Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
33 osoby interesują się tą książką
Dwóch chłopaków z Liverpoolu, którzy zmienili świat muzyki.
John & Paul to porywająca opowieść o niezwykłej więzi Lennona i McCartneya – przyjaciół, rywali i artystycznych bratnich dusz.Ian Leslie zabiera nas w podróż od ich pierwszego spotkania po tragiczny finał, pokazując, jak z bólu, miłości i pasji stworzyli muzykę, która na zawsze odmieniła kulturę.
Oparta na niedawno ujawnionych nagraniach i materiałach biografia odkrywa zupełnie nowe oblicze Beatlesów – intymne, ludzkie i zaskakujące. To książka, po której znów zakochasz się w ich muzyce.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 644
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla Alice, Io i Douglasa
PROLOG
9 GRUDNIA 1980 ROKU
Po całym dniu pracy Paul McCartney wychodzi ze studia nagraniowego i staje naprzeciwko grupy reporterów, którzy oślepiają go błyskami lamp aparatów i wyciągają w jego stronę mikrofony. Pytają o reakcję na zabójstwo Johna Lennona, do którego doszło poprzedniego wieczoru. McCartney żuje gumę. Odpowiada krótko, lakonicznie.
– Eee, no wiecie, jestem bardzo wstrząśnięty1. To straszna wiadomość.
– Jak się pan o tym dowiedział?
– Zadzwoniono do mnie dziś rano.
– Kto zadzwonił?
– Znajomy.
– Czy planuje pan udać się na pogrzeb?
– Jeszcze nie wiem.
– Czy rozmawiał pan o tej śmierci z którymś z pozostałych Beatlesów?
– Nie.
– A zamierza pan?
– Pewnie tak.
– Co dziś pan nagrywał?
– Słuchałem paru rzeczy, no wiecie, po prostu nie chciałem siedzieć w domu.
– Dlaczego?
McCartney wyraźnie traci cierpliwość.
– Nie miałem na to ochoty.
Dziennikarzom kończą się pytania.
– Szkoda, nie? No dobra, na razie – mówi McCartney i odchodzi w stronę samochodu.
Ponad pół wieku po zakończeniu działalności Beatlesi wciąż są obecni w naszym życiu. W samochodach słuchamy ich piosenek, tańczymy do nich w klubach i kuchniach, śpiewamy je w przedszkolach i na stadionach, płaczemy przy nich na ślubach, pogrzebach i w zaciszu sypialni. Nic nie wskazuje na to, by mieli zostać zapomniani – jeśli za tysiąc lat ktoś będzie jeszcze cokolwiek pamiętał z naszej cywilizacji, to bardzo możliwe, że refren She Loves You i zdjęcie przedstawiające czterech mężczyzn idących gęsiego przez ulicę.
Dopiero teraz zaczynamy dostrzegać, jak niesłychanym osiągnięciem było to, czego dokonali. W 1962 roku nikt się nie spodziewał, że kulturowa dominacja Ameryki zostanie tak gwałtownie zakwestionowana – ani że hegemon podda się nowemu porządkowi z takim zachwytem. Ten wielki przewrót miał źródło na szarej wyspie na obrzeżach Starego Świata, której chwała należała już do przeszłości. Wielka Brytania sprawiała wrażenie kraju pozbawionego energii, uwięzionego w dawno minionej epoce cylindrów i zakopconych kominów. A jednak to właśnie z jej wilgotnej ziemi wyrosła siła życiowa tak potężna, że zapoczątkowała nową epokę. I co ciekawe, nie narodziła się w samej stolicy, lecz na przedmieściach prowincjonalnego miasta pogrążonego w przemysłowym upadku, na ulicach zniszczonych w czasie wojny. To tam dwóch nastolatków wymyśliło własną przyszłość – a przy okazji także naszą teraźniejszość. Ani John Lennon, ani Paul McCartney nie uczyli się muzyki, nie potrafili nawet czytać nut. Uczyli się nawzajem – a potem zaczęli uczyć świat.
Gdy w 2021 roku ukazał się dokument Get Back w reżyserii Petera Jacksona, wielu widzów zauważyło, jak zaskakująco współcześni wydają się Beatlesi. Na nagraniach widać było londyńskie ulice pełne dżentelmenów w garniturach w prążki i hipisów w długich kożuchach – każdy z nich wyraźnie osadzony w swojej epoce. A jednak gdy w kadrze pojawiali się John, Paul, George i Ringo, odnosiło się wrażenie, że bez problemu mogliby wyjść z ekranu prosto do naszego salonu. I chodziło nie tyle o ich ubiór, co o sposób bycia – o to, jak ze sobą rozmawiali, jak siedzieli, jakie żarty opowiadali. To nie był przypadek. Krytyk Harold Bloom twierdził, że odnajdujemy siebie w Szekspirze nie tylko dlatego, że uchwycił coś uniwersalnego w naturze człowieka, lecz także dlatego, że stworzył samą ideę człowieka jako jednostki introspektywnej i samokształtującej się. Podobnie The Beatles przyczynili się do ukształtowania osobowości po latach 60.: ciekawej, tolerancyjnej, autoironicznej, naturalnej, łączącej cechy kobiece i męskie. Timothy Leary powiedział: „The Beatles to mutanci. Prototypy agentów ewolucji zesłanych przez Boga, obdarzonych tajemniczą mocą stworzenia nowego gatunku ludzkiego”2. Mikrokultura The Beatles, która wywarła tak ogromny wpływ na naszą kulturę, narodziła się podczas wielu godzin, które John i Paul spędzili razem – w salonie Paula lub w sypialni Johna – z gitarami na kolanach, tworząc piosenki, poezję i żartując.
To książka o tym, jak dwóch młodych mężczyzn połączyło swoje dusze i pomnożyło talenty, by stworzyć jedno z najwspanialszych dzieł muzycznych w historii. Partnerstwo Lennona i McCartneya odpowiadało za 159 spośród 184 utworów nagranych przez The Beatles – to oni podejmowali najważniejsze decyzje artystyczne w zespole. „Nie mam wątpliwości, że największy talent w tamtej epoce przejawiali Paul i John – powiedział George Martin. – George, Ringo i ja byliśmy talentami drugoplanowymi”3. To również opowieść o miłości. John i Paul byli dla siebie kimś więcej niż tylko przyjaciółmi czy współpracownikami w dzisiejszym znaczeniu tych pojęć. Ich przyjaźń przypominała romans – była namiętna, czuła i burzliwa, pełna tęsknoty, ale też zazdrości. To zmienne, sprzeczne, szaleńczo twórcze quasi-małżeństwo wymyka się prostym kategoriom – i właśnie dlatego bywa tak bardzo niezrozumiane.
Wydaje nam się, że znamy Johna i Paula – ale w rzeczywistości wcale tak nie jest. Po rozpadzie zespołu w 1970 roku ukształtowała się popularna narracja o Beatlesach i ich kluczowym duecie. Nakreślił ją John Lennon w serii błyskotliwych, niezwykle elokwentnych wywiadów, a rozwinęło pokolenie krytyków rockowych, którzy go ubóstwiali. W latach 70. John był bohaterem, jakiego świat pragnął: otwarcie antyestablishmentowy, charyzmatyczny, udręczony – pasował nie tylko do współczesności, lecz także do dużo starszego wyobrażenia o geniuszu. Paul natomiast uchodził za „sztywniaka” – mieszczańskiego pozera pozbawionego głębi. Podział, który się wówczas utrwalił, jest znany do dziś: John jako twórcza dusza Beatlesów, Paul jako jego utalentowany, ale płytki partner. Po przedwczesnej śmierci Lennona w 1980 roku właśnie ta narracja stała się obowiązująca i nadal się utrzymuje, nawet jeśli mocno już wyblakła – i choć mówi więcej o kulturowych i politycznych obsesjach minionej epoki niż o tym, co naprawdę zaszło. „John kontra Paul” to skrót myślowy, który nadal dzieli fanów i krytyków. A przecież – jak sami wielokrotnie podkreślali – nie było „Johna” bez „Paula” i na odwrót. Ich współpraca, nawet jeśli przybierała formę rywalizacji, opierała się na działaniu w duecie, a nie walce.
Utrwalona narracja zniekształciła prawdziwe osobowości Lennona i McCartneya oraz zubożyła nasze rozumienie muzyki Beatlesów. Potrzebujemy nowej opowieści – tym bardziej że w ostatnich latach pojawiły się ważne źródła, które stanowczo podważają dotychczasową wersję. Wydawnictwa firmowane przez wytwórnię zespołu zawierają godziny demówek, wyciętych materiałów i studyjnych rozmów, które rzucają nowe światło na relacje w grupie i zachodzące w niej procesy twórcze. Rewelacją okazał się dokument Petera Jacksona Get Back, w którym reżyser zaktualizował obszerny materiał filmowy nagrany w styczniu 1969 roku na potrzeby filmu Michaela Lindsaya-Hogga Let It Be. Dzięki tym nowo ujawnionym źródłom możemy poznać zespół takim, jakim naprawdę był – a nie takim, jakim później przedstawiali go krytycy, biografowie czy sami członkowie, których wspomnienia, jak u każdego, są niepełne i subiektywne.
Niniejsza książka opowiada historię przyjaźni Johna i Paula – od ich pierwszego spotkania aż do śmierci Johna. Robi to, powołując się na najcenniejsze źródło, jakim są ich piosenki. Każdy rozdział dotyczy utworu, który na swój sposób mówi coś o ich relacjach – czy to poprzez tekst, czy sposób, w jaki został napisany lub wykonany. W 1967 roku John Lennon powiedział: „Rozmowa jest tak naprawdę najpowolniejszą formą komunikacji, lepsza jest muzyka”4. Od pierwszych wspólnych prób pisania Lennon i McCartney traktowali piosenkę popową nie tylko jako melodię z tekstem, lecz także jako sposób radzenia sobie z przytłaczającym bólem lub radością – a często z oboma naraz – i jako środek porozumiewania się. Postrzegali utwory w taki sposób, w jaki tego potrzebowali. Obaj byli ludźmi głęboko emocjonalnymi, którym świat rozpadł się w młodości, i obaj pragnęli się połączyć – ze sobą nawzajem, z publicznością, z wszechświatem. Gdy nie potrafili wyrazić swoich uczuć słowami, śpiewali.
„Świat z pewnością nie uzna, że «szkoda»”5, mówi moralizatorskim tonem dziennikarz ITN po emisji fragmentu reakcji McCartneya na zabójstwo Lennona w programie „News at Ten”. Kiedy miliony są wstrząśnięte nagłą, brutalną śmiercią jednego z najbardziej znanych i kochanych ludzi na świecie, to okrutne i banalne słowo trafia do nagłówków: „Szkoda”. Wydaje się, że pozorny brak emocji u McCartneya potwierdza to, co wielu już podejrzewało: że wiele lat wcześniej Lennon i McCartney się pokłócili i nie darzyli się już sympatią. Pośród żałoby wiadomość ta nadchodzi niczym kolejna mała śmierć. Zaraźliwa radość, jaką obaj czerpali ze swojego towarzystwa, była przecież tak widoczna – na scenie, na ekranie, a przede wszystkim w muzyce. Teraz jeden z nich odszedł, a drugi żuje gumę i rzuca banalne komentarze.
Co się właściwie wydarzyło między Johnem i Paulem?
1https://www.youtube.com/watch?v=s6_62zKxOr0 (dostęp: 5.09.2025).
2Cytat w: P. Norman, Shout! The Beatles in Their Generation, New York 1981, wyd. wznow. 2005, s. 331–332.
3G. Martin, All You Need Is Ears, New York 1979, wyd. wznow. 1994, s. 259.
4H. Davies, The Beatles. Jedyna autoryzowana biografia, przeł. Aleksandra Machura (współpraca Aleksandra Kubiak), Kraków 2013, s. 194.
5https://www.youtube.com/watch?v=s6_62zKxOr0 (dostęp: 5.09.2025).
1
COME GO WITH ME
Poznali się w pewien upalny dzień lipca 1957 roku – dwanaście lat po wojnie, dziesięć lat przed Sgt. Pepper – podczas swojskiego festynu na angielskim przedmieściu: orkiestra dęta, parady przebierańców, stoiska z ciastami, gra w rzucanie obręczami do celu, policyjne psy skaczące przez płonące obręcze. Owego dnia piętnastoletni Paul McCartney przybył w charakterze turysty z Allerton, oddalonego o dwa czy trzy kilometry za polem golfowym. Rzadko bywał w Woolton – to była elegancka, nieco pretensjonalna okolica – ale mieszkał tam jego szkolny kolega Ivan, który zaproponował, żeby poszli razem na festyn. Miały przyjść dziewczyny, a poza tym Ivan chciał przedstawić Paulowi swojego lokalnego znajomego – albo przynajmniej pokazać mu, jak ten gra z zespołem. Chodziło o Johna Lennona.
Tamtego roku komitet kościelny odpowiedzialny za doroczny festyn w Woolton postanowił zaprosić zespół skiffle’owy – coś dla młodzieży – i zwrócił się do kapeli Johna Lennona, Quarry Men (w Wielkiej Brytanii skiffle był łagodniejszym, bardziej akceptowalnym przedsionkiem rock and rolla). Ivan wiedział, że Paul jest muzycznym maniakiem – sprawnym gitarzystą i robiącym wrażenie wokalistą. Nie należał do teddy boysów jak John – nie był aż tak ostentacyjnie zbuntowany – ale był zagorzałym fanem Elvisa Presleya i Little Richarda. Około szesnastej Paul i Ivan dotarli do kościoła św. Piotra i zapłacili kobiecie przy bramie po trzy pensy (połowa ceny – stawka ulgowa). Z sąsiedniego pola, tuż obok kościoła, w gorącym, dusznym powietrzu unosiły się dźwięki zespołu Lennona. Paul pocił się w białej sportowej marynarce i obcisłych czarnych spodniach.
Widywał Johna wcześniej – w autobusie, w barze z frytkami – i już wtedy był nim zafascynowany. Paul był żądny wiedzy, rozczarowany szkołą i nieprzekonany do wizji pracy w biurze. A tu miał przed sobą starszego chłopaka, niemal siedemnastoletniego rockmana w skórzanej kurtce i z bokobrodami, który wyglądał, jakby już całkowicie zerwał z codzienną rutyną. John Lennon nie był kimś, na kogo patrzyło się wprost – najpierw należało się przygotować na odwzajemnienie przez niego spojrzenia. Miał opinię osoby skłonnej do słownych i fizycznych konfrontacji i zwykle otaczała go świta szkolnych kolegów.
Gdy Paul i Ivan zbliżyli się do prowizorycznej sceny, Paul McCartney miał w końcu szansę przyjrzeć się Johnowi Lennonowi. I go usłyszeć. To musiał być okropny, przytłumiony, hałaśliwy, ale zarazem cudowny łomot. Jeden chłopak szorował po tarce do prania, drugi szarpał struny basu zrobionego ze skrzynki po herbacie, a perkusista sumiennie walił w bęben. Z przodu stał Lennon – kompletnie bezwstydny – wpatrzony w tłum i zadziornym, potężnym głosem wykrzykujący piosenki, które Paul znał na pamięć.
Później Paul wspominał, że uderzyło go, jak dobrze Lennon wyglądał i jak świetnie brzmiał. Zaintrygowało go też to, co Lennon robił źle. Grał na gitarze osobliwie – jego lewa ręka łapała na gryfie proste, ale nietypowe chwyty – i mylił słowa z manierą, którą Paul uznał za prawie niewytłumaczalnie ekscytującą.
Przede wszystkim warto zauważyć, że nie było to spotkanie równych sobie ludzi – relacja ta wydawała się zdecydowanie jednostronna. W świecie nastolatków różnice wieku są wyolbrzymione – każdy rok to cała generacja. John nie tylko był starszy, lecz także już wtedy odgrywał ważną rolę w ciasnym świecie nastolatków z południowo-wschodniego Liverpoolu. Miał charyzmę, paczkę kumpli i zespół skiffle’owy, którego był niekwestionowanym liderem. Według relacji osób z tamtego czasu bił od niego magnetyzm i nie dało się go zignorować. Dziewczyny się w nim kochały, chłopcy się go bali. Stojąc przed sceną i patrząc w górę, Paul wiedział, że jeśli chce się zaprzyjaźnić z Johnem – albo pewnego dnia do niego dołączyć – będzie musiał wykonać pierwszy krok. Bo Lennonowi było wszystko jedno.
Paul wiedział też, że ma szansę dostać się na orbitę Johna dzięki wspólnej miłości do rock and rolla – do słuchania tej muzyki oraz jej grania. Właśnie dlatego chciał go poznać. Paul szukał partnerów równie zakręconych na punkcie muzyki jak on sam. To, co zaczęło się od pianina ojca, przerodziło się w prawdziwą obsesję, kiedy chłopak dostał gitarę. Grał na niej w łóżku, w salonie, w toalecie – w każdej wolnej chwili. Uczył się akordów do piosenek skiffle’owych i rockandrollowych i do nich śpiewał. Robił się w tym coraz lepszy i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Choć tamtego dnia patrzył w górę na starszego chłopaka, w pewnym sensie go przesłuchiwał.
Poza muzyką i wyraźną niechęcią do autorytetów John i Paul mieli jeszcze jedną wspólną cechę – obaj nosili w sobie rany. Każdy z nich w swoim krótkim życiu doświadczył wstrząsających, wyobcowujących, rozdzierających duszę wydarzeń, które pozostawiły po sobie blizny.
W chwili, gdy się poznali, matka Paula nie żyła już od ośmiu miesięcy. Mary Mohin pochodziła z irlandzkiej rodziny katolickiej i wychowała się w biedzie jako drugie z czworga dzieci. Jej matka zmarła przy porodzie, gdy Mary miała dziewięć lat. Pochodzący z hrabstwa Monaghan ojciec zabrał rodzinę z powrotem do Irlandii, gdzie próbował – bez powodzenia – utrzymać się z rolnictwa. Ostatecznie wrócił z dziećmi do Liverpoolu, bez grosza przy duszy, z nową żoną i pasierbami, z którymi Mary i jej rodzeństwo nie potrafili się porozumieć. Wydaje się, że ten chaos ukształtował w niej twardą samodzielność. Całkowicie poświęciła się karierze pielęgniarki ze specjalizacją w położnictwie. W wieku trzydziestu lat była już przełożoną oddziału i nadal nie miała męża. Mary Mohin od lat przyjaźniła się z McCartneyami – protestancką rodziną o irlandzkich korzeniach – i niedawno wprowadziła się do swojej przyjaciółki Ginny McCartney. Starszy brat Ginny, Jim – handlujący bawełną majsterkowicz i były lider półprofesjonalnego zespołu jazzowego – był przed czterdziestką, a nadal pozostawał kawalerem. Czy to było późno zakwitłe uczucie, samotność czy może mieszanina jednego i drugiego – nie sposób dziś stwierdzić, ale w kwietniu 1941 roku Mary i Jim wzięli ślub. Czternaście miesięcy później urodziło się ich pierwsze dziecko, James Paul. Peter Michael („Mike”) przyszedł na świat osiemnaście miesięcy po nim.
Mały Paul potrafił osiągać to, co chciał – zwykle w taki sposób, że nikt nie miał mu tego za złe, a często nawet nie zdawał sobie sprawy, co zaszło. W 1953 roku zdał egzamin kończący szkołę podstawową i dostał się do prestiżowej szkoły średniej – Liverpool Institute. Był to jeden z ostatnich momentów, gdy zrobił to, czego pragnęli jego rodzice. Kiedy Mary i Jim zauważyli, jak bardzo lubi grać na stojącym w salonie pianinie, znaleźli mu nauczyciela. Jednak po kilku tygodniach Paul porzucił lekcje. Nie chciał uczyć się gam ani nut zapisanych na pięciolinii – chciał od razu grać to, co kochał. Rodzice namówili go, by spróbował sił w przesłuchaniu do chóru Liverpool Cathedral – potrafił pięknie śpiewać – ale Paul celowo je zawalił. Jego szkolne lata obfitowały w podobne akty autosabotażu. Nie chodziło o to, że miał trudności z nauką – wręcz przeciwnie, uczył się błyskawicznie – ani o to, że nie lubił nauczycieli czy kolegów – był towarzyski i zawsze czarujący. Po prostu doskonale wiedział, co go interesuje, a co nudzi, i żywił ogromną niechęć do podporządkowywania się poleceniom.
Mary stanowiła serce życia rodzinnego. Jim McCartney był pogodny, elegancki i dowcipny, ale to ona wyznaczała standardy dotyczące ubioru, czystości i manier – i pilnowała ich przestrzegania. Była też ciepła, często przytulała i całowała dzieci. Nastoletni Paul bronił przed nią swojej niezależności – nawet Mary nie potrafiła zmusić go do lekcji gry na pianinie, jeśli nie miał na to ochoty. Mimo to ją podziwiał. Widział, jak ciężko pracowała. Jako położna i pielęgniarka środowiskowa odpowiadała za rodziny na osiedlu i cieszyła się wielkim szacunkiem – wdzięczni rodzice obdarowywali ją prezentami. Niosła szczęście! To właśnie do Mary Paul zwracał się po pocieszenie, gdy odczuwał niepokój (później napisał o tym piosenkę – Let It Be). W niedziele Mary przygotowywała pieczeń, a Paul leżał na dywanie i słuchał, jak ojciec gra na pianinie – Lullaby of the Leaves, Stairway to Paradise. Pianino było sercem domu i życia towarzyskiego – gdziekolwiek gromadzili się McCartneyowie, w domu czy w pubie, niemal zawsze kończyło się wspólnym śpiewaniem, często pod przewodnictwem Jima. Powiązanie muzyki z miłością i radością głęboko zakorzeniło się w Paulu. Dorastał w zwyczajnym cudzie kochającej rodziny – i jak każdy, kto tego doświadcza, traktował to jako coś oczywistego. Do momentu, gdy to utracił.
McCartneyowie nie należeli do rodzin zamożnych. Przemysł bawełniany przeżywał kryzys, praca Jima była niskopłatna, a do tego – jak mówiono – miał on słabość do wyścigów konnych. Dzięki dodatkowym dyżurom Mary w szpitalu rodzinie udało się jednak poprawić sytuację na tyle, by przeprowadzić się z domu na ubogim i często pełnym przemocy osiedlu w Speke do podobnego, lecz nowszego domu przy Forthlin Road w Allerton, na południowym krańcu miasta. Paul miał wtedy prawie czternaście lat. Uwielbiał ten dom, a najbardziej to, że po wyjściu z niego mógł w kilka chwil znaleźć się w zupełnie innym świecie – wśród pól, łąk i krów. W ciągu roku przekroczył jednak również inną granicę. Gdy Mary McCartney poczuła ból w piersi, uznała, że to objaw menopauzy. Lekarze kazali jej to zignorować, ale ból się nasilał. Poszła więc do specjalisty od chorób nowotworowych, który zalecił natychmiastową operację – lecz było już za późno. Mary zmarła w wieku czterdziestu siedmiu lat. Wszystko wydarzyło się w ciągu miesiąca. Paul i Michael praktycznie nie mieli o niczym pojęcia aż do chwili, gdy z jakiegoś tajemniczego powodu matka trafiła do szpitala, a ich samych wysłano do domu wujostwa. Kiedy wszyscy zebrali się w salonie, by wysłuchać wieści od ojca, Mike się rozpłakał, a Paul zapytał: „Jak sobie poradzimy bez jej pieniędzy?”6. Wydaje się, że to bardzo chłodna reakcja, i Paul całymi latami się tym zadręczał, ale moim zdaniem to przejmujące – to odpowiedź nadaktywnego młodego umysłu, który próbuje uciec przed druzgocącym psychicznym ciosem.
W życiu Mary i w jej przedwczesnej śmierci można upatrywać źródeł wielu cech dojrzałej osobowości McCartneya: jego etyki pracy, oddania rodzinie i potrzeby, by inni mogli czerpać radość z życia. Śmierć matki zaszczepiła w nim również determinację, by sprawiać wrażenie niewzruszonego. Mike wspominał, że miało to na Paula znacznie większy wpływ, niż można było sądzić. Chłopak zamknął się w sobie i przez jakiś czas nikogo do siebie nie dopuszczał – nawet rodziny. Jak sam później powiedział: „Nauczyłem się budować wokół siebie mur”7. Gdy w dorosłości odczuwał ból, smutek albo złość, zazwyczaj to ukrywał (choć wypływało to w jego muzyce). Czasami ludzie mu przez to nie ufali albo czuli, że tak naprawdę wcale go nie znają.
Paul i Mike nie wiedzieli niemal nic o przyczynach śmierci matki. „Nie mieliśmy pojęcia, na co zmarła moja mama – mówił Paul. – Najgorsze było to, że wszyscy zachowywali się bardzo stoicko, więc nikt o tym nie rozmawiał”8. Rodzina skupiła się bardziej na wspieraniu Jima niż dzieci. W 1965 roku Mike McCartney wspominał, jak on i Paul spędzali pierwsze Boże Narodzenie bez mamy u cioci Gin. Na widok przygnębienia chłopców ciotka powiedziała: „Słuchajcie, kochani, wiem, jak się czujecie… ale musicie spróbować pomyśleć o innych. Musicie pomyśleć o ojcu. Wiem, że to był dla was wielki szok, ale wszyscy przeżywamy takie sytuacje i musimy się z nich podnosić. Teraz naprawdę powinniście wziąć się w garść”9.
Gin nie była okrutna ani pozbawiona serca. Branie się w garść było dla niej – osoby, która przeżyła biedę i wojnę – niezbędną strategią przetrwania. Dla dzieci McCartneya oznaczało to jednak brak możliwości przeżywania własnej straty i konieczność tłumienia bólu (dziś psycholodzy nazywają to „pozbawieniem żałoby”). Paul nauczył się zachowywać pozory emocjonalnej równowagi bez względu na to, co działo się w jego wnętrzu. Utrata matki sprawiła również, że już jako bardzo młody chłopak musiał zmierzyć się z pytaniami egzystencjalnymi, które większość z nas zadaje sobie znacznie później – o ile w ogóle. W okresie po śmierci Mary Paul modlił się, by wróciła. „Durne modlitwy w stylu: jeśli przywrócisz ją do życia, to już zawsze będę grzeczny – wspominał. – To chyba pokazuje, jak głupia jest religia, bo widzisz, modlitwy nie zadziałały wtedy, kiedy tego najbardziej potrzebowałem”10.
W lipcu 1957 roku matka Johna Lennona żyła – i to aż zbyt intensywnie. W tym czasie Julia Lennon znajdowała się jednocześnie w samym centrum życia Johna i poza jego zasięgiem: bliska, lecz nieuchwytna. Nie chodziło o to, że go nie kochała, ani o to, że on nie kochał jej – tylko o to, że nie wyglądało, by chciała być jego matką. I to właśnie łamało mu serce.
W 1929 roku siedemnastoletni Alf Lennon poznał w Sefton Park w Liverpoolu piętnastoletnią Julię Stanley. Alf był robotnikiem pochodzenia irlandzkiego, niskim i nieposkromionym katolikiem – czarującym ryzykantem i zaprawionym w bojach pijakiem. Pochodząca z protestanckiej rodziny Julia należała do klasy średniej. Była smukła i miała niepowtarzalną urodę – przyciągała wzrok rudymi włosami i szlachetnymi rysami twarzy. I tak rozpoczął się ich długi, lecz bardzo niestabilny związek. Alf wstąpił do marynarki handlowej i przez wiele miesięcy przebywał na morzu. Julia, która już wcześniej rzuciła szkołę, pracowała jako bileterka w kinie. Spotykali się tylko wtedy, gdy Alf wracał do Liverpoolu, ale Julia nigdy nie odpisywała na listy ukochanego, a podczas jego pobytów w domu traktowała go chłodno – co mogło odpowiadać im obojgu. W 1938 roku pobrali się z powodu zakładu, który wymknął się spod kontroli – ona mu powiedziała, że nigdy się jej nie oświadczy, więc to zrobił. Julia przyjęła oświadczyny z przekory i w duchu przygody – a także dlatego, że wszyscy odradzali jej ten krok.
Julia była czwartą z pięciu sióstr wychowanych w kulturalnym, dumnym domu, w którym przywiązywano dużą wagę do samodoskonalenia. Ojciec nauczył ją grać na banjo, a potem już sama opanowała popularne amerykańskie piosenki z nut, filmów i płyt. Wśród sióstr wyróżniała się jako wolny duch – była buntowniczką i figlarką i nie miała zamiaru zakładać rodziny. Jej przeciwieństwo stanowiła najstarsza siostra, Mimi, starsza od Julii o osiem lat – ambitna, odpowiedzialna i przekonana, że dzięki ciężkiej pracy można się rozwijać i piąć po szczeblach drabiny społecznej. Cechowało ją też poczucie humoru, a choć potrafiła być osądzająca, umiała również przebaczać. Mimo częstych spięć obie siostry pozostały sobie bliskie.
Największy konflikt między nimi wybuchł z powodu syna Julii i Alfa – Johna, urodzonego 9 października 1940 roku. Mimi była obecna przy porodzie, podczas gdy Alf przebywał na morzu. Julia i John zamieszkali z jej rodzicami, siostrą Anne i kilkoma najemcami. Dwudziestosześcioletnia Julia nie była jeszcze gotowa na porzucenie młodzieńczego życia. Zatrudniła się jako barmanka w lokalnym pubie i nawiązała romans z walijskim żołnierzem o imieniu Taffy, którego John później pamiętał z dzieciństwa. Niemający własnych dzieci Mimi i jej mąż George często opiekowali się Johnem w swoim domu w Woolton. Kiedy w 1944 roku, po osiemnastu miesiącach spędzonych na morzu, Alf wrócił do domu, Julia poinformowała go, że jest w ciąży z Taffym. John, który był świadkiem kłótni rodziców, musiał być bardzo zdezorientowany. Alf zabrał syna do mieszkających piętnaście kilometrów dalej brata i bratowej. Chłopiec spędził u nich co najmniej miesiąc. Miał zapewnioną dobrą opiekę, ale nie widział się z matką. Gdy Alf ponownie wypłynął w morze, oddał syna Julii, jednak i tak większość czasu John spędzał u Mimi. (W 1945 roku Julia urodziła drugie dziecko i oddała je do adopcji).
Mimi coraz częściej czuła, że siostra zaniedbuje swojego syna, i wiosną 1946 roku postanowiła przejść do działania. Julia związała się z akwizytorem o imieniu Bobby Dykins i zamieszkała z nim w ciasnej kawalerce. Ona i Bobby dzielili łóżko z pięcioletnim Johnem. Mimi była tym wstrząśnięta. Powiadomiła o tym władze lokalne, które wysłały urzędnika do kontroli. Ten zgodził się z opinią ciotki – chłopiec nie miał zapewnionej odpowiedniej opieki. Mimi oficjalnie przejęła nad Johnem nadzór. Ona i George wzięli chłopca na stałe do swojego domu przy Menlove Avenue.
Na tym jednak zamieszanie w życiu Johna się nie skończyło. Kilka tygodni później Alf przyjechał na chwilę do domu i przenocował u Mimi. Następnego dnia powiedział, że zabiera Johna na zakupy – i już nie wrócił. Wywiózł syna do Blackpool, gdzie zatrzymali się u jego przyjaciela Billy’ego Halla i jego matki (Hall: „Miał tylko pięć lat, ale wydawał się znacznie starszy – można było z nim rozmawiać niemal jak z dorosłym”11). Alf miał mglisty plan wyemigrowania z synem do Nowej Zelandii. W najbliższej perspektywie musiał jednak wrócić na morze, a matka Billy’ego nie miała zamiaru opiekować się dzieckiem przez kilka miesięcy.
Julia i Dykins przyjechali do Blackpool, by odzyskać Johna. W salonie państwa Hallów doszło do kłótni. John pamiętał, jak ojciec kazał mu wybrać, z którym z rodziców chce zostać. Później Alf twierdził, że wybrał jego, co jest całkiem możliwe, bo ostatnie tygodnie spędzili razem i świetnie się bawili. Zalana łzami Julia12 odwróciła się na pięcie i chciała wyjść, co sprawiło, że mały John zaczął ją błagać, by nie odchodziła. Wzięła go na ręce i wróciła z nim do Liverpoolu. John odzyskał kontakt z ojcem dopiero w dorosłości. Jednak po powrocie do Liverpoolu będąca ponownie w ciąży Julia oddała syna pod opiekę Mimi. A Johna przez całe życie dręczyło poczucie krzywdy, zagubienia i zdrady.
Pod opieką Mimi i jej męża George’a Smitha John stał się częścią dystyngowanej społeczności Woolton. Zaczął uczęszczać do miejscowej szkoły oraz szkółki niedzielnej przy kościele św. Piotra, gdzie śpiewał w chórze. Choć Mimi i George nie należeli do osób zamożnych – George prowadził dwie niewielkie mleczarnie – mieszkali w bliźniaku z przestronnym ogrodem. Dom nosił nawet nazwę: Mendips. John bardzo kochał wujka George’a – serdecznego człowieka, który kupił mu pierwszą harmonijkę ustną, zostawiał cukierki pod poduszką i nauczył go jeździć na rowerze. Mimi uwielbiała książki, a dom wypełniały powieści, poezja i biografie, które John wręcz pochłaniał. Często czytali te same książki i potem się o nie spierali. John lubił także czytać dwie przynoszone do domu gazety codzienne – czasem siedział wtedy na kolanach George’a.
Mimi nie należała do osób czułych – nie przytulała dziecka. Była surowa i wymagająca, sardoniczna, snobistyczna i często zrzędziła. Nigdy jednak nie była okrutna. Nie biła Johna, choć w tamtych czasach niemal wszyscy rodzice to robili (ojciec Paula od czasu do czasu spuszczał mu lanie). Ale przede wszystkim Mimi była obecna. Gdy przyjęła Johna pod swój dach, obiecała, że chłopiec nigdy nie wróci do pustego domu i nigdy nie zostanie oddany pod opiekę niani. Dotrzymała słowa. Codziennie odprowadzała go do szkoły podstawowej i odbierała po lekcjach. Zawsze się zjawiała.
John był wyróżniającym się uczniem – dociekliwym i elokwentnym. Bez trudu zdał egzamin końcowy i dostał się do szkoły średniej dla chłopców Quarry Bank. Julia czasami odwiedzała go w domu, ale w końcu przestała. Mimi powiedziała jej, że te wizyty źle wpływają na chłopca. Przez większość dzieciństwa John sądził, że matka wyprowadziła się daleko, i nie rozumiał dlaczego – w rzeczywistości zaś Julia mieszkała zaledwie kilka kilometrów od Mendips. Widywali się od czasu do czasu. Jedyna znana fotografia Johna z matką pochodzi z rodzinnego spotkania w domu ciotki Anne w 1949 roku. Julia trzyma na niej Johna pod pachami i go łaskocze.
W Quarry Bank sytuacja zaczęła się pogarszać. John dobrze radził sobie tylko z plastyką, w innych przedmiotach szło mu słabo – rok szkolny zakończył jako jeden z najgorszych uczniów, z licznymi karami na koncie. Wcześnie wszedł w okres dojrzewania, coraz bardziej rozpraszały go dziewczyny i potrzeba dominowania nad rówieśnikami. „Chciałem, żeby wszyscy mnie słuchali i robili to, co im każę – wspominał. – Żeby śmiali się z moich dowcipów i pozwalali mi stać na czele”13. John był niezwykle wygadany i bardzo zabawny: rozśmieszał kolegów z klasy i irytował nauczycieli. Zawsze miał poczucie, że może się uciec do przemocy – czasem używał pięści – ale z reguły znajdował sposób, by psychicznie zastraszyć chłopców, z którymi nie mógł się mierzyć fizycznie. Już od maleńkości Lennon był przekazywany z rąk do rąk, ale praktycznie nikt nie chciał wziąć go do siebie na stałe. Nauczył się więc być przebiegły i czujny, a w razie konieczności stosował manipulacje. Richard Lester, reżyser filmu A Hard Day’s Night [znanego w Polsce pod tytułem Noc po ciężkim dniu lub po prostu The Beatles – przyp. red.], powiedział o Johnie: „Zauważyłem, że zawsze stał z boku i wytykał błędy wszystkim, także mnie. Ciągle tylko się przyglądał”14.
W wieku czternastu lat John przeżył pierwszą stratę – jego ukochany wujek George zmarł nagle na chorobę wątroby. W tym czasie chłopak zaczął z własnej inicjatywy częściej odwiedzać Julię. Pewnego dnia zjawił się pod jej drzwiami, ośmielony obecnością kuzyna z Edynburga, który chciał się z nią spotkać. Julia go przyjęła i od tej pory John często wagarował, by spędzać czas u niej w domu. Na początku ukrywał to przed Mimi. Potajemne wizyty u własnej matki musiały być dziwne i podszyte dreszczykiem, niczym sięganie po zakazany owoc. Z pewnością były też dezorientujące – nie wiedział, czy Julia jest dla niego bardziej matką, ciotką, starszą siostrą czy kimś jeszcze innym; w późniejszych latach wspominał o pociągu seksualnym do niej15. Julia, mająca wtedy trochę ponad czterdzieści lat, uwielbiała muzykę pop. Zapoznała Johna z amerykańskimi pieśniami folkowymi i płytami Doris Day – a zamiłowanie do nich dzielił później z Paulem. Nauczyła go grać na banjo i śpiewać przy akompaniamencie. Później kupiła mu pierwszą gitarę – grał na niej chwytami typowymi dla banjo. Julia była najbardziej szaloną i lekkomyślną osobą, jaką znał. Flirtowała z jego kolegami, zakładała pończochy na głowę i tańczyła w kuchni. W 1956 roku wspólnie ekscytowali się Elvisem. Gdy John postanowił założyć zespół skiffle’owy, w pełni go poparła. W miarę jak relacja Johna z Julią się zacieśniała, zaczęły się pogarszać jego wyniki w szkole. Coraz bardziej pochłaniała go w tym czasie miłość do rock and rolla. Coraz częściej i gwałtowniej kłócił się z Mimi. I coraz więcej czasu spędzał u matki – zostawał na weekendy w domu, który Julia dzieliła z Dykinsem i dwiema córkami.
Bliscy przyjaciele Johna wyczuwali, że pod jego szkolną zuchwałością kryje się psychiczny zamęt. I trudno się dziwić – śmierć bliskiej osoby to dla dziecka coś strasznego, ale przynajmniej daje pewien rodzaj negatywnej pewności. Matka Johna nie umarła; po prostu mieszkała gdzie indziej, z innymi dziećmi, i co najgorsze, wyglądało na to, że był to jej świadomy wybór. Julia pojawiała się od czasu do czasu niemal jak zjawa. Kiedy przychodziła do Mendips, przytulała Johna, łaskotała i znikała; później, gdy to on zaczął ją odwiedzać, czuł się u niej swobodnie – ale nigdy naprawdę jak w domu. Julia była ciepła, przyciągająca i zawsze nieuchwytna. W ich relacji zacierały się granice między matką, siostrą, przyjaciółką a kochanką. Uwielbiał ją częściowo dlatego, że nie zachowywała się jak matka16, choć na jakimś poziomie bardzo pragnął, żeby nią była. Dzieciństwo Johna pozostawiło głębokie rysy na jego psychice: uporczywą potrzebę obezwładniającej miłości oraz paniczny lęk przed porzuceniem i zdradą.
Kiedy John występował na festynie w Woolton, miał na sobie koszulę w kratę, którą kupiła mu Julia. Przyszła go zobaczyć, zabrała ze sobą dwie córki. Przybyła również Mimi – i była oburzona. „Mimi powiedziała mi tego dnia, że w końcu dopiąłem swego. Teraz byłem prawdziwym teddy boyem”17, wspominał później. To nie był komplement. Łatwo ulec pokusie i stwierdzić, że Julia inspirowała Johna, a z Mimi musiał walczyć – i faktycznie często właśnie w ten sposób opowiada się tę historię. W rzeczywistości John i Mimi pozostawali w serdecznym kontakcie aż do jego śmierci. Była jedyną stałą w jego życiu. Prawdą jest jednak to, że te dwie kobiety – które w największym stopniu ukształtowały młodość Johna – reprezentowały skrajnie odmienne wzorce życia. Jedna symbolizowała ciężką pracę i samodyscyplinę – konieczność zostania „kimś”, opanowania zasad prowadzonej w społeczeństwie gry i jej wygrania. Druga uosabiała wolność, ekspresję i potrzebę wyrwania się z więzienia konwenansów w poszukiwaniu wyższych, czystszych prawd sztuki i doświadczenia. W 1957 roku życie musiało się Johnowi Lennonowi jawić jako wybór między tymi dwiema drogami – między dwoma sposobami bycia.
A potem zjawił się Paul.
Lata później, gdy Paul wspominał, jak John tamtego dnia „przeżuwał i wypluwał” piosenki na scenie, nie przypomniał sobie Hound Dog czy Be-Bop-a-Lula, ale Come Go with Me. To nie był ani skiffle, ani rock and roll – tylko doo wop. Inwazji Ameryki na życie brytyjskich nastolatków przewodził Elvis Presley, ale za nim szły całe bataliony artystów z różnych miast, grających różne gatunki. W pirackim radiu obok rock and rolla można było usłyszeć przejmujące brzmienia country and western, brudny i uwodzicielski groove R&B czy eleganckie harmonie doo wop. Jeśli naprawdę kochało się muzykę – tak jak John i Paul – rozpoznawało się te wszystkie brzmienia, nawet jeśli nie przywiązywało się dużej wagi do ich klasyfikowania.
Pełen pasji, radosny i figlarny doo wop był jak przebłysk nieba na ulicy. Styl ten, mający źródło w gospelowych kwartetach lat 40., został przejęty przez grupy młodych Afroamerykanów i Amerykanów pochodzenia włoskiego, którzy chcieli śpiewać poza kościołem i o czymś innym niż Jezus. Choć zdominowany przez mężczyzn, doo wop zdecydowanie nie był macho, a później stał się wręcz podstawą brzmienia girlsbandów. Zachował jednak pewną duchową nutę – klimat świeckiej modlitwy. Jeśli rock and roll uosabiał energię pożądania, to doo wop był dźwiękiem tęsknoty – oczywiście za seksem, ale także za czymś wyższym. Miał w sobie coś z dziecięcego poszukiwania. Był głosem młodych dorosłych – albo starych dzieci – składających prośby i zadających pytania: I Wonder Why, Tell Me Why, Why Do Fools Fall in Love?.
Come Go with Me był utworem zespołu Del-Vikings, wielorasowej grupy złożonej z żołnierzy Sił Powietrznych USA, którzy poznali się w bazie w Pittsburghu. Wydali go na początku 1957 roku jako swój pierwszy singiel. Była to zmysłowa i marzycielska zachęta do wspólnej ucieczki. Gdy jednak Quarry Men zagrali ten numer po swojemu, nabrał on zupełnie innego charakteru. W oryginale wokalista błaga ukochaną, by z nim uciekła, i prosi, by nie zostawiała go w zawieszeniu: „Please don’t let me / Pray beyond the sea” (Proszę, nie pozwól mi / Modlić się poza morzem). Kiedy zaśpiewał to John, jak wspominał Paul, wyszło: „Please don’t send me down to the penitentiary” (Proszę, nie posyłaj mnie do więzienia). John musiał podłapać to słowo z jakiegoś utworu skiffle’owego albo bluesowego. Wrzucając je do Come Go with Me, trochę przypadkowo zmienił ten kawałek w piosenkę o wolności i więzieniu. Wiele lat później McCartney wspominał to z podziwem: „To było niesamowite – on zmyślał słowa… śpiewał, nie znając żadnego z tych słów. Wszystko wymyślał na poczekaniu, dla mnie to było coś”18. Dlaczego tak bardzo zachwyciło to McCartneya? Po pierwsze, Come Go with Me nie był utworem znanym przypadkowemu fanowi skiffle’a czy rock and rolla. To była rzadkość – numer, który znało się tylko, jeśli słuchało się Radia Luxembourg, tak jak oni dwaj. Jedynie jego słuchacze naprawdę znali tę piosenkę. Co ważniejsze, improwizując podczas śpiewania, John udowadniał Paulowi, że można fascynować się amerykańską muzyką i jednocześnie się jej nie podporządkowywać; że można uczynić ją swoją, zamiast udawać kogoś, kim się nie jest; że można się pomylić tak, aby zabrzmiało to dobrze.
Doo wop i muzyka, która z niego wyrosła – od girlsbandów po soulowe brzmienie w stylu Smokeya Robinsona – miały niedoceniany, ale kluczowy wpływ na Beatlesów. Słychać to w ich drobiazgowo dopracowanych harmoniach i umiłowaniu dla wokalnych współbrzmień, w używaniu chórków jako kolorystyki dźwiękowej oraz w mnóstwie szczegółów – jak wtedy, gdy John przeciąga falset w In My Life („in m-ah-ahy life”) albo gdy Paul śpiewa linię basową w I Will. Lennon wykorzystuje doowopową niewinność jako tło dla czarnego humoru w Revolution („shoo-bee-doo-wop”) i w końcówce Happiness Is a Warm Gun („bang bang shoot shoot”). Paul szarpie struny głosowe do granic możliwości, śpiewając do progresji akordów rodem z doo wopu w Oh! Darling. Z czułością, a nie ironią Lennon sięga po doo wop w (Just Like) Starting Over, który okazał się ostatnim singlem, jaki wydał. Doo wop stanowi więc w relacji Johna i Paula klamrę – obecny zarówno na jej początku, jak i przy ostatecznym rozstaniu.
Gdy Quarry Men skończyli swój występ, nastał czas typowego dla nastolatków bezcelowego kręcenia się po okolicy – pełnego jednocześnie nudy i napięcia. Zespół miał zagrać jeszcze wieczorem, podczas potańcówki w salce parafialnej. Nie było sensu wracać do domu, a że dzień był duszny i upalny, chłopcy przeszli się do sali, która właśnie była przygotowywana do tańców. Zebrali się przy scenie, w bocznym pomieszczeniu z pianinem.
Johna i Paula przedstawiono sobie wcześniej na zewnątrz, ale to w sali parafialnej zaczęli się poznawać bliżej. Rozmowa zeszła na muzykę. Paul, który z pewnością nieraz wyobrażał sobie ten moment, poprosił Johna, by pozwolił mu zagrać na gitarze – i John się zgodził. Paul musiał ją jednak nastroić, ponieważ John zrobił to w dziwny sposób. Inni zauważyli, że Paul trzyma gitarę do góry nogami, co wyglądało nietypowo, ale już samo strojenie pokazywało, że wie, co robi. Potem Paul zagrał imponującą wersję Twenty Flight Rock – rockandrollowego numeru Eddiego Cochrana, kojarzonego tylko przez prawdziwych fanów tej muzyki. Znał każde słowo.
Następnie usiadł przy pianinie i zaśpiewał Long Tall Sally Little Richarda. W domu długo ćwiczył swoją interpretację tego artysty. Gdy po raz pierwszy próbował odtworzyć jego charakterystyczne „whooo”, nie potrafił przezwyciężyć własnej nieśmiałości. Jak dobrze wychowany chłopak z Liverpoolu miałby próbować naśladować dzikiego czarnoskórego Amerykanina? Aż któregoś dnia się zapomniał i po prostu to zrobił – i poczuł się niesamowicie, jakby wyszedł z własnej skóry. Więc to powtórzył. I jeszcze raz. Teraz śpiewał to dla Johna Lennona, a jego wrzaski i okrzyki odbijały się echem od ścian salki.
Później McCartney wspominał, jak siedział przy pianinie i poczuł nad sobą piwny oddech, zanim się zorientował, że to John. Patrząc z perspektywy czasu, łatwo sobie wyobrazić Paula w centrum uwagi, otoczonego ludźmi stojącymi z rozdziawionymi ustami. A jednak obecny tam wtedy Pete Shotton – członek Quarry Men i wówczas najlepszy kumpel Johna – mówił, że ledwo pamięta, by Paul w ogóle tam był. Zapewne Paul nie próbował zdominować sytuacji i odpowiadał mu fakt, że inni pojawiali się i znikali. Wystarczała mu publiczność składająca się z jednego człowieka.
Trafił w dziesiątkę. Jego niesamowite umiejętności i uroda uderzyły Lennona. („Wyglądał jak Elvis. Podobał mi się”19). Zaimponował mu też – i trochę go zaniepokoił – jego brak strachu. Lennon miał potrzebę dominowania w każdej grupie chłopaków, także we własnej. Do tamtej pory Quarry Men byli zespołem nieregularnym, prowadzonym od niechcenia, z miesiącami bezczynności przerywanymi okazjonalnymi koncertami. Członkowie pojawiali się i znikali, przychodzili albo nie, zostawali tylko do czasu, aż John się od nich odwrócił. „Do tej pory to ja byłem osią całego przedsięwzięcia – wspominał. – A teraz pomyślałem: co się stanie, jeśli wezmę go do zespołu?”20
Wkrótce po festynie John wysłał Pete’a Shottona, żeby zapytał Paula, czy chce dołączyć do Quarry Men. Paul udawał, że się zastanawia, po czym powiedział „tak”. Z listopada tego samego roku pochodzi zdjęcie dokumentujące jeden z pierwszych wspólnych występów Johna i Paula na scenie. Zostało zrobione w New Clubmoor Hall w północnym Liverpoolu. Quarry Men wyglądają już bardziej elegancko: mają białe koszule i cienkie czarne kokardy pod szyją. John i Paul jako jedyni noszą marynarki i stoją z przodu sceny, żaden jednak nie zajmuje miejsca na środku. Nie można jeszcze mówić o równości – to wciąż nie ten czas – ale Paul był już kimś znacznie więcej niż tylko kolejnym członkiem zespołu Johna.
Na festynie w Woolton każdy z nich usłyszał, jak drugi mówi: „Come go with me”. A kiedy Paul sięgnął po gitarę Johna – przestroił ją, odwrócił i skierował na właściciela niczym broń – nastąpiło przechylenie osi dwudziestego wieku. Dwaj poranieni romantycy, których poszarpane krawędzie idealnie do siebie pasowały, zaczęli stapiać się w coś nowego, przepełnionego energią. „To właśnie tego dnia – powiedział John Lennon dziesięć lat później – kiedy poznałem Paula, wszystko nabrało tempa”21.
6Wywiad w: R. Coleman, McCartney: Yesterday… and Today, London 1995, s. 28.
7The Beatles. Antologia, przeł. Roman Rogowiecki, Warszawa 2000, s. 19.
8Wywiad z McCartneyem przeprowadzony przez Ricky’ego Rossa dla BBC Radio Scotland, nadany 4 lipca 2019.
9Portrait of Paul, czasopismo „Woman”, 21 sierpnia 1965.
10H. Davies, The Beatles, op.cit., s. 48.
11M. Lewisohn, The Beatles: All These Years: Tune In, wyd. rozszerzone, London 2013, s. 108.
12Opis w: J. Baird, Imagine This: Growing Up with My Brother, John Lennon, wyd. wznow., London 2006, s. 31.
13H. Davies, The Beatles, op.cit., s. 40.
14P. Norman, John Lennon. Życie, przeł. Jarosław Rybski, Warszawa 2010, s. 273.
15„Przypomniałem sobie właśnie czas, kiedy trzymałem rękę na cycku mojej matki w domu przy Blomfield Road 1… Miałem wtedy jakieś czternaście lat. Nie poszedłem do szkoły – ciągle to robiłem – i spędzałem czas w jej domu. Leżeliśmy na łóżku i pomyślałem: ciekawe, czy nie powinienem zrobić czegoś więcej, no wiesz. Zawsze się zastanawiam, czy powinienem był to zrobić, zakładając, że ona by na to pozwoliła”.
Nie ma żadnych dowodów na to, że Julia zapraszała do takiego zachowania czy do niego zachęcała; opowieść jest istotna o tyle, że tkwiła w głowie Johna przez resztę życia. Według biografa Lennona, Philipa Normana, John opowiedział ją Yoko Ono oraz terapeucie Arthurowi Janovowi.
Co ciekawe, Paul również wspominał o tym, że miał seksualne odczucia wobec swojej matki: „W nocy był taki moment, kiedy ona [Mary] przechodziła obok drzwi naszej sypialni w bieliźnie… i wtedy czułem podniecenie seksualne”. (Cytaty za: P. Norman, John Lennon, op.cit.; B. Miles, Paul McCartney: Many Years from Now, London 1997).
16J. Lennon w utworze Mother: „Mother, you had me but I never had you” (Mamo, miałaś mnie, ale ja nigdy nie miałem ciebie).
17H. Davies, The Beatles, op.cit., s. 44.
18Ibidem, s. 243.
19Ibidem, s. 51.
20Ibidem.
21Ibidem, s. 44.
John and Paul. A Love Story in Songs
Copyright © by Ian Leslie 2025
First published in 2025 by Faber and Faber Limited
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2025
Copyright © for the Polish translation by Emilia Skowrońska 2025
Redakcja – Anna Strożek
Korekta – Adrian Kyć, Sandra Popławska
Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc
Adaptacja okładki – Zuzanna Pieczyńska
Fotografia na I stronie okładki – Val Wilmer/Redferns/Getty Images
Fotografia na IV stronie okładki – Wikimedia Commons / CC BY 2.0
Notatka na wyklejce – Wikimedia Commons / CC BY 2.0
Zapis nutowy na wyklejce – Zuzanna Pieczyńska
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek
inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana
elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu
bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2025
ISBN epub: 9788384061190
ISBN mobi: 9788384061183
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga
E-commerce i IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec
Finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.wsqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
OKŁADKA
STRONY TYTUŁOWE
DEDYKACJA
PROLOG. 9 GRUDNIA 1980 ROKU
1. COME GO WITH ME
STRONA REDAKCYJNA
Cover
