Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
„Kocham cię” – dwa słowa, które mają dawać poczucie bezpieczeństwa. Jednak czasem są po prostu kłamstwem, początkiem manipulacji i precyzyjnie zaplanowanego oszustwa.
Te historie zaczynają się tam, gdzie wiele osób było choć raz – od wiadomości, która przyszła niespodziewanie. Ktoś napisał pierwszy. Ktoś był czuły, uważny, obecny. Słuchał. Rozumiał. Mówił o tym, czego nam brakowało. I sprawił, że po raz pierwszy od dawna pojawiła się nadzieja, że to może być „to”.
Klaudia Ziółkowska oddaje głos kobietom i mężczyznom, którzy zaufali – nie dlatego, że byli naiwni, ale dlatego, że byli spragnieni bliskości, zmęczeni samotnością, po przejściach, po rozwodach, po latach bycia „tą silną / tym silnym”. Pokazuje moment, kiedy zaczynają przesuwać granice: najpierw drobna pomoc bliskiej osobie, potem coraz większe kwoty, aż w końcu wszystko zaczyna się sypać: finanse, zdrowie psychiczne, relacje z bliskimi.
Ta książka składa się z historii, które mogłyby przydarzyć się każdemu z nas. Bo oszuści sprzedają emocje. Tworzą relacje, które wydają się prawdziwsze niż te w realnym życiu. A kiedy znikają, zostaje po nich nie tylko pustka na koncie, ale też wstyd, poczucie winy i pytanie: „Jak mogłam / mogłem tego nie widzieć?”. I bolesne rozczarowanie, że zostało się oszukanym w oczekiwaniu na bliskość.
Mówią, że miłość jest ślepa – w świecie internetu potrafi być też bezlitosna.
Klaudia Ziółkowska – absolwentka filologii polskiej. Dziennikarka z kilkunastoletnim doświadczeniem. Od 2016 roku jest związana z TVN24, gdzie zajmuje się tematyką kryminalną i społeczną. Lubi długie spacery z psem i górskie wędrówki.
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Imiona i nazwiska niektórych osób opisanych w tej książce zostały zmienione w celu ochrony ich prywatności.
Copyright © by Klaudia Ziółkowska
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026
Opieka wydawnicza: Michał Misiorek
Redakcja tekstu: Maja Strzeżek
Adaptacja makiety na potrzeby wydania: Pracownia 12A
Adiustacja i korekta: Pracownia 12A
Promocja i marketing: Martyna Dziadek
Projekt okładki: Agnieszka Gontarz
Fotografia na okładce: Everett Collection / Shutterstock
ISBN 978-83-8399-595-3
www.otwarte.eu
Wydanie I, 2026
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Dla dziadzia Rysia
(12.07.1943 – 30.06.2025)
Osiem lat temu poznałam Martynę. Napisała mail do mojej redakcji. Była zdenerwowana – policja pochwaliła się, że ujęła oszusta matrymonialnego. Martyna wiedziała jednak, jak było naprawdę… Chciała nam o tym opowiedzieć. Spotkałyśmy się w kawiarni w centrum Warszawy. Pamiętam, że zaproponowałam bardziej spokojne miejsce, ale Martyna powiedziała: „Przecież ja nie mam się czego wstydzić”. Miała rację.
Opowiedziała mi wtedy, jak oszust matrymonialny zniszczył jej życie. Mówiła o innych ofiarach. O tym, jak dziewczyny nie miały pieniędzy na jedzenie, jak wstydziła się ich rodzina, jak nie wytrzymywały psychicznie.
Znając sprawę Martyny, zadzwoniłam do służb. Chciałam poznać szczegóły śledztwa. Od jednego z rozmówców usłyszałam: „Masakra, ale te dziewczyny są głupie”.
Zdenerwowały mnie te słowa. Może właśnie z powodu takiego podejścia oszustwa matrymonialne zgłasza zaledwie siedem procent pokrzywdzonych?1
Przecież konsekwencje oszustw matrymonialnych to nie tylko straty finansowe ofiar. Następstwem są przede wszystkim depresja, nieufność, lęk przed wchodzeniem w relacje, obniżone poczucie własnej wartości.
To nieprawda, że osoby zmanipulowane przez oszustów matrymonialnych są niemądre, naiwne, gorsze. Są odważne. Mimo palącego wstydu bohaterki i bohaterowie tych reportaży zdecydowali się walczyć o sprawiedliwość – nie tylko dla siebie, także dla innych.
Jeden z prokuratorów, który prowadził śledztwo w sprawie oszustwa matrymonialnego, powiedział mi:
– Dziennikarze często skupiają się na sprawcy, na oszuście matrymonialnym, a nie śledzą losów jego ofiar. Gdybyśmy wnikliwiej jako społeczeństwo przyjrzeli się osobom pokrzywdzonym, być może nasze podejście do tych przestępstw by się zmieniło.
I właśnie dlatego napisałam tę książkę.
Impotent, który seksem leczył
Zgasił światło w ogólnodostępnej kuchni młodzieżowego schroniska i powiedział spokojnie: „Rozpoczynamy leczenie”.
Akurat nie miał przy sobie narzędzi, ale bardzo chciał pomóc. Alicjastała przed nim w bluzie od piżamy i legginsach. Poprosił, żeby się rozebrała. Kiedy to zrobiła, zaczął badać ją dłonią. Nikt mu nie przeszkodził, nikt nagle nie wszedł do kuchni, o tej porze goście schroniska już spali. „To nie rak jajnika – stwierdził stanowczo, z pełnym przekonaniem, po badaniu. – To rak trzustki”.
On nie był lekarzem, a ona była zdrowa.
*
Alicja nie boi się pająków, węży, ciemności. Nie ma gęsiej skórki, gdy stoi na krawędzi dziesięciopiętrowego bloku albo gdy w samolocie budzą ją turbulencje. Umiera ze strachu, kiedy słyszy słowo „choroba”. Nie oswoiła śmierci. Dwa miesiące wcześniej niespodziewanie zmarł jej dziadek. Wcale nie skarżył się na dolegliwości zdrowotne, ale któregoś dnia Alicja zauważyła, że zaczął powłóczyć nogą. „Jedziemy na izbę przyjęć” – zadecydowała i niemal siłą zaprowadziła go do samochodu.
Na szpitalnym korytarzu dziadkowi opadł kącik ust. Już z trudem wyrzucał wnuczce, że zabrała go na SOR, bo jemu przecież nic nie jest. Przytomność stracił nagle. Udar, a później kolejna diagnoza – rak. Co zostało zaatakowane najpierw? Na to pytanie lekarze nie potrafili odpowiedzieć – za dużo przerzutów. Leczenia nie zalecili.
Mama Alicji nie zgodziła się na przewiezienie ojca do hospicjum, zabrała go do domu. Opiekowali się nim wszyscy, dyżurowo, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Alicja, jej dziesięcioro rodzeństwa, mama i tata. Karmili, przewijali, opowiadali mu, co u nich słychać. Sam nie mógł już mówić. Zmarł po miesiącu. Byli z nim do końca.
– Po śmierci dziadzia wspierał mnie mój chłopak. To był też trudny czas dla niego. Sam stracił mamę w wieku ośmiu lat, też przez nowotwór. Po jej śmierci nie było mu łatwo i to zburzyło jego poczucie bezpieczeństwa. Zawsze myślałam, co by się stało, gdyby przez chorobę stracił też mnie. To bardzo pogłębiło mój strach. Ciągle myślałam, że jeśli ja zachoruję, moi bliscy mogą sobie z tym nie poradzić – mówi Alicja.
*
Po pogrzebie dziadka Alicja była bardzo osłabiona. Znowu przypomniała o sobie anemia, na którą leczy się od kilku lat. Ciągle by spała, a na jej zawsze nieskazitelnej cerze pojawiły się wypryski.
– Pamiętam to okropne zmęczenie, problemem było dla mnie przenieść talerz z pierogami z kuchni do pokoju – wspomina.
Nie miała kiedy wypocząć. Pracowała na cały etat w banku i studiowała zaocznie.
Na weekendowe zjazdy do oddalonego o sto pięćdziesiąt kilometrów Wrocławia nie wyjeżdżała w piątek wieczorem. Wolała zaoszczędzić. Budzik dzwonił w soboty zawsze o trzeciej. Często przed świtem Alicja była już w pociągu i prosto z dworca szła na uczelnię. Następną noc spędzała we wrocławskim schronisku młodzieżowym w centrum miasta.
– Warunki nie były tam zachwycające. Stare dywany, przypadkowe, niepasujące do siebie meble, wieloosobowe pokoje. Ale cena, dwadzieścia osiem złotych za dobę, to wszystko rekompensowała. Nocowali tam głównie studenci, ale czasem pojawiał się ktoś nowy.
Podczas jednego z weekendów zatrzymał się tam niejaki Marek Ronkowski, hrabia – w każdym razie tak się przedstawiał.
Była jesień 2016 roku.
*
Ronkowski spotkał Alicję w kuchni schroniska, kiedy wieczorem przyszła zrobić sobie kolację. Drobna brunetka, krótkie włosy, bez makijażu, z podkrążonymi oczami, na nogach od szesnastu godzin. Czuła się wykończona. Chciała szybko zjeść i pójść spać. On siedział przy stole z dwoma studentami, prowadził ożywioną rozmowę o chorobach i dolegliwościach. Niski, siwy, wąsaty, po sześćdziesiątce. Miał na sobie elegancką, starannie wyprasowaną jasną koszulę, a na jego nadgarstku błyszczał złoty Rolex. „Na niedoskonałości na twarzy powinnaś zastosować soki z owoców pomelo” – zagadnął nagle Ronkowski Alicję, patrząc na jej cerę.
Postawiła talerz z tostami na jego stoliku i przysiadła się.
– Zauważyłam, że nie ma jedynki. Przedstawił się jako Marek Ronkowski, onkolog z Kliniki Królewskiej w Maladze w Hiszpanii. Mówił, że leczy same sławy. Rozwodził się na temat różnych chorób. Chwalił się bogactwem, wspomniał o willi z basenem. Pokazywał nam zegarek, sygnet z platyny, zdjęcia córki i pacjentów. Zastanawialiśmy się więc, co on tu w takim razie robi. Ale miał na to wytłumaczenie. Wyjaśnił, że chciał kupić w sieci zegarek wart dwieście szesnaście tysięcy złotych, jednak przy transakcji zablokowała mu się karta. W ten sposób stracił dostęp do wszystkich kont i dlatego zatrzymał się w schronisku.
Z uwagą słuchał, kiedy Alicja mówiła o swoich problemach ze zdrowiem. O tym, że ma anemię, że kilka razy z tego powodu leżała w szpitalu. Dopytywał o jej rodzinę, chłopaka, prosił o szczegóły.
Aż nagle rzucił: „Dlaczego nie nosisz okularów? Masz przecież wadę wzroku”.
„Skąd pan to wie?” – zdziwiła się Alicja.
„Jestem lekarzem. Czy nie wypadają ci przypadkiem włosy?”
„Wypadają”.
„Nie masz wysypki?”
„Mam”.
„Nie chce ci się ostatnio częściej spać?”
„Zdecydowanie tak, mam taki problem”.
„Wiem, co ci jest”.
*
– Zapytał mnie, ile jestem w stanie zrobić dla swojego życia i zdrowia. Zaskoczył mnie. Odpowiedziałam, że nie wiem. A on zadał kolejne pytanie: „Czy jesteś w stanie zrobić wszystko, żeby być zdrowa?”. Odparłam, że dużo, ale na pewno nie wszystko. Potem szczegółowo wypytywał mnie o zdrowie. Prosił, żebym poczekała, aż wszyscy wyjdą z kuchni, wtedy powie, co mi dolega.
Spojrzał jej w oczy i oznajmił: „Moim zdaniem to może być rak trzustki”.
Odjęło jej mowę.
– Byłam oszołomiona.
Alicji od razu przypomniał się ciężko chory dziadek leżący w białej pościeli na łóżku w jej rodzinnym domu. Później zobaczyła twarz mamy, zbolałą, kiedy trumna z ciałem dziadka znikała w grobie. W kotłowaninie myśli pojawili się jej chłopak i młodsze rodzeństwo… Co się z nimi stanie, jeśli ją stracą?
„Mogę przeprowadzić blokowanie receptorów – kontynuował Ronkowski. – To zablokuje rozwój choroby przynajmniej na chwilę. Wtedy będziesz mogła zacząć leczenie. Jeżeli tego nie zrobisz, zostanie ci kilka miesięcy życia”.
– Gdy teraz o tym myślę – mówi Alicja – to widzę, jak bardzo dążył do tego, aby przeprowadzić badanie. Podkreślał, że wszystkie symptomy się zgadzają. Robił wszystko, żebym nie wyszła z kuchni, żebym się zgodziła. Z perspektywy czasu wiem, że za wszelką cenę nie chciał dopuścić, abym się kogoś poradziła, spotkała kogoś na korytarzu, kto mi odradzi. Obawiał się, że do kogoś zadzwonię. Jego plan był taki: musisz zostać, ponieważ musimy się dowiedzieć, co się z tobą dzieje. Bardzo się bałam choroby, pewnie dlatego się zgodziłam.
Siedzieli przy niskim stoliku na drewnianej narożnikowej ławie, obok lodówki i zlewu.
– Byłam przerażona, nie myślałam logicznie. Blokowanie receptorów? Nie mogłam nawet sprawdzić w telefonie, czy coś takiego istnieje. Nie było czasu – tłumaczy teraz.
„To nowatorska metoda. Muszę dotykać różnych miejsc na twoim ciele przez całą noc, a później jeszcze dzień – objaśniał spokojnie Ronkowski, wyglądał na zatroskanego. – Będę obserwował, jak twój organizm reaguje na leczenie. Nie będziesz mogła dziś pójść spać. Wiesz, mam córkę w twoim wieku, bardzo ją kocham. Nie wyobrażam sobie, żeby zachorowała, dlatego chcę ci pomóc”.
– Myślałam, że mnie traktuje tak jak swoją córkę. Miałam dwadzieścia trzy lata. Nie byłam nigdy u ginekologa i nie miałam pojęcia, jak niektóre badania powinny wyglądać. Poza tym nie jestem osobą, która w człowieku widzi od razu oszusta. Nawet nie pomyślałam, że chce mnie wykorzystać.
*
Rozpoczęło się badanie. Drzwi nie były zamknięte na klucz, w każdej chwili ktoś mógł wejść do kuchni. Uniosła piżamę, a on zaczął wodzić palcami po jej plecach. „Zobacz – odezwał się – na twojej skórze pojawiają się czerwone kropki”.
– Miał rację. Podejrzewam, że one były już wcześniej, ale wtedy uznałam: zna się na rzeczy – mówi Alicja.
„Nie możemy tego tak zostawić – zaniepokoił się Ronkowski. – Trzeba to wszystko sprawdzić, zbadać”.
„Nie mówiłam tego nikomu, ale ostatnio mam problem z oddawaniem moczu”.
„Dlaczego wcześniej o tym nie powiedziałaś? Przecież teraz muszę sprawdzić twoje narządy intymne”.
Zabrzmiało to tak, jakby Alicja nie pozostawiła mu wyboru. A że nie miał ze sobą narzędzi ginekologicznych, postanowił improwizować.
– Nie powiedział wprost, jak będzie mnie badał, ale mówił tak pokrętnie, że zrozumiałam, że członkiem. Nie zgodziłam się na to. Miałam chłopaka i dla mnie to byłoby zdradą. Poza tym nabrałam wątpliwości: badanie bez sprzętu lekarskiego, poza gabinetem? Chciałam to przerwać, ale wtedy podszedł mnie psychologicznie. „Przecież dla twojego chłopaka na pewno najważniejsze jest twoje zdrowie, zwłaszcza jeżeli miał styczność z tą chorobą – tłumaczył. – Stracił mamę. Na pewno zrobiłby wszystko, żebyś była zdrowa. Poza tym jak mogłaś pomyśleć, że chodzi mi o członka. Chodziło mi o palce”.
Kiedy to mówił, mięśnie jego twarzy napięły się, rysy się wyostrzyły. Nie był już spokojny, głośno przełykał ślinę. „Wiesz, moja żona też zmarła przez raka – zwierzył się. – Długo zwlekała z pójściem do lekarza, a przecież czas w chorobach nowotworowych ma ogromne znaczenie. Bardzo ją kochałem. Naprawdę chcę ci pomóc. Nie możemy czekać. Nie powinienem tego robić, bo to wbrew zasadom lekarskim, ale nie bez powodu los połączył nas ze sobą w tym miejscu”.
– Próbował wywołać we mnie poczucie winy. Mówił, że przez swoje głupie uprzedzenia przegram walkę o własne zdrowie.
*
W końcu ją przekonał i zgasił światło, nie było potrzebne przy badaniu.
Najpierw poprosił, żeby zdjęła bluzę od piżamy. Stanika nie miała. Przez blisko dziesięć minut dotykał jej piersi. Powiedział, że sprawdza, czy są guzy. Następnie zsunęła legginsy i majtki i poczuła jego palce w pochwie i odbycie.
– Później, podczas przesłuchania, musiałam odpowiedzieć policjantom, mężczyznom, czy wkładał jeden, czy dwa palce – przypomina sobie.
Nie mówił dużo, przekazywał tylko niezbędne polecenia. Poprosił na przykład, aby siadła na jego kolanach. Łatwiej mu będzie przeprowadzić badanie, a ona sama uniknie nieprzyjemnego leżenia na zimnym stole. „Jeżeli będzie ci łatwiej, możesz mnie pocałować” – poradził.
Na te słowa Alicja odruchowo się odsunęła. Kiedy Ronkowski skończył badanie, zapalił światło i spokojnie podszedł do zlewu umyć ręce. „Z narządami płciowymi wszystko dobrze, choć są nieco spuchnięte. To rak trzustki” – postawił diagnozę.
– Zgodziłam się na badanie, ponieważ myślałam, że robię to dla swojego zdrowia. Poza tym byłam bardzo zmęczona, nie myślałam trzeźwo. Do dziś się zastanawiam, jak mogło do tego dojść. Jak w ogóle mogłam uwierzyć, że to normalne badanie?
*
– Następnego dnia zajęcia miałam od ósmej rano, chciałam więc iść do siebie, on jednak nie pozwolił mi wyjść, kazał zostać w kuchni. Twierdził, że musi mnie obserwować, ponieważ boi się, że coś może mi się stać po badaniu. Z tego powodu odradzał mi też pójście na zajęcia. Zawsze byłam bardzo sumienna, a tego dnia referowałam z koleżankami nasz projekt. Ostatecznie zgodziłam się, że opuszczę wszystkie zajęcia z wyjątkiem tych jednych, a do swojego pokoju poszłam dopiero wtedy, kiedy nikogo tam nie było, bo wszyscy byli już na zajęciach.
Okazało się, że Ronkowski musi przeprowadzić jeszcze jedno blokowanie receptorów. Umówili się właśnie w jej pokoju. Alicja położyła się na łóżku i zapytała, czy może zostać w bieliźnie. „Nie, muszę widzieć całe twoje ciało. Zdejmij wszystkie ubrania”.
Najpierw ułożyła się na plecach, a później na brzuchu.
– Czułam się skrępowana, ale pamiętałam, że to doświadczony lekarz, że mi pomaga.
Badanie trwało kilkanaście minut.
Schronisko opuścili razem. Kiedy mijali recepcję, portierka podniosła na nich wzrok i powiedziała do Ronkowskiego: „Co tam, panie doktorku?”1.
Alicję zdziwił jej ton. Nie wiedziała, że recepcjonistka zna prawdziwe nazwisko Ronkowskiego. Widziała przecież jego dowód osobisty, a też słyszała, jak przedstawia się innym i tytułuje doktorem. Miała swoje podejrzenia.
*
Odprowadził Alicję na uniwersytet, a potem usiadł na ławce nieopodal i czekał. Wciąż chciał mieć na nią oko. Widziała go z okna. Próbowała zaprezentować projekt, ale nie mogła się skupić – w głowie miała tylko jedno zdanie: „Jestem chora”. Od razu po zajęciach wróciła do Ronkowskiego.
– Powiedział wtedy, że muszę kupić nowy telefon, najlepiej Huawei P8 Lite. Mówił, że w Szwajcarii jest grupa naukowców, którzy opracowali aplikację do monitorowania stanu zdrowia po przyłożeniu telefonu do ciała. Polecił mi takie badanie. Później z wynikami miałam wrócić do niego, a on miał przeprowadzić operację w Maladze. Uwierzyłam w to. Czytałam sporo o urządzeniach, które mają już funkcję monitorowania stanu zdrowia. Pomyślałam: dlaczego nie miałby w taką aplikację być wyposażony telefon?
Alicja nie miała jednak przy sobie gotówki, więc Ronkowski zaproponował jej zakup na raty. Kiedy okazało się, że bank odmówił, zirytował się, a jego twarz znów stała się gniewna.
– Powiedział, że mogłam ich okłamać, że dłużej mam umowę o pracę. Poszliśmy więc do Galerii Dominikańskiej do T-Mobile. Zapytaliśmy, czy mogę wziąć telefon na abonament. Udało się. Zapłaciłam dziewięć złotych. Dałam mu go, bo miał wgrać aplikację i odesłać mi pocztą.
Później udali się do Bazyliki Świętej Elżbiety przy Rynku. Uklęknęli przed ołtarzem i modlili się o zdrowie Alicji. Kiedy dochodziła godzina odjazdu pociągu, którym studentka miała wrócić do domu, Ronkowski odprowadził ją na dworzec. Tam miał do niej jeszcze jedną prośbę: „Czy możesz mi pożyczyć trzysta złotych na bilet? Moja córka wkrótce ci przeleje”.
Alicja zgodziła się, pamiętała, że przecież miał zablokowane konto.
Na pożegnanie ustalili jeszcze, że będą się komunikować mailowo.
*
– Tak naprawdę nasza znajomość trwała kilka dni. Po powrocie do domu postanowiłam, że nikomu nie powiem o swojej chorobie. Dla mnie najważniejsze było, aby nie martwić bliskich. Jeszcze tego samego dnia zaczęłam korespondencję z lekarzem hrabią.
Ronkowski: „Asta loco, jestem już w Casa Gibralfaro czyli w domu2. Teraz piszę to, co obiecałem, do kliniki. A jak się czujesz?”.
Alicja: „Cieszę się, że Pan szczęśliwie dotarł. Czuję się dobrze, a Pan?”.
Ronkowski: „Jestem trochę wykończony tym wszystkim, ale będzie ok. Rozmawiałem z Angelą. Jest szczęśliwa, że pomogłem Tobie. Za kilka dni będzie w Warszawie. Czy mogę jej podać Twojego mejla?”3.
– Nie pomyślałam, żeby pójść do szpitala na badania. Wszystko działo się bardzo szybko, nie zdążyłam. W pewnym momencie Ronkowski zasugerował w mailach, że moja choroba przeszła na niego i przez to czuje się gorzej. Pomyślałam: dziwne, o co mu chodzi…? Wtedy zaczęłam mieć podejrzenia, że to oszustwo. Kilka dni później skontaktowała się ze mną jego córka. Pisała, że jej ojciec się źle poczuł, jest chory i umiera. Twierdziła, że gdyby nie ja, to nic złego by się nie stało. Zapytała mnie, co się wydarzyło. Opowiedziałam o raku trzustki, o blokowaniu receptorów, o tym, że przekazałam mu telefon, aby wgrał mi aplikację, że czekam na swoje wyniki badań. Obiecała, że wszystkim się zajmie.
Córka Ronkowskiego relacjonowała coraz bardziej niepokojącą sytuację w Maladze: „Z fadrem jest bardzo źle, nie wiem, co będzie”. „Umiera, bo zrobił coś dla kogoś. Musisz być tego warta”. „On teraz śpi, ale Ty mu nie pomożesz, skoro umiera, muszę to zaakceptować, ale dlaczego to zrobił? Wyjaśnij mi proszę”4.
Do korespondencji dołącza niejaki Juan Rodriguez de Pilar, rzekomy lekarz, który współpracuje z Ronkowskim: „Profesor Ronkowski przesłał informację o pilnym przeprowadzeniu pełnych badań onkologicznych. Proszę o pilny kontakt pod tym adresem celem uzgodnienia terminu lub przez kontakt z Angelą Banderas-Ronkowską”.
Alicja odpowiada: „Witam, chcę, żeby badania były przeprowadzone w klinice w Poznaniu”.
Rodriguez de Pilar odradza: „Prosimy o wybranie kliniki z naszej strony. Nie możemy zrobić nic więcej, ponieważ jest pani pacjentem Marco Ronkowskiego, który w tej chwili jest niedysponowany. Szanujemy sposób i techniki, jakimi się nasz kolega posługuje, ale bez jego wiedzy nie możemy zdecydować inaczej. Nadmieniamy, że córka profesora jest bardzo zaangażowana, by jak najszybciej przeprowadzono pani badania onkologiczne”5.
– Później zaczęły się dziać rzeczy jeszcze bardziej niewiarygodne. Stan Ronkowskiego miał się poprawić, ale jego córka obwiniała mnie, że jej ojciec stracił wolę życia, bo się we mnie zakochał, a ja go odrzuciłam. Jednocześnie zapraszała mnie do Malagi. Odpisałam jej, że nie przyjadę. Po wymianie kilku maili kontakt z nią się urwał. Na początku myślałam, że jej ojciec zmarł i dlatego mi nie odpisuje. Coś jednak w tej historii przestało mi pasować. W końcu opowiedziałam wszystko koleżance, a ona… wysłała mi link do artykułu pod tytułem O hrabim, który leczył seksem. „Słuchaj, historia podobna do twojej. To nie jest ten facet?” – dopytywała.
Z tekstu Alicja dowiaduje się, że Ronkowski jest oszustem.
– A ja poszłam do lekarza i dowiedziałam się, że jestem zdrowa – mówi Alicja.
*
Przełom roku 2009 i 2010.
Prasa w całej Polsce rozpisuje się o pięćdziesięcioletnim spawaczu z Zakopanego, który młodym dziewczynom wmawiał choroby nowotworowe, a później proponował – jak to ujęto – leczenie swoim penisem. Dziennikarze wymyślają chwytliwe tytuły: „Leczył” seksem, stanie przed sądem6, 50-letni „hrabia” leczył seksem za 1300 złotych7, Uzdrowiciel seksem usłyszał zarzuty8.
Zdzisław M. – używający różnych fałszywych nazwisk – skrzywdził kilka młodych kobiet z Podhala i Warszawy. Oszukiwał i „leczył” od kilkudziesięciu lat. Zawsze działał tak samo. Przedstawiał się jako hrabia, krewny Antonia Banderasa i szeroko znany w Szwajcarii onkolog. Posługując się medyczną terminologią, wzbudzał zaufanie. Mówił, że czyta choroby z siatkówki oka, a kiedy już wmówił ofiarom nowotwór, proponował pionierską metodę.
Nie wyłudzał od swoich ofiar ogromnych sum. Zazwyczaj były to pieniądze potrzebne mu na pociąg albo na telefony na abonament.
*
Właściwie to nie pochodził z Zakopanego, choć do gór miał słabość, ale z Pomorza Gdańskiego. Jego życie tak się ułożyło, że tuż po ukończeniu dwudziestu lat więzienia stały się dla niego niemal permanentnym miejscem pobytu, co zapewniło mu sposobność odwiedzenia wielu urokliwych zakątków Polski.
Po raz pierwszy trafił do celi w malowniczym Prudniku w czerwcu 1979 roku. Opuścił ją w listopadzie tego samego roku, ale już po dziewięciu miesiącach zameldował się w więzieniu w Starogardzie Gdańskim, gdzie spędził trzy miesiące. Po pięciu miesiącach, przebywając akurat w okolicach Nowego Sącza, po popełnieniu kolejnego przestępstwa na pięć miesięcy trafił do tamtejszego zakładu karnego przy ulicy Pijarskiej – dawnego klasztoru. Dwa miesiące zajęło mu, żeby powrócić do klimatycznego Nowego Sącza, tym razem na pół roku. Po siedmiu miesiącach rozkoszowania się wolnością swoje kroki skierował do zabytkowego zespołu aresztu śledczego w centrum Katowic, wzniesionego jeszcze przez Niemców, gdzie bawił aż rok. Po tak długim pobycie na Śląsku postanowił udać się na Pomorze. Był początek 1984 roku. Wtedy to przelotem – jakby w ramach jednodniowego rekonesansu – odwiedził Wejherowo i Sztum, po czym pojechał na południe i zrobił dwudziestoczterogodzinny przystanek w Rzeszowie; kolejny podobny był w Chełmie na Lubelszczyźnie. Ponownie – i w dodatku dwa razy – zaliczył Nowy Sącz, po nim zaś były jeszcze Kwidzyn, Kraków oraz warszawskie ośrodki na Służewcu i w Białołęce.
Natomiast w Maladze miał inne lokum – siedemdziesięcioczterometrowy dom z basenem, który kupił za pieniądze wygrane na hiszpańskiej loterii. Zostało mu jeszcze na prawdziwego, oczywiście, Rolexa, z którym lubił się obnosić przed swoimi ofiarami. Podczas pobytu w Hiszpanii wyruszał na Camino de Santiago, Szlak Świętego Jakuba, gdzie świadczył swoje usługi pielgrzymom.
Można o tym przeczytać na internetowych forach.
Pelargino: „Słynny polski oszust Zdzisław Fałszywy Hrabia upatrzył sobie Camino, gdzie wyłapuje swoje ofiary, przedstawia się jako Zdzisław Wajda, muzyk, dźwiękowiec pracujący przy najsłynniejszych produkcjach filmowych, miliarder. Mówi, że jest chory na białaczkę i jeszcze w tym roku umrze. Oczywiście ma problemy z kartą i zablokowane konta, a potrzebuje drogich leków, itd. Ostatnio widziano go w Albergue A Santiago w Belorado. Idzie w kierunku przeciwnym. W Polsce znany jako Zdzisław Hrabia Muszyński, onkolog ginekolog, który leczy seksem kobiety (serio sprawdźcie w necie). Mały, bardzo chudy, z siwym wąsem. Krótko ostrzyżony, ok. 60 lat. Wzbudza zaufanie. Uważajcie na niego”9.
J. i M.: „My mieliśmy (nie)przyjemność spotkać tego człowieka dokładnie 13 czerwca 2017 w Boente. Tego dnia strasznie lalo, wszyscy w Albergue mieli brudne i przemoknięte buty i suszyli peleryny. Zdzisław wszedł w czyściuteńkich sandałach i białych spodniach, wyglądało to tak jakby dopiero co wysiadł z samochodu. W schronisku byliśmy jedynymi Polakami i Zdzisław dołączył do naszego towarzystwa. Przez sześć godzin opowiadał nam o swojej chorobie (białaczce), o życiu w luksusie, o celebrytach, z którymi się przyjaźni i że żona nie żyje, a córka w Australii. Że jest dźwiękowcem i że pracował ze Spilbergiem przy Liście Schinlera i Polańskim przy Pianiście i z różnymi innymi znanymi reżyserami i że jest bardzo zamożną osobą, ale nieoczekiwanie znalazł się w trudnej sytuacji, bo zablokował sobie kartę razem z kontem i jest bez grosza, a lekarstwa się kończą. Na ręce miał zegarek (jak twierdzi) za 15 tys. € i obrączkę z brylantami. Opowiadał, że kupił te cuda za nominacje do Oscara za dźwięk do Listy Shindlera. Jest w tym wszystkim niesamowicie przekonujący… Po kilku dniach spotkaliśmy go jeszcze w polskim albergue na Monte do Gozo… Podobno oszukał sporo osób, a jedną kobietę okradł z wszystkich pieniędzy i dokumentów. Kobieta nie miała jak wrócić do domu. UWAŻAJCIE NA NIEGO”10.
Nessy: „Bardzo ciężko to wytłumaczyć, musiałbyś spotkać tego człowieka, nie posiadając tych wszystkich informacji, czyli pewnego zaplecza krytycyzmu, które sprawia, że jesteś czujny w rozmowie; żeby zrozumieć jak łatwo można dać mu się omamić. W jakiś sposób ten człowiek jest niesamowity (nie umiem znaleźć innego słowa), ponieważ potrafi tak zręcznie lawirować w danym temacie, że nawet, gdy wątpisz w jego informacje; to aż ci się głupio w środku robi, że jesteś niedowiarkiem. On »uwodzi« rozmówcę, nie zaczyna od najcięższego działa typu Oscar za dźwięk, zaczyna od zwykłej rozmowy, mówi o swojej chorobie, o córce. Nie mam pojęcia, czy on wcześniej zgłębił temat branży, czy potrafi tak zmyślać, ale w rozmowie odnosi się wrażenie, że jest to ktoś, kto zna się na rzeczy, mówi z takimi szczegółami i sypie takimi nazwami i nazwiskami, czasem szczegółami z życia prywatnego jakichś osób, że ma się mętlik w głowie i dopiero kiedy się go przestanie słuchać, tj. odejdzie od niego, to włącza się krytyczne myślenie; dopóki on mówi, to człowiek jest jakby »zahipnotyzowany«, a on mówi cały czas. Poza tym, nie wiem czy on »dobiera się« do większych grup, gdy go spotkałam, rozmawialiśmy sami, nie było nikogo w okolicy, w barze, nikogo, na kogo mogłabym spojrzeć i skontrolować, czy ta osoba mu wierzy, czy też ma wątpliwości; nie mogłam też przez to sprawdzić informacji na komórce, niestety jestem tak wychowana, że nie umiem w rozmowie z kimś nagle wyciągnąć telefonu i sobie czegoś przeglądać. Uwierzyłam temu człowiekowi w problem z kartą, uwierzyłam w chorobę, śmierć żony, jego troskę o córkę, potem, gdy zaczął mówić o pracy (co mu wyszło naturalnie, nie było to nagle przechwalanie się, po prostu powiedział, że pracował wiele lat niedaleko mojego miejsca zamieszkania i spytałam grzecznie gdzie), dopóki mówił o szczegółach pracy dźwiękowca, uwierzyłam we wszystko, uwierzyłam, że pracował przy dźwięku do znanych produkcji, przestałam wierzyć w momencie, gdy się rozkręcił i zaczął nadawać o Oscarach, nominacjach i milionach na koncie – do tego momentu wszystko, co mówił wydawało się prawdopodobne, bo niby czemu nie”11.
*
– Musiałam działać, żeby nie skrzywdził kolejnej osoby. Pierwsze, co mi przyszło do głowy: muszę zdobyć jego dane, a później pójść na policję – mówi Alicja.
Poszła do recepcjonistki do schroniska. „Wiedziałam, że coś jest nie tak, kiedy powiedziałaś do niego »panie Marku« – tłumaczyła się kobieta – ale nie miałam cię jak ostrzec. Chodził za tobą krok w krok”.
Alicja zdobyła w schronisku imię i nazwisko samozwańczego hrabiego i pojechała na komisariat we Wrocławiu. Po zgłoszeniu wykorzystania seksualnego funkcjonariusz polecił jej udać się na policję w jej rodzinnym mieście.
– Bardzo się stresowałam, bo nie chciałam, żeby o sprawie dowiedzieli się moi bliscy, ale poszłam tam. Nie mogłam odpuścić.
Na komisariacie trafiła do małego pokoju, który był miejscem pracy trzech policjantów. W dodatku pomieszczenie było przechodnie, więc nieustannie ktoś wchodził i wychodził. W tym rozgardiaszu jeden z mundurowych protokołował zgłoszenie Alicji.
– W takich warunkach musiałam mówić o bardzo intymnych szczegółach. To był bardzo duży dyskomfort. Po przesłuchaniu dowiedziałam się, że teraz mam iść na komisariat w miejscu przestępstwa. Wróciłam więc do Wrocławia. I dopiero wtedy zajęła się mną policjantka, z którą miałam kontakt do końca śledztwa. Nigdy nie żałowałam, że sprawę tę zgłosiłam na policję, choć wiązało się to i wciąż wiąże z dużymi konsekwencjami.
*
Zdzisław M. został zatrzymany przez policję i umieszczony w areszcie we Wrocławiu.
O znajomości z Alicją w prokuraturze powiedział tak: „To ona zapytała mnie, dlaczego mam taki stary telefon. Ja w tym czasie rozmawiałem w kawiarni schroniska z jakimś chłopakiem. Opowiadałem mu o osobie, która leczy seksem, będąc impotentem. W tym samym czasie w jadalni uczyła się jakaś dziewczyna. Z tego, co pamiętam, była niska i miała ciemne włosy. Później rozmawialiśmy wspólnie na różne tematy. W pewnym momencie zapytała mnie, dlaczego mam taki stary telefon. Powiedziałem, że jestem po rozwodzie z żoną i nie chcą mi sprzedać nowego. Powiedziałem jej, że do Polski przyjeżdżam okazjonalnie, bo od 2009 roku mieszkam w Hiszpanii. Wtedy zasugerowała, że kupi mi nowy telefon, pod warunkiem, że będę płacił rachunki. Powiedziała, że pracuje w jakimś urzędzie i może mi wziąć telefon na abonament. Chciałem najtańszy, powiedziała, że dobre są huawei. Jak byliśmy już w salonie, sprzedawca zasugerował droższy model, ja dałem złotówkę, reszta miała być płacona w ratach. Potem odprowadziłem dziewczynę na uniwersytet. Powiedziała, żebym czekał, to czekałem. Wróciliśmy do schroniska i bardzo mnie zdziwiła wrogość recepcjonistki do mnie. Najpierw powiedziała: »I co, doktorku?«, jakby chciała coś tej dziewczynie powiedzieć, ale się bała. Dwa razy pytałem, czy jest pewna, że ten telefon mi kupi, ale powiedziała, że wszystko jest okej”12.
Sąd skazał go na trzy lata więzienia. Po odbyciu wyroku koczuje na Dworcu Centralnym i lotnisku w Warszawie, polując na kolejne ofiary. Tam poznaje Patrycję. Nie wykorzystuje jej seksualnie, ale wyłudza od niej kilkadziesiąt tysięcy złotych na zakup mieszkania w Hiszpanii.
*
Jest 2025 rok, a Alicja wciąż dostaje korespondencję z sądu.
– Koleżanka, która wysłała mi link do artykułu, znała jedynie część mojej historii. Rodzinie do tej pory nie przyznałam się, co się wydarzyło. Nie chcę, żeby wiedziała. Nie jest mi łatwo zachować sprawę w tajemnicy, chociaż minęło już dziewięć lat. Tuż po złożeniu zawiadomienia o przestępstwie zaczęłam dostawać listy, najpierw z prokuratury, później z sądu. Wszystkie przychodziły na mój domowy adres. Pewnego dnia do domu zapukali policjanci. Nie odebrałam korespondencji, a musiałam się stawić na przesłuchanie. Rodzice byli zaskoczeni. Wymyśliłam więc, że chodzi o kradzież telefonu mojej koleżanki w schronisku we Wrocławiu, a ja jestem świadkiem i muszę być przesłuchana. Przez wszystkie te lata obawiałam się, że kiedyś otworzą tę korespondencję, bo liczba listów budziła ich zdziwienie, a my nigdy nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Nie wiem, czy mi wierzą, czy nie, ale dali sobie spokój. Okłamywanie bliskich było i jest dla mnie w całej tej historii najtrudniejsze. Bo ciągle się boję, że będą cierpieć. Myślę, że psychicznie poradziłam sobie z tą sprawą. Pracuję w banku. Kiedy przychodzą seniorzy wpłacać pieniądze dla tajemniczych sympatii zza oceanu, siadam z nimi przed komputerem. Wrzucam w Google zdjęcia ich ukochanych i pytam, czy to z nimi piszą. Demaskuję i ostrzegam, przynajmniej tak mogę pomóc.
Alicja wciąż zastanawia się, dlaczego on wybrał właśnie ją.
– Może wykorzystał to, że byłam bardzo zmęczona? I tak bardzo bałam się zachorować.
Wstęp
1Oszustwa romantyczne to nie tylko pielęgniarka z USA czy rytuał miłości. Jak się ustrzec przed cyberprzestępcami, 14 lipca 2024, https://www.nask.pl/magazyn/oszustwa-romantyczne-to-nie-tylko-pielegniarka-z-usa-czy-rytual-milosci-poradnik-jak-sie-ustrzec, dostęp 17.12.2025.
Rozdział 1. Impotent, który seksem leczył
1 Zeznania świadka, akta sprawy, Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Śródmieścia, sygn. akt II K 589/21.
2 W zamieszczonych w książce cytatach pochodzących z akt sądowych, ze źródeł internetowych oraz źródeł prywatnych zachowano pisownię oryginalną, także w zakresie interpunkcji.
3 Zapis korespondencji, akta sprawy, Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Śródmieścia, sygn. akt II K 589/21.
4 Tamże.
5 Tamże.
6„Leczył” seksem, stanie przed sądem, 2.11.2010, https://wiadomosci.onet.pl/krakow/zakopane-leczyl-seksem-stanie-przed-sadem/3e6drbq, dostęp 15.07.2025.
750-letni „hrabia” leczył seksem za 1300 zł, 9.03.2010, https://gazetalubuska.pl/50letni-hrabia-leczyl-seksem-za-1300-zl/ar/7838943, dostęp 15.07.2025.
8„Uzdrowiciel” seksem usłyszał zarzuty, 1.07.2010, https://tvn24.pl/polska/uzdrowiciel-seksem-uslyszal-zarzuty-ra138573-ls3585767, dostęp 15.07.2025.
9 Camino de Santiago, http://www.caminodesantiago.pl/forum/2745, dostęp 17.07.2025.
10 Tamże.
11 Tamże.
12 Przesłuchanie Zdzisława M., Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Śródmieścia, sygn. akt II K 589/21.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Wstęp
Rozdział 1. Impotent, który seksem leczył
Przypisy
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
Przypisy
