Karnawał w Buenos Aires - Susan Stephens - ebook
Opis

Organizatorka ślubów Maxie Parrish przyjeżdża na wyspę Isla del Fuego, gdzie ma przygotować wesele swoich przyjaciół. Poznaje tam słynnego sportowca Diega Acostę, który po ciężkim wypadku schronił się przed światem, by odzyskać siły i sprawność. Początkowo nie cieszy go towarzystwo Maxie, jednak szybko zaczynają mu się podobać jej energia i optymizm. Zaprasza ją nawet na karnawał do Buenos Aires. Dręczy go tylko jedna obawa. Maxie niewiele mówi o swojej rodzinie, a nosi to samo nazwisko, co znienawidzony przez Diega człowiek…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 154

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Susan Stephens

Karnawał w Buenos Aires

Tłumaczenie: Alina Patkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Próbowała nie zwracać uwagi na mężczyznę na brzegu i skupić się tylko na tym, by bezpiecznie doprowadzić łódź do przystani, chociaż trudniej było go zignorować niż siły żywiołu. Wysoki i ogorzały, o potężnej sylwetce i potarganych czarnych włosach, przeszywał ją twardym, nieruchomym spojrzeniem. Złoty kolczyk w uchu chwytał resztki dziennego światła, nad paskiem dżinsów widać było płaski, muskularny brzuch. To wszystko razem zupełnie wystarczało, by ją zdekoncentrować.

Skoro dopłynęła aż tutaj, nie zamierzała teraz zawracać. Przeprowadzenie kutra przez wzburzone fale w pojedynkę było osiągnięciem zbliżonym do cudu. Ledwie odbili od brzegu, szyper przyznał, że wypił prawie całą butelkę najlepszej szkockiej whisky i nie nadaje się do niczego. Maxie pierwsza gotowa była przyznać, że nie ma żadnych kwalifikacji do prowadzenia tak dużego kutra. Kiedyś pływała jako pomocnik na sześćdziesięciostopowym jachcie, ale niewiele już z tego pamiętała, a ta zardzewiała balia była o wiele trudniejsza w obsłudze niż zwykły jacht.

Pokład znów uciekł spod jej stóp. Spojrzała na mężczyznę stojącego na pomoście: wyraźnie czekał na jej porażkę. Silne ramiona skrzyżował na mocnej piersi, a w jego ciemnych oczach błyszczała drwina.

– Isla del Fuego wita – wymamrotała Maxie pod nosem. Komitet powitalny nie wyglądał szczególnie życzliwie, ale zamierzała przycumować tę rozlatującą się krypę do pomostu, choćby miało ją to zabić. Zresztą bardzo możliwe, że taki będzie finał, pomyślała z paniką, gdy kuter z głuchym łoskotem uderzył w deski. Na szczęście szyper wypełzł wreszcie ze swojej koi i chwycił za koło sterowe. Niebo zasnuwały czarne burzowe chmury i nie zanosiło się na szybką poprawę pogody. Dla organizatorki ślubów, której pełna entuzjazmu panna młoda zleciła przygotowanie uroczystości, nie była to najlepsza perspektywa. Jeśli ten mężczyzna na brzegu jest pracownikiem właścicieli wyspy, rodziny Acosta, to przydałoby mu się porządne szkolenie w sztuce uprzejmego witania gości, pomyślała Maxie, omijając wzrokiem jego zachmurzoną twarz. No cóż, w ostateczności powie Holly, że jej zdaniem wyspa nie jest odpowiednim miejscem do zawarcia ślubu.

Wiedziała jednak, że nie może tego zrobić. Widywała już szkockie zamki, które na pierwszy rzut oka sprawiały znacznie gorsze wrażenie, a jednak w ciepły wiosenny dzień zmieniały się w pałac z bajki. Również zawilgocone zabytki Francji ożywały pełnią swego dawnego blasku, gdy na niebie pojawiało się słońce. Ponadto Holly nie była głupia, a czerwiec to doskonały miesiąc na ślub. Wszystko to prowadziło do jednego wniosku: skoro Holly chce wziąć ślub na Isla del Fuego, to Maxie musi jej to umożliwić, a ten mężczyzna na brzegu może iść do diabła.

Dios, cóż ta burza wyrzuciła na brzeg?! Chudą jak szczapa dziewczynę, która… Która jednak potrafiła rzucać cumę bardzo celnie i ze zdumiewającą siłą, stwierdził Diego, w porę chwytając koniec liny. Ale skąd taka dziewczyna wzięła się na kutrze Fernanda? Omal nie rozbiła łodzi o pomost. Miała szczęście, że udało jej się przeżyć ten sztorm i dotrzeć do wyspy.

– Gotów! – zawołała, przymierzając się do rzucenia drugiej cumy.

Ze sztywną nogą poruszał się dwa razy wolniej niż ona. Gdy odwróciła się do niego plecami, szybko pokuśtykał na odpowiednie miejsce; nie chciał, żeby zauważyła, że porusza się jak pijak.

– Rzucam! – ostrzegła. Głos miała lekki i dźwięczny, ale jakimś sposobem dobrze słyszalny ponad wyciem wiatru.

Pochwycił cumę i przywiązał do pomostu. Cóż za ironia losu, pomyślał, że atrakcyjna dziewczyna przybyła na wyspę akurat teraz, gdy on się do niczego nie nadaje. Patrząc na jej zręczne ruchy na pokładzie, poczuł niechęć. Narzeczona brata uprzedziła go telefonicznie, że na wyspie pojawi się organizatorka ślubu, i Diego pogodził się z myślą, że ta wizyta zakłóci jego dobrowolne odosobnienie, ale jednak czuł się urażony przyjmując polecenia od takiej młodej, drobnej istoty. Spodziewał się, że spotka na przystani właściciela firmy zajmującej się organizacją ślubów, kogoś starszego i bardziej wyrafinowanego, a nie gówniarę w dżinsach i w bluzie z kapturem, z długimi, przemoczonymi włosami, które opadały jej na plecy. Czy ślub jego brata był na tyle nieistotnym wydarzeniem, że przysłali tu jakąś biurową ofermę?

– Dobra robota! – wykrzyknęła, rzucając jeszcze jedną cumę.

Dobra robota? W swoim czasie żadne wyzwanie fizyczne nie było dla niego problemem. Potem jednak upadł razem z koniem podczas meczu polo. Koń przygniótł go swoim ciężarem, roztrzaskując kości w nodze Diega. Lekarze poskręcali je tuzinem śrub. Od wypadku minął już ponad rok. Diego wrócił na siodło i trenował, ile tylko był w stanie, ale wciąż nie odzyskał subtelnego czucia, bez którego nie mógł znów stać się dobrym zawodnikiem, i jego dalsza kariera sportowa stała pod znakiem zapytania.

Dziewczyna przechyliła się przez reling, sprawdzając burtę kutra.

– Wszystko w porządku? – zawołała do niego.

– Miałaś szczęście! – odkrzyknął. – Ten błąd mógł cię wiele kosztować!

– Szczęście? – zaśmiała się.

Poczuł przypływ zainteresowania, ale zaraz je stłumił. Niech ta mała rozejrzy się po wyspie i powie Holly, co widziała, a potem znika stąd, gdy tylko wiatr ucichnie.

Nikt nie obiecywał, że organizacja ślubu na wysepce na końcu świata będzie prostym zadaniem, pomyślała Maxie, ocierając krople wody z oczu. Miała mało czasu. Holly nalegała, by uroczystość odbyła się jak najszybciej. Nic dziwnego, pomyślała Maxie na widok zdjęcia narzeczonego. Od początku wiedziała, że organizacja wielkiego wydarzenia towarzyskiego na tej malutkiej wysepce będzie najeżona trudnościami, ale nie przewidziała, że powita ją tu mężczyzna, na widok którego jej serce nagle przyspieszy rytm. Zawsze lubiła wyzwania, ale choć zdobyła stypendium do doskonałej szkoły, jej życie rodzinne w najlepszym przypadku można było określić jako chaotyczne, toteż szybko doszła do wniosku, że najlepiej będzie zająć bezpieczną, niezaangażowaną pozycję i tylko przyglądać się tym, dla których organizowała uroczystości.

Odsunęła się od relingu i wzięła głęboki oddech. To miejsce w żadnym wypadku nie wydawało się bezpieczne, szczególnie gdy pomyślała o mężczyźnie na brzegu.

– Uważaj – warknął, gdy weszła na wąski trap łączący kuter z pomostem.

Zastanawiała się, dlaczego sam nie pomoże jej zejść, skoro tak się o nią troszczy. Zresztą mniejsza o to; mogła sobie poradzić sama. Dostała zlecenie, o jakim marzy każdy organizator ślubów, i nie zamierzała na samym początku wpaść do morza. Ślub. Ślub Ruiza Acosty, bardzo bogatego argentyńskiego gracza w polo, z Holly Valiant, popularną felietonistką i autorką kącika porad w gazecie, miał być wielkim wydarzeniem towarzyskim. Felietony, oparte na jej życiu z Ruizem, zyskały gorliwych czytelników. Holly oswoiła playboya i teraz zamierzała za niego wyjść. Cały świat wstrzymał oddech, czekając na ślub, który Maxie miała zorganizować. Wiedziała, że to zlecenie może się stać kamieniem milowym dla jej firmy, a ponieważ było to jej jedyne źródło dochodu, wszystko po prostu musiało się udać.

Mężczyzna na brzegu powiedział coś do szypra. Maxie znała podstawy hiszpańskiego, ale gubiła się, gdy w rozmowie pojawiały się idiomy.

– Czy on chce nam pomóc? – zapytała.

– Coś w tym rodzaju – odrzekł szyper niepewnie.

– Czy pani jest z agencji ślubnej? – zapytał nieznajomy niskim, ochrypłym głosem.

– Tak. – Maxie zatrzymała się pośrodku deski. Pod jej stopami kłębiła się wzburzona woda. Gdyby wziął od niej walizkę, mogłaby przytrzymać się lin obiema rękami. – Czy mógłby mi pan pomóc?

– Proszę nie patrzeć w dół – zaproponował. – Niech pani patrzy przed siebie.

Wielkie dzięki, pomyślała, a gdy mężczyzna znów zaczął coś mówić podniesionym tonem do szypra, poczuła, że dłużej tego nie zdzierży.

– Jeśli ma pan coś do powiedzenia, proszę to powiedzieć bezpośrednio mnie – odezwała się po hiszpańsku. – To ja wynajęłam tę łódź i ja podjęłam decyzję, żeby tu przypłynąć.

Spojrzenie nieznajomego pociemniało.

– Zna pani nasz język?

– Potrafiłabym zrozumieć ten ton głosu, nawet gdyby mówił pan w syberyjskim języku ket – mruknęła pod nosem, ale on ją usłyszał.

– Skoro jest pani taka bystra, to dlaczego kazała pani staremu człowiekowi płynąć na wyspę w samym środku sztormu? – Znów spojrzał na szypra i dodał już innym tonem: – Wyglądasz na zziębniętego, Fernando. Dopóki wiatr nie ucichnie, zatrzymasz się w domku dla gości. Maria przyniesie ci gorące jedzenie i czystą pościel.

– Si, señor Acosta, y muchas gracias.

Señor Acosta. Maxie jęknęła w duchu.

– To pan?

– Zgadza się.

Bardziej przypominał niebezpiecznego pirata niż słynnego na cały świat gracza w polo, ale był współwłaścicielem wyspy i współpraca z nim miała dla Maxie kluczowe znaczenie.

– Bardzo mi miło pana poznać – rzekła, z ulgą schodząc na brzeg.

Diego Acosta zignorował jej wyciągniętą dłoń i odwrócił się plecami. Nie był ani wyrafinowany, ani czarujący. Maxie przywykła do pracy z ludźmi, którzy chętnie podporządkowywali się jej wskazówkom, a na samą myśl o tym, że ten mężczyzna miałby prosić kogoś o radę, zbierało jej się na śmiech.

– Daj mi swoje bagaże, Fernando – zawołał po hiszpańsku, ponad jej głową spoglądając na kuter.

Maxie przypomniała sobie, że dyplomacja jest jedną z jej najważniejszych umiejętności. W przeszłości musiała sobie radzić z wieloma trudnymi charakterami, zaczynając od własnego ojca, który pomiatał wszystkimi, dopóki choroba nie zmieniła go w wyschniętą łupinę. Musiała się nauczyć, jak sobie z tym radzić i wiedziała, że teraz poradzi sobie również z Diegiem Acostą, choć trzeba będzie to zrobić subtelnie; nie mogła ryzykować, że go obrazi. Rodzina Acostów była potężna i bez trudu mogła zniszczyć jej ciężko wypracowaną reputację.

– Nazywam się Maxie Parrish – powiedziała, stając tuż przed nim, by tym razem nie mógł jej zignorować. – Mam zorganizować ślub Holly.

Spojrzenie czarnych oczu pociemniało. Parrish. To nazwisko przywodziło do niego złe wspomnienia, choć zdrowy rozsądek podpowiadał, że nie jest wcale rzadkie.

– Zanim wypłynęłam, rozmawiałam z Holly- ciągnęła dziewczyna.

– Parrish? – przerwał jej niecierpliwie.

– Tak, Maxie Parrish. Moja firma nazywa się Impreza Marzeń. Holly obiecała, że zadzwoni i uprzedzi o moim przyjeździe.

– Dzwoniła, ale nie podała pani nazwiska.

– A co jest złego w moim nazwisku?

– Absolutnie nic. Chyba spodziewałem się kogoś starszego.

Maxie bardzo się starała zachować uprzejmy ton.

– Nie chciałam tu przysyłać żadnego ze swoich pracowników. Za pierwszym i za ostatnim razem zawsze przyjeżdżam osobiście. Zresztą za każdym innym też.

Jej uprzejmość nie zwiodła go; wyczuwał w tej dziewczynie stalową determinację i najeżył się jeszcze bardziej. Stanowiła dziwną mieszankę kobiecej kruchości i niezłomnej woli. Patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami, jakby się zastanawiał, czy gdzieś już ją widział, chociaż to było niemożliwe. Maxie nigdy nie zapominała twarzy, którą raz widziała, a tej twarzy nie zapomniałaby z całą pewnością.

– Mogę tylko przeprosić, jeśli pojawiłam się w nieodpowiednim momencie.

Dopiero teraz zauważyła laskę i pomyślała, że to częściowo wyjaśnia jego zachowanie. Mężczyzna taki jak Diego Acosta pozbawiony sił fizycznych z pewnością nie czuł się tylko źle, ale wręcz koszmarnie. Starała się wcześniej dowiedzieć jak najwięcej o tej rodzinie i czytała, że jeden z braci miał wypadek na koniu, ale nie miała pojęcia, że nie wrócił jeszcze do zdrowia ani że to właśnie on powita ją na wyspie.

– Wezmę walizkę – zaproponował szorstko. Wyciągnął rękę i w tym samym momencie jego laska ześliznęła się po kamieniu. Diego potknął się. Maxie próbowała go podtrzymać, ale to był poważny błąd z jej strony. Diego zaklął, wyrwał ramię i pokuśtykał w stronę parkingu, mocno powłócząc nogą. Pobiegła za nim, próbując jakoś naprawić sytuację.

– Mam nadzieję, że pogoda w czerwcu będzie lepsza niż teraz – zawołała, przekrzykując wiatr. Nawet kuśtykając o lasce, szedł znacznie szybciej od niej. – Może na pierwszy rzut oka nie wygląda to najlepiej, ale ja się tak łatwo nie zrażam. – Nie była pewna, czy on ją w ogóle słyszy. Szli po kamienistej ścieżce w stronę parkingu, gdzie stał tylko jeden samochód, potężna terenówka. – Holly zapewniała mnie, że w czerwcu ta wyspa jest bardzo piękna.

Obrócił się w jej stronę tak nagle, że omal na niego nie wpadła.

– A pani co o tym myśli, pani Parrish?

Stała zbyt blisko niego, by myśleć.

– Nic prawie jeszcze nie widziałam, więc nie mogę wydać osądu – odrzekła szczerze, z trudem łapiąc oddech. Jeszcze nigdy żaden mężczyzna nie wywarł na niej podobnego wrażenia co Diego Acosta.

– Chyba nie oczekuje pani, że panią oprowadzę? – mruknął i z grymasem zdjął ciężar ciała z chorej nogi.

– Jak to miło, że pan zaproponował – odrzekła łagodnie. Czuła jego niechęć, ale wiedziała, że ona sama również nie chciałaby obnosić się publicznie ze swoim cierpieniem. W każdym razie nie wsadził jej na najbliższy statek, który miał odpłynąć z tej wyspy. – Bardzo chętnie usłyszę, co pan ma do powiedzenia na temat tego miejsca.

– Widzę, pani Parrish, że będzie to dla pani ciekawa wycieczka.

Jedno jego spojrzenie wystarczyło, by zburzyć jej opanowanie.

– Zgadzam się w zupełności – przyznała, drżącą ręką odrzucając włosy z twarzy. – Czy mam włożyć walizkę do bagażnika?

Chciała mu zaoszczędzić kolejnej okazji do potknięcia, tymczasem obraziła go jeszcze bardziej.

– Ja ją wezmę – warknął i podniósł jej ciężką torbę z ziemi, jakby nic nie ważyła.

– To bardzo miło z pana strony. I proszę się nie obawiać, że będę panu zawracać głowę, señor Acosta. Nie przyjechałam tu dla przyjemności. Potrzebuję tylko mapy i roweru.

– Rower? W tych górach? – Ironicznym ruchem głowy wskazał na otaczające ich wierzchołki.

– Motocykla. Pański brat Ruiz mówił, że jest tu motocykl.

– Tak mówił? – Diego popatrzył na nią podejrzliwie. – Chyba nie spodziewa się pani, że pożyczę pani mój motocykl?

– Jeżdżę motocyklem w domu. – Na widok zdziwienia na jego twarzy poczuła satysfakcję, ale wolała zanadto nie drążyć tego tematu. – Rozumiem, że nie lubi pan pożyczać motocykla obcym.

– Nie widziała pani tej maszyny – rzekł z pewnością siebie mężczyzny, który spotkał w życiu już wiele takich kobiet jak Maxie. – Sądzę, że bezpieczniej będzie, jeśli weźmie pani dżipa.

Skrzywiła się boleśnie, ale wymamrotała podziękowanie. Nikt nie lubił być traktowany z góry, jednak od jej dumy ważniejsze było, że przyjechała tu dla panny młodej oraz by zarobić pieniądze, które pozwalały jej ojcu na pobyt w domu opieki. Zajrzała do wnętrza samochodu z nadzieją, że Diego Acosta zrozumie jej intencje. Wydawał się odporny na żywioły, ona jednak była przemoczona i przemarznięta. Gdy otworzył drzwi, szybko wsunęła się do wygodnego wnętrza. Diego wrzucił laskę na tylne siedzenie i usiadł za kierownicą.

– Musimy zaczekać na Fernanda.

Miała nadzieję, że nie będą musieli czekać długo. Sięgnęła do torby i wyjęła wizytówkę.

– Może pan sprawdzić moją stronę internetową. Jest tam mnóstwo opinii zadowolonych klientów. Jestem pewna, że moje usługi pana nie rozczarują.

– Mam taką nadzieję.

Uznała, że najlepiej będzie nic więcej nie mówić. Diego Acosta ledwie spojrzał na jej wizytówkę i wsunął ją w kieszeń na drzwiach samochodu, gdzie zapewne miała doczekać końca swoich dni.

Na szczęście Fernando wkrótce się pojawił. Gdy ruszali, Maxie przytrzymała się krawędzi fotela – okazało się, że niepotrzebnie, bo Acosta prowadził samochód bardzo pewnie.

– Jak długo zamierza pani tu zostać, pani Parrish?

– Trudno powiedzieć, ale chciałabym załatwić wszystko jak najszybciej.

Nie zamierzała zostawać tu ani chwili dłużej, niż było to konieczne. Czuła, że jest intruzem w przestrzeni tego mężczyzny, który po wypadku szukał samotności na odludnej wyspie.

– Jak zwykle wyglądają takie oględziny?

– Przez kilka dni chodzę po miejscu wybranym przez pannę młodą i oceniam, czy się nadaje, a potem przedstawiam swoje sugestie, ilustrując je zdjęciami.

– Przy takiej pogodzie? – Wskazał na szybę samochodu, za którą wciąż szalała burza. – Czym zamierza pani skusić pannę młodą?

– Zdaje się, że już się przejaśnia – zauważyła Maxie, nie pozwalając zbić się z tropu. – Panna młoda jest już zakochana w tej wyspie. Proszę mi wierzyć, señor Acosta, nie zamierzam wchodzić panu w drogę.

– Nie bardzo wiem, jak moglibyśmy się unikać na takiej małej przestrzeni.

Milczała. Rozumiała jego złość. Pragnął samotności, a tymczasem musiał się zmierzyć z najbardziej gwarnym i ludnym spośród wszystkich wydarzeń – ślubem. Ale czy musiał wyładowywać tę złość na niej?

– Czy żałuje pani, señorita Parrish, że ślub ma się odbyć właśnie tutaj?

– Przeciwnie. Mam mnóstwo pomysłów – odparła krótko.

– Pani nazwisko wydaje mi się znajome – rzekł Diego z zastanowieniem, zwalniając przed zakrętem. – Czy jest pani pewna, że nigdy się nie spotkaliśmy?

– To dość pospolite nazwisko. Jestem pewna, że nigdy się nie spotkaliśmy. Pamiętałabym pana. A zresztą nie sądzę, byśmy się poruszali w tych samych kręgach.

– Co chce pani przez to powiedzieć? – Zmarszczył brwi.

– Tylko tyle, że nigdy nie byłam na meczu polo, a wątpię, by pan często bywał na ślubach.

– Dziwię się, że jeszcze nie zainteresowała się pani tym sportem – odrzekł ostro. – W końcu wynajęto panią do organizacji ślubu znanego gracza.

– Dużo czytałam o tej grze i widziałam sporo filmów, również dokumentalnych.

– To nie to samo, co obejrzenie meczu na własne oczy.

– Zrobię to, gdy tylko nadarzy się okazja. Wydaje mi się, że to bardzo emocjonująca gra.

– To prawda.

Spojrzała na jego nogę i omal nie odgryzła sobie języka.

– Od jak dawna zajmuje się pani organizacją ślubów, señorita Parrish?

– Proszę nazywać mnie Maxie, tak jak wszyscy.

– Odpowiesz na moje pytanie?

– Holly i pański brat znają moje referencje – odrzekła z irytacją.

– To proste pytanie. – Diego Acosta skręcił kierownicę tak ostro, że Maxie uderzyła o drzwi. Skręcili w boczną drogę.

– Po co miałbym czytać referencje, skoro siedzisz tuż obok i sama możesz mi powiedzieć?

– Chętnie odpowiem na każde pytanie, które mi pan zada – odrzekła, dodając w myślach: oczywiście w granicach rozsądku.

Było mnóstwo rzeczy, o których nie zamierzała nikomu mówić, na przykład o tym, że zajęła się organizacją ślubów, gdy jej ojciec zachorował i koszty opieki okazały się tak wysokie, że nie byłaby w stanie zarobić tyle pieniędzy pracując na stałej pensji. Otworzyła własną firmę, zdesperowana i zdeterminowana, mając na oku jeden tylko cel: za wszelką cenę musiała zachować godność i intymność ojca. Dotychczas jej się to udawało i była pewna, że tak będzie dalej, bez względu na wszelkie prowokacje ze strony Diega.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Odkąd pamiętam, organizowałam śluby dla przyjaciół. – Maxie uznała, że skoro i tak zapewne zostanie zmuszona do wyjaśnień, równie dobrze może sama przejąć inicjatywę.

– A dlaczego prosili o to właśnie ciebie?

– Pewnie dlatego, że wcześniej organizowałam wszystkie imprezy w szkole. – Dopiero teraz uświadomiła sobie, że tak właśnie było.

– A kiedy skończyłaś szkołę?

– Mam dwadzieścia sześć lat, a od ponad pięciu prowadzę własną firmę.

– Słuchając brata, byłem przekonany, że organizatorka jego ślubu będzie nieco starsza i z wielkim doświadczeniem. Wybacz, że tak mówię – dodał, choć w jego głosie zupełnie nie było słychać skruchy – ale wydajesz mi się o wiele za młoda na tak duże i ważne zlecenie.

– Wszystkie śluby są dla mnie ważne – obruszyła się Maxie. – I choć zapewne nigdy pan o mnie nie słyszał, proszę nie sądzić po pozorach, señor Acosta. W podróży nie noszę eleganckiego kostiumu, tak jak pan nie zakłada garnituru, idąc na przystań, ale bardzo poważnie traktuję to, co robię, i proszę mi wybaczyć, że to mówię, ale to nie pański brat mnie zatrudnił, tylko Holly Valiant.

– Chyba zgodzisz się ze mną, że Holly patrzy na tę wyspę przez różowe okulary.

– Mówiłam już wcześniej, że nie miałam jeszcze okazji jej obejrzeć. W tej chwili nie mam na ten temat żadnego zdania.

I zapewne nie wpadniesz w zachwyt, pomyślał Diego, zaintrygowany tym, że dziewczyna nie zamierza ustąpić. Wyglądało na to, że jeśli Maxie się do tego zabierze, to ślub się odbędzie.

– Zastanawiam się nad czymś – powiedziała. – Skoro ta wyspa ma tak wiele wad, to dlaczego wybrał pan właśnie to miejsce na rehabilitację?

– Co takiego? – Diego nie wierzył własnym uszom. Nikt oprócz rodzeństwa nie ośmielał się wspomnieć w jego obecności o wypadku ani zaryzykować choćby jednego spojrzenia na jego nogę.

– Przepraszam, nie chciałam być wścibska. Jestem tylko ciekawa, co pana tu przyciągnęło?

– Wspomnienia z dzieciństwa – mruknął z ironią w nadziei, że to zamknie jej usta. Od dnia wypadku wszyscy chodzili wokół niego na paluszkach, a ta mała nie miała żadnych oporów. Przycisnął gaz do dechy.

– Wolniej! – Położyła rękę na jego ramieniu i szybko ją cofnęła, gdy na nią spojrzał.

– Zdawało mi się, że lubisz jeździć szybko?

– Prowadzę motocykl odpowiedzialnie – odrzekła łagodnie.

Wcale się go nie bała. Ale właściwie dlaczego miałaby się bać? Przecież nawet przez chwilę nie miał zamiaru jej uwodzić. Widocznie bardzo się nudził, skoro takie myśli zaczęły mu przychodzić do głowy. Wolał kobiety nieco starsze i bardziej doświadczone, takie, które potrafiły się ubrać, wiedziały, co powiedzieć, a przede wszystkim wiedziały, kiedy zamilknąć. Nie ubierały się jak chłopak i nie rozmawiały z nim jak mężczyzna.

Chrapanie, które dotychczas dochodziło z tylnego siedzenia, teraz raptownie ustało.

– Czy dobrze się czujesz, Fernando? – zapytała Maxie, odwracając się w tę stronę.

Diego zerknął w lusterko wsteczne.

– Przepraszam, jeśli cię obudziłem.

– Soy muy bien… Gracias, Maxie – odrzekł szyper z życzliwością, jakiej Diego nigdy by się po nim nie spodziewał. Zastanawiał się, jakie jeszcze niespodzianki czekają go ze strony panny Parrish.

– Kiedy się nauczyłaś sterować łodzią?

– Pływałam kiedyś na jachcie z przyjaciółką. To było jeszcze w czasach szkolnych. Jej ojciec miał hopla na punkcie wody.

Popatrzył na nią, jakby zupełnie zwariowała. Nie mógł uwierzyć, że na podstawie tak wątłego doświadczenia próbowała przeprowadzić tę starą, zardzewiałą balię przez ocean. Wiele to jednak mówiło o jej charakterze: nie obawiała się wyzwań. Zaróżowiła się pod jego wzrokiem i to również wiele mu powiedziało. Znów zaczął wypytywać, jakim sposobem udało jej się tak szybko rozwinąć firmę.

– Miałam już za sobą organizację kilku ślubów, kiedy dostałam zlecenie od przyjaciółki, która pracuje w telewizji. Ślub, który zorganizowałam, tak jej się podobał, że po powrocie z podróży poślubnej zapytała, czy mogłabym urządzić imprezę walentynkową. Od tego się wszystko zaczęło.

– Ale jeszcze nigdy nie organizowałaś ślubu na wysepce, gdzie mogą być kłopoty z dostawami i często zdarzają się wyłączenia prądu – zauważył Diego.

– To prawda, ale można wynająć generatory, a wszystko co niezbędne każę przysłać wcześniej. Zajmę się tym z przyjemnością.

– Widzę, że jesteś doskonale przygotowana. – Popatrzył wymownie na jej przemoczone ubranie.

– Gdybym wiedziała, że będę dzisiaj prowadzić łódź, to ubrałabym się w coś bardziej odpowiedniego.

– A dlaczego to ty musiałaś sterować? – Diego jeszcze raz zerknął w tylne lusterko, szukając wzrokiem Fernanda, który znów zaczął głośno chrapać.

– Fernando nie czuł się dobrze, więc z chęcią mu pomogłam. – Na tym poprzestała, nie chcąc ściągać kłopotów na głowę szypra. – To było bardzo przyjemne doświadczenie – dodała takim tonem, jakby codziennie przeprowadzała kutry przez rozszalałe fale. – Nigdy nie popełniam dwa razy tego samego błędu.

– Mam nadzieję – mruknął Diego.

– Jeśli Holly zdecyduje, że ślub ma się odbyć tutaj, to proszę się nie obawiać żadnych problemów. Poradzę sobie z nimi.

– Za to ci przecież płacą, prawda? – Diego skrzywił się i poruszył nogą. Maxie zdążyła już zauważyć, że jego nastrój w danej chwili zależał od tego, czy czuł ból, czy nie. Zastanawiała się, dlaczego człowiek, którego z pewnością stać było na wszelkie dostępne leki i terapie, nie zażywał po prostu jakichś środków przeciwbólowych, tak jak wszyscy normalni ludzie.

– Jeśli obawiasz się, że to zadanie może cię przerosnąć, to lepiej, żebyś powiedziała to od razu.

Maxie odniosła wrażenie, że ma to być lina ratunkowa, którą powinna pochwycić natychmiast i z wdzięcznością.

– Zanim podejmę jakąkolwiek decyzję, zawsze oceniam wszystkie za i przeciw – odrzekła spokojnie. – Chyba już wyjaśniłam, że podczas mojego pobytu tutaj nie będę zanadto zawracać panu głowy.

– O ile zostaniesz na wyspie – zauważył, jakby miał co do tego wątpliwości.

– A dlaczego nie miałabym tu zostać? – odparowała, starając się jednak zachować życzliwy ton. – Mówił pan przecież, że Fernando nie odpłynie, dopóki hula sztorm.

Szyper przestał chrapać i wyraził głośną aprobatę wobec jej słów. Było jasne, że nie spieszy mu się do opuszczenia Isla del Fuego.

– Jeśli jest tu jakiś hotel, to nawet nie będę musiała prosić pana o pokój – dodała Maxie.

– To mała, prywatna wyspa. Jest tu bardzo niewielu mieszkańców i nie ma żadnych hoteli.

– W takim razie może udałoby mi się wynająć pokój w prywatnym domu?

– Żadne dobre wróżki na Isla del Fuego nie mają wolnych pokoi, señorita Parrish – odparł Acosta. – Zatrzymasz się w moim domu – dodał bez entuzjazmu.

Maxie poczuła, że zaschło jej w gardle. Właściwie miało to sens, ale… Gdy nie jesteś pewna, co zrobić, uśmiechnij się i podziękuj – była to rada, której zwykle udzielała niespokojnym pannom młodym.

– Dziękuję – odrzekła uprzejmie, a ponieważ zdawało się, że powitalna przemowa Diega Acosty na tym się zakończyła, wyjrzała przez okno. Mgła znad morza zaczynała się już unosić, odsłaniając krajobraz, który zapierał dech w piersi. Ostre, czarne szczyty wyłaniały się spośród wzburzonych fal. Zieleń przy skraju drogi, ożywiona deszczem, walczyła o lepsze z wielkimi kępami fioletoworóżowych kwiatów.

– Wspaniale – szepnęła.

– Nie rób sobie wielkich nadziei – skomentował sucho Diego. – Prowadzę życie samotnego kawalera i w moim domu jest bardzo niewiele wygód.

– Mówiłam o pejzażu – wyjaśniła Maxie. – Jest fantastyczny. – I doskonały na ślub takiej pary jak Holly i Ruiz, dodała w myślach.

Diego mocniej zacisnął ręce na kierownicy.

– Pozostała jeszcze jedna sprawa.

– Tak?

– Skoro masz się tu zatrzymać, to powinnaś zwracać się do mnie po imieniu.

Na widok wyrazu jego twarzy drgnęła i zaczęła się zastanawiać, czy ma to być kolejny sposób, by ją speszyć.

– Dobrze, Diego – zgodziła się,

– Są też inne warunki.

Nadstawiła uszu, myśląc, że największą przeszkodą, na jaką się może natknąć na tej wyspie, jest sam Diego Acosta.

– Nie wchodź do żadnych jaskiń, bo się zgubisz, ani nie wspinaj się na szczyty, które wyglądają niestabilnie, bo nie będę w stanie ci pomóc.

– Krótko mówiąc, chcesz powiedzieć, że nie powinnam sama szukać tu przygód.

– Zgadza się.

– W takim razie może byłoby bezpieczniej, gdybyś to ty pokazał mi wyspę – rzuciła bez namysłu.

Odpowiedziało jej spojrzenie pełne niedowierzania.

– Ja?

– Na pewno może to zrobić ktoś inny, na przykład Fernando – wycofała się pospiesznie.

– Fernando powinien odpocząć.

Nie mogła z tym dyskutować.

– Dobrze, oprowadzę cię – zgodził się Diego niechętnie. – W końcu nikt nie zna tej wyspy lepiej niż ja.

– Dziękuję. Chętnie przyjmę każdą pomoc. Ze względu na Holly i twojego brata myślę, że obydwoje powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby mój pobyt na wyspie przyniósł efekty.

Odpowiedział jej cyniczny uśmiech. Diego nie spuszczał oczu z drogi.

– Zdaje się, że narzeczona mojego brata jest bardzo uparta.

– To prawda – potwierdziła Maxie.

– Czy coś cię niepokoi?

– Nie, nic. Zaczynam już planować.

– Co planować?

– Ślub, na podstawie tego, co widziałam do tej pory.

– Twoje plany muszą się zmieniać z chwili na chwilę – zauważył Diego i zwolnił. – Fernando, zatrzymasz się tutaj, dopóki pogoda się nie poprawi.

– Gracias, señor Acosta – odpowiedział szyper. Maxie zobaczyła przez okno malowniczy domek pomalowany na biało. Po obu stronach drzwi o framudze obrośniętej barwnymi pnączami znajdowały się wysokie okna z zielonymi okiennicami. Wokół domu w lśniącej, czarnej lawie rosły kaktusy, a dalej rozciągał się widok na ocean, powoli zmieniający barwę z ponurej szarości na krystaliczny błękit.

– Czy ja też mam wysiąść? – zapytała Maxie. Miała wielką ochotę obejrzeć ten domek z bliska.

– Nie, zostań w samochodzie – odrzekł Diego, otwierając drzwi po swojej stronie. – Chyba że chcesz dzielić sypialnię ze swoim szyprem?

Zacisnęła usta. Za każdym razem, gdy już zaczynała mieć wrażenie, że uda jej się jakoś dogadać z Diegiem, on znów zaczynał ją prowokować.

Została w samochodzie, bębniąc palcami o torbę i patrząc na dwóch mężczyzn, którzy oddalali się ścieżką.

Powinien przewidzieć, że Maxie nie będzie miała ochoty siedzieć bezczynnie i czekać. Ledwie przekroczył próg, już zobaczył jej twarz w kształcie serca. Fernando szybko uciekł na górę. Diego nie mógł go za to winić. Należało wreszcie wytłumaczyć señoricie Parrish, że podczas pobytu na wyspie musi robić to, co się jej każe. Odpowiedział ponurym spojrzeniem na jej promienny uśmiech, ale ona i tak weszła do środka.

– Ładnie tu. Czy masz coś przeciwko temu? – dodała, wskazując na aparat fotograficzny.

– Skoro już tu jesteś…

Już pstrykała zdjęcia.

– Czy można byłoby tu umieścić niektórych gości?

– Będę musiał sprawdzić, czy domek jest wtedy wolny.

– Jestem pewna, że to nie byłby dla ciebie problem – odrzekła z profesjonalnym uśmiechem. – Bardzo ładny dom. Sam go zaprojektowałeś?

– A jak sądzisz?

Przechyliła głowę na bok i spojrzała mu prosto w oczy.

– Sądzę, że nie.

– I słusznie. – Przesunął dłonią po kilkudniowym zaroście, przeklinając ból nogi, który zmusił go, by oparł się o ścianę.

– Wszystko tu doskonale do siebie pasuje – zauważyła.

– To wina mojej siostry Lucii.

– Widać, że zna się na urządzaniu wnętrz.

– Powtórzę jej to. – Diego przypomniał sobie, jak Lucia upierała się przy miękkich sofach i pastelowych kolorach, twierdząc, że goście nie mogą mieszkać w takich warunkach jak konie w stodole.

– Jaki piękny! – wykrzyknęła Maxie, dotykając z uszanowaniem ręcznie malowanego wazonu. Diego wzruszył ramionami, nie chcąc przyznać przed sobą, że dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak dobrą robotę zrobiła tu Lucia.

Ostatnie zdjęcie Maxie przedstawiało jego samego.

– Holly będzie zachwycona – powiedziała z wielką pewnością siebie. Spojrzała na ekran i podsunęła mu aparat. Poczuł jej zapach i ciepło płynące od jej ciała.

– Wystarczy już tego – rzekł szorstko. – Mam ważniejsze rzeczy na głowie.

Natychmiast schowała aparat.

– Oczywiście. Przepraszam, że cię zatrzymałam, ale przyszło mi do głowy, że można byłoby wykorzystać ten pokój jako tło do zdjęć w albumie.

– Naprawdę? – zdziwił się, chcąc mieć to już z głowy.