secesyjnej perły dworca kolejowego. Jądro miasta na zawsze pozostanie stanisławowskie, ale Stanisławowa już nie ma. Jest Iwano-Frankiwsk, zwłaszcza kiedy wychodzi się za dawne progi, na zachód w stronę Bystrzycy Sołotwińskiej i na wschód w kierunku Bystrzycy Nadwórniańskiej, które otaczając miasto, splotą się za chwilę w jedną rzekę. Tylko nurt spływających z Karpat obu Bystrzyc jest taki sam, srebrzysty, wartki. I woda taka sama, czysta, ciągle nieskażona, każdy kamyczek widać. Nie ma już jednak zielonych łęgów nad rzekami, a zamiast wiklinowego gąszczu rozpanoszyło się blokowisko poprzedzielane szeregami skorodowanych samochodów oraz rzędami śmietników. Bloki, jeden przy drugim bloki i jeden za drugim. Klasyczne sowieckie szuflady do mieszkania. I to już jest Iwano-Frankiwsk, a nie Stanisławów. A ulicy Cichej naprawdę nie ma, bo i tam wyrosły już bloki, podchodząc pod samo centrum.

Na ulicę Cichą szło się Sapieżyńską prosto w kierunku wiaduktu kolejowego. Już prawie wychodziło się z miasta, bo po prawej był katolicki cmentarz miejski i lekko przed nim wysunięty zbór ewangelicki. Trochę dalej, po lewej stronie ulicy zaczynał się wysoki mur z czerwonej cegły, za którym krył się żydowski kirkut. A zaraz potem skręcało się z Sapieżyńskiej w prawo, w ulicę Konopnickiej i pierwsza w lewo, w dół, w kierunku rampy kolejowej była już Cicha ze swoimi małymi bielonymi domkami. To była zupełnie inna ulica, całkiem inny świat, żadne miasto, prawie polna droga bez chodników, bez bruku, a za to z rowem po obu stronach, wzdłuż każdego z nich – szpaler drewnianych płotów, a za nimi kwiaty – od wiosennego bzu po sierpniowe malwy. W takim właśnie obrośniętym kwiatami domku z numerem 6 mieszkała moja niania Andzia Bulak ze swoim mężem, panem Wasylem Bulakiem.

Andzia była zawsze wesoła, pełno jej było w naszym, pana doktorowym dużym mieszkaniu, którym faktycznie rządziła. Mój ojciec – doktor Tadeusz Olszański – wcześnie rano wychodził do Urzędu Starostwa lub do Kasy Chorych. Widziałem się z nim dopiero w czasie obiadu podawanego oczywiście przez Andzię. Potem mój tata zapalał cygaretkę, snuł swoje opowieści i udawał się do gabinetu wypełnionego książkami od podłogi aż po sufit. Coś tam wertował, czytał, by po krótkiej drzemce przyjmować pacjentów. I tyle go widziałem, bo to był absolutnie przestrzegany porządek i nikomu nie wolno było w tym czasie ojcu przeszkadzać. Tata miał jeszcze swoje laboratorium medyczne przy aptece pana Teodorowicza, z którym często i z pasją grywał w brydża. Bywał też w Kasynie Oficerskim, a razem z mamą i naturalnie ze mną, raz w tygodniu – w sobotę lub niedzielę – chodziliśmy do cukierni Krowickiego na Sapieżyńską lub zaraz obok do kawiarni „Unionka”.

Kościół farny, w latach trzydziestych... i dziś

Wychowywała więc mnie przede wszystkim matka, Węgierka, do której ojciec mówił: „moja droga Katinko!” – bo takie było po węgiersku zdrobnienie od imienia Katarzyna. Od czasu do czasu, kiedy coś zbroiłem, tata udzielał mi surowej reprymendy, zawsze słownej, no i wymierzał kary w postaci zakazu wychodzenia do kolegów na podwórze, a jak chciał dotkliwie, to zabraniał pójścia do kina. A ponieważ do jednego z pięciu kin Stanisławowa chodziło się od wielkiego święta, była to straszna kara. No więc początkowo chowała mnie Andzia, bo Katinka chodziła na lekcje języka polskiego, którego tak naprawdę do końca życia się nie nauczyła. Może z tego względu, że zaraz po tych lekcjach spotykała się z licznym i szalenie wytwornym gronem Węgierek, które były żonami stanisławowskich lekarzy, adwokatów, oficerów i kupców, przeważnie Polaków, ale byli wśród nich również Ukraińcy i Żydzi. Było w latach dwudziestych wręcz modne mieć żonę z Węgier. Węgierki połączyły ich wszystkich w jedno, prawie rodzinne towarzystwo nawzajem się odwiedzające. Niezależnie od tego panie z Węgier utworzyły swoje kółko regularnie spotykające się na herbatce. Mama często zabierała mnie na te nudnawe dla mnie spotkania. Jedyny efekt był taki, że ja osłuchałem się z językiem mojej matki i szybciej się go uczyłem niż Katinka po polsku. A polskiego, nim poszedłem do szkoły, uczyłem się od Andzi. Nie tylko polskiego zresztą, bo Andzia, choć była Polką, to przecież mówiła również po rusińsku, a śpiewała po rosyjsku. Jej mąż bowiem, pan Bulak, był z krwi i kości prawdziwym Kozakiem. Białym Kozakiem, który naprzód walczył z bolszewikami za swojego cara, a potem dalej z nimi wojował już po polskiej stronie. I do tego stopnia zasłużył się w polsko-bolszewickiej wojnie, że za swoje zasługi otrzymał nie tylko polskie odznaczenia, ale i domek przy ulicy Cichej włącznie z ręką zgrabnej, czarnowłosej Andzi, z którą się ożenił.

Od czasu do czasu, kiedy rodzice wychodzili na proszone obiady lub przyjęcia, Andzia za zgodą Katinki zabierała mnie na ulicę Cichą. Bardzo lubiłem tam chodzić. To był inny świat nie tylko ze względu na skromność dużej kuchni z balią do prania oraz jednego tylko pokoju, ale przede wszystkim obecność pana Bulaka.

Pan Bulak był postawnym, przystojnym mężczyzną, miał gęste, czarne, kręcone włosy, śniadą cerę i złote zęby. Podczas rewolucji pan Bulak nie chciał przejść na stronę bolszewików nawet wtedy, kiedy całą jego sotnię wzięto do niewoli. Torturowali go wtedy, wybili wszystkie zęby, ale udało mu się uciec i mścił się na nich potem również w szeregach kozackich oddziałów, które stanęły po polskiej stronie. Dostał za to Krzyż Walecznych, który obok Krzyża św. Jerzego nadanego mu jeszcze przez cara, oprawiony w ramki ze szkłem, wisiał nad łóżkiem. U góry były dwa krzyże – prawosławny pana Bulaka i katolicki naszej Andzi, a po bokach ciemna ikona oraz częstochowska Matka Boska. Ordery były w samym środku, najważniejsze. Na drugiej ścianie zawieszone były dwie krzywe szable kozackie – szaszki, oraz bałałajka i mandolina z wieloma długimi, kolorowymi wstążkami. Kiedy przychodziłem na ulicę Cichą, Andzia nastawiała ogromny, lśniący, mosiężny samowar, pan Bulak zdejmował bałałajkę i razem z nimi śpiewałem Wołga, Wołga, mat’ radnaja... Ja z Andzią piłem herbatkę z samowara, a pan Bulak wódeczkę z kozackiego blaszanego kubeczka. Mocno pogiętego, bo razem z panem Bulakiem przeszedł cały szlak bojowy. I gdy popijanie trwało dłużej, to czasem łzy ocierał, co wydawało mi się dziwne, bo przecież był to bardzo odważny i dzielny Kozak.

Pan Bulak często chorował, bo w czasie wojny oprócz tych tortur, po których wstawił sobie złote zęby, był dwa razy ranny i to nie postrzelony kulą, ale szablą cięty. Wtedy zawsze mój tata brał dorożkę i razem ze mną jechał na ulicę Cichą leczyć pana Bulaka. Zdejmował on wtedy białą, obszerną, zawsze wyrzucaną na spodnie i przewiązaną w pasie wojskowym paskiem koszulę i mój ojciec bardzo starannie oglądał dwie ogromne blizny, a potem powoli przesuwał swoje lekarskie słuchawki przez plecy i piersi, a ja zastanawiałem się, jak taki przecięty dosłownie na pół człowiek mógł w ogóle przeżyć.

Już nie pamiętam, kiedy Andzia przestała u nas pracować. Przychodziła początkowo raz na tydzień, a potem od wielkiego święta, bo pan Bulak coraz częściej chorował i musiał leżeć w łóżku. Andzia odwiedzała nas, brała od ojca różne lekarstwa. Ja chodziłem już do szkoły i rzadko towarzyszyłem tacie w jego wizytach na Cichej. Andzia przychodziła zawsze na dłużej przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą ukręcić kutię, upiec ciasta, indyka lub ugotować szynkę i po swojemu rządzić kuchnią. Wtedy wracały dawne lata, bo Andzia nie była żadną służącą czy pokojówką, które często się u nas zmieniały, tylko moją nianią. Pierwszą i jedyną. Wtedy znów przesiadywałem w kuchni, pomagałem ucierać mak w makutrze na kutię, podkradałem bakalie i słuchałem Andzinych opowieści o panu Bulaku. Andzia mówiła też do mnie inaczej niż moja mama, a więc nie „mali Tadzia” („dużi Tadzia” to był ojciec), lecz „paniczu mileńki”, jak nikt wcześniej ani później do mnie nie mówił. Chodziłem już wtedy do szkoły ćwiczeń przy placu Trynitarskim, tuż obok pałacu Potockich zmienionego w szpital wojskowy. Była to najlepsza szkoła powszechna w Stanisławowie, przy Liceum Pedagogicznym. Od drugiej klasy uczyłem się tam również, jak we wszystkich zresztą polskich szkołach, języka rusińskiego, bo tak nazywano wtedy język ukraiński, i pisania bukwami. Należałem do szczepu zuchów imienia Skrzydlatych Husarzy, którego zbiórki często odbywały się w pobliżu historycznego kościoła farnego, najważniejszej świątyni Stanisławowa. Miałem swoich kolegów, swoje zabawy i sprawy, więc na Cichej u Bulaków bywałem coraz rzadziej.

Kiedy we wrześniu 1939 roku zaczęła się wojna, miałem już dziesięć lat i chciałem natychmiast iść do wojska, którego w Stanisławowie zrobiło się nagle bardzo dużo. Stanisławów był miastem garnizonowym, z pułkami piechoty i ułanów, dywizjonem lekkiej artylerii konnej i pięknymi defiladami wojskowymi dwa razy w roku – 3 maja i 11 listopada. Naprzód nasze wojsko wychodziło elegancko i błyszcząco, jak co roku latem na manewry, z koszar na dworzec, ale po dwóch wrześniowych tygodniach wracało do miasta zupełnie inne, zakurzone, zmęczone, rozbite. Ojciec też był w mundurze, bo jako majora-lekarza rezerwy zmobilizowano go zaraz w pierwszych dniach wojny i całymi dniami przebywał w szpitalu wojskowym. Nikt jeszcze nie wierzył, że przegrywamy, choć nasze wojska zaczęły już całkiem ze Stanisławowa wychodzić i to nie w kierunku Lwowa, a w stronę Karpat, na Węgry. Dziś już wiem dokładnie, że to 17 września wszystko się zawaliło i skończyła się polska niepodległość, a do Stanisławowa w trzy dni później wkroczyła Armia Czerwona. W szarych, wystrzępionych u dołu szynelach do samej ziemi, z bagnetami na sztyk na długich karabinach i z dziwnymi, szmacianymi woreczkami zawiązywanymi na sznurek zamiast wojskowych tornistrów na plecach. Szli godzinami od strony Majzli, przez wiadukt kolejowy, a potem Sapieżyńską przez miasto i ciągnął się z nimi zupełnie obcy, smrodliwy zapach ni to dziegciu, ni kału. Jechały śmieszne, ciągnięte przez koniki wózki na dwóch kółkach z kulomiotem, zwane taczankami, armaty oraz tankietki i ogromne tanki, jakich nigdy przedtem nie widzieliśmy. Entuzjastycznie witała ich na Sapieżyńskiej ukraińska i żydowska ludność, a pod nowoczesnym gmachem poczty odbył się nawet wiec powitalny z mnóstwem czerwonych flag, które nie wiadomo skąd nagle się wzięły. To było straszne, bo w tym wiecu uczestniczyli ludzie, których codziennie widywaliśmy na ulicach, a niektórych nawet znaliśmy i nigdy nie podejrzewalibyśmy, że będą świętować klęskę Polski. Nie mogliśmy uwierzyć i pozamykaliśmy się w domach. Wtedy wieczorem przybiegła do nas na ulicę Kamińskiego, bo tam wówczas mieszkaliśmy, zapłakana i strasznie nieszczęśliwa Andzia z wiadomością, że pan Bulak się zastrzelił. Miał w szafie swój kozacki nagan i nie chciał czekać, aż bolszewicy znów po niego przyjdą. Rozpłakaliśmy się z mamą i tylko ojciec zachował spokój, bo pana Bulaka trzeba było przyzwoicie, po ludzku pochować, a nie jak samobójcę za cmentarnym murem. Wystawił więc ojciec świadectwo zgonu, który nastąpił wskutek nieostrożności w czasie czyszczenia broni, i Andzia poszła z tym do zaprzyjaźnionego z nami księdza Kazimierza Filipiaka na parafię ormiańską, a potem do prawosławnego popa, bo pan Bulak był przecież tej wiary.

Pogrzeb odbył się dwa dni później, wczesnym rankiem. Była piękna wrześniowa pogoda, przez którą tak szybko, jak wtedy mówiono, przegraliśmy wojnę, bo gdyby padało, to niemieckie czołgi utknęłyby w błocie. Prawosławnym zwyczajem pogrzeb zaczął się na podwórku przed domem Bulaków, gdzie wystawiono otwartą trumnę. Pan Bulak miał przewiązaną białym bandażem głowę, był ubrany w białą koszulę z przypiętymi orderami, granatowe bryczesy, długie, kozackie, starannie wyglansowane buty. Dłonie miał złożone na kozackiej szabli, którą też włożono do trumny. Pop i ksiądz Filipiak odprawili modły, a potem Andzia i kilku jeszcze sąsiadów żegnało się z nim, całując w zabandażowane czoło. Dopiero po tym nałożono na trumnę wieko i zabito gwoździami.

Dokładnie to wszystko zapamiętałem, bo pierwszy raz w życiu spotkałem się ze śmiercią kogoś, kogo dobrze znałem i lubiłem. Nie mogłem w żaden sposób zrozumieć, dlaczego pan Bulak odebrał sobie życie. Ojciec niezwykle krótko mi to wytłumaczył: bo był honorowy! Ale i to trudno było mi zrozumieć, bo przecież samobójstwo to grzech śmiertelny i jak wobec tego pogodzić to z honorem? Dopiero po kilku dniach, kiedy zaczęły się w Stanisławowie aresztowania, dotarła do nas wieść, że tego samego dnia, kiedy zastrzelił się pan Bulak, niedaleko od nas, w Kałuszu, popełnił samobójstwo generał Stanisław Hlawaty, który był serdecznym przyjacielem mojego ojca chrzestnego, też generała – Romualda Dąbrowskiego. Generał Hlawaty mieszkał w Stanisławowie. Kilka razy widziałem go u państwa Dąbrowskich, do których często zabierała mnie mama. Był wysoki i choć nie nosił już munduru, lecz tylko baretki odznaczeń w klapie marynarki, bardzo mi imponował, bo był kiedyś dowódcą szkoły kadetów w Krakowie, a ja marzyłem o tym, aby pójść do takiej szkoły. Więc skoro generał Hlawaty tak postąpił, to i pan Bulak miał do tego prawo.

Cmentarz był niedaleko i poszliśmy za ciągniętą przez małego konika furką, na której ułożono trumnę. Po pogrzebie ojciec długo rozmawiał z Andzią i wieczorem przyszła ona do nas, na Kamińskiego. Przyniosła w koszyku kartofle, a pod nimi w zawiniątku nagan, z którego zastrzelił się pan Bulak. Ojciec też przygotował swoje rewolwery, które trzymał w zamkniętej na klucz szufladzie biurka. To była jego broń jeszcze z włoskiego frontu w czasie I wojny światowej i z następnych dwóch wojen: polsko-ukraińskiej oraz polsko-bolszewickiej. Jako oficer rezerwy miał prawo do tej broni. Czasem nawet mi ją pokazywał. Były to austriacki mauser i ogromny bębenkowiec – kolt, który mi się bardzo podobał. Ojciec rozebrał swoje rewolwery i nagan pana Bulaka, smarował poszczególne części wazeliną i zawijał w kawałki porwanego na strzępy prześcieradła. Potem wszystko ułożył w lśniącym, metalowym, podłużnym pudełku, w którym trzymał instrumenty lekarskie, i nalał jeszcze oliwy z naftą. Kiedy zaczęło ciemnieć, zeszliśmy na podwórze. Andzia z ojcem wykopali dół w samym rogu, pod murem, który oddzielał nasze podwórze od ogrodu klasztoru Urszulanek, a ja stałem przy bramie i pilnowałem, czy nie pokaże się ktoś obcy. Dopiero po latach zdałem sobie sprawę, jak niebezpieczne było wtajemniczenie takiego dzieciaka jak ja w ukrycie broni, ale wtedy uważałem to za wyróżnienie i byłem niesłychanie dumny.

Kiedy już ojciec zakopał pudło i wchodziliśmy na klatkę schodową, odezwała się sygnaturka w klasztorze Urszulanek wzywająca siostry na wieczorną modlitwę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że było to jakby podzwonne nie tylko dla pogrzebanej właśnie broni, ale i mojego przedwojennego Stanisławowa. A rewolwery ojca i nagan pana Bulaka zapewne do dziś spoczywają pod murem dawnego klasztoru. I chyba nie zardzewiały, bo mój ojciec był bardzo dokładnym człowiekiem i starannie zakonserwował broń.

ULICA PEŁESZA

Ulica Pełesza jest, ale i jej nie ma. Tak jak Stanisławowa.

Jest, bo zachowały się wszystkie domki i kamieniczki z przedwojennych lat, cały stary Stanisławów, tyle że w znacznie gorszym stanie. Po lewej stronie, idąc od ulicy Kamińskiego, ciągnął się wzdłuż chodnika rząd parterowych domków, starannie wybielonych, z firaneczkami i zasłonkami w oknach, żeby nikt nie zaglądał, bo były bardzo nisko położone. Za każdym z tych domków znajdował się ogródek z rabatkami kwiatów, krzakami agrestu i porzeczek, grządkami jarzyn, pomidorów. Dziś w tych oknach z rozsypującymi się drewnianymi ramami nie ma firanek i widać stojące na parapetach słoje z kiszonymi ogórkami lub gary z kwaśnym mlekiem. A zamiast ogródków raczej chaszcze.

W ramionach mamy na balkonie przy ulicy Pełesza

Po prawej stronie ulicy Pełesza ciągnęły się natomiast piętrowe kamieniczki. Piękne, z balkonami, zbudowane w secesyjnym stylu kiedyś przed I wojną światową. Na ich tyłach były zaś nie ogródki, lecz podwórka. Dziś te kamienice prawie się rozsypują, bo chyba nigdy nie były remontowane. Ale ulicy Pełesza już nie ma nie tylko dlatego, że rozsypuje się ze starości, ale również dlatego, że dziś ta ulica nazywa się zupełnie inaczej – Hnatiuka.

A przecież Julian Pełesz, którego imieniem za II Rzeczypospolitej nazwano tę ulicę, choć miał matkę Polkę, to przecież był Rusinem. W tym duchu wychował go ojciec, który był diakonem we wsi Smerekowiec koło Gorlic, na Łemkowszczyźnie, i skierował syna na duchowną drogę. Julian Pełesz został wspaniałym i uczonym księdzem obrządku greckokatolickiego i całe życie poświęcił obronie Kościoła unickiego, a więc szukającego porozumienia między katolikami i prawosławnymi, czyli Polakami i Rusinami. Nas, Polaków, przestrzegał przed antyrusińskimi postawami, swoich współbraci – przed antypolonizmem. Gimnazjum ukończył w Przemyślu, a studia teologiczne w Wiedniu, gdzie doszedł do profesury i stanowiska rektora Seminarium Duchownego „Barbareum” obrządku greckokatolickiego. W 1884 roku, w wieku zaledwie 42 lat, został pierwszym biskupem Kościoła unickiego w diecezji stanisławowskiej. Profesor cesarsko-królewskiego gimnazjum w Stanisławowie, Alojzy Szawłowski, w swojej monografii Stanisławów wydanej w 1887 roku napisał, że „pamiętną w dziejach Stanisławowa pozostanie instalacja pierwszego biskupa, dra Juliana Pełeszy, odbyta 10 stycznia 1886 roku przy ogromnym współudziale ludności miejscowej i przybyłej z najdalszych stron kraju, wszystkich obrządków i stanów, witającej nowego dostojnika Kościoła ruskiego, jako upragnioną zapowiedź spokojnego i zgodnego pożycia obu bratnich narodów”.

Oczywiste więc było, że po wkroczeniu Sowietów do Stanisławowa natychmiast strącono tabliczki z nazwą Pełesza, ale jest coś niezwykłego w tym, że w Iwano-Frankiwsku starsi mieszkańcy do dziś pamiętają, że Hnatiuka była kiedyś ulicą ich biskupa – Pełesza. Dla mnie ta ulica na zawsze pozostanie Pełesza, bo tam właśnie, w piętrowej kamienicy numer 15, urodziłem się 28 sierpnia 1929 roku. Moja matka miała wtedy 31 lat, ojciec – 51! I byłem ich pierwszym, a w końcu jedynym dzieckiem.

Mieszkanie na Pełesza było jaśniepańskie i do dziś jawi mi się jako najwspanialsze. Tam spędziłem wczesne dzieciństwo i z tej ulicy zaczęto mnie odprowadzać do szkoły, więc je dokładnie pamiętam. Dom był jednopiętrowy, z pięknym secesyjnym balkonem. Zajmowaliśmy całe pierwsze piętro – cztery pokoje w amfiladzie, z imponującymi piecami kaflowymi. Uwielbiałem otwierać wszystkie drzwi i ganiać z przychodzącymi się do mnie bawić dzieciakami. Co oczywiście było naganne, bo miałem swój pokój z klockami, ołowianymi żołnierzykami i tam powinniśmy się bawić, a nie bałaganić w całym mieszkaniu. Mama Katinka cierpiała wtedy, ale nie potrafiła tak zdecydowanie wkraczać jak Andzia, która po prostu przekręcała klucze w drzwiach i z wyrzutem mówiła: – Bo pani doktorowa na wszystko pozwala, a ja znów będę musiała pastować podłogi!

Cztery pokoje to nie wszystko, bo oprócz ogromnej kuchni z ociupinką służbówką, tyle co łóżko dla służby za firanką, oraz pokoju łazienkowego, dochodziła jeszcze zupełnie odrębna część – poczekalnia dla pacjentów i gabinet ordynacyjny, z osobnym wejściem z klatki schodowej. Tam właśnie ojciec przyjmował pacjentów. Zgodnie z umieszczoną przy bramie białą tabliczką:

dr wszech nauk lekarskich

TADEUSZ OLSZAŃSKI

ordynuje w chorobach wewnętrznych, od 3 – 6 po poł.

Tę tabliczkę, ilekroć tylko przeprowadzaliśmy się, starannie odkręcano i umieszczano w nowym miejscu. Dwa razy w tygodniu ojciec przyjmował bezpłatnie biedotę, czego na tablicy już nie napisano, ale co powszechnie było wiadome. Poczekalnia była zawsze wtedy pełna. Katinka nie przepadała za tą ordynacją i z reguły wychodziła wtedy ze mną na spacer albo w odwiedziny do znajomych. Wracaliśmy, kiedy już wszystko było po pacjentach z biedoty posprzątane. Te bezpłatne ordynacje zapewniły ojcu popularność, mnóstwo ludzi kłaniało mu się na ulicy, ale nie czynił tego dla rozgłosu.

Był socjalistą, należał do przedwojennego PPS-u, a i przypuszczam – czego oczywiście z czasem się dowiedziałem – że w swoim przekonaniu spłacał jakiś rachunek z lat młodości, kiedy jako studentowi wcale mu się nie przelewało. Wiedział, co to niedostatek, i cenił pomoc, jakiej zapewne doznawał i dzięki której doszedł do tego, do czego doszedł. Często i z humorem wspominał swoje studenckie lata we lwowskiej bursie. Jedną z tych opowieści dokładnie zapamiętałem. Kiedy jemu i kolegom z medycyny ledwo starczało na bochen chleba, kroili go w pół, wyjadali miąższ i szli na targ do bab sprzedających śmietanę prosto z dużych garów. Targowali kwartę, prosili, aby wlać do wydrążonego chleba, a potem, kiedy okazywało się, że brakuje im jeszcze kilku grajcarów, wylewali z powrotem śmietanę z chleba, ale przecież zostawała omasta i było to przesmaczne! Niedługo jednak im się to udawało, bo wkrótce zwiedziały się o tym przekupki na wszystkich targowiskach i przepędzały studentów z wydrążonymi bochenkami.

Indeks mojego ojca, studenta wydziału filozofii Uniwersytetu Lwowskiego

Nigdy wszakże nie dowiedziałem się i żałuję, że się tego nie dopytałem, co się stało z majątkiem Olszańskich w Kupczyńcach pod Tarnopolem, gdzie się mój ojciec w 1878 roku urodził i gdzie na chrzcie otrzymał aż trzy imiona: Tadeusz Cyriak Walenty. Dwóch ostatnich w ogóle nie używał, ale figurowały one we wszystkich jego dyplomach, dokumentach i co najważniejsze w drzewie genealogicznym rodu Olszańskich herbu Jastrzębiec, w którym roiło się od cudownych, starych szlacheckich imion, takich jak: Alojzy, Baltazar, Bazyli, Kajetan, Leon, Łukasz, Michał, Seweryn, a wśród kobiet Anastazja, Aniela, Sydonia czy Tekla, która była jedną z moich prababek. Ten rodowód ojciec mi wielokrotnie pokazywał i był z niego niezwykle dumny. Ród wywodził się ze wsi Olszanica na Mazowszu i w XVIII wieku podzielił na dwie linie – podlaską i wołyńską, do której właśnie należeliśmy. W tej naszej linii pełno było kasztelanów, podkomorzych, chorążych, starostów, którzy dzielnie walczyli na Kresach z Tatarami, Turkami i Kozakami. Jeden z nich, Mikołaj Baltazar Olszański, miał nawet w kompucie chorągiew pancerną, czyli pułk jazdy nie z pospolitego ruszenia, lecz utrzymywany ze skarbu Rzeczypospolitej, i w 1698 roku brał udział w bitwie pod Podhajcami, gdzie rozbito czambuły Tatarów i raz na zawsze zakończono ich najazdy.

Z całego tego szlachectwa oraz majątku w Kupczyńcach niewiele jednak dla mojego ojca wyniknęło, skoro szybko osierocony, naprzód wysłany przez macochę na stancję gimnazjum im. Franciszka Józefa we Lwowie już tam na stałe pozostał i w skromnych warunkach od 1896 roku zaczął studiować medycynę na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Chyba dość długo studiował, bo dorabiał naprzód jako pielęgniarz, a potem asystent na wszystkich oddziałach Kliniki Uniwersyteckiej – od interny do chirurgii. Dzięki temu po jedenastu latach studiów, w 1907 roku, został doktorem wszech nauk lekarskich. Rozsmakował się wszakże w studiach do tego stopnia, że pracując jako lekarz, nadal studiował. Zrobił magisterium z filozofii i zabrał się za astronomię. Gdyby nie I wojna światowa, studiowałby chyba bez końca. W 1915 roku został jednak zmobilizowany i jako lekarz batalionowy c.k. armii w stopniu porucznika trafił na włoski front. I, o czym znów chętnie i barwnie opowiadał: w szpitalu polowym w czasie walk nad Padem operował od rana do nocy. Bo choć to były walki pozycyjne, Włosi ze swoich armat trafiali szrapnelami we wznoszące się za okopami skały, których odłamki niczym szpilki wbijały się w plecy żołnierzom, przeważnie Chorwatom i Słoweńcom, bo te właśnie pułki Franciszek Józef skierował przeciw Włochom. A że nie zawsze starczało eteru na uśpienie w czasie zabiegu, pojono rannych spirytusem, a ci w czasie wyciągania skalnych drzazg wyli z bólu i straszliwie klęli. Stąd mój ojciec perfekcyjnie poznał wszystkie chorwackie przekleństwa i gdy się czasem wściekał, puszczał wiązankę w tym języku. Ojciec szybko awansował, naprzód na lekarza pułkowego, a potem już w stopniu majora na ordynatora szpitala zakaźnego w mieście Cilli w Styrii, a więc już na tyłach, bo różne epidemie z cholerą włącznie zaczęły powodować większe straty niż walki na froncie.

Ojciec (drugi z lewej) już w polskim mundurze w ogrodzie szpitala w Brzeżanach

W armii austriackiej ojciec doszedł do stopnia majora

Nie wiem i nigdy się nie dowiem, jak z tej Styrii po zakończeniu wojny światowej i rozpadzie monarchii austro-węgierskiej doktor Olszański trafił w rodzinne strony, naprzód do Tłumacza, potem do Stanisławowa, Brzeżan i znów do Stanisławowa, jako lekarz już w polskim wojsku na kolejne wojny, naprzód polsko-ukraińską, a potem polsko-bolszewicką. Z książeczki stanu służby oficerskiej, którą podobnie jak dyplom doktorski cudem uchronił i strzegł jak oka w głowie, wynika, że w czerwcu 1919 roku w stopniu porucznika lekarza dowodził szpitalem wojskowym w Tłumaczu. Dwa stopnie niżej w stosunku do rangi austriackiego majora! Oficerów c.k. przyjmowano bowiem do polskiej armii, automatycznie redukując o dwa stopnie. Ale już w dwa miesiące później jako kapitan lekarz kieruje szpitalem wojskowym w Stanisławowie. Niemal natychmiast powierzają mu zorganizowanie szpitala wojskowego w Brzeżanach. Awansuje i znowu jest majorem. W kolejnej wojnie z bolszewikami zagony konnej armii Budionnego omijają Brzeżany i ojciec aż do końca wojny oraz demobilizacji w 1921 roku pozostanie w tym mieście. Chyba się też w tych wojnach wyróżnił, bo właśnie jemu zaproponowano stanowisko lekarza powiatowego, a więc tego, który miał zorganizować już cywilną służbę zdrowia w Stanisławowie. Pędził zapewne wesołe kawalerskie życie do momentu, kiedy żona jego serdecznego przyjaciela, też lekarza, doktora Erazma Niemczewskiego, zaprosiła do Stanisławowa swoją najbliższą przyjaciółkę Katarzynę Simenfalvy.

Ojciec świetnie grał w brydża, czarował miejscowe damy i zapewne był ozdobą towarzystwa. Dziś trudno mi odpowiedzieć, w jakim stopniu przyjaciele mego ojca mieli już dość jego starokawalerskich nawyków, w jakim zaś jemu znudziła się samotność. W każdym razie jednak niesłychanie energiczna pani Katarzyna Niemczewska ściągnęła moją przyszłą matkę z absolutnym zamiarem wydania jej za mąż za Polaka i tym samym wzmocnienia kółka Węgierek.

Mój dziadek Szabolcs Simenfalvy z szóstką swoich dzieci w Nagy Tarna. Moja matka – Katinka, pośrodku na krzesełku.

Erazm Niemczewski w czasie wojny był lekarzem w polskich Legionach. Kiedy Austriacy w 1917 roku przekazali polskie formacje pod niemieckie dowództwo, podobnie jak większość legionistów odmówił przysięgi na wierność niemieckiemu cesarzowi i został internowany, lecz nie w Beniaminowie czy Szczypiornie, gdzie skupiono większość, ale na terenie królestwa węgierskiego w Maramorossziget (dziś Sighetu Marmatiei w Rumunii). Pod koniec wojny, kiedy monarchia zaczęła się rozsypywać, nasi legioniści zostali uwolnieni. Wracali walczyć o niepodległą Polskę, ale po drodze zatrzymywali się w węgierskich domach, gdzie ich serdecznie przyjmowano, karmiono i zaopatrywano na dalszą podróż. Doktor Niemczewski absolutnym przypadkiem trafił do domu rodziny Hezserów w mieście Nagyszollos (dziś Wynohradiw na zakarpackiej Ukrainie) i tam spotkał swoją przyszłą żonę.

Moja mama – Katinka – pochodziła ze specyficznej rodziny węgierskich kolonizatorów. Kiedy po osiemnastu latach wielkiej żałoby narodowej związanej z klęską Wiosny Ludów w 1849 roku, z przekreśleniem marzeń o niepodległości i rozstrzelaniem przez Austriaków pierwszego premiera wolnych Węgier Lajosa Batthyanya oraz trzynastu dowodzących powstaniem generałów, trzymaniem w kazamatach tysięcy patriotów Madziarzy zdecydowali się wreszcie na ugodę z Habsburgami, z tym samym młodym cesarzem Franciszkiem Józefem, który ich straszliwie pognębił, zaczęli szukać wtedy umocnienia się na obrzeżach swojego królestwa. Głównie na zaniedbanych cywilizacyjnie obszarach Zakarpacia, zamieszkanego głównie przez Rumunów, Rusinów, Hucułów, Cyganów. Węgierski rząd autonomiczny w Budapeszcie wysyłał w tamte strony energicznych młodych ludzi ze szlacheckich rodzin, którym po upadku powstania Austriacy skonfiskowali majątki. Nadawano im ziemię właśnie w Karpatach. Byli na pewno kolonizatorami, ale i nieśli kaganek oświaty. Jednym z nich był Szabolcs Simenfalvy. Trafił do wsi Nagy Tarna (dziś Tarna Mare w Rumunii), w pobliżu Cisy, niedaleko Nagyszollos. Otrzymał ziemię i kredyty. Zbudował szkołę i pocztę, był wójtem, kierownikiem szkoły i poczty, zbudował swój dworek, ale co najważniejsze wprowadził na południowe zbocza Tarny uprawę winorośli i nauczył tego miejscową ludność, która zajmowała się poprzednio tylko sadzeniem kukurydzy oraz pasterstwem. Uczył czytać i pisać, ale i madziaryzował miejscową ludność. Miał sześcioro dzieci – trzech synów i trzy córki – które kształcił w najlepszych szkołach. Moja mama miała być nauczycielką, ukończyła seminarium nauczycielskie, ale została w końcu panią doktorową. Kiedy przyjechała do Stanisławowa, mówiła perfekt po niemiecku i nieźle po francusku, co jej wystarczyło, aby swobodnie poruszać się w polskim towarzystwie.

Ślubne zdjęcie moich rodziców

Paszport miała rumuński, ale przyjechała z Czechosłowacji, bo mieszkała u swego brata Arpada, który był adwokatem w Nagyszollos. To miasto w okresie międzywojennym znalazło się bowiem w Czechosłowacji i nazywało się Velky Sevljus. Dawne Węgry powiązane z Austrią stały się bowiem największym przegranym I wojny światowej. Na mocy traktatu pokojowego, zawartego w 1920 roku w Trianon, straciły dwie trzecie swego terytorium, na którym zamieszkiwała jedna trzecia rdzennych Węgrów. Blisko pięć milionów Węgrów znalazło się wtedy poza granicami swej ojczyzny! To była kolejna, po Wiośnie Ludów, wielka klęska, która położyła się głębokim cieniem na Madziarach i okroiła ich ojczyznę, a także oddzieliła od siebie. Tak było właśnie w przypadku znajdującego się w Rumunii majątku w Nagy Tarna, gdzie została część rodziny mojej matki, i odległego o kilka kilometrów miasta Nagyszollos, które znalazło się już na terenie Czechosłowacji.

Kiedy mój ojciec wynajmował i urządzał mieszkanie przy ulicy Pełesza w Stanisławowie, aby godnie wkroczyć w małżeńskie życie, wujek Arpad, który po śmierci rodziców stał się głową rodziny, przygotowywał wesele, bo tak to wypadało w tamtych latach. Całe to ważne wydarzenie z 29 kwietnia 1926 roku zostało potwierdzone w dwóch aktach, które dopiero przy pisaniu tych wspomnień wzbudziły moje zdumienie. Cywilny akt zawarcia ślubu, Svedectvo o uzavreti snatku,