Kłamstwa, którymi żyjemy. Jak zmierzyć się z prawdą, zaakceptować siebie i zmienić swoje życie Wydania II - Jon Frederickson - ebook

Kłamstwa, którymi żyjemy. Jak zmierzyć się z prawdą, zaakceptować siebie i zmienić swoje życie Wydania II ebook

Jon Frederickson

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czy do gabinetu psychoterapeuty zaglądamy dlatego, ze dojrzeliśmy do głębokiej zmiany, czy raczej pragniemy, by osoba postronna utwierdziła nas w kłamstwach, którymi karmimy się od lat? Książka Jona Fredericksona nie tylko uczy nas dostrzegać złudzenia i iluzje codzienności, lecz także dostarcza wskazówek, jak zmierzyć się z prawdą o sobie samym i uczynić swoje życie lepszym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 265

Data ważności licencji: 12/16/2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

The Lies We Tell Ourselves. How to Face the Truth, Accept Yourself,

and Create a Better Life

© Copyright 2017 by Jon Frederickson

Seven Leaves Press

4550 Belleview

Kansas City, MO 64111

www.sevenleavespress.com

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2018

 

Redaktorka prowadząca:

Justyna Olszewska

 

Redakcja:

Agnieszka Czapczyk

 

Korekta:

Paulina Jeske-Choińska

LIDIAKOZŁOWSKA

 

Redakcja techniczna:

Józefa Kurpisz

 

Skład i projekt okładki:

Krzysztof Lorczyk OP

 

Grafika na okładce i stronie 2:

Fotolia.com

 

ISBN 978-83-7906-947-7 (wersja drukowana)

ISBN 978-83-7906-948-4 (wersja elektroniczna)

 

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie II

ul. Kościuszki 99

61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

[email protected]

www.wdrodze.pl

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Przedmowa

Życie samo w sobie rzadko jest łatwe; każdemu z nas przynosi ból, cierpienie psychiczne, które potrafi być nie do zniesienia. Jeśli szukamy sposobu, żeby sobie z nim poradzić, możemy zwrócić się do terapeuty. Dobry terapeuta to człowiek mądry – mądrością wewnętrzną, która ma swoje źródło w doświadczeniu bólu i cierpienia, jakie niesie życie. Takiej mądrości nie da się nabyć w żaden inny sposób. Załóżmy, że udało się nam trafić na mądrego terapeutę. Jak z nim pracować, żeby osiągnąć cel: znaleźć ulgę w cierpieniu? Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, dlaczego cierpimy, i zrozumieć, na czym polega powrót do zdrowia.

Otóż chorobą, na którą zapadliśmy, są kłamstwa. Wierzymy w nie i pozwalamy, by rządziły naszym życiem, bo dzięki temu nie odczuwamy bólu. Być może wmówiono nam, że jesteśmy źli i zasłużyliśmy na wszystko, co nas spotkało, a my połknęliśmy to kłamstwo, zamiast przyjąć do wiadomości, że zostaliśmy przez kogoś skrzywdzeni. Może powtarzamy sobie łgarstwa w rodzaju: „wszystko się ułoży”, zamiast zmierzyć się na przykład z faktem, że nasze małżeństwo jest w rozsypce. Aby wrócić do zdrowia, musimy przyjąć prawdę dotyczącą nas samych i naszego funkcjonowania w świecie. Wierzymy w kłamstwa, żeby nie czuć bólu. To ludzka rzecz. Problem polega na tym, że oszukujemy samych siebie zbyt umiejętnie. Terapeuty potrzebuje my po to właśnie, by pomógł nam zmierzyć się z prawdą, przed którą na wszelkie sposoby usiłujemy uciec.

Książka Kłamstwa, którymi żyjemy powstała po to, by pomóc w dostrzeżeniu kłamstw, przez które cierpimy, i pokazać, w jaki sposób możemy zmierzyć się z prawdą, aby odzyskać wolność. Przedstawimy w niej, jak przebiega terapia, która prowadzi do zmiany. Terapia to coś więcej niż zwykłe pogaduszki, nie polega też na odfajkowywaniu kolejnych punktów z listy ani na potraktowaniu człowieka jak krzyżówki, którą się po prostu rozwiązuje. Terapia to relacja, jaką nawiązujemy z drugim człowiekiem, gdy wspólnie stawiamy sobie za cel zmierzenie się z głęboko ukrytą prawdą o naszym życiu, by wrócić do zdrowia. Najpierw trzeba dokładnie poznać chorobotwórcze kłamstwa, by móc przyjąć i zaakceptować uzdrawiającą prawdę.

Dzisiaj, w czasach zorganizowanej opieki zdrowotnej, łatwo jest stracić z oczu to, co powinno być duszą terapii. Kim jesteśmy? Dlaczego cierpimy? Czego szukamy? Spróbujemy odpowiedzieć na niniejsze pytania nie za pomocą definicji, ale poprzez przykłady ukazujące, że gdy zdecydujemy się zmierzyć z rzeczywistością, której dotąd staraliśmy się zaprzeczyć, wejdziemy na drogę ku prawdziwej zmianie.

W historiach, które opowiemy w tej książce, dane osobowe zostały pominięte bądź zmienione, ze względu na ochronę prywatności bohaterów. Chcemy po prostu ukazać prawdy, przed którymi uciekamy, oraz najpowszechniejsze sposoby ich unikania, zagłuszania i fałszowania. Można powiedzieć, że historie te dotyczą nas wszystkich – bo nikomu z nas nie jest łatwo zmierzyć się z prawdą.

Wiele osób, którym udzielimy głosu, doświadczyło tak koszmarnego cierpienia, że z trudem przyjdzie nam brnąć przez ich relacje. Zadanie czytelnika to wczuć się w ich przeżycia, podejść z empatią do ich doświadczeń i poprzez nie zobaczyć swój własny ból. Przytoczone historie pokazują też, że to, co wydaje się oczywistą przyczyną naszego cierpienia, rzadko kiedy rzeczywiście nią jest. Cierpimy, bo uciekamy od życia i od śmierci, odrzucając naukę, jaka z nich płynie. Zdrowiejemy, kiedy zaczynamy akceptować samych siebie, ludzi, nasze życie. Człowiek jest tajemnicą. Czy można ją do końca poznać? Nie. Można ją jednak przyjąć i zgodnie z nią funkcjonować. Książka ta pokaże czytelnikowi, jak przyjąć prawdę o sobie samym.

Wstęp

Do mojego gabinetu weszła kobieta. Usiadła, westchnęła.

– Nie wiem, co zrobić z moim małżeństwem. Mąż ustawicznie wdaje się w romanse. Chodziliśmy na terapię dla par, ale to nic nie dało. Mąż czuje się winny, a przynajmniej tak twierdzi. Za każdym razem przyrzeka, że dochowa mi wierności, a potem znowu zaczyna kręcić z jakąś babką. Powinnam od niego odejść, ale łatwiej jest tkwić w małżeństwie, niż zdecydować się na rozwód – powiedziała.

– Mąż przyrzeka, że będzie pani wierny, a potem wdaje się w romanse z innymi kobietami? – spytałem.

– Tak właśnie jest. – Pokiwała głową.

– Można więc powiedzieć, że chce pani zostać z mężczyzną, który składa obietnice, lecz równocześnie usiłuje pani zapomnieć o istnieniu mężczyzny, który panią zdradza?

– Ależ ja nie potrafię mu tego zapomnieć!

– Pamięta pani fakty. Ale wygląda na to, że poślubiła pani nie tyle męża, co jego obietnice.

– Aj. Ostro powiedziane.

– Jeśli panią uraziłem, przepraszam. Czy jednak nie czuje się pani urażona raczej romansami męża, skoro pragnie pani wierności?

– Oczywiście, że czuję się nimi urażona!

– A jednak wierzy pani w to, co mąż mówi, zamiast wy- ciągać wnioski z tego, co robi. Czy to właśnie nie ta postawa powoduje, że jest pani ciężko?

– Chyba rozumiem, do czego pan zmierza.

– Czy gdy zauważę, że wyrządza sobie pani krzywdę, nie dostrzegając jakiegoś zachowania, które jest przyczyną cierpienia, będę mógł zwrócić pani uwagę, byśmy mogli temu cierpieniu zaradzić? Mam pani pozwo- lenie?

– Cóż, to brzmi rozsądnie. Ale, wie pan, my już ze sobą nie sypiamy.

– Rozumiem; nie sypia pani z mężem. Ale wciąż pani z nim jest. – Zawiesiłem głos. – Czy istnieje możliwość, że żyje pani nie tyle z nim, co z jego kłamstwami?

Do jej oczu napłynęły łzy.

– Powinnam od niego odejść. Jak to zrobić?

– Ależ nie musi pani tego robić! Wierny mąż już dawno odszedł, prawda? Czy chciałaby pani, żebym jej pomógł przestać czekać na jego powrót?

Moja rozmówczyni liczyła na to, że jej wiara w obietnice męża sprawi, iż ten przestanie ją zdradzać. Mąż jednak wdawał się w kolejne romanse. Dlaczego więc wciąż się okłamywała? Dlaczego wszyscy się okłamujemy? Bo nasze własne życzenia są dużo łatwiejsze do zaakceptowania niż rzeczy, które dzieją się naprawdę.

Podczas pierwszej sesji nie udało mi się dojść, dlaczego ta kobieta przyjmowała kłamstwa męża za dobrą monetę. Nie wiem, czy dojdę do tego podczas następnej sesji, bo odkrycie prawdy wymaga czasu. Zresztą, drugi człowiek zawsze pozostaje dla nas zagadką, niezależnie od tego, ile się o nim dowiemy.

Jeśli każdy człowiek jest tajemnicą, psychoterapia to sytuacja, w której tajemnica spotyka tajemnicę. Czego oczekujemy od terapeuty? W czasach, gdy odchodzi się od tradycyjnie pojmowanej religijności, coraz częściej liczymy na pomoc uzdrowicieli. Chcemy, by ktoś wreszcie sprawił, że przestaniemy cierpieć i odnajdziemy sens życia. Dla wielu ludzi gabinet terapeuty staje się czymś w rodzaju świeckiego konfesjonału. Często mamy błędne oczekiwania wobec terapii. Chociaż pragniemy prawdziwej wewnętrznej zmiany, zwracamy się do terapeutów z prośbą, żeby pomogli nam takiej zmiany uniknąć. Chcemy usłyszeć, że w sumie wszystko jest w porządku, mamy życzenie, by po prostu nas naprawiono albo doradzono, jak zmienić ludzi, którzy nas otaczają.

Terapeuci, posłuszni powołaniu, mogą starać się wpłynąć na nasz sposób myślenia, skorygować punkt widzenia. Słuchają, kiedy mówimy to, co przychodzi nam na myśl, pomagają wyciągnąć wnioski, dzielą się spostrzeżeniami. Każde z tych działań jest dla terapii istotne, ale żadne, samo w sobie, nie spełni zadania terapii. Terapia jest bowiem relacją, nie może polegać tylko na stosowaniu jakiejś metody czy techniki, nie jest działaniem, któremu wystarczy się poddać. Aby wrócić do zdrowia, musimy postawić sobie za cel, że odkryjemy wszystkie te prawdy, których dotąd staraliśmy się nie widzieć. Prawdy skrywane za zasłoną kłamstw, w które sami uwierzyliśmy i do których staraliśmy się przekonać innych. Porady nie są nam potrzebne. Musimy po prostu przekopać się przez kłamstwa, a znajdziemy to, czego naprawdę szukamy.

Nie wymagamy też naprawy. Zdarza się nam myśleć, że gdyby ktoś nas naprawił, tak raz a dobrze, skończyłyby się problemy. Najczęściej jednak okazuje się, że nie tyle chcemy naprawić siebie, co raczej posklejać nasze złudzenia, które prysły jak bańka mydlana, podreperować zrujnowaną samoocenę… Kurczowo trzymamy się wszystkich naszych pokręconych myśli, które sprawiają, że cierpimy. Fałsz trzeba po prostu odrzucić. Dopiero wtedy doświadczymy prawdziwego życia. Dopiero wtedy będziemy mogli zaakceptować siebie i poczujemy, jak wracają witalne siły, które zdławił ciężar kłamstw.

Mądry terapeuta nie skupia się wyłącznie na naszym sposobie rozumowania, bo terapia nie jest relacją czysto intelektualną. Mądry terapeuta nie siedzi, wpatrując się w nas z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, kiedy snujemy przydługie dywagacje, nie wdaje się z nami w pogaduszki ani nie opowiada, co mu ślina na język przyniesie. Gdyby ludzkie bolączki dało się uleczyć za pomocą gadaniny, uzdrowienie ludzkości już dawno dokonałoby się… przy barze. Mądry terapeuta nie opiera się wyłącznie na rozumowym oglądzie, bo ten nie wystarczy, żeby uleczyć ból ludzkiego serca.

Na czym polega powrót do zdrowia? Terapeuta poprowadzi nas ku doświadczeniu prawdy o nas samych. Zobaczymy, kim jesteśmy, kiedy opadną zasłony wymówek, wyjaśnień, usprawiedliwień, i wszystkie maski, które tworzymy ze słów. Zmierzymy się z naszym wew- nętrznym życiem (z popędami, myślami i uczuciami) i z rzeczywistością świata zewnętrznego – wcześniej nie mogliśmy tego zrobić, bo zaślepiały nas kłamstwa, w które wierzyliśmy. Mierząc się z tym, co dotąd pozostawało ukryte, rozpoczniemy trudny wewnętrzny proces zdrowienia. Jeśli wiedza jest pokarmem dla duszy, jak twierdził Platon, to zdrowiejemy, kiedy przyjmujemy do wiadomości rzeczywistość, którą której wcześniej skutecznie negowaliśmy. W ten sposób pomnażamy naszą wiedzę. Żadne leki, zastrzyki, ani nawet elektrowstrząsy nie zastąpią żywej relacji, jaką może stać się terapia.

W książce tej pokażemy, jak zmierzyć się z prawdą, której dotąd unikaliśmy, i dzięki temu wrócić do zdrowia. Przykłady, zaczerpnięte z praktyki autora, ukazują ludzi borykających się z problemami, jakie miewamy wszyscy, i uciekających się do wymówek, które każdemu z nas mogłyby przyjść do głowy. Z pomocą terapeuty ludzie ci znajdują siłę, żeby znieść prawdę, która dotąd wydawała się im nie do udźwignięcia, i zmierzyć się z tym, co budziło ich lęk. Będziemy mieli okazję zobaczyć, jak pacjent wraca do zdrowia dzięki osobistej szczerej relacji, którą nawiązuje z terapeutą. Owszem, pacjenci często liczą na to, że dowiedzą się, co robić i jak żyć, albo powtarzają komunały. Ale w głębi serca tęsknią do samych siebie, tych prawdziwych, uwięzionych pod pancerzem cierpienia. Jakiej wiedzy szukają? Dlaczego w dzisiejszych czasach, kiedy mało kto ma jeszcze chęć, by pytać, cóż to jest prawda, ludzie wciąż szukają prawdy w relacji, jaką jest psychoterapia?

Rozdział pierwszy.Coś jest nie tak

Życie potrafi boleć – każdy z nas tego doświadczył. Wszyscy wiemy, jak to jest, kiedy ten ból zalewa nas jak fala. Gdy prawda wydaje się zbyt trudna, by ją znieść, uciekamy od niej w kłamstwa. Robimy to na tyle odruchowo, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Kłamiemy, choć nie mieliśmy takiego zamiaru. Może i początkowo kłamstwa ratują nam życie, ale niestety, z czasem okazują się bardzo szkodliwe. Sprawiają, że cierpimy coraz bardziej. Zaczynamy więc szukać pomocy, przekonani, że coś jest z nami nie tak. Tymczasem wszystkiemu winne są kłamstwa. Czasem mamy wrażenie, że coś w nas pęka, że załamuje się, rozpada na kawałki. A to pęka pancerz kłamstw, uwalniając uczucia. Przeraża nas to, więc żeby nasze uczucia zagłuszyć, serwujemy sobie kolejną porcję kłamstw. W efekcie czujemy się jeszcze gorzej.

A może wrażenie, że coś jest nie tak, to dowód, że nie do końca zdołaliśmy się okłamać? Może powinniśmy wreszcie przestać uciekać, zatrzymać się i zawrócić, by zmierzyć się z tym, co nas przeraża? Kiedy staniemy oko w oko z prawdą o naszym życiu, zrozumiemy, dlaczego cierpimy. Więcej – przekonamy się, że mamy dość sił, żeby sobie z tą prawdą poradzić.

W tym rozdziale zobaczymy, w jaki sposób terapeuta może nam pomóc rozpoznać, na co wskazują symptomy, które odczuwamy. Ból jest zbyt silny, by stawić mu czoła w pojedynkę. Ale jeśli zdecydujemy się unieść ciężką pokrywę kłamstw, odsłonić prawdę i uwolnić nasze uczucia, odnajdziemy samych siebie. I wrócimy do prawdziwego życia.

Terapia – podróż czy koniec tułaczki?

Kiedy uciekamy przed prawdą, zamiast się z nią zmierzyć, cierpienie staje się tak nieznośne, że uznajemy, iż potrzebna nam jest terapia. Trud, jaki niesie życie, moglibyśmy udźwignąć, ale psychiczne cierpienie bywa nie do wytrzymania. Przyczyny mogą być różne – może prysły nasze marzenia, może straciliśmy kogoś kochanego, albo wręcz nadzieję, że ktokolwiek mógłby nas pokochać. Zygmunt Freud w jednym z listów do Carla Gustava Junga powiedział, że psychoterapia jest leczeniem przez miłość. Nic dziwnego, że stwierdzenie to doczekało się niezliczonych interpretacji – jak to mówią, miłość niejedno ma imię. Ale ostatnio wysłuchałem wykładu, podczas którego prelegent ani słowa nie powiedział o miłości. Psychoterapię przedstawiał jako technikę, którą należy umiejętnie zastosować. A co z relacją międzyludzką? Czyżby pacjent stał się przedmiotem, który można dowolnie obrabiać?

Nawet w czasach, kiedy ludzkie cierpienie przekłada się na język wzorów chemicznych, sprowadza do chemii mózgu, tłumaczy mylnymi przekonaniami albo kiepskimi genami, serce wciąż dopomina się uwagi. Człowiek to nie kubeł, który można wypełnić pigułkami. To osoba, pragnąca zrozumieć własne życie wewnętrzne, więzi łączące ją z innymi i świat wokół. Owszem, potrzebujemy pomocy. Ale nie poszukujemy cudownego leku, który sprawi, że zapomnimy o bożym świecie. Chcemy raczej, żeby ktoś trzymał nas za rękę, kiedy stajemy oko w oko z prawdziwym życiem.

Aby wrócić do zdrowia, musimy nawiązać relację z drugim człowiekiem, który, tak jak my, zmaga się z życiem, by razem stawić czoła rzeczywistości i temu, co w niej trudne – poczuciu straty, śmierci, żałobie. Nikt z nas nie potrafi wyczarować odpowiedzi na każde pytanie. Zarówno pacjent, jak i terapeuta przez cały czas uczą się, jak sobie radzić z problemami, które przynosi życie.

Kiedy ubiegałem się o przyjęcie na staż terapeutyczny, spytano mnie, czy sam byłem kiedyś na terapii.

– Tak – potwierdziłem.

– Z jakiego powodu wziął pan udział w terapii?

– Byłem w rozsypce.

Nie potrzebowałem żadnej specjalnej techniki, ale kogoś, kto byłby przy mnie, wziął za rękę, pomógł zmierzyć się z cierpieniem w moim życiu. Kiedy byłem dzieckiem, zwaliło się na mnie zbyt wiele trudnych doświadczeń, bym mógł sam udźwignąć ich ciężar. Gdy dorosłem, wciąż byłem zagubiony. Cierpiałem, ale nie miałem pojęcia, dlaczego. Potrzebowałem przewodnika, by poprowadził mnie przez ciemną, nieznaną krainę i był ze mną, kiedy pozostawałem sam ze sobą. Dopiero wtedy przestałem trzymać się kurczowo mechanizmów obronnych, które tak bardzo mnie męczyły. Zacząłem dostrzegać w sobie tę mądrość, której szukałem u innych.

Rozpocząłem nową podróż, zwaną psychoterapią – tak w każdym razie wtedy myślałem. Jeśli psychoterapia jest podróżą, dokąd się udajemy? Donikąd. Cała rzecz polega na tym, że właśnie przestajemy pędzić przed siebie. Przestajemy uciekać. Można spędzić całe życie, uciekając od samego siebie, podążając za mrocznym przedmiotem pożądania zwanym uzdrowieniem, oświeceniem albo odnową. A przecież niczego nie musimy szukać, za niczym gonić, bo własne uczucia, gnębiący nas niepokój, kłamstwa, w które chcemy wierzyć, a nawet prawdy, przed którymi usiłujemy uciec – wszystko to nosimy w sobie.

Pewna kobieta miała wielką zgryzotę – jej czterdziestoletni syn z autyzmem ciężko zachorował i choć na stałe mieszkał w specjalnym ośrodku, kilkutygodniową rekonwalescencję musiał odbyć w domu rodzinnym.

– Wściekłam się na niego – wybuchnęła. – Wylazł na ulicę tak jak stał, w ogóle się nie rozejrzał. Mało brakowało, a wpadłby pod autobus! Rozdarłam się na niego. Powinien się ogarnąć i zacząć zachowywać jak normalny człowiek!

– Chciałaby pani, żeby autystyczny syn zachowywał się jak osoba neuronormatywna? – uściśliłem.

– Tak – przyznała.

– A więc chciałaby pani, żeby syn nie był sobą?

– On musi się zmienić.

– Człowiek, który od czterdziestu lat ma autyzm i dotąd nie nastąpiła poprawa, nagle ma się zmienić? – dopytywałem się. – Czy naprawdę tego pani oczekuje?

– Nie. – Zastanowiła się. – Chyba nie.

– Chcielibyśmy, żeby nasza złość miała moc zniszczenia jego autyzmu, ale niestety tak się nie dzieje.

– Ano nie.

– Syn nadal cierpi na autyzm. Od czterdziestu lat czeka pani na to, by nagle pojawił się syn zdrowy, zamiast tego z autyzmem. Rozumiem. Kto by o tym nie marzył na pani miejscu? Może powinniśmy pogrzebać razem tego zdrowego syna, którego pani nigdy nie miała i nigdy mieć nie będzie?

Nie odpowiedziała. Pochyliła głowę i usłyszałem jej cichy szloch.

Po co przypominałem tej kobiecie, że jej syn nigdy nie będzie „normalny”? Nie zrobiłem tego z okrucieństwa, nie po to, żeby zadać jej ból. Wręcz przeciwnie – konfrontując ją z oczywistą prawdą, której dotąd nie chciała zaakceptować, pomogłem jej wyswobodzić się z przygnębiającej niewoli iluzji, w której tkwiła przez długie lata. Podczas rozmowy wspólnie przyjrzeliśmy się obiektywnej rzeczywistości jej życia. Pokazałem jej, że nie musi dłużej uciekać przed prawdą, bo jest w stanie się z nią zmierzyć. Kiedy pozwoliła swojemu wymyślonemu synowi odejść w zapomnienie, zaakceptowała tego prawdziwego, którego miała.

Prawda nie jest rzeczą, którą można komuś dać albo od kogoś dostać. Moja pacjentka musiała sama nauczyć się widzieć swoje życie takim, jakie jest. Musiała pozwolić własnemu synowi na to, by był autystyczny. Terapeuta może jedynie wskazać prawdę, ale to nie on ma dokonać wglądu, tylko pacjent, w szczerości swojego serca.

Dopiero kiedy matka zdała sobie sprawę z tego, że trzyma się nierealnego marzenia, mogła dostrzec rzeczywistość. Syn był tym, kim był – a ona nagle odkryła, że potrafi po prostu się z tym pogodzić. Kiedy pożegnała się z marzeniami, które nigdy nie miały się ziścić, mogła wreszcie go po prostu zobaczyć. I nagle stwierdziła, że wie, jak z nim żyć. Co ciekawe, kiedy postanowiła zaakceptować prawdę o swoim dziecku, poczuła ulgę. Okazało się, że tym, co najbardziej ją dręczyło, było kłamstwo, którego kurczowo się trzymała.

Nie znaczy to, że przestała mieć marzenia – nadal je miała, ale zdecydowała się żyć na jawie. Nie mogłem sprawić, by te marzenia zniknęły, ale pomogłem jej dostrzec, że jej syn, ten prawdziwy, którego nie chciała zaakceptować, mimo wszystko po prostu istnieje. Pomogłem jej zdać sobie sprawę z faktu, że innego syna nigdy nie miała, i uwolnić się od przywiązania do marzenia o idealnym dziecku. Z pewnością ta kobieta jeszcze niejednokrotnie złapie się na tym, że wyobraża sobie, jak to by było, gdyby jej syn nie miał autyzmu. Ale nie pozwoli się temu wyobrażeniu zaślepić, nie uchwyci się go kurczowo. Będzie pamiętać o tym, że kocha syna takiego, jaki jest.

Bardzo często czekamy na coś, czego nie ma, zamiast zająć się tym, co jest.

Kiedy moja pacjentka przestała żyć marzeniem i dostrzegła swoje dziecko, wyrzuciła z siebie:

– O mój Boże! To ja powinnam się ogarnąć! To ja powinnam zacząć się zachowywać jak normalny człowiek! Muszę zacząć rozglądać się dookoła, bo inaczej mogę nie zauważyć autobusu zwanego rzeczywistością!

Zdrowiejemy, gdy skupiamy się na rzeczywistości, która nas otacza. Chorujemy, kiedy trzymamy się kurczowo własnych fantazji. Terapeuta może zrobić tylko jedno – powstrzymać nas przed ucieczką od samych siebie, żebyśmy nie stracili kontaktu z rzeczywistością.

Jeśli zdecydujemy się nie uciekać od prawdziwego życia, zaczynamy doświadczać własnych uczuć. Na początku zawsze pojawia się niepokój. Nie powinniśmy się go bać. To dziwne, ale niepokój jest niczym drogowskaz. Zamiast odeń uciekać, trzeba za nim podążyć. Zapuścić się w rejony, które budzą nasz strach. Spenetrować je, zgłębić i poznać.

Terapeuci zawsze powtarzają: „Jeśli przed czymś uciekasz, to przy tym właśnie powinieneś się zatrzymać. Trzeba zmierzyć się z tym, co budzi nasz lęk. Trzeba wreszcie dostrzec to, czego staramy się nie widzieć”. Wolimy tego nie słuchać. Wolimy wieść życie wiecznych uciekinierów, nie zdając sobie sprawy, że uciekamy od własnych uczuć i tego, co je wzbudza. Nie wykorzystujemy okazji, żeby doświadczyć różnicy pomiędzy tym, kim naprawdę jesteśmy, a tym, za kogo staramy się uchodzić. Jeśli mamy przestać uciekać przed samymi sobą, potrzebujemy kogoś, kto nam pomoże spokojnie usiąść i będzie przy nas, kiedy zwali się na nas ciężar naszych emocji. To, czego w pojedynkę nie bylibyśmy w stanie znieść, okazuje się do wytrzymania, gdy nie jesteśmy sami.

Wspólne znoszenie ciężaru prawdy o życiu, o tym, co się dzieje wewnątrz i wokół nas, to coś więcej niż technika. To miłość. Kiedy moja pacjentka zaakceptowała fakt, że jej syn ma autyzm, zrozumiała, że po prostu go kocha, takiego, jaki jest. Nie wymagała już od niego, żeby stał się kimś innym – idealnym, neuronormatywnym dzieckiem.

Jeśli mamy wrócić do zdrowia, musimy wspólnie zmierzyć się z tym, co wcześniej wydawało się nie do udźwignięcia – z rzeczywistością i uczuciami, jakie ona w nas wzbudza.

Nie do udźwignięcia

– Jon! Jon! – krzyczała rozpaczliwie moja dwuipółletnia siostra, stojąc w szczebelkowym łóżeczku przy oknie. Półtoraroczny braciszek dusił się, zaplątany w sznur od zasłon, który zaciskał się coraz mocniej na jego szyi. Zerwałem się z łóżka, dopadłem łóżeczka, wspiąłem się do środka. Braciszek był za ciężki. Razem z siostrą próbowaliśmy go podtrzymać, żeby mógł złapać następny oddech, usiłowaliśmy wyplątać jego szyję ze sznura. Ale on wrzeszczał i wierzgał, wymykał się nam z rąk. Nie dawaliśmy rady. Pobiegłem po pomoc. Opiekunka stała przy kuchennym zlewie. Pamiętam, jak krzyczała przez okno do mamy, która była na podwórku.

– Florene!!!

Z tego, co było potem, potrafię odtworzyć już tylko migawki. Mama, która z obłąkańczym uporem wdmuchuje powietrze w usta nieprzytomnego braciszka. Jego nieruchome ciało, leżące na brązowym dywaniku z gałganków, i stojący obok zielony aparat tlenowy. Sąsiadka, która bierze mnie za rękę i wyprowadza z domu. Zostałem u niej aż do pogrzebu. Braciszka już nigdy nie zobaczyłem.

Życie. Śmierć. Poczucie winy z powodu śmierci brata. Miałem pięć lat, kiedy zwalił się na mnie ciężar nie do udźwignięcia.

Na szczęście nie jestem sam. Jeśli przytłacza nas cierpienie, którego nie jesteśmy w stanie unieść w pojedynkę, możemy szukać uleczenia. Wielu z nas go potrzebuje. Pewną kobietę matka chciała kiedyś utopić. Pewnego mężczyznę ojciec bił tak okrutnie, że jego pośladki i plecy zamieniały się w makabryczną, sino-czarną mozaikę. Inna kobieta miała matkę z psychozą, która potrafiła rozebrać się do naga na środku skrzyżowania, by w stroju Ewy wygłaszać kazanie do przejeżdżających samochodów. To wszystko są nasi bracia i siostry w cierpieniu – ludzie, którzy przeżyli coś, czego nie są w stanie sami udźwignąć.

Jeśli potężne, bolesne emocje nie pozwalają nam dotrzeć do końca podróży i osiąść w spokoju, potrzebujemy pomocy. Potrzebujemy kogoś, kto będzie nam towarzyszył, aż dotrzemy do kresu naszej drogi.

Zdrowienie

Podczas terapii odkrywamy, że uleczenie może nastąpić tylko poprzez relację. To logiczne – rany, które zadano nam w relacji, tylko relacja może zagoić. Musi to być relacja, w której terapeuta nie tyle mówi do nas, co z nami rozmawia. Taka, dzięki której możemy odkryć, kim naprawdę jesteśmy pod pancerzem słów, przekonań i złudzeń. Taka, która postawi w centrum nasze uczucia, a nie deklaracje. Nic nam nie pomoże, jeśli usłyszymy, że mamy przestać marudzić i wziąć się w garść. Potrzebujemy przestrzeni akceptacji, okoliczności, w których wreszcie będziemy mogli przyznać się do własnych uczuć. Terapeuta ma nam pomóc przyjrzeć się temu, na co dotąd baliśmy się nawet zerknąć. Ma nas wspierać, kiedy będziemy zmagać się z ciężarem, który dotąd był dla nas nie do udźwignięcia.

Terapia nie jest czasem na pogaduszki o wszystkim i o niczym. To czas, kiedy z pomocą terapeuty mamy zajrzeć w nasz wewnętrzny świat, pozwolić dostrzec w sobie skłonności i pragnienia, których się wyparliśmy. Terapeuta pomoże nam zdać sobie sprawę ze strategii, jakie bezwiednie stosujemy, żeby ukrywać się przed światem i przed samymi sobą. A potem zachęci nas, żebyśmy wyszli z ukrycia.

– Nigdy nie spotkasz człowieka, który byłby dla ciebie ważniejszy niż ty sam – usłyszymy. – Dlaczego nie zadbasz o to, żeby być z samym sobą w dobrych stosunkach?

Jeśli mamy być w dobrych stosunkach ze sobą, musimy się dowiedzieć, kim naprawdę jesteśmy pod maską słów, wymówek i usprawiedliwień, których używamy na co dzień. Pewna kobieta przyszła na terapię i zamiast skupić się na swoim problemie, zaczęła opowiadać ze szczegółami o wizycie u fryzjera i u dermatologa.

– Odłóżmy na bok kwestię dermatologa – zaproponowałem. – Z jakim problemem pani do mnie przychodzi? W czym mógłbym pomóc?

– Mój poprzedni terapeuta uważał, że w dzieciństwie przeżyłam traumę.

– A co pani uważa? Nad czym pani chce pracować?

– Ach, jest tyle spraw… Ciężko wybrać jedną.

– Proszę spróbować. W jakim problemie, konkretnie, miałbym pani pomóc?

– Może zacznę od tego, że opowiem panu o moim dzieciństwie? Żeby wprowadzić pana w temat…

– Zanim przejdziemy do historii pani życia, chciałbym jednak usłyszeć, jaki problem sprawił, że postanowiła pani przyjść na terapię. – Nie ustępowałem.

Moja rozmówczyni westchnęła.

– Trudno mi tak od razu przejść do rzeczy – wyznała. – Czuję się z tym nieswojo.

– Oczekuje pani mojej pomocy, ale czuje się pani nieswojo, gdy ma pani powiedzieć, o co chodzi. Jak pani myśli, co się stanie, jeśli nie dojdziemy do tego, na czym polega problem, z którym pani przychodzi?

– Nie będzie pan mógł mi pomóc – padła odpowiedź.

– Może właśnie na tym polega problem? Chce pani pomocy, ale nie dopuszcza do tego, żeby tej pomocy faktycznie pani udzielono. Czy ten schemat wydaje się znajomy?

Jej usta zadrżały, a w oczach zalśniły łzy.

Terapeuta nie może pozwolić na to, żeby pacjent prezentował mu sztuczne, starannie wyreżyserowane oblicze. To właśnie jest fasada, za którą ukrywa się prawda o tym człowieku – ta prawda, której on panicznie się boi. Kiedy jednak terapeuta odsłoni schemat, który pacjent bezwiednie wykorzystuje, ten nie może dłużej się ukrywać. Fasada przestaje istnieć, pacjent orientuje się, że jest nagi. Nie może już udawać, że wszystko jest w porządku.

Przed terapeutą nie ma sensu czegokolwiek udawać. On poradzi sobie z naszą szczerością; po to właśnie jest. Przyjmie nas razem z naszymi myślami i uczuciami, i z niepokojem, który nas gnębi. W relacji z terapeutą doświadczymy tego, za czym w głębi serca tęsknimy, choć boimy się przyznać – miłości, która akceptuje nas takimi, jacy jesteśmy. Tak naprawdę nikt z nas nie boi się miłości. Boimy się, że doświadczenie miłości sprawi, iż wspomnienie czasu, kiedy byliśmy jej pozbawieni, okaże się trudne do zniesienia.

Świat, jaki dla siebie stworzyliśmy – ten, w którym panuje strach, a my wstydzimy się samych siebie – znika, kiedy spotykamy człowieka gotowego zaakceptować nasze uczucia. Kiedy poczujemy, że terapeuta nas nie odrzuca, my też będziemy mogli zdobyć się na akceptację i przestaniemy odrzucać prawdę o nas samych. Od czego zacząć? Od tego, co najbardziej nas dręczy.

Moja pacjentka czuła ogromny opór przed tym, by zwierzyć mi się ze swojego problemu. Okazało się to zbawienne, bo opór stanowił wyraźny symptom lęku przed zaufaniem. Bała się mi zaufać, bo już dawno zabroniła sobie wiary w to, że ktoś mógłby ją zaakceptować. Depresja, na którą cierpiała, to było „nie” powiedziane życiu, jakie wiodła. Owo „nie” pokazywało drogę do „tak”. Drogę, którą zagradzał jej lęk. Zaakceptowałem jej opór – ten opór, co do którego tak bardzo się bała, że go potępię i odrzucę. Relacja oparta na akceptacji sprawia, że puszczają tamy żalu. Topnieją okowy kłamstwa. Przestajemy wmawiać sobie, że nie zasługujemy na miłość.

Czy coś jest ze mną nie tak?

Często myślimy: „Coś jest ze mną nie tak”. Miałem pacjentkę, która uważała, że ma szczególne powody, by powtarzać sobie to zdanie. Na przykładzie historii jej życia spróbujemy pokazać, co kryje się za tym kłamstwem.

Była wychodzącą z nałogu narkomanką, uzależnioną od kokainy. Zadręczała się wydarzeniami z przeszłości, przed głosem wspomnień uciekała w narkotyki. Powiedziała kiedyś:

– Nie wiem, co mi jest, ale czuję, że coś jest nie tak.

Czasem poczucie, że „coś jest nie tak” zaczyna nas dręczyć, gdy jakaś prawda usiłuje się przebić do naszej świadomości. Kobieta, o której mowa, całymi latami traktowała samą siebie jak najgorzej. Wierzyła, że zasługuje wyłącznie na cierpienie. Dlaczego? Przed laty, żeby mieć pieniądze na narkotyki, zaczęła się prostytuować. Nie chciała, żeby jej córki to widziały, więc zostawiła je z ojcem – swoim byłym partnerem. Kiedy pracowała na ulicy, dowiedziała się, że ten mężczyzna wykorzystał seksualnie starszą z dziewczynek. Oczywiście, natychmiast zabrała córki do siebie i złożyła zawiadomienie o przestępstwie, ale zło już się stało – bo narkotyki były dla niej ważniejsze niż bezpieczeństwo dzieci. Od tamtej chwili żyła w piekle.

Terapeuta, z którym wcześniej pracowała, usiłując zaradzić coś na gnębiące ją poczucie winy, starał się doprowadzić do tego, żeby sobie wybaczyła. Bała się, że ja także będę się przy tym upierał.

– Zrobiłam coś bardzo złego. I nikt nie będzie mi wciskał, że tak nie było.

– Ma pani rację; popełniła pani wielki błąd. Poczucie winy będzie z panią już zawsze, aż do końca życia. Nikt nie jest w stanie go wymazać. Ja nie będę nawet próbował uwolnić pani od niego, bo poczucie winy jest tym, co w pani najzdrowsze. Dlaczego czuje się pani winna? Bo kocha pani córki. Poczucie winy, które panią gnębi, jest znakiem tej miłości. Terapia niczego tu nie zmieni. Możemy natomiast zająć się tym koszmarnym samoudręczeniem, które od lat sobie pani funduje. Czy ta kara, którą sobie pani ciągle wymierza, pomaga pani córkom?

Kobieta ta wierzyła w kłamstwo, które brzmiało: „Zasługuję już tylko na cierpienie”.

Była przekonana, że coś jest z nią nie tak, ale tak naprawdę właśnie to, co uważała za chore, było symptomem zdrowia. Dlaczego wciąż dręczyło ją poczucie winy z powodu krzywdy dziecka, do jakiej dopuściła? Ponieważ bardzo kochała swoje dzieci… Kiedy wreszcie zaakceptowała to poczucie winy, kiedy nauczyła się je znosić, dostrzegła samą siebie i swoją miłość do córek. Pozwoliła sobie na to, żeby zobaczyć i rozpoznać własne wewnętrzne piękno. Nie musiała już wymierzać sobie kary, więc rzuciła narkotyki. I nigdy więcej nie parała się prostytucją. Kiedy w jej życiu prawda zastąpiła kłamstwo, mogła wreszcie zrobić coś konstruktywnego. Zaczęła pracować w świetlicach dla dzieci, żeby – w wymiarze symbolicznym – naprawić zło, które wyrządziła własnym córkom w przeszłości.

Moja pacjentka była prostytutką. Nie sądzę, żeby stanowiła odosobniony przypadek. Wielu z nas, być może, uprawia jakąś formę prostytucji. Czyż nie prostytuujemy się na przykład, kiedy udajemy, że jesteśmy zadowoleni z pracy zawodowej, której w głębi serca nie znosimy? Pewien mężczyzna przygotowywany był od dziecka do przejęcia rodzinnego biznesu. Podjął pracę, lata mijały, a on stawał się coraz bardziej zgorzkniały.

– Coś jest ze mną nie tak – mówił. – Przecież nie mam żadnych powodów do depresji.

Mylił się, a racja była po stronie depresji. Człowiek ten był utalentowanym malarzem. Cierpiał na obniżenia nastroju, dlatego że kotłujące się w nim życie usiłowało znaleźć ujście i trafić do niego z przekazem: „Rzuć biznes i zajmij się sztuką!”. Dopóki kurczowo trzymał się kłamstwa, był w depresji, ale gdy zdecydował się z nim zerwać i postępować zgodnie z prawdą własnego, wewnętrznego życia, wszystkie gnębiące go smutki minęły. Porzucenie kariery nie jest obowiązkowe dla wszystkich, ale każdy z nas powinien wyrzec się kłamstwa.

– Dlaczego czuję taki niepokój? – zastanawiała się pewna kobieta. – Przecież moje życie jest wspaniałe. Dzieci odchowane, wszystko gra… A ja jestem kłębkiem nerwów. To zupełnie bez sensu. Niepokój zawsze wydaje się bez sensu, dopóki nie przyjrzymy się faktom i nie poukładamy ich sobie.

Kobieta ta prowadziła rodzinną firmę i choć w praktyce większość obowiązków spoczywała na jej barkach, na czele firmy stał mąż. To on podawał się za szefa. Kiedy usiłowała dyscyplinować pracowników, mąż wtrącał się i podważał jej decyzje. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co czuła, gdy mąż sabotował jej posunięcia.

– To żaden problem. Nie jestem na niego zła – powtarzała. Trwała w przekonaniu, że jej złość to błahostka, o której nie warto mówić. A jednak była zła na męża. Dusiła to w sobie, ale coraz częściej traciła cierpliwość wobec pracowników. Czuła niepokój – w ten sposób objawiał się ukryty, buzujący w niej gniew.

Jej niepokój był znakiem dojrzewania do tego, żeby zdobyć się na uczciwość – wobec siebie, wobec męża i wreszcie wobec swojego psychoterapeuty. Niepokój zawsze jest oznaką czegoś, co pozostaje utajone, niewypowiedziane. Niebawem kobieta zdecydowała się uwolnić od fasady, wyraziła oczekiwania wobec męża, wyszła z cienia i otwarcie przyjęła rolę szefa firmy, nie ukrywając dłużej swoich kompetencji, jak to robiła przez trzydzieści lat.

Jeśli czujemy, że „coś z nami jest nie tak”, oznacza to być może, że chcemy zacząć nowe życie, w którym będzie miejsce na prawdę o nas samych.

Ze mną wszystko w porządku, ale z tobą jest coś nie tak!

Bywa, że mówimy: „Coś jest ze mną nie tak”. Czasem jednak jesteśmy innego zdania. „To z tobą coś jest nie tak!”, upieramy się. Każdemu potrafimy wytknąć błąd: „Moja żona nie powinna się tak guzdrać”, „Mój mąż powinien wiedzieć, czego mi trzeba”. Uważamy, że inni zawsze coś powinni. Jeśli nie spełniają dokładnie naszych oczekiwań, twierdzimy z przekonaniem, że coś z nimi nie tak. Warto spojrzeć na taką sytuację z innej strony. Czy z tymi ludźmi wszystko jest w porządku, czy nie, to osobny problem. Ale dlaczego ich postępowanie tak bardzo nam przeszkadza? Może ludzie ci, niczym sprawna akuszerka, wyciągają nas z przytulnego łona naszych własnych iluzji? Może pomagają nam wreszcie stać się sobą?

Pewien człowiek dowiedział się, że jego żona ma romans. Zraniony do żywego, wyrzucił z siebie:

– Zdradziła mnie. Była z innym mężczyzną. Nie mogę uwierzyć, że zrobiła coś takiego. To koszmar.

Owszem, to był koszmar. Ale dzięki niemu człowiek ten miał szansę się obudzić i zrozumieć, że wcześniej śnił piękny sen o swoim idealnym małżeństwie. Sen, który, niestety, niewiele miał wspólnego z rzeczywistością. Nie znaczy to, że powinien pogodzić się z niewiernością żony. Miał prawo być wstrząśnięty, ale to była świetna okazja, żeby przyjrzeć się własnemu życiu. Czy jego pęd ku karierze nie był też rodzajem zdrady? Pracy poświęcał się bez reszty, żonę zbywał byle czym. Gdyby przestał ślepo wierzyć w iluzję idealnego małżeństwa, dostrzegłby, jak bardzo ignorował żonę, i zrozumiał, że jego postawa zabiła jej miłość. Doszedł do tego, ale nie od razu. Na początku czuł tylko szok.

– Zachęcałem ją, żeby kupowała sobie, co tylko zechce – krzyczał. – Wpłaciłem okrągły milion na specjalne konto przeznaczone na dobroczynność, żebyśmy mogli razem nim zarządzać. Czego mogła chcieć więcej? Jestem zajętym człowiekiem. Pracuję na Manhattanie cztery dni w tygodniu, nie mam czasu bawić się w jakieś obiadki w domowych pieleszach. Specjalnie dla niej kupiłem posiadłość w Waszyngtonie. Żeby miała czym się zająć.

Ten mężczyzna nie kochał swojej żony. Kochał, owszem, jej wizerunek, który stworzył na własne potrzeby. Jej niewierność była dla niego ogromnym ciosem. Kiedy wszystko wyszło na jaw, kipiał gniewem.

– Powiedziałem jej, że albo tamten facet natychmiast zniknie z jej życia, albo z nami koniec. A ona mi na to, żebym przestał wrzeszczeć, chociaż ja nawet nie podniosłem głosu! Powiedziałem jej spokojnie, że nie dostanie ode mnie ani pensa, jeśli nie skończy z tamtym dupkiem!

Dlaczego tak bardzo się denerwował? Bo utopijna wizja, w którą dotąd wierzył, nie mogła przetrwać zderzenia z rzeczywistością. Musiał się zmierzyć z prawdą o kobiecie, którą pojął za żonę. Ta kobieta nie zamierzała się podporządkować.

Małżonka, którą sobie wymyślił, zniknęła jak sen. Zamiast niej pojawiła się kobieta z krwi i kości, zupełnie niepasująca do jego fantazji. Wyobrażał sobie, że będzie mógł ją kontrolować, i nie rozumiał ni w ząb, dlaczego ona wcale nie marzy o uległości. Powinna przecież być mu posłuszna – uważał to za rzecz najzupełniej oczywistą. Nie pojmował, dlaczego żona, zamiast z wdzięcznością wieść życie, jakie dla niej stworzył, próbuje uciec, gdzie pieprz rośnie. Miała przecież być jego panią, specjalnie dla niej zbudował zamek! I nigdy nie zaświtała mu myśl, że ona w tym zamku czuje się jak więźniarka, a nie jak księżniczka. Nie potrafił tego dostrzec, bo dla niego istniała tylko jedna rzeczywistość – ta widziana przez pryzmat własnych pomysłów i pragnień.

W momencie szoku, jakim jest zderzenie się z rzeczywistością, można zachować się dwojako: albo przyjąć prawdę, nawet tę najmniej dla nas pochlebną, albo oddzielić się od niej murem kłamstw. Mężczyzna, o którym mowa, nie potrafił zdobyć się na to pierwsze.

– Podła dziwka! Moja żona jest zwykłą, samolubną dziwką – powtarzał z wściekłym uporem. – Nigdy mnie nie kochała, zawsze myślała tylko o sobie. Tyle razy próbowałem jej wytłumaczyć, co robi źle i jak powinna postępować, ale ona w ogóle mnie nie słuchała!

Człowiek ten swoje przekonania i wyobrażenia brał za głęboki wgląd w rzeczywistość. Założył, że żona go nie kocha, i nie miał najmniejszej wątpliwości, że taka jest prawda. Ta postawa go zaślepiała; nie był w stanie dostrzec faktów. Żona potrzebowała jego miłości, ale on bardziej kochał historie, które sobie wymyślał.

Dlaczego był tak bardzo przekonany, że ma rację? Bo stosował mechanizm obronny, zwany projekcją. Jego wyobrażenia miały wszelkie pozory prawdopodobieństwa, ponieważ dotyczyły rzeczywistych uczuć i postaw. Tych, których w sobie nie akceptował, więc oskarżał o nie innych. Projekcja polega na przypisywaniu innym własnych zachowań lub cech. Jeśli mamy złe mniemanie o sobie, wydaje się nam, że wszyscy nas krytykują, osądzają i potępiają. Jeśli się zaniedbujemy, mamy wrażenie, że nikomu na nas nie zależy. Jeśli robimy sobie krzywdę, wmawiamy sobie, że inni źle nas traktują. Tymczasem osoby, którym przypisujemy własne zachowania i cechy, mogą być dla nas niczym lustra. Jeśli odważymy się w nie spojrzeć, będziemy mogli dostrzec i nauczyć się akceptować te rzeczy, których w samych sobie widzieć nie chcemy.

Kiedy patrzymy na świat z naszej bezpiecznej twierdzy, widzimy wyraźnie, że z niektórymi coś jest nie tak. Osądzamy ich i potępiamy, a potem, zbulwersowani, twierdzimy, że nie możemy zrozumieć, jak tak można... Wszystko dlatego, że ludzie ci nie pasują do naszych wyobrażeń o tym, jacy oni powinni być. A powinni, oczywiście, chcieć tego, czego my chcemy, robić to, co my byśmy zrobili, i myśleć tak, jak my myślimy. Ludzie, naszym zdaniem, powinni być doskonali. Czytaj – powinni być dokładnymi klonami nas samych.

Mężczyzna, o którym mowa w tym przykładzie, uznał, że jego niewierna żona jest skrajną egoistką. A może to on był egoistą, bo poza pracą świata nie widział? Czy na pewno ona była dziwką, a on cierpiącym, oddanym mężem? A może to on był skurwysynem? Przecież tak naprawdę nigdy jej nie kochał. Kochał, owszem, ale swoje wyobrażenie o tym, jaka jego żona powinna być. Kochał ramy, w które chciał na siłę wtłoczyć żywą i niezależną kobietę, żeby nareszcie „zachowywała się właściwie”.

Gdy mówimy: „Coś jest z tobą nie tak”, w rzeczywistości znaczy to: „Boję się tej prawdy, którą każesz mi dostrzec we mnie samym”. Któryś z moich kolegów powiedział, nie bez racji: „Prawda cię uleczy, ale najpierw będzie to piekielnie bolało”. Nic dziwnego, że nasze własne wady wolimy wytykać innym ludziom.

Mąż nie był w stanie zmierzyć się z prawdą o sobie samym, więc obwiniał żonę o samolubstwo, niezdolność do miłości i zdradę. Tak było mu łatwiej. Kiedy przestajemy oskarżać innych, narażamy się na ból – musimy spojrzeć w oczy niewesołej prawdzie o nas samych.

A gdybyśmy spróbowali spojrzeć na ludzi, z którymi naszym zdaniem coś jest nie tak, w inny sposób? Zobaczmy, jak wyraźnie pokazują nam oni te strony naszej osobowości, do których nie mieliśmy zamiaru się przyznawać. Żona zdradzała męża z innym mężczyzną, ale przecież on też ją zdradzał – z własną karierą. Nic dziwnego, że skupił się na obwinianiu żony. Nie chciał zauważyć własnych błędów.

Nawet gdy przyznała, że zawiniła wobec niego, i prosiła o przebaczenie, nie odpuścił. Nadal osądzał ją i potępiał. Ona wyciągała rękę do zgody, ale on na jej próby pojednania w ogóle nie reagował, jakby ich nie widział. Nie chciał spojrzeć na żonę, wolał ją rozliczać. Czyż nie pokazał w ten sposób, że kocha własne opinie, a nie tę kobietę? Czy można się dziwić, że zaczęła szukać miłości gdzie indziej? Żona swój błąd uznała i przeprosiła męża, ale on nadal wytykał jej słabość. Robił to, żeby nie musieć się przyznać do własnej słabości, której nie znosił, a którą obnażył ich małżeński kryzys. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby każdy z nas potrafił powiedzieć: „Człowieku, czuję, że wszystko robisz źle, błądzisz, słowem – że coś z tobą nie tak. Dziękuję ci, bo wiem, że patrząc na ciebie, nareszcie dokładnie widzę samego siebie. Drażnią mnie w tobie te cechy, których w samym sobie nie jestem w stanie znieść”. Niestety, mało kto tak robi. Raczej skupiamy się na wytykaniu innym tych wad, które nas gnębią, lecz za nic nie chcemy się do nich przyznać.

Kiedy terapeuta prowadzi nas ku temu, byśmy odważyli się dostrzec, że obwiniamy innych o własne wady, przeżywamy trudny czas. Musimy zmierzyć się z prawdą o nas samych, a to potrafi być bardzo bolesne. Ale kiedy zdobędziemy się na to, żeby spojrzeć na swoje odbicie w osobie, z którą „coś jest nie tak”, i zaakceptujemy to, co widzimy – poczujemy się tak, jakbyśmy nareszcie wracali do domu. Uczucia wzbudzane w nas przez ludzi, z którymi „coś jest nie tak”, to te uczucia, które przypisywaliśmy im w naszych wyobrażeniach. Mamy dwa wyjścia – albo będziemy się upierać, że z innymi „coś jest nie tak”, żeby tylko nie widzieć prawdy o nas samych, albo dzięki tym ludziom przyjmiemy z powrotem samych siebie, takich, jacy naprawdę jesteśmy.

Jestem w rozsypce

Powrót do rzeczywistości niczym do domu – ogólnie brzmi to nieźle. Trochę gorzej, kiedy w rzeczywistym świecie tracimy pracę, pokazują nam drzwi, przyplątują się choroby, przeżywamy rozwód albo słyszymy od lekarza beznadziejną diagnozę. Gdy życie porządnie nam dokopie, często twierdzimy, że jesteśmy w rozsypce. Załamani. Zniszczeni. Ale, tak naprawdę, co się rozsypuje? Co się załamuje i ulega zniszczeniu? Złudzenia, sny i nadzieje, które dotąd hołubiliśmy. Patrzymy przez okno – świat nadal wygląda tak samo. Ale kiedy spojrzymy w siebie, widzimy ruiny i zgliszcza.

Nasze wyobrażenia, mrzonki i fantazje legły w gruzach? Świetnie. Prawda ma wreszcie szansę, żeby ujrzeć światło dzienne… Wierzymy, że zostaliśmy złamani, zdruzgotani przez życie. A jednak… wciąż tu jesteśmy. Czy na pewno my zostaliśmy zniszczeni, czy raczej obraz nas samych? Umieramy czy rozwiewają się nasze złudzenia? Kiedy kokon iluzji, w którym bezpiecznie się kryliśmy, zostaje rozerwany, ciężko to przeżywamy.

Pewien mężczyzna przez lata nie dopuszczał do siebie prawdy o tym, jak bardzo chora jest jego żona, która cierpiała na zaburzenia psychiczne. Łudził się, że pewnego dnia żona będzie zdrowa, chociaż żadna z dziesiątków terapii, którym usiłował ją poddać, nie przynosiła rezultatu. Nawet w chwili, gdy złudzenie zaczynało się rozwiewać, rozpaczliwie usiłował się go uchwycić.

– Co pan sądzi o terapii ruchem? Może to by jej pomogło? – wypytywał, do końca usiłując zagłuszyć głos rozsądku i doświadczenia. Wmawiał sobie, że robi to powodowany lojalnością wobec żony, choć tak naprawdę był lojalny tylko wobec swojego marzenia. Po chwili zaczął płakać; jego łzy były dowodem na to, że w głębi duszy zaczynał godzić się z rzeczywistością.

Jeff Foster powiada, że „moment załamania zawsze oznacza przełom, gdy głęboko ukryta prawda dociera do naszej świadomości. Tylko to, co w nas jest fałszem, może się załamać. Prawda nie jest łamliwa. Niektórzy nazywają tę chwilę rozpoznania prawdy »przebudzeniem«, inni »samouświadomieniem«”1.

Pewna kobieta cierpiała na halucynacje. Wydawało się jej, że sypialnia się chwieje. Nie mogła nic na to poradzić. Waliła głową w ścianę, płakała i krzyczała. Dłonie miała całe zakrwawione od ran, które sobie zadawała, wbijając paznokcie w skórę. Wszystko dlatego, że porzucił ją mąż, którego bardzo kochała; jego odejście zachwiało jej światem. Nie mogła tego powstrzymać. Całą furię, która się w niej kłębiła, cały swój gniew na męża przekierowała na siebie – na swoją głowę i swoje dłonie.

– Jestem zdruzgotana, zniszczona – powtarzała. – Nie mogę skończyć ze sobą, muszę żyć, bo mam córkę, Lorę. Gdyby nie ona, odebrałabym sobie życie. Jestem w rozsypce.

Kobieta ta była przekonana, że to ona została zniszczona i jest w rozsypce, podczas gdy w rzeczywistości zniszczone zostały jej złudzenia. Widziała, jak ściany pokoju falują. Dlaczego? Bo życie nadal płynęło, przynosząc wciąż nowe sytuacje. A ona wypierała to, wyobrażając sobie, że może sprawić, by się zatrzymało. Jej upór nie wytrzymywał jednak zderzenia z rzeczywistością. Iluzja, którą stworzyła, zaczynała chwiać się w posadach.

Kiedy prawda życia zabija nasze marzenia, niektórzy z nas zaczynają myśleć o samobójstwie, które przyniesie kres cierpieniu. Suicydolog Edwin Schneidman nazwał ten rodzaj cierpienia „bólem psychicznym”2. Gdy „na żywca” doświadczamy śmierci naszego marzenia, w fizycznej śmierci możemy dostrzec drogę ucieczki przed cierpieniem, jakie przynosi żałoba. Nie zdajemy sobie jednak sprawy, że tak naprawdę nie jest to ból agonii, tylko ból porodowy.

Kobieta, o której tu mowa, była przekonana, że ginie, rozsypuje się na kawałki. A przecież tak naprawdę zniszczeniu uległy tylko jej złudzenia. Dopiero teraz prawda mogła ujrzeć światło dzienne. Nas nie da się złamać. Nie rozsypujemy się, choć tak się nam wydaje. Rozsypują się nasze złudzenia i choćbyśmy z całej siły temu zaprzeczali i upierali się, że wcale tak nie jest, nie zdołamy posklejać złudzeń i utrzymać iluzji. Nie zdołamy też w nieskończoność wypierać prawdy. Wreszcie tama pęknie i poczujemy, jak zalewa nas żal i wściekłość. Będzie się nam wydawało, że giniemy w odmętach gwałtownych uczuć. Ale przeżyjemy – tylko nasze złudzenia przepadną.

Bardzo boimy się chwili, gdy zostaniemy odarci ze złudzeń. Żeby utrzymać iluzję, chętnie opowiadamy o tym, co złego się nam przytrafiło i jak nas skrzywdzono. Opowieści te wydają się prawdziwe, bo zachowują wewnętrzną spójność, ale są fałszywe, ponieważ wykluczają całą otaczającą rzeczywistość. W tym szaleństwie jest metoda – jeśli pominiemy odpowiednią ilość informacji, każdego możemy przedstawić jako jednowymiarową, demoniczną postać, coś jak czarny charakter z kreskówki. Jednocześnie całą historię, w której nasz negatywny bohater odegrał kluczową rolę, nadal przedstawiamy jako fakt.

Nigdy nie czujemy większej pokusy, by demonizować, niż w sytuacji rozwodu. Mężczyzna, który tyranizował żonę, wpadł we wściekłość, gdy ta, po kilku latach małżeńskiej terapii, postanowiła od niego odejść. Żona miała, jak każdy, swoje wady, ale była też cierpliwą, kochającą osobą, bardzo oddaną mężowi. Kiedy jednak zdecydowała się na rozwód, on w swoich opowieściach przemienił ją w tchórzliwą, zakłamaną lafiryndę. Każdemu, kto się nawinął, wypłakiwał się w rękaw, wyliczając rozliczne wady i grzechy swojej żony. To była naprawdę długa litania. W jakiś tajemniczy sposób jego żona nagle stała się wiedźmą, która nie miała ani jednej dobrej cechy.

– W końcu wyszło szydło z worka – wzdychał. – Ta kobieta przez lata ukrywała swoją prawdziwą twarz. Wszyscy są przekonani, że to miła i dobra osoba. Akurat! Ona po prostu świetnie się maskowała. Ja miałem to nieszczęście, że przekonałem się na własnej skórze, do czego jest zdolna.

Obdzwaniał znajomych. Każdemu otwierał oczy na to, jak złą kobietą jest jego żona.

– Posłuchaj, muszę ci coś powiedzieć. Chodzi o moją żonę… – zaczynał, a potem rozwijał mrożącą krew w żyłach opowieść o jej niegodziwości i występkach, jakich się dopuściła.

Kiedy z lubością odgrywamy rolę ofiary i straszymy krewnych oraz znajomych, a nawet naszego terapeutę, maszkaronem, w jakiego przerobiliśmy „oprawcę”, nasi słuchacze mogą zrobić nam przyjemność, biorąc udział w gorzkich żalach, jakie odprawiamy, w recitalu użalania się nad sobą3, podczas którego będziemy śpiewać żałosne pieśni o tym, jak bardzo zostaliśmy skrzywdzeni, bo życie nie ułożyło się tak, jak byśmy sobie tego życzyli.

Mężczyzna, o którym tu mowa, obsadził siebie w roli ofiary. To kiepska strategia – w ten sposób odbiera się inicjatywę jedynej osobie, na którą ma się autentyczny wpływ, czyli sobie samemu. Święcie wierzymy, że jesteśmy ofiarami czyjejś podłości. Nie zdajemy sobie sprawy, że to my, my sami, pastwimy się nad sobą i robimy z siebie ofiary. Nie chcemy tego dostrzec; o wiele łatwiej jest opowiadać, jak to inni nas skrzywdzili, niż zobaczyć, kto naprawdę jest winowajcą.

I tak, mężczyzna, który tyranizował żonę, upiera się, że to ona jest tchórzliwą, zakłamaną wiedźmą. A przecież sam żyje w kłamstwie. Nie akceptuje żony takiej, jaka jest naprawdę, chce ją zmusić, żeby stała się wierną kopią jego wyobrażeń. Nazywa ją lafiryndą, a przecież sam zdradza ją z wyidealizowanym obrazem, który sobie stworzył. I, wreszcie, jest tchórzem. Przemoc jest zawsze oznaką tchórzostwa. Tyran to człowiek, który tak bardzo boi się życia, że nie może pozwolić, by swobodnie płynęło. Musi je zadeptać.

Jeśli terapeuta ma nam pomóc, musi podać w wątpliwość narrację, w której przedstawiamy siebie jako ofiary. Jeśli będziemy opowiadać mu historię, w której miejsce innych ludzi zajęły ich karykatury, zachęci nas, żebyśmy dostrzegli fakty, które pominęliśmy, układając naszą własną „pieśń ofiary”.

Kiedy przestaniemy kurczowo trzymać się fikcji i zaakceptujemy fakty, zrozumiemy, że nasi bliscy mają wady i zalety, jak każdy. My sami nie stanowimy tu wyjątku. Na pewno zdarzyło się nam kogoś skrzywdzić. Inni ludzie zadali nam ból, my też go komuś zadaliśmy. Och, bardzo przyjemnie jest odgrywać rolę niewinnej ofiary, ale przecież nikt z nas nie jest doskonały i bezgrzeszny.

Nie jest łatwo przyjąć życie takim, jakie jest, ze wszystkim, co przynosi. Jeśli się na to zdecydujemy, będziemy musieli patrzeć, jak nasze złudzenia chwieją się w posadach, załamują, rozsypują w proch. A to boli. Potrzeba emocjonalnej odwagi, żeby znieść ten ból, powstrzymać chęć ucieczki albo skrycia się za zasłoną wyjaśnień i usprawiedliwień.

Kiedy chcemy uchodzić za ofiary, zabiegamy o to, by wszyscy uwierzyli w historie, które opowiadamy. Teraz musimy przestać je opowiadać. Tylko wtedy będziemy prawdziwi. Ale to znaczy, że trzeba nam zrezygnować z zasłony dymnej, za którą dotąd się kryliśmy. Poczujemy się nadzy i bezbronni.

– Wiem, co pan robi. Usiłuje pan mnie odsłonić – zarzucił mi pewien mężczyzna, któremu chciałem pomóc w zaakceptowaniu prawdy, którą wykreślił z życia.

– Proszę się nie bać – uspokajałem go. – Nic panu nie zrobię. Nie mogę ujawnić, kim pan naprawdę jest. Tylko pan może tego dokonać. Ja ograniczę się do zadawania pytań, a pan albo zdecyduje się na szczerość, albo nie. Wybór należy do pana – czy chce pan poznać prawdę o sobie samym, przejrzeć na oczy, czy też woli pan iść przez życie po omacku?

Mężczyzna postanowił, że zmierzy się z prawdą o sobie samym, akceptując ryzyko, że zostanie obnażony. Odkrył wtedy, że każdy człowiek, choćby nie wiadomo jak próbował się maskować, jest nagi wobec innych. Fasady, które wznosimy, żeby się za nimi ukryć, istnieją wyłącznie w naszej wyobraźni. I niczego nie przesłaniają. Robimy wszystko, żeby prawda nie wyszła na jaw, ale ludzie wokół i tak doskonale widzą, kim jesteśmy. Żyjemy przecież w rzeczywistym świecie, choć czasem lubimy się łudzić, że tak nie jest, i kryć się we mgle iluzji.

Kiedy maski opadają, zaczynamy dostrzegać, że nikt z nas nie radzi sobie z własnymi uczuciami, każdy czasem ulega pokusie kłamstwa i zna ból tęsknoty.

A jeśli emocje to przejawy miłości?

Czego uczymy się podczas terapii? Uczymy się dostrzegać prawdę. Jak się tego uczymy? Przyjmując ją. Kto jest nauczycielem? Chwila, którą właśnie przeżywamy. Abyśmy zauważyli prawdę, życie wysyła nam sygnały – niepokój, złość, smutek, depresję. Dobre i złe relacje. Wszystko, co się z nami dzieje. Kiedy przyjęcie tego, co niesie życie, staje się bardzo trudne, szukamy pomocy. Albo… gramy na zwłokę.

Pewna młoda kobieta czekała i czekała, aż jej prawdziwe życie zamieni się w to, jakiego pragnęła. Kiedy szef odmówił jej awansu, straciła cierpliwość.

– Czy tak musi być? – Chciała wiedzieć.

– Oczywiście, że nie. Życie po prostu czeka, aż będzie pani gotowa je zmienić.

– Nie czuję się jeszcze gotowa – stwierdziła.

– Jak długo zamierza pani to odwlekać?

Uznajemy czekanie za coś w rodzaju magicznej różdżki, która sprawi, że życie, samo z siebie, dopasuje się do naszych wyobrażeń. Nic z tego. Nasze wyobrażenia muszą dopasować się do rzeczywistości wokół nas.

Gdy przestajemy czekać, aż wreszcie „będzie lepiej”, sami zaczynamy się zmieniać. Każdy życiowy kryzys kruszy mury, jakimi się otoczyliśmy. Nasze uczucia odzyskują swobodę, a my dowiadujemy się o sobie rzeczy, o których dotąd nie mieliśmy pojęcia. Jeśli zdecydujemy się zmierzyć z tym, co w nas ukryte, dojdziemy do głębszego rozumienia samych siebie. Odnajdziemy mądrość, której tak długo szukaliśmy. Potem jeszcze będziemy musieli zdecydować, czy przyjmiemy ją, czy odrzucimy.

Nie jest to sytuacja wyjątkowa, która człowiekowi zdarza się raz w życiu. Takich wyborów dokonujemy w każdym momencie. Pewnego razu, podczas sesji, zobaczyłem, że mój pacjent ma łzy w oczach.

– Co pan w tej chwili czuje? – spytałem.

– Myślę o tym, co zdarzyło się… – zaczął.

– Chodzi mi o teraz – wpadłem mu w słowo. – Co pan teraz czuje?

– Rzecz w tym, że wczoraj...

– Niech pan powie, co pan teraz czuje – nalegałem.

Wtedy zaczął płakać.

– Kiedy mój ojciec leżał umierający, wszyscy uznali, że nie ma już z nim kontaktu, więc nikt nawet nie próbował z nim rozmawiać. Byli pewni, że nic do niego nie dociera. W pewnym momencie usiadłem obok jego łóżka i zacząłem opowiadać o imprezie, z której właśnie wróciłem. Kiedy mówiłem, wyciągnął rękę i poklepał mnie po ramieniu.

Mój pacjent w tym właśnie momencie zrozumiał, że ojciec, do którego czuł głęboką urazę, bardzo go kochał. Ten nagły wgląd przyszedł z jego wnętrza. Boimy się takich uczuć, które nagle docierają na powierzchnię naszej świadomości. Boimy się, że wciągną nas w głąb. I mamy rację – jeśli pójdziemy za ich głosem, wejrzymy w głębię nas samych, tam, gdzie jest źródło wszelkiego poznania. Mężczyzna, o którym mowa, zaakceptował uczucie żałoby, które nagle go ogarnęło. Dzięki temu przeżył doświadczenie miłości ojca. I nie tylko. Zrozumiał też, że on sam kochał ojca. Zobaczył, że ojciec był dla niego darem.

Kiedy akceptujemy własne uczucia, zamiast je tłumić, stajemy się czymś na kształt pryzmatu. Rozszczepiamy wiązkę emocji i otrzymujemy jasny obraz, całą paletę barw, którą nazywamy wglądem4. Wgląd tego mężczyzny, dotyczący jego ojca, nie był wyrozumowany. Pochodził prosto z głębi serca.

Kiedy wreszcie przestaniemy dławić emocje i zaprzeczać ich istnieniu, kiedy rozpadnie się mur iluzji, które stworzyliśmy, będziemy mogli poznać samych siebie. Emocje są przejawem miłości. Zaproszeniem, żeby zmierzyć się z rzeczywistością, odrzucić fałsz i w końcu naprawdę spotkać samego siebie.

Cierpienie jako wskazówka

Czy naprawdę wszystkie emocje to przejawy miłości? Co z tymi, które wynikają z przeżytej traumy? Wyobraźmy sobie, że ogarnia nas lęk. Co takie uczucie może mieć wspólnego z miłością?

Pewien człowiek został schwytany przez terrorystów. Torturowali go, a jego żonę zgwałcili i zabili. On sam w jakiś sposób zdołał uciec. Opuścił kraj, wyjechał daleko, znalazł schronienie jako uchodźca. Ale przeszłość nie przestawała go dręczyć, więc zwrócił się o pomoc. Lekarze robili wszystko, co w ich mocy, ale żadne leki nie pomagały. Trauma była zbyt głęboka, jej skutki wciąż trwały. W końcu znalazł się terapeuta, który uczepił się niepokoju dręczącego pacjenta.

– Co leży u źródła tego strasznego, dręczącego pana niepokoju? – wypytywał.

Wreszcie, nie mogąc dłużej wytrzymać kipiących emocji, mężczyzna zdecydował się zdradzić sekret, który trawił go niczym rak.

Przeżył horror, jakim była bezradność w chwili, gdy brutalnie gwałcono, a potem mordowano jego żonę. Potem udało się mu uciec. Ale nie od razu opuścił kraj; miał jeszcze jedną sprawę do załatwienia. Poprzysiągł zemstę. Odnalazł mordercę żony, obezwładnił go, związał i żywcem obdarł ze skóry.

Lęk prześladujący tego uchodźcę wynikał nie tylko z cierpienia, które przeżył, ale też z tego, które zadał. Poddając torturom oprawcę, stał się podobny temu, kogo ze wszystkich sił nienawidził. Ceną za dokonaną zemstę był prześladujący go niepokój i poczucie winy. Ten człowiek sam siebie karał za to, czego się dopuścił.

Idea zemsty opiera się na myśleniu magicznym. Mścimy się, bo wierzymy, że nasze cierpienie po prostu zniknie, jeśli zadamy podobny ból jego sprawcy. Mylimy się. Mężczyzna, który w drastycznych okolicznościach stracił żonę, nie przestał cierpieć z tego powodu, gdy w równie drastyczny sposób zemścił się na mordercy. Nie tylko nie zaznał upragnionej ulgi, ale na domiar złego pozbawił się człowieczeństwa. Odarł się z niego, gdy odzierał ze skóry swojego oprawcę. Zemsta w niczym mu nie pomogła; przeciwnie, musiał żyć nie tylko z koszmarnym wspomnieniem okrucieństwa, jakiego dopuszczono się wobec jego żony, jej tragicznej śmierci i swojej własnej bezradności, ale też ze świadomością, że on sam stał się katem. Kiedy wyznał terapeucie tajemnicę o zbrodni, którą popełnił, mógł wreszcie zaakceptować fakt, że przytłaczają go wyrzuty sumienia. Torturował i zamordował człowieka. Dopiero kiedy to wszystko ujawnił, mógł naprawdę przeżyć żałobę po żonie – przedtem wierzył, że wystarczy mu zemsta. Wreszcie, po długim czasie, poczuł, że odzyskuje swoje człowieczeństwo.

Mężczyzna ten wyobrażał sobie, że kiedy obedrze ze skóry mordercę swojej żony, pozbędzie się bólu, wyrwie go z serca. Każdy z nas może wpaść w pułapkę takiego sposobu myślenia i próbować znaleźć ulgę w cierpieniu, zadając ból innym. Ale bólu, jaki niesie życie, nie da się tak po prostu uniknąć. Nie możemy wykluczyć bólu, bo wykluczylibyśmy samych siebie. Ból jest wskazówką, która pozwala odkryć prawdę. Tę prawdę, której boimy się tak bardzo, że pogrzebaliśmy ją głęboko wewnątrz nas samych.

O autorze

Od szóstego roku życia Jon Frederickson wychowywał się i pracował w kuźni należącej do ojca, w miejscowości Clear Lake w stanie Iowa. Pomagał mu, pracując przy kowadle i spawarce, naprawiając narzędzia rolnicze i wyrabiając ogrodzenia z kutego żelaza. Rodzice mieli nadzieję, że młody Jon przejmie po nich interes, ale nauczyciel muzyki odkrył w chłopcu talent i skłonił ich, by wysłali go na studia, dzięki którym będzie mógł pogłębić swoją pasję. Jon ukończył college i został zawodowym muzykiem. Grał na waltorni. Pewnego dnia jednak zwrócił się o pomoc do terapeuty, a otrzymawszy ją, postanowił podjąć kolejne studia, by w przyszłości zajmować się psychoterapią. Wieczorami grywał przed publicznością, a za dnia studiował. Po dyplomie został pracownikiem opieki społecznej i psychoterapeutą. Pracował w szpitalu psychiatrycznym, w specjalistycznej przychodni, wreszcie otworzył własną praktykę.

Zdobywanie wiedzy zamierzał kontynuować w instytucie psychoanalizy i psychoterapii. Powiedziano mu tam, że ciężka trauma, jakiej doznał w dzieciństwie, prawdopodobnie dyskwalifikuje go, uniemożliwiając poddanie psychoanalizie. Zdumiało go to. Nie mógł pojąć, dlaczego został oceniony przez pryzmat wydarzeń, które spotkały go w przeszłości, a nie wzięto pod uwagę tego, co ze swoją przeszłością zrobił. Zrozumiał wówczas, jak ważne jest, by żadnego człowieka nie wtłaczać w bezosobowe ramy, traktując jako punkt odniesienia suche fakty z jego życia. Przeciwnie, jeśli mamy być oceniani, to tylko jako osoby, które poradziły sobie lepiej lub gorzej, usiłując coś ugrać kartami, jakie rozdało nam życie. Odkrył na nowo znaczenie aktów woli, za pomocą których tworzymy siebie i nadajemy sens naszemu życiu. Osobiste doświadczenia pozwoliły mu także docenić ogromną wartość nadziei i jej roli zarówno w życiu, jak i w terapii.

Jako członek kadry naukowej Waszyngtońskiej Szkoły Psychiatrii (Washington School of Psychiatry) uczył psychiatrów, psychologów i pracowników opieki społecznej. Obecnie naucza specjalistów od zdrowia psychicznego na całym świecie, posługując się nagraniami wideo ze swojej praktyki. Jego życiową ambicją jest, by uczyć terapii tak dobrze, jak ojciec uczył go kowalstwa, a nauczyciele muzyki – gry na waltorni.

Pracę niniejszą poprzedziły w dorobku autora dwie publikacje książkowe i przeszło trzydzieści artykułów dotyczących psychoterapii. Poprzednia jego książka, Co-Creating Change: Effective Dynamic Therapy Techniques, to nagrodzony podręcznik dla terapeutów.

Jon Frederickson liczy na odzew czytelników. Chciałby wiedzieć, czy jego wgląd i osobiste historie mogły być pomocne. Jeśli Czytelnik ma podobne doświadczenia, autor pragnąłby dowiedzieć się, co z nich wyniósł, by dzielić się tą wiedzą z innymi.

Przypisy

1Jeff Foster, Falling in Love with Where You Are, Non-Duality Press, New York 2013.

2 Edwin Shneidman, wybitny badacz zjawiska samobójstwa i jego przyczyn, przedstawił tezę, iż samobójstwo jest próbą uzyskania ulgi od nieznośnego cierpienia psychicznego, które nazywał „psychobólem”. Zob. Edwin Shneidman, Suicide as Psychache, Jason Aronson, New York 1995.

3 Jestem wdzięczny psychoanalitykowi Edmundowi Beglerowi za to zdanie z jego książki The Superego, Grune and Stratton, New York 1952.

4 Zob. Wilfred R. Bion, Seven Servants, Jason Aronson, New York 1970.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

Wstęp

Rozdział pierwszy. Coś jest nie tak

O autorze

Przypisy

Punkty orientacyjne

Spis treści

Cover

Title Page

Copyright Page