Karol Estreicher - Artur Wójcik,Tomasz Siewierski - ebook + książka

Karol Estreicher ebook

Artur Wójcik, Tomasz Siewierski

0,0
70,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Poszukiwanie i odzyskiwanie dóbr kultury wymaga niezwykłej cierpliwości, żmudnych poszukiwań i przede wszystkim specjalistycznej wiedzy. W powojennej, chaotycznej  rzeczywistości wymagało także determinacji i bezkompromisowości. Karol Estreicher był człowiekiem, który doskonale łączył w sobie wszystkie te cechy, wzmacniając je niezłomnym poczuciem misji i niezachwianą wiarą w jej słuszność. Biografia profesora UJ to jednocześnie powieść detektywistyczna, studium psychologiczne, wykład historyczny. W pamięci jednych zapisał się jako wybitny naukowiec i zasłużony rewindykator, dla innych był dyletantem i  hochsztaplerem.  Człowiekiem z imponującą pasją, a zarazem z talentem do zrażania innych do siebie. Bez niego do Polski nie wróciłby ołtarz Wita Stwosza ani wawelskie arrasy. A jednak Rada UJ miała dobre powody, by odmówić mu profesorskiego tytułu. Inwigilowany przez SB, odrzucony przez środowisko naukowe… Czarna legenda Estreichera mierzy się na szali z jego dziedzictwem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 464

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



REDAKTOR PROWADZĄCY

Andrzej Brzozowski

RECENZENCI

Prof. dr hab. Piotr Majewski, Prof. dr hab. Tomasz Pudłocki

REDAKCJA

Anna Pyżewska, Emilia Świętochowska

Korekta

Mariusz Dobkowski, Miłosz Niewierowicz

Indeks

Emilia Świętochowska

Fotografie

Ewa Mazur, Tomasz Siewierski, Artur Wójcik

Okładka i projekt graficzny

Mimi Wasilewska

© Copyright by Artur Wójcik and Tomasz Siewierski

© Copyright for this edition by Państwowy Instytut Wydawniczy 2026

Wydanie pierwsze

Państwowy Instytut Wydawniczy

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 228260201

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa www.piw.pl

www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

ISBN978-83-8196-964-2

WSTĘP

Siedemnastego maja 1980 roku Karol Estreicher młodszy otrzymał list od Andrzeja Biernackiego, felietonisty i badacza literatury współczesnej. Biernacki zwrócił się do niego z propozycją przygotowania krótkiej autobiografii naukowej przeznaczonej do tomu będącego kolejną odsłoną opublikowanych w 1974 roku Portretów uczonych polskich. Planowano, że książkę wyda Państwowy Instytut Wydawniczy. Wspomnienia Estreichera miały ukazać się obok prac takich autorów jak Władysław Tatarkiewicz, Ryszard Manteuffel, Konrad Górski, Wiktor Weintraub, Władysław Czapliński, Aleksander Gieysztor, Władysław Konopczyński, Marian Plezia, Franciszek Górski czy Henryk Barycz. Zamysł publikacji nigdy nie został zrealizowany.

Dziś, po ponad czterdziestu latach, Państwowy Instytut Wydawniczy ponownie mierzy się z próbą przedstawienia losów Karola Estreichera młodszego, lecz na szerszą skalę. Wyzwanie jest spore, gdyż bohater niniejszej opowieści nie poddaje się łatwym klasyfikacjom ani nie mieści się w ramach prostych ocen. Był przede wszystkim dzieckiem Krakowa, profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, historykiem sztuki, bibliografem, pisarzem, tłumaczem, rewindykatorem polskich dóbr kultury po II wojnie światowej oraz autorem koncepcji ostatniej przebudowy Collegium Maius, gdzie wedle własnego pomysłu zorganizował Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jednocześnie pozostawał literatem, erudytą i gawędziarzem, lubił otaczać się malarzami, pisarzami, twórcami kultury, w mniejszym stopniu uczonymi. Nie unikał wyzwań, był wrażliwy, miał bystry umysł.

Karol Estreicher był człowiekiem pełnym sprzeczności. Rodzina Estreicherów słynęła z zasadniczości, skrupulatności i uporządkowanego sposobu bycia – cech tak charakterystycznych, że Krakowianie potrafili żartobliwie mawiać do kogoś upierającego się przy swoim: „Nie bądź taki Estreicher”. W tym kontekście Karol młodszy znacznie odbiegał od tego opisu: żywy, „wrzący”, niespokojny, o temperamencie, który nie poddawał się normom krakowskiej powściągliwości.

Tłem działalności Karola Estreichera było XX stulecie, a więc „wiek ludobójstwa” (Daniel Jonah Goldhagen), „stulecie zagłady” (Jerzy Wojciech Borejsza) czy „wiek skrajności” (Eric Hobsbawm). W tej biografii odbijają się tragedie i porażki Polski, a także momenty jej chwały i sukcesy. Estreicher był świadkiem wielu kluczowych wydarzeń, często obserwował je z bliska, innym razem z oddali. Jednak w samym centrum tej historii zawsze pozostawał Kraków, z którym rodzina Estreicherów związana była nieprzerwanie od końca XVIII wieku. Tak jak trudno wyobrazić sobie Kraków bez Wawelu, Sukiennic i Kościoła Mariackiego, tak samo nie sposób myśleć o Krakowie bez Estreicherów. Jak trafnie zauważył malarz Zygmunt Król w liście do Karola Estreichera: „Kiedy wolno się było Estreicherom zajmować Krakowem, wolno i Krakowiakom zajmować się Estreicherami”.

Dotąd nie powstała pełna biografia tego ostatniego z rodu Estreicherów, jak często określa się Karola Estreichera młodszego. Nieudaną i nieukończoną próbą napisania takiego życiorysu są opublikowane dwa tomy z planowanej pięciotomowej serii pt. Biografia wielkiego Polaka autorstwa Dariusza Matelskiego. Z kolei Marta Grzywacz w jednej ze swoich publikacji skupiła się jedynie na rewindykacyjnych dokonaniach Estreichera, przedstawiając jego działania w formie opowieści popularnonaukowej. Wśród licznych tekstów przyczynkarskich, wspomnieniowych i rozproszonych wzmianek na pierwszy plan wysuwają się przede wszystkim teksty Ignacego „Igola” Trybowskiego, Wiktora Zina, Krzysztofa Miklaszewskiego, Janusza Miliszkiewicza, Michała Rożka, Anny Piskorz oraz Stanisława Waltosia.

Nieocenionym źródłem wiedzy o bohaterze niniejszych rozważań pozostaje niewykorzystany w pełni w badaniach, owiany złą sławą Dziennik wypadków, który Estreicher prowadził przez niemal 45 lat. Nie ulega wątpliwości, że stanowi on znakomity materiał badawczy dla specjalistów wielu dyscyplin, gdyż autor pisał go, aby odreagować trudne chwile w swoim życiu. Zawiera oceny często ostre i nieraz niesprawiedliwe, mieszankę oskarżeń i zarzutów, a zarazem szczere refleksje, drobne obserwacje codzienności i subtelne portrety ludzi, którzy przewijali się przez jego życie. Na kartach dziennika Estreicher wielokrotnie starał się wiernie przytaczać rozmowy oraz przedstawiać sytuacje, w których brał udział. Wiele zdarzeń opisał jednak z subiektywnej perspektywy, co w zestawieniu z innymi źródłami może stanowić cenną wartość w pracy badacza.

Sam Estreicher uważał, że historycy piszący o profesorach mają zwykle tendencję do przemilczania wad i ludzkich słabości. Dlatego aby uzyskać pełniejszy obraz, zestawiliśmy jego relacje z licznymi źródłami i świadectwami. Przeprowadziliśmy w tym celu szeroką kwerendę w archiwach i bibliotekach: w Archiwum Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, Archiwum Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, Archiwum Akt Nowych, Archiwum Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie, Archiwum Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk, Archiwum Muzeum Narodowego w Warszawie, Archiwum Nauki PAN i PAU w Krakowie, Archiwum Narodowym w Krakowie, Archiwum Stowarzyszenia Instytutu Literackiego „Kultura” w Maisons-Laffitte, Archiwum Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego, Bibliotece Czartoryskich, Instytucie Pamięci Narodowej, Oddziale Rękopisów Biblioteki Jagiellońskiej oraz w Zakładzie Rękopisów Biblioteki Narodowej. Równie istotne okazały się rozmowy z tymi, którzy znali Karola Estreichera osobiście, gdyż pozwoliły uchwycić niuanse jego charakteru, zwyczajów i sposobu myślenia, które nie zawsze dają się odczytać z dokumentów czy ostrych sądów zawartych w Dzienniku wypadków.

Biografia została napisana przez dwóch autorów reprezentujących odmienne style i doświadczenia, ukształtowanych przez różne szkoły badawcze. Jest w tym pewna przewrotność losu. O życiu człowieka tak silnie zakorzenionego w Krakowie i w lokalnych tradycjach musiał opowiedzieć zarówno Krakowianin i pracownik Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego (instytucji, którą Estreicher stworzył od podstaw) – Artur Wójcik, jak i prezentujący dystans oraz chłodniejszą perspektywę badacza z Warszawy Tomasz Siewierski. Tego ostatniego miasta Estreicher szczerze nienawidził. Mamy nadzieję, że sam bohater niniejszego opracowania doceniłby tę przewrotną kompozycję.

Ta dwoistość charakteru książki wydaje się fundamentalna. W zbiorach Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego znajduje się pięć portretów Karola Estreichera, lecz żaden nie oddaje w pełni jego żywiołowego temperamentu. Najbliższy prawdy wydaje się obraz autorstwa Jerzego Dudy-Gracza, choć złośliwi mawiają, że przypomina on bardziej Jerzego Waldorffa niż samego Estreichera. Najbardziej przyciąga jednak uwagę to, że portret oprawiono w specjalnie zaprojektowaną przez malarza ramę, w której górnej części widnieją dwie figurki aniołków – jeden jest biały, drugi czarny. Symbolizują one wielowymiarowość charakteru Estreichera, jego wewnętrzną sprzeczność – raz anioł, raz diabeł, raz czułość i dobroć, raz upór i nieustępliwość.

Nic więc dziwnego, że postaci takie jak Karol Estreicher nawet wiele lat po śmierci wywołują silne emocje. Tym, co dziś tworzy jego legendę – zarówno pozytywną, jak i negatywną – są także liczne konflikty personalne, które w znacznym stopniu ukształtowały opinię o nim.

Mamy pełną świadomość, że wobec tak bogatego i złożonego życiorysu osoby, jaką był Karol Estreicher, niemożliwe jest uchwycenie każdej inicjatywy czy szczegółu jego życia. Wiemy również, że nie wszystko udało się odtworzyć czy udokumentować – wiele zdarzeń pozostaje w sferze niedopowiedzeń, domysłów i fragmentarycznych wspomnień. Naszym celem była jednak próba uchwycenia jego działań i decyzji podejmowanych w niezwykle trudnych czasach II wojny światowej oraz w okresie PRL, a także zrozumienia, co go ukształtowało i z jakimi dylematami musiał się mierzyć. Chcieliśmy pokazać człowieka, ludzi wokół niego oraz rzeczywistość, w której funkcjonował.

Biografia Karola Estreichera jest oparta o wspólną koncepcję autorstwa Tomasza Siewierskiego i Artura Wójcika. Zgodnie z chronologicznym podziałem okresem do 1939 roku zajął się Tomasz Siewierski. Rozdziały kolejne, od drugiego do szóstego, przygotował Artur Wójcik. Przedstawił w nich losy Karola Estreichera w wojennym Londynie, jego działalność rewindykacyjną, odzyskanie ołtarza mariackiego, trudny powrót do Krakowa i na Uniwersytet Jagielloński. W rozdziałach tych ukazano także burzliwe dzieje przebudowy Collegium Maius i narastający konflikt uczonego ze środowiskiem akademickim, odsłonięto kulisy jego działalności muzealnej i charakterystycznych praktyk aranżacyjnych, a także przedstawiono Estreichera jako wykładowcę, człowieka pióra i charyzmatycznego uczestnika życia towarzyskiego Krakowa. Książkę zamyka rozdział siódmy, napisany przez Tomasza Siewierskiego, poświęcony ostatnim latom życia Estreichera oraz skomplikowanym losom jego dziedzictwa.

***

Składamy wyrazy wdzięczności Towarzystwu Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, a w szczególny sposób Przemysławowi Witkowi i Annie Joniak, za okazaną życzliwość oraz umożliwienie przeprowadzenia częściowej kwerendy w spuściźnie Karola Estreichera młodszego przechowywanej w tej instytucji.

Dziękujemy również wszystkim rozmówcom, którzy osobiście znali Karola Estreichera i zechcieli przekazać nam swoje relacje bądź zetknęli się z nim na swojej drodze badawczej i podzielili się z nami wspomnieniami: Zbigniewowi Bąkowi, Lucynie Bełtowskiej, Wojciechowi Bochnakowi, Annie Estreicher, Markowi Estreicherowi, Marzenie Estreicher-Podgórskiej, prof. Michałowi Gradzińskiemu, Aleksandrowi „Makino” Kobylińskiemu, Maciejowi Kozłowskiemu, Bogdanowi Kułakowskiemu, Małgorzacie Łubińskiej, Januszowi Miliszkiewiczowi, prof. Stanisławowi Mossakowskiemu, Maciejowi Miezianowi, dr. Wojciechowi Mischkemu, Celinie Nowak, Annie Piskorz, prof. Mieczysławowi Rokoszowi, Barbarze Siemek, Wiesławowi Sternadlowi, Teresie Słomczyńskiej i Wojciechowi Słomczyńskiemu. Pragniemy także wyrazić naszą wdzięczność prof. Wojciechowi Kowalskiemu oraz dr Agacie Wolskiej za wiele cennych rad i wnikliwych przemyśleń. Szczególne uznanie kierujemy do recenzentów publikacji, profesorów Piotra Majewskiego i Tomasza Pudłockiego, za ich życzliwe, a jednocześnie krytyczne uwagi, które znacząco wzbogaciły naszą książkę.

Kraków–Warszawa, 15I 2026.

Rozdział 1MŁODOŚĆ

DYNASTIAESTREICHERÓW

Choć losy Karola Estreichera przypadają na wiek XX, nie sposób nie zacząć tej opowieści od wieku XVIII. Wtedy bowiem rodzina Estreicherów związała swoją przyszłość z Rzecząpospolitą. Wybór polskości, który naturalnie następował stopniowo, okazał się bezcenny dla polskiej nauki i kultury. Dla bohatera niniejszej książki osiągnięcia przodków i ich wkład w dzieje w Krakowa były kluczowe. Dlatego zaczynamy od ich przypomnienia, ograniczając się do najważniejszych dokonań przedstawicieli głównej linii rodu. Pełne dzieje rodziny wciąż czekają na opracowanie, choć literatura na ich temat nie jest uboga. Podstawowych informacji dostarcza książka Krystyny z Estreicherów Grzybowskiej1.

Dzieje rodziny Estreicherów, która trwale wpisała się w krajobraz naukowy i kulturalny Krakowa, rozpoczynają się od postaci Dominika Oesterreichera (1750–1809). Jego życie to swoisty most między kulturą oświeceniowej Europy a kształtującą się polską inteligencją, a jego osiedlenie się na ziemiach polskich zapoczątkowało trwającą przez ponad dwa kolejne stulecia dynastię, która co pokolenie rodziła postaci wybitne.

Dominik Oesterreicher urodził się 2 sierpnia 1750 roku w Igławie na Morawach, niewielkim mieście położonym na południu Czech. W drugiej połowie XVIII wieku w Igławie silne były wpływy niemieckie, co w literaturze przedmiotu jest określane jako „niemiecka wyspa językowa”. Ojciec Dominika, Józef Oesterreicher, był zamożnym mieszczaninem, lekarzem oraz właścicielem kamienicy i browaru, co świadczy o ugruntowanej pozycji rodziny w lokalnym społeczeństwie2.

Dominik odebrał staranne wykształcenie, które ukształtowało jego rozliczne talenty. Początkowe studia odbył na Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, ówczesnym centrum kulturalnym i naukowym monarchii habsburskiej. Przez kolejnych dziesięć lat kontynuował naukę we Włoszech, w Wenecji i Neapolu, ale głównie w Rzymie, pod kierunkiem słynnego malarza Antona Raphaela Mengsa. To właśnie w Rzymie, będącym mekką artystów, Dominik doskonalił rysunek, kopiował dzieła Rafaela i rozwijał swoje plastyczne zdolności. Podróże po Italii, w tym pobyt w Neapolu, poszerzyły jego horyzonty artystyczne i z pewnością wpłynęły na eklektyczny styl, o którym wspomina Stanisław Grzybowski, określając go jako „późny eklektyzm baroku włoskiego”3.

W Wiecznym Mieście Dominik Oesterreicher zaprzyjaźnił się z Hugonem Kołłątajem, który w 1777 roku zaprosił go do Polski. W Rzymie Kołłątaj studiował prawo i teologię. Złożył Dominikowi propozycję objęcia stanowiska profesora rysunku w reformującej się Akademii Krakowskiej4. Oesterreicher przyjął tę ofertę i w kolejnym roku przybył do Warszawy. Pracował dla króla Stanisława Augusta i stał się malarzem nadwornym. Uczestniczył w słynnych obiadach czwartkowych i cieszył się „względami i protekcją” najważniejszych osób, w tym księcia prymasa5.

Punkt zwrotny w jego życiu i historii rodziny nastąpił, gdy w 1782 roku został zaproszony do Krakowa i objął stanowisko profesora rysunku w Szkole Głównej Koronnej, czyli na ówczesnym Uniwersytecie Jagiellońskim. Ten krok oznaczał porzucenie kariery malarza nadwornego na rzecz działalności akademickiej. Jego osiedlenie się w Krakowie, mieście podupadającym wówczas ekonomicznie i kulturowo, z zamierającym handlem, pełnym ruin, było symbolicznym początkiem odnowy zainicjowanej przez reformatorów takich jak wspomniany Hugo Kołłątaj6.

W 1784 roku Dominik Oesterreicher kupił na licytacji należącą do zakonu jezuitów kamienicę przy obecnym Placu Szczepańskim. Akt ten potwierdzał jego status „szlachetnego Dominika Oesterreichera, malarza, mieszczanina krakowskiego” oraz formalnie wiązał z miastem i Rzecząpospolitą. Tym samym Dominik stał się „polskim obywatelem i poddanym króla Stanisława Augusta”. Kamienica miała służyć rodzinie przez blisko półtora wieku i stała się jej „gniazdem rodzinnym”7.

Charakterystyczną cechę Dominika Oesterreichera stanowiła jego renesansowa wszechstronność. Nie był wyłącznie malarzem, lecz także cenionym rzemieślnikiem, wykonującym mozaiki z kolorowych kawałków metali i masy perłowej. Jego zdolności przejawiały się także w ebenistyce, czyli produkcji artystycznych mebli. Jeden ze stołów, misternie inkrustowany, podarował nawet królowi podczas jednego z obiadów czwartkowych, za co otrzymał „złoty medal i poważny dar w gotówce”8. Technikę mozaikową, której nauczył się w Rzymie od misjonarza Fra Paoli (ten z kolei zapoznał się z nią podczas posługi w Chinach9), Dominik zastosował, chcąc upamiętnić insurekcję kościuszkowską. Dowiódł wówczas, że był nie tylko znakomitym artystą, lecz także polskim patriotą: „W czasie rewolucji Kościuszkowskiej, kiedy cała stolica brzmiała okrzykami uwielbienia ku temu obrońcy ludu, dziad mój, wywdzięczając się ziemi, która stawała mu się drugą ojczyzną, wyrabiał z perłowej macicy pierścionki, na których wykładał właściwym sobie sposobem portret Kościuszki nader trafnie oddany, a na odwrotnej stronie stosowne położył godło (zdaje mi się: Boże, zachowaj Polskę). Pierścionki te rozdawał między swoich przyjaciół w prezencie – i dobijano się o nie z wielką usilnością”. Tak w swoim diariuszu opisał tę działalność Karol Estreicher senior10.

Dominik pasjonował się także entomologią. Szczególnie uwielbiał motyle, które hodował, przechowując w swojej pracowni tysiące gąsienic (małżonka nie podzielała jego entuzjazmu)11. Zainteresowanie to przekazał swojemu synowi.

Dominik Franciszek a Paulo Oesterreicher i jego żona Rozalia z Prakschów mieli dwanaścioro dzieci, ale doczekali dorosłości tylko dwójki z nich: Alojzego i Klary12. Krystyna Grzybowska przypomniała legendę rodzinną, tłumaczącą, dlaczego jedyny męski potomek Dominika szczęśliwie przeżył: „Alojzego trzymała do chrztu para żebraków: dziad i baba spod Mariackiego kościoła. Miało to wedle miejscowych i wierzeń gwarantować niemowlęciu życie i zdrowie”. Nie była to jednak prawda, bo jak wyjaśnia kronikarka rodu Estreicherów, chrzestnymi Alojzego byli Helena i Rafał Czerwiakowscy, którzy potem podawali do chrztu także kolejne dzieci Rozalii i Dominika. Po znakomitym wówczas chirurgu i anatomie Czerwiakowskim Alojzy odziedziczył nie tylko drugie imię – Rafał, lecz także pasję13.

W roku 1807 Dominik owdowiał. Kilka miesięcy po śmierci pierwszej żony ożenił się powtórnie. Jego wybranką była Niemka, Marianna Ederowa. Małżeństwo nie trwało długo, gdyż w marcu 1809 roku Dominik zmarł. Spoczął na Cmentarzu Rakowickim. Nazwisko na jego grobie wyryto w oryginalnym brzmieniu, tak jak do końca życia się podpisywał14. Spolszczony zapis, którym rodzina posługuje się do dziś, jako pierwszy stosował syn Dominika – Alojzy. To właśnie jego Stanisław Grzybowski (praprawnuk Alojzego) nazwał pierwszym z polskich Estreicherów15.

Urodzony w 1786 roku w Krakowie Alojzy od dziecka chłonął atmosferę tego miasta. Jak podkreśla Marcin Schrimer, jego rodzice rozmawiali po niemiecku, ale dla Alojzego i Klary pierwszym językiem był polski, a w kolejnym pokoleniu rodzina całkowicie się spolonizowała16. Alojzy odziedziczył po ojcu zainteresowania entomologią i bardziej niż sztuka czy rzemiosło pociągały go nauki przyrodnicze. W 1802 roku wstąpił do Szkoły Głównej Krakowskiej (tak wówczas brzmiała oficjalna nazwa późniejszego Uniwersytetu Jagiellońskiego), gdzie studiował medycynę, chemię, mineralogię, zoologię i botanikę. W 1805 roku ukończył Wydział Medyczny jako magister chirurgii i położnictwa i rozpoczął pracę w murach Studium Weterynaryjnego Akademii Krakowskiej17. Kontynuował edukację w Wiedniu, gdzie w latach 1807–1809 studiował medycynę na tamtejszym uniwersytecie. W tym czasie wciąż wahał się między medycyną a weterynarią. Podczas pobytu w Wiedniu utrzymywał bliskie relacje z krewnymi w Krakowie, a zachowana korespondencja wskazuje na procesy asymilacyjne zachodzące w rodzinie – z rodzicami korespondował po niemiecku, ale z siostrą wymieniał listy pisane po polsku18. Ostatecznie po śmierci Dominika wiosną 1809 roku, po studiach, Alojzy powrócił do Krakowa. Był to szczególny moment dla miasta, gdyż w sierpniu tego roku wkroczyły do niego polskie oddziały, a Małopolska została włączona do Księstwa Warszawskiego. Początkowo Alojzy pracował jako lekarz, a ponieważ trwała wojna, obowiązków mu nie brakowało. Podczas tej praktyki, zajmując się zarażonymi pacjentami, poważnie zachorował19.

Mimo wcześniejszych kłopotów zdrowotnych Alojzy Estreicher zdecydował się poświęcić karierze dydaktycznej na uniwersytecie. 6 grudnia 1809 roku otrzymał nominację na stanowisko profesora historii naturalnej i botaniki na Wydziale Filozoficznym Szkoły Głównej Krakowskiej. Krystyna Grzybowska podkreśla, iż „nominacja ta świadczy, że polskość jego była rzeczą oczywistą, nie podlegającą dyskusji”20. Jego wykłady, wzbogacane ćwiczeniami praktycznymi z botaniki, cieszyły się ogromnym zainteresowaniem studentów, którzy tłumnie schodzili się do sali ogrodowej. Alojzy, zgodnie ze „zwyczajem profesora”, zawsze prowadził swoje zajęcia dwa razy dłużej (dwie godziny zamiast jednej). Powierzenie tak ważnej funkcji młodemu naukowcowi, nieposiadającemu jeszcze dużej praktyki w dydaktyce, niewątpliwie było wyróżnieniem, zwłaszcza że w normalnych warunkach miałby szansę najwyżej na posadę adiunkta21. Ukoronowaniem akademickiej kariery Alojzego było stanowisko rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, które piastował w latach 1831–1833. Był to okres represji ze strony austriackich władz zaborczych po powstaniu listopadowym. Estreicher, chroniący patriotyczną młodzież, obrońca autonomii uniwersytetu, nie cieszył się przychylnością władz, co skutkowało utratą rektoratu i odejściem na wcześniejszą emeryturę w 1843 roku22. Wśród rodzinnych pamiątek Estreicherów zachował się pierścień z emalią, który Alojzy otrzymał od studentów w 1831 roku „za opiekę i obronę”. Jak pisała Krystyna Grzybowska: „Młodzież, która brała udział w powstaniu, po jego upadku – o ile przeżyła – starała się wrócić do studiów. Rezydenci trzech państw zaborczych natomiast domagali się relegowania tych studentów, stanowczo i skutecznie przeciwstawił się temu ówczesny rektor”23.

Jednym z największych dokonań Alojzego Estreichera było pełnienie przez przeszło trzy dekady (1809–1843) funkcji dyrektora krakowskiego Ogrodu Botanicznego. W latach dwudziestych XIX wieku był to jeden z największych i najbogatszych ogrodów w Europie. Alojzy wiele uczynił dla rozwoju tej placówki, przede wszystkim pozyskiwał cenne nasiona i rośliny24. Pewną osobliwością był Gabinet Zoologiczny, w którym umieszczono zbiór chrząszczy. Tym samym Alojzy kontynuował zamiłowanie ojca do entomologii. Zapisał się w tej dziedzinie osobnym odkryciem. Podczas spaceru po podkrakowskim lesie znalazł, a następnie opisał nieznany dotąd gatunek chrząszcza – Carabus estreicheri25. Palma, którą zasadził w szklarni, rosła jeszcze sto lat po jego śmierci, uschła po II wojnie światowej26. Kiedy zrezygnował z pracy, na stanowisku dyrektora ogrodu zastąpił go Ignacy Czerwiakowski, syn jego ojca chrzestnego. Alojzy zmarł w 1852 roku w wieku 66 lat.

Na terenie ogrodu mieszkał wraz z najbliższymi. Żoną Alojzego była pochodząca ze szlacheckiej rodziny Antonina Rozbierska. Mieli sześcioro dzieci. Maria wyszła za Juliana Dunajewskiego, ekonomistę i rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, działacza konserwatywnego w Galicji. Był też Antoni Estreicher, lekarz praktykujący w Warszawie, znany z niesienia pomocy ubogim. Z synów Alojzego największą sławą do dziś cieszy się Karol Estreicher senior27. Jest także tym przedstawicielem rodu, o którym dotychczas napisano najwięcej.

Urodził się 22 listopada 1827 roku w Krakowie. Tam rozpoczął edukację, potem studiował na wydziałach filozoficznym i prawnym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od najmłodszych lat Karol interesował się historią literatury polskiej. Uczęszczał na wykłady Michała Wiszniewskiego, filozofa i historyka literatury, który przez kilkanaście lat był profesorem UJ. Szczególnie interesowały go dzieje teatru, co być może stanowiło efekt doświadczeń z dzieciństwa, gdy bawił się za kulisami krakowskiego teatru, a meble Estreicherów często służyły jako scenografia. Znał więc teatr znakomicie i pasję tę przełożył na twórczą pracę – tłumaczył sztuki teatralne z pięciu języków i był autorem około czternastu dramatów. Już w tym okresie gromadził materiały do słownika złoczyńców i stworzył biobibliografię Adama Mickiewicza28.

W 1846 roku, po włączeniu Krakowa do cesarstwa Habsburgów, młody Estreicher – wówczas student prawa – z bliska obserwował politykę Austrii i zmiany zachodzące na Uniwersytecie Jagiellońskim, na którym „pojawili się nowi profesorowie z obcym językiem, a co ważniejsze obcy duchowo”29. Wobec sytuacji politycznej starał się przyjmować postawę realistyczną i racjonalną. Jak zauważył Zdzisław Pietrzyk, był sceptyczny wobec „akcji czynnej” i nie popierał „bezskutecznych wystąpień”, wierząc, że „lepiej milczeć, a działać – niż hałasić, a nic nie robić”30. Jego światopogląd formował się pod wypływem dwóch wykładowców: Józefa Muczkowskiego i Michała Wiszniewskiego. „Od Muczkowskiego przejął zrozumienie dla bibliografii, a od Wiszniewskiego poglądy filozoficzne, trzeźwy racjonalizm i fascynację przeszłością piśmiennictwa polskiego oraz niechęć do zrywów narodowych nic nie dających, a zamiłowanie do pozytywistycznej pracy”31.

W 1848 roku Karol Estreicher podjął pracę jako aplikant trybunału w Krakowie, a po odbyciu praktyki został mianowany adiunktem sądowym we Lwowie. Pracował tam od 1855 do 1862 roku32. Nie czuł się dobrze w tym mieście. Marzył o powrocie do Krakowa. W dzienniku pisał o Lwowie: „Tutaj pseudoruszczyzna i niemczyzna występują coraz groźniej i bodaj czy nie zanosi się na to, że nam każą uczyć się i pisać po rusku. Przy obsadzaniu posad w sądownictwie i szkołach tymi tygodniami forytowano wyłącznie znanych Rusinów, znanych zaś ze swej zagorzałości, a nie ze swych sił umysłowych. Smutne z tego względu widoki”33. We Lwowie kontynuował prace bibliograficzne. W 1853 roku opublikował swój pierwszy Rys ogólny piśmiennictwa dramatycznego, a następnie w latach 1859 i 1860Piśmiennictwo w Galicyi i Powieścio-pisarzy w Galicyi34.

W 1862 roku Karol Estreicher otrzymał ofertę pracy w Bibliotece Szkoły Głównej w Warszawie połączoną z prowadzeniem wykładów z bibliografii. Była to dla niego doskonała szansa, by rozwinąć swoje zainteresowania i badania nad literaturą, która pociągała go bardziej niż prawo. Jak pisał Aleksander Birkenmajer: „Biblioteka Główna liczyła wówczas przeszło 200.000 tomów, lecz składała się właściwie z szeregu odrębnych księgozbiorów, które należało zlać w jeden, uporządkować i skatalogować”35. Zadanie to było więc nie lada wyzwaniem dla Estreichera i towarzyszącego mu zespołu. W Warszawie początkowo czuł się lepiej niż we Lwowie. Uważał, że panował tu bardziej życzliwy polskości klimat polityczny. Choć był to też czas burzliwy: wybuchło powstanie styczniowe, któremu Karol był niechętny, ale do powstańców odnosił się z estymą. Podobnie jak innym wykładowcom Szkoły Głównej, Estreicherowi wręczono w 1866 roku medal za „uśmierzanie buntowników”. Wyróżnienie to nie przypadło mu do gustu. Jak pisze Zdzisław Pietrzyk: „Otrzymany medal na żółtej wstędze zawiesił pieskowi pokojowemu na szyi i wypuścił na ulice Warszawy. Stefania Estreicherowa, obawiając się represji, wyprosiła na mężu zaniechanie tej jawnej demonstracji”36. Dodajmy, że wspomniany piesek, uwieczniony na wielu fotografiach Karola Estreichera starszego, to Dżimuś, charcik, czworonożny przyjaciel, z którym uczony niemal się nie rozstawał. Tych charcików Estreicher miał kilka, ale każdy kolejny wabił się tak samo. Ostatni Dżimuś przeżył swojego pana. Wnuk i imiennik Karola Estreichera, bohater tej książki, zapamiętał, iż charcik „zachował dziwny zwyczaj, że rano uciekał do Biblioteki i węszył po jej salach, a wieczór leciał czasem pod teatr. […] Znali go doprawdy wszyscy w Krakowie i jeszcze dziś zdarza się, że ktoś mówiąc o moim dziadku wspomni jego Dżimusia”37.

Stosunkowo korzystna sytuacja polityczna, którą Estreicher zastał w Warszawie, dość szybko zaczęła się pogarszać. Nasilała się rusyfikacja. Karolowi zaproponowano wykładanie dziejów literatury rosyjskiej i wysokie uposażenie, odrzucił jednak tę ofertę. Nie znał rosyjskiego, co utrudniałoby mu funkcjonowanie w placówce, która w nieodległej przyszłości miała zostać przekształcona w uniwersytet rosyjski38. W 1867 roku w Szkole Głównej obronił doktorat z filozofii dotyczący początków drukarstwa w Polsce.

Rok później Estreicher wrócił do Krakowa i objął stanowisko dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej39. Funkcję tę pełnił przez niemal cztery dekady. O jego zasługach na rzecz rozwoju Jagiellonki pisano sporo. Maria Stinia szczegółowo opisała przeprowadzoną przez niego reorganizację biblioteki, wskazując, że do współpracy przy inwentaryzacji i porządkowaniu zbiorów zdołał pozyskać około stu współpracowników. „Zbiory historyczne porządkowali Józef Szujski i W. Zakrzewski, dzieła prawnicze M. Bobrzyński, a pedagogikę L. Kulczycki”40. Andrzej Chwalba podkreślał m.in., że Estreicher stworzył w Bibliotece Jagiellońskiej „nowoczesny warsztat pracy”, wzbogacił księgozbiór, pozyskując od drukarzy i wydawców „egzemplarze obowiązkowe”, skupując cenne pozycje u antykwariuszy oraz skutecznie apelując o dary, które w jego czasach stanowiły 60 proc. wpływów do księgozbioru41. W okresie, w którym kierował biblioteką, liczba książek powiększyła się trzykrotnie42. Ponadto Karol Estreicher uczynił Bibliotekę Jagiellońską znacznie bardziej przystępną dla czytelników, wprowadził nowy system katalogowania, otworzył nowe czytelnie i wydłużył godziny ich otwarcia43. Pod jego kierownictwem Jagiellonka zyskała status bibliotheca patriae (biblioteki ojczyzny)44. W mieszczącej się w Collegium Maius bibliotece Estreicher nie tylko pracował, lecz także mieszkał wraz z rodziną. Miało to spore znaczenie dla ukształtowania jego dzieci, które w murach Collegium Maius spędziły dzieciństwo i młodość. Był wśród nich ojciec bohatera niniejszej opowieści, Stanisław.

W Collegium Maius Karol Estreicher senior aż do swojej śmierci w 1908 roku pracował nad swoim najważniejszym dziełem, którym na stałe wpisał się do kanonu polskiej kultury. Mowa oczywiście o monumentalnej Bibliografii polskiej – pomniku rodzimej literatury. Pracę nad nią rozpoczął na początku lat sześćdziesiątych XIX wieku, za jego życia ukazało się 26 tomów. Wysiłek Estreichera, by skatalogować całość polskiego piśmiennictwa, wynikał z chęci ocalenia dorobku kulturalnego znajdującego się pod zaborami kraju. Pracę, której poświęcił sześćdziesiąt lat życia, kontynuowali jego potomni45.

Karol Estreicher był mężem Stefanii z Grabowskich, córki znanego krakowskiego księgarza i historyka Ambrożego Grabowskiego, postaci niezwykle barwnej i szalenie zasłużonej dla Krakowa46. Pobrali się w tym mieście 1 maja 1858 roku. Mieli dziewięcioro dzieci, z których siedmioro dożyło dorosłości: Jadwiga (po mężu Kulczyńska), Bronisława (po mężu Domaszewska), Wanda, Zofia (po mężu Rosner), Stanisław, Tadeusz i Maria. Wanda i Maria pozostały niezamężne, pracowały jako nauczycielki w szkołach krakowskich. Maria, w czasach naszego bohatera nestorka rodu, nazywana w rodzinie ciocią Manią, zapisała się w kulturze i nauce jako jedna z pierwszych kobiet, które uzyskały doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz jako autorka poczytnych prac o historii Krakowa47. Obaj synowie Karola zostali profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego: Tadeusz był znanym chemikiem, Stanisław – prawnikiem. Temu drugiemu warto poświęcić nieco więcej uwagi, był bowiem ojcem bohatera tej książki.

Urodzony w 1869 roku Stanisław Ambroży Estreicher był umysłem niezwykle wszechstronnym, co poniekąd wynikało z miejsca urodzenia, którym była przebogata Biblioteka Jagiellońska. W czasach gimnazjalnych zaprzyjaźnił się z późniejszymi pierwszoligowymi artystami, m.in. Stanisławem Wyspiańskim, Józefem Mehofferem, Lucjanem Rydlem, Henrykiem Opieńskim. Miał też zdolności literackie i chętnie sięgał po pióro. Wybrał jednak karierę prawnika. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz na uczelniach w Wiedniu i Berlinie. Od wczesnej młodości pomagał ojcu w pracach nad tworzeniem bibliografii i dzieło to kontynuował po jego śmierci. Ostatecznie jego główną profesją okazała się historia prawa – został jednym z najwybitniejszych przedstawicieli swego pokolenia w tej dziedzinie. Zrobił znakomitą karierę na Uniwersytecie Jagiellońskim, a w latach 1919–1921 był rektorem tej uczelni. Nie stronił także od działalności politycznej. W młodości działał wśród młodych konserwatystów krakowskich – stańczyków, od Wielkiej Wojny przez kolejnych dziesięć lat publikował na łamach „Czasu”. Cieszył się wielkim szacunkiem i bezspornym autorytetem zarówno w Krakowie, jak i odrodzonej Rzeczypospolitej. Po jego tragicznej śmierci w Sachsenhausen w 1939 roku pisał o nim nie tylko syn Karol48, lecz także Stanisław Kot49, a w kolejnych latach m.in. Henryk Barycz50 czy Stanisław Grzybowski i Stanisław Grodziski w poświęconym mu tomie51. Warto jednak podkreślić, że brak pełnej biografii Stanisława Estreichera stanowi poważną lukę w polskim piśmiennictwie.

W 1895 roku ożenił się ze słynącą z niezwykłej urody Heleną Longchamps de Bérier. Urodzona w 1870 roku kobieta pochodziła z rodziny, która przybyła na ziemie polskie z Francji w początkach XVIII wieku i przez lata wrosła w polską kulturę, wzbogacając ją na różnych płaszczyznach. Jak pisał Jan Adamczewski, Longchamps’owie, „lekarze, przemysłowcy, prawnicy – niejednokrotnie z bronią w ręku walczyli o wolność i niepodległość swej przybranej ojczyzny”. Ojciec Heleny był powstańcem styczniowym, pionierem naftownictwa, właścicielem kopalni ropy w Karpatach52.

Para doczekała się trojga dzieci: Krystyny, Ewy i Karola Rafała.

LOLEK

Karol Rafał, urodzony 4 marca 1906 roku w Krakowie, pierwsze miesiące życia spędził w domu przy ul. Kilińskiego, gdzie mieszkali jego rodzice z dwiema córkami. Był jedynym synem i najmłodszym dzieckiem Heleny i Stanisława. W 1908 roku rodzina przeniosła się do mieszkania w kamienicy na rogu Sobieskiego i Kremerowskiej (od niedawna na tym budynku znajduje się tablica upamiętniająca Stanisława). Mieszkanie było przestronne i mieściło się na parterze. Krystyna Grzybowska opisywała je następująco: „Było w nim dużo miejsca, pełno światła i słońca, pokoje w linii prostej wzdłuż korytarza, żaden nie wychodził na podwórze. Drzwi były też w prostej linii. Gdy się je pootwierało, widać było całe mieszkanie. […] Nowe mieszkanie miało elektryczność, łazienkę dwa razy tak dużą, jak na Kilińskiego, mały, ale osobny pokój dla służby, która nie musiała już sypiać w kuchni. W łazience i kuchni podłoga była nie drewniana, ale kamienna […]”53. Dom był pełen książek i przeróżnych pamiątek, obrazów, w tym portretów przodków, popiersi Karola seniora i Ludwika Finkla. W salonie stał też słynny stolik z chińskiej laki wykonany przez Dominika Oesterreichera54. Po drugiej stronie ulicy była szkoła, Gimnazjum im. Jana III Sobieskiego, do której potem uczęszczał Karol. W kamienicy vis-à-vis, na Kremerowskiej, mieszkał Ignacy Daszyński. „Ten chudy i wysoki z siwymi włosami to był pan Daszyński […]. Przychodzili do niego często kolejarze bardzo rano i grali mu na trąbkach. Leciałem zaraz w koszuli do okna. Pan Daszyński wychodził także w koszuli, na którą wkładał płaszcz, i zawsze coś strasznie krzyczał na kolejarzy, a oni potem także krzyczeli i cieszyli się bardzo”55. Nieopodal, przy ul. Batorego, mieszkała Stefania Estreicherowa, babka Krystyny, Ewy i Karola, którą – okolica była bowiem wówczas bardzo spokojna – dzieci mogły odwiedzać bez opieki starszych56.

„Dzieciństwo miałem sielskie do 1914 roku” – wspominał Karol kilka miesięcy przed śmiercią57. W istocie sielskie było chyba dłużej, choć bez wątpienia wybuch I wojny światowej i ruch wojskowy, który miał miejsce w Krakowie, wywoływał w chłopcu uczucie niepokoju, a może i strachu. Dzieciństwo Karola było okresem formowania się niezwykle barwnej i niekonwencjonalnej osobowości. To, że był najmłodszy z rodzeństwa, dawało mu pewną swobodę oraz wyrozumiałość ze strony matki i starszych sióstr, co, jak wspominał jego siostrzeniec, „wykorzystywał bezlitośnie”58. Ojciec też był dość pobłażliwy, choć poświęcał mu sporo czasu i często z nim rozmawiał, widząc w nim – jako męskim potomku – nadzieję na kontynuację rodu. Zdaje się, że Karol lubił być w centrum uwagi, miał bowiem zwyczaj przerywać rozmowy starszych okrzykiem: „Ręka, noga, mózg na ścianie!”59. Dużo czasu spędzał z siostrami. Najstarsza, nazywana Krzysią, później pisarka, na kanwie dziecinnych wspomnień stworzyła opowieść dla dzieci I ja i Franuś, gdzie za tytułowym Franusiem krył się właśnie Karol – w domu pieszczotliwie nazywany Lolkiem. Młodsza od Krzysi Ewa była nieco bardziej wyrozumiała dla brata. Nauczyła go czytać, a może raczej rozpoznawać litery, poza tym łagodziła spory między nim a Krzysią60. W opowiadaniu poświęconym pamięci matki Karol wspominał dziecięce relacje z siostrami: „Krzysia prowadziła. Muszę powiedzieć prawdę, że o ile była nieznośna przy mamie, o tyle, jeśli mamy nie było, była dla nas bardzo dobra i opiekowała się wtedy mną specjalnie. Bardzo ją kochałem i Ewę też. Ale Krzysię lubiłem pociągać za włosy, bo wtedy tak śmiesznie krzyczała. Krzysia czytała nam głośno, tylko nie wolno się było pytać o nic, a ja nie rozumiałem, bo były książki dla dorosłych. Wolałem, kiedy Ewa czytała mi z »Przyjaciela Dzieci« historię o Gapci Kropeczce”61.

W tym samym domu przy ul. Sobieskiego mieszkał Leonard Lepszy z żoną Zofią i synem Kazimierzem, późniejszym historykiem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Starszy o niecałe dwa lata Kazimierz z powodu wieku i sąsiedztwa został jednym z pierwszych kolegów Karola. Przyjaźń ta nie trwała długo i rozpadła się na zawsze w dramatycznych okolicznościach, które Estreicher wyjawił siostrzeńcowi: „Jak mieliśmy po pięć lat, założyliśmy się, kto dalej nasiusia z balkonu. Ja trafiłem na jezdnię, a Kazio na kapelusz pani idącej chodnikiem i jeszcze potem twierdził, że to ja”62. W efekcie Karol znienawidził sąsiada na całe życie, a późniejsze wybory historyka z pewnością ugruntowały te negatywne uczucia. Przed wojną Lepszy działał bowiem w Młodzieży Wszechpolskiej, po wojnie zaś kierował uniwersytetem, ponad miarę ulegając władzom komunistycznym63. Innym kolegą, a zarazem sąsiadem Karola był Zygmunt Leśnodorski. Ta przyjaźń przetrwała kolejne lata, przez pewien czas chodzili do jednej klasy. W czasach gimnazjalnych razem chadzali do teatru. Zajmowali miejsca przeznaczone dla redakcji „Czasu” (Stanisław Estreicher był jego czołowym publicystą)64. Leśnodorski wybrał polonistykę, został krytykiem literackim i teatralnym, zmarł jednak przedwcześnie w 1953 roku.

Profesorski od pokoleń dom, w którym Karol się wychowywał, był zdecydowanie nieprzeciętnym miejscem, sprzyjającym rozwojowi nietuzinkowej osobowości. Decydował o tym jeszcze jeden aspekt – życie towarzyskie, które toczyło się w mieszkaniach Estreicherów, najpierw przy Kilińskiego, a potem przy Sobieskiego. W ich salonie – jeszcze przed narodzeniem Karola – Wyspiański odczytywał swoje dramaty, bywał tam też przedwcześnie zmarły historyk Karol Potkański. Częstym i miłym gościem był Lucjan Rydel z żoną Jadwigą. Przychodzili dwaj wybitni, ale jakże różni malarze: Józef Mehoffer i Leon Chwistek. Bywali bliscy przyjaciele i współpracownicy Stanisława Estreichera: Ludwik Hieronim Morstin, Stanisław Kot, a także wybitny mediewista Jan Dąbrowski i znakomity historyk sztuki Jerzy Mycielski. Wyjątkowo barwną gościnią była działaczka na rzecz emancypacji kobiet Julia z Krzymuskich Kisielewska – znana publicystka i nauczycielka. W domu Estreicherów pojawiał się także Adam Heydel, ekonomista o zupełnie innym światopoglądzie, związany z ruchem narodowym. W późniejszych latach bywali tu uczniowie Stanisława Estreichera, Konstanty i Stefan Grzybowscy oraz Ksawery Pruszyński (z którym zaprzyjaźnił się Karol)65.

W takim otoczeniu w niesfornym chłopcu rodziła się miłość do Krakowa. Zdarzało mu się podczas wagarów przemierzać miasto wzdłuż i wszerz; w pamięci rodzinnej zachował się jego wypad na Ludwinów, gdzie w nowym ubraniu wpadł do gnojówki66. Ale celem Karola – wagarowicza najczęściej był Wawel, w którym widział więcej, niż dostrzegali turyści. Pasję do tego miejsca zaszczepił mu ojciec, opowiadając o tym, jak wspólnie ze Stanisławem Wyspiańskim, Józefem Mehofferem i Henrykiem Opieńskim w 1882 roku udali się na wieżę katedry wawelskiej i nielegalnie – oraz, jak się okazało, bezkarnie – rozkołysali słynny dzwon Zygmunt67. Podobną przygodę przeżył dwunastoletni Karol, gdy pewnego jesiennego, deszczowego dnia postanowił wstąpić do katedry. Towarzyszącego mu poczucia winy wywołanego nieobecnością w szkole pozbył się, przyklękając przed grobem św. Stanisława. Wtem zawołał go świątnik i wraz z innymi chłopcami zabrał na Wieżę Zygmuntowską. Tu wydał im polecenie: „Czepcie się sznurów, chłopcy, i ciągciew dół. Ja sercu bieg nadam”. Po dłuższej chwili rozległ się dźwięk Zygmunta. Następnie Karol zorientował się, że dzwony rozbrzmiewają też w innych krakowskich świątyniach. Gdy zbiegł na dół, zobaczył tłumy zmierzające w kierunku Rynku Głównego, zaś na Grodzkiej kompanię polskiego wojska z gen. Bolesławem Roją na czele. Dwunastolatek podziwiał uroczystość, wdrapawszy się na kratę kordegardy, gdy nagle ktoś szarpnął go za nogę. Był to ojciec, stojący w towarzystwie Michała Bobrzyńskiego68. „– Co tu robisz? Poszedłeś za szkołę? Próbowałem się wykłamać, ale nie szło. Wreszcie zacząłem bąkać zdyszany: – Byłem na Wawelu. Dzwoniłem w Zygmunta. Niespodziewanie ta wymówka zrobiła na nich wrażenie. Bobrzyński powiedział: – To go usprawiedliwia, panie Stanisławie, ale w skórę powinien dostać, tak jakeśmy mówili. Śmiejąc się, wziął mnie ojciec za kark i bijąc tak silnie, że czułem to boleśnie, powiedział: – Starym krakowskim zwyczajem biję ci w skórę na Rynku, nie dlatego, żeś poszedł za szkołę, ale żebyś pamiętał ten dzień! Dzień był 31 października 1918 roku”69.

W szkole Karol nie był prymusem, wręcz przeciwnie. Uczęszczał do sławnego III Państwowego Gimnazjum im. Jana III Sobieskiego, założonego w 1883 roku z okazji dwusetnej rocznicy odsieczy wiedeńskiej70. W końcu wieku XIX szkoła została ulokowana w pięknym, zaprojektowanym przez Józefa Sarego budynku przy ul. Sobieskiego 9. Drzwi mieszkania Estreicherów dzieliło od bramy gimnazjum dosłownie kilkadziesiąt kroków. Mimo to Karol nie polubił szkoły i dość szybko dał się we znaki nauczycielom. Już wtedy zdradzał skłonność do psot i dominacji, dokuczał bowiem kolegom, nawet tym starszym71. Niechętnie wracał wspomnieniami do tych czasów. „Mało mam przyjemnych wspomnień o tej szkole średniej – ale to moja wina. Byłem chłopcem niemądrym, niedobrym, niewychowanym i aroganckim. Lekceważyłem moich profesorów. Repetowałem – słusznie! – V klasę w roku 1920–1921. Zresztą życzył sobie tego mój Ojciec”72 – pisał w 1981 roku, a dwa lata później dodawał: „Nie czułem się w szkole dobrze. Wychowany w warunkach dość niezwykłych, przez Ojca zajmującego (na owe czasy) wysokie stanowisko, przez niezmiernie wyrozumiałą Matkę, nie umiałem współżyć z nauczycielami, byłem arogancki, drażniący, kłamliwy, niezdyscyplinowany i przede wszystkim leniwy”73.

Z czasem jednak jego stosunek do szkoły zmienił się. Po przymusowym powtórzeniu klasy przestał wagarować. Zaczął także doceniać swoich nauczycieli. Szczególnym szacunkiem darzył Franciszka Fuchsa, historyka, który po wojnie pracował na Wawelu. Znał go także prywatnie, był bowiem jego sąsiadem i również mieszkał w domu przy ul. Sobieskiego 1074. Jako bardzo wymagającego pedagoga Estreicher wspominał Jana Stacha – przyrodnika. Łaciny i greki uczył go Jan Pawlikowski: „Był poważny, choć łagodny. Posiadał wielki takt wobec młodzieży i duży jej szacunek”75. Z polonistów wspominał m.in. wybitnego polskiego językoznawcę Zenona Klemensiewicza oraz – ze szczególną sympatią – Romana Jabłońskiego: „Jego wykłady i wymagania wspominam z wdzięcznością. Zwracał uwagę na najnowszą literaturę, na poezję Młodej Polski i Skamandra. Oceniał i doceniał świetność pióra Żeromskiego, który w Krakowie nie cieszył się takim uznaniem jak w Warszawie”76.

Dla Karola Estreichera – przyszłego (między innymi) literata, a nawet dramaturga – ważnym polem aktywności było koło teatralne. Angażował się więc w prace teatru szkolnego. Za namową wspomnianego Jabłońskiego klasa wystawiła Turonia Stefana Żeromskiego77. Leśnodorski wspominał także, jak przygotowali Zaczarowane koło, sztukę Lucjana Rydla, którego Karol znał osobiście jako gościa salonu rodziców. W przedstawieniu wystąpił w roli demonicznego Boruty, co, zdaje się, pasowało do jego temperamentu78.

Szczególne znaczenie miały zajęcia gimnastyczne. W gimnazjum im. Sobieskiego prowadził je nie byle kto: Marian Tokarski, pierwszy organizator meczów piłki nożnej w Krakowie. Kolejnym nauczycielem był Kazimierz Figna. Chłopcy kibicowali naturalnie Cracovii, Estreicher był wierny temu klubowi do końca. „Józef Kałuża!” – wspominał Estreicher słynnego napastnika Cracovii. – „Jego popularność równała się popularności Ignacego Daszyńskiego. […] Szczególnie wdzięczny jestem za przygodę, jaką dzięki niemu przeżyłem, a która była dla mnie bardzo zaszczytna. Przełażąc przez parkan na boisko Cracovii, aby bez biletu dostać się na mecz, zawisłem na drucie kolczastym, rozdzierając spodnie i skórę w niewymownym miejscu. Kałuża zdjął mnie z parkanu i oglądając, czy jestem bardzo podrapany, powiedział, że w przyszłości za zniszczenie spodni powyrywa mi nogi z korzeniami. Koledzy zazdrościli tej rozmowy i pytali, co mi Kałuża powiedział. Naradzaliśmy się, kto powinien grać w bramce w najbliższym meczu z Czarnymi – blagowałem”79. Od kilku lat przed stadionem Cracovii stoi pomnik Józefa Kałuży.

Wracając jednak z boiska do sal gimnazjalnych: nauczycielem, który bez wątpienia najmocniej wpłynął na Karola Estreichera, był Leon Chwistek. Słynny malarz, formista, oryginalny filozof i logik, a także matematyk – był nauczycielem tego ostatniego przedmiotu. Alina z Chwistków Dawidowiczowa wspominała: „[Karol Estreicher] nie lubił matematyki, a ojciec, jego nauczyciel, nie zmuszał go do zbyt wielkich wysiłków. Rozmawiał z nim o sztuce, zapraszał do domu”80. Jako matematyk Chwistek na pewno był pedagogiem tolerancyjnym, doceniającym inne talenty uczniów. Tak było też w przypadku Witolda Zechentera, z którym Estreicher siedział w szkolnej ławie. Gdy na liście ósmoklasistów Chwistek zobaczył Zechentera, który miał już na koncie próby poetyckie, podszedł do niego, uścisnął dłoń i powiedział: „Wie pan (zawsze zwracał się per pan do ośmioklasistów) – postawmy od razu sprawę jasno. Pan pisze wiersze, więc nie będzie pan ani doskonałym logikiem, ani znakomitym matematykiem. Nie będę więc pana uwzględniał przy zajęciach szkolnych, a pana rzeczą będzie przepchać się jakoś przy maturze…”81. Chwistek łatwo zjednywał sobie młodzież. Był oryginalny w sposobie bycia, w stylu prowadzenia rozmowy. „W najprostszych zjawiskach wynajdywał nagle zdumiewające problemy” – wspominał Zygmunt Leśnodorski, przyjaciel Karola. Zwracał uwagę jego „ciężki chód tresowanego niedźwiedzia, osobliwa intonacja głosu i gestykulacja, […] oczy wyskakujące z orbit w chwili podniecenia […]. Spodnie zaprasowane na kant, w ręku laska z kościaną gałką”82. Laski tej używał na różne możliwe sposoby podczas lekcji: służyła mu nie tylko do podpierania się – również jako linijka czy narzędzie, którym gestykulował, był to też instrument służący uciszaniu klasy poprzez silne uderzanie nim w podłogę83. Matematykiem był nie tylko tolerancyjnym, lecz także osobliwym. Zdarzało mu się mylić w rachunkach, ale podkreślał przy tym, że jemu wolno – uczniom nie. Uczył, że są dwie matematyki: „Jedna zwykła, w której nie wolno np. dzielić liczb przez zero, i druga wyższa, w której wszystko wolno”84. Ale na lekcjach matematyki nierzadko dyskutowało się o sztuce. Chwistek opowiadał o teatrze i formizmie, o Bertrandzie Russellu i Witkacym. Leśnodorski i Estreicher byli wyjątkowo ciekawi tych zagadnień i chętnie wchodzili w dyskusję z profesorem85. Karol w jakimś stopniu był już przygotowany do takich rozmów, historią sztuki zainteresował się bowiem w klasie piątej i czerpał z księgozbioru, który odziedziczył po Wandzie Estreicherównie, swojej zmarłej w 1920 roku ciotce. Książki te, a także jej notatki z wykładów Mariana Sokołowskiego – europejskiej sławy historyka sztuki – znajdował w mieszkaniu cioci Mani86.

Relacje Karola z Chwistkiem wykraczały poza relację nauczyciel–uczeń i z wolna przeradzały się w przyjaźń. Filozof bywał w domu Estreicherów, namalował znakomity portret Heleny Estreicherowej, sportretował także Stanisława Estreichera.

Czy były to wtorki, jak pisze Leśnodorski, czy środy, jak podaje Estreicher? W każdym razie raz w tygodniu w domu Chwistka przy ul. Szujskiego odbywały się spotkania, w których brała udział śmietanka artystyczna ówczesnego Krakowa: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec – córki Wojciecha Kossaka, bracia Andrzej i Zbigniew Pronaszkowie, Zofia Stryjeńska, Tadeusz Boy-Żeleński, Ludwik Puget, Stanisław Mróz, Konrad Winkler i Tytus Czyżewski. Gospodarz zapraszał na te spotkania również swoich ulubionych uczniów: Estreichera, Leśnodorskiego, Zechentera, Feliksa Grossa i Wojciecha Natansona (późniejszego krytyka teatralnego)87. „Tutaj pierwszy raz zetknąłem się ze światem nowoczesnej sztuki, reprezentowanym przez prawdziwych artystów” – wspominał Leśnodorski88. Karol Estreicher pisał, że wieczory u Chwistka były „pełne harmonii i pogody intelektualnej. […] Atmosfera tych zebrań była jedyna w swoim rodzaju, a dom Chwistków wysunął się na czoło intelektualnych domów w Krakowie”89.

Czy to za sprawą inspirujących rozmów u Chwistka, czy niezależnie od lekcji i spotkań z matematykiem-artystą, pomiędzy Estreicherem a Feliksem Grossem, Zygmuntem Leśnodorskim i Witoldem Zechenterem zawiązała się wielka przyjaźń. Cała czwórka często przesiadywała w domu vis-à-vis szkoły, w mieszkaniu Estreicherów lub Leśnodorskich, „przeglądając dalekie od szkolnych lektur książki i pisma, dyskutując na temat jakiejś premiery teatralnej czy też nowej wystawy obrazów”90.

Szczególnie z Grossem była to relacja bliska i – mimo skomplikowanych losów ich obu – trwała. Łączyła ich wspólnota uczniowskiego losu: Gross również przesiedział rok w tej samej klasie91. Poza tym obaj lubowali się we wspólnych włóczęgach po Krakowie i okolicy. Wpadali na odważne pomysły. „Niedawno mieliśmy z Felkiem przygodę […]. Poszliśmy na Błonia patrzeć się, jak się gimnastykują panny z gimnazjum żeńskiego i ułożyliśmy plan, żeby zakraść się do szatni i wszystkim wyciągnąć sznurowadła z bucików. Po drodze zmieniliśmy plan. […] Dojrzałem z daleka, że przez Błonia jedzie wolno hycel z budą. Poddałem myśl, a Felek zakomenderował – Leć przodem i patrz, czy hycel widzi. Daj znak ręką, że można”92. Jaki był koniec tej przygody, wiedzą czytelnicy opowiadania Karola Estreichera pt. Władza i urząd, przytoczony fragment obrazuje jednak kierunki, w których szybowała wyobraźnia przyszłych profesorów: socjologa i historyka sztuki, Feliksa Grossa i Karola Estreichera. Warto też dodać, że w czasach gimnazjalnych Feliks Gross pełnił arcyważną funkcję w życiu młodych chłopaków: był kapitanem klasowej drużyny piłki nożnej, którą – mając takiego idola jak Kałuża – Karol bardzo się interesował93. Razem trenowali nie tylko piłkę, lecz także biegi przełajowe i inne sporty. Inicjatywa wychodziła głównie od Feliksa, który dbał o kondycję swojego przyjaciela. W materiałach Karola Estreichera zachowały się liczne bileciki z informacjami o terminach kolejnych treningów. Jeden z nich: „Kochany Karolu: trening dziś o 3, w piątek o 3. Przyjdź, bo będziesz miał niedługo taki brzuch i nawet własnych jajek nie zobaczysz (chyba w lustrze)”94.

Karol Estreicher ukończył gimnazjum w 1925 roku z maturą zdaną na ocenę dobrą. Uprawniała go do dalszej edukacji na szczeblu uniwersyteckim.

ADEPTHISTORIISZTUKI

Zainspirowany przez Leona Chwistka Estreicher w 1925 roku wstąpił na Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Jagiellońskiego, by studiować historię sztuki, a także archeologię klasyczną95. Zakład Historii Sztuki znajdował się wówczas w Collegium Novum i był połączony z Muzeum Sztuki UJ96.

W czasach, gdy Estreicher podjął studia, historia sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim jawiła się jako wymagający, elitarny kierunek, przeznaczony dla gruntownie wykształconych i zaangażowanych studentów. W programie nauki dominowały zagadnienia obejmujące sztukę europejską i polską od średniowiecza do XX wieku, z silnym akcentem na malarstwo, rzeźbę i architekturę. Program z 1927 roku, narzucający szczegółowy tok studiów magisterskich, jasno określał zakres wymaganej wiedzy. Obejmował propedeutyczny wstęp do historii sztuki, prehistorię sztuki, historię sztuki starożytnej (szczególnie w basenie Morza Śródziemnego), historię sztuki powszechnej i polskiej. Wybór przedmiotów dodatkowych (takich jak literatura, historia polityczna, muzykologia, etnologia, psychologia) świadczył o interdyscyplinarnym charakterze studiów. Od studentów wymagano biegłości w łacinie oraz znajomości co najmniej dwóch języków zachodnioeuropejskich (niemieckiego i francuskiego), co podkreślało trudność i wszechstronność przygotowania. Uznaniem cieszyły się wykłady Jerzego Mycielskiego, wiekowego już wówczas uczonego. Koncentrowały się na sztuce włoskiej XV i XVI wieku oraz niderlandzkiej. Mycielski sporo uwagi poświęcał także twórczości Jana Matejki. Równie cenionym wykładowcą był Julian Pagaczewski, który zaznajamiał studentów ze sztuką średniowieczną zachodniej Europy – romańską i gotycką, a także z barokiem. Od 1926 roku szczególną rolę odgrywały wykłady Adama Bochnaka, wówczas młodego badacza, który uczył wstępu do sztuki, poruszał także zagadnienia dotyczące europejskiej architektury barokowej i malarstwa flamandzkiego. Ponadto Bochnak prowadził zajęcia praktyczne w Muzeum Sztuki UJ i wśród zabytków Krakowa. Feliks Kopera, ówczesny dyrektor krakowskiego Muzeum Narodowego, wprowadzał studentów w tematykę muzeologiczną. Kładł nacisk na aspekty praktyczne, ucząc rozpoznawania okazów muzealnych, typologii muzeów artystycznych oraz katalogowania zabytków. Uzupełnieniem programu były wykłady Wojsława Molè, które poszerzały horyzonty studentów o sztukę słowiańską, w tym rosyjską, dalmatyńską, południowosłowiańską, czeską, polską, serbską i bułgarską, a także sztukę Bizancjum. Poza sztuką starochrześcijańską Molè omawiał również twórczość Rembrandta97.

Spośród zróżnicowanego i ciekawego grona profesorskiego Estreicher upodobał sobie najbardziej Juliana Pagaczewskiego. Bez wątpienia był to wybitny uczony, uczeń Mariana Sokołowskiego, którego kariera akademicka na Uniwersytecie Jagiellońskim znacząco ukształtowała polską historię sztuki. Pagaczewski został profesorem uczelnianym w 1917 roku, a cztery lata później był już profesorem zwyczajnym. To właśnie on stworzył drugą katedrę historii sztuki na UJ i stał się niekwestionowanym kontynuatorem spuścizny Sokołowskiego, a zarazem główną postacią krakowskiego środowiska historyków sztuki. Jako dydaktyk Pagaczewski konsekwentnie rozwijał koncepcje Sokołowskiego poprzez dogłębne studiowanie najwybitniejszych dzieł sztuki oraz intensywne zajęcia praktyczne, które odbywały się w terenie. Wychował całe pokolenie wybitnych historyków sztuki, którzy po II wojnie światowej kontynuowali stosowaną przez niego metodologię zajęć, mimo że jego katedra została zlikwidowana w 1933 roku, a on sam przeszedł na przedwczesną emeryturę. Oprócz Estreichera uczniami Pagaczewskiego byli Zofia Ameisenowa, Tadeusz Dobrowolski, Stanisław Gąsiorowski, Tadeusz Przypkowski i Jerzy Szablowski – wszyscy odegrali istotną rolę w biografii Karola. Badawcza precyzja Pagaczewskiego, wrażliwość estetyczna oraz wkład w rozwój historii sztuki w Polsce, zwłaszcza barokowej, tapiserii i rzemiosła artystycznego ugruntowały jego pozycję jako jednej z kluczowych postaci w polskiej historii sztuki w XX wieku98. W czasach, gdy Karol Estreicher uczęszczał na jego wykłady, asystentem Pagaczewskiego był Adam Bochnak – postać, której losy będą się splatać z losami Karola przez kolejne dziesięciolecia. „Od pierwszego roku moich studiów, a nawet i wcześniej, tj. od roku 1923, znalazłem się obok Adama Bochnaka. Żyliśmy spokojnie i cicho, nie przeszkadzając sobie wzajemnie. Ale zawsze Bochnak był przy mnie, czujnie pilnując, co robię. Jeżeli zrobiłem błąd, nie bronił mnie, jeżeli osiągnąłem sukces – nie zauważał. Oficjalnie był mi życzliwy, a równocześnie śledził mnie”99. Innym razem o relacjach z Bochnakiem pisał: „Żyłem w przyjaźni z Adamem Bochnakiem od 1925 roku. Chodziłem na jego wykłady (wstęp do historii sztuki) […], Julian Pagaczewski potrzebował Bochnaka. Bochnak – pod jego wskazówkami – pisał Pagaczewskiemu rozprawy, spędzał u niego w domu całe popołudnia”100. W kręgu uczniów Pagaczewskiego znalazł się rówieśnik Estreichera – Jerzy Szablowski. Podobnie jak Pagaczewski i Estreicher, uczył się w gimnazjum im. Sobieskiego, jednak z powodu powtarzania klasy przez Karola był o rok wyżej i rok wcześniej zaczął studia. Dlatego to Szablowskiemu – ku zgryzocie Estreichera – Pagaczewski zaproponował w 1929 roku stanowisko młodszego asystenta w Zakładzie Historii Sztuki. Być może z tego powodu Karol czuł do Szablowskiego, późniejszego wieloletniego dyrektora Muzeum Zamku Królewskiego na Wawelu, trwałą niechęć101.

W czasie studiów Karol Estreicher nawiązał współpracę z Tadeuszem Szydłowskim, który kierował wówczas Muzeum Uniwersyteckim. Po latach pisał o tej relacji w kontekście intryg snutych przez starszych kolegów, niemniej – jak podaje Anna Piskorz – wspominał Szydłowskiego ciepło102. Uczniem, a potem bliskim współpracownikiem Szydłowskiego był z kolei Tadeusz Przypkowski, postać bez wątpienia malownicza: „Był inteligentnym, zdolnym uczniem, ale niestety od samego początku niezrównoważonym” – wspominał go Karol Estreicher. „Wyjątkowy snob towarzyski. Przekonany o tym, że Przypkowscy w prostej linii pochodzą od Samuela Przypkowskiego herbu Radwan i że są gałęzią Zebrzydowskich. Niepodobna stwierdzić, ile w tej genealogii było prawdy. Już wtedy, przeszło pięćdziesiąt lat temu, te jego ambicje rodowe nikogo nie wzruszały, ale on ciągle się z niemi narzucał. Studiowaliśmy razem, ja od 1925 roku. Nigdy nie było wiadomo, co Przypkowski zrobi i czy nie urządzi jakiegoś ośmieszającego kawału. Bywał bardzo złośliwy. […] Około 1927 roku zaczął pisać pracę o malarzach Lubienieckich. Jak wszystkie jego prace naukowe, i ta zrobiona była z wiedzą i pomysłowością. Szybko przekonał do siebie Bochnaka i Pagaczewskiego i dawał do zrozumienia, że niejedno wie i umie, ale jego narwany charakter im nie odpowiadał. Woleli Jerzego Szablowskiego, prawdziwie celującego ucznia, pilnego, poważnego i grzecznego”103. Choć po wojnie współpraca Przypkowskiego i Estreichera układała się bardzo różnie, to w okresie studenckim i kolejnych latach młodzi historycy sztuki lubili się. Obaj kochali Kraków, obaj mieli również niebanalne poczucie humoru. Wymieniali między sobą takie liściki:

„erolowi kastreicherowi

do łaskawej wiadomości

gdzie można dostać francuskiego przewodnika, niewielokratkowego lecz dwunożnego, po Krakowie?

zapukaj do

obskurnej ko-

mory –

tp”

Na co Karol odpowiedział:

„Starej Przypiektóra skrzypie,Donieść spieszęże się cieszęiż szukając przewodnikaze mnie niechce zrobić byka.Wśród towarzystw turystycznychznajdziesz przewodników licznychtelefonuj do nich więcstotrzynaście – ośm – pięć.

K.E.”104

Pierwszym zadaniem Estreichera jako młodszego asystenta-wolontariusza było porządkowanie pamiątek zgromadzonych w Collegium Novum. Dla przyszłego twórcy muzeum akademickiego było to niezwykle cenne doświadczenie.

Podczas studiów zajmował się głównie sztuką średniowieczną i w tym zakresie prowadził szczegółowe badania. Jako historyk sztuki debiutował w roku 1927 na łamach „Rocznika Krakowskiego”, który zamieścił artykuł Estreichera Początki kultu św. Stanisława. Trzeba jednak dodać, że nie była to jego pierwsza publikacja. Pierwsze teksty ogłosił drukiem jeszcze podczas nauki w gimnazjum: w 1924 roku opublikował wiersz swojego dziadka Karola starszego pt. Wesele, który był reakcją na nieprzychylne recenzje po premierze wybitnej sztuki Wyspiańskiego, a w kolejnym roku scharakteryzował na łamach „Czasu” wystawę prac swojego nauczyciela i przyjaciela Leona Chwistka105. Tymczasem kontynuował otwarte badania nad św. Stanisławem i w 1928 roku opublikował w „Czasie” pod pseudonimem „H. Węgierski” artykuł omawiający najnowszą literaturę przedmiotu, w którym zrecenzował ostatnie prace Władysława Semkowicza, Mieczysława Gębarowicza, Jana Dąbrowskiego i Juliana Pagaczewskiego, a w kolejnym roku napisał dużą, naukową recenzję studium Gębarowicza Początki kultu św.Stanisława i jego średniowieczny zabytek w Szwecji. Głównym tematem jego badań pozostawało zagadnienie: „Rodzajowość w polskiej sztuce średniowiecznej” – tak brzmiał temat jego pracy doktorskiej. W poszukiwaniu materiałów i inspiracji udało mu się – dzięki finansowemu wsparciu z Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego – w 1929 roku odbyć podróże naukowe do Belgii i Niemiec106. Pobyt w Berlinie zaowocował artykułem Sztuka polska w oświetleniu nauki niemieckiej107. W Niemczech wziął również (lub miał wziąć) udział – z ramienia Akademickiego Związku Pacyfistów, o którym za chwilę – w Światowym Kongresie Młodzieży, który odbywał się (lub miał się odbywać) na zamku Freusburg koło Kirchen108. W tym samym roku uzyskał absolutorium i został mianowany bezpłatnym młodszym asystentem w Zakładzie Historii Sztuki109.

Jako student działał w Akademickim Kole Historyków Sztuki. W roku akademickim 1928/1929 był jego prezesem110.

Dysertację doktorską Karol Estreicher przedłożył w końcu 1931 roku Julianowi Pagaczewskiemu i Tadeuszowi Szydłowskiemu. Obaj ocenili ją pozytywnie. 14 grudnia tego samego roku odbył się egzamin z filozofii, który prowadził ówczesny dziekan Wydziału Filozoficznego UJ Władysław Szafer oraz historycy filozofii Witold Rubczyński i Władysław Heinrich. Estreicher otrzymał ocenę celującą. 21 marca 1932 roku został przeegzaminowany z historii sztuki i archeologii. W komisji obok Juliana Pagaczewskiego znaleźli się Tadeusz Szydłowski, Stanisław Gąsiorowski i – jak podczas poprzedniego egzaminu – dziekan Władysław Szafer. Z trwającego ponad dwie godziny egzaminu Estreicher wyszedł również z oceną celującą111. Kolejnego dnia – 22 marca – odbyła się uroczysta promocja doktorska z udziałem rektora UJ, księdza Konstantego Michalskiego.

PACYFISTA

W 1927 roku Karol Estreicher musiał odbyć kilkumiesięczną służbę wojskową. Został skierowany do Wołyńskiej Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. W miarę możliwości prowadził korespondencję z rodziną i przyjaciółmi. Wymieniał listy z Leonem Chwistkiem, który swego czasu służył pod tym samym dowódcą, Wincentym Cybulskim112. Korespondował także z najbliższym wówczas przyjacielem – Feliksem Grossem, który po maturze studiował prawo, został zresztą uczniem Stanisława Estreichera113, oraz ze szwagrem Konstantym Grzybowskim – w okresie służby wojskowej rozmów z nim, jak zwierzał się matce, szczególnie mu brakowało114. Również matce najbardziej szczegółowo relacjonował swój pobyt w wojsku: „Błota po deszczu tutaj okropne. Czyszczę swoje buty 7–9 razy dziennie! Pasty pudełko na tydzień. Piszę ten list ukradkiem, gdyż zapisałem się »do nauki« po gaszeniu świateł, a gdyby oficer inspekcyjny zobaczył, że zamiast się uczyć, piszę list, miałbym awanturę.W wojsku wszystko robi się nielegalnie[podkreśl. – autorzy]”115. W drugiej połowie września Karol Estreicher trafił do szpitala wojskowego w Chełmie. Rodzicom przedstawił autodiagnozę: wyczerpanie z powodu braku snu. Główną dolegliwością była wysoka temperatura. Ze szpitala wysyłał dość obszerne relacje, jednak jak sam krytycznie zauważał, nie były napisane zbyt czytelnie: „Kończę już kartkę i konia z rzędem temu, kto przeczyta. Ale nie mogę inaczej pisać, leżąc. A leżę, bo zimno, wstać się nie chce”116. W pisanym w końcu 1931 roku życiorysie Karol podawał, że po kilkumiesięcznym pobycie we Włodzimierzu Wołyńskim został ze służby wojskowej zwolniony i „przeniesiony do kategorii C”117.

Młody Karol Estreicher lubił się buntować, ojciec wypominał mu czasami, że ma „skłonność do paradoksów”. „I nie raz tradycyjny obiad rodzinny na Sobieskiego, po prowokacyjnych deklamacjach Karola, kończył się słowami Dziadka [Stanisława Estreichera, przyp. autorzy]: Karol, ja cię bardzo proszę, wyjdź natychmiast”118. Choć Stanisław Grzybowski podkreśla, że „pierwsze sukcesy, kształtowanie osobowości badawczej [Karol] w najznaczniejszej mierze zawdzięczał inspiracji ojca119”, nie należy zapominać o stałym kontakcie z Chwistkiem. Być może to pod jego wpływem Karol i jego przyjaciele z gimnazjum w różnym stopniu, ale jednak wyraźnie zafascynowali się ideami lewicowymi. „Młodzież postępowa na Uniwersytecie Jagiellońskim, do której i ja należałem – ta młodzież przeciwstawiała się pragmatyzmowi myślenia rodzimych nacjonalistów. Akademicki Związek Pacyfistów, Związek Młodzieży Socjalistycznej, Ludowcy nie chcieli antysemityzmu, nacjonalizmu, ale też żywili nieufność do komunizmu”120 – wspominał po latach Karol, choć to ogólne wynurzenie na temat ówczesnego zaangażowania społeczno-politycznego jest jednym z niewielu. Z domu rodzinnego wyniósł głęboką niechęć do antysemityzmu, który rzeczywiście narastał w krakowskim środowisku akademickim w latach dwudziestych. Mając za przyjaciela Feliksa Grossa, który pochodził z niezwykle zasłużonej dla Krakowa rodziny żydowskiej, odczuwał coraz większy wstręt do postaw nacjonalistycznych. Helena Wereszycka, która w czasach, gdy Karol studiował historię sztuki, studiowała historię pod kierunkiem Władysława Konopczyńskiego, przy różnych okazjach przytaczała anegdotyczną, ale prawdziwą historię obrazującą charakter Estreichera i jego stosunek do antysemityzmu. „Zatrzymany przez endecką dziewoję u wrót żydowskiego, biednego sklepiku słowami: Wiecie kolego, jak się nazywa taki, co kupuje u Żyda? odpalił z miejsca: A wiecie koleżanko, jak się nazywa taka, co zaczepia nieznajomych mężczyzn na ulicy?”121. Pacyfizm Karola przejawiał się również w tym, że zakazywał siostrze kupowania synkowi ołowianych żołnierzyków – jednej z ulubionych zabawek wszystkich chłopców od pokoleń!122

Młodzieńczy światopogląd Karola Estreichera przełożył się na jego działalność w Akademickim Związku Pacyfistów. Początki tej organizacji sięgają końca roku 1925 i spotkań na trybunach Cracovii po treningach lekkoatletycznych, w których brali udział przede wszystkim Feliks Gross i Wojciech Natanson. Przedstawiający w swoich wspomnieniach genezę AZP późniejszy dyplomata Stanisław W. Dobrowolski nie wspomina o udziale Karola Estreichera w tych spotkaniach, ale wiele wskazuje na to, że w nich uczestniczył123. Senat UJ zarejestrował AZP5 listopada 1926 roku. Wedle przyjętego w 1928 roku statutu Akademickiego Związku Pacyfistów celem organizacji było „szerzenie idei pokoju i sprawiedliwości międzynarodowej, zaznajomienie opinii publicznej z ruchem pacyfistycznym w kraju i za granicą”. Jak pisze Andrzej Pilch, deklaracja ideowa AZP z 1928 roku uważała pacyfizm za najcenniejszy dorobek demokracji, miała to być idea solidarności całego cywilizowanego świata. Członkowie związku uważali walkę zbrojną za anachronizm, domagali się także oparcia stosunków międzynarodowych na prawie i sprawiedliwości oraz transparentności wszelkich traktatów. Szczególnie wrogo odnosili się do szowinizmu i za wyjątkowo ważkie zadanie uważali obronę praw człowieka. W idei pacyfizmu upatrywali także gwarancję utrzymania przez Polskę niepodległości124.

W 2000 roku dawny lider AZP Feliks Gross opowiadał Joannie Bator i Sławomirowi Łukasiewiczowi o początkach tej organizacji: „Wszystko zaczęło się w latach 20., gdy studiowałem prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. I wojna światowa zmieniła zupełnie sposób, w jaki moje pokolenie patrzyło na świat. Wobec tej tragedii nie było już więcej mowy o tym, jak to »na wojence ładnie«. Związek Pacyfistów, który wtedy założyliśmy, był bardzo postępową organizacją, bo jednoczył katolików i socjalistów, Polaków i Żydów. Tylko endeków nie było”125. Ogromne znaczenie miał fakt, że kuratorem AZP został Stanisław Estreicher, który cieszył się wielkim autorytetem. Dobrowolski pisał o nim: „[…] wielki humanista, profesor historii ustrojów zachodnioeuropejskich […], który wiedzę o naszych tradycjach pokojowych wzbogacił opublikowanym później odczytem Pacyfizm w Polsce XVIIwieku”126. Także Gross podkreślał udział ojca swojego przyjaciela w AZP: „[…] sympatyzował z nami rektor uniwersytetu profesor Stanisław Estreicher, bardzo oddany katolik i konserwatysta. Uważał, że Związek Pacyfistów – otwarty na ludzi różnych wyznań i opcji partyjnych – kontynuuje tradycję braci polskich, którą bardzo cenił”127.

Feliks Gross wskazuje na otwartość AZP, choć trzeba dodać, że mimo wyjątków ku tej organizacji skłaniali się ludzie o poglądach socjalistycznych. Sam Gross był później członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej. W związku udzielali się także Jan Topiński – prawnik później należący do środowiska współtworzącego Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową, czy studiujący wówczas w Krakowie ekonomista Oskar Lange, również socjalista128.

Od lutego 1927 roku AZP wydawał organ prasowy „Zgoda Narodów”, którego wydawcą od roku kolejnego była Federacja Akademickich Przyjaciół Ligi Narodów. Związek wchodził w jej skład. Redaktorem naczelnym „Zgody Narodów” pozostawał działacz AZP Feliks Gustaw Bocheński. Ukazały się jednak zaledwie cztery numery pisma129. Dodać wypada, że lata 1927–1930 były okresem największej aktywności AZP: związek liczył wówczas około dwustu osób. W 1931 roku było to około stu osób130.

Ważnym elementem działalności AZP na uniwersytecie było organizowanie wykładów i odczytów intelektualistów. Oprócz Stanisława Estreichera prelegentami na spotkaniach związku byli prawnik i profesor UJ Władysław Leopold Jaworski, działacz socjalistyczny Mieczysław Niedziałkowski, działacz ruchu ludowego Stanisław Thugutt czy pisarz Leon Kruczkowski, po wojnie związany ze środowiskiem komunistycznym131. Niektóre wybitne postaci odmawiały udziału w spotkaniach – należał do nich Jerzy Stempowski132. Można przypuszczać, że w gronie gości AZP w tamtym okresie znalazł się także późniejszy najbliższy przyjaciel Karola Estreichera Antoni Słonimski, który nierzadko w różnych formach wyrażał sympatię dla pacyfizmu133 i, jak pisze Dobrowolski, wsparł AZP kwotą 500 zł134.

Na początku lat trzydziestych XX wieku do AZP dołączyli dwaj studenci, którzy stali się wyjątkowo aktywnymi członkami organizacji. Pierwszym z nich był Maksymilian Boruchowicz135, późniejszy krytyk literacki, po wojnie mieszkający na emigracji w Paryżu, m.in. współpracownik Jerzego Giedroycia, publikujący pod nazwiskiem Michał Borwicz. Drugim – postać, która w powojennej biografii Karola Estreichera odegrała rolę niepoślednią, czyli Józef Cyrankiewicz. Wówczas studiował prawo, choć miał też pewne zacięcie humanistyczne, pisywał wierszyki i wygłaszał referaty na posiedzeniach Akademickiego Koła Miłośników Dramatu Klasycznego, którego został również prezesem. W AZP zyskał sporą życzliwość i uznanie kolegów z powodu swoich zdolności oratorskich: „[…] studenci uważali go za świetnego mówcę, więc delegowali go na najważniejsze spotkania. Jedno z jego wystąpień nosiło tytuł »Przebudowa społeczna«. Kiedy w 1933 roku Niemcami zaczął rządzić Hitler, Cyrankiewicz namówił AZP do zorganizowania wieczoru poświęconego faszyzmowi”136. Cyrankiewicz łączył aktywność w związku z działalnością socjalistyczną – do 1933 roku był członkiem PPS. Mimo kilkuletniej różnicy wieku Karol Estreicher zakolegował się z nim. Feliks Gross również darzył go sympatią: „Sympatyczny człowiek, bardzo inteligentny, można było z nim pośmiać się z endeków, ale niestety nie wytrzymał do końca próby charakteru, jak się później okazało…” – wspominał w 2000 roku. Znamienne, że sam Estreicher w swoich zapiskach prowadzonych od 1939 roku do śmierci niechętnie wracał do czasów przedwojennego koleżeństwa z Cyrankiewiczem. Gdy po wojnie Cyrankiewicz był już dygnitarzem partyjnym, Karol uszanował to, że odciął się od dawnych czasów, co skądinąd może wydawać się zrozumiałe: „Niezwykle inteligentny, o pięknym głębokim głosie, nie wraca do przeszłości, wspomnień, poglądów, tak jakby mu to było niewygodne. Nie wracałem też w rozmowie do naszej działalności z lat uniwersyteckich, ok. 1931–1936”137. Karol Estreicher nie wspominał więc o dawnym koledze w swoich notatkach – być może w obawie, że ich ewentualna konfiskata mogłaby zaszkodzić Cyrankiewiczowi, a potrzebował go do realizacji swoich zamysłów związanych z Collegium Maius.

Środowisko przyjaciół Karola Estreichera z lat jego młodości to nie tylko historycy sztuki, pacyfiści i Leon Chwistek (naturalnie!). Mimo buntowniczej postawy, o której pisał jego siostrzeniec Stanisław Grzybowski, Karol był blisko z ojcem, a co za tym idzie, nawiązywał serdeczne kontakty z jego uczniami. Zwłaszcza z dwoma: Wacławem Zbyszewskim i Ksawerym Pruszyńskim. Obaj byli prawnikami obdarzonymi talentem pisarskim. Pierwszy został dziennikarzem i eseistą, drugi – reporterem i publicystą. Zbyszewski był starszy i jeszcze zanim Karol skończył gimnazjum, pisywał do redagowanego przez Stanisława Estreichera „Czasu”. Pozostawał pod ogromnym urokiem swojego wykładowcy: „Wyglądał wspaniale w rektorskich gronostajach i w ogóle w todze profesorskiej i w birecie; jego twarz czerstwa, zaorana bardzo głębokimi brudami, o rysach ostrych i surowych, o klasycznym profilu, bardzo męska i twarda, wyglądała jakby wyjęta z drzeworytu, przedstawiająca teologa albo prawnika z XV wieku. Estreicher był jednym z najbardziej »gotyckich« ludzi, których w życiu widziałem. Był to najlepszy mówca na Uniwersytecie […]”138. Zbyszewski był częstym gościem w salonie Estreicherów139. Karol bardzo go polubił: „Pod pozorami złośliwego, kpiącego stosunku do ludzi – serdeczność i troska. Brak zarozumiałości, a przecie to świetny dziennikarz, umysł nieprześcigniony. Sceptyk, ale nie cynik. Religijny, ale nie dewot”140 – wspominał Karol swojego przyjaciela niemal czterdzieści lat później. Zbyszewski dość szybko wyjechał z Krakowa do Warszawy, by pracować w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w kolejnych latach zaczął współpracę z wydawanym od 1931 roku przez Jerzego Giedroycia „Buntem Młodych”.

Pruszyński był nieco młodszy od Zbyszewskiego i od Karola. Jak pisze Krystyna Grzybowska, pozostawał chlubą Stanisława Estreichera, uczniem, którego ów cenił szczególnie. Podobnie jak Zbyszewski pisywał do konserwatywnego „Czasu”, a następnie do „Buntu Młodych”. Miał jednak inny temperament: „To nie był polityk ani dyplomata bawiący się piórem, ale pisarz tak żarliwy i życia ciekawy, że musiał być wszędzie, widzieć wszystko. […] Gwiazda prozy polskiej, a może raczej kometa, która zabłysła, ale bieg której przewidzieć trudno. Nie wiemy, po jakiej szła orbicie, gdy spadła z niewygasłym żarem młodości”141