Ogrody Toskanii - Susan Stephens - ebook
Opis

Cassandra Rich po śmierci rodziców, o której głośno było w mediach, szuka ucieczki od paparazzi. Wyjeżdża do Włoch i podejmuje pracę w ogrodach toskańskiej posiadłości. Od razu wpada w oko właścicielowi, bogatemu przemysłowcowi Marcowi di Fivizzano. Na jego prośbę zgadza się towarzyszyć swojemu szefowi podczas wydawanej przez niego kolacji w Rzymie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 154

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Susan Stephens

Ogrody Toskanii

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wbijając szpadel w wilgotną glebę, Cass uśmiechnęła się i kolejny raz pogratulowała sobie nowej pracy. Nic nie sprawiało jej większej przyjemności niż wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu. A czy można było wyobrazić sobie do tego lepsze miejsce niż Toskania? Z pobliskich drzew dochodził wesoły świergot ptaków, w oddali słychać było szum strumienia. Marcowe słońce ogrzewało nagie ramiona Cass, która miała na sobie spłowiały podkoszulek, szorty i bejsbolówkę, która dawała nieco cienia. Mogłaby udawać, że jest na wakacjach, gdyby nie czarne gumiaki i uwalane ziemią ręce.

Reszta pracowników miała dziś wolne, ale Cass nie pojechała z nimi do miasteczka. Wolała zostać, nawet gdyby nie miała kompletnie nic do zrobienia.

Przerwała na chwilę pracę i odetchnęła rześkim wiejskim powietrzem. Cudownie byłoby tutaj zamieszkać, pomyślała. Szkoda, że to tylko praca sezonowa i pod koniec lata będzie musiała wrócić do Anglii.

Posiadłość leżała na uboczu, z dala od cywilizacji. Dla Cass było to prawdziwe błogosławieństwo. Poprzednio pracowała w supermarkecie i wzdrygała się na samo wspomnienie otaczającego ją wtedy hałasu i tłumu ludzi, którzy zwłaszcza przed weekendami ogołacali półki z żywności, jakby nadchodził kataklizm. Tu mogła nareszcie odpocząć. Także dlatego, że nie musiała co dzień stawać oko w oko ze swoim szefem.

Marco di Fivizzano, włoski przemysłowiec, którego firma oficjalnie ją zatrudniła, jeszcze się tu nie pojawił. Nie była pewna, czy w ogóle ma ochotę poznać kogoś, kto wedle doniesień prasy był prawie tak samo zimny jak marmur z Carrary wydobywany w jego kamieniołomach.

To nawet lepiej, pomyślała, dopychając szpadel gumiakiem. Tak zapracowany biznesmen jak on nie miałby pewnie czasu jechać z Rzymu na prowincję, by powitać nowych pracowników sezonowych. Tego samego zdania musieli być Maria i Giuseppe – gospodyni i majster – którzy tylko wzruszyli ramionami, gdy Cass po przyjeździe zapytała, czy będzie miała okazję poznać swojego szefa.

Z zadowoleniem spojrzała na spulchnioną glebę i poszła po sadzonki sałaty, które wcześniej przygotowała. Nie bała się ciężkiej pracy. Od dziecka miała wojowniczy charakter, choć wolała cichy sprzeciw zamiast otwartej wojny.

Gdy miała siedem lat, rodzice Cass zostali aresztowani w związku z podejrzeniem o handel narkotykami. Dyrektorka jej szkoły wymyśliła wtedy, że pokaże wszystkim uczniom dziecko „kryminalistów”. Jednak wbrew oczekiwaniom Cass nie rozpłakała się, lecz posyłała uśmiechy defilującym obok uczniom. Dyrektorka nazwała jej zachowanie zuchwalstwem. Być może było to zuchwalstwo, ale tamtego dnia Cass postanowiła, że nigdy, przenigdy nie będzie kozłem ofiarnym.

Do dziś zastanawiało ją, dlaczego szkoła brała od jej rodziców pieniądze, jeśli nie pochwalała ich trybu życia.

Ach, daj już spokój przeszłości i ciesz się słońcem Toskanii…

Uśmiechnęła się do siebie. Na szczęście panowały tu idealne warunki, by nie dawać dochodzić do głosu ponurym wspomnieniom. Rozproszone światło słońca przedzierające się przez gęste korony drzew ogrzewało jej skórę, a upojny zapach oregano odurzał zmysły. Było nadzwyczaj ciepło jak na początek wiosny i Cass czuła się tu o niebo lepiej niż w supermarkecie. Zamieniła sztywny uniform na luźny, niemal wakacyjny strój i było jej z tym cudownie.

Posadziwszy ostatnią roślinę, Cass otarła czoło ręką i wstała z kolan. Było na co popatrzeć, pomyślała zadowolona. Odruchowo sięgnęła po telefon w tylnej kieszeni szortów i wyciągnęła rękę, żeby zrobić zdjęcie sobie i znajdującej się za nią grządce młodziutkiej sałaty. Nacisnęła przycisk i po chwili zdjęcie razem z krótką wiadomością poszybowało esemesem do matki chrzestnej, którą Cass uwielbiała i która przygarnęła ją po śmierci rodziców. Byłoby świetnie, gdyby udało jej się zaoszczędzić na bilet lotniczy dla niej, żeby mogła polecieć do Australii i zobaczyć się ze swoim synem. Ale to było na razie tylko nieśmiałe marzenie.

Po chwili przyszła odpowiedź.

„Wyglądasz cudownie i chyba świetnie się bawisz. PS: Nie zapomnij się umyć, zanim wyjdziesz do ludzi. Całuję w umorusane policzki!”

Cass roześmiała się w głos i machnęła ręką, odganiając pszczołę. Jednak po chwili zdała sobie sprawę, że dźwięk, który wzięła za brzęczenie owada, nasilił się. Podniosła głowę, by zobaczyć nad sobą ciemny kształt krążącego nad posiadłością helikoptera. Zmrużyła oczy, starając się dostrzec, kto też może być w kabinie, ale napis „Fivizzano Inc.” szybko wyjaśnił zagadkę. Serce zaczęło jej bić tak mocno, że aż się przestraszyła. To musiał być szef we własnej osobie, który chyba nikogo nie uprzedził o swojej wizycie, bo inaczej Giovanni i Maria nie zrobiliby sobie wolnego.

Cóż, pomyślała, spróbuje jakoś zejść mu z oczu. Na razie jednak stała jak wrośnięta w ziemię, obserwując, jak helikopter osiada na pobliskim lądowisku niczym posępne, czarne ptaszysko. Odkąd przestała mieszkać z rodzicami, nie poznała nikogo, kto podróżowałby helikopterem. To był inny, egzotyczny świat bogaczy i gwiazd show-biznesu, z którym Cass od dawna nie miała nic wspólnego.

Wbiła szpadel w kopczyk wilgotnej ziemi, czując, że drżą jej ręce. Potem zdjęła rękawice i wytarła dłonie w szorty.

Drzwi od kabiny uchyliły się i na ziemię zeskoczył elegancko ubrany mężczyzna. Wyglądał, jakby właśnie wyszedł z zebrania zarządu. Marco di Fivizzano prezentował się nawet lepiej, niż sugerowały opisy w prasie, i Cass przez dłuższą chwilę nie mogła oderwać od niego oczu.

Zaczerwieniła się jak nastolatka i spuściła głowę, a przecież nie zrobiła nic złego.

Kto to, do diabła, jest? Dwie pionowe bruzdy między brwiami Marca pogłębiły się. Po sekundzie przypomniał sobie mgliście, że asystentka wspominała coś o pracownikach zatrudnionych na lato. Tak czy owak, nie miał na to teraz czasu. Giovanni i Maria powinni przekazać wszystkim, że kiedy przyjeżdża do Toskanii, personel ma być niewidoczny.

Zaklął pod nosem, kiedy przypomniał sobie, że przecież dziś oboje mieli wolne. Tak się spieszył z wyjazdem, że zupełnie wyleciało mu to z głowy. Teraz będzie musiał użerać się tutaj z jakimś brudnym urwisem. Przy najbliższej okazji musi powiedzieć Giovanniemu, żeby zatrudniał pełnoletnich pracowników, a nie młodzież z mlekiem po nosem zamiast wąsa. Zrobił jeszcze trzy kroki i stanął jak wryty.

Cass podniosła głowę i popatrzyła na zbliżającego się ku niej energicznym krokiem mężczyznę.

Brudny urwis? Mleko pod nosem? Toż to była dziewczyna z długimi włosami ukrytymi pod spłowiałą czapką z daszkiem.

Nogi jak u gazeli… ciało dojrzałego i gotowego do zerwania owocu… sutki przezierające spod cienkiego wystrzępionego podkoszulka… zarumienione od słońca policzki.

Wszystko to w jednej chwili zaatakowało świadomość Marca, który nerwowo przestąpił z nogi na nogę, pocąc się pod garniturem i ciasno zapiętym kołnierzykiem koszuli. Mocno naciśnięta na czoło czapka i niedbałe ubranie skrywały śliczną dziewczynę. Gdy w końcu odzyskał władzę w nogach i podszedł jeszcze bliżej, przekonał się, że dziewczyna nie była aż tak młoda, jak sądził, ani spłoszona jego obecnością. Wręcz przeciwnie. Zrozumiał to, gdy wytrzymała jego natarczywe spojrzenie.

– Może się przedstawisz? – zażądał.

– Cassandra Rich. Nowa ogrodniczka.

Nazwisko zabrzmiało znajomo, ale na razie postanowił się tym nie zajmować. Umiał ocenić personel bez grzebania w życiorysie i był to jeden z atutów, na którym bazował sukces jego firmy. Patrzył teraz w niepokorne, chabrowe oczy i wyliczał w myślach. Śmiała, bystra i inteligentna. Emanowała wewnętrzną siłą, która w połączeniu z wymienionymi wcześniej cechami i tym, co widział, dawała efekt tak piorunujący, że prawie się uśmiechnął. A to akurat zdarzało mu się niezwykle rzadko.

– Przyjechałam na lato – dodała sama z siebie, zerkając na boki.

Świetnie, będzie miał więcej czasu, żeby nad nią popracować, pomyślał odruchowo.

Chwileczkę, czy to znaczyło, że był nią zainteresowany?

Niewykluczone. Była tak różna od kobiet, z którymi się stykał, że wręcz wymagała dokładniejszych studiów, a może nawet stworzenia osobnej kategorii.

– Gdzie reszta? – zapytał i rozejrzał się po ogrodzie, marszcząc czoło.

– Mają dziś wolne – wyjaśniła i podniosła rękę, żeby odgarnąć jasny kosmyk włosów, który wysunął się spod czapki i opadł na czoło. – A ja zostałam i pilnuję wszystkiego.

Znów udało jej się przykuć jego uwagę i zamiast kontynuować w myślach ocenę Cassandry Rich jako pracownika, wyobraził sobie, że zdejmuje bejsbolówkę, spod której wysypują się jasne jak pszenica włosy, owija je wokół dłoni i odchyla jej głowę, by pocałować świeże malinowe usta.

Odchrząknął nerwowo, przywołując się do porządku.

– I poradzisz sobie ze wszystkim sama? – zapytał z niedowierzaniem.

– Będę musiała – odparła. – Przynajmniej dopóki ktoś nie wróci.

– Istotnie, będziesz musiała – powtórzył chłodnym tonem, zastanawiając się, czy przemawia przez nią zuchwałość, czy może szczerość. Nie podobało mu się, jak na niego patrzyła. Jakby był egzotycznym eksponatem w muzeum. Widocznie rzadko miała do czynienia z ludźmi takimi jak on.

– Nie jestem aż tak bezradna – zapewniła i uśmiechnęła się, ujawniając równe, białe zęby. – Postaram się sprostać oczekiwaniom.

Obietnica sprawiła mu przyjemność.

– Gdybyś była bezradna, nie zatrudniłbym cię.

Odwrócił się i powolnym krokiem ruszył w stronę dworku. Nie wiedzieć czemu, nie czuł zmęczenia, mimo że nie spał od dwudziestu czterech godzin. Kontrakt, nad którym pracował, miał przynieść ogromny zysk, nie tylko spółkom należącym do jego koncernu, ale i krajowi. Pogłoski o nowym sukcesie roznosiły się lotem błyskawicy i zwykle przyciągały wianuszek kobiet, których zainteresowanie rosło w miarę, jak się bogacił. To był kolejny powód, dla którego w takim pośpiechu wyjechał z Rzymu. Gdyby zadzwonił do którejś, pewnie chętnie przyjechałyby z nim tutaj. To były kobiety z klasą, ale jakoś żadna z nich nie pociągała go na tyle, by chciał je tu zapraszać.

– Potrzebuje pan czegoś? – usłyszał za sobą głos, który wyrwał go z zamyślenia i zmusił do zatrzymania się. Chodziło jej o filiżankę kawy czy coś więcej?

– Nie, dziękuję. – Odwrócił się i spojrzał na nią. Nie marzył w tej chwili o towarzystwie kobiety. Jeszcze nie.

Zwykle koncentrował się na pracy i to w zupełności mu wystarczało. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że jego prawdziwą kochanką był sukces. Kobiety, z jakimi od czasu do czasu się umawiał, stanowiły tylko dodatek i dopełnienie wizerunku człowieka sukcesu.

Jednak od jakiegoś czasu czuł, że to go przytłacza. Wciśnięty w eleganckie garnitury i klimatyzowane wnętrza, marzył o przestrzeni i wietrze we włosach. Dlatego tak lubił tutaj przyjeżdżać. Kochał Toskanię z jej prowincjonalnym charakterem, granitowymi skałami i zapachem ziół. Tu był jego azyl, o którym wiedzieli tylko nieliczni. A wśród tych nielicznych na pewno nie było sezonowych pracowników.

– Może jednak? – zapytała ponownie i wyciągnęła w jego stronę ramiona, nie mając najwyraźniej pojęcia, jak prowokacyjne było jej zachowanie.

– Niczego nie potrzebuję. Wracaj do pracy! – rzucił opryskliwie, starając się wymazać z pamięci obraz sutków prześwitujących przez podkoszulek. Może faktycznie potrzebuję towarzystwa kobiety, pomyślał zdesperowany. Ale nie tej. Szkoda marnować czas.

Zirytowany ruszył, czując, że dziewczyna nie da za wygraną. Machnął nawet ręką, żeby się jej pozbyć, ale na próżno. Wkroczyła do jego świata z impetem, a była przy tym tak niekonwencjonalna, że nawet jego wytrąciło to z równowagi.

Cass wystraszyła się swojego zachowania, ale nogi niosły ją same, jakby utraciła nad nimi kontrolę. Co się z nią działo? Jeszcze przed chwilą uznała, że bezpieczniej będzie, jeśli zejdzie temu całemu Di Fivizzano z drogi. A robiła coś zupełnie innego.

– Uważaj – syknął.

– Przepraszam! – Odskoczyła, zdając sobie sprawę, że zatrzymał się, a ona omal na niego nie wpadła.

– Naprawdę nie masz nic lepszego do roboty, niż chodzić za mną? – powiedział tonem, w którym dawało się wyczuć przepracowanie i bezsenne noce.

– Skończyłam już i pomyślałam…

– Że potrzebuję pomocy? – dokończył złośliwie. Potem westchnął, jakby była natrętną muchą, której nie sposób się pozbyć. – Jeśli masz tu zostać przez całe lato, musisz mi powiedzieć coś więcej o sobie.

Umysł Cass nagle przestał działać. O czym miałaby mu opowiedzieć?

– No dalej – powiedział i ruszył. – Skąd jesteś?

Musiała go dogonić i dopiero gdy się z nim zrównała, odpowiedziała na pytanie.

– Z Wielkiej Brytanii. Konkretnie z Krainy Jezior, pewnie pan nie wie…

– Znam ten region – uciął. – Masz rodzinę?

To był temat, który Cass najchętniej by pominęła. Za dużo złych wspomnień, za dużo cierpienia. Nie znosiła wracać do tamtego poranka, gdy stanęła na brzegu basenu i zobaczyła w nim dryfujące bezwładnie ciała obojga rodziców po którejś z rzędu nocy wypełnionej hałaśliwą muzyką i narkotykami. Dlatego zdecydowała się na wersję ocenzurowaną.

– Mieszkam z matką chrzestną.

– Nie masz rodziców?

– Oboje nie żyją.

– Przykro mi.

– Zmarli, gdy byłam jeszcze mała.

Prawie osiemnaście lat temu, uświadomiła sobie Cass. Była na tyle mała, że nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, czym jest żałoba. Inna sprawa, że nie była szczególnie zżyta z rodzicami, zwłaszcza z ojcem. Pamiętała, że gdy razem z matką towarzyszyły ojcu w czasie koncertów, zajmowały się nią różne opiekunki. Przez większość jej dzieciństwa rodzice żyli w rozjazdach. Dom kojarzył jej się prawie zawsze z tragiczną śmiercią rodziców. Wtedy także umarły jej uczucia. Przynajmniej do czasu, gdy nie przygarnęła jej matka chrzestna. Od tamtej pory mieszkała w Krainie Jezior, w skromnym, ale schludnie urządzonym domu, w którym jedynym narkotykiem była sceneria jak z baśni i piękny ogród, o który jej matka chrzestna dbała jak o własne dziecko. To od niej Cass nauczyła się wszystkich sekretów ogrodnictwa. Ale najbardziej cieszyło ją to, że ma swoją przystań, do której zawsze mogła wracać, i życie bez awantur, bez zmieniających się opiekunek i bez imprez, których nieodłączną częścią były alkohol i narkotyki.

Bardzo sobie ceniła to poczucie bezpieczeństwa. Jednak z czasem zrozumiała, że czegoś w jej życiu brakuje. Nie imprez, ale wyzwań. Dlatego przyjechała aż do Toskanii. Nowa praca miała wyrwać ją ze strefy komfortu i, biorąc pod uwagę, z kim teraz rozmawiała, tak właśnie się stało.

– Miałaś szczęście, że ktoś bliski się tobą zajął – zauważył.

– To prawda – przyznała.

Matka chrzestna rozumiała jej potrzeby i gdy przyszedł dzień, kiedy gotowa była opuścić gniazdo rodzinne, sama pomogła jej znaleźć pracę.

Cass zatrzymała się przed drzwiami pokaźnego dworku.

– Śmiało – powiedział Di Fivizzano, widząc jej wahanie.

Nigdy tu jeszcze nie była. To znaczy, znała kuchnię, ale do niej wchodziło się od tyłu. Jej pokój był usytuowany w aneksie, po drugiej stronie dziedzińca.

Dom był elegancki w przeciwieństwie do niej, stwierdziła ze wstydem. Cała pokryta była pyłem z ziemi i naprawdę nie powinna wchodzić do środka. Wiedziała, ile trudu kosztuje Marię sprzątanie podłóg. Jednak prawdziwym powodem było to, że nie chciała znaleźć się w pustym domu ze swoim szefem.

– Giuseppe i Maria mają dziś wolne – powiedziała, stojąc wciąż w otwartych szeroko drzwiach.

– I? – zapytał tylko.

– Jestem pewna, że gdyby się spodziewali…

– Nie płacę nikomu za spodziewanie się. Masz z tym jakiś problem?

Tak, miała problem. Nigdy bowiem nie spotkała tak niecierpliwego człowieka. Maria i Giuseppe zrobiliby dla niego wszystko, była tego pewna. Czy on w ogóle zdawał sobie z tego sprawę? I nie miała zamiaru wchodzić do domu. Za nic na świecie.

– Maria na pewno zostawiła dla pana jedzenie. Musi być w lodówce.

– Słucham?

Cass miała ochotę wziąć nogi za pas, ale w porę sobie przypomniała, że przecież marzyła o tej pracy, a poza tym zbierała pieniądze na ważny cel. Dlatego nie powinna robić nic, co mogłoby jej grozić wyrzuceniem.

– Marii tu nie ma, więc ty się wszystkim zajmiesz – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu i przyjrzał jej się krytycznie. – Doprowadź się do porządku i przygotuj mi lunch.

Cass zaczerwieniła się pod przybrudzonymi policzkami. W supermarkecie miała czasem do czynienia z tak aroganckimi klientami, że naprawdę nic nie powinno jej dziwić. Mimo to zachowanie Marca di Fivizzano uznała za odpychające. Wciągnęła powietrze i, wstrzymując je, przekroczyła wreszcie próg. Może i jej szef był bogaty i wpływowy, ale koniec końców był tylko kolejnym facetem, z którym będzie musiała sobie jakoś poradzić.

– Niezbyt dobrze gotuję – powiedziała przepraszająco i zdjęła gumiaki, odstawiając je ostrożnie, żeby nie nabrudzić.

– Trudno, ugotuj to, co umiesz.

Zrobiła parę kroków w korytarzu i przystanęła, oszołomiona pięknem marmurowych ścian, żyrandolem i schodami wyściełanymi czerwonym chodnikiem, które falistą linią wspinały się na piętro. To był chyba najpiękniejszy hall, jaki w życiu widziała.

– Za kuchnią jest łazienka, możesz się tam umyć – poinstruował i nie zawracając sobie głowy zmianą butów, pomaszerował w stronę schodów.

– Skoczę do ogrodu po świeże zioła – powiedziała, ale jej arogancki szef był już w połowie schodów.

Wprost cudownie, pomyślała wściekła, ścinając gałązki bazylii. Nie takich wyzwań się spodziewała. Jej wstępna ocena potwierdziła się. Marco di Fivizzano był najbardziej nieokrzesanym mężczyzną, jakiego w życiu spotkała. Był głodny i oczekiwał, by go nakarmiono. Gorzej mogło się zachowywać tylko rozkapryszone dziecko.

Zresztą podobnie pisała o nim prasa, teraz sobie przypomniała. Marco di Fivizzano był wiecznie nienasycony, chociaż to chyba nie dotyczyło jedzenia. Podobno był także wspaniałym kochankiem, o czym donosiły jego liczne ekspartnerki…

Nie powinna nawet myśleć o takich rzeczach. Faktycznie potrzebowała prysznica, i to zimnego. Umyła się, po czym poszła do kuchni i zaczęła od inspekcji lodówki. Oczywiście, nie było nic gotowego, co mogłaby odgrzać.

Rozmieszała jajka w misce, doprawiła je solą i pieprzem, a następnie wyjęła sporych rozmiarów patelnię oraz masło. Równocześnie nasłuchiwała, czy Marco di Fivizzano przypadkiem nie pojawi się nagle w kuchni i nie rozsiądzie. Lepiej by było, żeby zdążyła przed nim. Inaczej patelnia z jajami mogłaby wylądować przypadkiem na pięknej glazurze, ułożonej w czarno-białą szachownicę.

Wyobraziła sobie, jak stoi pod prysznicem, namydlając piękne i zapewne wysportowane ciało. Nie była pruderyjna. Może dlatego, że dawno temu żyła w dość swobodnym obyczajowo środowisku, chociaż wtedy, rzecz jasna, nie rozpatrywała tego w takich kategoriach. Z kolei w Krainie Jezior życie nie podsuwało jej pod nos aż tylu mężczyzn, a kiedy już podsunęło, Cass dokonywała fatalnych wyborów, pakując się raz po raz w nieudane i zwykle krótkie związki. Po trzech czy czterech próbach wydobycia ze swoich wybranków czegoś więcej niż ledwie poprawnego seksu, miała dosyć. Mężczyźni ją rozczarowywali. Nie byli dość dobrzy, by rozpalić jej bujną wyobraźnię, a ona zawsze marzyła o miłości, która zetnie ją z nóg i pozostawi bez tchu.

W każdym razie żadne z dotychczasowych doświadczeń miłosno-erotycznych nie przygotowało jej na spotkanie z kimś o tak pociągającym ciele i tak odpychającym charakterze jak Marco di Fivizzano.

Marco stał pod chłodnym strumieniem wody, która koiła jego zmysły. Uśmiechnął się i namydlił ciało, wyobrażając sobie, jakiego chaosu narobi w pedantycznie wysprzątanej przez Marię kuchni tajemnicza ogrodniczka. Miał tylko nadzieję, że umyła ręce. Wolał nie dostać do jedzenia omletu doprawionego ziemią.

Zakręcił kurek i potrząsnął głową, rozpryskując wokół drobne krople wody. Wyszedł spod prysznica i sięgnął po ręcznik. Wykąpany poczuł się świeżo i nabrał wigoru. Nie pogardziłby kilkugodzinnym seksem po dobrym jedzeniu, ale by sprostać jego wyrafinowanym gustom, trzeba by kogoś lepszego niż pierwsza lepsza dziewczyna.

Stanął przy oknie i wychylił się lekko. Z zaciekawieniem obserwował, jak jego zastępcza gospodyni ścina bazylię. Może niepotrzebnie tak szybko spisał ją na straty?

Cass z zapamiętaniem siekała bazylię, próbując zapanować nad swoimi myślami, a niektóre z nich były doprawdy niesforne i krążyły wokół nagich pośladków oraz szpicruty. Do kuchni w każdej chwili mógł wparować jej wygłodniały pan i władca i zechcieć ją ukarać.

Posypała omlet zieleniną i zaczekała, aż się zetnie, a następnie zdjęła patelnię z ognia i przykryła ją, żeby danie nie wystygło.

Wycierając z blatu resztki rozchlapanego jajka, przypomniała sobie swój pierwszy, własnoręcznie przygotowany omlet. Miała wtedy sześć lat i była strasznie głodna. Dziś już wiedziała, że omletu należało pilnować, inaczej mógł się przypalić. Taki właśnie był jej pierwszy omlet, kompletnie spalony. Mimo to zjadła go ze smakiem, bo czekanie, aż któreś z rodziców wstanie i zrobi jej coś do jedzenia, mogło się przeciągnąć do wieczora.

Dopiero gdy zamieszkała z matką chrzestną, zaczęła nabierać właściwych zwyczajów i powoli opanowała trudną dla niej sztukę przygotowywania podstawowych dań i dbania o siebie. Ta swoista szkoła życia dała jej pewność, że poradzi sobie w życiu. Nawet jeśli na jej drodze miał stanąć ktoś taki jak Marco di Fivizzano.

Gdy ten wreszcie pojawił się w kuchni, zgrabnie zsunęła parujący jeszcze omlet na talerz i postawiła obok miskę świeżej sałaty zaprawionej sokiem z oliwy i cytryny.

Tytuł oryginału: Bound to the Tuscan Billionaire

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2016

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2016 by Susan Stephens

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osob rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-3162-6

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.