Józef Tischner - myślenie według miłości - Tomasz Ponikło - ebook

Józef Tischner - myślenie według miłości ebook

Tomasz Ponikło

0,0

Opis

Cierpienie zawsze niszczy.
Tym, co dźwiga, podnosi i wznosi ku górze, jest miłość...
ks. Józef Tischner

Bardzo czekałem na taką książkę o Księdzu Profesorze, napisaną z perspektywy czasu i w świetle ostatnich trzech lat jego życia. Był to bowiem dla Profesora czas zmagania się z ciężką chorobą, ale równocześnie czas niezwykle ważnej twórczości, dopełniającej i wyjaśniającej wcześniejsze książki, artykuły i kazania. To był czas, w którym potwierdził życiem to, o czym pisał wcześniej, a niektóre tematy podejmował z jeszcze większą intensywnością.
† Kazimierz Kardynał Nycz, Arcybiskup Metropolita Warszawski

Książka Tomasza Ponikły to nie tylko opowieść o życiu i myśli Wielkiego Filozofa. To także swoisty "przewodnik" po problemach sensu naszego istnienia, sensu (lub bezsensu) cierpienia, śmierci i zła, a wreszcie zaproszenie do namysłu nad tajemnicą wiary i nadziei. Opisując ostatnie lata życia ks. Józefa Tischnera i analizując jego teksty z tych lat zmagania się ze śmiertelną chorobą, Tomasz Ponikło pisze tak naprawdę o każdym z nas.Pisze przenikliwie, jasno, z miłością do swego ulubionego Mistrza, ale bez popadania w pomnikowość i ze świadomością, że ta książka - tak jak pisma Księdza Profesora - ma jeden cel: pomóc nam przeżyć dany każdemu z nas czas wartościowo.
Jarosław Gowin, Współzałożyciel Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera, jeden z inicjatorów Dni Tischnerowskich

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




© Wydawnictwo WAM – Księża Jezuici, 2013

© Tomasz Ponikło

www.tomaszponiklo.pl

Recenzja: ks. dr hab. Robert J. Woźniak

Redakcja: Małgorzata Płazowska

Projekt okładki: Sebastian Stachowski

Zdjęcie na okładce © Elżbieta Lempp

Skład: Anita Ponikło

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 62 93 496

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Z miłością – Anicie i Marysi,

Rodzicom i Rodzeństwu

Pamięci Janiny Tischner

Przedmowa

Bardzo czekałem na taką książkę o Księdzu Profesorze, napisaną z perspektywy czasu i w świetle ostatnich trzech lat jego życia. Był to bowiem dla Profesora czas zmagania się z ciężką chorobą, ale równocześnie czas niezwykle ważnej twórczości, dopełniającej i wyjaśniającej wcześniejsze książki, artykuły i kazania. To był czas, w którym potwierdził życiem to, o czym pisał wcześniej, a niektóre tematy podejmował z jeszcze większą intensywnością. Choroba i umieranie, to odchodzenie Księdza Józefa, stały się dla obserwujących ważnym świadectwem chrześcijańskiego stosunku do śmierci. Dla samego Profesora był to czas, w którym z innej perspektywy spojrzał na swój filozoficzny i publicystyczny dorobek, i dał temu wyraz w tekstach napisanych w trakcie choroby. Szczególnie ważne są teksty o miłosierdziu. Ale też teksty o chorobie, cierpieniu, a wśród nich „Cierpienie nie uszlachetnia, cierpienie nie zbawia”. Zawsze zbawia Bóg, który jest miłością. „Dlatego ważne jest nawet nie tyle to, jak się przyjmuje cierpienie, co z Kim się je przyjmuje”.

Także tytuł książki „narodził” się z takich wypowiedzi. Pisze Tischner: „w całym życiu dużo mówiłem o nadziei, a za mało o wierze i miłości. Mówiłem o myśleniu według wartości, a trzeba było mówić także o myśleniu według miłości”. Takich odkryć, takich „pereł” dających do myślenia, jest w książce bardzo dużo. Są praktycznie w każdym akapicie, na każdej stronie. Dlatego tę książkę koniecznie trzeba przeczytać, by Ksiądz Profesor Józef Tischner i jego dzieło nie oddalało się od nas.

Sugeruję to czytelnikom, jako ten, który był blisko Księdza Profesora w ostatnich latach życia. Książka Tomasza Ponikły Józef Tischner – myślenie według miłości sprawiła, że to wspaniałe i trudne doświadczenie znów stanęło mi przed oczyma, ale w sposób bardzo pogłębiony.

† Kazimierz Kardynał Nycz

Arcybiskup Metropolita Warszawski

Wstęp

„Często mówi się o filozofii czynu, ale rzadziej mówi się o czynie jako wyrazie filozofii. Tymczasem nie ma w tym żadnej wewnętrznej sprzeczności, by filozofię wyrażać nie tylko poprzez słowa, ale też logicznie uporządkowane czyny. Może się zatem zdarzyć taka sytuacja, w której filozof świadomy ścisłego zespolenia własnego życia z własną filozofią w pewnym momencie przestaje rozprawiać na temat wybranego zagadnienia, a decyduje się po prostu działać według logiki własnej filozofii. My zaś, chcąc wniknąć w jej tajemnice, musimy z równą uwagą pochylić się nad słowem, jak i nad życiem filozofa”[1]…

Pochylmy się. Ksiądz profesor Józef Tischner zmarł w 2000 roku po ciężkiej chorobie nowotworowej. Trwające trzy lata zmagania z rakiem krtani, który ostatecznie pozbawił filozofa głosu, nie zostały do tej pory szerzej opisane, podobnie jak twórczość Tischnera z tego okresu. O tym właśnie jest ta książka: o życiu i dziele, które toczyły się i powstawały w cieniu wyniszczającej choroby – o wzajemnej relacji pomiędzy nimi. Tak jak postawił ten problem sam ksiądz Tischner.

Zacytowane wyżej słowa są częścią jego eseju na temat śmierci. Gdy ksiądz Tischner już chorował na raka i miał ograniczone możliwości mówienia, odrzucił prośbę o opisanie swojego stosunku do śmierci. Odesłał jednak do swojego starszego o trzy dekady eseju na ten temat. Przywołane wprowadzenie do tamtego tekstu jest kluczem do tej książki. Próbuję w niej tym kluczem otworzyć przed Czytelnikiem końcowy etap życia filozofa z Łopusznej.

Sześć lat przed swoją śmiercią ksiądz Tischner w wywiadzie z Adamem Michnikiem i Jackiem Żakowskim na pytanie: „Skąd właściwie przyszedł Józef Tischner i kim jest?”, odpowiedział: „Znacie tę historię, kiedy to Zwyrtała Muzykant umarł i jego dusza się wybroła do nieba. Jak stanął przed bramą niebieską, to zapukał. I wtedy z drugiej strony odezwoł się głos Świentego Pietra: »Kto?«. Zwyrtała godo: »Jo!«, a świnty Pieter: »Co za jo?«. »No, że jo, Zwyrtała!«. Jak se staniesz przed Wielkim Sądem i cie spytojom: »kto«, nie bedziesz mówił Jacek ani filozof, ani redaktor, ale powiesz »JO«”[2].

Wiele lat wcześniej w swoim słynnym zbiorze Myślenie według wartości ksiądz Tischner pisał, że cierpienie odziera człowieka ze wszelkich masek i odsłania go takim, jakim jest. Jakie więc było owo „jo” Józefa Tischnera, gdy w chorobie napisał, iż cierpienie „nie uszlachetnia”? Ufam, że dzięki tej książce Czytelnik będzie mógł zbliżyć się nie tylko do myśli filozofa i kapłana, ale też do niego samego, do człowieka, jakim był ksiądz Tischner.

Książka ma więc za zadanie wypełnić dotychczasową lukę w literaturze. Starałem się przedstawić wątki biograficzne i problemowe, które do tej pory pojawiały się rzadko i były skromnie reprezentowane. Aby przekonać się o stanie literatury dotyczącej filozofa, najlepiej jest skorzystać z prowadzonego z wielką dbałością indeksu bibliograficznego dzieł Tischnera i o Tischnerze, który stworzył Instytut Myśli Józefa Tischnera w Krakowie[3].

Biografia Tischner autorstwa Wojciecha Bonowicza ukazała się niedługo po śmierci filozofa. Nie było więc możliwe, by zawierała opis tak niedawnych wydarzeń. Dlatego ostatnie trzy lata życia i pracy księdza przedstawione są w niej na zaledwie kilku stronach. Z kolei w przypadku młodszych o osiem lat filmu i książki na jego podstawie Tischner. Życie w opowieściach, na gruntowne zbadanie lat 1997-2000 nie pozwalała autorom, Witoldowi Beresiowi i Arturowi „Baronowi” Więckowi, konwencja filmowa[4].

Literatura problemowa dotycząca zagadnień, które w swoim dziele filozof z Łopusznej podejmował w ostatnim okresie twórczości, zajmuje się wybranymi wątkami, zwłaszcza problemem zła[5]. Przede wszystkim brak przeglądowej prezentacji dzieła stworzonego przez księdza Tischnera w tym czasie oraz samego spojrzenia na problem śmierci[6]. Brak również analizy najbardziej wyjątkowych artykułów, które przygotował z intencją wzbudzenia dyskusji naukowej, a które dotyczyły miłosierdzia Bożego w kontekście jego wcześniejszej twórczości[7].

Starałem się zatem dokonać rekonstrukcji biograficznej oraz przedstawienia, po pierwsze, przeglądowej analizy dzieła z ostatniego okresu życia autora, a także, po drugie, analizy wybranych zagadnień, jak: choroba, śmierć i miłosierdzie. W ten sposób chciałbym zwrócić uwagę badaczy na ten interesujący okres w życiu filozofa, by dalszymi pracami w sposób wyczerpujący podjęli Tischnerowskie dziedzictwo.

Wypełnienie opisanej luki jest najważniejszym celem tej książki. Cel ten starałem się osiągnąć w trzech zasadniczych krokach: przez dokonanie opisu, kontekstualizacji i analizy materiału. W ramach opisu najważniejszymi zadaniami były rekonstrukcja, periodyzacja i systematyzacja materiału. A więc przedstawienie w porządku chronologicznym zdarzeń z biografii Tischnera, wyróżnienie charakterystycznych ze względu na biografię i dzieło etapów życia i twórczości oraz problemowe uporządkowanie wyłaniających się z tego wątków.

Tak opisany i uporządkowany materiał należało osadzić w odpowiednich kontekstach. Wyróżniłem je cztery: biograficzny (wydarzenia z życia bohatera), personalny (relacje z innymi osobami), intelektualny (istotne wpływy i inspiracje) oraz duchowy (relacja pomiędzy wiarą a życiem i myślą). Materiał opisany i skontekstualizowany poddałem wreszcie analizie z intencją zbliżenia się do odpowiedzi na pytanie o wzajemne relacje życia i dzieła.

Szczególnie zwracają uwagę trzy elementy. Język, którym posługiwał się Tischner w dyskursach specyficznych dla jego kilku ról – filozoficzny, kaznodziejski, publicystyczny – wyraźnie zmierzał do coraz większego uproszczenia i zbliżenia dyskursów. Jednocześnie w każdym z nich obecny był jeszcze jeden dyskurs – religijny, a ściśle mówiąc: ewangeliczny. Drugim elementem jest niezwykła konsekwencja w realizacji spójnego programu życia i myśli, o czym sam ksiądz Tischner wielokrotnie mówił, apelując o pełną, ludzką autentyczność. Trzecim wreszcie elementem są analizy miłosierdzia, których dokonał ksiądz Tischner, a które – jak staram się to wykazać – stanowią twórczą kontynuację jego Etyki solidarności.

Kolejnym istotnym zadaniem tej książki była weryfikacja tezy Tischnera – na jego własnym przykładzie – o koniecznej spójności dzieła i życia, zwłaszcza wówczas, gdy wchodził on w rolę najpierw chorego, potem umierającego. Ważne było też przedstawienie jego poglądów – ich osobistej, faktycznej realizacji – na cel uprawiania filozofii i kapłaństwa. Chciałem również zaprezentować mało znane, a ważne teksty Tischnera, jak choćby Rozmowy z chorymi, Edyp i Abraham, Myślenie w odwrocie.

Przyjąłem niejako trzy punkty widzenia. W pierwszym – poruszałem się wewnątrz biografii księdza Tischnera. W drugim – wewnątrz jego dzieła. W trzecim zaś próbowałem osadzić dwa pierwsze spojrzenia w odpowiednim kontekście. Chociaż książka dotyczy filozofa, sama nie jest pracą filozoficzną. To przede wszystkim rekonstrukcja czasu i twórczości oraz analiza ich wzajemnych relacji. Perspektywa, którą się zainspirowałem, by podjąć problem, jest perspektywą analizy dyskursu – interdyscyplinarną i wciąż rozwijającą się; bliską mi zwłaszcza w ujęciu Normana Fairclougha i krytycznej analizy dyskursu, oraz perspektywą kontekstu w znaczeniu, jaki w swojej teorii przedstawia Teun van Dijk[8]. Dyskurs oznacza „język w działaniu” lub „język jako działanie społeczne”. Pomiędzy rzeczywistością dyskursywną i społeczną istnieje relacja: dyskurs nie tylko odzwierciedla rzeczywistość społeczną, lecz również ją tworzy – analogicznie jest w przypadku osoby publicznej, a taką był ksiądz Tischner. Jest to więc praca inspirowana socjologią i psychologią społeczną[9]. Dyskurs może być związany z określonym celem, jaki chce osiągnąć osoba odpowiednio używająca języka. Fairclough ukazuje trzy poziomy proponowanej przez siebie analizy: najwęższy odnosi się do tekstu, szerszy – do praktyk dyskursywnych, i najszerszy, obejmujący wcześniejsze, do praktyk społecznych[10]. Z kolei kontekst jest tym, co zostało określone jako istotne w sytuacji społecznej przez samych jej uczestników. Oznacza to, że konteksty nie są statyczne i obiektywne, lecz dynamiczne i subiektywne. Tym samym van Dijk akcentuje elementy psychologiczne i kognitywne, gdy Fairclough raczej instytucjonalne i społeczno-kulturowe. Stąd pytania o wpływ między innymi osobistych i kulturowych kontekstów życia i dzieła księdza Tischnera oraz jego ich postrzegania, a także odpowiednie do własnej definicji sytuacji postępowanie filozofa – zwłaszcza w obliczu cierpienia i śmierci[11].

Książka składa się z pięciu rozdziałów. W każdym z nich narracja biograficzna i problemowa prowadzone są równolegle, jednocześnie każdy z nich porusza określony krąg zagadnień.

Rozdział pierwszy przedstawia stanowisko Tischnera wobec doświadczenia choroby i jego pogląd na rolę medycyny w życiu człowieka i w kulturze zachodniej. Rozdział drugi skupia się na jego filozoficznej, duszpasterskiej i egzystencjalnej perspektywie w patrzeniu na śmierć. Trzeci rozdział prezentuje postacie, które zasadniczo wpłynęły na postawę życiową i intelektualną Księdza profesora wobec cierpienia, choroby i śmierci. Rozdział czwarty poświęcony został kluczowemu dla Tischnera w jego trzech ostatnich latach życia problemowi miłosierdzia – zarówno w wymiarze społecznym, jak i religijnym. Ostatni rozdział przedstawia przede wszystkim czas odchodzenia Tischnera.

Narracja dotyczy dwóch wymiarów. Pierwszy poziom narracji, prowadzony w czasie teraźniejszym, odnosi się do rekonstrukcji trzech ostatnich lat życia Księdza. W każdym rozdziale stanowi kontynuację wcześniejszych opisów. Gdy prowadzi on do wyłonienia się problemu do analizy, wówczas pojawia się narracja w czasie przeszłym. Ta druga narracja skupia się na odtworzeniu w sposób przeglądowy myśli i dzieła Filozofa na określony temat. Splecenie tych dwóch narracji – biograficznej i problemowej – wynika z zasadniczego pytania, które pada na kartach tej książki, a dotyczy wzajemnych relacji życia i myśli, praktyki i teorii, doświadczenia i refleksji.

W pracy nad książką wykorzystałem cztery grupy źródeł. Pierwszą były rozmowy z rodziną Tischnera i osobami mu bliskimi oraz z biografem Tischnera, a także materiały archiwalne z prac autorów filmu Tischner. Życie w opowieściach. Drugą grupą źródeł były publikacje filozofa – począwszy od tych elementarnych, aż po drobne, okolicznościowe teksty, które nie doczekały się przedruków. Trzecią grupą źródeł były publikacje naukowe odnoszące się do myśli Tischnera, a przede wszystkim do poruszanych problemów. Czwartą wreszcie grupą materiałów były materiały prasowe, które wiązały się z prowadzonym wywodem. Na końcu książki znajduje się bibliografia, która prezentuje wykorzystane w tej pracy tytuły.

Poszczególne części książki wiele zawdzięczają moim wcześniejszym pracom badawczym w ramach studiów socjologicznych i pracom dziennikarskim w „Tygodniku Powszechnym”. Rozdział o śmierci opiera się na mojej pracy magisterskiej Cierpienie i śmierć w życiu i myśli ks. Tischnera (Collegium Civitas), rozdział o miłosierdziu na pracy licencjackiej Społeczny wymiar miłosierdzia w myśli ks. Tischnera (Wyższa Szkoła Europejska im. ks. Tischnera). Część przedstawiająca wpływowe dla Tischnera postacie bazuje w pewnej mierze na moich publikacjach w „Tygodniku Powszechnym”, które dotyczyły relacji Tischnera z Karolem Wojtyłą - Janem Pawłem II, św. Franciszkiem z Asyżu, o. Kolbe, a także przedstawiały portret biskupa Jana Pietraszki i rolę miłosierdzia w myśli i życiu księdza Tischnera oraz papieża Wojtyły.

Pragnę złożyć serdeczne podziękowania wszystkim tym, bez których pomocy książka ta by nie powstała – osobom, które w ciągu ostatnich pięciu lat poświęciły swój czas, by podzielić się ze mną cennymi wspomnieniami i uwagami.

Przede wszystkim dziękuję rodzinie księdza Józefa – za życzliwość, otwartość i zaufanie. Szczególny rodzaj podziękowań składam Janinie Tischner, której pamięci dedykuję tę książkę. Bratowa Księdza zmarła w 2011 roku. Dziękuję jej mężowi, Kazimierzowi Tischnerowi – za nieustanną życzliwość i mobilizację. Państwu Barbarze i Marianowi Tischnerom za serdeczność i zaufanie. Wielką pomoc we wcześniejszych pracach i w pracy nad książką okazywał mi bratanek Księdza, Łukasz Tischner, za co jestem mu wdzięczny.

Dziękuję Wojciechowi Bonowiczowi, biografowi Księdza, za wieloletnią już pomoc i nieocenione wsparcie przy „tematach Tischnerowskich” – poświęcił mi wiele czasu i otworzył przede mną niejedne drzwi. Dziękuję Witoldowi Beresiowi i Arturowi „Baronowi” Więckowi, którzy zgodzili się, bym korzystał z niepublikowanych materiałów z ich prac nad znakomitym filmem Tischner. Życie w opowieściach.

Osobne podziękowania składam ks. dr hab. Robertowi J. Woźniakowi, którego twórczość wpisuje się w żywe dziedzictwo Tischnerowskie, czego znakiem fakt, iż ksiądz Robert jest laureatem Nagrody Tischnera (2008 r.). Dziękuję też osobom, które na wcześniejszych etapach pomagały mi w pracy. Przede wszystkim prof. Czesławowi Porębskiemu – za szkołę rzetelnego myślenia. To pod jego kierunkiem pisałem pracę o społecznym wymiarze miłosierdzia w myśli Tischnera, to na jego seminarium przez rok analizowaliśmy esej Inny, który stanowił część końcowych prac nad filozofią dramatu. Dziękuję też dr. Michałowi Bardelowi, który czuwał nad pracą o śmierci w życiu i myśli Tischnera. Osobne podziękowania należą się recenzentom moich prac: dr. Jarosławowi Gowinowi (o miłosierdziu) i dr. Annie Siwek (o śmierci), których krytyka i entuzjazm zachęciły mnie do dalszych prac nad myślą i życiem autora Myślenia według wartości.

Podziękowania składam na ręce tych wszystkich, którzy ze mną o księdzu Tischnerze i jego dziele rozmawiali, nieraz dzieląc się osobistymi wspomnieniami oraz ciekawie interpretując jego spuściznę. Chciałbym, by wyrazy mojej wdzięczności przyjęli: ks. Adam Boniecki, red. Krystyna Czajkowska, o. Marek Donaj OSA, kard. Stanisław Dziwisz, prof. Jacek Filek, prof. Tadeusz Gadacz, Anna Grajcarek, ks. Robert Nęcek, kard. Kazimierz Nycz, bp Tadeusz Pieronek, ks. Jerzy Raźny, bp Grzegorz Ryś, bp Stanislav Stolárik, ks. Mieczysław Turek, dr Adam Workowski, red. Jacek Żakowski. Składam również podziękowania, na ręce rodziny, śp. prof. Andrzejowi Szczeklikowi. Również pośmiertnie dziękuję abp. Józefowi Życińskiemu, który kibicował tej książce i tylko z mojej winy brak w niej jego wspomnień, gdyż on sam o naszym niedoszłym spotkaniu mi przypominał. Dziękuję również redakcji „Tygodnika Powszechnego”, w którym wielokrotnie mogłem pisać o księdzu Tischnerze.

Dziękuję za stworzenie dogodnej atmosfery do pracy swojej Rodzinie: Anicie i Marysi oraz rodzicom Dorocie i Witoldowi.

Książka ta wiele zawdzięcza wszystkim wymienionym osobom. Jednocześnie cała odpowiedzialność za jej kształt spoczywa wyłącznie na mnie.

Na końcu książki Czytelnik znajdzie informację o dwóch ważnych inicjatywach, którym patronuje postać bohatera tej książki. Zachęcam, by się z nimi zapoznać, a także – by je wesprzeć. Oczywiście każda z nich potrzebuje wsparcia finansowego, ale również obie one zachęcają wręcz, by zaangażować w nie zwłaszcza swój czas, siły, entuzjazm i modlitwę.

Jedną inicjatywą jest Stowarzyszenie Drogami Tischnera. Skupia ono wiele szkół, których patronem jest autor Etyki solidarności. Nad całością działań czuwa Kazimierz Tischner, niezmordowany organizator. Drugą inicjatywą jest Krakowskie Hospicjum dla Dzieci im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie. Jeżeli gdzieś pytania o ludzki dramat nabierają największej wagi, to właśnie tam. Więcej wiedzieć nie trzeba.

Wprowadzenia do książek pisze się na końcu pracy nad tytułem. To rozsądne, gdyż nigdy nie wiadomo z całą pewnością, gdzie myśl i pióro człowieka zawiodą. A może go w tej pracy wręcz zwiodą? Parafrazując powiedzenie księdza Tischnera, że ważne jest nie to „jak” żyć, ale „z kim” żyć, mam nadzieję, że nie jest również ważne to „jak” autora zwodzi myśli, lecz „komu” daje się ona zwieść. Nie mogę mieć w tej mierze pewności, ale w przypadku tej książki tym kimś był Tischner. Ta książka jest więc w jakimś sensie świadectwem mojego z nim spotkania, które rozpoczęło się przed dekadą.

Kończyłem pisać tę książkę 30 czerwca 2013 roku. Do wystukania pozostały mi dwa akapity, gdy musiałem przerwać pracę, by jeszcze zdążyć na „ostatnią” Mszę w Krakowie.

O godzinie 21.30 kolegiata św. Anny, pomimo początku wakacji, była ściśle wypełniona. Od kilku lat Mszę o tej porze sprawuje tam ksiądz Wojciech Węgrzyniak, znakomity kaznodzieja, który wpisuje się w standardy biblijnej homiletyki stworzone tam przez biskupa Jana Pietraszkę, czyli mistrza ewangelicznej wiary księdza Tischnera. Przed końcowym błogosławieństwem ksiądz Węgrzyniak poprosił zgromadzonych o modlitwę – za księdza profesora Józefa Tischnera z okazji mijającej dwa dni wcześniej 13. rocznicy jego śmierci. A po błogosławieństwie w świątyni zabrzmiał śpiew: „Jezu, ufam Tobie”…

Rozdział pierwszy

Rozmowy z chorym

Chrypka zaczyna dokuczać księdzu Józefowi Tischnerowi wiosną 1997 roku. Zjawia się od czasu do czasu, sprawia więc wrażenie nawracającego efektu przeziębienia. Ale skoro zima ustępuje, sezon chorobowy powinien się kończyć. Chrypka jednak się nie kończy. Przeciwnie, zaczyna coraz bardziej dawać się we znaki. Ale wina znów idzie na karb pogody, bo wiosna jest deszczowa, a duża wilgotność powietrza sprzyja chorobom dróg oddechowych.

Już w maju zaczynają się intensywne opady, zapowiedź bliskiego kataklizmu. Zanim z końcem miesiąca woda po raz pierwszy w tym roku wyleje poza koryta rzek, Tischner zdąży odprawić Mszę polową na rozpoczęcie sezonu flisackiego na Dunajcu. Powie: „Na jednej tratwie płyniemy”. Wkrótce te słowa nabiorą nowego znaczenia.

To wtedy też filozof po raz pierwszy, mimochodem, poskarży się na ból gardła. Dolegliwość jest jednak na tyle uciążliwa, że zwykle stroniący od wizyt lekarskich Tischner decyduje się na pójście do specjalisty. Niedaleko rodzinnej Łopusznej, w Nowym Targu, trafia do laryngologa cieszącego się w okolicy dobrą opinią. Otrzymuje receptę na antybiotyk, który ma zwalczyć anginę i zapalenie krtani. Lekarka zaprasza go również na kolejną wizytę, by już po wyleczeniu choroby wycisnąć widoczny w gardle ropień.

Pomimo kuracji chrypka nie ustępuje. Tischner zaś odwleka kolejne wizyty u laryngologa. Na początku lata głowę zaprzątają mu ważniejsze sprawy. Na uczelni kończy się semestr, trzeba więc uporządkować wszystkie sprawy studenckie i administracyjne, nad którymi czuwa jako dziekan Wydziału Filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej. Poza tym musi wywiązywać się z przyjętych wcześniej zaproszeń i jeździć na liczne konferencje krajowe i zagraniczne.

W czerwcu jego uwagę przykuwa pielgrzymka Jana Pawła II do Polski: papież odwiedza kilka miast, do których za trzy tygodnie wtargnie woda, wizytuje również Podhale. Podczas spotkania z przedstawicielami świata nauki w krakowskim kościele św. Anny Jan Paweł II dostrzega Tischnera w ciasno ustawionym szpalerze ludzi wewnątrz świątyni. Wywołuje go do siebie i wypowiada słowa, które staną się symbolem sympatii, jaką Karol Wojtyła darzy filozofa. „Józku, latałem nad twoją bacówką” – śmieje się, nawiązując do swojego przelotu helikopterem nad Tatrami i Turbaczem w drodze z Zakopanego do Krakowa.

W końcu jednak Tischner decyduje się na ponowną konsultację lekarską. I ponownie otrzymuje antybiotyk. Jednak kuracja kolejny raz nie przynosi poprawy: gdy lekarstwa się kończą, następuje chwilowa poprawa, po pewnym czasie jednak powraca dyskomfort.

W pełni lata chrypka jest już stała, a Tischner mówiąc, szybciej się męczy i jego głos jest nieco cichszy. Gdy mówi przez dłuższy czas, słowa więzną mu w gardle, musi odchrząkiwać. Z czasem coraz częściej. Dopóki kontroluje ten odruch, stara się być dyskretny. Pod koniec lata robi to już bezwiednie. We wrześniu musi przepychać własny głos przez krtań, jakby nie był już w stanie przejść płynnie od zdania do zdania. Ale przy tak intensywnej eksploatacji, jaką Tischner funduje swojemu gardłu, chrypka nie wydaje się mimo wszystko czymś dziwnym. Niepokoi raczej odczuwany ból gardła, z którym walczy antybiotykiem, płukaniem gardła i pastylkami do ssania. Nie sposób zresztą przejmować się, ot, grypą, uciążliwym przeziębieniem czy przemęczeniem głosu, gdy wokół rozgrywa się tragedia.

Stojąc dziś przy łopuśniańskim kościele, pięknej drewnianej świątyni, na dopiero co odrestaurowanej średniowiecznej elewacji widzimy metalową tabliczkę. Mieści się na wysokości wzroku dorosłego człowieka. Wskazuje poziom wody, która w 1997 roku wystąpiła z leżącego parędziesiąt metrów dalej Dunajca. Tischner, wolny już od akademickich obowiązków, był wówczas w Łopusznej.

Z końcem czerwca 1997 roku przychodzą bardzo intensywne opady[12]. Początkowo wygląda to na powtórkę deszczy sprzed miesiąca. Ale tym razem nie przestaje padać. Wzbierają rzeki Niemiec, Czech, Austrii, Słowacji. W Polsce zaczyna się powódź tysiąclecia. W ciągu czterech najbliższych tygodni woda odbierze życie 56 osobom. Drugie tyle zginie w powodzi w sąsiednich krajach.

Pierwsza fala deszczu, która skutkuje powodzią, trwa przez tydzień. W ciągu doby lokalnie wielkość opadów wynosi nawet czterokrotność miesięcznych norm. Pomiędzy 3 a 10 lipca stan wód wzrasta tak gwałtownie, że płynący przez Łopuszną Dunajec szybko osiąga na wysokości Nowego Sącza stan alarmowy, który po siedmiu dniach jest przekroczony o niemal półtora metra. Poziom wody sięga 526 centymetrów. Rzeka wylewa daleko poza koryto, w pobliskim Knurowie zrywa most. Przepływająca na tej wysokości Polski Wisła wraz z końcem pierwszej fali powodzi przekracza stan alarmowy o ponad trzy metry. Kiedy fale kulminacyjne wody Wisły i Dunajca łączą się w tej pierwszej, odnotowany zostaje najwyższy w historii stan Wisły.

Chociaż sytuacja wygląda tragicznie, ewakuowanie ludzi nie jest proste. Wielu odmawia. Jak zostawić dobytek życia? Inni pamiętają potężną powódź sprzed czterech dekad i mówią, że skoro wówczas przetrwali na swoim, to przetrwają i tym razem. W rejonie Łopusznej swoje gospodarstwa ostatecznie musi opuścić ponad 350 osób.

W jeden z pierwszych lipcowych wieczorów woda Dunajca zalewa teren, na którym przy rzece stoi kościół pod wezwaniem Trójcy Świętej w Łopusznej. Tischner przychodzi do świątyni – akurat w tych dniach nie ma proboszcza, który pojechał na prywatną pielgrzymkę za granicę – i wynosi ze świątyni Najświętszy Sakrament w monstrancji. Umiejscawia Go na plebanii, położonej wprawdzie tuż obok, lecz już parę dobrych metrów wyżej niż kościół. Łopuśnianie, sprawdzonym sposobem, obwiązują świątynię mocnymi linami. Mężczyźni będą czuwać, by woda nie porwała liczącego przeszło pięćset lat kościoła.

Liny trzyma także Wojtek, syn brata Tischnera, Kazimierza. Emocje w rodzinie są duże, bo zagrożone może być życie najbliższych osób. W podsądeckich Stadłach mężczyźni linami chcą uratować most. Trzech z nich porywa rzeka, uratować uda się tylko dwóch. W oczach Tischnera sytuacja może się jawić jako doświadczenie gry ze śmiercią, o której tyle sam mówił; jako doświadczenie sytuacji granicznej: kto nie zaryzykuje swojego życia, ten nie jest w pełni wolny… Ale sytuacja bynajmniej nie sprzyja rozmyślaniom, potrzebne jest działanie. Nawet gdy opady najpierw zelżeją i wreszcie ustaną, rzeki bardzo powoli obniżają swój poziom. Ludzie zaczynają liczyć straty.

Zaledwie po tygodniu od poprawienia się pogody naciera druga fala opadów. Od 18 do 22 lipca znów leje bez przerwy. Tym razem rzeki wzbierają natychmiast, bo ziemia nie jest w stanie przyjąć ani kropli wody. Odra na odcinku ponad 500 kilometrów przekracza dopuszczalny stan – przepływy są tak duże, że statystycznie zdarzyć się mogą raz na tysiąc lat. Podczas gdy wcześniej woda zniszczyła majątek, to trzeci tydzień powodzi niszczy nadzieję. Tischner widzi zrozpaczone twarze poszkodowanych osób i gruzowiska, które pozostały z ich domów; wielu mieszkańców wsi nie ma żadnego ubezpieczenia, a więc też szansy na nowy początek. Bilans strat materialnych jest porażający. Gdyby liczyć go w pieniądzach: to ponad 12 miliardów złotych. Gdyby mówić o ludziach: trzeba pomyśleć o przeszło 7 tysiącach osób, które z końcem lipca zostały bez dachu nad głową, i kolejnych 40 tysiącach, które straciły dorobek całego życia. Hymnem mobilizacji społecznej do pomocy staje się piosenka zespołu Hey mówiąca o tym, że „moja i twoja nadzieja może uczynić dziś cuda”…

Kiedy wreszcie po 22 lipca powódź ustąpiła – choć później przychodzą jeszcze niepokojące opady – Tischner pisze w „Tygodniku Powszechnym” komentarz pod znamiennym tytułem Pytanie o sens[13]. Charakter tekstu przywodzi na myśl jego zaangażowane teksty z lat 80. W każdym zdaniu pobrzmiewa wysoki ton. Tischner w swoim stylu ustawia się ponad emocjami, które przecież były także i jego udziałem. Kiedy wszechobecne są liczbowe zestawienia strat materialnych i wyliczanie strat duchowych, jak utrata wiary w przyszłość – Tischner chce porządkować myślenie i budzić sumienia. (To właśnie tego rodzaju ton zniechęcał do niego część ludzi w latach stanu wojennego. Oczekiwali wówczas ze strony Tischnera manifestów, deklaracji politycznych, emocjonalnej bliskości. On zaś wygłaszał w krakowskim kościele św. Anny kazania zanurzone w filozofii).

Tischner najpierw odróżnia zło – które jest efektem ludzkich działań – od nieszczęścia, którego człowiek nie jest winien. Potem stawia w perspektywie wiary pytanie o sens nieszczęścia, jakim jest powódź. Stanowczo wyklucza interpretację o Bożej karze. (Choć, dodajmy, jest ona możliwa, lecz w rozumieniu nie kary doraźnej, lecz konsekwencji grzechu pierworodnego). Kara taka dosięga bowiem tego, kto zawinił, zaś wielka woda dotknęła także niewinnych. Tischner proponuje więc inny klucz: znaku czasów. Krytykuje to, co uderzyło w oczy: egoizm, odmowę pomocy, szabrownictwo. Ale nie nazywa tego dosłownie, lecz pisze subtelnie: ustąpienie wody odsłoniło bowiem nie tylko ruiny, ale też fakt, że „naszemu życiu społecznemu wiele brakuje”. Bo gdy chodzi o konkretne czyny, polska wspólnota katolicka okazuje się pęknięta: „ratowanie własnej skóry czy… własnego krzesła jest ważniejsze od ratowania cudzego życia”. Nieszczęście, pisze, może wyzwolić w człowieku dobro albo zło, podłość lub solidarność. Wspomina o wrocławskiej grupie młodzieży, która niespełna dwa miesiące wcześniej pracowała przy pielgrzymce papieża, a teraz na powrót się skrzyknęła i pomaga ofiarom powodzi.

Tischner proponuje, by ów znak czasu, jak nazywa dopiero co miniony kataklizm, rozumieć w perspektywie zbawienia: cokolwiek uczyniliście najmniejszemu z braci moich, Mnieście uczynili…

Nic dziwnego, że przez cały lipiec nie miał czasu zająć się swoim zdrowiem. W sierpniu nie jest lepiej. Sporo pisze do gazet. Zaległe obowiązki, kilkudniowa konferencja w Paryżu, odkładane na okres wakacji prace pisarskie, starania, by rozwinąć autorską koncepcję filozofii dramatu. Czas się kurczy, bo przecież z początkiem września znów zaczną się piętrzyć prace związane z nowym semestrem akademickim. A do tego wciąż jeździ do Łopusznej na dwa, trzy dni, potem znów rusza w inne miejsca Polski.

10 sierpnia 1997 roku odprawia Mszę na Turbaczu. „Na tym polego ta nasa wędrówka w góry, ze idący w góry, spotykomy siebie. A spotykając siebie, spotykomy Boga – bo »ka jest dwók abo Trzek w imię moje, tam Jo jestem pomiędzy nimi«”[14]. Głos ma mocny, humor wyborny. Mówi trochę sentymentalnie o młodości, o śpiewaniu, o swoim dziadku i o góralskim honorze. Sądząc po nagraniu, jest w pełni sił. Zachęca do czytania pojawiającej się w tym czasie na łamach „Przekroju” w odcinkach Historii filozofii po góralsku – na jej książkowej promocji jesienią 1997 roku nie będzie się mógł pojawić. Nawiązuje do sprawy Józefa Kurasia „Ognia” – robi to w tym czasie też na innych, prasowych forach. Kończy znów wątkiem z Ewangelii: „Jakby nos tu nie było, to by tego Pana Boga między nami nie było”. „A jako pieśń zostanie po nas w tych górach? No usłysymy”. „Kie pójdziemy stela / to nos będzie skoda. / Po Górak, dolinak, / płakać będzie woda”.

Kiedy schodzi z Turbacza, jak zapamiętał brat Kazimierz, jest z przebiegu Mszy bardzo zadowolony. Tryska humorem. „Tak dobrze wyszło – mówi – jakby to ostatnia Msza miała być”. Ten żart właśnie stał się faktem i Tischner już więcej Mszy na Turbaczu, gdzie odprawiał je od niemal dwudziestu lat, nie poprowadzi.

W ten sam sierpniowy weekend w „Gazecie Wyborczej” można przeczytać jego tekst o biskupie Janie Pietraszce, który nauczył go ewangelicznego myślenia. Jednocześnie dzień wcześniej w biuletynie Katolickiej Agencji Informacyjnej ukazała się rozmowa z Janem Marią Jackowskim, który wiosną opublikował książkę Bitwa o prawdę, a w niej w niewyszukany sposób atakował Tischnera. Felietonistę Radia Maryja, który wykorzystuje okazję, by kolejny raz uderzyć w ideowego oponenta, odpytują Jan Grzegorczyk i Paweł Kozacki OP. Tischner wysyła do „Tygodnika” list, w którym dziwi się nie słowom Jackowskiego, lecz „niekompetencji pytających”, których „zadowala byle chrząknięcie”[15].

Przychodzą dalsze zamówienia na teksty. Pod koniec miesiąca Tischner na łamach „Gazety Wyborczej” mierzy się z zataczającym coraz szersze kręgi przekonaniem o rozpadzie idei „Solidarności”[16]. W tym czasie regularnie publikuje w „Tygodniku Powszechnym” eseje, które złożą się na jego ostatnią wydaną za życia książkę. W „Znaku” z kolei od maja rozpoczęto publikację pisanych w formie listów rozmów Tischnera z jego przyjaciółką Wandą Czubernatową, podhalańską poetką, które złożą się później na książkę Wieści ze słuchanicy.

We wrześniu gardło dokucza Tischnerowi stale, ale odruchowe już odchrząkiwanie sprawia, że dolegliwość jest niemal oswojona. Skoro zaś nie uniemożliwia pracy, to można z jej leczeniem poczekać. Poza tym wciąż „coś” się dzieje. W telewizji wyemitowany zostaje odcinek program edukacyjnego dla dzieci Ulica Sezamkowa. Tischner jest gościem specjalnym, zaprezentowanym jako góral i duszpasterz. To będzie jedno z jego ostatnich nagrań „z głosem”. Sytuacja jednak zaczyna się zmieniać. Ze względu na niedyspozycję głosu nie może kontynuować wszystkich zajęć. Chrypkę słychać we wrześniowych nagraniach telewizyjnych z dziennikarką Eweliną Puczek. Również w nagraniu radiowym Skrzyżowanie dróg. Norwid księdza profesora Józefa Tischnera zarejestrowana zostaje chrypka[17]. Historii filozofii po góralsku w Radiu Kraków już nie będzie odczytywać i w narratorkę wcieli się Stanisława Trebunia-Staszel.

Od sierpnia członkowie rodziny sugerują Tischnerowi, że najwyższa pora zmienić lekarza, bo dotychczasowy widocznie nie ma pomysłu na leczenie. We wrześniu bratowa Barbara, żona Mariana, nie daje już za wygraną i nalega na wizytę u innego specjalisty. Tischner początkowo zbywa ją i problem obowiązkami i wyjazdami. Dużo czasu spędza w Wiedniu, gdzie w Instytucie Nauk o Człowieku, który założył kilkanaście lat wcześniej z przyjacielem Krzysztofem Michalskim, szuka teraz azylu, by cierpliwie zmagać się z rozwijaniem autorskiej perspektywy filozoficznej. Nie chce jednak, żeby odbywało się to kosztem innych zobowiązań. Dlatego na przykład jedzie tam i z powrotem z Wiednia do Krakowa, by wygłosić prelekcję dla krakowskich pielęgniarek. 8 września do 500 zgromadzonych osób na konferencji o epidemii wirusa HIV mówi: „Nasze człowieczeństwo objawia się i hartuje w odkrywaniu Boga w osobie, która przeżywa dramat choroby i śmierci”[18].

Wreszcie, choć tego nie planuje, trafia do kolejnego specjalisty, tym razem w Krakowie. Działa pod wpływem impulsu. Idąc przez Rynek Główny, dostrzega szyld spółdzielni lekarskiej. O pracującym w niej doktorze słyszał właśnie od bratowej Barbary.

Tak Tischner trafia w drugiej połowie września do doktora Jana Kulisiewicza. Rozpoznanie jest natychmiastowe. Rak krtani. Nowotwór jest już tak zaawansowany, że lekarz od razu widzi, z czym ma do czynienia. Najpierw jednak trzeba jeszcze wykonać biopsję; bolesny zabieg pobierania wycinka tkanki, by ustalić w badaniu mikroskopowym charakter i proces chorobowy.

Przed otrzymaniem wyników badań Tischner próbuje jeszcze przez tydzień normalnie żyć. Dopóki nie pozna diagnozy postawionej na podstawie biopsji, dopóty jest nadzieja, że to jednak nie nowotwór. Spotyka się na kolacji z małżeństwami Szczeklików i Wajdów. Jest tak zachrypnięty, że ledwie mówi. Przytakuje słowom o przeziębieniu jako przyczynie swojej głosowej niedyspozycji. Rozmowa jest swobodna, więc pada żart, który jeszcze bardziej mu odpowiada: „Pewnie za dużo gadasz”. Wkrótce jego spotkania z Andrzejem Szczeklikiem, profesorem medycyny, będą wyglądać całkiem inaczej.

Na kolejnym spotkaniu z doktorem Kulisiewiczem Tischner ma już pewność. Lekarz działa natychmiastowo. Następnego dnia chory ma być w szpitalu. Tischner przyjmuje diagnozę i stosuje się do poleceń lekarza. Informuje rodzinę i uspokaja. „Na to się nie umiera”.

Trafia do szpitala im. Stefana Żeromskiego w Nowej Hucie, gdzie pracuje doktor Kulisiewicz. W dniu dziewiętnastej rocznicy wyboru Karola Wojtyły na papieża Tischner jest operowany przez doktora Romana Drążka. 16 października 1997 roku traci dużą część krtani, na której usadowił się nowotwór. Pozostaje mu jedna struna głosowa. I nadzieja: „Czuję, że go nie mam”.

Zdiagnozowanie nowotworu zaskoczyło wszystkich. Tischner nie miał do tej pory większych problemów zdrowotnych. Niekiedy przemęczał głos, tak jak i w ogóle się przemęczał. Dlatego diagnoza formułowana w Nowym Targu długo była wiarygodna dla niego samego i dla rodziny: chrypka jako efekt zapalenia krtani, ból, opuchlizna gardła i powiększone węzły chłonne jako objawy anginy. Jednak ów ropny guz był guzem nowotworowym.

Gwałtowna zmiana sytuacji – rozpoznanie raka i operacja – podcięła bliskim nogi. W najbliższej rodzinie pojawiło się poczucie winy: dlaczego wcześniej nie zauważyliśmy objawów choroby, dlaczego mocniej nie nalegaliśmy na Józia, żeby podjął leczenie? Janina Tischnerowa nieraz się zastanawiała, czy aby już na nagraniach do telewizyjnego serialu Siedem grzechów głównych po góralsku w 1995 roku nie słychać, że głos Tischnera nieco zaczyna się zmieniać. Bo takie, po czasie, miała wrażenie.

Pojawiły się oczywiście pytania o przyczyny choroby. Zastanawiały bardziej członków rodziny Tischnera niż jego samego. Co on sam na ten temat sądził – nie wiadomo. Odwołując się do słów wypowiedzianych na niedługo przed diagnozą o różnicy między złem i nieszczęściem – ten rak to było nieszczęście. Taka odpowiedź nie jest bez znaczenia. To, czy człowiek sam sprowokował chorobę, czy po prostu akurat na niego „padło”, niesie ze sobą ważne konsekwencje. Dotyczą one nie tylko samopoczucia chorego, ale także podejścia lekarzy i społecznej oceny. W przypadku raka krtani medycyna jest zgodna: najczęściej to nowotwór zawiniony przez samego chorego[19].

A jednak choroba Tischnera była niezawiniona. Czynniki ryzyka typowe dla tego nowotworu jego akurat nie dotyczyły. Po pierwsze, nigdy nie palił tytoniu. I to mimo tego, że jego ojciec był nałogowym palaczem. Do dzisiaj krąży po Łopusznej wspomnienie, że Józef senior, który sprowadzał sobie tytoń z Chrzanowa i sam skręcał papierosy, jak to wówczas powszechnie robiono, potrafił wypalić najmocniejszego nawet skręta. Kiedyś zdobył czarne liście tytoniowe, które były tak mocne, że żadnemu mężczyźnie we wsi nie udało się wypalić całego papierosa. Tymczasem palacze stanowią ponad dziewięćdziesięcioprocentową grupę pośród tych, którzy zapadają na raka krtani. Po drugie, Tischner nie pił alkoholu. Czynnikiem zwiększającym ryzyko zachorowania, istotnym zwłaszcza w połączeniu z paleniem, jest stałe nadużywanie trunków z procentami. A problem ten dotyczy połowy diagnozowanych przypadków. Tischner jednak nie tylko nie nadużywał, ale niemal w ogóle nie używał alkoholu. Po trzecie, nie był pracownikiem tych gałęzi przemysłu, w których człowiek ma stałą styczność ze szkodliwymi substancjami, takich jak przemysł metalurgiczny, gumowy czy tworzyw sztucznych. Po czwarte wreszcie, powstaniu raka krtani sprzyja zła dieta: bardzo mięsna, zwłaszcza z mięsa konserwowego. Tischner jednak jako diecezjalny kapłan stołował się w księżowskiej stołówce, a w Łopusznej tym bardziej nie mógł skarżyć się na posiłki.

Bezpośrednio nie, ale już pośrednio niektóre czynniki ryzyka Tischnera obejmowały. Były charakterystyczne dla czasu, w którym żył. Do niedawna Polacy palili dużo i wszędzie. Tymczasem palenie bierne – gdy przebywa się w dymie nikotynowym – również ma konsekwencje zdrowotne. Palacze bierni także są zagrożeni rozwojem nowotworów. Nie tylko kontekst kulturowy, ale też… budowlany potencjalnie mogły mieć udział w rozwoju nowotworów dróg oddechowych. W latach PRL wykorzystywanym materiałem przy kryciu dachów domów był azbest, którego pyły mają właściwości rakotwórcze. Nie były to jednak okoliczności na tyle istotne, by szukać w nich przyczyn choroby Tischnera: ani nie był wiecznym gościem zadymionych lokali i towarzyskich spotkań, ani nie spał pod dachem z azbestu.

Trzeba też wykluczyć genetyczne podłoże choroby. Akurat rak krtani nie jest warunkowany występowaniem nowotworu w rodzinie. Chociaż ten trop wydawał się wręcz naturalny, ponieważ w dramatyczny sposób jurgowska część rodziny Tischnera wyniszczana jest przez nowotwory złośliwe. Nie można go zresztą całkiem wykluczyć, bo podatność na nowotwory w rodzinie może oznaczać podatność także i na te, które nie są warunkowane genetycznie.

Rozstrzygający wydaje się jednak inny czynnik. Proces inicjujący rozwój raka może być spowodowany również przez przewlekłe stany chorobowe krtani, głównie jej chroniczne zapalenie. Tischner pracował głosem zarówno jako kapłan, jak i jako wykładowca. Wielokrotnie przemęczał i przeciążał swój głos. Także niejeden raz przechodził zapalenie krtani. Niekiedy pracę głosem musiał wręcz odchorować. Tak było wiosną 1997 roku. W marcu brał udział w koncercie dyrygowanym przez Kai Bumanna w ramach jubileuszu miasta Gdańska. W Pasji według św. Łukasza Krzysztofa Pendereckiego wcielił się w rolę narratora-Ewangelisty. Wrócił wówczas do Krakowa z dużą niedyspozycją głosu, która przez pewien czas dawała mu się we znaki. Podejrzenie, że choroba nowotworowa przyszła wraz z męczącą chrypką w maju 1997 roku, raczej nie jest słuszne. Stadium rozwoju raka, w którym został on u Tischnera wreszcie zdiagnozowany, było zaawansowane.

Tischner stał się więc przypadkiem dopełniającym statystykę. „Rak krtani”. Taką samą diagnozę w tym czasie słyszało około dwóch i pół tysiąca osób rocznie. Teraz ta liczba nieco maleje. Mimo to Polska od lat plasuje się w czołówce zapadalności na ten nowotwór. Rak krtani to po raku płuc drugi najczęstszy nowotwór dróg oddechowych. Krtań zaś pozostaje drugą po nowotworach skóry najczęstszą lokalizacją narządową wśród nowotworów głowy i szyi.

Poza brakiem bezpośrednich czynników ryzyka, Tischner pasował do przeciętnego obrazu chorego. Był mężczyzną – a mężczyźni zapadają na raka krtani niemal osiem razy częściej niż kobiety, statystycznie 12 mężczyzn na 1000. Miał 66 lat – najczęściej nowotwór rozwija się w przedziale wiekowym 61-70. Diagnoza przyszła zbyt późno – przeciętnie rozpoznaje się tę chorobę po pół roku od wyraźnego zaobserwowania objawów, które występują przy innych dolegliwościach krtani: chrypka, duszność, ból przy przełykaniu. Zmarł niespełna trzy lata od rozpoznania – tak jak większość chorych zdiagnozowanych już na etapie zaawansowanego rozwoju raka.

Rokowania nie mogły więc być dobre. Rak krtani stanowi dziewiątą w kolejności najczęstszą przyczynę zgonów mężczyzn na nowotwory w Polsce. Przy dużym zaawansowaniu choroby połowa chorych po usunięciu krtani przeżywa przynajmniej pięć kolejnych lat. Pojawienie się przerzutów obniża ten wskaźnik do nieco ponad jednej trzeciej. Perspektywa czasowa, w jakiej Tischner musiał zacząć myśleć o swoim życiu, była perspektywą wyraźnie skończoną.

„Zacyno sie od tego, ze jakosi baba – nie wiym skąd, moze z kieleckiego – ruicyła na mnie urok. Poźrała jakosi krzywym okiym, jo się na cas nie osotoł, nie splunół, jako trza, i po casie urosła mi Bula w krztóniu. Pokiela se była niewielko, to se mogła być. Ale rosła. Kóniec kóńcym trza było dać wyrznąć. No, nie powiym, ciekawe”[20].

Tak trzy miesiące po operacji Tischner będzie opisywać przyczyny swojej choroby w liście z cyklu Wieści ze słuchanicy. Opisze też sam zabieg: „Co hań sy mnóm robili, to nie wiym, bo-jek społ. Jak-ek sie ozbudziył, to garło miołek zatkane kopciem ze smaty, jako to downiej obóńki z mlykiym zatykali, kie trza je było z gór zwieźć”.

Żartów nie będzie również szczędzić swojej kondycji i wyglądowi po operacji. „Do nosa wetkali mi rułecke, coby gołębie miały na cym siadać, jakby miały ochote. I bez tóm rułecke zacyni mi wlywać jodło. No, tyz piyknie. Nie musis się męczyć, rusający kufom. Ino ze to zarcie nosym nijakiej radości ci nie daje, bo omijo smak. I mogóm Ci hań wlywać syćko, co majom pod rękom, a Ty i tak nie cujes, co. Nima juz nijakiej róźnicy między, dajmy na to, naftom a mlykiym, winym a kwaśnicom, wodóm ze źródła a śpyrytusem. A Ty, jak se tak lezys z kopciem w gembie, to głowe mos pełnóm wselnijakich smaków. Dopiero Ci się bacuje! A to grule z kwaśnym mlykiym u Krzystynioka w Jurgowie, a to moskol piecony na blachach z Ostrowska, a to kwaśnica przysposobiona z Sumolowej z Łopusnej, a do tego jesce piwo, piwo, piwo… A Ty lezys, jak tyn scór. A tu jesce ludziska przychodzóm, patrzóm na chłopa z rułóm w nosie i kopciem w krztoniu i cekajóm, coby z kopcia jakóm pocieche usłyseć. Nie, nie trofio cie ślak! Ej Boze, dołeś tymu, co nimoze, a kie cłek móg, to mu nie doł Bóg”.

Ten ubrany w góralską gwarę ironiczny opis własnego położenia mówi bardzo wiele o Tischnerze z tego okresu. Nie tylko w wymiarze faktograficznym. Fakty bowiem były takie: po operacji Tischnerowi pozostaje jedna struna głosowa. Może się więc porozumiewać słownie, ale tylko szeptem, co jest męczące. Przez nos ma poprowadzoną sondę do żołądka, za pomocą której jest nawadniany, odżywiany i przyjmuje leki. Jedzenie nie trafia do jamy ustnej, dlatego Tischner jest pozbawiony jego smaku. Póki co jednak może to być normalne pożywienie, byle tylko odpowiednio zmiksowane. Jest też element estetyczny: rurka jest na twarzy na stałe. W gardle, na wysokości obojczyków, tkwi tracheotomijna dziurka umożliwiająca sprawne oddychanie. Dla chorych utrzymanie jej w czystości to spore wyzwanie: opatulona bandażem i plastrami wciąż się brudzi, co z kolei grozi zakażeniem i poważną infekcją.

Chcąc nie chcąc Tischner wchodzi w swoim życiu w nową rolę – w rolę chorego[21]. Człowiek ma zwykle w życiu do spełnienia kilka ról równocześnie. Zmieniają się one w czasie, jedne się kończą, inne zaczynają. Jednak rola chorego jest wyjątkowa. To rola, która dominuje pozostałe. Życie zawodowe, towarzyskie, a nawet rodzinne zostają ograniczone. Aktywności fizyczne i umysłowe zwykle nie mogą być dłużej prowadzone w tym samym co wcześniej wymiarze. Choroba przewlekła – najkrócej mówiąc: trwała, wymagająca terapii, powodująca nieodwracalne zmiany – jest zaburzeniem nie tylko biologicznym, lecz również psychologicznym i społecznym. Każdy z tych wymiarów zostaje w naszej kulturze dodatkowo pogłębiony przez spychanie choroby w sferę prywatną. Ograniczenie kontaktów międzyludzkich, jakiego doświadcza chory, wpływa na jego niższą samoocenę, ta zaś nie pozostaje obojętna na kondycję organizmu zmagającego się z chorobą i jego mobilizację do przezwyciężenia przypadłości.

Siłę zmian, jakim poddaje człowieka rola chorego, widać zwłaszcza na przykładzie księży. Chorych księży się nie zna, bo są „odsunięci od posługi”. Chory ksiądz jest jeszcze bardziej samotny. Choroba odcina kapłanów od duszpasterstwa i kontaktów towarzyskich, tracą swoje pozycje zawodowe i zwykle trafiają do domu księży emerytów lub pod opiekę sióstr zakonnych. Choroba spycha księdza w sferę prywatności jeszcze bardziej niż innych ludzi. Wszystko to jest zresztą tylko przedsmakiem doświadczenia obecnych standardów umierania: również bowiem śmierć została wyłączona ze społecznych ram, zinstytucjonalizowana i zmedykalizowana[22]… Już nie umiera się w domu, czego życzył sobie też Tischner, lecz umiera się w szpitalu, co stało się jego udziałem.

Tischner jednak od początku przyjmuje postawę, w której nie daje się zdominować roli chorego. Nie zarzuca swojej aktywności pisarskiej i pracy umysłowej, nie pozwala sobie na stłumienie ekspresyjnego temperamentu, nie izoluje się od kontaktów z ludźmi. Innymi słowy postępuje tak, by choroba zabrała mu jak najmniej z dotychczasowego życia. Entuzjastyczna atmosfera, jaka panuje po jesiennej operacji, jest efektem zarówno pozytywnego nastawienia Tischnera, jak i formułowania przez środowisko lekarskie i osoby najbliższe ocen pełnych nadziei na powrót do w miarę normalnego funkcjonowania.

Istotne w tym czasie są więc nie tylko opieka medyczna, lecz również bliskość innych ludzi i postawa Tischnera. Chory zwykle reaguje na wieść o ciężkiej chorobie albo zaprzeczaniem – tymczasem Tischner nie kwestionował lekarskiego wyroku, albo pomniejszaniem – nie bagatelizował też swojego stanu, albo akceptacją. Tischner przyjął diagnozę i przeżywał chorobę w sposób świadomy, a wręcz kontrolowany. W tym czasie nie doświadczał tzw. chwiejnej afektywności, która dręczy wielu chorych: przeżywania w bezpośrednim sąsiedztwie czasowym skrajnych uczuć od apatii po euforię.

Chciałoby się powiedzieć, że na tym etapie – kilka miesięcy po operacji – to nie rak trzyma Tischnera w garści, lecz Tischner trzyma w garści swoją chorobę. Nie daje się jej zawładnąć. Nie jest to jednak tylko spontaniczna reakcja na nowotwór złośliwy, lecz postawa, którą kształtował intelektualnie dwie, a nawet trzy dekady wcześniej. Wchodząc w przestrzeń szpitala i w rolę chorego, nie wkraczał w całkiem obce realia, lecz w sferę którą znał z zewnątrz, jako komentator i teoretyk. Teraz tylko, jesienią 1997 roku, przychodzi mu zderzyć przemyślenia z własnym doświadczeniem.

Dwie dekady wcześniej, w roku 1976, Tischner wygłosił w Krakowie cykl „pogadanek” z chorymi na białaczkę. Teksty opublikował później dominikański miesięcznik „W Drodze” pod tytułem Rozmowy z chorymi[23]. Co Tischner w nich mówi?

Na samym wstępie uczciwie wyznaje, że nie należy do osób doświadczonych chorobą ani nie jest lekarzem. Nie poczuwa się też do miana „znawcy cierpień”. Nie nazywa się również filozofem, lecz człowiekiem zaprzyjaźnionym z filozofią. Co więcej, zaznacza, nie ma zwyczaju, by filozof towarzyszył osobom chorym, choć przecież choroba jest doświadczeniem uniwersalnym: „Wielu ludzi chorowało i cierpiało przed nami. Idziemy drogą, którą już ktoś przeszedł, drogą wydeptaną przez ludzkość, drogą wielokrotnie przetartą”. Dlatego kłamstwem wmawianym człowiekowi przez cierpienie jest przekonanie, że on jeden cierpi. W tym samym czasie na drodze choroby są inni. Jedni idą w głębokim milczeniu, inni zaś mówią, choć się nie skarżą. Ich słowa mają szczególne znaczenie: „Może nie przez to, że są wielkie, ale przez to, że dokonały się w tak trudnych chwilach ich życia”. Nawet w cierpieniu, przekonuje Tischner, człowiek chce dzięki swojemu rozumowi widzieć światło w ciemności. Dlatego chorych na białaczkę zaprasza w swoich pogadankach na spotkanie z tymi, którzy myśleli cierpiąc i cierpieli myśląc – którzy w chorobie budowali swoją nadzieję.

Choroba jest głęboką tajemnicą. „Do człowieka, który jest w swoim wnętrzu prawdziwym życiem, choroba przychodzi od zewnątrz”. W wyniku konfrontacji z chorobą człowiek często doświadcza paradoksalnego wewnętrznego przebudzenia: z jednej strony, choroba chce go zniszczyć, z drugiej strony, ożywia jego wewnętrzną rzeczywistość. Dostrzegamy wyraźniej, co jest w nas prawdziwym życiem. „Choroba wyostrzyła nasz wzrok. Być może na zewnątrz widzimy gorzej, ale do wewnątrz, w zakamarki naszego serca widzimy lepiej. Być może dopiero teraz naprawdę spotykamy się sami ze sobą”. Tak cierpienie, którym przytłacza nas choroba, sprawia, że człowiek wręcz przekracza samego siebie. Zdolność przekraczania siebie jest zaś człowieczeństwem. Tischner kamufluje tutaj fragment Ewangelii: kto straci siebie, ten siebie zachowa, a kto będzie chciał siebie zachować, ten siebie straci. I jeśli przez całe życie człowiek musiał budować siebie na miarę sytuacji, w jakiej się znalazł – to tak samo jest w obliczu choroby. To człowiek musi przekroczyć ograniczenia, jakie ona stara się mu narzucić.

Tischner wprowadza pojęcie nadziei, na którym koncentruje się w tym czasie jego filozofia. Przedstawia je tu jako siłę, która „uzdalnia” człowieka do przekraczania siebie. Siła ta tkwi we wnętrzu osoby. Nadzieja rośnie w człowieku proporcjonalnie do prób, które on przechodził. „Im większa przemoc od zewnątrz, tym bardziej przemożna gotowość wewnątrz. Kto kiedy poznał wszystkie rozmiary wewnętrznych mocy człowieka?”. Próby porównać można do przerwania kładki, którą idziemy przez życie. Próba oznacza więc konieczność skoku, by ominąć wyrwę w kładce. Wraz z pokonanymi próbami umacnia się w człowieku nadzieja. W obliczu choroby trzeba zadziałać tak samo. Choroba przychodzi z zewnątrz, przerywa kładkę, którą idziemy, więc szansą na pokonanie wyrwy jest wewnętrzna mobilizacja nadziei – nadzieja jest gotowością do skoku. „Nadzieja zawsze musi być na miarę próby. Im większa próba, tym mocniejsza nadzieja”.

Z Na skalnym Podhalu Kazimierza Przerwy-Tetmajera, która jest jedną z jego ulubionych książek i skarbnicą przykładów, Tischner odczytuje podczas pogadanki fragment o Tomku Gadei, który poszedł do opuszczonej kopalni szukać rudy. Tę opowieść przywołuje nie pierwszy, nie ostatni raz – posłuży się nią również dwie dekady później. Śmierć jest tu personifikowana. Bohater, przemawiając do niej, jednocześnie ją ignoruje. Stwierdza, że człowiek musi przede wszystkim zachować „ducha”, a wtedy „nie będzie źle”. Tischner interpretuje to jako wskazanie na nadzieję, która przeprowadzić może człowieka przez największą próbę. Wielkość nadziei przewyższa wielkość życia. Człowiek czuje bowiem, że nadzieja wykracza poza życie, jak duch wykracza poza ciało. Człowiek świadczy o nadziei – „świadczy, jak w trudnych chwilach życia być człowiekiem naprawdę”. Świadectwo drugiego ma kolosalne znaczenie dla naszego własnego budowania nadziei.

Zwłaszcza w obliczu choroby, która często uzależnia od innych ludzi: lekarzy, pielęgniarek, rodziny, opiekunów. Często człowiek – by „postawić” na nadzieję – potrzebuje nie tyle opieki, co świadectwa innych chorych. Tischner, zastrzegający na początku, że nie będzie obarczać słuchaczy nazwiskami filozofów, ale korzystać z ich dorobku, robi wyjątek dla profesora Antoniego Kępińskiego (wcześniej opisał Sokratesa). Nazywa Kępińskiego niezwykłym człowiekiem i niezwykłym lekarzem. Cytuje jego pisma: o człowieku, który zawsze powinien wiedzieć, skąd przychodzi i dokąd zmierza, bo jest rozpięty między przeszłością i przyszłością, między tradycją a transcendencją. Powołuje się na Kępińskiego jako człowieka i myśliciela, który świadczył, że „człowiek jest przede wszystkim wielkością moralną: buduje się dzięki bohaterstwu drugich i buduje innych dzięki swojemu bohaterstwu”.

Człowiek może wybrać sposób bycia „według wdzięczności” lub „według pretensjonalności”. Tischner wskazuje na ten pierwszy. Wyjaśnia, że wdzięczność to „dawanie świadectwa temu, że człowiek całkowicie bez własnych zasług otrzymał dobro, które go zbudowało”. Co więcej, nic tak nie buduje człowieka jak wdzięczność. Ktoś, kto żyje według wdzięczności, jest w swoim wnętrzu jasny, jasnością promieniuje wokół – swoim istnieniem głosząc „chwałę życia”. Tischner cytuje filozofa Henriego Bergsona: wdzięczność to wdzięk duszy. A wdzięk pociąga. Dodatkowo: życie jest darem, który człowiek otrzymuje bez żadnej własnej zasługi, nawet nie ma możliwości podjęcia decyzji, czy chce pojawić się na świecie. „Darmo otrzymaliście, a więc darmo dawajcie” – mówi, znowu nie wprost cytując Ewangelię.

Choroba wiąże się też z lękiem. Tischner proponuje, by na ten lęk odpowiedzieć męstwem. Męstwo w obliczu lęku nie polega na jego unicestwieniu, ale na jego opanowaniu. Zaś lęk opanowany przestaje decydować o życiu człowieka, choć z życia nie znika. Innymi słowy – mówi Tischner – „duszy zabić nie mogą”. Odkrywać siebie w chorobie można też przez ufność, ponieważ każda ufność, dziecka i starca, „jeżeli tylko chce pozostać ufnością, musi być otwarta na nieograniczone możliwości życia. Gdy pozornie nic nie jest możliwe, być może wszystko jest możliwe”. Bo życie jest pełne mocy – przekonuje Tischner – i ból życia może także służyć życiu.

Tischner podsumowuje: choroba niespodziewanie przychodzi do człowieka z zewnątrz i pobudza człowieka wewnętrznego. Człowiek wewnętrzny poznaje jakby ból rodzenia, który staje się w chorobie jego udziałem, gdyż przez cierpienia choroby dochodzi do autentycznego siebie. Przychodzą pytania o sens choroby i o oblicze śmierci. Nie one jednak, ale refleksja nad tym, co jeszcze można zaoferować światu (innym ludziom) – czy nie ma kogoś, kto cierpi bardziej niż ja sam, i czy nie ma takich, którzy w obliczu choroby gubią własne człowieczeństwo oraz jak im pomóc – powinny zaprzątać ludzką głowę w chorobie.

Spotkania Tischnera z pacjentami szpitala, które zaowocowały „pogadankami”, nie są czymś niezwykłym. Kapłani od początku posługiwania mają kontakt z osobami starszymi i chorymi niosąc im posługę sakramentalną. Tischner na przełomie lat 60. i 70. miał już doświadczenie duszpasterskie. Nie czuł się z nim jednak dobrze. „Ja się po prostu bałem chodzić do chorych – wyzna później. – Bałem się, bo mi się wydawało, że ja nie umiem im nic powiedzieć”[24].

Tę barierę przełamały dopiero na początku lat 70., jak deklarował, wizyty u chorującego na nowotwór Antoniego Kępińskiego. Wówczas Tischner zrozumiał wagę samej obecności przy chorym i bliskości z nim. Symbolicznie wyrażają to słowa, które miał usłyszeć od wybitnego psychiatry: „Józku, ty masz taką terapeutyczną gębę”. Kępiński zmarł w 1972 roku. Był dla Tischnera autorytetem – najmocniej świadczy o tym fakt, że przygotowując pod koniec lat 80. przeglądowy wybór tekstów źródłowych współczesnych filozofów ze swoimi komentarzami, Tischner postawił Kępińskiego obok Heideggera, Husserla, Lévinasa, Ricoeura, Rosenzweiga i innego Polaka, Leszka Kołakowskiego; chociaż swoje eseje inspirowane myślą Kępińskiego, Filozofia wypróbowanej nadziei czy Ludzie z kryjówek, pisał mniej więcej ćwierć wieku przed przygotowaniem tego wyboru. Jak deklarował, to dzięki pracy Kępińskiego zrozumiał, czym może być filozofia życia[25]. Wygląda więc na to, że po okresie zakłopotania spotkaniami z chorymi, Tischner na tyle oswaja te sytuacje, że sam szuka tego rodzaju kontaktu. Cztery lata po śmierci Kępińskiego prowadzi pogadanki dla chorych na białaczkę. Wcześniej przychodził do nich jako kapłan, rozmawiał z profesorem Aleksandrowiczem i pielęgniarkami.

Julian Aleksandrowicz jest wybitną postacią medycyny, humanistą, człowiekiem o niezwykłej historii, autorem książki Nie ma nieuleczalnie chorych. To krakowski Żyd, który przetrwał getto, założył w nim szpital, i dołączył do Armii Krajowej. Był przyjacielem Haliny Poświatowskiej, z którą Tischner poznał się na seminarium profesora Romana Ingardena. To dzięki Aleksandrowiczowi poetka miała szansę wyjechać na operację serca do Stanów Zjednoczonych. Podobnie jak Kępiński, Aleksandrowicz szeroko zajmował się człowiekiem w kontekście medycyny. Rozwinął koncepcję ekologicznej prewencji przed nowotworami poprzez odpowiedni tryb życia i właściwą dietę. Ten nurt praktycznej refleksji, dziś już popularny, wówczas był w powijakach. Julian Aleksandrowicz zmarł na nowotwór w 1988 roku, tym samym co biskup Jan Pietraszko.

Dlaczego jednak w refleksji Tischnera brak odwołań do postaci lub dzieła Aleksandrowicza? Wydaje się, że zarówno biografia, jak i postawa tego ostatniego, a przede wszystkim perspektywa spojrzenia na człowieka – musiały być Tischnerowi bliskie. A jednak, choć odwołań do Kępińskiego jest wiele, to w dziedzictwie Tischnera brak nawiązań do Aleksandrowicza. Odpowiedzi należy szukać w szerszym kontekście: okres, w którym odbywały się i powstawały Rozmowy z chorymi, to właściwie zmierzch pewnego etapu drogi filozoficznej Tischnera. Począwszy od lat 80. stał się on osobą publiczną. Wybrał rolę, jak ją nazwał, „ciasnego filozofa sarmatów”. Dawne zainteresowania musiały więc ustąpić nowym problemom. Wraz z nową dekadą Tischner wszedł więc w problematykę społeczną. Pojawiły się wielkie tematy: solidarność, ojczyzna, praca, historia. Jeszcze następne dziesięciolecie było kontynuacją drogi „interwencyjnej” pracy intelektualnej i duszpasterskiej – odpowiadającej potrzebie chwili – a na pierwszy plan weszły: demokracja, religijność, przemiany okresu transformacji, polityka.

Autorski zapis pogadanek jest więc rodzajem podsumowania doświadczeń i refleksji Tischnera na temat sytuacji człowieka chorego. Rozmowy z chorymi mają swoje źródła przynajmniej w trzech doświadczeniach Tischnera. Pierwszym była zwyczajna praca duszpasterska, która wprowadziła go w kontakt z osobami chorymi i umierającymi. Drugim było spotkanie – rozumiane osobiście i intelektualnie – z Kępińskim. Dopiero bliskość z tym psychiatrą postawiła właściwie przed Tischnerem sam problem relacji z chorymi i umierającymi. Wreszcie filozofia, w której stawiał sobie pytanie o melancholię i nadzieję, dała mu odpowiednią perspektywę do głębszego spojrzenia na położenie chorych.

W tekście widać jeszcze jedną charakterystyczną rzecz – jaskółkę zapowiadającą przyszłą „publiczną” pracę Tischnera. Tymczasem w latach 70. jego pisarstwo filozoficzne można określić jako nastawione „terapeutycznie”. Rozmowy z chorymi są tym przeniknięte na wskroś ze względu na swój gatunek rzeczywistej pogadanki, sytuacji bezpośredniego kontaktu ludźmi. W innych artykułach rozstrzygająca jest z kolei intencja autora. To, co Tischner pisał, miało być użyteczne dla człowieka. Nie miało wchodzić w sieć relacji z innymi produktami życia akademickiego, by wpasować się w jakąś grę-układankę, lecz miało wpasować się w doświadczenie człowieka żyjącego w tym samym, co Tischner świecie. Co więcej, miało być jak światło, miało pełnić praktyczną rolę – w tym znaczeniu przybierało charakter „terapeutyczny”.

Tischner swoje teksty ustawiał jak drogowskaz z anegdoty o filozofie Maksie Schelerze. Anegdotę tę, często także w odniesieniu do siebie, cytował, mówiąc, że znak wskazuje drogę do miasta, lecz sam do niego nie idzie.

Czy więc Tischner słowami Rozmów z chorymi przekonałby siebie samego dwadzieścia jeden lat później? Czy kierował na odpowiednią drogę, czy może na manowce? Jednej odpowiedzi na to pytanie nie ma, bo przecież dróg jest wiele. Rozwiązania można szukać w próbie zderzenia słów z doświadczeniem – tę będziemy śledzić na dalszych stronach tej książki.

Pogadanki zawierają wiele elementów, które będą u Tischnera powracać. Znajdujemy je również w jego analizach filozoficznych i innych wypowiedziach. Nieraz mówił o tym, by utrzymać ducha, bo „duszy zabić nie mogą”, o tym, że choroba czy śmierć przychodzą z zewnątrz, a świadectwo życia może przekroczyć samo życie; przywoływał też Tetmajerowską opowieść o kopaniu rudy. Dla uważnego czytelnika pierwszego książkowego zbioru artykułów Tischnera zatytułowanego Świat ludzkiej nadziei, który ukazał się w 1976 roku, tekst pogadanek wygłoszonych w klinice Aleksandrowicza mógłby śmiało pełnić funkcję osobnego rozdziału tego debiutu.

W latach 90. zacieśniły się prywatne relacje Tischnera z przedstawicielami świata medycznego, głównie lekarzami. W sumie w różnym czasie znał się blisko z wieloma postaciami tego świata: Antonim Kępińskim, Juliuszem Aleksandrowiczem, Markiem Sychem, Andrzejem Szczeklikiem. Natomiast społecznie angażowała go działalność na rzecz małopolskich pielęgniarek i położonych. Małopolska Okręgowa Izba Pielęgniarek i Położnych poprosiła go o intelektualne wsparcie już w 1990 roku. Do czasu choroby Tischner współpracował z MOIPiP: brał udział w konferencjach, głosił prelekcje, konsultował projekty, udzielał wywiadów. Po śmierci otrzymał ustanowioną w 2001 roku nagrodę dla osób szczególnie zasłużonych dla pielęgniarek i położnych, medal „bene merentibus”. Tischnerowi przyznano ten, który nosił symboliczny numer „jeden”.

Kilkanaście dni przed tym, jak trafił do szpitala, wystąpił na wspomnianym już sympozjum o wirusie HIV zorganizowanym przez MOIPiP. Zachęcał, by na chorego patrzeć z zewnątrz – obiektywnie i od wewnątrz – empatycznie. „W przypadku chorego na AIDS ten punkt widzenia od wewnątrz jest szczególnie ważny, bo tragizm tej choroby jest większy. Ona wyłania się z głębi uczuć, z miłości, z sytuacji intymności, poświęcenia tego wszystkiego, co człowiek uważa za najcenniejsze w życiu. Choroba jest tu szczególnie perfidna. Atakuje w momencie, gdy człowiekowi wydaje się, że osiągnął szczęście”[26]. Mówił to w czasie, gdy strach ludzi przed kontaktami z nosicielami HIV, także ze strony pracowników służby zdrowia, dopiero zaczynał być przełamywany.

Tischner opisywał wówczas trzy obecne w kulturze europejskiej interpretacje choroby. Po raz kolejny poruszał się wyraźnie w horyzoncie zakreślonym już w pogadankach z chorymi na białaczkę. Jedno podejście – tłumaczył – ukazuje chorobę jako sytuację próby i buduje oczekiwanie heroizmu od człowieka nią dotkniętego. Drugie podejście traktuje chorobę jako wyzwanie i ucieleśnia ją z możliwością wglądu przez chorego w głąb tajemnicy życia. Trzecia perspektywa jest zaś zakorzeniona w Biblii i stawia pytanie o zło. Czy choroba ma związek z grzechem? „Choroba to kara, lecz nie zemsta – mówił. – W wyniku kary można się bowiem oczyścić, kara przywraca nadzieję zmartwychwstania. Chrystus przerywa tendencję do interpretacji choroby jako następstwa jakiegoś grzechu”. Chrześcijaństwo bowiem nadaje cierpieniu choroby sens zbawczy.

Nieco wcześniej, w połowie lat 90., w kościele w Łopusznej Ewangelię o uzdrowieniu chorego na trąd Tischner komentował jako tekst o tajemnicy ciała i choroby[27]. Mówił, że przecież choroby mogłoby nie być, że człowiek mógłby przejść przez życie, nie doświadczając jej, a jednak ona się człowiekowi zdarza i budzi protest. Tischner przywołał opis choroby zbójnika Józka Smasia, jednego z Tetmajerowskich bohaterów, który stawiał sobie pytanie o jej źródła. Wspominał zbójnickie wyczyny, które zapisały się na jego ciele: a to w postaci łapy niedźwiedzia, a to jako ślady młodzieńczych bijatyk. „Na starość młodość się zaczęła odzywać” – komentował Tischner. „Wilgoć w domu za młodu człowiek przetrzymał – na starość się odezwała. Strachy, jakieś lęki dziecięce zapomniane, na starość wracają. I takie jest spojrzenie człowieka na ciało. Jak człowiek młody, to nie zdaje sobie sprawy z tego, że ciało jest słabe”.

W odniesieniu do komentowanego tekstu Ewangelii padało pytanie: kto zgrzeszył? Ludzie byli przekonani, że choroba przyszła jako kara za grzechy. „Ale im się to tak bardzo w głowie nie mieściło, bo przecież wiedzieli, że chorują nie ino źli, ale i dobrzy”. Może więc to odzywają się winy rodziców. Tischner odpowiada odpowiedzią Jezusową: „Chory choruje, żeby się przez to okazała chwała Boża. Pan Jezus uzdrowił tego chorego – okazała się chwała Boża”.

Dodawał: „By jeszcze głębiej sięgnąć w tajemnicę choroby, to trzeba powiedzieć, że choroby przyszły na świat nie jako pomysł Boga, tylko jako pomysł złego. Jako pomysł diabła. Choroba jest wymysłem złego. Złe przychodzi i psuje Boską robotę. Przychodzi złe i to, co Bóg dobrego zrobi – niszczy. I tak w ciele człowieka odbywa się taka wojna pomiędzy dobrem a złem. Choroba jako ślad złego...”. Tischner zbudował analogię między „służbą zdrowia” i „służbą kapłańską”, bo w obu celem jest to, „żeby zwalczać dzieło szatana”. Wypowiedział słowa, których sens w następnych latach dramatycznie zagości w jego codzienności: „Ci, którzy pielęgnują chorych, są jakby od tego, żeby pokonać szatana w jego złym dziele”.

Tischner słowa o okazywaniu się chwały Bożej wyjaśniał prostolinijnie: kiedy człowiekowi brak już sił nawet na pracę w polu, wtedy może się pokazać siła ludzkiego ducha. „Bo tak to jest dziwnie urządzony człowiek, że po to, aby duch był mocny, ciało czasem musi słabować. A jak ciało mocne, człowiekowi się wydaje, że duszy nie ma, jest tylko ciało. I dlatego w chorobie jest zawsze trochę tej mądrości, jest trochę »palca Bożego«. Jak przychodzi na człowieka choroba, choćby najmniejsza, albo i słabość, to jest w tym jakby »palec Boży«: żeby człowiek przypomniał sobie, że oprócz ciała ma duszę. I że ta dusza ma swoje prawa. Prawo do modlitwy, do miłości, prawo do nadziei...”.

Tischner, wygłaszając pogadanki, dotykał od strony filozoficznej i duszpasterskiej problemu, który chętnie opisywały już w tym czasie, w latach 70. XX wieku, nauki społeczne.

Dokładnie w tym samym roku, co pogadanki, ukazała się książka Michela Foucaulta (1926-1984) o historii seksualności, w której francuski postmodernista, filozof i historyk, użył pojęcia biowładzy[28]. Autor słynnej książki Nadzorować i karać prowadził opis i analizę form instytucjonalnej i politycznej władzy nad ciałem. Wskazywał, że biologiczne aspekty funkcjonowania człowieka poddawane są zinstytucjonalizowanej władzy. Problem biowładzy Foucault ilustrował analizą funkcjonowania zamkniętych zakładów psychiatrycznych. Tischner, znając Kępińskiego, mógłby zapewne twórczo skonfrontować obie wizje w swojej pracy filozoficznej. Nic jednak nie wskazuje na to, że zapoznał się z koncepcjami socjologa.

Foucault również wtedy rozwijał swoją refleksję nad dyskursem[29]. Dyskurs opisywał jako ukryty rodzaj władzy. Władza może być realizowana także poprzez konkretne dyskursy, czyli na przykład w ramach przyjętej konwencji, w jakiej lekarz komunikuje się z pacjentem. Już w latach 50. szpital zaczął być postrzegany – za sprawą Talcotta Parsonsa – jako miejsce kontroli. W sposób wyraźny pacjent jest w nim poddawany woli lekarza i instytucji. Stąd też relacja pomiędzy lekarzem i pacjentem analizowana jest jako sytuacja konfliktu.

Konfrontacja takich opisów z osobistym doświadczeniem w przypadku Tischnera wypadła korzystnie. Lekarze, z którymi miał do czynienia, byli jednocześnie dużej klasy humanistami, osobami wyczulonymi na wrażliwość chorych. Jednak poznając równocześnie losy pacjentów, z pewnością wiedział, jak dramatyczne bywają spory o dostęp do informacji o stanie zdrowia, rokowaniach, alternatywnych metodach leczenia itd. – a nawet spory o samą możliwość leczenia: osobiście wpłynął na przyjęcie do szpitala w Krakowie znajomego górala, gdy ten bez powodzenia starał się o leczenie.

Dopiero w późniejszych latach można odnaleźć w wypowiedziach Tischnera pojedyncze zdania krytycznie odnoszące się do pewnych zachowań lekarzy, wynikających z ich fałszywego stosunku do tajemnicy lekarskiej czy oczekiwań gratyfikacji finansowej za opiekę, lub wręcz uzależniania od niej terapii.

W tym samym czasie, gdy Tischner wygłaszał „pogadanki”, w 1976 roku, Polska uruchomiła pionierski wówczas Rządowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych. Obecna jego odsłona ma wciąż te same priorytety: zahamowanie wzrostu zachorowań, osiągnięcie średnich europejskich standardów wczesnego wykrywania i skuteczności leczenia, praktyczne wykorzystywanie nowej wiedzy medycznej i stałe monitorowanie efektów leczenia. Tego typu działania są przykładem prowadzonej biopolityki, która z kolei jest praktycznym realizowaniem biowładzy. Na tym polu dochodzi do licznych konfliktów, współcześnie w Polsce dotyczących na przykład kwestii prawnych regulacji zabiegów sztucznego zapłodnienia.

Przełom lat 60. i 70. naznaczony jest więc rozwojem badań i refleksji nad społecznym wymiarem medycyny i leczenia[30]. W Polsce dzieje się to między innymi dzięki Magdalenie Sokołowskiej. Świat naukowy w tym okresie zaczął prowadzić krytyczne badania, zwłaszcza w ramach socjologii, psychologii i filozofii medycyny, nad sposobem praktycznego funkcjonowania medycyny. Od wydania pracy Ivana Illicha w 1975 roku o granicach medycyny zaczęto punktować biurokratyczny i komercyjny charakter leczenia, który paradoksalnie prowadzić może do poważnego zagrożenia dla zdrowia populacji. Krytyka medycznego imperializmu szła w parze z otwarciem przestrzeni społecznej dla holistycznego podejścia do leczniczenia, które z kolei przyniosło ze sobą zagrożenia uzdrowicielskimi praktykami ludzi bez żadnych praw czy wiedzy uzdalniającej do leczenia.

Tischner nie był wówczas odosobniony w swoich zainteresowaniach z pogranicza filozofii medycyny i filozofii zdrowia, choć zapewne, nie znając angielskiego, nie wiedział o takim kierunku rozwoju nauk społecznych.

Czy jednak w ogóle nie widział on problemu biowładzy i nie dostrzegał konsekwencji biopolityki? Jego ostatni esej dotyczący rzeczywistości medycyny świadczy o tym, że jednak jego entuzjastyczne stanowisko zostało zmącone. Dwa lata przed chorobą, w lipcu 1995 roku, Tischner opublikował esej Edyp i Abraham w „Tygodniku Powszechnym”[31]. Jesienią tego roku wygłosił wykład o sztuce rozmowy z chorym na temat śmierci, który ukazał się w dedykowanej mu książce opublikowanej już po jego śmierci, choć zdążył jeszcze autoryzować tekst[32]. Sam pomysł książki był jego. Do realizacji zachęcał zaś Annę Grajcarek z Małopolskiej Okręgowej Izby Pielęgniarek i Położonych. Również w tym widać więc jego entuzjastyczne przekonanie o humanistycznej wartości drzemiącej w medycynie.

Natomiast esej Edyp i Abraham komplikuje Tischnerowską wizję roli medycyny w życiu człowieka. Tekst powstał w czasie, gdy środowisko krakowskich pielęgniarek konsultowało z Tischnerem i prosiło go o opinie na tematy tak drażliwe, jak klauzula sumienia i wspomniana rozmowa z chorym o śmierci.

Tischner pisał, że losy medycyny dawniej i współcześnie są ściśle związane z losami kultury. Do tego stopnia, że medycyna jest bardziej nauką humanistyczną niż przyrodniczą, pomimo sięgania po metody tej drugiej. Medycyna, według Tischnera, to integralna część kultury.

Istnieje szereg pozytywnych zależności między medycyną i innymi obszarami wiedzy o człowieku. Ale istnieje też napięcie między medyczną i kulturową wiedzą o człowieku. Lekarz, który kiedyś dokonywał sekcji zwłok jako pierwszy, rzucał wyzwanie humanizmowi. „Współczesny humanista, który protestuje przeciwko eutanazji, rzuca wyzwanie niejednemu lekarzowi”. Dzisiejszy konflikt jest głębszy niż kiedykolwiek, bo „im więcej medycyna o człowieku wie, tym bardziej nie wie, co jej z człowiekiem robić wolno, a czego nie wolno”. Kulturowy kryzys medycyny, diagnozuje Tischner, wynika z przyrostu wiedzy specjalistycznej, której medycyna nie potrafi odnieść do człowieka w świetle sensu i bezsensu życia, choroby, śmierci. Dlatego narosła społeczna nieufność do medycyny i wyłoniła się potrzeba prawnej regulacji jej działań.

Tischner przywoływał książkę Jacques’a Attaliego Ludożerczy porządek. Śmierć i życie medycyny (1979). Jej autor łączy początek kryzysu medycyny z pojawieniem się technicznej wizji świata, w której wiedza jest o tyle potrzebna, o ile poszerza możliwości władzy nad człowiekiem. Czym innym jednak jest zapanowanie nad chorobą, a czym innym – zapanowanie nad człowiekiem. Czy medycyna staje się narzędziem zniewolenia ludzi? Attali punktuje urynkowienie i konsumpcyjny charakter współczesnej medycyny, której działalność oznacza oferowanie produktów, a to z kolei oznacza zamazywanie różnicy pomiędzy człowiekiem a towarem. Taką diagnozę Tischner wspierał też odwołaniem do nowej wtedy encykliki Jana Pawła II Evagelium vitae i obecnego w niej stwierdzenia, że medycyna, która przestaje służyć człowiekowi, a wręcz niekiedy obraca się przeciw jego dobru, zaprzecza samej sobie.

Wówczas medycyna zamiast budzić nadzieję, budzi lęk. Konieczne jest więc, pisał Tischner, postawienie pytania o tajemnicę lekarską w jednym z jej znaczeń: czy medycyna może mieć w swoich badaniach własny, autonomiczny ethos i czy lekarz może w tajemnicy przed społeczeństwem, prawem, sumieniem prowadzić badania?

Lekarz zajmuje się przede wszystkim ciałem człowieka. Rozumienie, czym jest ciało, wpisuje się w horyzont całej kultury. Dziś jednak wiedza o ciele rozszczepia się w dwóch kierunkach, których perspektywy dobrze ilustrują, zdaniem Tischnera, grecka opowieść o Edypie i judeo-chrześcijańska opowieść o Abrahamie.

Edyp, gdy dowiaduje się, że dopuści się największej z win w jego świecie, kazirodztwa, ucieka w odosobnienie. Któregoś dnia zabija mężczyznę i poślubia jego żonę. Stało się. Nie uciekł przed losem: mężczyzną był ojciec, kobietą matka Edypa. Tischner wskazuje na symbolikę tej historii w kluczu psychoanalizy: człowiek popada w to, czego się lęka. Opowieść ma pokazywać, że „mężczyzna szuka w żonie swej matki i aby się z nią związać, musi dokonać duchowego zabójstwa ojca. Z kolei kobieta wciąż będzie odnajdywać w dziecku wspomnienie męża i walczyć o niego z inną kobietą”. Żeby uciec przed losem, przed kazirodztwem, trzeba w tym scenariuszu uciec do ciała. Ciało zaś jest doświadczeniem czasu, w którym przyszłość stale jest podcinana przez przeszłość. Człowiek nie wie, kim jest, bo pełni jednocześnie kilka ról: żona – matki, ojciec – syna itd. „Kto patrzy w głąb swego ciała, natrafia na rozbicie i traci podstawy dla nadziei”.

Życie pozbawione nadziei, przepełnione tęsknotą za tym, co minione, jest jedną z perspektyw, które określają sens medycyny. Medycyna usiłuje przywrócić człowiekowi to, co ten stracił. Skoro zaś w greckiej myśli medycyna jest sztuką bogów, łączących początek i koniec życia, czy nie powinna odwracać strumienia czasu? Doświadczenie ciała jest przesiąknięte w greckiej myśli pesymizmem. Człowiek ucieka od ciała, tym samym – ucieka od płodności. Czy warto sprowadzać na świat potomstwo, gdy człowiek jest wydany na pastwę chorób i śmierci? „Życie stawia człowieka pod ścianą, której przekraczać nie tylko nie wolno, ale nawet nie warto”. Czas jest nieszczęściem człowieka. Przyszłość i tak jest powtórzeniem czegoś, co już było. Krok do przodu i tak okazuje się krokiem w tył.