Kamienni Strażnicy - Pierdomenico Baccalario - ebook

Kamienni Strażnicy ebook

Baccalario Pierdomenico

3,9
17,60 zł

lub
Opis

Kim jest naprawdę Ulysses Moore? Jason, Julia i Rick są już na tropie prawdy. Ale również Obliwia i Manfred, którzy przeżyli upadek z urwiska, szykują się do spełnienia swego marzenia: chcą dostać się do Walii Argo i przekroczyć WROTA CZASU. Żeby ich powstrzymać trójka dzieci musi odnaleźć Blacka Wulkana, dawnego przyjaciela Ulyssesa, zawiadowcę stacji w Kilmore Cove, i wejść w posiadanie Pierwszego Klucza. Czeka ich kolejna przygoda. Tym razem celem podróży będzie wiek XII, ogród wiecznej młodości.

Oto piąty tom notatek Ulyssesa Moore`a po Wrotach Czasu, Antykwariacie ze starymi mapami, Domu Luster, Wyspie Masek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 219

Oceny
3,9 (98 ocen)
29
40
16
13
0



Spis treści

Okładka

Karta przedtytułowa

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Nota od Redakcji

Zeszyt piąty

1. W zatoce Whales Call

2. Niezły pasztet

3. W Willi Argo

4. U dyrektora

5. Gorączka

6. W Wenecji

7. W domu Bannera

8. Ukryta koparka

9. Obiad w Willi Argo

10. Po obiedzie w Willi Argo

11. Dom Marco Polo

12. Obcy

13. Między skałami

14. Awers czy rewers

15. Stacja kolejowa

16. Pułapka

17. Tajemnicze rury

18. Działające zwrotnice

19. Goniąc Klio

20. Pod powierzchnią

21. Grota

22. Podchody Obliwii

23. Nieznajomy

24. Ktoś stuka

25. Drzwi do ogrodu

26. Topielec

27. Korytarz śmierci

28. Intruzi

29. Strażnicy czasu

30. Krużganek

31. Prawda

Nota od Redakcji

List

Ulysses Moore

Ulysses Moore

Kamienni strażnicy

Tytuł oryginału: Ulysses Moore. Iguardiani di pietraProjekt graficzny obwoluty i ilustracje: Iacopo BrunoAutor: Pierdomenico Baccalario Tłumaczenie z języka włoskiego: Bożena FabianiRedakcja wersji polskiej: Dorota KomanPrzygotowanie wydania polskiego: Krzysztof Wiśniewski

© 2011 Edizioni Piemme S.p.A., via Galeotto del Carretto 10 15033 Casale Monferrato (AL) – Italia © 2012 for the Polish edition by Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. Wydawnictwo Olesiejuk, an imprint of Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. Międzynarodowe prawa © Atlantyca S.p.A. – via Leopardi 8, 20123 Mediolan, Włochy [email protected] www.battelloavapore.it

978-83-274-0160-1

Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 [email protected] wydawnictwoolesiejuk.pl

Dystrybucja: olesiejuk.pl

DTP: ThoT

Nota od Redakcji

Pierdomenico Baccalario, nasz korespondent, po przesłaniu nam tłumaczenia piątego zeszytu Ulyssesa Moore’a zniknął. Jego ostatni e-mail z Kornwalii był bardzo dziwny.

Oto jego treść:

Przesyłam wam ostatni rozszyfrowany dziennik. Teraz pozostał mi już tylko jeden. Spodziewam się, że znajdę w nim nowe informacje.

Spotkałem tu kogoś, kto pomaga mi odnaleźć Kilmore Cove. Nie mogę wam zdradzić, kto to taki, bo obiecałem dyskrecję. Pokazałem mu kufer i wspólnie doszliśmy do wniosku, że jeden z rysunków w rulonie jest w gruncie rzeczy mapą Kornwalii z zaznaczonymi ścieżkami. Zwłaszcza jedna z tych ścieżek jest intrygująca–może się okazać, że nadal istnieje i prowadzi do Kilmore Cove.

Jutro spróbuję się tam wybrać.

Czyż to nie fantastyczne? Czuję, że jestem bliski odkrycia tajemnicy Ulyssesa Moore’a! Nie martwcie się o mnie, wkrótce się odezwę.

Pierdomenico

Od tego maila upłynęło jednak wiele czasu, ponad miesiąc, i teraz już się niepokoimy...

Pierdomenico nie odpowiada na telefony ani maile. Telefonowaliśmy do jego pensjonatu, ale i tam nie umieli nam nic powiedzieć.

Nie oddał też wynajętego samochodu. Dosłownie zniknął, przepadł jak kamień w wodę.

Jeśli ktokolwiek cokolwiek wie, prosimy o szybki kontakt. Dziękujemy za pomoc!

Redakcja „Parostatku”

PS

Oto jego zdjęcie – to dla tych, którzy nigdy go nie widzieli.

Od wielu, wielu lat żaden mieszkaniec Kilmore Cove nie widział wieloryba na pełnym morzu. Jednak nazwa zatoki, większej od miasteczka, pozostała niezmieniona – na pamiątkę dawnych czasów: Whales Call – Zew Wielorybów. Zatoka brała początek na wschód od małego portu, gdzie długa piaszczysta plaża gubiła się pośród skał chropawego i surowego urwiska Salton Cliff. Tam, na najwyższym cyplu, znajdowała się ukryta wśród drzew Willa Argo i tam sterczała wieżyczka najstarszej części domu z jej ciemnymi oknami. Poniżej huczało groźnie morze, wzbijając wysoko grzywy fal.

Był wieczór i jak każdego wieczoru w nieparzyste dni Gwendalina Mainoff, miejscowa fryzjerka, biegła wzdłuż plaży, bo dbała o kondycję.

Powietrze było czyste, a niebo bezchmurne. Słońce zaszło już z pół godziny temu, ale niebo wciąż jeszcze nieco jaśniało, jakby chciało dać szansę obejrzenia ostatnich wydarzeń dnia.

Ze słuchawkami na uszach, zatopiona w muzyce symfonicznej i swoich myślach, Gwendalina nie od razu zauważyła dziwną postać leżącą na piasku. Przebiegła obok, zasłuchana w muzyce.

Dobiegła aż do końca plaży, do pierwszych skał pnących się w górę, i dotknęła swojego głazu – mety. Odwróciła się i ruszyła z powrotem w stronę Kilmore Cove. Dopiero teraz zatrzymała się. Zmarszczyła lekko czoło i zsunęła słuchawki z uszu.

– A co to takiego? – wykrzyknęła. – Wieloryb na mieliźnie?

Wyłączyła walkmana i przeszła kilka kroków po wilgotnym piasku. Z każdym krokiem czuła coraz większy niepokój.

Na piasku leżał mężczyzna w dziwacznej marynarce i wytartych dżinsach przylegających do ciała. Wyglądał jak trup wyrzucony przez fale. Ułożenie ramion i nóg wskazywało, że padł wyczerpany.

Gwendalina spojrzała na morze, szukając jakiegoś wyjaśnienia, ale ujrzała jedynie płaską ciemną linię horyzontu, która stapiała się z otaczającym mrokiem.

Kilmore Cove spokojnie oczekiwało nadejścia nocy. Ci, którzy niedawno zgromadzili się w jedynej tutejszej gospodzie, powrócili już do domów, a wokół pod ciemnymi dachami rozbłysły pierwsze światła. Wkrótce zapłonęły nieliczne latarnie nabrzeża.

Gwendalina odczekała kilka minut, zanim ośmieliła się zbliżyć do tej postaci. Nie podeszła wprost, lecz zbliżyła się wielkim łukiem, jakby chciała zyskać na czasie.

I wtedy zdarzyły się dwie rzeczy: najpierw po drugiej stronie zatoki z głuchym trzaskiem zapłonęła latarnia morska Leonarda Minaxo. Ten dźwięk przypominał trzask, jaki wydają stare aparaty fotograficzne. Latarnia zapłonęła i zaczęła rzucać wokół promienie białawego światła.

Chwilę potem leżący na piasku mężczyzna zakaszlał.

– Więc żyje... – szepnęła fryzjerka, poprawiając sobie odruchowo słuchawki na szyi.

Spojrzała raz jeszcze w stronę oświetlonej latarni morskiej i przebiegła ostatnie metry dzielące ją od mężczyzny.

Człowiek zakaszlał ponownie i wykonał dziwny ruch, jakby sądził, że nadal znajduje się w wodzie i musi machać ramionami, by dopłynąć do brzegu.

– Jak się pan czuje? – zapytała Gwendalina, gdy znalazła się tuż obok. Był kompletnie przemoczony i pokryty algami, a jego skóra miała kolor zepsutych jaj. Nogi uderzały w powietrzu, jakby nadal płynął.

– Przepraszam pana – powtórzyła Gwendalina. – Jak się pan czuje?

Mężczyzna znieruchomiał. A kiedy po kolejnym ataku kaszlu obrócił się w jej stronę, zdała sobie sprawę, że gdzieś go już widziała. Miał zamknięte oczy. Długa blizna na szyi ginęła gdzieś pod ubraniem.

– Potrzebna panu pomoc? – spytała, kładąc mu rękę na ramieniu.

Mężczyzna skinął lekko głową, otworzył usta i wydusił cichą prośbę.

– Sądzę, że... z pewnością... tak...

– Czy da pan radę iść? Śmiało, ja panu pomogę... – I Gwendalina spróbowała go podnieść, ciągnąc za mokrą odzież.

A on, ciągle z zamkniętymi oczami, posłuszny poleceniom, pozwolił jej się dźwigać. Niepewnie stanął na nogi, mocno ją obejmując.

– Chodźmy, tędy... – powiedziała Gwendalina, prowadząc go w stronę miasteczka.

– Tak... – szeptał Manfred, rozpaczliwie usiłując utrzymać równowagę.

Otworzył oczy i, mrużąc je przed światłem, poparzył na kobietę, po czym natychmiast je zamknął.

„To syrena... – przemknęło mu przez myśl. – Ocaliła mnie syrena”.

Jason odczekał, aż samochód jego ojca zniknie za zakrętem, i gwałtownie odwrócił się w stronę siostry:

– Pędzę. Kryj mnie!

– Ani mi się śni! – zaprotestowała Julia. – To głupota!

Chłopiec niespokojnie rozejrzał się wokół i zapewnił:

– Nie zabawię długo. Najwyżej kwadrans!

– Jason... – westchnęła jego siostra. – Nie dasz rady obrócić w kwadrans. Latarnia jest za miasteczkiem, to daleko. A ty musiałbyś iść pieszo.

– Tylko w jedną stronę, z powrotem wróciłbym na rowerze – uściślił chłopiec. – Muszę go odebrać. Natychmiast.

– Możesz to przecież zrobić po lekcjach!

Jason pokręcił przecząco głową i z włosów wypadły mu dwa maleńkie białe piórka, w dziwny sposób ocalone mimo mycia głowy. Brudne ślady po smole i zadrapania na brzuchu stanowiły kolejne pamiątki przygód ostatnich dni.

Julia próbowała go jeszcze powstrzymać. Wskazała otwartą bramę szkolną w Kilmore Cove i schody, które niczym rządek zębów prowadziły do środka budynku. Potem zauważyła, że mosiężny dzwon za parę minut da znak rozpoczęcia lekcji.

– A co ja powiem Miss Stelli?

– Wymyśl coś! – odpowiedział. – Nie powiesz mi, że po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło, boisz się wychowawczyni! Ja chcę tylko...

– Czego chcesz? – przyciskała go Julia, próbując zyskać na czasie. Świetnie odgadywała, kiedy jej brata nachodziły dziwaczne pomysły. Od razu wyczuła, że Jason wcale nie chce biec do latarni Leonarda Minaxo tylko po to, by odzyskać rower. Nie tylko dlatego, że nie cierpiał tego roweru czy wręcz się go wstydził. Była to typowa damka, pożyczona od państwa Bowenów; różowiutka, z kierownicą w kształcie motyla, z dzwoneczkami.

Choć Julia wysilała swoją wyobraźnię, nie mogła dociec, o co tym razem bratu chodzi.

Jason spoglądał na nią błagalnie błyszczącymi z przejęcia oczami.

– Julio... musisz mi pomóc.

– Ale powiedz mi, dlaczego. I dlaczego nie możesz tego zrobić po szkole?

Chłopiec westchnął. Wyciągnął dłoń i zaczął wyliczać na palcach:

– Po pierwsze, ponieważ tato po nas przyjedzie; po drugie, ponieważ zawiezie nas do domu; po trzecie, ponieważ on i mama zasypią nas pytaniami; po czwarte, ponieważ będą nas pilnować. Może mi powiesz, jakim cudem uda nam się wyrwać i zrobić wszystko to, co musimy zrobić?

Julia zagryzła wargi. Świeża nominacja całej trójki na Kawalerów Kilmore Cove wiązała się z dużą odpowiedzialnością.

– Przy mamie i tacie kręcących się po domu może być pewien problem...

– A jeszcze ten właściciel firmy przewozowej, którego ściągnęli z Londynu...

– Przez kilka dni musimy się trzymać z daleka od Wrót Czasu.

Jason gwałtownie podniósł dłoń.

– O, nie! Co to, to nie! Nie możemy sobie na to pozwolić. Nie teraz, kiedy już wiemy o Pierwszym Kluczu!

– Ale jeśli się zbliżymy do tych drzwi, mama się czegoś domyśli!

– Musimy zaryzykować. A teraz ruszaj, Julio.

– To znaczy?

– To znaczy, że ja idę do Leonarda Minaxo. – I Jason wyciągnął z kieszeni spodni starą, na pół spaloną fotografię latarnika. Pokazał ją siostrze: – Spytam go, czy to on jest Ulyssesem Moorem.

Julia zmartwiona zerknęła w stronę szkoły i mosiężnego dzwonu.

– A ty naprawdę sądzisz, że Leonard ci to powie? Że powie: „Tak, to ja jestem Ulyssesem Moorem”?

Jason wrócił myślą do poprzedniego dnia, kiedy Leonard ujął ster Metis i przekroczył Morze Czasu, prowadząc statek przez burzę jak prawdziwy kapitan.

– Kapitan nigdy nie okłamuje swojej załogi – odpowiedział. – Może nie mówi całej prawdy, ale nie kłamie.

Rodzeństwo jeszcze raz spojrzało sobie głęboko w oczy i Julia ostatecznie skapitulowała.

– Więc za kwadrans, tak?

Brat przytaknął, odwrócił się i biegiem ruszył w kierunku ulicy prowadzącej w stronę morza.

Julia odczekała, aż zniknął, i zaczęła się przygotowywać na spotkanie z Miss Stellą.

Właśnie doszła do schodów, gdy rozległ się dźwięk mosiężnego dzwonu.

Jason, z plecakiem na plecach, dobiegł do głównej ulicy.

Przypadł do ceglanego muru i zerknął na przybrzeżny bulwar, gdzie stoiska z rybami stały rzędem gęsto jedno obok drugiego, tuż pod skrzypiącą ruderą Windy Inn, jedynego hotelu w miasteczku. Rozejrzał się dokoła, szukając wzrokiem samochodu ojca. Odetchnął z ulgą, widząc, że go tu nie ma.

Biegnąc w stronę bulwaru, w kierunku cypla z latarnią, poczuł nagle zapach, któremu absolutnie nie mógł się oprzeć, zapach pokusę.

To świeżo wyjęte z pieca rogaliki z kremem i scones z miodem, których zapach mógł wąchać i wąchać.

Nietrudno było dociec, z którego sklepu dochodził ten cudowny aromat: z cukierni Chubbera.

– A czemu by nie? – zapytał samego siebie, uznając, że jego misja chwilowo nie jest aż tak pilna.

Pełen nadziei wsunął dłoń do kieszeni i po chwili niecierpliwych poszukiwań wyciągnął jednego szterlinga, monetę okrągłą i ciężką.

– Mam! – wykrzyknął uszczęśliwiony.

Przebiegł pędem ulicę, upewnił się, że nikogo znajomego nie ma w pobliżu i przełamując strach, że zostanie przyłapany, pchnął drzwi cukierni.

Powietrze było ciężkie od zapachów. Kogel-mogel, kakao, wanilia, cynamon i sułtanki – to tylko część cudownych aromatów wydobywających się ze szklanych gablot cukierni.

Jason przebiegł szybko po podłodze z ciemnego drewna, położył swoją monetę na marmurowej ladzie i nie odrywając wzroku od kokardy na błękitnym fartuchu osoby, która stała za ladą, zamówił dwa ogromne rogaliki nadziewane kremem.

– Jeden dla mnie, a drugi dla siostry – skłamał, żeby się usprawiedliwić. Nie miał najmniejszego zamiaru ocalić drugiego rogalika.

– Nie szkodzi, że jeszcze ciepłe? – spytała go sprzedaw-czyni.

– Wprost przeciwnie.

Chłopiec pochwycił papierową torebkę z ciepłymi rogalikami i odwrócił się w stronę wyjścia.

Nagle odjęło mu dech w piersiach. Przed drzwiami stał jego ojciec z innym mężczyzną, którego chyba gdzieś już wcześniej widział. Właśnie mieli wejść do cukierni.

Jason gwałtownie zrobił w tył zwrot i niepostrzeżenie dla pani za ladą przeskoczył stoliki, by ukryć się za szkocką zasłoną.

W tym momencie drzwi do cukierni otworzyły się i w sklepie rozległ się głos pana Covenant.

Ukryty za zasłoną, znieruchomiały Jason słyszał, jak ojciec zamawia dwa kawałki rolady i dwie kawy z mlekiem.

– To doprawdy bardzo uprzejmie z pana strony, że pofatygował się pan osobiście do Kilmore Cove jeszcze przed transportem... – usłyszał słowa ojca skierowane do mężczyzny, z którym wszedł. – I niezmiernie mi przykro z powodu wczorajszego epizodu, panie Homer...

Jason przypomniał sobie słynnego właściciela firmy przewozowej, który przyjechał do Kilmore Cove, żeby dopilnować ostatniego etapu przeprowadzki ich mebli z Londynu. Widział go poprzedniego wieczoru, gdy w głębokiej ciemności ogrodu Willi Argo mama udzielała jemu i Julii ostrej reprymendy.

– Panie architekcie, jeśli pan łaskaw – uściślił pan Homer.

Słynny architekt – skorygował Jason, zerkając spoza za-słony.

Widział, jak siadają do stolika i pochylają się nad jakimiś kartkami pełnymi rysunków.

Architekt usiłował wyjaśnić coś w sprawie jakichś wymiarów, podczas gdy Jason, nie spuszczając ich z oka, spokojnie zjadł połowę swojego rogalika z kremem.

„Jeśli stąd wyjdę, to mnie zauważą” – pomyślał.

Sprawdził korytarz za swoimi plecami, ciemny i zakurzony. Posadzka była z ciemnego drewna, jak w cukierni, a na białych ścianach wieloletnie opary z czekolady i wanilii pozostawiły jedyny w swoim rodzaju pachnący nalot.

Korytarz miał dwoje drzwi. Pierwsze prowadziły do małej łazienki z kafelkami w kolorze miodu, z okienkiem wychodzącym na wewnętrzne podwórko cukierni.

Drugie były zamknięte.

Jason chciał je otworzyć, ale spostrzegł, że nie mają one klamki.

Nachylił się, żeby w półmroku lepiej im się przyjrzeć, i zimny dreszcz przebiegł mu po plecach.

– O, kurczę... – szepnął zdumiony, upuszczając torebkę z rożkiem.

Drzwi były identyczne jak te ukryte za szafą w Willi Argo. Identyczne jak drzwi w piwnicy pani Biggles, pod którymi niekiedy można było dostrzec trochę piasku z egipskiej pustyni. Identyczne jak drzwi w Domu Luster, które łączyły Kilmore Cove z daleką Wenecją.

To były Wrota Czasu.

Nagle drgnął.

Usłyszał dźwięk odsuwanego krzesła i podłoga w cukierni zaskrzypiała. Dobiegł go głos ojca, który zwrócił się do architekta:

– Przepraszam pana na moment.

Miał tylko kilka sekund, więc błyskawicznie otworzył drzwi do łazienki.

Zdążył je zamknąć w chwili, gdy jego ojciec zastukał:

– Zajęte?

Chłopiec rozejrzał się wokół zrozpaczony i żeby nie zostać rozpoznanym po głosie, zakaszlał, odkręcając jednocześnie kran nad umywalką.

– O, przepraszam... – powiedział pan Covenant po drugiej stronie. Spróbował otworzyć drugie drzwi, a potem, pogwizdując, postanowił czekać, aż toaleta się zwolni.

Jason, spocony jak mysz, przełknął nerwowo ślinę. I jeszcze raz. I jeszcze. Myślał gorączkowo, co by tu zrobić. Starał się zachować spokój, analizując i badając różne możliwości.

Wyjść z łazienki nie mógł, to było wykluczone. Były dwa wyjścia: pozostać w niej na zawsze albo spróbować wydostać się przez okienko.

Wybrał to drugie.

Stanął na umywalce i wspiął się na okno. Dudnienie wody tłumiło trochę odgłosy jego działania. Chłopiec otworzył okno i uważnie przyjrzał się jego wymiarom. Z pewnością nie dałby rady wydostać się przez nie ktoś większy od Jasona. Ale jemu powinno się udać.

Postanowił działać metodycznie. Wyciągnął z buta sznurowadło. Jeden koniec przywiązał do klamki okienka, drugi wyrzucił na zewnątrz. Dzięki temu po wyjściu będzie mógł zamknąć okno.

Wyrzucił plecak przez okno i usłyszał, jak potoczył się po ziemi.

W końcu wdrapał się na parapet, przecisnął ręce i głowę, a piętami mocno odbił się od ściany.

I utknął.

Zawisł z głową przekrzywioną na prawe ramię, z lewym ramieniem unieruchomionym, a prawym zwisającym już za oknem, z nogami dyndającymi w powietrzu.

Usiłował spokojnie oddychać, powtarzając sobie, że wszystko będzie dobrze. Idiotyczna sytuacja. Wyobraził sobie swojego ojca, jak wchodzi do toalety, po czym ściąga go za nogi z tego okna – i mimo strachu, że to naprawdę może się tak skończyć, wybuchnął nerwowym śmiechem.

Zauważył, że śmiejąc się, wydycha cały zapas powietrza z płuc, i dzięki temu może już poruszać lewym ramieniem. Nerwowo spróbował wymacać jakiś uchwyt za oknem, ale na próżno. Zaczął więc wierzgać nogami, szukając po omacku punktu podparcia. Już miał zwątpić w swoje wysiłki, kiedy poczuł jakiś występ pod prawą stopą.

To mogła być jego ostatnia szansa, oparł się więc o to coś, nabrał powietrza, wypuścił je gwałtownie, i w chwili, gdy stał się płaski jak śledź w beczce, odepchnął się z całej siły.

Tymczasem pan Covenant wycofał się zza szkockiej kotary.

– Macie może zapasowy klucz do toalety? – spytał kobietę za ladą. – Sądziłem, że tam ktoś jest, ale chyba zamek się zaciął...

– Oczywiście, że mamy. – Kobieta odsunęła szufladę, wyjęła z niej mosiężny kluczyk i wręczyła panu Covenant. – To klucz do tych pierwszych drzwi, drugich nigdy nie udało nam się otworzyć.

Ojciec Jasona wrócił za kotarę i wsunął klucz w zamek pierwszych drzwi. Usłyszał, jak coś wewnątrz upada na posadzkę.

– Można? – spytał na wszelki wypadek.

Odpowiedziała mu głucha cisza. Poczekał więc jeszcze chwilę i wszedł.

Tak jak się spodziewał, nie zastał nikogo.

Zakręcił kran i rozejrzał się dokoła nieco zdziwiony: uchwyt do papieru toaletowego był częściowo oderwany od kafelków, a w dodatku na ziemi leżała torebka z jednym całym rogalikiem i połówką drugiego.

– No nie... – jęknął Jason już po drugiej stronie, spostrzegając brak rogalików.

Znajdował się na kwadratowym podwórku, wybrukowanym jasnymi otoczakami. Dwa przecinające się pasy z ciemnego kamienia tworzyły wielki X. Tuż obok, po lewej stronie okienka, przez które się wydostał, znajdowała się kuchenna klatka schodowa i wejście do dwóch piwnic. Jakieś mizerne pnącze pięło się po murze w rogu, a spomiędzy bruku sterczały kępy wypalonej przez słońce trawy.

Jason, przyklejony do muru, zrobił ostrożnie kilka kroków, szukając swego plecaka.

– Szukasz może tego? – dobiegł go głos od strony kuchennych schodów.

Chłopiec dostrzegł z daleka swój plecak i trzymające go ręce, ale że schody biegły pod cienistą arkadą, nie mógł zobaczyć rysów twarzy mężczyzny.

– O tak, bardzo dziękuję... – odparł, lekko zmieszany. – Mógłbym go prosić?

– To szkolny plecak, nieprawdaż? – dopytywał się głos.

Teraz Jason odniósł wrażenie, że zna skądś ten głos, tylko jeszcze nie wiedział, skąd.

– Hmm... tak – przyznał.

– No to czemu nie jesteś w szkole?

– No, bo... dzisiaj... moja klasa jest na wycieczce. A ja nie chciałem z nimi jechać.

– Ciekawe... – Metaliczny błysk światła świadczył, że mężczyzna stojący w cieniu schodów zerknął na zegarek na ręku. – Na jakiej wycieczce?

Jason zagryzł usta. Czemu ten człowiek zadaje tyle pytań?

– Mógłbym prosić swój plecak? – spytał.

– Naturalnie... – odparł mężczyzna, wychodząc w końcu z cienia.

„O, kurczę!” – przeraził się Jason.

Przed nim stał dyrektor szkoły.

Za przeszklonymi drzwiami werandy Willi Argo stały dwie nieruchome postacie kobiece: jedną była rzeźba rybaczki zadumanej nad siecią, drugą – pani Covenant, nareszcie sama. I spokojna.

Jej mąż odwiózł właśnie dzieci do szkoły. Zmyła naczynia po śniadaniu, układając plan na cały dzień.

Potem pootwierała okna na parterze, żeby przewietrzyć dom, weszła na górę i posłała łóżka. W wieżyczce poustawiała miniaturowe modele okrętów i poukładała zeszyty porozrzucane przez dzieci.

Podeszła do okna, by raz jeszcze nacieszyć się zapierającym dech w piersi widokiem morza. Zatoka połyskiwała w świetle słońca, a wiatr rzeźbił delikatne fale.

Ocknęła się, dostrzegając nagle kątem oka postać ogrodnika kuśtykającego po parku.

– Bierzmy się do roboty... – mruknęła sama do siebie i czym prędzej zeszła na parter. Tu zaczęła przeglądać tysiące bibelotów i najrozmaitszych przedmiotów, których w Willi Argo było zatrzęsienie: drewniane maski, figurki zwierząt, dziwne wazy, kandelabry, szkatułki, muszle, buteleczki z perfumami i różnego rodzaju ozdoby.

Zamierzała najpierw usunąć większą część tego składu galanterii i zwinąć dywany do czyszczenia. Postanowiła też zdjąć z okien zasłony, by dać tym pokojom trochę odetchnąć.

Ale nie mogła się zdecydować, od czego zacząć. Dom, choć przepełniony rzeczami, zachowywał wszak doskonałą równowagę estetyczną, tak łatwą do zburzenia.

Albo trzeba by usunąć wszystko, albo nic.

A przecież musiała bezwzględnie znaleźć sposób na pokonanie tej góry rzeczy – jej mąż wraz z panem Homerem, architektem, oczekiwali przyjazdu ciężarówki z meblami z Londynu. Do tego czasu pani Covenant powinna bodaj wymyślić, co ulokować w domu, co usunąć, a co wstawić do garażu.

Musiała się zastanowić, gdzie powinna ustawić meble.

– Mamy tyle miejsca, że kłopot jedynie w tym, gdzie co ma stanąć... – powiedziała wcześniej do męża. Tymczasem okazało się, że to nie takie proste.

Gdzie postawić kanapę z czarnej skóry? W salonie, na miejscu tej żółtej? Ale ta żółta ma taki sam odcień, co obraz na ścianie, który zupełnie nie pasuje do czerni. A jeśli zdjąć obraz, to trzeba by też usunąć dywan.

I tak bez końca... aż usunie się wszystko.

Miała wrażenie, że każda rzecz w Willi Argo stanęła na swoim miejscu raz na zawsze.

– Ale ja muszę coś z tym zrobić! – wykrzyknęła pani Covenant, rozglądając się bezradnie po werandzie.

Stanęła w otwartych przeszklonych drzwiach, by odetchnąć pełną piersią. Morskie powietrze pozwoliło jej zapomnieć choć przez chwilę o kłopotach z meblami.

Kosmyk włosów połaskotał ją w nos. Odrzuciła go i, westchnąwszy ciężko, wróciła do pokoju.

– Co ja mam zrobić? – rzuciła pytanie w stronę posągu rybaczki, która jak gdyby nigdy nic ze stoickim spokojem zajmowała się swoją siecią, w pełni panując nad sytuacją.

Zaskrzypiał żwir. Pani Covenant odwróciła się i ponownie wyszła na werandę.

– Dzień dobry! – pozdrowił ją Nestor.

– Dzień dobry panu.

– Robi pani wielkie porządki?

– Coś w tym rodzaju.

– Dobrze, dobrze... – bąknął ogrodnik. Według pani Covenant – podejrzanie obojętnie.

Już od wczorajszego wieczoru, odkąd znalazła swoje dzieci umorusane od stóp do głów sadzą, miała ochotę rozmówić się z nim.

– Chciałam właśnie porozmawiać... – zaczęła.

Nestor natychmiast przybrał postawę obronną.

– Ja tam nic nie wiem, co oni kombinują. Powiedziałem to pani na początku, pamięta pani? Że dzieci nie będę pilnować. Ale jeżeli ma mi pani coś do powiedzenia na temat roślin, to zamieniam się w słuch.

Pani Covenant się uśmiechnęła.

– Czyta pan w moich myślach... Niech mi pan tylko powie, czy Jason i Julia nie zdenerwowali pana zbytnio?

– Nie.

– To dobrze...

– Ale nie wiem, czy czegoś nie popsuli w domu, bo jak mówiłem, nie pilnowałem ich.

Pani Covenant rzuciła okiem na mieszkanie.

– Myślę, że nie jest tak źle, z wyjątkiem bałaganu w bibliotece i przesuniętych kilku mebli...

– Odkrywali swoje nowe królestwo.

– A znając Jasona, wymyślili przynajmniej ze trzysta historii na temat pochodzenia każdego z tych przedmiotów. To zresztą jest prawdziwy problem w tym domu.

– Historie?

– Nie, przedmioty. Nie wiem wręcz, od czego zacząć. Niedługo nadjedzie transport z meblami i... jak będę tak marudzić, to trzeba będzie wyładować je w ogrodzie.

– Doskonały pomysł – zawołał Nestor. – Albo może je pani sprzedać. Raz w miesiącu jest mały targ staroci. O właśnie, jeśli o tym mowa, to przydałby mi się fotelik do mego domku.

Pani Covenant poczuła się urażona taką impertynencją.

– Pomysł z targiem staroci wcale nie jest zły – powiedziała. – Tylko musiałabym zacząć od tych tutaj...

Po czym przeprosiła i weszła do pokoju.

Nestor gwałtownym ruchem otrzepał swoje welwetowe spodnie i odszedł, kulejąc, do swego domku.

Przeszedł przez drewniane patio, pchnął drzwi i wszedł do środka, natykając się na swój roboczy stół zawalony gratami. Wygrzebał spod nich telefon z czarnego bakelitu, sprawdził numer zapisany na tabliczce zaczepionej na ścianie i gniewnie go wykręcił.

Leonard Minaxo podniósł słuchawkę po piątym sygnale.

– To ja – powiedział Nestor.

– Cześć, stary. Co się dzieje? Po latach milczenia teraz jesteśmy jak dwa gołąbeczki?

– Chce wyrzucić meble.

– Zaraz, zaraz. Kto chce wyrzucić meble?

– Pani Covenant. Do miasta przyjechał architekt z firmy Homer & Homer. Zapłaciłem mu mnóstwo pieniędzy, żeby przeprowadzka trwała możliwie jak najdłużej, ale jak widać dałem za mało.

– Zapłaciłeś mu, żeby pracował jak najwolniej?

– Właśnie.

– Zgłupiałeś chyba...

– Nazwij to, jak chcesz, w każdym razie państwo Covenant oczekują transportu dziś po południu.

– I co z tego...?

– Należałoby... – Zapadła długa cisza, a potem ogrodnik dokończył: – Należałoby jakoś przeszkodzić im w drodze.

Leonard Minaxo zaśmiał się ironicznie.

– Czy ja dobrze rozumiem? Chcesz powiedzieć, że niby ja miałbym to zrobić?

– Właśnie.

– Jakbyśmy znowu byli dobrymi przyjaciółmi?

– Nigdy nie byliśmy wrogami.

– To kwestia punktu widzenia.

– Mówiliśmy już o tym. To sprawa życia i śmierci.

– Nie zaczynaj.

– Albo ocalenia... życia, gdyby rekin zaatakował.

– Masz moją dozgonną wdzięczność.

– I złamaną nogę.

– Jak dalej tak będziesz gadać, nie licz na moją pomoc.

– Czy to znaczy, że udzieliłbyś mi jej?

– To zależy.

– Od czego?

– Dzieci mi się spodobały – powiedział Leonard, zmieniając raptownie temat.

– Nie mówimy o dzieciach.

– Ale powinniśmy, nie sądzisz?

– Dwa dni temu zszedłeś z urwiska, żeby mi powiedzieć, że niepotrzebnie się łudzę...

– I dziś ci to samo powtórzę. Ale, na szczęście, może istotnie trafiła ci się niezwykła para dzieciaków.

– Trójka. Zapomniałeś o Bannerze.

– Bannera wynalazłem ja.

– Może nie masz się czym tak szczycić?

– Ale też i wstydzić. Zawiniło morze, nie ja.

– Leonardzie, posłuchaj. Ty masz swoje poglądy, ja swoje.

– Byliśmy bardzo bliscy odkrycia sekretu konstrukcji drzwi. Bardzo bliscy.

– Sprawa zamknięta.

– Musimy tylko odbyć jeszcze jedną podróż.

– Sprawa zamknięta.

– A Penelopa się ze mną zgodziła!

– Powiedziałem, że sprawa zamknięta! – krzyknął Nestor. – Chcesz mnie wysłuchać czy nie? Chciałbym zatrzymać ten transport, żeby nie mogli wjechać z meblami do miasteczka. I o to cię proszę. Możesz to zrobić? Masz jeszcze klucze od Cyklopa? Pamiętasz, gdzie je ukryliśmy?

– Jasne.

– Oni jadą z Londynu. Jest zatem tylko jedna droga, którą trzeba zablokować.

– Ej, stary!

– Co takiego?

– Zatrzymam ten transport, ale wieczorem przyjdę do ciebie i raz na zawsze rozstrzygniemy, co zrobić z Wrotami Czasu.

– Dobrze. Dziś wieczorem.

– I jeszcze jedno. Wczoraj w Wenecji zajrzałem do Zafona.

Nestor długo nie odpowiadał, po czym westchnął:

– I...?

– Nadal tam jest, pomarszczony, zasuszony jak nigdy. Ale od razu mnie rozpoznał.

– Nawet z tym okaleczonym okiem?

– Kiedy Ulisses powrócił do domu, przebrany za obcokrajowca, wierny pies Argo go rozpoznał.

– Chcesz powiedzieć, że tylko starzy się rozpoznają?

– Chcę powiedzieć, że trzeba mieć pewien rodzaj węchu, żeby rozpoznać, jak naprawdę mają się sprawy.

Dyrektor pociągnął nosem i zrobił gwałtowny wydech, jakby chciał wprawić w ruch reszki powietrza w jego gabinecie.

Wielki, stary, zardzewiały wentylator stał na krawędzi szafy. Przypominał mięsożerną roślinę, gotową w każdej chwili pochwycić zdobycz. Drobinki kurzu wirowały po przypadkowych orbitach – oświetlone promieniami słońca, rysowały na posadzce coś w rodzaju dywanu w tygrysie plamy.

Ani jedna mucha nie ośmieliła się zakłócić ciszy gabinetu.

Jason i Julia siedzieli przed dyrektorem sztywno, z rękami na kolanach i wzrokiem wbitym w podłogę. Starali się nie poruszać, bo ażurowe krzesła, na których siedzieli, trzęsły się i skrzypiały przy najmniejszym ruchu.

Dyrektor oparł łokcie o drewniany blat biurka pogryzionego przez korniki. Trzymał w dłoni czarny ołówek z czubkiem ostrym jak szpilka.

– A zatem, panno Covenant, czy zechciałabyś mi powtórzyć swoją wersję wydarzeń?

Julia, całkiem wykończona, nadal wpatrywała się w podłogę.

– Przykro mi, panie dyrektorze.

– No, to zrobię to ja. Powiedziałaś Miss Stelli, że twój brat został w domu, by pielęgnować waszą matkę, która ma nogę w gipsie.

– Trochę przesadziłaś... – wysyczał Jason wprost do ucha siostry.

Ołówek dyrektora zatrzymał się na białej kartce.

– Ciekawa historyjka, nieprawdaż? Tym ciekawsza, że w tym samym czasie panicz Jason usiłował złamać sobie nogę, wypadając przez okno z toalety na zapleczu cukierni Chubbera.

Tym razem Julia obróciła głowę w stronę brata i wysy-czała:

– A ty nie?...

Dyrektor sięgnął dłonią po telefon, mówiąc:

– Mam wielką ochotę zadzwonić do pani Covenant i spytać o jej zdrowie...

– Nie, bardzo pana proszę! – wykrzyknęła Julia przerażona jego pomysłem. – Skłamałam.

Dłoń dyrektora zawisła nad słuchawką.

– Jeszcze jakieś wyjaśnienie?

Jason wziął głęboki oddech.

– Proszę posłuchać, jest mi bardzo przykro, to moja wina.

Dyrektor podniósł się wolno z krzesła i stanął niedbale obok starego segregatora.

– Czyżby? Czy mam wstrzymać oddech? Oto objawi się prawda?

Jason wzruszył ramionami.

– Jak pan uważa. Chciałem przed lekcjami pójść do latarni morskiej po rower.

– Do latarni morskiej? A co tam robi twój rower?

– Dokładniej mówiąc, to nie mój rower. To rower córki doktora Bowena, który mi pan doktor pożyczył, kiedy mój się popsuł, uderzając w ich bramę. A jest w latarni, ponieważ go tam zostawiłem, kiedy pojechałem z Minaxo wozem do Turtle Parku, żeby z pomocą beczki smoły schwytać dwoje złodziei, którzy okradli Willę Argo.

Dyrektor ograniczył się do uniesienia tylko jednej brwi.

– I udało ci się?

– Na szczęście tak – zakończył Jason z uśmiechem.

– I naturalnie twoi rodzice nic o tym nie wiedzą.

– No, nie – odparł Jason. – Oni myślą, że pojechaliśmy sprzątać piwnicę doktora Bowena... – Dopiero w tym momencie chłopiec zauważył, że Julia daje mu znaki oczami.

– Hmm... a powiedz mi... – zainteresował się dyrektor, potrącając przez przypadek segregator, który spadł na podłogę – czy nie sądzisz, że trochę się zagalopowałeś w tych swoich fantazjach?

– Wcale nie! – wykrzyknął Jason. – Prosił pan, żebym powiedział prawdę, więc powiedziałem.

– Chłopcze... – wybuchnął dyrektor, kierując w niego cieniutkie ostrze ołówka. – Nie wiem, jak w Londynie, ale w Kilmore Cove lepiej, żeby tacy jak ty nie stroili sobie żartów z takich jak ja!

– Ale ja wcale nie robię sobie z pana żartów! Szedłem właśnie do latarni, jak powiedziałem, kiedy pomyślałem sobie, żeby wstąpić do cukierni Chubbera na rożki. Jeden dla mnie, jeden dla siostry.

– A potem?...

– Potem wszedł tam mój ojciec. Nie chciałem, żeby mnie zobaczył... więc postanowiłem... do licha... postanowiłem... wyjść tyłem.

– A dlaczego nie chciałeś, żeby cię zobaczył?

– Żeby się nie wydało, że nie jestem w szkole – zakończył Jason cichutko.

Dyrektor rozłożył ręce, a potem, gestykulując, podsunął je dzieciom pod sam nos:

– A zatem, mamy kolejno: dziewczynkę, która opowiada wychowawczyni jakieś zmyślone niesmaczne historyjki, i jej brata bliźniaka, który udaje, że jest w szkole, a potem się plącze po cukierni, zamiast zbijać bąki w latarni.

– Nie poszedłem zbijać bąków...

– Opróżnijcie kieszenie – rozkazał dyrektor. – Chyba że wolicie, bym zatelefonował do domu...

Jason i Julia zaczęli opróżniać kieszenie, wykładając na biurko stos gumek, spinaczy, pół nadpalonej fotografii, ogryzki ołówków, cztery stare klucze i ozdóbkę w stylu egipskim.

– To talizman, prezent od mojej przyjaciółki – wyjaśnił Jason, widząc zdumioną minę dyrektora.

– Bardzo dobrze. To wszystko zostanie u mnie – postanowił i zsunął rzeczy do pudełka, które następnie schował do szuflady.

– Ale to niesprawiedliwe! – zaoponowała Julia. – Proszę nam oddać chociaż klucze od domu!

Cztery klucze od Wrót Czasu ujrzały ponownie światło dzienne.

– Te?

Julia przytaknęła.

Ręka dyrektora sięgnęła po słuchawkę telefonu.

– Jedno słówko z waszą mamą i oddaję je wam natychmiast.

Widząc, że bliźnięta milczą, dyrektor ze złością wrzucił ponownie klucze do pudełka.

– Natychmiast do klasy. I żadnych wyjaśnień.

Manfred ocknął się i z krzykiem poderwał z kanapy. Zaskoczony, stwierdził, że znajduje się w jakimś ciemnym pokoju.

– Koń! – krzyknął raz jeszcze.

Był spocony, a czoło mu płonęło. Rozejrzał się wkoło, ale nic nie udało mu się wypatrzyć.

Podparł się na łokciu i ostrożnie zaczął obmacywać bolące miejsca. Z niedowierzaniem zauważył, że ma na sobie jedwabną piżamę.

– Co się stało? Gdzie ja jestem? Czy to... pani Obliwia?

Ale osoba siedząca przy nim nie była Obliwią. Miała o wiele delikatniejszy głos i delikatniejsze dłonie, bez długich, polakierowanych na fioletowo paznokci.

– Spokojnie, spokojnie, wszystko będzie dobrze. Masz rozpalone czoło. To przez wysoką gorączkę – usłyszał.

Usiłował coś odpowiedzieć, ale bez skutku. Poczuł, że coś wilgotnego dotyka jego czoła. To był zimny kompres. Zakręciło mu się w głowie.

– O tak – usłyszał czyjś głos. – Spróbujemy zbić tę paskudną gorączkę.

Poddał się bez dyskusji, niezdolny, by stawić jakikolwiek opór. Poczuł, że zimny okład jest jak łagodna pieszczota, i zapadł na nowo w miękkie oparcie kanapy.

– Ja... spadłem... – wyszeptał, jakby chciał się usprawiedliwić.

– Oczywiście, że spadłeś – posłyszał głos syreny. – Ale na szczęście dopłynąłeś do brzegu.

– Dwa razy... – dodał jeszcze, zanim znowu zapadł w sen.

Gwendalina wstała. Troskliwym spojrzeniem pielęgniarki obrzuciła mężczyznę leżącego na kanapie w jej saloniku. Bez tych obrzydliwych podartych ciuchów, z twarzą pogrążoną we śnie, zarostem buntownika i z tą tajemniczą blizną na szyi wydał jej się jeszcze bardziej pociągający.

I wreszcie sobie przypomniała, gdzie widziała go po raz pierwszy. W domu Obliwii Newton, niedaleko Kilmore Cove. A potem jeszcze minęli się w hotelu, zamieniwszy ze sobą kilka słów.

„Przystojny” – pomyślała.

Zapewne nie z rodzaju tych mężczyzn, którzy mogą podobać się rodzicom... ale na jego twarzy widać ślady jakichś mocnych przeżyć. Tajemniczy mężczyzna z morza, który mógłby rozpalić niejedno serce spragnione przygody. Takie jak jej.

– Tak lepiej, prawda, Blizno? – szepnęła fryzjerka, głaszcząc Manfreda po włosach. – Musisz tu pobyć jeszcze kilka godzin, ponieważ pani Obliwii nie ma w domu. Wiesz może, gdzie mogę ją znaleźć?

– Obliwia... odeszła. Odeszła!

– A dokąd?

– Do Wenecji... – z trudem wyszeptał Manfred, majacząc w gorączce.

– Pojechała do Wenecji?

– Lew... Lustra... lustra...

– Chcesz lusterko? Lustra?

– Tysiąc siedemset...

– Tyle to ja nie mam, Blizno – roześmiała się Gwendalina.

Manfred dalej majaczył.

– Tysiąc siedemset... A kiedy czekałem, mój motor... od luster... cały podziurawiony... przeklęte bachory... po Egipcie... z mapą...

Gwendalina postała chwilę, wsłuchując się uważnie w jego słowa, po czym stwierdziwszy, że nic z tego nie rozumie, jak najciszej wyszła z pokoju. Przysiadła w kuchni, by raz jeszcze zadzwonić do domu panny Newton. Nagrała kolejną wiadomość na automatycznej sekretarce Obliwii, a po chwili, niezadowolona, zadzwoniła do matki.

– Nie zgadniesz, co mi się przydarzyło. Doprawdy nie zgadniesz. Tak! Ale skąd możesz wiedzieć? To mężczyzna, tak. Co znaczy „w końcu”? Ale to nie tak, jak myślisz. Nie! Nie możesz przyjść go poznać. Śpi. Gorzej, majaczy. Ma gorączkę. Opowiada, że spadł z urwiska z powodu konia. Może przegrał jakiś zakład i stracił wszystkie pieniądze? Nie wiem. W każdym razie dopłynął do brzegu i ja go znalazłam. Jasne! Tajemnicze i fascynujące... Co mówisz? Nie, nie zostawiłam go całego upapranego algami! Przebrałam go w piżamę Alfonsa. Może dzięki temu nie porzuci mnie na dzień przed moimi urodzinami... Pasuje na niego idealnie. Całkiem jakby na niego szyta. Widzisz? To znak losu, mówię ci. Nie, nie wiem. Na razie go przezwałam... Blizna.

W pokoju obok Manfred majaczył coraz głośniej.

– Słyszysz? To on. Majaczy, mówiłam ci. Oczywiście, że użyłam lodu... ale on ciągle swoje. Opowiada o lwach, o motorze, o Wenecji... Musi być jakimś podróżnikiem...

Gwendalina przysłoniła dłonią słuchawkę. Głos Manfreda przybierał na sile.

– Wybacz na moment, mamo. Teraz wojuje z ogrodnikiem i parą dzieciaków. Zadzwonię później. Cześć.

Gwendalina wróciła do saloniku. Manfred rzucał się na kanapie, nieustannie ściągając prześcieradło, którym go Gwendalina okryła.

– Wrota Czasu... w willi... willa! Chcę zobaczyć drzwi. Ale są dzieciaki... dzieciaki... trzeba powstrzymać te przeklęte bachory... Trzeba je zatrzymać!

Gwendalina stała się nagle ostrożna.

– Nie sądzisz, że trochę przesadzasz, Blizno?

– Zatrzymać... zamknąć... powstrzymać! Zamknąć Wrota Czasu! W domu! Wszyscy w domu!

W tym momencie zadzwonił telefon.

Fryzjerka podbiegła w podskokach i podniosła słuchawkę.

– Gwendalina Mainoff, Fryzury z klasą. Przykro mi, ale dzisiaj zakład nieczynny. Tylko usługi w domu. – Odczekała kilka sekund i wybuchnęła: – Mamo! Mówiłam ci, żebyś do mnie nie dzwoniła na numer zakładu! Nie, nie jest gorzej, mówi o dzieciach, które zablokowały Wrota Czasu. Tak. Och, komu ty to mówisz! Z tym wszystkim, co mam do zrobienia, mnie też przydałyby się Wrota Czasu!