Kosmos - Tom II - Emilia Chabior - ebook

Kosmos - Tom II ebook

Chabior Emilia

5,0

Opis

Drugi tom „Kosmosu” to hybrydowa powieść psychologiczna o bezpieczeństwie, neuroodmienności i sposobach kochania.

Kosma – genialny strateg i analityk – porządkuje świat za pomocą struktur, procedur i bezwzględnej konsekwencji. Po trudnych doświadczeniach z przeszłości to właśnie one stały się jego bezpieczną przystanią, pomagając w osiągnięciu sukcesu. Nie sądził, że miłość może być mu do czegokolwiek potrzebna. Podświadomie pragnąc szczęścia, postanowił zawalczyć o życie prywatne, którego nigdy nie zbudował. Upadając wiele razy, odkrył, że uczucia nie są dla niego chaosem, lecz zobowiązaniem. Chroni nie słowami, lecz działaniem. W świecie emocjonalnych uproszczeń funkcjonuje inaczej: precyzyjnie, bez gry i bez maski.

Malina po latach lęku, straty i emocjonalnego rozpadu po raz pierwszy odnajduje ciszę. Problem w tym, że cisza bywa równie wymagająca jak burza — oznacza oddanie części kontroli i zaufanie komuś, kto kocha inaczej niż większość ludzi. Dla osoby, która nauczyła się polegać wyłącznie na sobie, wolność nie jest pustym słowem — jest kompulsją, a bliskość nie jest prostym wyborem — jest ryzykiem. Z takim bagażem wybranie ufności staje się zadaniem heroicznym.

 

Gdy przeszłość wraca w postaci człowieka, który nie potrafi odpuścić, uczucia zostają poddane próbie. Nie tej gwałtownej i widowiskowej — lecz cichej, systemowej i konsekwentnej.

Jak brzmi język miłości, gdy dwoje ludzi widzi świat zupełnie inaczej?

„Kosmos” to opowieść o budowaniu domu tam, gdzie wcześniej istniał tylko system przetrwania. O miłości pozbawionej gry. O granicach wyznaczanych nie przeciwko sobie, lecz dla siebie. O bliskości, która wymaga odwagi. I o tym, że największą siłą może być spokój.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 723

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Joanna0409

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna. Nie mogłam się doczekac na drugą część i się nie zawiodłam. Pełna wrażliwości, uczuć i jednocześnie anslityczna. Świrtne pióro. Polecam, to perełka
00



ROZDZIAŁ I

Serce z Granitu

 

ADAM

#Granit

Kamienna twierdza mojego sercawzeszła na nieboskłonie sennym.Wzrosła wśród mroku cichego miejsca,oparów ciszy w domu mym bezimiennym.

 

Cytadela czerni uzbrojona obręcząwzywa żołnierzy swych, niewolników.Świetlista łuna, kusząca swą pręgą,zdobi marmurowe serca buntowników.

 

Bastion swej chwały jest obrońcą,czcicielem służebnej woni.Pragnę mu uciec, zalśnić dezercją,wzbić się tam, gdzie nic nie dogoni.

 

Fantasmagorią tchnienie wolności,przepaja płuca dymem się tlące.Idę w ich duszącym pyle wrogościodziany szczelnie w swe moce drżące.

 

Szaniec mój zamroczony czerwieniąoddał ostatnie tchnienie nadziei płochej…kuszącej, wabiącej, nęcącej śmierciąi zmartwychwstaniem na jej piersi płonącej.

 

Iluzji fortem jesteś, zerową przystanią,niestrudzenie lśniąca swym czarem.Pod moją władzą stałabyś się kamienną,lotnością zbrukaną nieludzkim ciężarem.

 

Wolnością jesteś karuzeli krążącejw satelicie służalczej mej duszy.Niepodległość twoja kamienne serce drąca,odległa w kosmosie nadal granit mój kruszy.

 

 

Słyszę każdy stawiany przez siebie krok. Złowrogie uderzenia obcasów o błyszczącą posadzkę ciemnego holu niosą się za mną jak ostrzeżenie. Ich echo gra na moich nerwach, ale nie zatrzymuję się. Jak posłuszny, wyszkolony latami tresury pies, idę tam, gdzie zostałem wezwany. Czuję się jak śmieć. Zawsze, gdy zbliżam się do tych drzwi, staję się nikim. Nie jestem osobą, człowiekiem, mężczyzną czy synem. Jestem pozbawiony tożsamości. Dla niego jestem narzędziem, bronią, której używa według swojego uznania i włada nią jak chce.

Moja wędrówka jest jak déjà vu. Mam wrażenie, że jestem tu codziennie, choć w rzeczywistości nie było mnie od miesięcy. Prawda jest taka, że tymi korytarzami błąkam się jak duch każdej nocy podczas powtarzającego się koszmarnego snu. Nigdy nie jestem wolny. W dzień realizuję zadania jako jego żołnierz. W nocy nadal do niego należę.

Od windy do zakrętu jest dokładnie sto jedenaście kroków samotnej wędrówki w ciemności własnych myśli. Rozjaśniane są jedynie falującą łuną zimnego światła dochodzącego z nowoczesnych paneli LED. Chłód ich barwy niezmiennie współgra z moimi wyobrażeniami. Kamienna czerń granitowej posadzki podkreśla poczucie, że jestem w kostnicy, a nie w biurze, które tętni życiem. Mam pewność, że on jest temu winny. Wszystko, czego dotyka, co tworzy, staje się martwe. To jego osobisty stygmat śmierci.

Mijam zakręt. Mam wrażenie, że skradam się jak kot. Od jego drzwi dzieli mnie jeszcze pięćdziesiąt pięć kroków. Muszę się uzbroić, przywdziać latami noszoną maskę nonszalanckiej bezwzględności i obojętności. Dość! Ta moja wewnętrzna histeria musi się skończyć. Przecież on nie jest w stanie zabrać mi niczego więcej. Niczego nie mam i dzięki niemu nigdy nie miałem. To znaczy, nie mam nic, co miałoby znaczenie, bo to, co mam, tracę.

Przyspieszam kroku. Chcę to mieć jak najszybciej za sobą. Muszę odegrać swoją rolę i otrzepać się z toksycznej mgły tego miejsca. Wchodzę.

— Panie Adamie… yyy. Nie wiedziałam, że ma pan nas dzisiaj odwiedzić. — Zagradza mi drogę Krystyna, jego sekretarka.

Wyrasta przede mną tak nagle, że niemal się przewracam. Po prawdzie to trochę moja wina. Zawsze, gdy tu jestem, czuję, jakbym był czymś odurzony. Zgadza się — jestem. Jestem do granic możliwości owładnięty własnym strachem. Jednocześnie wiem, że nikt nie może o tym wiedzieć. Nikt nie może zorientować się, że się czegokolwiek boję. Przede wszystkim on.

— Nie sądzę, byś miała prawo do ingerowania w moje plany. Co ja mówię… ty nie masz żadnych praw. Nie zorientowałaś się jeszcze? Z drogi! — syczę, mierząc ją lodowatym spojrzeniem, które ją momentalnie płoszy.

— Proszę o wybaczenie. Nie chciałam pana urazić, jednak mam wyraźne instrukcje, by nikogo nie wpuszczać bez pozwolenia. Muszę pana zaanonsować — informuje mnie, blada jak ściana.

Podchodzę do niej tak blisko, że stykają się czubki naszych butów. Znacznie nad nią góruję, dosłownie pod każdym względem. Krystyna ma pewnie niespełna sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, podczas gdy ja niemal dwa metry. Jest drobna przy mojej posturze i jasna przy mojej ciemności. Mógłbym ją złamać jednym ciosem.

— Jeśli poza ubieraniem cię w przykrótkie spódniczki i dekolty, z których wylewają się twoje cycki… hmmm… wiadomo, w jakim celu, ma jeszcze takie wymagania, to jest gorzej, niż myślałem. Doradź mu, z łaski swojej, żeby jeśli chce kogokolwiek powstrzymać przed wejściem, postawił tu swojego psa, nie sukę — cedzę przez zęby.

Mówię to całkowicie instynktownie. Naprawdę nic do niej nie mam. W sumie nigdy mi nie przeszkadzała i nie odczuwam potrzeby obrażania jej. Ciekawe, dlaczego nadal tu pracuje. Podejrzewam, że żadne z nas nie przebywa tu dobrowolnie…

Krystyna cofa się, jakby otrzymała cios, i w rzeczy samej tak jest. Razy przyjmują różne formy i kolory. Ten uderzył w jej godność. Nie mamy prawa jej tu mieć. Żadne z nas. Warto o tym pamiętać.

— Przepraszam, eee. — Zapowietrza się.

Nie patrzę na nią, nie oglądam się na jej spłoszone ruchy, nadal próbujące mnie powstrzymać przed postawieniem kolejnych kroków. Powinna wiedzieć lepiej, co jej wolno, a czego nie. Swoją drogą naprawdę musi się go cholernie bać skoro toleruje tak złe traktowanie i nadal robi wszystko, by spełniać jego polecenia.

— Adam... — słyszę swoje imię wypowiedziane chłodnym, pełnym rozczarowania tonem.

W ten właśnie sposób mój ojciec z niechęcią wyraża akceptację dla zaplanowanej przez siebie wizyty, która, co budzi jego niezadowolenie, jest jeszcze dla mnie nie dość bolesna. Powinienem był potulnie czekać, tracić cierpliwość, denerwować się, by ostatecznie wejść do niego jak przegrany. Obserwuje mnie, wzdychając, gdy szklane drzwi jego biura z hukiem się za mną zamykają. Opieram się o nie, spoglądając na drugi koniec tego nieprzyzwoicie wielkiego pomieszczenia. Stąd, gdzie stoję, ledwo mogę dostrzec wyraz jego twarzy. Dzieli nas ze dwadzieścia metrów. Zdaję sobie nagle sprawę, że nigdy dotąd nie zastanowiłem się nad tym, dlaczego wszystko, czego dotyka ten człowiek, jest wielkie. Co musi dziać się w głowie osoby, która tak organizuje swoje biuro, by gość musiał przejść kilkaset metrów ciemnymi korytarzami, żeby do niej dotrzeć? Co chce osiągnąć, organizując swoje biuro tak, że gość stojący w drzwiach widzi go siedzącego przy swoim biurku jako punkt w oddali?

Wyciągam z kieszeni papierosa i odpalam, opierając się nonszalancko o wspomniane drzwi. Zaciągam się głęboko, mierząc tę złowrogą, mroczną przestrzeń.

— Powinieneś się zaanonsować, usiąść w korytarzu i czekać, aż cię wezwę — oświadcza, nawet na mnie nie patrząc.

— Nie sądziłem, że nasza znajomość przeszła już do tej fazy, ojcze — odpowiadam ironicznie.

Nie wiem, dlaczego to mówię. Mimo strachu przeszywającego moje ciało, jedno się nigdy nie zmienia… mój ojciec działa na mnie jak dynamit. Sama jego obecność powoduje, że staję się agresywny. Biedna Krystyna powinna się już zorientować i po prostu schodzić mi z drogi. Ten tu pozostaje w całkowitej nieświadomości lub raczej… wie wszystko, ale nie ma to dla niego znaczenia. Jak zły duch karmi się strachem innych. Nie daję mu jednak satysfakcji. Mam wrażenie, że jeśli jest coś, co w tym życiu mam, nie jest tym ani godność, ani człowieczeństwo… Jest nim fakt, że jestem jedynym na świecie człowiekiem, który potrafi go wkurwić.

Tak jak przeczuwałem, pojawia się przede mną w jednej chwili. Nie podnoszę wzroku, wiedząc, co będzie. Czuję na policzku jego dłoń, a raczej tak dobrze mi znany złoty sygnet. Jestem pewien, że nosi go celowo i specjalnie dla mnie. Nierówna powierzchnia tej błyskotki, przypominająca nabitą ćwiekami kurtkę, jest bardziej kastetem niż biżuterią. Ślady jego „czułości” już zawsze będą zdobić moją twarz. Blizna przecinająca prawą brew jest na to najlepszym dowodem… Dziś błyskawiczny cios rozrywa fragment mojego policzka, zaś z kącika ust natychmiast płynie krew. Uśmiecham się do niego szczerze.

— A więc to jest ta faza. Nie trzeba było, tatusiu.

W oczach mojego ojca błyska nienawiść. Po pierwszym wybuchu jego twarz zasnuwa się chłodem i makabrycznym spokojem. To ten rodzaj ciszy, która, co jest pewne, będzie miała ogromne konsekwencje… Historia mojego życia. Ojciec gładzi poły swojego garnituru i niepotrzebnie prostuje sztywny jak zwłoki krawat.

— Czasem nawet nie wiesz, jak bardzo jesteś podobny do swojej matki — stwierdza tonem pełnym otwartej wściekłości, tak rzadko widocznej gołym okiem.

— Naprawdę? — pytam sardonicznie. — Tak się cieszę, zwłaszcza że wiem, jak bardzo ją kochałeś…

Za każdym razem, gdy ojciec ją wspomina, wiem, że nie powinienem się z nim drażnić, ale to silniejsze ode mnie. Na jego życiowej planszy istnieją tylko dwa pionki, które mają wpływ na grę — ja i moja matka. Dla swojego bezpieczeństwa nie wspominam przy nim jej imienia i nie przypominam, że kiedyś była jedynym światłem w moim życiu. Trzymam się przysięgi, którą złożyłem sobie kilka lat temu. Gdyby wiedział, że moje czarne serce skrywa sekret na jej temat — wiedzę o tym, gdzie jest, co robi oraz skąd ma na to pieniądze — zrobiłby wszystko, by ją dopaść, a wtedy cena za jej nowe życie, którą poniosłem i do dziś ponoszę, poszłaby na marne…

Gdy to wszystko rozważam, zdaję sobie sprawę, że… mam jeszcze jedną tajemnicę. Jakże podobna jest do pierwszej. Na jej wspomnienie momentalnie zaczyna wirować mi w głowie i czuję, jak oblewa mnie zimny pot. Niczym tchórz wypieram to, że mam nowy powód do strachu. Opędzam się od uczuć, które krzyczą we mnie od chwili, gdy ją zobaczyłem. Są jak coraz głośniejszy pisk, który nie pozwala zapomnieć, że do niej należę. Wszystko, czym jestem, jest jej. Fakt, że Malina powoli zaczęła przywracać mnie życiu, choć niemal zawsze czułem się w środku martwy, jest nie tylko irytujący, ale przede wszystkim niebezpieczny. Czy dlatego od dwóch dni nie jem? Czy to ona sprawiła, że idąc tu, poruszałem się niepewnym krokiem?

— Synu, jeśli kiedykolwiek się dowiem, że jej pomogłeś… — zaczyna i nie dokańcza, wyrywając mnie myślom.

Natychmiast się prostuję. Staram się zapanować nad wewnętrzną walką, sięgając po swą drugą pozę… fantom, którym jestem zawsze, gdy obcuję z jego światem.

— Ja? Jak miałbym jej pomóc? Zawsze twierdziłeś, że jestem na to za głupi, nieprawdaż? — pytam, drwiąc z niego.

Jego szczęka zaciska się z mocą. Nic nie odpowiada, więc cisnę:

— Inną rzeczą jest budżet… Aby nie pozwolić się latami odnaleźć twojej armii, trzeba mieć spore środki, a nie da się ukryć, że sprawdzasz każdą złotówkę, którą wydaję. Kiedy tu była, nie mogła ruszyć się bez dwóch twoich goryli, nie mogła wydać grosza bez twojej wiedzy. W takich warunkach, jak mogłaby uciec i jaką rolę miałbym w tym pełnić ja? Może nie żyje… Wydaje mi się, że najwyższy czas pogodzić się z tym, że po prostu strzeliła sobie gdzieś w łeb. Przecież wiedziała, że nie ustaniesz, dopóki jej nie dopadniesz. To jedyna opcja, która zapewnia jej wygraną — snuję.

Brzydzi mnie to, co mówię. Dobrze wiem, że nigdy nie przestał jej szukać. To, że jeszcze nie udało mu się jej odnaleźć, można określić cudem albo zwycięstwem mojego intelektu, a jej farta. Dobrze jest ukrywać broń, kiedy się ją posiada. Z tego też powodu wolę, by uważał mnie za przygłupa.

— Jeśli nie żyje… — słyszę jego chropowaty, tak niecodzienny ton głosu. Spoglądam na niego z niedowierzaniem, bo nie przypominam sobie, by kiedykolwiek go użył. — …nie wie, że przede mną nie można uciec ani tu, ani na tamtym świecie.

W jego słowach jest i mrok, i coś innego, czego nie mogę wyjaśnić. Mam wrażenie, że to emocja. Widziałem ją na jego twarzy tylko raz, gdy byłem jeszcze małym chłopcem. Mama leżała na granitowej posadzce naszego domu zaraz po tym, jak ojciec zadał jej cios. Wówczas, zobaczywszy w jej oczach przerażenie, cały drżał. Wiedział, że nie ma odwrotu, i tego się wówczas przestraszył. Są rzeczy, po których możemy starać się wrócić do normalności i udawać, że się nie wydarzyły. Mimo wszelkich starań nie znikają. Wszystkie chwile, o których pragniemy zapomnieć, wymazać je ze swojej pamięci, są jak blizny. Można próbować je przypudrować, a nawet usunąć, jednak tkanka pod nimi już zawsze pozostanie niespójna… zupełnie jak własna dusza.

Zawsze wiedziałem, że coś jest z nami nie tak — moi rodzice byli inni. On, niemal nic niemówiący, a jedynie obserwujący… głównie moją matkę. Gdy była w pomieszczeniu, nie spuszczał jej z oczu. Mam wrażenie, że stanowiła światło w jego czarnym świecie — radosna, wpatrzona w niego i uśmiechnięta, śpiewająca. Była dla niego jak narkotyk, ale równocześnie nienawidził jej za tę jej inność — za to, co go pierwotnie do niej przyciągnęło. Z roku na rok gasła od kontroli, a potem jego tyranii. Myślę, że tamten dzień zmienił wszystko. Wydaje mi się, że uderzył ją wtedy po raz pierwszy i był to zarazem ostatni raz dla jej oddania i miłości małżeńskiej. Łuski spadły jej z oczu. Zorientowała się, że nie będzie lepiej, że radość i entuzjazm już nigdy nie powrócą. Pytanie, czy kiedykolwiek mogą? Czy człowiek, który zaznał podobnych rzeczy, może w przyszłości w kontakcie z innymi być jeszcze radosny? Zapytałem ją o to kiedyś i codziennie pytam także siebie. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz na żywo, nie umiała mi odpowiedzieć. Wyszeptała jedynie: „Synku, tego życzę i tobie, i sobie. Dałeś mi dziś na to szansę. Zawdzięczam ci życie. Wierzę, że pewnego dnia do mnie dołączysz, a ja będę mogła być dla ciebie matką, na jaką zawsze zasługiwałeś”. I zniknęła.

Niejeden mógłby ją za to osądzić. Matka zostawiająca dziecko, nie stająca przed nim, nie zasłaniająca go własnym ciałem? Ja jeden wiem, że ten moment był dla niej zmartwychwstaniem. Jej historia w naszej rodzinie miała tylko jedno zakończenie… Zamiana ról dała jej nowe, niemożliwe wcześniej — życie za życie. Moje za jej nowe.

Mam powody, by sądzić, że tamtego dnia, gdy ją uderzył, coś w ojcu umarło. Mimo że zawsze wydawał się przebywać na granicy emocjonalnego bytu i niebytu, chwila, w której jego twarz zasnuł chłód, przypieczętowała jego upadek. Przyniosło to niebagatelne konsekwencje. Wraz z utratą jej miłości w jego życie wkroczyło okrucieństwo większe niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Był znany w środowisku ze swojej władzy i potęgi, jednak od tamtej chwili stał się kimś, kogo zaczęli bać się wszyscy. Ja natomiast straciłem ojca, a zyskałem Nemezis(*). Dlaczego? Bo miałem jej miłość — to, czego został pozbawiony na zawsze.

— Nie sądzę, ojcze, byś miał realną władzę po drugiej stronie. To dość aroganckie założenie — podsumowuję krótko jego idiotyczną wypowiedź.

Podobne jemu bestie przez całe życie uważają, że mają władzę nad innymi. Są panami życia i śmierci, postrachami żywych i umarłych. Jest tak tylko dlatego, że w promieniu kilometrów nie ma nikogo bardziej okrutnego niż oni sami. Są królami istnień, bezdusznymi i zdegenerowanymi gangsterami, których nie trafiają kule gawiedzi. Tymczasem na każdego przychodzi czas… Często jest to na przykład starość. Gdy stają się niedołężni i zmęczeni, tracą czujność. Wtedy pojawia się ktoś młody, dla kogo ukuwana latami legenda nic nie znaczy. Wystarczy dobry plan, by pozbyć się władcy, który już nie nadąża. Innym razem jest to choroba, która powoli odsuwa człowieka od matriksowych pragnień(**), a każe mu doświadczać bólu i próbować przetrwać. Można wygrać z ludźmi, ale z planem swojej duszy się nie zdoła — trzeba mu się poddać. Jedno jest pewne… gdy przychodzi ten czas, olbrzymy zawsze są same. Podczas kolejnych lat swoich rządów jedynymi, którzy z nimi pozostali, są ci, których zdołali do siebie przywiązać szantażem lub siłą. Reszta, a więc osoby, które ich kiedykolwiek kochały, jeśli miały dość szczęścia i odwagi, uciekły… A więc tak — potwory wcześniej czy później umierają w samotności, same ze swoimi myślami, w pustce. Czy można to nazwać wygraną? Myślę, że szczególnie wtedy, gdy byli na szczycie, nie spodziewali się takiego zakończenia. Nie zastanawiali nad tym, że istnieje podnóże tej góry. Nie zorientowali się, że piastowanie pozycji na Olimpie to tylko iluzja, stan przejściowy. Nie ma większej przegranej niż obudzenie się na dnie, w cieniu swoich win.

— Synu… — zaczyna, odchodząc i kierując się w stronę barku. Spogląda na mnie z ukosa, następnie, nie spiesząc się, wyciąga po trzy zamrożone czarne granitowe kamienie i wkłada je do grubych, kutych szklanek.

Dlaczego mnie to nie dziwi? Whiskey neat(***), ale podawana jak on the rocks(****)w szklance wypełnionej kamieniami… Czy nie jest to wystarczająco symboliczne? Naczynia są dwa, nie jedno, jak to zazwyczaj bywa. Wobec tego z niedowierzaniem obserwuję, jak wyciąga butelkę bardzo leciwej Macallan Rare i nalewa godziwą porcję dla każdego z nas. Następnie siada na jednej z kanap otaczających relaksacyjną przestrzeń swojego biura.

— … usiądź. Porozmawiajmy wobec tego o nieśmiertelności.

Obserwuję go, starając się nie ujawniać, jak bardzo stresuje mnie jego zachowanie. Nie zdarzyło się, by kiedykolwiek nalał mi drinka i zaprosił do tej części swojego gabinetu. Jest to miejsce spotkań z partnerami biznesowymi — osobami, które szanuje lub planuje ograć. To tu zazwyczaj zaczyna tkać swoją pajęczynę. Którą z opcji jestem?

Choć piastuję stanowisko księcia ciemności w jego królestwie, traktował mnie zawsze raczej jak pazia. Nie zdarzyło się jeszcze, by zapraszał mnie do stołu, bym mógł w ogóle usiąść. Znam techniki manipulacyjne i wiem, dlaczego tak było. Jaki ma plan i co chce teraz osiągnąć?

— Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? Biorąc pod uwagę to, że jako twój syn muszę się najpierw anonsować, by móc tu wejść, twoja obecna hojność jest nieco zaskakująca, tatusiu — cedzę, biorąc w ręce wyciągniętą do mnie szklankę szlachetnego trunku.

Nie wspominam o swoich najświeższych obrażeniach, ale trudno zrozumieć, dlaczego mógłby chcieć się ze mną napić, gdy dopiero co wkurwiłem go tak, że nadal czuję w ustach metaliczny posmak krwi.

— Tak uważasz? — pyta sarkastycznie. — Myślę, że niebawem możesz zmienić zdanie. Jesteś do mnie bardziej podobny niż sądzisz — zaczyna, gdy siadam.

Patrzę na niego podejrzliwie. Scenariusz mojej dzisiejszej audiencji nie pasuje do niczego, co znam. Myślę, że mój niepokój daje mu wiele satysfakcji, dlatego staram się go ukryć, na ile to możliwe.

— Nie moglibyśmy się bardziej różnić… — syczę, zdradzając swoje obrzydzenie.

— Doprawdy? — pyta z przekonaniem. Jego twarz pozostaje niemalże beznamiętna. Wydaje się być nieco rozbawiony.

— Tak! — mówię z naciskiem.

Próby utrzymania maski na miejscu stają się coraz większym wyzwaniem. Najpierw rozmowa o mamie, teraz drink. O co tu chodzi?

— Wrócimy do tego za chwilę. A teraz porozmawiajmy o interesach. Jak oceniasz działalność klubów?

Spoglądam na niego zdziwiony. Przecież zna każdy detal. Jego psy są wszędzie. Księgowość wszystkich miejsc pod moim kierownictwem jest przetrzepana bardziej niż odbyt po rektoskopii. To, że zgromadziłem już sporą fortunę, wynika tylko z moich umiejętności ukrywania tego, na czym mi zależy, i wysokiej ceny, jaką za te tajemnice płacę. Mój sposób funkcjonowania jest całkowicie podporządkowany temu celowi. Pewny siebie jestem w biznesie. W życiu prywatnym skradam się, by nikt o niczym się nie dowiedział.

— Myślę, że wiesz o nich więcej niż ja. Czy naprawdę potrzebujesz mojego podsumowania? — pytam, bo może zatrzymam to przesłuchanie. Jest pewne, że ma mnie za przygłupa, ale kompletnym idiotą zdecydowanie nie jestem.

— Tak, to prawda. Jednak to suche fakty i liczby. Mam nadzieję, że w ciągu lat pracy dla mnie zdążyłeś się zorientować, że nasza działalność nie opiera się głównie na tym. Naszą realną bronią jest instynkt i o to cię pytam. Może nie jesteś najbardziej naostrzoną kredką w pudełku, ale jedno zdecydowanie masz… są to predyspozycje, charakterystyczne odczucie w trzewiach, że coś jest nie tak… To właśnie to, co czujesz teraz — puentuje ironicznie.

Drań sugeruje, że zdaje sobie sprawę z tego, że odczuwam niepokój wynikający z przebiegu naszej rozmowy. Czy nie jest dziwne, że pierwszy raz w życiu usłyszałem od niego coś miłego? Nie umiem się z tego cieszyć. Pewnie jako dziecko byłbym jeszcze do tego zdolny, ale nie teraz. Ten statek odpłynął dawno, dawno temu. Z drugiej strony to pewna godna podziwu umiejętność — w jednym zdaniu pochwalić kogoś i obrazić. Nienaostrzona kredka — gdyby tylko wiedział…

Wobec mojego milczenia bezsensowne jest czekanie. Czegoś ode mnie chce. Możemy sobie dalej teoretyzować, ale nic z tego nie będzie. Chyba i on to wie. Po dłuższej przerwie zaczyna:

— Ech… — wzdycha niezadowolony nie tylko z braku mojego entuzjazmu, ale także jakiejkolwiek reakcji. — Interesuje mnie twoja opinia. Czy uważasz, że możemy wprowadzić tam cięższy kaliber? Widzę spory potencjał… ale, by to przeprowadzić, twoja kontrola musi być szczelna. Rozumiemy się?

A więc o to chodzi. Bezpardonowa walka z konkurencją, moje osobiste spotkania kończące się dożywotnimi problemami ze stawami kolanowymi po wspólnych wizytach na łonie przyrody, połamane palce, przejęte biznesy, odebrane dzielnice, formacyjne wizyty u nieposłusznych nie wystarczą. Prostytucja i lekkie prochy na moim podwórku to także za mało… Chce, bym serwował studentom twarde? Chyba go, kurwa, pojebało.

— Nie ma takiej możliwości — cedzę przez zęby. — Wiem dobrze, że od lat masz to w swojej garści. Wiem też, gdzie i z kim. Dziękuję za tę nadzwyczajną możliwość rozbudowania mojego portfolio, ojcze. Wystarczy mi to, co mam. Tymczasem tymi śmieciami mogą się zajmować te same kurwy co dotąd! — Patrzę mu głęboko w oczy, tak by wiedział, że owszem, jestem jego wasalem, ale każdy wyznacza swoje granice. Pass!

To prawda. Wiem o tym od dawna. Mam na to swoje sposoby i własnych ludzi, którzy wiedzą, czym jest wartościowa informacja. Zdaję sobie sprawę, że większość stolicy jest w rękach jego i jego trolli. I niech się w to bawią. Jednak w mojej opinii serwowanie ścierwa celebrytom i znudzonym prawnikom, którzy w godziwym stopniu są często, że tak powiem, systemowo zdegenerowani, to jedna rzecz. Grupa tych ostatnich ma do czynienia z mnóstwem patologii — korupcją, śmiercią, przestępstwami, chciwością, stresem i strachem… Jeśli chcą prawdziwej kariery lub pragną zabłysnąć w towarzystwie im podobnych, muszą zacząć się brukać. To ich pierwszy cel. Potem pozostaje już tylko znieczulanie się. Od tego się zaczyna. Ale inną rzeczą jest to... Studenci — ludzie na początku życia, mający cele, ambicje, często niewinność, odkładający ją jedynie na moment, na jedną imprezę… tacy jak ona, Malina. Po, kurwa, moim trupie! Już teraz płacę krocie za ochronę, by żadna z podobnych jej studentek nie została zgwałcona na naszym terenie. Muszę się bardzo nagimnastykować, by mój ojciec nie dopatrzył się, że towar temu służący ma u nas minimalne zejście i że właściwie to ja go kupuję, każąc swoim ludziom wyprowadzać go poza moje biznesy.

— Ha! — wybucha złośliwym śmiechem. — To zabawne, że wierzysz w to, że masz jakikolwiek wybór. Jeśli zdecyduję, że tak ma być, tak będzie. Nie wydałem ci polecenia. Zadałem pytanie. To gest zaufania i szacunku dla tego, co robisz. Myślałem, że stałeś się mężczyzną i mogę z tobą nareszcie zacząć rozmawiać jak z partnerem. Doceń to — mówi ze spokojem i jakąś przedziwną pewnością.

Słysząc to, nie dowierzam. Partnerem! Ja? Raczej niewolnikiem, zakładnikiem, sługą — kimkolwiek, ale z pewnością nie partnerem.

Mierzy mnie lodowatym spojrzeniem, zupełnie jakby było dla niego prawdziwą męką czekanie, aż rozpuszczony bachor przestanie rzucać klockami, których nie udało mu się ułożyć. Problem w tym, że nie mówimy tu o żadnej małostkowości ani napadzie szału choleryka, a o śmierci, którą mam rozdawać jak lizaki na pikniku majowym. Dlaczego? Bo on tak chce.

— Partnerem? Kurwa, nie do wiary! — komentuję, wypijając whiskey jednym haustem. Nie czuję palenia w przełyku, choć ta ilość alkoholu powinna skończyć się dusznościami.

Mam wrażenie, że jestem znieczulony strachem i wściekłością. Podnoszę się natychmiast, kiwając przecząco głową. Gęste, przydługie już czarne włosy opadają mi na zakrwawiony policzek. Odkładam szklankę z taką energią, że jest bliska pęknięcia. Odwracam się w kierunku drzwi i zaczynam iść.

— Adam! Ani się, kurwa, waż! — syczy złowrogo.

Nie powstrzymuje mnie to. Ignoruję go i idę dalej. Chwytam klamkę i czuję natychmiastową ulgę. Po raz pierwszy w życiu wychodzę w ten sposób. Jest to magicznie uwalniające, daje mi poczucie siły i jeszcze więcej odwagi. Mam wrażenie, jakbym robił się większy, potężniejszy tylko dlatego, że nareszcie udało mi się powiedzieć „nie”. To epickie uczucie. Niech robi, co chce, ale nie zdoła mnie do niczego zmusić…

— Malina… — wypowiada szeptem tak głośnym, jak świst strzały, która wbije się zaraz w moje plecy.

Staję zmrożony, w pół kroku. Mam wrażenie, jakby powietrze, ruch, dosłownie wszystko się zatrzymało. Czy on to naprawdę powiedział, czy tylko mi się zdawało?

Nie odwracam się raptownie, pozorując, że to było tylko złudzenie wywołane odlotem, iluzją potęgi, która zaledwie chwilę temu wypełniała mój umysł. Wysadził ją w powietrze jednym słowem… o ile je wypowiedział.

Kątem oka spoglądam w jego stronę. Na stole przed nim leży spora czarna koperta. W dłoniach obraca jakiś przedmiot, którego nie potrafię zidentyfikować. Może byłoby to możliwe, gdyby, kurwa, jak normalny człowiek, siedział bliżej… Staram się szybko wymyślić jakiś sposób na to, aby stać się nonszalancki i obojętny, by go zmylić. Może jeśli pokażę mu, że to imię nic dla mnie nie znaczy, uwierzy.

Co ja gadam? Nie byłby w stanie uwierzyć, nawet gdybym oferował mu ją na tacy. Wie, on po prostu wie. Brnę w głupotę, bo nic innego mi nie pozostało. Odwracam się od niego ponownie, grając va banque. Drżącą ręką sięgam ku klamce. Gdy od opuszczenia tej krainy zła dzieli mnie już tylko jeden ruch, słyszę coś, co momentalnie przywraca mnie do roli niewolnika:

— Nie wiedziałem, że gustujesz w rudych, synu. Jednak patrząc na nią, rozumiem twój zachwyt. Nie przypuszczałem, że masz to w sobie… że jesteś w stanie wytrwać z jedną tyle czasu. Ile to już? Mogę się mylić… Pozwól, że nie będę określał precyzyjnych ram. Na moje oko to, hmm… — milknie nagle.

Choć wpadam w wewnętrzną panikę, wiem, ile zależy od tego, jak zachowam się w ciągu najbliższych kilku minut. Wszystko. Odwracam się lekko, udając obojętność. Nie nawiązując kontaktu wzrokowego, zaczynam:

— Nigdy nie interesowałeś się moimi dziwkami. Skąd ta nagła fascynacja życiem erotycznym jednego z twoich sług? — silę się na maksymalną dawkę sarkazmu, parskając śmiechem. — Aaa! — Unoszę palec, jakbym chciał krzyknąć: „Eureka!” — No tak, to już ten moment w życiu starzejącego się przykurzonego lisa. Rajcują go myśli o ruchaniu młodych dup i podglądaniu cudzych dokonań. A ta… uwierz, kiedy powiem, że to nie mit, jeśli chodzi o ryże. Jest napalona i niemożliwa do zaspokojenia. Jeśli zaś chodzi o twój… hmmm… kłopot, są na to tabletki. Słyszałem, że działają.

Mam nadzieję, że rzuci się na mnie. Gdybym w coś wierzył, prawdopodobnie bym się teraz pomodlił. Przekierowanie jego myśli na wściekłość i agresję dałoby mi więcej czasu na przygotowanie się, zbadanie jego intencji i wiedzy. Ten jednak jest jak kamień, nie unosi wzroku.

Posyłam mu spojrzenie, które mnie wiele kosztuje. Musi go przekonać, że to, co stanowi jedyny sens mojego krótkiego życia, jest dla mnie niczym więcej niż śmieciem. Może to sobie wziąć i zrobić z tym, co chce. Nic to dla mnie nie znaczy.

Krótkie życie… Nie chodzi o mój wiek biologiczny. Czuję, że żyję od chwili, w której na mnie spojrzała. Moment, gdy na moich oczach zapłonęła jak pochodnia… Było w niej tyle wewnętrznego ognia w tych pierwszych minutach naszej znajomości, że nie dało się przejść obok niej obojętnie. Każda wymiana zdań, każde spojrzenie pełne złości, fascynacji, a może i pogardy sprawiały, że stawałem się na powrót żywy. Mój wiek duchowy to nieco więcej niż półtora roku — dokładnie pięćset pięćdziesiąt pięć dni szaleństwa, któremu nie bez walki się oddałem. Mam wrażenie, że nie schodziłem z ringu przez pierwszy rok. Szarpałem się z nią, nie poddawałem. To, co ze mną przeszła… Mój styl życia na pewno rodził w niej wiele pytań, a już na pewno wątpliwości. Gołym okiem widać było moje niejasne interesy, sposób prowadzenia się i szemrane towarzystwo. Ostatecznie jednak, nawet gdyby pominąć tę sferę, pozostawało nieustanne boksowanie się z nią, odpychanie jej uczuć, próby unikania nie tylko odpowiedzialności za własne czyny, ale i szczerości wobec niej. Wszystko na nic. Nigdy nie powiem, że się poddałem. Po dziś dzień każda chwila z nią jest jak rollercoaster — nie tylko ze względu na nasze charaktery, ale i na to, że moje życie jest symbolem jednej prawdy: wszystko, co dla mnie ważne, tracę; wszystko, co kocham, jest mi odbierane. Dlatego biłem się z jej miłością. Stawałem przed nią, poddając w wątpliwość każde płoche, wypełnione nadzieją spojrzenie. Szczególnie to, które błagało o czułość i proste rozwiązania. Abyśmy się pokochali i żyli długo i szczęśliwie. Abyśmy, zanurzeni w szczenięcej, pełnej pasji, szalonej miłości, mogli wypełniać swoje dni śmiechem i drżeniem naszych dzikich serc. Kurwa…

Ręką drżącą jak przy Parkinsonie przeczesuję swoje włosy — te same, które jeszcze dziś z całych sił ciągnęła, gdy, topiąc się w sobie, szybowaliśmy w ekstazie. Staram się zachować kamienną twarz. Gra toczy się o najwyższą dla mnie stawkę. Dopóki piłka jest w grze, nie przegrałem. Biorę głęboki oddech, dziękując Bogu, że ojciec, próbując wywrzeć na mnie piorunujące wrażenie, nawet na mnie nie spojrzał. Nie dostrzegł więc, że zacząłem się pocić. Moje skronie zdobią krople trwogi, a utrzymywana z trudem maska nosi ślady pęknięć. Gdy spoglądam na niego, unosi symbolicznie swoją bladą, trupią dłoń, odsłaniając, co w niej trzyma. Jest to kosmyk włosów. Rudych.

— Gdybym chciał pokazać, ile jest we mnie pasji, po jednym razie ze mną szukałbyś jej bezimiennego grobu, gówniarzu. Emocje jednak to coś, co zachowuję specjalnie dla twojej matki. Gdy się spotkamy, otrzyma je wszystkie w darze — mówi beznamiętnie. Wydaje się przy tym zanurzać we wspomnieniach. — Swoją drogą ciekaw jestem, czy masz moje geny, czy to jej zdradziecki jad płynie w twoich żyłach? Gdybyś był mój, kochałbyś tylko raz, na śmierć… — ciągnie, obracając włosy Maliny między palcami. — Ale wracając do niej... skoro nie ma dla ciebie żadnego znaczenia, może oddam ją w nagrodę tym, którzy wykonają zadanie, którym dziś tak lekkomyślnie wzgardziłeś. Na dobrą zabawę trzeba zasłużyć. Moi partnerzy biznesowi znają zasady gry. Zawsze wynagradzam ich adekwatnie… a mieć coś po moim synu, hmmm, to zaszczyt.

Kiedy to słyszę, orientuję się, że wszystko stracone. Przegrałem i nie wiem, jak wyjść z tej klęski z twarzą. Gdy opuszczę to biuro, Malina najpewniej jeszcze dziś zginie. Nie dlatego, że ojciec jest pewny swego, ale dlatego, że jeśli zgadł, jeśli ta kobieta pulsuje w moim sercu, zrobi to, by coś udowodnić. Jeśli nie ma dla mnie wartości, co za różnica — to tylko jedna nic nieznacząca osoba. Jej zniknięcie nie zrobi wrażenia na reszcie.

Wiem, że gdy ponownie usiądę w fotelu, o ile posiadam jeszcze jakąś cząstkę duszy, zaprzedam ją. Ale nie tylko to. Siadając, przyznam się do własnych uczuć, pokażę, że coś na tym świecie kocham. To także może skończyć się dla niej śmiercią w naszej dalszej rozgrywce. Czy istnieje trzecia droga? Czy można z tego wybrnąć?

Czuję się całkowicie bezbronny i przegrany. Co ja zrobiłem! Jak mogłem ją w to wciągnąć?!

W geście ostatniej szansy gram na parszywym, zmutowanym instrumencie, który został ulepiony rękami człowieka przede mną — na swojej zepsutej, czarnej stronie. Opieram się o drzwi biura, pozornie znudzony. Podnoszę na niego martwe oczy. Wyciągam papierosa, odpalam i zaciągam się głęboko. Gdy wydycham powietrze, wiem, że muszę mu coś dać, ale w taki sposób, aby i sobie podarować szansę na wprowadzenie zmian, które odwrócą jego uwagę i pozwolą mu o niej zapomnieć.

— Partner… czy wiesz, że całe życie marzyłem, byś w końcu zobaczył, że jestem ci wierny jak pies? Byś dostrzegł, że podczas gdy matka wybrała nowe życie zamiast syna, ja zostałem z tobą, starając się jak debil zaspokoić twoje ambicje, wprawić w dumę? Zawsze pragnąłem, byś mnie zauważył. W odróżnieniu od niej wykonuję każde twoje polecenie. Każesz skoczyć, pytam jak wysoko. Każesz strzelać, pytam, czy po to, by zabić. Każesz prowadzić swoje najbardziej brudne interesy, pytam, gdzie i kiedy… — zaczynam, udając pewność siebie.

Wiem już, w którą stronę iść. Z każdym słowem czuję, że kieruje mną jakaś siła wyższa. Może ta naiwna myśl, że coś dobrego mnie inspiruje, pozwoli mi ocalić własną duszę.

— …I co za to dostaję? Ofertę nie do odrzucenia. Chcesz narzucić mi handlowanie prochami, które mogliby wykonywać twoi żołnierze? Sądziłem, że myślisz strategicznie. Twoim celem od zawsze było prowadzenie przeze mnie przezroczystych biznesów, wybielanie gówna, pudrowanie ścierwa. Teraz chcesz do mojego niemal nieskazitelnego interesu wrzucić końskie łajno, bez namysłu dokonując spustoszenia w projekcie, do którego nie dało się nigdy przyczepić. Powiedz mi, starzejesz się, że przestajesz mieć wyczucie, o którym tak kwieciście wcześniej mówiłeś? — brnę.

Spoglądam na niego i widzę w tych oczach błysk wściekłości. Nienawidzi, gdy ktokolwiek poddaje w wątpliwość jego autorytet. Każda próba kończyła się dla pechowców kulką. Igram teraz ze śmiercią, ale co mam do stracenia? Nie czekam na jego reakcję, mówiąc dalej:

— Rozumiem, że interesują cię nowe drogi, ale nie ruszaj czegoś, co jest szczelne i dopracowane. Nie chcesz, bym się tym zajmował? Oddaj to komuś. Najlepiej Damianowi. On dokładnie wie, co robić. Po to go szkoliłem... na wypadek, gdyby coś mi się stało. Możesz nie zdawać sobie z tego teraz sprawy, możesz mieć mnie za idiotę, za „nienaostrzoną kredkę”, ale zawsze dbałem o to, by rodzinny biznes przetrwał każdą burzę, nawet gdybym był nieobecny czy martwy. Dlaczego, kurwa? Nie wiem. Chcesz to rozchwiać? Chcesz demolki? Przesuń mnie. Zawracaj mi dupę dilerką. To byłby nie pierwszy raz, gdy źle wybierasz. Chcesz nas osłabić? Twoja wola. Myślisz o rudej dupie… Sądzisz, że cipa może mieć dla mnie znaczenie? Okej. Słabe, typowe, nieadekwatne… bez znaczenia. Ten biznes to moje życie. Przemyśl to i zastanów się. Chcesz partnera? To nie rozgrywaj mnie jak uczniaka, jebanego amatora. Nie jestem nim i nigdy nie byłem. Chcesz wierzyć w bajkę, którą sam sobie napisałeś? Wezmę popcorn i będę z ciekawością patrzył, jak topisz wszystko, co zbudowaliśmy. Tak. Zbudowaliśmy. Ja i ty, razem! Jestem zbyt doświadczony na takie partactwo, bo wyszkolony przez ciebie, kurwa. Nie do złamania, jeśli nie zauważyłeś. Niedoceniony. Przemyśl to…

Zaciągam się ponownie papierosem. Odwracam na pięcie i otwieram drzwi. Krystyna spogląda na mnie, prostując się nagle w swoim fotelu. Zapewne przywdziewa zbroję, przygotowując się na kolejny, nieunikniony atak.

— Adam! — moje imię na jego języku, wypowiedziane w taki sposób, brzmi niemal czule. Odwracam się i patrzę mu w oczy. Widzę w nich mieszankę wściekłości i zaciekawienia. — Wróć… — mówi miękko.

Pierwszy raz słyszę taki ton. Krótka dyrektywa, po której następuje szybkie uruchomienie mojego oprogramowania. Przyjęcie kodu. Przetworzenie. Słyszę klik drzwi zamykających się za mną kolejny już dzisiaj raz i szelest rękawów mojej kurtki poruszających się ze mną w jednym rytmie. Powolne kroki przybliżają mnie do celu. Może ocalenia. Siadam w fotelu. W moich dłoniach ląduje czarna koperta. Przeglądam ją. Na zdjęciach jest Malina: w szkole, z Moniką, w bieliźnie sfotografowana z dachu sąsiedniego budynku, na kuchennym blacie i ja w niej, potem na motorze ze mną, a na końcu oddalająca się szybkim krokiem od osoby trzymającej jej kosmyk włosów. Patrzę na te zdjęcia beznamiętnie, a potem rzucam przed siebie. Klatki mieniące się szczęściem, jedynym światłem w moim życiu, wyściełają podłogę i mroczny blat stołu króla ciemności. Ciśnięte w niebyt, ulatujące jak niechciane prawdy, jak coś, co nie miało prawa zaistnieć. Zupełnie jak ja i wszystko, co mnie dotyczy — moje życie, szczęście i miłość. Nie mają racji bytu. Jest tylko to, co tu. Czerń oczu złego człowieka i jego scenariusz na moje życie. Ukucie mnie na jego kopię i miarę.

— Zatem zacznijmy od nowa… — mówi, a ja wiem, że nie ma tu mojej wygranej. Nigdy nie mogło jej być.

 

 

MALINA

#Płomień

Ogniem jej płonę, iskrą się skrzę,w jaskrawych brzegach ogniska się tlę.Pochodnią jestem nieznanych słów,cieniem światła migoczących w niej snów.

 

I płonę, i płonę, i spalam się caływ niej, we śnie mienię się żarem.Ogniki swym tańcem we mnie się jeżą,hipnotyczną swą wizją serce me grzeją.

 

Gromnicą jestem jej złudzeń i tęsknot,przekleństwem każdej z miliona pieszczot,podczas gdy ona jest dla mnie jak klejnot,maniacką myślą, bolesną jak piętno.

 

Profil czerni w źrenicy mej błyska,przekleństwem się mienię, zło we mnie tryska.Jestem jej rytmem, wijącym koszmarem,lecz dla mego cienia ona jest darem.

 

 

Odkąd byłam dzieckiem, marzyłam o prostym życiu. Jak niemal każda dziewczynka, na początku miałam małą szmacianą lalkę, którą kołysałam na rękach. Obserwowałam zakochanych w sobie rodziców, których oczkiem w głowie byłam, i układałam plan, w ramach którego powtórzę znany scenariusz. Czego chcieć więcej poza białą suknią, domem, dzieckiem i dobrym mężem? To wokół właśnie takich wizji koncentrują się pierwsze dziewczęce myśli. Dopiero później, obserwując świat, młode kobiety zaczynają planować, jaką funkcję w nim obejmą. Pierwszym projektem jest zazwyczaj rodzina i dom. I tak było i w moim przypadku.

Chwile wypełnione śmiechem i kolorowymi wstążkami szybko przerwała żałoba, która całkowicie zmieniła mój świat. Wraz z nią lustro, w którym przegląda się każda dziewczynka, rozpadło się na miliony kawałków. Odszedł jedyny wzór kobiecej siły, czułości i miłości nieporównywalnej do żadnej innej. Strata, której doświadczyłam, była dotkliwa i zdefiniowała mnie jako młodą kobietę. Pamiętam swoją głęboką wiarę w to, że wokół tego dramatycznego wydarzenia będą krążyć jedyne w moim życiorysie myśli wypełnione cierpieniem. Powstanie granica, po przekroczeniu której nie może zdarzyć się nic gorszego, co mogłoby dotknąć mnie mocniej, bo nie poniosę już większej straty. Jakże mogłabym, jeśli nie istnieje nic bardziej bolesnego?

Ukułam nowy plan: napiszę historię mojego życia dobrze i odpowiedzialnie. Będę nad wszystkim panować i wszystko kontrolować. W konsekwencji, poza drobnymi wpadkami, moje lata dojrzewania nie mogłyby być bardziej nudne, przewidywalne i kompletnie nieciekawe. Własne decyzje i szczelny kokon ochrony, który utkał wokół mnie nadopiekuńczy tata, ograniczyły mnie i zamknęły przed wszystkim, co mogłoby mnie zranić.

Mam wrażenie, że jeden wieczór zmienił trajektorię mojego życia. Noc, podczas której zajrzałam w jego dzikie oczy… To niespodziewane i niemiłe doświadczenie kompletnie zrujnowało mój cierpliwie tworzony, nudny i przewidywalny wizerunek. Było nim wyobrażenie, że jestem constans, a w mojej osobowości nie występują już żadne amplitudy, pozostając jedynie wspomnieniem jednego wybryku młodości. Przy tym niechcianym mężczyźnie rozgorzałam jak pochodnia, która żyje tylko po to, by spłonąć.

Adam zburzył wszystkie wyobrażenia, które miałam o sobie i o przyszłości — o tym, co chcę zrobić ze swoim życiem i o czym marzę. Jedynym planem, jaki wtedy miałam, był zwyczajny, przewidywalny życiorys. Pęknięcia na nim pojawiły się już w pierwszych tygodniach naszej znajomości. Pamiętam, gdy oburzona niespodziewaną bliskością podczas przejażdżki motorem poza Warszawę, a potem jego kilkutygodniowym milczeniem, szłam ulicą, myśląc, że pragnę od życia czegoś więcej. Rozważania te, początkowo z nim powiązane, stały się nagle w ciągu tych kilku chwil spaceru moją nową konstytucją. Pomyślałam wtedy, że go nie chcę, bo zwiastuje same kłopoty. Dni pełne rozterek i uporczywych myśli, bez żadnego kontaktu z jego strony, zszarpały mi nerwy, doprowadzając do twardych decyzji. Paradoksalnie nasiliły się we mnie uporczywie pojawiające się refleksje na temat życia. Czym jest? Czy jestem szczęśliwa i zadowolona z obecnego stanu rzeczy? Odpowiedź była jasna jak jeszcze pełne blasku, lecz zaczynające już zachodzić słońce. Przeświecało przez liście drzew przepięknej alei prowadzącej do mojego domu, budząc we mnie potrzebę zmian. Czasem przychodzi taka jedna chwila — błysk, podczas którego zaduma nad własnym losem rodzi konsekwencje, bo nie odlatuje jak zapomniana, nic nieznacząca myśl. Analizowałam wtedy obraz moich dni, sposób spędzania czasu i stwierdziłam, że musiał mnie dopaść bezgraniczny smutek... Nie angażuję się w kontakty z innymi, poza ściśle ograniczonym kręgiem. Należą do niego sami mężczyźni — mój ojciec, wujkowie i Mariusz. Jedynym wyjątkiem jest Monika, która bocznym wejściem wkradła się do mojego serca i w nim pozostała. Resztę traktuję z dystansem, ostrożnością i na wszelki wypadek reaguję brakiem zaangażowania. Unikam związków, bliskości i nie czuję żadnego podekscytowania na myśl, że miałabym spotkać się z kolegą, który właśnie próbował zaprosić mnie na randkę. Co to za życie? Czy tak ma wyglądać? Tak mam przeżyć kilkadziesiąt lat, by na koniec umrzeć, a potem zacząć wszystko od nowa? To niemożliwe, by dusza wcielała się po coś tak marnego…

Te myśli wywołały rewolucję i jak błyskawica naznaczyły moje spojrzenie na świat. Poczułam w tamtym momencie, że pragnę kompletnej zmiany, że od tej chwili zacznę żyć i czuć. Jakże symboliczne było to, że zaledwie po chwili Adam zagrodził mi drogę. Stanął przede mną, zasłaniając słońce. Wielki, mroczny, wściekły. Jego czarna maszyna i osobowość — większe niż świat. Urósł jak góra, żądając miejsca w moim sercu, rozpychając się w dniach, myślach i planach.

Zastanawiam się, czy życie mogło potoczyć się inaczej. Kim bym była, gdybym nie szła tamtą drogą? Albo lepiej — gdybym nie poszła z Moniką do tego klubu? Codziennie stawiam sobie pytanie, kim jestem dziś, niemal dwa lata później, i nadal tego nie wiem. Wszystko miesza się w koktajlu miłości, wątpliwości, nieufności i podejrzeń. Jestem jak jego satelita, czuła na każdy gest i spojrzenie pełne nieujawnionych koszmarów. Jak antena przeczuwająca każdą erupcję niewypowiedzianych rozterek. Jak worek dla chaosu i męki ukrytej pod udręczonymi spojrzeniami, których treści nie zna nikt poza nim. Czy było warto? Czy moje trwanie u jego boku ma sens? Czy istnieje gdzieś skraj poświęcania swojej równowagi psychicznej na rzecz osoby, którą się do granic możliwości kocha? Gdzie jest kres samopoświęcenia i czy w ogóle istnieje?

Czas spędzony w relacji z Adamem przypomina nasze pierwsze spotkanie — jest jak walka. Mam wrażenie, że szarpię się z nim o niego samego, pragnąc stać się jego spokojem, wytchnieniem i skałą, na której mógłby odpocząć. Nie wiem nawet, w którym momencie naszego związku stałam się gąbką dla jego uczuć pełnych wewnętrznej udręki. Chyba było tak od samego początku. Chwile, gdy zbliżał się do mnie, pozwalały mi wierzyć, że jestem w stanie go znaleźć, wydobyć, ocalić, może ostatecznie oswoić. Te rzadkie momenty, gdy pozwalał mi dostrzec skrawki prawdziwego siebie, były pełne magii i mojego poczucia zwycięstwa. Ładowały baterie i pozwalały znaleźć w sobie determinację, by trwać u jego boku. Nie jestem pewna, czy go w ogóle znam. Nie… wprost przeciwnie. Jestem coraz bardziej pewna, że nic o nim nie wiem. Jest go ze mną tylko tyle, na ile sobie pozwoli. Reszta? Jest za ścianą, która oddziela go od świata. Nie wiem, czy ktokolwiek wie, kim jest.

Myślę o tym, jak zaangażowana jestem, jak bardzo pragnęłabym odebrać go temu czemuś, co go tak spala. Najchętniej uciekłabym z nim gdzieś, gdzie moglibyśmy zacząć życie od nowa. Gdzieś, gdzie mógłby stworzyć siebie. Chciałabym go odebrać wszystkiemu, czym jest tu, co go tak dręczy, co nie pozwala mu odnaleźć sensu w tym, co razem tworzymy. Ostatecznie teraz, po tylu miesiącach, nie pragnę niczego bardziej niż odrzuconego niegdyś ze wstrętem standardowego, nudnego życia. Gdy obserwuję, ile dzieje się wokół niego, czuję, że moja wiedza o nim pozostaje śladowa — jest jak jednorożec — mityczna i nieodgadniona.

Gdyby ktoś zadał mi proste pytanie: „Czy jesteś szczęśliwa?”, nie wiedziałabym, co odpowiedzieć. Byłoby to zbyt skomplikowane. Nasz związek jest mozaiką chwil trudnych i tych wypełnionych zachwytem. Jest piękny i paskudny. Momentami wrzący jak lawa, a kiedy indziej zimny jak lód. Nasza miłość to szalone, obsesyjne uczucie pełne niedefiniowalnych poszlak. Szukam dowodów i próbuję dowiedzieć się czegoś więcej. Kopię głeboko, coraz głębiej, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy za męką w jego oczach kryje się coś, co mogłoby mnie zniszczyć. Pragnę go, ubóstwiam te momenty, gdy jego spojrzenie jest wypełnione spokojem. Najczęściej są to chwile, gdy jest we mnie. Tam czuje i słyszy, że go kocham. Reszta… to jakby przed czymś uciekał lub obiecywał sobie, że stanie na drodze wszystkiemu, co może nas zranić. Mam wrażenie, że tworzy podobny dystans między nami, trzymając mnie daleko od swojego serca. Jednocześnie roztacza coś na wzór kokonu ochronnego wokół nas. Nie pozwala nikomu się zbliżyć ani wiedzieć, kim dla niego jestem. Przynajmniej takie mam wrażenie. Nie wiem…

Biję się z myślami, otwierając oczy i spoglądając w półmrok. Pasma świateł i cienia na suficie poruszają się w tańcu wschodzącego słońca. Czuję, jak cząstkę mojego ciała, która nie jest nim przykryta, muska chłód świtu. Jego wytatuowana klatka piersiowa wznosi się z każdym oddechem. Bardzo rzadko zdarza się, by spał tak spokojnie, jak teraz — nie drżąc, nie przewracając gwałtownie z boku na bok. Gęste, czarne włosy, coraz dłuższe w ostatnich miesiącach, opadają na policzek, na którym zaledwie wczoraj pojawiły się świeże obrażenia. Nie pozwolił mi ich dotknąć. Pytany o nie, nic nie odpowiedział.

Znam go… zazwyczaj to on jest osobą, która zadaje ciosy, a nie tą, która staje się ich ofiarą. W czasie spędzonym razem widzę go takim dopiero drugi raz. Pojawił się tu nocą — jak zjawa. Miał martwe oczy. Byłam zaspana i rozdarta, zmęczona wiecznym czekaniem, brakiem wiedzy, trzymaniem mnie na dystans, z dala od jego serca. Chciałam na niego krzyczeć i wydrzeć z niego prawdę. Gdzie był tym razem? Z kim? Czy kogoś ma? Dlaczego wydaje się, jakby nie mógł być mój? Gdzie jest, gdy w jego spojrzeniu jest pustka? Próżnia… taka, jaką znów wczoraj zobaczyłam.

Gdy spojrzałam w te puste oczy, jak idiotka zapragnęłam je wypełnić sobą, moją miłością, podzielić siebie między nas tak, by nie był zupełnie sam. Jak wyrzutek. Wyrósł przede mną. Jego postura, spojrzenie w moje nieprzytomne oczy wydawały się zagadkowe i lodowate. Stałam przed nim lekko potargana, w piżamie. W mgnieniu oka pękł. Już po chwili nicość w nim, ta martwota, zaczęły topić się w cieple, które jednoczyło nas i ożywiało go z każdym dotknięciem mojego ciała. Nie w łóżku, nie w sypialni, nawet nie w salonie. Na podłodze w przedpokoju, jakby to miało go uratować. W ciemności, gdy wyłącznie światło okazjonalnie przejeżdżających nocą samochodów przeświecało przez zasłonięte żaluzje. Nie mógł czekać ani chwili dłużej. Nie wiem nawet, gdzie podziały się moje ubrania. W jednej chwili był za progiem drzwi wejściowych, w kolejnej stał przede mną w korytarzu, patrząc tak, jakby chciał się pożegnać, jakbym widziała go ostatni raz. Przyszedł, by coś powiedzieć, może wykrzyczeć. Przypatrując mi się, nie mógł podjąć decyzji. W końcu próżnię w jego oczach zaczęło zastępować szaleństwo. Po zaledwie chwili leżałam nago na jego kurtce, a on, nadal ubrany, był we mnie.

Nie próbowałam łączyć faktów, ciesząc się, upajając tą chwilą. Czułam, że jest inaczej, że w tej jednej chwili jest naprawdę ze mną. Miałam wrażenie, że nadal śnię i po prawdzie trochę tak było. Położyłam się tego wieczoru dość wcześnie, zmęczona tęsknotą, wiecznym czekaniem i niewiadomą. Myśląc, że to nadal wizja nocna, miałam wrażenie, że jest bliżej mnie niż kiedykolwiek dotąd. Gdybym nie czuła trzeźwości w jego pocałunkach, byłabym pewna, że coś wypił. Szeptał coś niezrozumiałego, jakby mówił do siebie. Próbowałam się wsłuchać, nie zadając pytań, by go nie płoszyć. Taki był początek jego spowiedzi. Był jakby owładnięty manią znalezienia się bliżej mnie. Pomyślałam: „Nareszcie!” — jest ze mną, we mnie, obok, wokół mnie. Jest mój.

Gdy doszedł do szczytu uniesienia, gdy w tym samym momencie i ja się tam znalazłam, po raz pierwszy w życiu usłyszałam ciche „kocham cię”. Ledwo słyszalne zawyło we mnie jak najgłośniejszy krzyk. Wypowiedziane z mocą jak syk, jak coś, co nie miało nigdy nastąpić, ale się stało. Można by się spodziewać, że potem nastąpiła cisza, następnie czułość wypełniona wzajemnymi wyznaniami… Nic z tego. Potem wszystko zaczęło się od nowa i od nowa, i od nowa — i kolejny raz. Nie pamiętam, ile ich było. Każdy szczyt kończył się kolejnym wyznaniem, coraz głośniejszym, wypełnionym większą złością. Zaczęłam się bać. Nie tego, że ktoś taki mnie kocha, nie oczywistego wariactwa, ale tego, że ten sen może się skończyć. Moją największą trwogą było to, że Adam może rano wstać, wyjść, zniknąć i przestać mnie kochać.

Od dawna czułam, że jest tam uczucie, że za jego dzikością i nieporadną czułością ukrywa się moja bratnia dusza. Czekałam, że pojawi się któregoś dnia i zdejmie tę zbroję. Wczoraj nareszcie poczułam to całą sobą. Głęboko w sercu i duszy, w każdym pchnięciu bioder i uderzeniu jego serca… bijącego dla mnie, do mnie. Czułam miłość graniczącą z obłędem, uwielbienie dla mnie, pomieszanie zmysłów — moje i jego, nas obydwojga naraz. Ostatecznie oprzytomniałam w chwili, gdy zaczęłam błagać Boga, by to trwało i nigdy się nie skończyło. Dotyk nazwanego nareszcie uczucia Adama był niesamowicie bliski stanowi utraty świadomości, a może nawet śmierci. Jednocześnie jawił się jako doświadczenie zjednoczenia w nowym istnieniu — takim, w którym nie jest się osobno, lecz tylko tu i teraz, w bezczasie.

Finał był delikatny. To ostatnie połączenie było jak latanie motyla — bezszelestne, dostrzegalne jedynie kącikiem oka. Zdałam sobie wówczas sprawę, że właśnie doświadczyłam zmaterializowanej fizycznej miłości, która była jak rytm muzyki, poruszała się ze światłami, cieniami i w chórze ujawnień. Ich powtarzającą się treścią było „kocham cię”, wypowiadane niczym niekończąca się mantra. Utonęłam w tych słowach, objęta ciepłem i żelaznym uściskiem jego serca, bez oddechu, bez chęci dalszego istnienia poza tym cudownym miejscem, które powstało dziś we mnie. Katedrą — naszym jedynym azylem.

Teraz patrzę na niego i choć zaschnięta krew na jego policzku krzyczy, że coś jest nie tak, pierwszy raz czuję spokój. Wczorajsza ja budziłaby go i żądała wyjaśnień. Wrzeszczałaby, może szarpała jego koszulę i domagała się wytłumaczenia, odpowiedzi na tysiące pytań, wyjawienia tajemnic. Dzisiejsza ja? Ta, która wczoraj usłyszała od niego dwa najcenniejsze słowa, jest spokojna i czeka. Może czekać tysiące lat w jego objęciach i nic nie będzie ważne. Ważne jest jedynie to cenne miejsce w moim sercu — schronienie dla naszych dusz: jego strapionej i mojej, która chce dać mu wszystko, siebie, bez opamiętania, bez końca, bez kresu, bez… W rytm tego zaklęcia usypiam, czując jego spokojny oddech w moich włosach. Jest mój, nareszcie się poddał...

Śnię o nas trzymających się za rękę w zwykłym życiu. O takim świecie, w którym codziennie budziłabym się spokojna w jego objęciach. Gdzie miałabym odpowiedzi na wszystkie pytania lub tych pytań wcale by nie było. W rzeczywistości, w której Adam by nie znikał, nie miał tajemnic i mrocznego spojrzenia. O życiu pozbawionym mojego strachu.

W momencie, gdy ponownie otwieram oczy, czuję przenikliwe zimno i ból. Moje ciało pokryte jest coraz wyraźniejszymi sińcami będącymi świadectwem siły jego szorstkich palców. Z każdą chwilą stają się coraz bardziej wyraźne i symboliczne jak rany. Na udach widzę zaschnięte dowody tej nocy, zdając sobie sprawę, że pierwszy raz w całej naszej wręcz robotycznej, maniackiej małostkowości i dokładności dotyczącej tej sfery nie użyliśmy zabezpieczenia. Rozglądam się wokół, poruszając jedynie oczami. Nie mogę się ruszyć, jestem kompletnie sztywna. Nie ma go. Jestem sama.

Podnoszę się z trudem, przeczesując pomieszczenie wzrokiem… Nie rozumiem, w jakiej rzeczywistości się właśnie ocknęłam po tym, czego dopiero co doświadczyłam. Kontrast jest zbyt wielki, niepojęty i niezrozumiały.

Na pytanie, gdzie Adam się podział, znajduję odpowiedź umieszczoną na poduszce, zaledwie kilka centymetrów od mojej twarzy. To kartka, na której widnieją dwa słowa... Nie. Nie są to te, które tyle razy dziś w nocy słyszałam, w rytm których narodziłam się na nowo i teraz żyję. Te, na które patrzę, brzmią: „To koniec.”

 

 

* Posiadać Nemezis — mieć wroga o wysokim potencjale, który jest szczególnie trudny do pokonania. Często relacja ta ma charakter głęboko zakorzenionej rywalizacji lub konfliktu opartego na równorzędnych możliwościach, ale stojących po przeciwnych stronach wartości. Często jest to starcie sposobów myślenia. Czasami Nemezis nie jest tylko rywalem, ale kimś, kto wprowadza obsesyjne pragnienie konfrontacji. Może napędzać do działania, ale też pochłaniać myśli i wysiłki, wydobywając z człowieka zarówno najlepsze, jak i najgorsze cechy. Taka relacja może być ekstremalnie toksyczna lub twórcza.

** Matriksowe pragnienia — chęci, potrzeby i dążenia, które są w dużej mierze wynikiem wpływu sztucznie narzuconych systemów, norm społecznych, technologii i konsumpcjonizmu. Są to pragnienia, które mogą wynikać bardziej z programowania zewnętrznego, np. przez kulturę masową niż z autentycznych, wewnętrznych potrzeb człowieka. Ceną, którą ponosi każdy przyjmujący te pragnienia jako swoje, jest ich powierzchowność, podtrzymywanie systemu, uzależnienie od zewnętrznych bodźców oraz oderwanie od rzeczywistości.

*** Whisky neat — sposób serwowania whiskey, w którym alkohol podawany jest w czystej postaci, bez dodatków takich jak lód i woda. Jest to najbardziej minimalistyczny sposób spożywania whiskey, który pozwala docenić oryginalny smak, aromat i teksturę trunku.

**** Whiskey on the rocks — sposób serwowania whiskey, w którym trunek podaje się z kostkami lodu. Delikatne schłodzenie napoju łagodzi jego smak, rozcieńczając go. Podawany z kamieniami zamiast lodu nadal pozwala na poznanie smaku, bez rozcieńczania.