Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Psychoterapia, podobnie jak leki, czasem przynosi niepożądane efekty i skutki uboczne. Tę książkę czytelnik może potraktować jako ulotkę pomocniczą dla pacjenta, wsparcie i poradnik.
Rynek usług psychoterapeutycznych nie wymaga reklamy. Trudno dziś o zawód o większym etosie niż psychoterapeuta. Czasem to cywilny spowiednik, kiedy indziej przyjaciel na godziny albo doświadczony przewodnik, zasługujący na zaufanie w kwestii udzielania porad fundamentalnych: „Jak żyć?”. Psychoterapia rozsupłuje wewnętrzne konflikty, uczy, jak rozumnie zapanować nad emocjami, a także pomaga wyzwolić się z krępujących gorsetów obyczajów i nakazów, odważnie obalać kolejne tabu. Aż… sama zyskała miano tabu. Dziesięcioro wyjątkowych fachowców w tej dziedzinie stara się tutaj owo tabu przełamać – odważnie opowiada, że czasem popełniają błędy, przyznają, że nie każdy nadaje się do uprawiania tego zawodu, tym bardziej że wielu jest dziś w Polsce samozwańców, którzy podszywają się pod psychoterapeutów. Szukając pomocy, można więc bardzo źle trafić, zostać potraktowanym nieprofesjonalnie, a nawet być nadużytym i latami zmagać się z wyimaginowanym problemem. Dlatego zalecenie brzmi: „Przed użyciem zapoznaj się z ulotką”.
Anna Bimer – dziennikarka i redaktorka (m.in. „Machiny”, „Polska The Times”, „Zwierciadła”) oraz autorka książek: „Oczy wojownika”, „Rak time”, „Chciałem być piosenkarzem”, „Świat według Machulskich” i współautorka poradników napisanych z Katarzyną Miller: „Być córką i nie zwariować” oraz „Być synową i nie zwariować”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 288
Copyright Anna Bimer, 2026
Projekt okładki
Paweł Panczakiewicz
Redaktor inicjujący
Michał Nalewski
Redaktor prowadzący
Anna Kubalska
Redakcja
Joanna Serocka
Korekta
Barbara Szymanek
Bożena Hulewicz
ISBN 978-83-8444-552-5
Warszawa 2021
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
Wstęp
„Ilu psychoterapeutów potrzeba, aby zmienić żarówkę? Jednego, ale żarówka musi sama chcieć się zmienić”. Żarty żartami, ale istnieje też głębokie obiegowe przekonanie: jeśli sądzisz, że wszystko z tobą w porządku, idź do psychoterapeuty, on niezawodnie znajdzie w twoim życiu coś, co wymaga przepracowania.
Nobody is perfect. Nawet ci, którym karta sprzyja, słyszą: „Możesz lepiej/więcej/mocniej”. Światowa doktryna niespełnienia i nienasycenia zrobiła z nas wiecznych poszukiwaczy mitycznej pełni szczęścia („dobrostanu”). Za jej sprawą nasz system odczuwania jest dziurawy, a my przypominamy dzieci z zepsutymi latawcami w bezwietrzny dzień. Niby trzymamy sznurki w rękach, wiemy, że podmuch musi nadejść, ale żeby coś unieść, najpierw trzeba to skleić. Klej jest jeden: naturalny, ekologiczny, wszechmocny, bezzapachowy i w ogóle gluten free. Nazywa się PSYCHOTERAPIA.
Nie ma dziś w Polsce profesji o tak rozwiniętym etosie jak psychoterapeuta. W odbiorze społecznym to autorytet. Ktoś mądry, przenikliwy, kompetentny, by udzielić pomocy w sprawach dla nas nieodgadnionych. Niemal mistrz wiedzy tajemnej, skoro zna sposoby na rozplątywanie wewnętrznych supłów emocji, z którymi sobie nie radzimy. Jest to więc silne ramię, potrafiące podtrzymać i uchronić człowieka przed potknięciem lub życiowym upadkiem. Kojarzyć się może z psem bernardynem niosącym życiodajną baryłkę miodu pitnego zagubionym i wymarzniętym nieszczęśnikom nad przepaścią. Puchaty, łagodny i jeszcze merda pociesznie ogonem… Naprawdę taka właśnie „pluszowa” jest psychoterapia?
Z jej dobrodziejstw skorzystał w ostatnich pięciu latach co piąty dorosły Polak1. Do gabinetów psychoterapii poszło – na pewno nie tylko w następstwie pandemii – 6,5 miliona osób. Natomiast z powodu lockdownu pomocy psychologicznej potrzebowali coraz częściej nastolatkowie, czyli osoby nieujęte w raporcie. Co ważne, jako kolejne już pokolenie sięgali po psychoterapię w trybie naturalnego odruchu, jakim jest wizyta u dentysty, okulisty czy lekarza innej specjalności. Dziś nikt korzystania z takiej pomocy się nie wstydzi, jak bywało dawniej. Przeciwnie – stała się trendy. Z jednej strony, wyprowadzenie ludzi z tabu, które dotyczyło zdrowia psychicznego, oznacza wielki sukces autorów tej przemiany, podobnie jak rozprawienie się przy okazji z wieloma innymi stereotypami i narodowymi kompleksami. Z drugiej zaś – moda wśród młodych na posiadanie własnego terapeuty wzorem zachodnich celebrytów wydaje się grubą przesadą. Tylko co zrobić, skoro psychologia jest wszechobecna: w mediach, w filmie (wyodrębniono nowy gatunek – film/serial psychologiczny), w literaturze, w polityce, w sporcie i najbardziej niedorzecznie – w języku potocznym. Rozumnie czy nie, posługujemy się pojęciami, jak nam się zdaje, psychologicznymi, wydając „uczenie” werdykty i osądy pod adresem innych. Człowiek człowiekowi coachem! O swoich przeżyciach mówimy z emfazą, nazywając niemal każde z nich traumą. O swoich wyborach – z naciskiem na akceptowalność, w duchu: „To nie moja wina, po prostu tak mam”.
Bo choć psychoterapia jako indywidualny proces niesie ze sobą przejściowe rozbicie, to ostatecznie ma dać ulgę. Zwłaszcza w odbiorze ogólnym wydaje się, że oznacza cudownie odnalezioną drogę do lepszego życia. Psychoterapia, a raczej jej wykoślawione hasła i slogany, rozumiana jest jako akceptacja, zgoda, przyzwolenie i rozgrzeszenie. Trochę jak nowa moralność, która uwalnia z gorsetu dawnych zakazów, zahamowań, uprzedzeń, powinności, ale też wyrzutów sumienia. Proponuje zająć się sobą, swoim „dobrostanem”, lansuje „zdrowy egoizm” i pozwala odpuścić sobie pokutę.
Nowa religia? Bez grzechu?! Bez altruizmu i oglądania się na innych? Czy to mogło nie chwycić?
Doświadczeni psychoterapeuci śmieją się z tak naiwnego postrzegania ich pracy, zwłaszcza że nie polega ona jedynie na poprawianiu klientom samopoczucia, samooceny, samodzielności itp. Często do gabinetów przychodzą osoby z poważnymi zaburzeniami, dla których codziennością jest prawdziwe cierpienie. Jednak uśmiechy zacnych rozmówców nieco gasną, gdy słyszą pytanie, czy psychoterapia nie przyczyniła się do wychowania egocentryków i populacji osobowości narcystycznych. Cóż, jeśli nawet – pytani woleliby widzieć to jako „działanie niepożądane” i „efekt uboczny” niż źle obrany cel.
Każdy lek sprzedawany jest z ulotką zawierającą ostrzeżenie o efektach ubocznych. Ta książka jest taką właśnie ulotką dla pacjentów psychoterapii. O jej działaniach niepożądanych, a zwłaszcza o błędach i nadużyciach, długo nikt nie mówił. To paradoks, że dziedzina wspomagająca obalenie wielu tabu, sama wpadła w pułapkę uświęconej nietykalności. Ostatnio rozprawiano o potrzebie ustawy kontrolującej rynek usług psychoterapeutycznych, ale o ofiarach źle poprowadzonej psychoterapii mówi się za mało. Dlaczego? Błędy w pracy nad emocjami nie są przecież skuchą na miarę krzywo położonego parkietu. Naprawdę wcale nierzadko wychodzą z gabinetów ludzie roztrzaskani psychicznie. Co gorsza, trudne do opisania cierpienie traktują jako własną kulminacyjną porażkę. Skoro „żarówka sama musi chcieć się zmienić”… Kto ludziom wpoił cynicznie przekonanie, że sukces terapii zależy wyłącznie od nich samych? Przecież w gabinecie jest druga osoba. Podobno fachowiec. Na czym polega jego odpowiedzialność?
Psychoterapia, oprócz rzeszy zwolenników, by nie powiedzieć: wyznawców, ma również swoje ofiary. Sesje ciągnące się w nieskończoność, bo klient bywa traktowany jak bankomat, albo uporczywe poszukiwanie przyczyny jego problemów w błędach rodziców, co prowadzi do nieodwracalnego nadwyrężenia więzi – to tylko niektóre nadużycia. Powoli zaczynamy je dostrzegać.
Dlatego gdy podejmuję wątek niepowodzeń terapeutycznych, by powiedzieć głośno, że psychoterapia bywa antyterapią, autorytety psychologii, psychoterapii i dziedzin pokrewnych chętnie godzą się na rozmowy.
Dlatego „przed użyciem zapoznaj się z ulotką”.
1 Dane pochodzące z raportu powstałego na podstawie badania przeprowadzonego na zlecenie Kliniki.pl przez SW Research.
Musimy mieć świadomość, że wielu terapeutów nie ma wykształcenia psychologicznego, a tym bardziej medycznego. Zdobywają certyfikaty po kursach teoretycznie czteroletnich, które de facto sprowadzają się do zjazdów na zajęcia raz w miesiącu, co nie jest szkoleniem dającym mocny fundament. Tacy absolwenci nie wiedzą nawet, w jaki sposób działa układ nerwowy czy hormonalny, jak powstają emocje, nie mają podstaw do stawiania diagnozy. Powtarzają, że oni nie muszą stawiać diagnoz, więc ich nie stawiają. Ale też nie informują pacjentów, że tego nie robią – mówi doktor psychologii
Tomasz Witkowski
Freud oszukiwał, Zimbardo manipulował
Anna Bimer: W środowisku psychoterapeutów uchodzi Pan za osobę kontrowersyjną. A to za sprawą charakteru swoich publikacji oraz czynnego udziału w pomocy osobom pokrzywdzonym w wyniku psychoterapii.
Tomasz Witkowski: Za każdym razem, gdy w sprawach sądowych występuję na rzecz pacjentów, strona przeciwna stara się zdeprecjonować mnie w oczach sądu. Tak było również w sprawie sądowej pani Sylwii, kiedy to wystąpiłem w charakterze świadka. Sama Pani słyszała, jak pełnomocnicy terapeuty formułowali pytania – miały jeden cel: podważenie moich kompetencji i wiarygodności jako świadka.
Do sprawy pani Sylwii jeszcze wrócimy, tymczasem dziękuję za umożliwienie mi wejścia na salę rozpraw, dzięki czemu mogłam się przekonać, że proces, w którym to psychoterapeuci skarżą pacjentkę, naprawdę ma miejsce. Choć z pozoru wydaje się to równie niedorzeczne jak sytuacja, w której lekarz skarży pacjenta za to, że zakrwawił mu fartuch.
Tak, to ewenement. Nie słyszałem, aby kiedykolwiek w historii polskiego sądownictwa odbyła się podobna sprawa.
Nie przypadkiem bierze Pan udział w tym procesie. Jako jeden z pierwszych psychologów w Polsce, a także sceptyk i prezes Klubu Sceptyków Polskich postanowił Pan już lata temu studzić powszechny entuzjazm dla psychoterapii jako dziedziny, w której zdarzają się niepowodzenia, a nawet błędy. Co więcej, psychoterapia bywa również bezzasadna. A z punktu widzenia naukowca wskazał Pan, że nie zawsze psychoterapia ma rzetelne podstawy naukowe. Pacjenci, którzy wyszli poranieni z procesów psychoterapeutycznych, poczuli ulgę i zaczęli masowo szukać kontaktu z kimś, kto głośno mówi, że król bywa nagi.
Dobrze, że wspomniała Pani o tym poczuciu ulgi, bo osoby z zaburzeniami i problemem odnalezienia się po terapii, która nie poprawia ich stanu ani samopoczucia, a często niestety go pogarsza, prawie zawsze obwiniają o to fiasko siebie. Dochodzą do wniosku, że nawet psychoterapia im w życiu nie wyszła.
Gwóźdź do trumny. Ciekawe, ilu psychoterapeutów ma świadomość odpowiedzialności, jaka na nich spoczywa, z chwilą gdy przyjmują człowieka pod swoją opiekę.
Niewielu. Psychoterapię kojarzy się dziś bardziej z samorozwojem niż z leczeniem. Psychoterapeuci wcale nie palą się do prowadzenia ostrzejszych zaburzeń ani chorób. Stąd potem nieporadność w zetknięciu z poważniejszym problemem. O psychoterapii w przestrzeni publicznej mówi się w kontekście autonaprawy i wywindowania ku lepszemu przeżywaniu oraz korzystaniu z życia, a nie w znaczeniu pochylenia się nad ludzkim nieszczęściem, cierpieniem albo skłóceniem z resztą świata.
Wielu przedstawicieli środowiska terapeutycznego traktuje Pana jako oszołoma-aktywistę. To również starano się wykazać podczas ostatniej rozprawy. We współczesnym świecie postaw egocentrycznych aktywista, czyli ktoś, kto działa bezinteresownie na rzecz innych, uchodzi za oszołoma. Pomoc, która nie zostanie odwzajemniona lub skalkulowana, wygląda – za przeproszeniem – na frajerstwo. Liczy się „ja”, a za etyczne uważane jest wszystko, co wygodne i sprzyjające subiektywnie pojmowanemu dobrostanowi tegoż „ja”. Nie widać natomiast w psychoterapeutycznym koncepcie miejsca na gesty ani działania mające cokolwiek wspólnego z poświęceniem, choćby czasu. To zbyt ofiarne, a przecież ofiarni już byliśmy, i choćby nasze powstania narodowe pokazują, co życie robi z ofiarami. Zasady typu: „Nie kopie się leżącego” są kompletnie passé.
Kiedyś mieliśmy harcerstwo. Kształtowało pewien zestaw wartości. W tej chwili takich jednolitych systemów etycznych właściwie nie ma. System edukacji w ogóle nie pracuje nad wartościami. Chyba że nad takimi jak nieograniczona tolerancja dla wszelkiej odmienności. Młodzi cały czas dokonują więc wyborów, najczęściej naśladując jakichś idoli, raperów, celebrytów, influencerów… Uznałbym to za rodzaj anomalii społecznej. Ludzie stawiają w życiu na siebie. Psychoterapia dość dobrze odpowiada na taką postawę, zapraszając do skupienia na własnym życiu wewnętrznym. Pojęcie „samorealizacji” rozpropagowała psychologia humanistyczna. Ono było już w filozofii obecne od dziesięcioleci, chociażby u Sørena Kierkegaarda. Natomiast pojęcie „samorealizacji”, pojęcie „ja” autentycznego i poszukiwania tego „ja” autentycznego oraz samospełnienia rozreklamowała psychologia humanistyczna. I psychoterapeuci to podchwycili. Do nas to przyszło wraz z zamożnością ekonomiczną, bo dopóki byliśmy biedniejsi, musieliśmy, jak Pani zauważyła, wspierać się nawzajem, razem walczyć o różne rzeczy i nie mieliśmy aż tylu zasobów, mówię o czasowych i ekonomicznych, żeby siedzieć i dumać nad swoim rozwojem.
Dawniej było to zadanie mnichów.
W naturę człowieka jest wpisana religijność. Tymczasem obserwujemy postępującą laicyzację społeczeństwa. Psychoterapia wypełnia tu pewną lukę, choć nie ma boga osobowego w tej religii, a Paul Vitz nazywał ją „selfizmem”. To trafne określenie, choć ja akurat tej koncepcji Vitza nie akceptuję do końca, gdyż patrzy on z punktu widzenia chrześcijanina, który czuje zagrożenie psychologią. Ja bym wolał spojrzeć na to bardziej obiektywnie. I rzeczywiście, jeżeli przyjrzymy się uważniej niektórym pojęciom, to proszę zwrócić uwagę, że na przykład „samorealizacja” (która jest wręcz pojęciem religijnym) oznacza, że mamy w sobie zdeponowany jakiś potencjał. Nie wiadomo, kto go zdeponował. Być może genetyka, być może inne siły. W każdym razie musimy go odkryć, bo inaczej będziemy nieszczęśliwi. A w rzeczywistości większość nas nie ma żadnego potencjału albo ma bardzo przeciętny. Około 68 procent ludzi ma cechy zbliżone do średniej. Jesteśmy wprawdzie wyjątkowi, bo konfiguracja tych cech u każdego człowieka się różni, ale większość nas jest absolutnie przeciętna. Niestety, nie ma czego specjalnie odkrywać ani za czym gonić.
Proszę zwrócić uwagę, że dążenie do samorealizacji, samospełnienia jest analogiczne do religijnego dążenia do świętości. Przypomnijmy sobie chociażby przypowieść o zakopanych talentach. Czy to nie doskonała metafora tego, czemu oddajemy się w gabinetach terapeutycznych? W religijnym rozumieniu rzeczywistości człowiek rodzi się z grzechem pierworodnym i musi w trakcie życia dążyć do świętości, bo inaczej nie zostanie zbawiony. Podobnie tutaj. Musimy dążyć do samospełnienia, bo inaczej umrzemy niezrealizowani i nasze życie będzie niespełnione. A kiedy zaczniemy się dokładniej zastanawiać nad samorealizacją, zabrniemy w taki wręcz filozoficzny klincz, który dość trafnie zawarł w swoim rysunku Marek Raczkowski. Ten jego charakterystyczny człowieczek mówi: „Jeśli pokonałem sam siebie, to wygrałem czy przegrałem?”.
Pojawia więc się pytanie: kto kogo realizuje? Do tego dołączmy jeszcze bardzo popularne pojęcie: „ja autentyczne”. Zresztą nie tylko „ja autentyczne”, bo związki są autentyczne i toksyczne, relacje są autentyczne i tak dalej. Ten przymiotnik, „autentyczny”, przypisuje się do różnych rzeczy, ale szczególnie ciekawe jest właśnie „ja” autentyczne. Bo znowu kryje się w nim jakieś religijne założenie, że my coś w życiu udajemy, jesteśmy nieprawdziwi, toteż musimy odkryć „ja” autentyczne. Oczywiście tymi, którzy pomagają odkryć ów potencjał, są kapłani, czyli terapeuci. Są wyroczniami. A podążając za myślą Raczkowskiego, wyobraźmy sobie scenkę: siedzę na kanapie, jest brzydka pogoda, jednak wiem, że powinienem pobiegać albo chociaż pójść na spacer, chociaż bardzo mi się nie chce. Mimo wszystko zbiorę się i pójdę. Które „ja” jest bardziej autentyczne? To, któremu się nie chciało? Przecież to jest moje „ja”. Czy to, które poszło? To, które poszło, już jest racjonalne, korzystające z rozumu. Chociaż rozum też jest przecież mój… My jesteśmy autentyczni dokładnie we wszystkim, co robimy. Nawet kiedy coś udajemy, to udajemy w sposób autentyczny, a przemysł wydobywczy autentyzmu ma się tak dobrze, bo rzadko zastanawiamy się nad istotą tych pojęć.
Dodatkowo doszło do nieporozumienia pomiędzy tak zwanym „ja” autentycznym a „ja” idealnym. Bo ludzie często mają jakieś „ja” idealne, do którego dążą, tworząc pewien swój wizerunek i często mylą „ja” idealne z „ja” autentycznym. W rzeczywistości jednak to wizerunkowe, czyli idealne „ja”, jest czymś, do czego większość nas tylko dąży, chociaż niektórzy nawet nie próbują.
Zmierzamy zatem do najlepszej wersji siebie?
Tak, tymczasem nasze „ja” autentyczne to są wszystkie nasze słabości, wszystkie popędy. Tacy, jacy jesteśmy na co dzień, to nasze „ja” autentyczne. Nacisk psychologii humanistycznej na szukanie „ja” autentycznego, gdzie musimy oczywiście korzystać z pomocy psychoterapeutów w dochodzeniu do tej ukrytej tajemnicy, nabiera charakteru religijnego. Proszę też zwrócić uwagę, że właściwie w każdej religii występuje przechodzenie ze stanu jakiegoś grzechu do stanu doskonałego, a więc do zbawienia, do świętości.
Czyli żywot jako naprawianie.
Tak. I współczesna pop-psychologia wspierana przez psychoterapię oferuje dokładnie taki model. Jesteśmy niedoskonali, powinniśmy przejść terapię własną, nawet jeśli nie cierpimy na żadne zaburzenia i nic nam nie jest. Powinniśmy odkryć własny potencjał, zrealizować go, spełnić się w życiu, czyli zdobyć tę współczesną i nowoczesną świecką świętość.
W każdym razie, podsumowując tę analogię do religii, poszedłbym o krok dalej i powiedział, że to jest wręcz homologia. Kiedy ludzie przestają praktykować tradycyjne wyznania, szukają substytutów. I substytutem staje się psychoterapia. Do tego dochodzi takie pojęcie jak „prawda”. W większości religii, jeżeli ktoś nie jest jej wyznawcą, mówi się, że żyje poza prawdą. I znowu – taki punkt widzenia jest charakterystyczny dla psychoterapii. Musimy żyć w prawdzie, a więc w tej prawdzie psychoterapii, w prawdzie Biblii, w prawdzie Koranu… W bardziej tolerancyjnym buddyzmie często na pierwszy rzut oka widzimy system filozoficzny, ale to też jest religia: te wszystkie wcielenia, ten hołd im oddawany… Psychoterapię od tradycyjnych religii monoteistycznych różni jedynie fakt, że nie ma w niej boga osobowego. Tego rzeczywiście jeszcze nie wymyślili.
A nie jest tak, że wymyślili, tylko że w domyśle… bogiem są oni?
Raczej jednak odgrywają rolę kapłanów, czasem guru. W każdym razie psychoterapia zawsze była czymś atrakcyjnym. Większość moich kolegów i koleżanek ze studiów wybierała specjalizację kliniczną. Wymagało to starań i poświęceń – trzeba było o piątej rano wstać, zająć kolejkę, żeby się dostać, taka była popularna, choć rzeczywiście terapeutów było wtedy znacznie mniej.
Teraz jest więcej, za to nie muszą najpierw kończyć psychologii.
Psychoterapeuta w Polsce nie musi być psychologiem! Powoli zaczyna być to postrzegane nie jako paradoks, lecz błąd w systemie uzyskiwania uprawnień do wykonywania zawodu. Mają wejść w życie przepisy, które zmienią sytuację. Dotychczas każdy po dowolnych studiach mógł zrobić kurs psychoterapeutyczny i otrzymywał certyfikat, więc otwierał gabinet. Tak przebiegała legalna ścieżka. Ale w rzeczywistości praktykę mógł otworzyć każdy, kto miał chęć uznać siebie za psychoterapeutę. Znam przypadek masarza, nie masażysty, lecz człowieka parającego się wyrobem mięs, który się przebranżowił i otworzył gabinet terapeutyczny. „Leczył” dźwiękami mis tybetańskich.
Leczył?!
No tak. Przecież terapie to działania na rzecz poprawy stanu zdrowia.
Mój były mąż zamiast klasycznej aktówki nosił swego czasu tak zwaną torbę lekarską. Z medycyną nie miał nic wspólnego, ale nasz dozorca nie miał o tym pojęcia i odnosił się do niego z szacunkiem należnym lekarzowi. Mieliśmy z tego niezły ubaw, aż pewnego dnia mnie olśniło i pytam: „A co zrobisz, jeśli cię wezwą do porodu?”. Idąc tym tropem, zastanawiam się, co by zrobił facet od salcesonu, gdyby zjawił się u niego człowiek w psychozie? Czy psychoterapię traktuje się jak przedmurze psychiatrii, czyli sferę niewymagającą odpowiedzialności?
Wolna amerykanka panuje od zawsze, a obserwuję psychoterapię od blisko dwudziestu lat. Owszem, nie ma żadnej odpowiedzialności w tym obszarze, a kodeksy etyczne poszczególnych towarzystw psychologicznych i psychoterapeutycznych są na salach sądowych wyśmiewane. Obrońcy terapeutów nie mają skrupułów, by twierdzić, że kodeksy etyczne to zapisy, które każdy sobie może wymyślić we własnym zakresie i stosować się do nich bądź nie stosować. Ale one nie niosą skutków prawnych.
Takie stanowisko redukuje psychoterapię do usługi na miarę pracy i odpowiedzialności malarza pokojowego. Ludzie korzystają z oferty teoretycznie na własną prośbę i za nią płacą.
Owszem, tylko warto by było w tej rozmowie zaznaczyć, że część populacji ewidentnie wymaga psychoterapii z powodu ciężkich zaburzeń, uzależnień, samookaleczeń czy zaburzeń odżywiania. Choć przecież nie każdy. Osoby faktycznie cierpiące i potrzebujące pomocy stanowią raptem parę procent populacji. Reszta może korzystać z psychoterapii, ale nie musi.
Jak to? Przecież co drugi człowiek ma depresję.
Depresja jest w tej chwili diagnozowana na zbyt dużą skalę.
A młodzież? I fala samobójstw?
Sprawdziłem statystyki, wśród młodzieży nie ma narastającej fali. Jest rosnąca fala prób samobójczych, ale nie samobójstw, a to już zupełnie inny problem wymagający osobnej analizy. W przypadku wspomnianych poważnych zaburzeń psychoterapia pomaga, i to niezależnie od farmakoterapii, bywa też najważniejszym działaniem, gdy w grę wchodzi na przykład depresja lekooporna. I tu należałoby polecić szczególnie psychoterapię poznawczo-behawioralną. W przypadku chorób psychicznych takich jak schizofrenia czy inne psychozy terapia co prawda nie ma leczącego charakteru, ale miewa silny wpływ wspierający, podtrzymujący leczenie farmakologiczne. Czyli można powiedzieć, że jakość życia osób, które są poddawane psychoterapii, mówię o tych ciężko chorych, jest wyższa, niż gdyby tej terapii nie były poddawane. I w takich przypadkach psychoterapia rzeczywiście jest potrzebna.
Ale psychoterapia ma ponad osiemset różnych modalności. Jeszcze niedawno mówiło się o sześciuset. Ja liczyłem w polskim Google’u, wpisując poszczególne nurty, zatrzymałem się gdzieś po stu trzydziestu, bo to strasznie czasochłonne. Więc nie wiem, czy wszystkie osiemset jest w Polsce obecnych, ale na pewno ponad sto trzydzieści.
Można się zgubić – człowiek szuka pomocy, czyta, jakie są nurty, i na ogół nic z tego nie rozumie.
To prawda, nie rozumie. Tym bardziej pacjenci nie wiedzą, że modalności są sprzeczne w swoich założeniach, więc jeżeli się trafia do terapeuty psychodynamicznego, ten szuka przyczyn problemów najczęściej w przeszłości, w dzieciństwie, w relacjach z matką.
Natomiast terapeuta poznawczo-behawioralny będzie szukał przyczyn tych samych problemów w myśleniu pacjenta o rzeczywistości, czyli w jego sposobie interpretowania własnych myśli i sądów. No więc albo jedno podejście jest prawdziwe, albo drugie.
Nie wierzy Pan w psychoterapię psychodynamiczną?
Stwierdzam, że istnieje niewiele dowodów na jej skuteczność. A te, które są, bywają mocno naciągane. Często pomija się również fakt, że pacjenci uczestniczący w terapii prowadzonej według tej modalności doświadczają szczególnie przykrych negatywnych skutków ubocznych. Nurt ten wywodzi się z psychoanalizy, a już jej twórca, czyli Freud, oszukiwał od początku. Nawet proste porównanie tego, co w swoich publikacjach pisze, na przykład o liczbie przypadków, które udowadniają jego koncepcję, z tym, co pisał do znajomych w listach prywatnych – wykazuje rozbieżność. W listach do znajomych pisał o kilku przypadkach, w oficjalnych publikacjach – o kilkunastu. A historycy, którzy badają jego pracę, znajdują jeszcze mniej tych przypadków niż wymienione w listach do znajomych. Mieliśmy też przykład tak zwanego człowieka wilka. To był mężczyzna chory psychicznie, Rosjanin, dziecko arystokratów. Freud wykorzystywał jego przykład jako sztandarowy dowód skuteczności psychoanalizy. Okazało się jednak, że wcale mu nie pomógł, natomiast ów człowiek wilk otrzymywał od Stowarzyszenia Psychoanalitycznego rentę za milczenie, by publicznie nie mówił o swoich doświadczeniach z psychoanalizą i z Freudem. Tu warto jeszcze wspomnieć o kolejnej rzeczy. Cała dokumentacja będąca spuścizną po Freudzie została podzielona na części. Nie wiem, na ile sam w tym uczestniczył, ale na pewno uczestniczyli jego córka Anna i członkowie Towarzystwa Psychoanalitycznego, które założył; w każdym razie część tych dokumentów bardzo długo znajdowała się w tak zwanej kapsule czasu, a część jest tam nadal. Są dwie takie kapsuły czasu. Jedna w Bibliotece Stanów Zjednoczonych, druga w Muzeum Freuda. Zdeponowane tam dokumenty mają ujrzeć światło dzienne odpowiednio – w 2040 i 2050 roku. Ta część ujawniona dopiero pod koniec dwudziestego wieku też przebywała w tak zwanej kapsule czasu i została dość mocno ocenzurowana przez samego Freuda i jego córkę, a także współpracowników i przyjaciół z Towarzystwa Psychoanalitycznego. To pokazuje, że już wtedy istniała surowa cenzura.
I manipulacja. Znamy inne podobne przypadki?
Chociażby słynny happening zwany eksperymentem więziennym Zimbardo. Z metodologicznego punktu widzenia to nie był eksperyment, a jeśli przeczyta się dokumenty z Uniwersytetu Stanforda i przejrzy wszystkie nagrania, które powstały w czasie tego wydarzenia, to się okaże, że Zimbardo bardzo silnie wpływał na uczestników swojej inscenizacji. Dwójka brytyjskich naukowców próbowała odtworzyć to, co zrobił Zimbardo, razem ze stacją telewizyjną BBC i podczas ich replikacji uczestnicy zachowywali się odmiennie. Strażnicy szybko dogadali się z więźniami i w ogóle nie miała miejsca ani taka wrogość, jaką opisywał Zimbardo, ani taka agresja, uczestnicy zachowywali się wbrew oczekiwaniom. Zawarli pakt i funkcjonowali w ten sposób, że można było doświadczenie zakończyć, bo nie rozwijało się w żadną stronę. Dodatkowo „eksperyment” więzienny zbiegł się w czasie z buntami w lokalnych więzieniach.
Zginęło wtedy kilku więźniów i kilku strażników, więc Zimbardo regularnie komentował te wydarzenia w telewizji. Zresztą „eksperyment” więzienny był codziennie pokazywany w lokalnej stacji telewizyjnej niczym reality show. Zimbardo zależało na tym, żeby to wyszło dobrze, a „dobrze” znaczy „atrakcyjnie”. Gdyby więc puścił to na żywioł i pozwolił, żeby uczestnicy się dogadali, jak miało to miejsce w replikacji jego doświadczenia, nic dalej by się nie działo. Nie byłoby show, nie byłoby o czym mówić, a „eksperyment” więzienny nie byłby dzisiaj najsłynniejszym na świecie.
W takim razie: czy są takie szkoły, dziedziny terapii, którym można Pana zdaniem zaufać?
Najwięcej jest badań dotyczących efektywności podejścia behawioralno-poznawczego. Bada się naukowo mniej więcej kilkanaście modalności, podejście behawioralno-poznawcze wykazuje w tych badaniach najlepsze rezultaty. Więc jeżeli w ogóle ufać, to temu podejściu. Chociaż uwaga, istnieje niebezpieczeństwo, bo podejście behawioralno-poznawcze stało się popularne w ostatnich latach właśnie ze względu na udowodnione rezultaty. Dzisiaj więc wielu terapeutów deklaruje, że pracuje w tym nurcie, a w rzeczywistości stosuje swoje wyuczone w innych nurtach metody. Taki stan rzeczy pokazało badanie przeprowadzone w Wielkiej Brytanii – na szyldach terapeutycznych bardzo często deklarowane jest podejście evidence-based – oparte na dowodach – tymczasem w praktyce terapeuci stosują eklektyczne metody i do wcześniej wyuczonych dodają elementy terapii poznawczej i behawioralnej, więc należy być ostrożnym.
To znaczy? Jak zachować ostrożność, gdy już się to wszystko wie?
Może przypomnę, jak w naszej cywilizacji podchodzi się do kwestii zdrowia.
Jeśli mamy jakiś problem ze zdrowiem fizycznym, nie udajemy się do gastrologa ani do kardiologa albo innego specjalisty, tylko najczęściej zaczynamy od internistów. Internista robi nam badania różnicowe, kieruje nas na przykład na badania krwi albo jeszcze inne, i dopiero podejmuje decyzję, do jakiego lekarza specjalisty zostaniemy przekierowani.
Tymczasem to, co my robimy ze zdrowiem psychicznym, wygląda trochę tak, jakbyśmy weszli do przychodni, zapukali do pierwszego lepszego gabinetu i rozpoczęli leczenie, niezależnie od tego, czy trafiliśmy do okulisty, endokrynologa czy chirurga. Natomiast dobre, czyli efektywne podejście do takiego leczenia powinno zacząć się od psychologa klinicznego, który postawi diagnozę, ale przedtem skieruje nas na badania medyczne (na przykład tarczycy, hormonów, poziomu witamin i mikroelementów w organizmie), żeby wykluczyć ewentualne czynniki fizyczne mogące wpływać na psychikę. Nieprawidłowe funkcjonowanie tarczycy może być wyłączną przyczyną na przykład depresji. Jeżeli psychoterapeuta nie zacznie od diagnozy różnicowej i sprawdzenia ogólnego stanu zdrowia klienta, będzie leczył depresję, która okaże się jedynie objawem choroby tarczycy. Znam taki przypadek, okazało się, że w tarczycy rozwinął się rak.
Tragedia…
Dosłownie.
Ze świata psychologii pod adresem lekarzy płyną apele o leczenie holistyczne, podczas gdy w drugą stronę idea nie działa.
Musimy mieć świadomość, że wielu terapeutów nie ma wykształcenia psychologicznego, a tym bardziej medycznego. Zdobywają certyfikaty po kursach teoretycznie czteroletnich, które de facto sprowadzają się do zjazdów na zajęcia raz w miesiącu, co nie jest szkoleniem dającym mocny fundament. Tacy absolwenci nie wiedzą nawet, w jaki sposób działa układ nerwowy czy hormonalny, jak powstają emocje, nie mają podstaw do stawiania diagnozy. Powtarzają, że oni nie muszą stawiać diagnoz, więc ich nie stawiają. Ale też nie informują pacjentów, że tego nie robią.
Czym więc będzie psychoterapia w wydaniu takich, choć oczywiście absolutnie nie wszystkich, terapeutów? Rodzajem wellnessu?
Tak to niestety wygląda. A cały system leczenia zdrowia psychicznego jest dziurawy. Nie znam nikogo w naszym kraju – ani osoby, ani grupy doradczej władnej, by decydować o tym, jaka będzie ścieżka prowadzenia ludzi doświadczających kryzysów psychicznych. No i nie wiemy, jak tacy pacjenci powinni być potem prowadzeni.
Istnieją od lat oddolne inicjatywy, które doprowadziły do stworzenia sieci centrów zdrowia psychicznego, gdzie codziennie, przez całą dobę, można uzyskać bezpłatnie profesjonalną pomoc, bez żadnego skierowania. Wielka w tym zasługa Fundacji eFkropka i personalnie – Katarzyny Szczerbowskiej. Natomiast prywatni psychoterapeuci dość rzadko podają klientom swój telefon, na wszelki wypadek. A chciałoby się mieć jakieś poczucie bezpieczeństwa w psychoterapii, skoro w jej przebiegu, żeby mogło być lepiej, zwykle najpierw musi być gorzej.
Niektórzy terapeuci umożliwiają kontakt ze sobą. Nie wszyscy, to też zależy od skali problemu, z jakim się mierzą. Ale jak wspominałem, wiem, że terapeuci bardzo niechętnie podejmują się leczenia tych ciężkich chorób psychicznych.
Fajniej i bezpieczniej jest terapeutyzować ludzi, którzy są odnalezieni w życiu, ale chcą być jeszcze bardziej szczęśliwi?
Zdecydowanie tak. I zdecydowanie chętniej psychoterapeuci zajmują się właśnie takimi problemami, jak niespełnienie w życiu, potrzeba rozwoju, rozbrojenia stresu i tak dalej.
Wspomniał Pan o zbyt częstym diagnozowaniu depresji. Czy dlatego, że tu już wypracowano pewien schemat bezpiecznego postępowania, bo terapeuta wysyła najczęściej klienta do znanego sobie psychiatry i zaczyna pracować pod osłoną wypisanych przez tamtego leków, a wtedy można swobodnie jechać?
Depresja jest problem faktycznym, natomiast jest dość mocno związana z innymi zaburzeniami, a przez to błędnie diagnozowana, co potwierdzają badania. Musimy być świadomi, że jeszcze nie tak dawno depresją określano wyłącznie duży epizod depresyjny będący składową choroby afektywnej dwubiegunowej. Nie mówiło się o depresji odrębnie, a pozostałe zaburzenia traktowano jako wahania nastroju. Dzisiaj mamy do czynienia rzeczywiście z ciężkimi przypadkami depresji, w których może pomóc również psychoterapia. Natomiast dość mocno nadużywamy tego pojęcia, nazywając nim emocje związane z życiowym kłopotem albo spadek formy psychicznej, spowodowany tak banalnymi przyczynami, jak na przykład jesień i obniżenie poziomu natężenia światła słonecznego. Zatem nie wrzucałbym wszystkich do tego samego worka. Zwłaszcza że ciężka depresja potrafi być oporna na leczenie.
Czy samo życie ma szansę pomóc? Krakowski pensjonat Cogito zatrudnia osoby z diagnozą schizofrenii. Aktywność tych ludzi, praca, przynależność do społeczności trzymają ich przy zdrowiu.
Zależy, co się w tym życiu wydarzy. Aktywizacja osób z diagnozą psychiczną zawsze pomaga, dlatego ważny jest program pilotowania ozdrowieńców. A trzeba też powiedzieć, że każdy, bez wyjątku, w ciągu życia doświadczy jakiegoś załamania kondycji psychicznej, tak jak nie ma człowieka, który nigdy nie zapadł na jakąś chorobę somatyczną ani nie doznał kontuzji fizycznych. Warto mieć na uwadze także to, że duża część tych problemów ma charakter przejściowy, w którym czas odgrywa niezwykłą rolę. Nawet jeśli chodzi o żałobę. Ona jest naturalnym stanem głębokiego smutku połączonego z utratą wiary w sens po stracie kogoś bliskiego i z czasem mija. Jeżeli człowiek trafi wtedy na terapię, to może naturalne procesy zdrowienia uznać za efekt psychoterapii właśnie. Podczas gdy najważniejszą rolę odegra czas.
Po co nam zatem psychoterapia na co dzień? Skąd ten popyt?
Nikt nie ma w życiu tak dobrze, żeby nie mógł mieć i chcieć lepiej. Ludzie żyją w napięciu, mają różne kłopoty, z którymi sobie nie radzą. Hans Eysenck mówił, że to, co odbywa się w gabinecie psychoterapeuty, w gruncie rzeczy można nazwać prostytucją przyjaźni. Proszę zauważyć, że ktoś, kto wchodzi do gabinetu, widzi osobę potrafiącą zaradzić temu, z czym on sam nie potrafi. To rodzi szacunek. I pokorę. Klient stara się sprostać oczekiwaniom terapeuty jak dziecko pragnące zadowolić rodziców. W rezultacie psychoterapeuci jako autorytety obrastają w piórka, wielu nabiera maniery osób, które są wszechwiedzące, bo nauczają, jak żyć, bo opowiadają, jaki jest świat. Zaczynają wierzyć, że wiedzą więcej, niż wiedzą naprawdę. Bardzo głęboką wiedzę sobie przypisują.
Człowiek chyba zawsze będzie po ludzku ułomny. Może dlatego, a nie tylko ze względów ekonomicznych, wielu próbuje się terapeutyzować za pomocą sztucznej inteligencji?
Jeszcze w latach sześćdziesiątych poprzedniego stulecia została powołana do życia niejaka Eliza, to był pierwszy program i rodzaj chatu terapeutycznego. Powstał w MIT i z powodzeniem przeszedł przez test Alana Turinga, twórcy pierwszych komputerów, który zresztą pracował przy Enigmie. W każdym razie on stwierdził, że będziemy mogli mówić o sztucznej inteligencji, o maszynach myślących w momencie, kiedy człowiek, rozmawiając z taką maszyną, nie będzie zdawał sobie sprawy, że rozmawia z maszyną. Eliza zachowywała się tak, że wielu ludzi nie zdawało sobie sprawy, że nie rozmawia z żywą osobą. Zresztą ten bot terapeutyczny jest cały czas dostępny online, można go sobie wypróbować. I co się okazało pół wieku temu?
W momencie, kiedy rozmawia się o sobie, o swoich problemach i nie testuje tej maszyny, zadając na przykład prowokacyjne, nielogiczne pytania, to dość dobrze się z nią rozmawia i wielu pracowników technicznych MIT, którzy stali się osobami badanymi w tym pierwszym podejściu, stwierdziło, że mieli z nią świetny kontakt i uważali, że rozmawiali z żywym człowiekiem, choć interfejsem były oczywiście klawiatura i ekran. Pytania i odpowiedzi pisało się na klawiaturze. To były takie początki, od tamtego czasu stworzono sporo różnych botów. W 2017 roku przeprowadziłem analizę dostępnych wówczas wirtualnych terapeutów. Wyniki były bardzo obiecujące. Opublikowałem swoje spostrzeżenia w artykule Tylko maszyna zrozumie człowieka2. Wirtualni terapeuci nie mają uprzedzeń, a gdy już mogą nas widzieć, trafnie diagnozują nawet mimikę twarzy, nasze sygnały niewerbalne. Potrafią spostrzegać o wiele więcej niż niejeden klinicysta. Dla przykładu: Ellie, jak ją nazwano, jest awatarem kobiecym, z którym się rozmawia, ale jednocześnie za pomocą kamer ta sztuczna inteligencja mierzy parametry twarzy, oznaki mimiczne różnego rodzaju. Bardzo sprawnie wychwytuje stany depresyjne i je diagnozuje. Potrafi do tego dostosować również swoją rozmowę. Więc parę lat temu te osiągnięcia były dość duże, a teraz są na pewno znacznie większe.
Strach się bać.
Osobiście nie wierzę, że ta technologia zastąpi psychoterapię prowadzoną przez człowieka.
Lobbing nie pozwoli?
Nawet nie, bo tutaj nie ma już takiego wyraźnego lobby. Jest raczej ogólny lęk. Pacjenci mają opory i specjaliści mają opory. Pacjenci – bo przecież kto chciałby powierzyć swoje życie maszynie? Nie za bardzo.
A może jednak mniej się człowiek krępuje niż przed drugim człowiekiem?
Tak, rzeczywiście w badaniach wiele osób podkreśla ten aspekt, że potrafiły się otworzyć przed wirtualnym terapeutą dużo bardziej niż przed człowiekiem. Nie miały żadnych oporów, żeby rozmawiać właśnie z maszyną. Więc to jest rzeczywiście zaleta tego kierunku.
Jednak generalnie wolimy powierzać swój los ludziom niż maszynom. Dochodzi do tego także przeświadczenie specjalistów o własnej wyjątkowości – są przekonani, że komputer nie może ich zastąpić, i nie zastąpi. Podawałem przykład tak zwanych diagnoz aktuarialnych, które prowadzono już od pierwszej połowy dwudziestego wieku. Wykorzystywano w nich metody statystyczne do oceny ludzi w różnych obszarach, i te diagnozy okazywały się zdecydowanie trafniejsze niż stawiane przez człowieka. Dziś dysponujemy wręcz nieprawdopodobnymi możliwościami diagnozowania – zarówno w medycynie, jak i w psychologii – za pomocą algorytmów. A jednak osobiście nie znam lekarza, który korzystałby ze sztucznej inteligencji przy diagnozowaniu pacjenta.
Skoro klienci wchodzą do gabinetu w emocjonalnym kryzysie, w momencie obniżonej sprawczości czy gorszej kondycji i widzą w terapeutach bogów, to co sprawia, że finalnie część tych relacji kończy się w sądzie? Jak często dochodzi do pozwów?
Nikt takich statystyk nie prowadzi. Wiele razy szukałem danych, żeby określić choćby, jaka jest liczba psychologów w Polsce. Nawet tego nie znalazłem. O terapeutach już nie wspominam, bo to są gabinety niezarejestrowane en masse przez nikogo; ani w Urzędzie Statystycznym, ani nigdzie indziej. Kiedyś nawet rozmawiałem z doktorantem, który szukał tych danych, bo bardzo mu były potrzebne, i poddał się w końcu, ponieważ ich nie znalazł.
Podobno istnieje sto dwadzieścia osiem szkół, które wypuszczają potencjalnych psychoterapeutów.
Nie wiem, być może tak jest.
Co musi się zadziać w gabinecie, żeby „przymierze terapeutyczne” skończyło się klapą i przeniosło na salę sądową?
Niekoniecznie musi się dużo dziać. Akurat śledzę takie sprawy, podam przykłady. W jednej pacjentem jest mężczyzna, w drugiej kobieta. Oboje uczestniczyli w terapii długotrwałej, trwającej dwa, trzy lata. Dwa spotkania w tygodniu po dwieście pięćdziesiąt złotych za godzinę. Łatwo policzyć, jakie kwoty wychodzą po trzech latach. Terapia nie przynosiła spodziewanych rezultatów, a wręcz były okresy, że dochodziło do pogorszenia, i to takiego, które całkiem słusznie pacjenci uważali za skutek terapii, ponieważ na sesji zajmowali się problemami z wczesnej młodości, problemami z matką albo czymś, co prowadziło do pogorszenia relacji rodzinnych w trakcie tej terapii. W obu przypadkach klientom dał do myślenia czas tego „przepracowywania” tematu bez jakichkolwiek efektów, bez wyraźnej troski terapeuty o pacjenta, a przeciwnie – miały miejsce zaniedbania w rodzaju przekładania wizyt czy niedostępności w czasie, kiedy wizyty były umówione. Gdy dzieje się coś takiego po dwóch, trzech latach, pacjenci dochodzą do wniosku, że stracili sporą sumę pieniędzy, najczęściej kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy złotych, a ich stan się nie poprawił, wręcz funkcjonują gorzej niż przed rozpoczęciem terapii. Moim zdaniem to jest wystarczający powód, by wystąpić na drogę cywilną z pozwem o zwrot kosztów świadczonej usługi. Plus odszkodowanie z racji chociażby zmarnowanego czasu. Przy czym mówimy tutaj o tych najłagodniejszych sytuacjach.
Dla równowagi powiedzmy z całą mocą, że znacznie częściej ludzie są zadowoleni z psychoterapii.
Ale często dlatego, że kryterium, którym próbują mierzyć efektywność terapii, jest ich zadowolenie. Gdy to słyszę, odpowiadam, że sekty są pełne szczęśliwych wyznawców. Zadowolenie jest zbyt subiektywnym odczuciem, by mogło stanowić kryterium oceny. Miernikiem efektywności psychoterapii jest realizacja celu, który sobie założyliśmy, przychodząc i rozpoczynając terapię. Znam historię kobiety, katoliczki, która zdecydowała się skorzystać z pomocy psychoterapeutycznej, ponieważ rozpadała się jej rodzina. Tymczasem wyszła z gabinetu zmanipulowana, bo poprzestawiano jej priorytety, zaingerowano w jej system wartości, czego robić absolutnie nie wolno. Usłyszała, że rodzina nie jest w życiu najważniejsza, że warto stawiać na siebie, rozwój indywidualny i tym podobne. I pacjentka żyjąca w katolickim systemie wartości, gdzie rodzina jest bardzo ważna, po roku terapii rozwiodła się z mężem. Jest bardzo zadowolona z efektów psychoterapii.
Pytanie: jak długo będzie zadowolona?
Właśnie. Można przypuszczać, że po pewnym czasie doświadczy dysonansu poznawczego i być może pójdzie z tym na kolejną terapię.
Wielu klientów błąka się od terapii do terapii.
Rekordzista, którego znam, siedemnaście razy zmieniał terapeutę. Ale częściej się zdarza, że ludzie nabywają tak zwanej wyuczonej bezradności. Bo jeśli odmawia nam posłuszeństwa zdrowie fizyczne, to nierzadko mamy jeszcze sporo siły psychicznej, żeby powalczyć o poprawę; zmieniamy lekarza, szukamy innych form leczenia. Działamy, jesteśmy aktywni. Natomiast trzeba wziąć pod uwagę, że pacjent, który ma problemy psychiczne, zwykle w rzeczywistości sobie nie radzi. Sam fakt rozpoczęcia terapii jest dla niego ogromnym wysiłkiem – wręcz wykrzesaniem z siebie ostatniej iskry woli. A gdy ta próba kończy się niepowodzeniem, brakuje mu już siły, by szukać kolejnych terapeutów. Znacznie częściej dochodzi do wniosku, że to z nim jest coś nie tak.
Jak mantra powtarzana jest fraza: powodzenie psychoterapii zależy od zaangażowania klienta.
Potem, jeżeli terapia idzie dobrze, przynosi efekty, najczęściej mówi się, że to zasługa terapeuty i metody. Jeżeli terapia idzie źle, uważa się, że to pacjent nie dojrzał do zmiany. Co więc ma myśleć i czuć człowiek, który słyszy taki przekaz – kiedy stosuje się perswazję: to z twojej winy, bo nie jesteś gotowy na pracę, bo nie przyłożyłeś się do zmiany, bo brak ci motywacji, bo reagujesz oporem, i tak dalej. Wielu pacjentów dochodzi do wniosku, że nie podołali i nigdy nie podołają. A jeżeli jeszcze zaczną zmieniać terapeutów i u kolejnego usłyszą to samo, tylko utwierdzą się w przekonaniu, że ich przypadek jest beznadziejny. I w ten sposób terapia stygmatyzuje człowieka.
Tak samo, jak potrafi terapia – oparta na dogrzebywaniu się praprzyczyn problemów w dzieciństwie czy w przeszłości – wyłowić nawet rzeczy przez samego pacjenta słusznie zapomniane, bo mózg sam umie doświadczenia traumatyczne otorbić niejako, odseparować w pamięci.
Pociągnę ten wątek stygmatyzacji, o którym Pani wspomniała, bo jest pewien rodzaj stygmatyzacji, z którego ludzie w ogóle sobie nie zdają sprawy. On jest szczególnie perfidny. Nawet napisałem na ten temat esej, esej, który znajdzie się w mojej nowej książce.
Otóż, kiedy pracowałem nad książką Psychoterapia bez makijażu, rozmawiałem z pacjentami. Nakłaniałem też do rozmów, z dużym trudem zresztą, terapeutów. Prosiłem, by odnieśli się do przypadków traumatycznych, które przytoczyłem. Mimo że nie oni prowadzili opisane terapie, bardzo wielu odmawiało komentarza. Przy tej okazji często spotykałem się z zarzutem, że wierzę pacjentom. A dlaczego miałbym im nie wierzyć? Otóż argumentowali, że mam do czynienia z osobami zaburzonymi. Świadczy to o sposobie myślenia psychoterapeutów, którzy z góry zakładają, że ktoś, kto się zgłosił na terapię, jest zaburzony. I teraz uwaga. Gdy taki pacjent, po nieudanej terapii, jako poszkodowany trafia do sądu, strona przeciwna natychmiast sięga po ten sam argument. Prawnicy zaczynają wówczas od słów: „Wysoki Sądzie, te zeznania są niewiarygodne, bo złożyła je osoba zaburzona”.
Każde przekroczenie progu gabinetu terapeutycznego może zostać użyte przeciwko tobie?
O tym się w ogóle nie mówi! Psychoterapia powstała, by pomagać ludziom, leczyć symptomy ich zaburzeń psychicznych. Klient nie może stawać się zakładnikiem terapeuty, odkąd obdarzy go zaufaniem. Ale ponieważ jest, jak jest, namawiam pacjentów, by nie zapominali, że istnieje kontrakt terapeutyczny, który należy zawrzeć na początku, i to w formie pisemnej. Powinien określać, co będzie tematem sesji terapeutycznych w związku z diagnozą, ile terapia może potrwać i inne kwestie dotyczące częstotliwości spotkań, ich przebiegu, kosztów i spraw organizacyjnych. Psychoterapeuta powinien mieć obowiązek prowadzenia dokumentacji procesu podobnej do historii choroby, jaką prowadzi lekarz. To nic nadzwyczajnego, umowy zawiera się w każdej dziedzinie. Na wypadek tak zwanych złych czasów.
Czyli sytuacji konfliktowych.
Tak. Na wypadek momentu, w którym pacjent czuje, że terapia nic mu nie dała i chce złożyć reklamację.
Tylko że taki krok może okazać się brzemienny w skutki, co widać na przykładzie pani Sylwii, do której sprawy mieliśmy wrócić.
Jak Pani miała okazję się przekonać, spór między panią Sylwią a jej dwoma psychoterapeutami zaognił się na tyle, że wzajemne oskarżenia rozstrzygają sądy wielu instancji, z Sądem Najwyższym włącznie. Historia zaczęła się ponad dziesięć lat temu. Wtedy pacjentka trafiła kolejno do dwóch psychoterapeutów. Obaj podjęli się poprowadzenia bardzo wymagającego zaburzenia, jakim jest borderline, i obaj ponieśli fiasko. Zaburzenie to polega na tym, że człowiek wskutek przeżytej traumy ma sporo zachowań dalece odbiegających od zwyczajowych, a dotyczących życiowej brawury, nadekspansji w relacjach. Każdy terapeuta o tym wie, ba, można o tym przeczytać w Wikipedii! Kiedy jednak pani Sylwia w trakcie terapii przejawiała zachowania wynikające z jej zaburzenia, choć niewątpliwie utrudniające funkcjonowanie: była natarczywa, wymuszała zainteresowanie i kontakt, a gdy go nie uzyskiwała, bywała pobudzona, prowokująca, agresywna – terapeuci sobie z tym nie poradzili. Wzywali do pacjentki pogotowie, policję, nawet straż pożarną. Gdy karetka odwiozła panią Sylwię do szpitala, lekarz dyżurny zaraz ją wypisał jako przypadek niekwalifikujący się do hospitalizacji, lecz do terapii dziennej. Pacjentka nie mogła jednak już liczyć na ciąg dalszy pomocy w miejscach, z których została przepędzona. Wtedy ją poznałem i mogę stwierdzić, że rzeczywiście była w stanie dekompensacji.
Została jedną z bohaterek Pańskiej książki.
Tak, opisywałem kilka przypadków terapeutycznych niepowodzeń, w tym pani Sylwii, ale to potem. Najpierw musiała zająć się sobą. Złożyła też skargę na obu terapeutów w ich stowarzyszeniach zawodowych. Obaj zostali zawieszeni w prawie wykonywania zawodu, a jeden z nich otrzymał wykaz dziewięciu błędów, które popełnił w trakcie prowadzenia tej terapii. Pani Sylwia długo o to zabiegała, bo osoba, która doświadczyła złej psychoterapii i poniosła ogromny koszt – nie tylko finansowy, lecz głównie psychiczny, potrzebuje sprawiedliwości, potrzebuje informacji, że to nie jej wina.
Wtedy panowie ruszyli do kontrataku?
Gdy sprawa trafiła do mediów, psychoterapeuci połączyli siły i wspólnie złożyli pozew przeciwko byłej pacjentce, oskarżając ją o zachowania będące istotą zaburzenia borderline – jak choćby nękanie. Obaj wiedzieli, z czym się mierzą, i podjęli się udzielić pomocy, tylko – jak widać – bez pełnej odpowiedzialności. Pani Sylwia na drodze cywilnej pozwała o zwrot kosztów poniesionych w terapii oraz odszkodowanie, gdyż jej stan pogorszył się w wyniku źle prowadzonej terapii, a do tego wskutek kontaktu z terapeutami podczas rozpraw wystąpił też u niej zespół stresu pourazowego. W przerwie kolejnej jeden z nich podszedł do pani Sylwii i zapowiedział: „A to dopiero początek”. Słyszało to kilka osób.
I to nie było nękanie?
Oczywiście, że było. Psychoterapeuci wystąpili przeciwko byłej pacjentce z paragrafów karnych. I właśnie sąd wydał wyrok skazujący ją na rok pozbawienia wolności, w zawieszeniu.
Na jakiej podstawie?
I to jest dopiero dyskusyjne. Otóż na podstawie badania biegłego sądowego, ale – uwaga – badania przeprowadzonego po dziesięciu latach od zdarzeń, których kara dotyczy. Sąd w ogóle nie wziął pod uwagę opinii wielu specjalistów mających kontakt z panią Sylwią przedtem, czyli kiedy była tuż po terapiach. Dodatkowo biegły wydał orzeczenie, że pacjentka, przepraszam – oskarżona, była w chwili popełniania czynów świadoma. Warto zwrócić uwagę, że zaburzenie borderline sprawia, że człowiek przytomny, owszem, jest, ale ma silny, nieposkromiony przymus dopuszczania się różnych czynności. Nie potrafi się przed tym powstrzymać. Powstrzymać miał terapeuta, lecz nie zdołał. Może dodam, że znam bohaterkę tej historii od dekady i nie natrafiłem na poważniejsze problemy w relacjach z nią.
To zastanawiające, sąd jakby ograniczył się do stwierdzenia: talerz jest stłuczony. Ale nie zainteresował się tym, kto talerzem rzucił ani dlaczego.
Tam pojawił się nawet taki absurd, że kara dotyczy gróźb karalnych, a groźby były zapowiedziami, że pacjentka będzie dochodziła sprawiedliwości. Jako dowód winy na nękanie potraktowano również fakt, że pacjentka złożyła skargi do komisji etycznych. W ten sposób sąd wysłał w świat ostrzeżenie – nawet jeśli twoje skargi w stosunku do terapeuty są zasadne, tak jak w tym przypadku, nie próbuj ich składać, bo to będzie świadczyło na twoją niekorzyść. Paragraf 22.
To wyrok precedensowy?
Tak. I dlatego wymaga nagłośnienia ze względu na zagrożenie społeczne, jakie ze sobą niesie. Nie może być tak, że karane będą prawdziwe ofiary, bo to drwina ze sprawiedliwości.
Tomasz Witkowski – doktor psychologii, pisarz, publicysta, epistemolog psychologii, badacz, założyciel Klubu Sceptyków Polskich. Prowadził badania dotyczące psychologii społecznej oraz motywacji na uniwersytetach w Bielefeld oraz w Hildesheim. Napisał kilkadziesiąt artykułów naukowych oraz ponad sto popularnonaukowych i kilkanaście książek poświęconych psychologii opublikowanych w wielu językach, m.in. Zakazana psychologia; Psychomanipulacje. Jak je rozpoznać?; Giganci psychologii. Rozmowy na miarę XXI wieku; Psychoterapia bez makijażu. Rozmowy o terapeutycznych niepowodzeniach.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
2 „Focus”, luty 2017.
Wstęp
Freud oszukiwał, Zimbardo manipulował
Okładka
