Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Barwnie napisana opowieść o brytyjskim ataku na niemiecką bazę morską w okupowanym francuskim porcie Saint-Nazaire podczas II wojny światowej. Nocna akcja z 28 marca 1942 roku została przeprowadzona przez połączone siły Royal Navy i brytyjskich komandosów. Jej głównym celem był suchy dok – wówczas największy na świecie i jedyny na atlantyckim wybrzeżu zdolny pomieścić niemiecki pancernik „Tirpitz”.
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 3 godz. 19 min
Lektor: Jacek Jońca
Ilustracja na okładce: GMJ
Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18710-8
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Kapitan Marynarki Królewskiej George Gonin wszedł do gmachu Admiralicji od strony prospektu Mall. Idąc korytarzem, utrzymanym w stylu typowego ratusza ze środkowej Anglii, oddawał raz po raz honory wojskowe.
Wyżsi stopniem oficerowie ledwie zatrzymywali na nim spojrzenie. Niektórzy z nich mogli się jedynie domyślać, że ten starszy wiekiem kapitan jest pracownikiem Naval Intelligence Division1. A już tylko paru ludzi w Admiralicji wiedziało, czym Gonin zajmuje się w NID.
Po zwolnieniu z marynarki wojennej pracował przez wiele lat w Antwerpii i stał się specjalistą od spraw linii wybrzeża, portów i wód śródlądowych Holandii, Belgii i północnej Francji. Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby nie natrafiono na Gonina, wywiad morski mógłby zawiesić swą działalność na kołku. Było w tym wiele przesady, ale też i ziarno prawdy. Osoby odpowiedzialne za rozpoznanie wybrzeża po drugiej stronie kanału La Manche i nad Morzem Północnym dopuściły się bowiem w okresie międzywojennym poważnych zaniedbań. Wiara w militarną potęgę Francji była tak silna, że brytyjskie ośrodki planowania i wywiadu nie brały pod uwagę, iż mogą w przyszłości potrzebować informacji o jej portach oraz fortyfikacjach obronnych…
Kapitan Gonin szedł jak co dzień rano długim korytarzem, który kończył się jak gdyby małą nawą poprzeczną. Ta część pomieszczeń, oddzielona od pozostałych rzędami filarów, należała do biur Ośrodka Wywiadu Operacyjnego, pracującego dla sztabu marynarki.
Panował tu hałas i rozgardiasz jak w redakcji dziennika. Co chwila odzywały się telefony, prowadzono jednocześnie po kilka rozmów. W wąskich przejściach, łączących poszczególne pokoje, mijały się sekretarki z plikami dokumentów oraz taśmami wyrwanymi z dalekopisów.
Gonin lubił tę atmosferę. Lubił ten gmach, który Churchill nazwał „ogromnym monstrum przytłaczającym swoim wyglądem promenadę Gwardii Konnej”.
– Niech sobie będzie monstrum – powiedział ubawiony Gonin, kiedy powtórzono mu to określenie. – W każdym razie jest to najlepiej zabezpieczony przed bombami budynek w Londynie. Gruba na dwadzieścia stóp ściana z żelazobetonu – to nie byle co! Nie chciałbym znajdować się na miejscu premiera w jego schronie w Storey Gate, zaledwie o sześćset jardów* od nas. Zapewne myśli niejednokrotnie o tym, czy kolejny nalot nie spowoduje zalania schronu wodami Tamizy…
Kapitan zdawał sobie jednak sprawę, jak wysoką cenę płacili za bezpieczeństwo ludzie tu zatrudnieni. Byli całkowicie odizolowani od świata zewnętrznego. Nie docierały do ich pomieszczeń odgłosy ulicy, a także śpiew ptaków i szum drzew z pobliskiego parku Świętego Jakuba. Nie wiedzieli nawet, czy pada deszcz, czy też świeci słońce. Paliło się tutaj zawsze elektryczne światło, ponieważ nie było okien. Tak wyglądało serce NID.
Kapitan Gonin otworzył drzwi swego pokoju i wszedł do środka. Przekręcił wyłącznik, zdjął czapkę i ściągnął z siebie marynarski płaszcz. Miał zwyczaj przystępowania od razu do pracy. Podszedł do sejfu w ścianie i wyjął pokaźnych rozmiarów publikację, która przypominała album prac graficznych.
Na okładce wydrukowano dużymi literami: „Port w Saint-Nazaire. Dok «Normandie». Opis nowych śluz wraz z rysunkami”. Pod spodem zaś: Instytut Projektów Inżynieryjnych na Great George Street.
Ilekroć Gonin brał do rąk tę publikację, zawsze uśmiechał się ironicznie. Trafił na nią zupełnie przypadkowo. Jeden z jego kolegów znał pewnego inżyniera z tegoż instytutu, który – dziwnym zbiegiem okoliczności – mieścił się niedaleko od gmachu Admiralicji. Z tego faktu Gonin wysnuł wniosek, że wywiad morski, podobnie zresztą jak i inne służby rozpoznawcze, dochodzi niekiedy do ważnych odkryć w sposób z góry nieplanowany lub wręcz przypadkowy. Wartościowe materiały o istotnym znaczeniu dla tajnych operacji zamiast znajdować się w sejfach NID zalegały po prostu na półkach w różnych cywilnych instytucjach i mógł do nich zajrzeć każdy, kto tylko miał na to ochotę.
Usiadł za biurkiem i zaczął studiować opis śluz. Robił to już od dawna, sporządzając przy tym szczegółowe notatki, które przenosił do tajnego brulionu. Na jego okładce umieścił napis: „St. Nazaire – cel ataku”.
Gonin jako jeden z pierwszych w NID wysunął śmiały pomysł rajdu na tę bazę morską w okupowanej przez Niemców zachodniej części Francji. Wielokrotnie rozmawiał na ten temat ze swymi kolegami z wydziału niemieckiego i z sekcji Kriegsmarine. Ryzykowny projekt, uznawany początkowo za fantazję, stopniowo zaczął wywoływać coraz większe zainteresowanie i znajdować nowych zwolenników. Z dokonywanych analiz niezbicie wynikało, że w nabierającej rozmachu bitwie o Atlantyk francuskie porty Brest, Lorient i St. Nazaire odgrywają zasadniczą rolę, o wiele ważniejszą niż porty norweskie.
Niemcy urządzili w nich bazy dla swoich okrętów podwodnych, tam znalazły schronienie ciężkie jednostki nawodne Kriegsmarine, stamtąd wreszcie bez przeszkód można było wypływać na ocean. Każdy z pracowników NID zdawał sobie z tego sprawę, ale tylko nieliczni wiedzieli, że jedna z tych baz – St. Nazaire – spełnia w tym systemie rolę szczególną. Jeszcze przed wojną Francuzi zbudowali tam nowoczesny suchy dok „Normandie”, zaliczany do największych na świecie, który w warunkach wojennych mógł być wykorzystany do przeglądu i remontów wszystkich bez wyjątku krążowników i pancerników Kriegsmarine. Na liście tych jednostek znajdował się też „Tirpitz” – bliźniak zatopionego „Bismarcka”, groźny olbrzym wywołujący niepokój w Admiralicji od czasu, gdy wszedł do akcji.
Jeszcze świeżo w pamięci mieli wszyscy rajd „Bismarcka”, który po zatopieniu „Hooda”, dumy Królewskiej Marynarki, wycofywał się pośpiesznie atlantyckim szlakiem do St. Nazaire, bo tylko tam, w doku „Normandie”, ekipy stoczniowców mogły mu przywrócić bojową sprawność i usunąć liczne uszkodzenia. Żaden inny francuski port, choć także wyposażony w urządzenia naprawcze, nie sprostałby temu zadaniu.
„Bismarck” poszedł na dno – m.in. dzięki brawurowej akcji polskiego niszczyciela ORP „Piorun”, który w decydującym momencie jako pierwszy wytropił nieprzyjaciela i zmusił go do nawiązania kontaktu ogniowego, ułatwiając w ten sposób wprowadzenie do walki głównych sił pościgowych – ale na arenie pojawił się wkrótce jego następca, „Tirpitz”.
Cały NID postawiono na nogi, żeby śledzić ruchy tego pancernika. Niemcy tym razem działali ostrożniej – nie mogli sobie pozwolić na stratę największego okrętu. Dopóki „Tirpitz” przebywał w Norwegii, wywiad na ogół szybko uzyskiwał informacje o jego rejsach. W Altafiordzie, gdzie mieściła się jego baza paliwowa, w Trondheim i w innych portach norweskich Brytyjczycy zdołali zorganizować sprawną sieć agentów, którzy drogą radiową meldowali o każdym wyjściu pancernika w morze. Oczywiście były to informacje niepełne, bo nikt poza niemiecką załogą nie wiedział, dokąd i po co okręt wypływa, ale już sam fakt opuszczenia bazy alarmował jednostki Home Fleet operujące na Morzu Północnym.
W tym okresie nie liczono się jeszcze z możliwością skierowania „Tirpitza” do korsarskich działań na Atlantyku. Samotny rejs był mało prawdopodobny. Asysta dwóch innych lekkich pancerników, „Lützowa” i „Scheera”, które także stacjonowały w portach norweskich, nie dawała jeszcze gwarancji przedarcia się na ocean dwoma dostępnymi szlakami – między Szkocją a Islandią lub przez Cieśninę Duńską. Nie dziwi więc, że projekt ataku na St. Nazaire, podnoszony ciągle przez Gonina, nie wchodził w fazę praktycznych przygotowań. Szkoda było ponosić ryzyko w warunkach, kiedy dotarcie „Tirpitza” do obserwowanej ustawicznie francuskiej bazy pozostawało w sferze przypuszczeń.
Sytuacja uległa radykalnej zmianie pół roku później. Korzystając ze sztormowej pogody i mgły, przez kanał La Manche – pod nosem czuwających Brytyjczyków – przepłynął z Brestu do Wilhelmshaven silny zespół Kriegsmarine, złożony z pancerników „Scharnhorst” i „Gneisenau”, ciężkiego krążownika „Prinz Eugen” oraz licznych niszczycieli, torpedowców, trałowców i ścigaczy. Był to zaskakujący policzek dla Royal Navy, panującej rzekomo niepodzielnie w strefie Kanału. Kompromitująca porażka poderwała autorytet Admiralicji, wywołała burzę protestów w prasie i Izbie Gmin, a przygnębienie zapanowało w szerokich kręgach społeczeństwa. W tych dniach goryczy i gniewu uświadomiono sobie, jak bardzo iluzoryczne były nadzieje na przewagę Królewskiej Marynarki na morzu, skoro nieprzyjaciel bezkarnie przedefilował przez strzeżone wody, ignorując nawet artylerię nadbrzeżną.
W Ośrodku Wywiadu Operacyjnego ludzie nie mogli sobie spojrzeć w oczy. Z tym większą zaciekłością przystąpiono do rozwiązania zagadki, w jakim celu Niemcy przegrupowali swe okręty i co mają zamiar uczynić w najbliższych tygodniach. Niewielką pociechą był fakt uszkodzenia „Gneisenaua” i „Scharnhorsta”, które najechały na miny już w pobliżu baz niemieckich.
Wydawało się, że w zmienionej sytuacji operacyjnej, kiedy Kriegsmarine zgromadziła w basenie Morza Północnego wszystkie ciężkie jednostki, nieprzyjaciel podejmie nowe akcje zaczepne – niezależnie od potęgujących się działań okrętów podwodnych. Główną uwagę zwracano nadal na „Tirpitza”, który teraz, w godnym towarzystwie, mógł zintensyfikować swe rajdy i wyjść na dłuższe trasy. Pancernikiem tym interesował się nawet sam Churchill. W odręcznej notatce przekazanej Admiralicji napisał on:
„»Tirpitz« odgrywa wobec nas taką samą rolę, co »King George V« na Oceanie Indyjskim wobec Japończyków. Stwarza poczucie stałej obawy i zagrożenia czającego się ze wszystkich stron. Pojawia się i znika, powodując zamieszanie i zamęt”.
Specjaliści z NID przewidywali dwa warianty działań: rozwinięcie na szerszą skalę akcji przeciwko konwojom płynącym do portów radzieckich przez Morze Barentsa lub przedarcie się zespołu pancerników na Atlantyk.
Pierwszy wariant, choć także niebezpieczny, potraktowano jako mniejsze zło. Konwoje do ZSRR płynęły i tak nieregularnie, dostawy uzbrojenia i sprzętu opóźniały się, mimo składanych oficjalnie deklaracji o gotowości spełniania sojuszniczych zobowiązań. Kierując się wyłącznie własnym interesem i wyrachowaniem politycznym, Brytyjczycy mogli je całkowicie zawiesić na pewien okres – co zresztą nastąpiło kilkakrotnie.
Drugi wariant, z punktu widzenia Londynu, krył w sobie widmo poważniejszej katastrofy. Gdyby „Tirpitz” z grupą innych pancerników zdołał się przedrzeć na ocean – zachęcony świeżym przykładem swobodnego przejścia przez kanał La Manche – i gdyby włączył się do działań korsarskich na Atlantyku, wspierając akcje U-bootów, los wielu konwojów byłby ostatecznie przesądzony. Wielka Brytania opierała swą wojenną egzystencję na dostawach z zewnątrz, głównie ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Przecięcie tych życiodajnych arterii lub zakłócenie ich funkcjonowania groziło następstwami, o których przeciętny mieszkaniec Wysp myślał zawsze z trwogą.
I wtedy właśnie, w obliczu coraz wyraźniej rysującego się niebezpieczeństwa, na porządku dziennym w NID stanęła sprawa rajdu na St. Nazaire. Tylko w tym porcie „Tirpitz” mógł liczyć na remont w razie doznania uszkodzeń podczas swych atlantyckich rejsów. Zniszczenie doku „Normandie” odebrałoby Niemcom tę możliwość i zredukowałoby co najmniej o połowę operacyjną wartość pancernika, która tkwiła nie tylko w jego właściwościach taktyczno-technicznych – w potędze artylerii i grubości pancerza – ale także w sprawności zaplecza, w skomplikowanym zespole środków niezbędnych do regeneracji okrętu. W to zaplecze Brytyjczycy chcieli wymierzyć celny cios.
Gonin mógł więc teraz solidnie zabrać się do roboty.
Tego dnia przez kilka godzin analizował rysunki doku „Normandie” i jeszcze raz dokładnie przyjrzał się jego położeniu w porcie. Obiekt sprawiał imponujące wrażenie – przy swej długości sięgającej blisko 350 metrów i szerokości 50 metrów mógł przyjąć statek lub okręt o wyporności 85 000 ton, a więc każdą ze znanych wówczas jednostek pływających na świecie. Powstał niejako z konieczności, gdy w St. Nazaire przystąpiono do budowy transatlantyku „Normandie” – flagowego statku francuskiej floty pasażerskiej.
Połączono wówczas bezpośrednio z ujściem Loary wielki basen wewnętrzny – Bassin de Penhouet, tworząc w ten sposób trzecie wejście do portu.
Patrząc na rysunki doku, Gonin widział plastycznie cały port.
Dok „Normandie” połączony był z basenem Penhouet, a ten z kolei z basenem zewnętrznym – basenem St. Nazaire.
Do basenu St. Nazaire prowadziły z ujścia Loary dwa bezpośrednie wejścia. Jedno z nich, od południa, niemal równoległe z biegiem rzeki, ochraniały dwa długie falochrony, zbiegające się ku sobie i tworzące awanport, w którym statki oczekiwały na zwolnienie miejsca przy nabrzeżu. Drugie, tzw. Stare Wejście, znajdowało się od strony wschodniej i było chronione przez molo spełniające rolę falochronu, nazwane Starym Molo.
Wyporność „Tirpitza”, wynosząca ponad 42 000 ton, powodowała, że te dwa wejścia nie mogły być w ogóle brane pod uwagę. Przez pierwsze z nich mogła przepłynąć do basenu St. Nazaire, a następnie do basenu Penhouet jednostka o wyporności najwyżej 10 tysięcy ton. Drugie, od strony wschodniej, było jeszcze mniejsze.
Pozostawało więc tylko trzecie wejście – dok „Normandie”, który pełnił jednocześnie funkcję śluzy.
Zamykały go z dwóch stron dwa ogromne kesony – zewnętrzny i wewnętrzny. Gdy statek przesuwał się do basenu Penhouet, kesony były kolejno uruchamiane za pomocą urządzeń z napędem hydraulicznym. Gdy zaś chciano skorzystać z suchego doku, oba kesony zamykano i wypompowywano wodę.
Gonina interesował przede wszystkim zewnętrzny keson, który należało zniszczyć.
Jak tego dokonać?
Zajrzał jeszcze raz do swoich obliczeń w brulionie.
Wrota śluzy w St. Nazaire miały ponad 50 metrów długości, 10 metrów szerokości i 16 metrów wysokości. Była to konstrukcja wyjątkowo silna, zdolna nie tylko powstrzymać ciśnienie wody na zewnątrz, lecz również dobrze zabezpieczona przed przypadkowymi zderzeniami ze statkiem.
Podobnie zaprojektowane i wykonane zostały wrota śluzy w wielkim doku Króla Jerzego V w angielskim porcie Southampton…
Zajęty pracą Gonin nie zauważył nawet, kiedy pojawiła się sekretarka.
– Przesyłka z Medmenham, sir.
Spojrzał na sporych rozmiarów pakiet, który mu podała. W rogu znajdował się symbol „A1”, jedynie pracownicy wywiadu wiedzieli, iż oznacza on informacje najwyższej wagi.
– Kiedy to nadeszło?
– Przed chwilą, sir.
Sekretarka opuściła pokój.
Kapitan nie miał wątpliwości, że są to zdjęcia z ośrodka w Medmenham. Przed paroma miesiącami zwrócił się do wywiadu lotnictwa o sporządzenie – w oparciu o fotografie lotnicze – dużego modelu bazy w St. Nazaire. Później pojechał do Medmenham i dokładnie omówił wszystko z ekspertami. Zdjęcia zostały powiększone do rozmiarów stołu. Można było na nich rozróżnić nie tylko stanowiska dział oraz budynki w porcie, lecz także drzwi do nich.
Nienasyceni saperzy podpułkownika Newmana żądali jednak ciągle nowych danych – i to tak natarczywie, że niekiedy Gonina i jego współpracowników wyprowadzało to z równowagi. Spory kończyły się zazwyczaj pojednawczo, bo w końcu uczestnicy wypadu mieli prawo znać różne, pozornie nawet drobne szczegóły techniczne w urządzeniach i obiektach portowych, które miały być zniszczone. Czekała ich praca w ciemnościach pod morderczym ogniem Niemców.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Komórka wywiadowcza brytyjskiej Royal Navy. [wróć]
