Kary Klejnot - Anna Sewell - ebook
Opis

 Wzruszająca opowieść o Karym Klejnocie, wyjątkowym koniu.

Bohaterem książki jest koń Kary Klejnot, który opowiada o swoich losach. Beztroski źrebak z białą gwiazdą na czole wyrasta na pięknego rumaka. Z biegiem lat trafia do kolejnych właścicieli, poznaje inne konie i ich historie. Spotyka się z różnym traktowaniem, od dobroci i troskliwości po bezmyślność i okrucieństwo. Uświadamia sobie, jak bardzo jego życie jest uzależnione od człowieka, od jego czułej opieki i zrozumienia potrzeb zwierzęcia. Zawsze jednak na miłość gotów jest odpowiedzieć miłością.

Kary Klejnot to klasyka literatury dziecięcej i jedyna powieść Anny Sewell, wielkiej miłośniczki koni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 241

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Anna Sewell Kary klejnot ISBN: 978-83-7785-892-9 TYTUŁ ORYGINAŁU: Black Beauty PRZEKŁAD: Jerzy Łoziński Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2015 Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań, 2015 All rights reserved Ilustracje: Aleksandra Michalska-Szwagierczak wg oryginalnych ilustracji Charlotte Hough Projekt okładki i stron tytułowych: Agnieszka Herman Redakcja: Paulina Wierzbicka Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Wstęp

Co musi mieć w sobie książka, która od prawie 150 lat uwodzi serca czytelników na całym świecie? Opublikowana 24 listopada 1877 roku, sprzedana została w ponad 50 milionach egzemplarzy, była też wielokrotnie filmowana. Na półce stoi wśród książek najbardziej ulubionych zarówno przez młodych, jak i dorosłych czytelników. Oczywiście można byłoby wskazać jej pozornie słabe strony – moralizatorstwo, jednorodne oceny czy prostotę opisu. A jednak to, co wydaje się słabością tej książki, w trakcie czytania, jak za pomocą czarodziejskiej różdżki, staje się jej siłą i uwodzi. Szczerość, autentyzm i odwoływanie się do najważniejszych wartości decydują o ponadczasowości Karego Klejnotu. Jest to książka, która nie poddaje się destrukcyjnej mocy rozmaitych mód, preferencji czy emocji. Nie starzeje się, nie jest kwiatem jednej nocy, ale gwiazdą, która świeci i będzie świecić znowu. Jest to opowieść o dobru i złu, o prostych prawdach i szczerych emocjach, która towarzyszy nam od zarania dziejów i będzie towarzyszyć aż do naszego końca. Co więcej, paradoksalnie jest to książka chwilami bardziej aktualna obecnie niż sto lat temu.

Opowieść o koniu zwanym Karym Klejnotem, jego narodzinach, spotkanych ludziach i zwierzętach staje się wielką metaforą życia. Losy Karego Klejnotu, wrażliwej Narywki, dla której ludzie nie mieli litości, Radonóżka, mądrego i łagodnego kucyka, cynicznego i twardego Sir Olivera — konia do polowań — splatają się z losami życzliwych i dobrych, ale i złośliwych, złych ludzi.

Anna Sewell pisała tę opowieść przez sześć lat. W tym czasie zmagała się z chorobą, czasami była zbyt słaba, by pisać, wtedy tekst dyktowała swojej matce. Samo zakończenie zostało spisane z notatek sporządzonych przez matkę autorki. Anna Sewell nie napisała już nic więcej, zmarła pięć miesięcy po publikacji książki. Nie doczekała się olbrzymiego sukcesu, jaki odniosła jej powieść.

Wydawca

CZĘŚĆ PIERWSZA

1. Mój pierwszy dom

Pierwsze miejsce, które dobrze pamiętam, to wielka, powabna łąka ze stawkiem pełnym czystej wody. Nachylały się nad nim rzucające cień drzewa, brzeg porastały sterczące z głębokiego dna trzciny i lilie. Nad płotem po jednej stronie widzieliśmy orne pole, po drugiej — bramę stojącego przy drodze domu pana. Na szczycie łąki znajdował się jodłowy zagajnik, a dołem płynął strumień, nad którym wisiał stromy brzeg.

W dzieciństwie karmiłem się mlekiem matki, gdyż nie mogłem jeszcze jeść trawy. Za dnia biegałem u jej boku, w nocy układałem się tuż przy niej. Podczas upałów zwykliśmy stać nad stawem w cieniu drzew, a gdy było zimno, mieliśmy ciepłą szopę koło zagajnika.

Kiedy podrosłem na tyle, żeby już karmić się trawą, mama w dzień szła do pracy, a wracała wieczorem.

Oprócz mnie było na łące jeszcze sześcioro źrebiąt, wszystkie starsze ode mnie, niektóre były już dużymi, prawie dorosłymi końmi.

Biegałem razem z nimi i robiłem to z ochotą; galopowaliśmy wokół pola w grupie tak szybko, jak się dało. Ale nie zawsze było przyjemnie — one niekiedy także gryzły i kopały.

Kiedy pewnego dnia było szczególnie dużo kopaniny, matka prychnięciem przywołała mnie do siebie i powiedziała:

— Chcę, żebyś uważnie posłuchał tego, co chcę powiedzieć. Źrebaki, z którymi tutaj jesteś, są bardzo porządne, ale przeznaczone do ciągnięcia wozów, więc oczywiście nikt ich nie uczy manier. Ty jesteś pełnej krwi i masz bardzo dobre pochodzenie. Twój ojciec był dobrze znany w całej okolicy, a dziadek dwa lata z rzędu wygrywał wyścigi w Newmarket. Żaden koń, którego znałam, nie miał lepszego charakteru od twej babki, a nie sądzę, byś kiedykolwiek widział, jak ja kopię czy gryzę. Mam nadzieję, że będziesz dorastał jako łagodny i dobry, i nigdy nie nabierzesz złych nawyków. Dlatego pracę wykonuj chętnie, przy kłusie wysoko unoś kopyta i nawet w zabawie nie gryź ani nie kop.

Nigdy nie zapomniałem rady matki. Wiedziałem, że jest stara i mądra, a nasz pan bardzo ją szanował. Nazywała się Księżna, ale często wołał na nią Luba.

Pan był dobrym, miłym człowiekiem. Karmił nas, dbał o nasze boksy, zawsze miał dla nas dobre słowo, bo zwracał się do nas tak, jak do swoich małych dzieci. Bardzo go wszyscy lubiliśmy, a moja matka wręcz go kochała. Wystarczyło, że zobaczyła go w bramie, a już radośnie rżała i truchtała do niego. Klepał ją po szyi, gładził i mówił: „No i jak tam, moja stara Luba, jak tam twój Karusek?”. Mam matową czarną maść, więc nazywał mnie Karuskiem. Potem dawał mi trochę chleba, zawsze bardzo dobrego, a matce niekiedy przynosił marchewkę. Zbiegały się do niego wszystkie konie, ale wydaje mi się, że to my byliśmy jego ulubieńcami. W dzień targowy matka zawsze wiozła go do miasteczka w gigu1.

Był też oracz Dick, który czasami zjawiał się na naszym polu, żeby poszukać za płotem jeżyn. Kiedy się już najadł, zaczynał, jak to nazywał, zabawę ze źrebakami, to znaczy ciskał w nas kamieniami i patykami, żebyśmy galopowali. Niewiele się nim przejmowaliśmy, bo zawsze można było uciec, ale czasami kamień trafiał, a wtedy bolało.

Pewnego razu znowu zaczął dokazywać po swojemu, ale nie wiedział, że na sąsiednim polu przebywa pan, który jak tylko wszystko zobaczył, zaraz, hop, przeskoczył na drugą stronę i jak nie złapie Dicka za ramię, jak nie zdzieli go w ucho tak, że chłopak zaczął wrzeszczeć z bólu i ze strachu. Potruchtaliśmy bliżej, żeby zobaczyć, co się dzieje.

— Ty nicponiu! — gniewnie mówił pan. — Ty nicponiu, tak dręczyć źrebaki! Pewnie nie jest to ani pierwszy, ani drugi raz, ale na pewno ostatni. Trzymaj, masz tu swoje pieniądze i zmykaj czym prędzej do domu. Nie chcę cię więcej u siebie widzieć!

I nigdy już nie zobaczyliśmy Dicka, a stary Daniel, który doglądał koni, odnosił się do nas jak pan, więc było nam zupełnie dobrze.

Gig — jednokonny powóz dwukołowy. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od redakcji). [wróć]

2. Polowanie

Nim skończyłem dwa lata, wydarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę. Zaczynała się wiosna, w nocy były jeszcze przymrozki, a nad polami i łąkami stale wisiała leciutka mgiełka. Wraz z innymi źrebakami pasłem się w niżej położonej części pola, kiedy gdzieś z oddali doleciał nas odgłos jakby szczekania psów. Najstarszy z nas uniósł łeb, nastawił uszy i powiedział: „Ogary!”, po czym lekkim galopem odbiegł — a my wszyscy za nim — na drugi koniec, skąd wyciągając szyje nad płotem, mogliśmy wzrokiem sięgnąć aż na kilka pól dalej. Obok nas moja matka i koń wierzchowy pana stały tak, jakby dobrze wiedziały, co się będzie działo.

— Wyczuły zająca — powiedziała matka — a jeśli będzie uciekał w tę stronę, zobaczymy polowanie.

I zaraz potem przez sąsiednie pole z młodą pszenicą pognały psy, podnosząc taką wrzawę, jakiej jeszcze nigdy nie słyszałem. Nie piszczały, nie skowyczały, nie warczały, nie wyły — to był nieustanny szczek tak głośny, że więcej ich pyski by nie wytrzymały. Za nimi, galopując jak szaleni, gnali ludzie, niektórzy w zielonych kurtkach. Stary rumak patrzył chciwie za nimi, a i my, młode źrebaki, także chętnie byśmy za nimi pomknęli, ale już po chwili byli kilka pól dalej. Tam nagle wszyscy się zatrzymali, a psy z nosami przy ziemi rozbiegły się na wszystkie strony.

— Straciły trop! — zawyrokował wierzchowiec. — Może zającowi się upiekło.

— Jaki zając? — spytałem.

— A tam, skąd mam wiedzieć, jaki zając, może jeden z tych, które są w naszym obejściu. Psom i ludziom obojętne jaki, byle jakiego wywęszą, zaraz za nim pogonią.

Niemal natychmiast znowu rozległ się ten straszliwy szczek i ruszyli z powrotem, wprost na naszą łąkę, ku tej jej części, gdzie stromy brzeg zwieszał się nad strumieniem.

— Teraz zobaczymy zająca — odezwała się matka i zaraz dostrzegliśmy oszalałego z przerażenia szaraka, który przemknął obok i rzucił się ku uprawom. Tuż za nim biegły psy, które odbiły się ze skarpy, przefrunęły nad strumieniem i dalej mknęły polem, a za nimi sadzili jeźdźcy, z których sześciu, może ośmiu też bez trudu pokonało strumień. Zając chciał prześliznąć się przez żywopłot, ale widząc, że jest on za gęsty, gwałtownie wykręcił w kierunku drogi. Niestety było już za późno; psy z dzikim jazgotem dopadły go, rozległ się jeden przeciągły skowyt i było po wszystkim. Jeden z jeźdźców podjechał i zaczął szpicrutą okładać psy, które za chwilę rozerwałyby zająca na strzępy. Myśliwy chwycił zdobycz za skoki, poszarpaną i krwawiącą, a jego towarzysze wydawali się bardzo z tego zadowoleni.

Byłem tak tym wszystkim przejęty, że zrazu nie zauważyłem, co się dzieje przy strumieniu, ale kiedy tam wreszcie spojrzałem, zobaczyłem smutny widok. Dwa śliczne konie leżały; jeden usiłował wstać w strumieniu, a drugi, pokwikując, leżał na trawie. Jakiś człowiek wygrzebywał się z potoku, cały w błocie, a inny się nie ruszał.

— Złamał kark — powiedziała matka.

— I dobrze mu tak — dorzucił jeden ze źrebaków.

— Nie — sprzeciwiła się matka — tak nie wolno mówić, ale muszę przyznać, że chociaż długo już żyję, widziałam więc i słyszałam wiele rzeczy, nigdy nie byłam w stanie pojąć, dlaczego ludzie tak kochają polować. Często robią sobie przy tym krzywdę, szkodzą pięknym koniom, niszczą pola, a wszystko w imię jednego zająca, lisa czy jelonka, którego i tak mogliby dopaść o wiele łatwiej. No ale nic, jesteśmy tylko końmi, więc nie musimy rozumieć.

Kiedy matka to mówiła, my staliśmy i patrzyliśmy. Wielu jeźdźców pospieszyło do młodzieńca, ale pierwszy był przy nim mój pan, który uważnie się wszystkiemu przypatrywał. Próbował go podnieść; głowa tamtego zwisała w tył, ręce opadły bezwładnie, wszystko wyglądało bardzo poważnie. Teraz nie było już żadnego zgiełku, ucichły nawet psy, czując, że coś jest nie w porządku. Ponieśli chłopaka do domu pana, a potem usłyszałem, że był to George Gordon, jedyny syn hrabiego, przystojny, wysoki, prawdziwa duma rodziny.

Wszyscy rozjechali się teraz w różne strony: do doktora, kowala i na pewno do hrabiego Gordona, aby go powiadomić, co się stało z jego synem. Zjawił się pan Bond, kowal, ukląkł koło karego, który leżał, chrapiąc na trawie, obmacał go i pokręcił głową: jedna noga była złamana. Ktoś pognał do domu pana i wrócił ze strzelbą. Rozległ się głośny huk, przeciągły kwik, a potem zapadła cisza i czarny koń już się nie poruszył.

Matka była wyraźnie przygnębiona; powiedziała, że znała karego od lat. Nazywał się Rob Roy, był dobrym, dzielnym koniem i nigdy nie zrobił nic złego. Nie zbliżyła się już potem do tej części łąki.

Kilka dni później usłyszeliśmy przeciągły, rytmiczny dźwięk dzwonu, a za bramą zobaczyliśmy długi powóz, obity na czarno i ciągnięty przez czarne konie, a za nim następny i następny, i tak ciągnęły, zdawało się, bez końca, a dzwon nie ustawał. Wieźli młodego Gordona na cmentarz, aby go tam pochować. Już nigdy nie dosiądzie konia. Co zrobili z Rob Royem, tego nie wiem, w każdym razie wszystko to z powodu jednego małego zajączka.

3. Tresura

Rosłem coraz piękniej, sierść mi się wydłużała, miękła i stawała błyszcząca. Miałem białą jedną pęcinę, a na czole piękną białą gwiazdę. Mówili, że jestem piękny, a pan nie chciał mnie sprzedawać, zanim nie dobiegnę czterech lat. „Chłopcy nie powinni pracować jak mężczyźni — powiedział — a źrebaki muszą najpierw dorosnąć, zanim zacznie się je traktować jak dorosłe konie”.

Byłem więc czterolatkiem, kiedy przyszedł mnie obejrzeć hrabia Gordon. Spojrzał mi w ślepia, zajrzał do pyska, obmacał nogi aż po kopyta. Potem musiałem przed nim iść stępa, cwałować i galopować, a chyba mu się spodobałem, bo na koniec powiedział: „Jak się go umiejętnie wytresuje, będzie z niego bardzo dobry koń”. Pan stwierdził, że sam zajmie się ujeżdżaniem, bo nie chce, żebym stał się strachliwy albo żeby przytrafiło mi się coś złego, a nie zamierzał odkładać tego na później, gdyż zaczęliśmy nazajutrz.

Nie wszyscy muszą wiedzieć, na czym polega ujeżdżanie, dlatego je opiszę. Chodzi o to, aby nauczyć konia noszenia siodła, ogłowia, a także jeźdźca, czy to będzie mężczyzna, kobieta czy dziecko. Koń musi iść tam, dokąd chce jeździec, i robić to spokojnie. Poza tym musi się nauczyć chodzić w chomącie, podogoniu i natylniku, stać spokojnie, kiedy mu je nakładają, i nie odchodzić ani nie odbiegać, dopóki nie zostanie do niego przyczepiony wóz albo pojazd, a potem ciągnąć je szybko lub wolno, jak tego chce woźnica. Nie może spłoszyć się tym, co widzi, mówić do innych koni, gryźć, kopać ani robić czegokolwiek tylko dlatego, że tak mu się podoba, natomiast zawsze musi robić to, czego chce pan, nawet jeśli jest bardzo zmęczony czy głodny. Kiedy ma na sobie uprząż, nie wolno mu ani skakać z radości, ani pokładać się ze znużenia. No więc sami widzicie, to ujeżdżanie to jest naprawdę duża sprawa.

Od dawna już, rzecz jasna, przywykłem do uździenicy czy naczółka i do tego, aby spokojnie dać się prowadzić po polu czy drodze, teraz jednak miałem mieć wędzidło i wodze. Pan dał mi jak zwykle owsa, potem nadeszła pora ugładzania, aż wreszcie poczułem w pysku wędzidło, a z boku przymocowane do niego wodze. Ależ to było okropne! Ten, kto nigdy nie miał między wargami wędzidła, nawet nie zrozumie, jak to jest. Kawałek zimnej, twardej stali, grubej jak ludzki palec, wchodzi ci do pyska, między zęby i na język, kąciki wychodzą między wargami, a paski tak ją mocują do głowy, szyi i nosa, że nie ma sposobu, aby pozbyć się tej obrzydliwej rzeczy. To okropne, przeokropne, a przynajmniej tak sobie myślałem, ale wiedziałem, że matka zawsze to miała, kiedy wyjeżdżała poza łąkę, miały też wszystkie konie, gdy już odpowiednio podrosły. I tak po ładnej porcji owsa, miłych słowach pana, klepnięciach i gładzeniach przyszła i na mnie kolej, żeby mieć wędzidło i wodze.

Następnie przyszło siodło, ale nie było nawet w połowie tak wstrętne. Pan bardzo delikatnie ułożył mi je na grzbiecie, podczas gdy stary Daniel trzymał mnie za łeb. Potem, przez cały czas do mnie mówiąc, opasał mi brzuch popręgiem, aż wreszcie dał mi trochę owsa i trochę oprowadził po zagrodzie, co powtarzał każdego dnia, aż wreszcie zacząłem wyczekiwać na owies i siodło. Po jakimś czasie pewnego ranka pan znalazł się na moim grzbiecie i poprowadził przez łąkę po miękkiej trawie. Zgoda, czułem się trochę dziwnie, ale wyznam, że byłem dumny, iż noszę pana, a gdy tak każdego dnia jeździł na mnie trochę, szybko zacząłem się przyzwyczajać.

Kolejną nieprzyjemną sprawą było mocowanie żelaznych podków; także i to z początku zupełnie mi się nie podobało. Pan poszedł ze mną do kuźni, żeby dopatrzyć, czy nie będę przerażony ani czy też nic złego mi się nie stanie. Kowal brał do rąk kolejno każdą moją nogę i zestrugiwał fragment kopyta. To nie bolało, stałem więc spokojnie na pozostałych trzech nogach, aż zrobi swoje. Wziął kawałek żelaza pasujący do kopyta, a potem przybił go do niego kilkoma gwoździami. Noga poniżej pęciny zrobiła się sztywna i ciężka, ale z czasem przyzwyczaiłem się także do tego.

Ale nie był to jeszcze koniec uprzęży, gdyż teraz pan nałożył mi sztywne, ciężkie chomąto, a do nagłówka dołączył klapy, które nie pozwalały spojrzeć ani w jedną, ani w drugą stronę, patrzeć więc mogłem tylko wprost przed siebie. No i jeszcze takie małe jakby siodełko, które miało wstrętną pętlę wchodzącą pod sam rzep ogona: to podogonie. Nienawidziłem go; zginanie mojego długiego ogona i przeciąganie go przez tę pętlę było niemal tak samo okropne jak noszenie wędzidła. Nigdy nie chciało mi się kopać bardziej niż w takich chwilach, ale naturalnie nie mogłem kopnąć mego dobrego pana, no a na koniec przywykłem do tego wszystkiego i potrafiłem pracować tak dobrze jak matka.

Nie mogę nie wspomnieć o tej części ujeżdżania, z której, myślę, bardzo skorzystałem. Pan wysłał mnie na dwa tygodnie do swojego sąsiada, który miał łąkę przylegającą z jednej strony do torów kolejowych. Było tam trochę owiec i krów, a mnie wstawiono między nie.

Nigdy nie zapomnę pierwszego pociągu. Spokojnie pasłem się przy palach oddzielających łąkę od torów, kiedy w oddali posłyszałem osobliwy dźwięk, ale zanim się zorientowałem, z hukiem, szczękiem i w obłokach dymu pojawił się czarny pociąg i przeleciał koło mnie, zanim zdążyłem zaczerpnąć tchu. Odwróciłem się i galopem pognałem na drugi koniec łąki, gdzie stanąłem, prychając ze zdumienia i strachu. W trakcie dnia przejechało jeszcze wiele pociągów, niektóre nie tak szybko, gdyż zwalniały przed znajdującą się nieopodal stacją, a niektóre straszliwie przy tym piszczały i jęczały. Dla mnie było to przerażające, ale krowy dalej sobie spokojnie żuły trawę i nawet nie unosiły łbów, kiedy z sapaniem i zgrzytem nadlatywała ta okropna czarna rzecz.

Przez pierwszych kilka dni nie potrafiłem się paść w spokoju, kiedy się jednak przekonałem, że ten potwór nigdy nie zbliżał się do pola i nikomu nie robił szkody, stopniowo coraz mniej na niego zwracałem uwagę, aż wreszcie równie obojętnie odnosiłem się do przejeżdżających wagonów jak krowy i owce.

Potem wielokrotnie widziałem konie niespokojne, a nawet wpadające w popłoch na widok lub dźwięk maszyny parowej, ale dzięki rozumnej zapobiegliwości pana na stacji kolejowej jestem równie spokojny jak u siebie w stajni.

Kiedy ktoś chce dobrze przysposobić młodego konia, oto dobra metoda.

Pan często zaprzęgał mnie razem z matką, gdyż była spokojna i znacznie lepiej uczyłem się od niej niż od jakiegoś obcego konia. Powtarzała mi, że im lepiej będę się zachowywał, tym lepiej będę traktowany, i że dlatego najmądrzej jest zawsze starać się jak najbardziej zadowolić pana.

— Ale — ciągnęła — ludzie są bardzo różni. Dobrzy i rozumni jak nasz pan, z pracy u którego mógłby być dumny każdy koń, ale są też źli i okrutni, tacy co nigdy nie powinni mieć własnego konia ani nawet psa. A poza tym jest mnóstwo ludzi głupich, próżnych, ograniczonych, nieodpowiedzialnych, którym nawet nie chce się myśleć. To ci najbardziej szkodzą koniom, gdyż brak im wrażliwości i chociaż tego nie chcą, powodują zło. Mam nadzieję, że dostaniesz się w dobre ręce, koń jednak nigdy nie wie, kto może go kupić lub będzie chciał nim powozić. Dla nas to czysty przypadek, ja jednak powtarzam: to, co robisz, rób najlepiej, jak potrafisz, cokolwiek by się działo, i dbaj o swoje dobre imię.

4. Birtwick Park

Był to czas, kiedy dużo stałem w stajni, a codziennie byłem tak szczotkowany, że sierść mi lśniła jak krucze skrzydło. Na początku maja zjawił się człowiek od hrabiego Gordona i zaprowadził mnie do dworu. Mój pan powiedział:

— Żegnaj, Karusku, bądź dobrym koniem i zawsze sprawuj się jak najlepiej.

Nie mogłem mu odpowiedzieć słowami, więc tylko trąciłem go nosem w rękę, a on leciutko mnie poklepał i tak opuściłem swój pierwszy dom. Ponieważ u hrabiego Gordona spędziłem kilka lat, nie od rzeczy będzie powiedzieć parę słów o tym miejscu.

Otoczony parkiem dworek hrabiego Gordona przylegał do wioski Birtwick. Prowadziła do niego wielka żelazna brama i przy niej znajdował się pierwszy domek wartownika, a dalej biegło się gładką drogą między kępami starych drzew, później kolejna wartownia i następna brama, za którą widać już było dworek i jego ogród. Dalej znajdował się domowy wybieg dla koni, stary sad i stajnie. Było w nich miejsce dla wielu koni i powozów, ale ja opiszę tylko stajnię, w której się znalazłem. Była bardzo przestronna, z czterema wygodnymi boksami oraz dużym wahadłowym oknem otwierającym się na dziedziniec, dzięki któremu w środku było przyjemnie i rześko.

Pierwszy boks miał kształt dużego kwadratu i zamykała go drewniana bramka. Pozostałe trzy były wygodne, chociaż znacznie mniejsze, z każdego z nich było swobodne dojście do niskiego stojaka z sianem i niskim żłobem na ziarno. Mówiło się o nich, że to luźne boksy, gdyż koni w nich nie pętano, mogły więc stawiać nogi, jak chciały. To wspaniała rzecz mieć taki luźny boks.

Do takiego właśnie boksu zaprowadził mnie stajenny. Bardzo mi się podobał, ściany nie były wysokie, nad nimi znajdowały się poziome metalowe pręty, między którymi mogłem widzieć wszystko, co działo się na zewnątrz. Chłopak nasypał mi bardzo dobrego owsa, poklepał chwilę, mówiąc łagodnie, a potem zostawił mnie samego.

Kiedy sobie podjadłem, rozejrzałem się dookoła. W sąsiednim boksie stał mały, tłusty, myszaty kucyk z bujną grzywą i gęstym ogonem, pięknym łbem i ruchliwymi, małymi nozdrzami.

Przystawiłem pysk do metalowych prętów i powiedziałem:

— Dzień dobry. Jak się nazywasz?

Odwrócił się na tyle, na ile pozwalał mu kantar1, podniósł łeb i odrzekł:

— Nazywam się Radonóżek, jestem bardzo ładny, jeżdżą na mnie młode panienki, a czasami w gigu wiozę też panią. Bardzo się o mnie troszczą, tak samo jak James. Będziesz tu mieszkał obok mnie?

— Tak — odrzekłem.

— No więc dobrze — on na to. — Mam nadzieję, że nie jesteś narowisty, bo bardzo nie lubię mieć koło siebie brutala, który gryzie.

W tym samym momencie znad największego boksu wyjrzał koński łeb; uszy miał gładko położone, a w oczach dostrzegłem złośliwość. Była to wysoka kasztanka z długą piękną szyją. Spojrzała na mnie i powiedziała:

— A więc to ty usunąłeś mnie z mojego boksu. To bardzo nieładnie, że taki źrebak jak ty przyłazi i wygania z domu taką damę jak ja.

— Bardzo przepraszam — odrzekłem — ale nikogo nie usuwałem. Przyprowadzono mnie tutaj i nic nie miałem do powiedzenia, a co do źrebaka, to mam już cztery lata i jestem dorosłym koniem. Nigdy się nie kłóciłem z żadnym ogierem ani klaczą i chciałbym, żeby tak pozostało.

— To jeszcze zobaczymy — ona na to — chociaż, rzecz jasna, nie pali mi się do kłótni z takim smarkaczem.

Nic nie odpowiedziałem.

Kiedy wyszła po południu, Radonóżek wszystko mi o niej opowiedział.

— Rzecz w tym — zaczął — że Narywka ma zły zwyczaj gryzienia i szarpania i właśnie dlatego tak ją nazywają. Jak była tutaj w luźnym boksie, ciągle się to zdarzało. Pewnego razu tak ugryzła Jamesa w ramię, że aż krew się polała, a panienki Flora i Jessie, które bardzo mnie lubią, aż się bały wejść do stajni. Zwykle przynosiły mi różne smakołyki, a to jabłko, a to marchewkę, a to kawałek chleba, ale jak była tu Narywka, nie chciały nawet zajrzeć, a mnie bardzo ich brakowało.

Odpowiedziałem mu, że jeśli już coś biorę do pyska, to tylko trawę, siano albo owies, więc nie rozumiem, jak może to Narywce sprawiać jakąkolwiek przyjemność.

— No, ja nie wiem, czy to dla niej jakaś przyjemność — odparł. — Moim zdaniem zły nawyk i tyle. Mówi, że nikt nigdy nie był dla niej miły, więc czemu ona miałaby być inna? Zły nawyk to zły nawyk, ale jeśli wszystko, co opowiada, jest prawdą, to rzeczywiście, zanim się tutaj znalazła, traktowano ją bardzo źle. John robi wszystko, żeby nie miała się na co skarżyć, tak samo James, a nasz pan nigdy nie użyje bata, jeśli koń dobrze się sprawuje, więc tutaj jednak mogłaby trochę poprawić nawyki — powiedział i spojrzał na mnie badawczo. — Mam dwanaście lat, dużo wiem i powiem ci jedno: dla konia nie znajdzie się w całym kraju lepsze miejsce od tego. John jest najlepszym masztalerzem na świecie, pracuje tu od czternastu lat, a nigdzie się nie znajdzie milszy stajenny od Jamesa, więc Narywka sama sobie jest winna, że stoi teraz w tym zamkniętym boksie.

Kantar — skórzana uzda bez wędzidła. [wróć]

5. Dobry początek

Masztalerz nazywał się John Manly, miał żonę i małe dziecko, a mieszkali we trójkę w domu nieopodal stajni.

Następnego ranka wziął mnie na wybieg, starannie umył i wyczesał, a kiedy z sierścią gładką i lśniącą wracałem już do boksu, zjawił się hrabia, żeby mnie obejrzeć, i najwyraźniej zadowolony powiedział:

— John, miałem dzisiaj wypróbować tego nowego konia, ale mam teraz co innego do zrobienia, więc po śniadaniu pojedź z nim na pastwisko, potem do High wood, a wróćcie obok młyna i rzeki, żebyś mógł się zorientować, jak u niego z chodem.

— Dobrze, proszę pana — odpowiedział John, a po śniadaniu przyszedł i założył mi wędzidło, ale robił to bardzo ostrożnie, tak żeby wszystkie paski dobrze przylegały mi do głowy. Dalej przyszła pora na siodło, ale okazało się za wąskie na mój grzbiet, zaraz się więc zakrzątnął i wrócił z innym, a to pasowało świetnie. Ruszyliśmy wolno, najpierw stępa, potem kłusem, a kiedy znaleźliśmy się już na pastwisku, leciutko trącił mnie batem i pomknęliśmy wspaniałym galopem.

— Ho, ho, ho, kochanku — powiedział, ściągając wodze — coś mi się zdaje, że z chęcią pościgałbyś się z psami.

Kiedy wracaliśmy już przez park, spotkaliśmy hrabiego na spacerze z panią Gordon. Oni przystanęli, a John zeskoczył z siodła.

— No i jak tam z nim, John?

— Pierwszorzędny, sir — odrzekł John. — Rączy jak łania, a jakiego ma ducha! Wystarczy leciutki ruch wodzami, a już reaguje. Gdy dotarliśmy na koniec pastwiska, drogą jechała jedna z tych bryk, cała obwieszona koszami, pakunkami, rulonami i różnymi takimi, no i, jak sam pan wie, sir, wiele koni zaraz by się spłoszyło, a on nic, tylko się przyjrzał i dalej biegnie spokojniutko i równo. W Highwood polowali na króliki, a jak zbliżyliśmy się, zaraz koło nas huknęła strzelba. Odrobinę się wstrzymał i rozejrzał, ale nie żeby się zaraz rzucał w prawo lub lewo. Starczyło, że dobrze trzymałem wodze, a nie musiałem go przyspieszać. Po mojemu, jak był źrebakiem, nikt go nie straszył ani nie znęcał się nad nim.

— Świetnie — hrabia na to. — Jutro sam go wypróbuję.

Nazajutrz przygotowali mnie dla pana. Dobrze pamiętałem rady matki i mojego dawnego pana, więc starałem się jak najlepiej robić to, czego chciał nowy. Zaraz poczułem, że to bardzo dobry jeździec, który świetnie czuje konia. Kiedy wróciliśmy, pani stała przed domem i hrabia kazał mi zatrzymać się przy niej.

— No i jak ci się jechało, mój drogi? — spytała.

— Jest taki, jak powiedział John — hrabia na to. — Na żadnym koniu nie jechało mi się przyjemniej. Jak go nazwiemy?

— Może Heban — zaproponowała — bo taki czarny.

— Nie, Heban mi się nie podoba.

— To może Kruk, jak ten stary wierzchowiec twojego wuja?

— Nie, Kruk nigdy się tak pięknie nie prezentował.

— Masz rację — zgodziła się. — To prawda, że jest bardzo piękny, a oprócz dobrego charakteru, jak mówicie ty i John, ma jeszcze takie mądre ślepia. A co byś powiedział, jak byśmy nazwali go Karym Klejnotem?

— Kary Klejnot, hm, czemu nie? Chyba brzmi bardzo dobrze. Jeśli tobie się podoba, takie będzie miał imię.

I tak już zostało.

W stajni John powiedział Jamesowi, że państwo wybrali dla mnie dobre imię, które nareszcie coś znaczy, żaden tam Marengo, Pegaz czy Abdullah. James roześmiał się i stwierdził:

— Gdyby nie było na to za późno, ja bym go nazwał Rob Roy, bo nigdy nie widziałem dwóch koni bardziej do siebie podobnych.

— Dziwisz się? — John na to. — Nie wiesz, że ta stara Księżniczka Greya była matką ich obu?

O tym nigdy nie słyszałem: a więc biedny Rob Roy, który zginął podczas polowania, był moim bratem! Teraz zupełnie się już nie dziwiłem, że matka była taka markotna. Zdaje się, że konie nie utrzymują ze sobą kontaktów, a w każdym razie od chwili, kiedy się je sprzeda.

John był chyba bardzo dumny ze mnie: tak mnie szczotkował, że grzywę i ogon miałem niemal tak gładkie, jak włosy pani, bardzo dużo też mówił do mnie. Oczywiście nie rozumiałem wszystkiego, ale coraz lepiej wyczuwałem, o co mu chodzi i czego ode mnie chce. Ja także lubiłem go coraz bardziej: taki był delikatny i miły, miałem wrażenie, że dobrze wie, co czują konie. Kiedy mnie mył, uważał na miejsca drażliwe i łaskotliwe, a kiedy szczotkował mi łeb, tak uważał na oczy, jakby były jego, nigdy też się nie zdarzyło, by mnie zdenerwował.

A ponieważ stajenny James Howard był na swój sposób także delikatny i przyjemny, bardzo dobrze mi z nimi było. Jeszcze jeden człowiek pracował w obejściu, ale ten niemal nie zajmował się ani mną, ani Narywką.

Kilka dni później miałem pójść w zaprzęgu razem z Narywką i niepokoiłem się, jak to będzie, ale jeśli nie liczyć tego, że uszy położyła po sobie, kiedy mnie doprzęgano, zachowywała się bardzo dobrze. Nie leniła się, nie próbowała zrzucić na mnie większego brzemienia, więc nie sądzę, bym we wspólnym zaprzęgu chciał mieć kogo innego za partnera. Kiedy zaczął się podjazd, wcale nie zwolniła kroku, ale napadła na chomąto i dalejże ciągnąć, że hej! Do pracy oboje garnęliśmy się tak samo i John częściej nas wstrzymywał, niż poganiał, a już nigdy nie musiał żadnego z nas uderzyć batem, bo biegliśmy równym krokiem i zobaczyłem, że łatwo mi się z nią zgrać, a taki równy rytm nie tylko był bardzo przyjemny, ale na dodatek lubili go i pan, i John. Kiedy powtórzyło się to jeszcze dwa czy trzy razy, polubiliśmy się nawzajem i dobrze się do siebie odnosiliśmy, a ja w Birtwick Park coraz bardziej czułem się jak u siebie.

Co do Radonóżka, to błyskawicznie się zaprzyjaźniliśmy; bardzo wesoły, odważny, życzliwy był z niego przyjaciel, wszyscy za nim przepadali, a już szczególnie panienki Jessie i Flora, które uwielbiały jeździć na nim po sadzie, a także bawić się z nim i ich pieskiem Friskym.

Nasz pan miał do jazdy jeszcze dwa inne konie, które stały w innej stajni. Jednym był Prawiec, krępy i niski deresz, którego zaprzęgano też do wozu, drugim — ciemny gniadosz do polowań, imieniem Sir Oliver. Był już za stary, by pracować, natomiast pan go uwielbiał i bardzo lubił objeżdżać na nim park. Czasami ciągnął lekki powozik albo niósł którąś z panienek, kiedy wyjeżdżały konno razem z ojcem, gdyż był na tyle łagodny i ostrożny, że podobnie jak Radonóżkowi można mu było powierzyć dziecko. Prawiec był silny i foremny, miał dobry charakter i niekiedy ucinaliśmy sobie na wybiegu pogawędkę, ale, rzecz jasna, nie mogłem się z nim zaprzyjaźnić tak jak z Narywką, z którą mieszkałem w jednej stajni.

6. Swoboda

Byłem całkiem szczęśliwy w nowym miejscu i gdyby nie jedna rzecz, za którą tęskniłem, nie można by było powiedzieć, że mi czegoś brakowało. Działo mi się dobrze, miałem przestronną, przewietrzoną stajnię, najlepszą paszę, czegóż więc jeszcze mogłem chcieć. Czego? Swobody! Przez pierwsze trzy i pół roku życia miałem jej co niemiara, teraz jednak, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu i najpewniej rok po roku, noc i dzień mieli mnie trzymać w stajni z wyjątkiem tych chwil, gdy mnie potrzebowali, ale wtedy musiałem być tak posłuszny i spokojny jak stary koń, który miał już za sobą dwadzieścia lat pracy. Nagłówek, naczółek, wędzidło i klapy na oczy. Nie żebym się skarżył, rozumiem, że tak musi być, ale chcę powiedzieć tyle, że młodemu koniowi, pełnemu siły i wigoru, który nawykł do jakiegoś dużego pastwiska czy łąki, gdzie może brykać tak wysoko, jak potrafi, stawać dęba, galopować w kółko całym pędem, aż się zmęczy, po drodze tylko prychając do swych kompanów — otóż takiemu koniowi trudno jest wyrzec się bez reszty swobody, którą niegdyś posiadał. Czasami, gdy mniej miałem pracy niż zwykle, tyle czułem w sobie życia i ochoty, że kiedy John zabierał mnie, aby trochę poćwiczyć, po prostu nie mogłem się opanować i na przekór wszystkim wysiłkom musiałem skakać, tańczyć, brykać, zwłaszcza na początku, wytrząsając Johna, ale on zawsze był cierpliwy i nigdy się nie złościł.

— Spokojnie, spokojnie, kochanku — mawiał przy takich okazjach — poczekaj chwilę, a zaraz tak sobie pojeździmy, że cię przestaną nogi świerzbić.

Jak tylko wyjechaliśmy z wioski, pozwalał mi trochę pokłusować, a potem wracaliśmy, ja całkiem świeży, ale bez tego — jak to nazywał — świerzbienia w nogach. Kiedy takie żywe konie nie mają dość wysiłku, ludzie mówią o nich, że są rozbrykane, kiedy to tylko zabawa. Zdarzają się stajenni, którzy je za to karzą, ale z Johnem nigdy tak nie było, bo wiedział, że rozpiera mnie energia. Niemniej zawsze miał swoje sposoby, żeby dać mi coś do zrozumienia — czy to tonem głosu, czy naciskiem wodzy. Kiedy był poważny i na czymś bardzo mu zależało, zawsze o tym wiedziałem dzięki temu, jak mówił. Działało to na mnie silniej niż cokolwiek innego, bo bardzo lubiłem Johna.

Muszę jednak przyznać, że miewaliśmy niekiedy kilka godzin swobody, co się zdarzało w pogodne letnie niedziele. Wtedy państwo nie korzystali z powozu, gdyż kościół był niedaleko.

Zawsze była to dla nas wielka uciecha, kiedy wypuszczano nas na wybieg albo do starego sadu. Trawa pod kopytami była chłodna i miękka, powietrze takie rześkie, a do tego słodka możliwość robienia tego, co chcieliśmy: galopowania, leżenia, tarzania się na grzbiecie czy skubania trawy. Była to także świetna pora na pogawędkę, kiedy staliśmy razem w cieniu wielkiego kasztanowca.

7. Narywka

Któregoś dnia mieliśmy długą rozmowę z Narywką, kiedy tak staliśmy w cieniu; chciała się dowiedzieć wszystkiego o moim źrebięctwie i ujeżdżaniu, więc o wszystkim jej opowiedziałem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki