49,00 zł
Osobista relacja z wielkiej fascynacji Krajem Kwitnącej Wiśni. Autor zabiera czytelnika w podróż do Japonii, pokazując ją z perspektywy wielkiego miłośnika tamtejszej kultury, obyczajów i codziennego życia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 542
Ilustracje:
Dariusz Styrna
Zdjęcia:
Małgorzata „Serika” Gajderowicz, Paweł „MrJedi” Musiałowski
© Copyright: Paweł Musiałowski & Oficyna Wydawnicza FINNA
Skład i łamanie:
GroupMedia
ISBN: 978-83-62913-82-4
Oficyna Wydawnicza FINNA
80-768 Gdańsk, ul. Dziewanowskiego 5/6
tel.:058 742 09 12
e-mail: finna@finna.com.pl
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
Książkę tę dedykuję wszystkim tym, którzy nie wstydzą się marzyć.
Bo większość ważnych czynów właśnie tu bierze swój początek.
Specjalne podziękowania dla Małgosi Gajderowicz, Jurka Poprawy i Michała Kotrycha
Niech Wam Budda w jenach wynagrodzi
Każdy podróżnik, którego koleje losu zawiodą do Japonii, bardzo szybko odkrywa, że kraj ten nie ma jednego oblicza… właściwie to trudno je zliczyć, choć można generalizować i próbować. Japonia nowoczesna i tradycyjna, powściągliwa i szalona, stonowana i eksplodująca feerią ostrych barw, wycofana i cicha, a zarazem natarczywa i krzykliwa. Japonia pełna świątyń i wielkich marketów, zielonych lasów i fabryk, teatru kabuki i topiąca się w podniesionych do rangi sztuki kiczu, szalonych programach telewizyjnych, Japonia pełna sushi i hamburgerów, kimon i ociekających koronkami gotyckich strojów, jedną nogą stojąca w tradycji, a drugą w szaleństwie dynamicznych zmian. Czy ktoś naprawdę potrafi określić, jaka jest Japonia? Dzisiaj już wiem, że nie ma jednej definicji tego kraju-zjawiska, bowiem jego specyfika polega na tym, że każdy odkrywa ją na swój niepowtarzalny sposób… czasem będzie to krzykliwe centrum rozrywek, fanowski sklepik ukryty gdzieś w bocznej uliczce, czasem kafejka w podziemiach metra, ulubiona ławka na obrzeżach parku, kawałek murku ze stojącym przy nim automatem z napojami, zagubionym gdzieś na tyłach wielkiego domu handlowego lub świątynka wypełniona zbawienną ciszą. To będzie „wasza Japonia”, bo każdy kto tu przyjeżdża, odnajduje swoją własną wersję tego miejsca.
Cała niniejsza książka, czyli punkt widzenia, z którego patrzę na japońskie realia, jest punktem widzenia gajdzina – czyli „obcego”, przybysza spoza Japonii, który jakimś dziwnym zrządzeniem kosmicznych przypadków, wkradł się w japoński tłum i z nieodłączną kamerą, w pokrętny sposób, komentuje nihońską rzeczywistość. Tak, przyznaję się, jestem nieco szalonym entuzjastą Japonii i niepoprawnym optymistą. Nie oznacza to jednak, że nie dostrzegam innych punktów widzenia tego kraju. W książce tej przedstawiam Wam po prostu jedną z możliwych prawd – moją prawdę. Bo tak właśnie widzę Japonię. Moją Japonię.
Jako osoba zafascynowana również japońską popkulturą, siłą rzeczy nie byłem w stanie oprzeć się ukazywaniu Japonii poprzez jej pryzmat. Nie da się zatem ukryć, że niniejsza książka przeznaczona jest w dużej mierze dla młodych (choćby samym duchem) miłośników zjawisk popkulturowych, rodem z kraju gejsz i samurajów, stąd również jej lekka, popularna, czasami wręcz „blogowa” forma. Jednocześnie gorąco wierzę, że posiada ona wymiar uniwersalny i jestem przekonany, że pobudzi wyobraźnię każdej osoby, zainteresowanej tym niezwykłym krajem. Mimo, że książka ta naładowana jest wieloma informacjami, moim celem nie była dogłębna analiza każdego z poruszanych tu tematów, ale raczej podzielenie się swoimi subiektywnymi odczuciami i obserwacjami z nadzieją pobudzenia ciekawości czytelnika.
Wszystkie wydarzenia opisane w tej książce, choć czasami dla wygody czytelnika nieco uporządkowane, są prawdziwe. Być może chwilami wydadzą się Wam dziwne, nierealne, szokujące, absurdalne, ale taka właśnie jest Japonia: zaskakuje, zadziwia, szokuje, pobudza wyobraźnię. Nie próbujcie więc filtrować jej przez logikę człowieka z Zachodu, lecz postarajcie się zrzucić cały ten niepotrzebny bagaż i przygotować się na coś nowego. Przynajmniej na czas czytania tej książki – myślcie inaczej, a być może odkryjecie świat o którym istnieniu dotąd nie mieliście pojęcia.
Wszystkie zawarte w tej książce materiały informacyjne, uzupełnione są licznymi (i stale przybywającymi) filmami podróżniczo-dokumentalnymi, dostępnymi m.in. na moim videoblogu, pod adresem: kawaii-mrjedi.blogspot.com. Zapraszam więc zarówno do lektury niniejszej książki, jak i do obejrzenia filmowych sprawozdań, nakręconych podczas moich licznych podróży po Japonii, które uzupełnione niniejszym tekstem, dają możliwość o wiele głębszego zrozumienia miejsca, które chciałbym wam tu przybliżyć. Oto ono. Oto Japonia widziana oczami jej fana.
Paweł „MrJedi” Musiałowski, 28 lutego 2012, Wrocław
Tokio. Środek nocy. Szóstek, godzina 27:78. Za oknami mojego typowego, dwudziestometrowego mieszkanka, lekki wiosenny wiaterek niesie zapach płatków wiśni, rozrzucanych delikatnie niczym magiczny pył w skąpanych w mroku, tajemniczych uliczkach tego niezwykłego miasta… spoglądam na mojego przerażonego kolegę, który trzymając przed oczami wirtualną klamkę drzwi wyjściowych, właśnie mi oznajmił, że po drugiej stronie czeka na nas uzbrojony w okulary przeciwsłoneczne, prawdziwy jakuza. To koniec. Jesteśmy w pułapce. Jakuza w okularach przeciwsłonecznych w samym środku nocy może oznaczać tylko jedno – kłopoty.
Nie mam pojęcia, jak do tego doszło. Wszystko zaczęło się przecież tak niewinnie, od radosnego, wieczornego przyjęcia pod drzewami kwitnącej wiśni. To był taki miły wieczór, lecz potem nagle wszystko wyrwało się spod kontroli. Teraz czeka nas starcie z rządnym krwi przedstawicielem japońskiego półświatka. Nie ma rady. Muszę stawić czoła wyzwaniu, w końcu mimo że jestem tylko gajdzinem, to jestem również mężczyzną, a mężczyzna musi ponosić konsekwencje swoich nieodpowiedzialnych czynów.
Jestem gotowy. Zbieram się do kupy, wymierzam sobie dwa klapsy w twarz dla rozluźnienia i zdecydowanym ruchem otwieram drzwi…To, co następuje potem, to prawdziwa katastrofa…
Ale chwileczkę, nie tak prędko. Zacznijmy od początku, od głównej bohaterki tej opowieści, czyli samej Japonii. I jej stolicy…
W Tokio do dnia dzisiejszego oficjalnie odnotowano kilkadziesiąt przypadków śmierci oraz poważnych obrażeń, wynikłych podczas składania tradycyjnych ukłonów. Informacja ta była swego czasu dla mnie równie trudna do zrozumienia, jak nie mniej kuriozalny fakt, że pierwszymi gejszami byli mężczyźni. Pewne rzeczy wymagają czasu, zanim zrozumie się ich prawdziwą naturę, a zetknięcie z inną kulturą zawsze jest pełne dziwnych nieporozumień i pytań.
Gdy po raz pierwszy wylądowałem w Japonii, a było to Tokio, pierwszą rzeczą, która natychmiast mnie uderzyła nie była głowa kłaniającego się Japończyka, lecz surrealistyczne wręcz wrażenie uporządkowania otaczającej mnie rzeczywistości. Jako osoba mająca naturę perfekcjonisty, odebrałem to z zachwytem, całując niemal każdy równiutko ułożony kafelek na podłogach podziemnych korytarzy tokijskiego metra, wtedy jednak nie docierało do mnie jeszcze w pełni, jak daleko sięgają japońskie zapędy do porządkowania świata wokół siebie, do ustawiania rzeczy, zjawisk i ludzi na ich „właściwym miejscu”.
W Japonii wszystko ma swoje miejsce, każda czynność, każda funkcja, każde zjawisko, każdy człowiek. Z zachwytem patrzyłem, jak ludzie na ruchomych schodach ustawiają się zawsze po lewej stronie, pozostawiając prawą dla tych, którym się śpieszy. Jak ci sami ludzie ustawiają się w kolejkach do pociągu czy windy, grzecznie czekając i zostawiając miejsce dla wychodzących. Za każdym razem i w każdym sklepie nie mogłem wyjść z podziwu, iż obsługująca mnie osoba zawsze wypowiada te same formułki, pytając mnie o kartę punktową, opakowanie, czy inne dodatkowe czynności związane z nabywanym dobrem. Zachwycały mnie równiutkie i pozbawione dziur chodniki i ulice, czyste środki masowego transportu, przez które każdego dnia przelewają się miliony pasażerów, uprzejmość obsługi, nierealny wręcz porządek i panujący wokół spokój.
Przybyszowi z zachodniej części naszego globu to porządkowanie życia, może nasuwać na myśl utopię z orwellowskiego roku „1984” lub coś w rodzaju odrealnionego przedstawienia, rozgrywającego się na gigantycznej, niemającej granic scenie. Każde zachowanie i każda czynność ma tu swoje ustalone normy, czas i miejsce. Nieważne, czy mówimy o obowiązkach zawodowych, kontaktach z przełożonymi i kolegami z pracy, spożywaniu posiłków, modlitwie, kontaktach rodzinnych, zabawie, wypoczynku, czy buncie przeciw sztywnym standardom, jakie narzuca japońskie społeczeństwo. Zgadza się, Japończycy nie pominęli niczego. Jeśli funkcjonując w japońskim społeczeństwie, odczujesz nagle potrzebę odreagowania, zbuntowania się przeciw narzuconemu porządkowi, masz do dyspozycji już gotowe schematy różnych form buntu. Możesz wskoczyć w skórzane wdzianko i przystąpić do gangu motocyklowego, którego głównym zajęciem jest hałasowanie swoimi głośno warczącymi silnikami lśniących motorów. Możesz poniekąd wyrwać się z systemu, zostać kloszardem i sypiać w ekskluzywnym, ręcznie składanym kartonie. Lub nieco delikatniej, wybrać jeden z wielu ekstrawaganckich trendów w japońskiej modzie młodzieżowej i przebrać się za gwiazdę japońskiego rocka, postać z anime lub gry komputerowej, lub po prostu sięgnąć po jeden ze stylów, takich jak na przykład „gothic lolita” i paradować po mieście w koronkowych sukienkach i kapelusikach. Bez względu na to, czy jesteś płci żeńskiej, czy męskiej. Tutaj nikt ci nie powie złego słowa, co najwyżej przechodzący obok zafascynowany gajdzin (czyli mówiąc najogólniej: obcokrajowiec) uśmiechnie się z zaskoczeniem i poprosi o wspólną fotografię, a ktoś inny skomplementuje doskonały dobór dodatków: butów, wstążeczek, parasolki i masy innych bibelotów, od których różnorodności aż kręci się tu w głowie. Możesz ostatecznie przystąpić do jakuzy, która zmonopolizowała obszar świata przestępczego… wszystko będzie w porządku, dopóki skorzystasz ze schematu i będziesz się poruszać w wyznaczonych przez społeczeństwo granicach.
Japończycy bardzo cenią sobie porządek, działają powoli i metodycznie, głównie dlatego, iż społeczeństwo to oparte jest na gęstej sieci międzyludzkich zależności i ściśle przestrzeganej hierarchii. Status społeczny jest tu wszystkim. Od niego zależy praktycznie całe twoje życie, a „pozycjonowanie” i wyścig o zajęcie najlepszych miejsc w tej społecznej układance, zaczyna się często w najmłodszych już latach i zależy od tego, jak dalece ustosunkowani są twoi rodzice i jak mocnego uda im się nadać rozpędu twojemu życiu już niemal na starcie. Ta cecha japońskiego społeczeństwa to jeden z najbardziej intrygujących i jednocześnie przerażających moim zdaniem, elementów. Z jednej strony bowiem obcokrajowiec wjeżdżając do tego kraju, ma okazję obserwować niezwykłe i fascynujące zjawisko globalnego uporządkowania mas, przemieszczających się ściśle wyznaczonymi trasami, myślących narzuconymi schematami, funkcjonujących w niemal zaprogramowany sposób – globalnie ułożony i maksymalnie kontrolowany. Z drugiej, poziom tego uporządkowania może chwilami przerażać. I przeraża.
Oczywiście nie zauważa się tego na pierwszy rzut oka. Pierwszą rzeczą, jaka dociera do zachwyconego tym wszystkim gajdzina, jest niesamowita organizacja codziennego życia… wszystko jest na swoim miejscu, każdy zna swoje obowiązki, wszystko działa wg założeń, planu, schematu, podręcznika, czy niepisanej umowy – czysta rozkosz dla każdego turysty. Gdy tylko rozgryziemy niuanse kulturowe i zrozumiemy schematy, jakimi podążają myśli Japończyków, życie w Tokio staje się czystą przyjemnością. Chwilami odnosimy wrażenie, jakby ktoś ustawił wszystkie elementy niezbędne do gry na szachownicy i przesuwał je specjalnie dla nas, aby żyło nam się wygodniej. Oczywiście dzieje się tak do czasu, gdy zechcemy coś zrobić na swój gajdziński, nieodpowiedzialny sposób i wyjdziemy poza obowiązujące schematy. Jednak czystą głupotą jest żądać, aby kraj do którego przyjeżdżamy, rządzący się swoimi własnymi prawami, miał się dostosowywać do naszych wymogów wyniesionych z innej rzeczywistości.
Właśnie tak, Japonia to dla przybysza z Zachodu inna rzeczywistość. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką robimy na miejscu – świadomie, czy też nie – jest odpowiedzenie samemu sobie na fundamentalne i proste jednocześnie pytania – czy to miejsce pasuje do naszego sposobu myślenia? Czy jest kompatybilne z naszym „wewnętrznym ja”? Czy czujemy się w tej rzeczywistości dobrze, czy źle? I dlaczego? Który z tych czynników przeważa?
O Japonii mawia się często, iż jest krajem kontrastów, sprzeczności, miejscem, gdzie mieszają się ze sobą skrajne i z pozoru wykluczające się elementy, a jednak w jakiś niezrozumiały sposób Japończycy potrafią połączyć je w spójną, zrównoważoną całość. Spowodować, że świetnie ze sobą współgrają i tworzą zupełnie nową jakość postrzegania rzeczywistości. Rzeczywistość ta z kolei bardzo silnie działa na obcokrajowców i wywołuje przeważnie tylko dwie reakcje: skrajny zachwyt lub natychmiastową niechęć. Zazwyczaj jednak dominuje ta pierwsza.
Turysta z zachodnich kręgów kulturowych przeżywa tu na miejscu swoisty szok, który może zinterpretować na dwa sposoby: albo jako cudowny stan nirwany, albo jako chorobę. Ta druga reakcja jest najczęściej spowodowana dwoma czynnikami: brakiem odpowiedniej wiedzy oraz wynikającym z tego pierwszego błędnym wyobrażeniem o tym, jaka Japonia jest naprawdę. Przez lata podróżowania po tym kraju, miałem wielokrotną okazję natknąć się na oba wspomniane rodzaje reakcji i praktycznie nigdy nie zdarzyło mi się zetknąć z turystami, i to pochodzącymi z najróżniejszych części świata, w których kraj ten nie wywołał silnych emocji. Japonia po prostu wywołuje skrajne reakcje i należy się z tym pogodzić, bo taka jest jej natura.
No dobrze, ale – zapyta ktoś – to gdzie w tym wszystkim ta sławna buddyjska równowaga? Ależ ona tu jest! Zmieszana w tym niesamowitym japońskim koktajlu, w którym wszystkie składniki tworzą całość, a jednocześnie są odrębnymi elementami. Na tym między innymi polega fenomen tego miejsca, które trzeba zrozumieć, lecz jeszcze ważniejsze jest to, aby je poczuć. To niezbędny proces, jeśli nie chcemy skończyć jako zgorzkniali gajdzini, rozczarowani schematycznym trybem funkcjonowania mieszkańców tego kraju. Funkcjonując bowiem zbyt długo w anonimowym tokijskim tłumie, łatwo popaść w niekontrolowaną rozpacz z powodu wiecznie powtarzających się schematów i „niereformowalnych” tubylców, którzy nawet po dziesięcio-letniej znajomości nadal będą nazywać cię gajdzinem. Nadal będziesz obcy. Mimo że ty, mieszkając tu od lat, uważasz to miejsce za swój drugi dom. Jednak warto pamiętać o tym, że tutaj każdy odgrywa jakąś rolę i ma „swoje miejsce”. Ty jesteś „panem gajdzinem”, człowiek przynoszący ci pocztę jest „panem listonoszem”, pan podwożący cię do pracy jest „panem kierowcą”, pani sprzedająca ci codziennie kanapkę w sklepie obok, jest „panią ekspedientką” i tak dalej – każdy ma swoją rolę i swoje miejsce w tym doprowadzonym do absurdu teatralnym, japońskim porządku. Możesz to pokochać i wykorzystać na swoją korzyść lub znienawidzić i uciec. Wybór należy do ciebie.
Miałem okazję spotkać wielu obcokrajowców, w tym Polaków, odwiedzających Japonię w celach turystycznych, jak i funkcjonujących w społeczeństwie japońskim jako osoby tu mieszkające i pracujące. Rozmowy z tymi wszystkimi osobami, targanymi pomiędzy różnymi kulturami i sposobami myślenia, zawsze były dla mnie niezwykle intrygującą sposobnością do dokonywania wielu niezwykłych obserwacji, wymiany wielu arcyciekawych poglądów i krystalizowania nowych, częstokroć jeszcze bardziej emocjonujących. Każdy przybysz bowiem postrzega ten kraj na swój niepowtarzalny sposób. Patrzy na niego przez swoje własne „różowe okulary”, które z czasem mogą zmieniać kolor i odcień, jednak zawsze jest to fascynująca i osobista wizja zetknięcia z nową formą rzeczywistości. Rzeczywistości, która natychmiast po przybyciu do tego kraju, a nawet już na pokładzie samolotu, otacza nas niczym magiczny pył, krąży wokół i tworzy naszą własną iluzję tego świata.
Tak, Japonia na swój sposób jest swego rodzaju iluzją. Ktoś może argumentować, że przecież cały ten świat jest iluzją, którą ludzie tworzą wokół siebie, aby móc uporządkować to wszystko, co ich otacza i czego do końca nie potrafią pojąć. Tak, to prawda. Ja chcę jednak podkreślić tu coś innego, fakt iż Japończycy tworzą tę iluzję w zupełnie inny sposób. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że udało im się przesunąć granicę tego co zwiemy iluzją i rzeczywistością o jeden malutki kroczek w stronę świata niematerialnego, co stworzyło niesamowitą sposobność kreowania codzienności, niedającej się zachodnim umysłom jednoznacznie zdefiniować, wymykającej się naszym zmysłom i przesuwającej nasz sposób postrzegania na zupełnie nową płaszczyznę.
Wtym kraju zaangażowanie się całym sobą w rzeczy, które wydają się nam zbyt ulotne i oderwane od rzeczywistości, jest o wiele łatwiejsze, niż gdziekolwiek indziej. Obdarzenie prawdziwą miłością wirtualnej idolki? Zamknięcie się w swoim świecie tak bardzo, że świat za drzwiami naszego pokoju staje się obcym i niebezpiecznym terenem, na który nie mamy odwagi wkroczyć? Tu naprawdę przychodzi to z zadziwiającą łatwością, gdyż cały otaczający nas świat zbudowany jest na iluzji. Każdy odgrywa tu jakąś rolę i postępuję według ściśle ustalonych schematów. Jednak to od nas zależy, jak tę ułudę wykorzystamy. Czy będzie ona źródłem naszej radości, czy przygnębienia.
||►|| Do Japonii każdego roku przyjeżdżają miliony fanów tego kraju, postrzegających ją poprzez pryzmat tutejszej – choć już również globalnej – popkultury, która przez ostatnie dwadzieścia lat wywarła gigantyczny wpływ na całą ogólnoświatową kulturę popularną. Począwszy od komiksu, filmu i animacji, aż po muzykę, modę, nowe formy rozrywek i wszelakich trendów, od słownictwa i sposobu zachowania, po kuchnię. Młodzi ludzie, wychowani w duchu zachodnich kultur, w zetknięciu z czymś tak szokująco dla nich świeżym i nowym, natychmiast zaczęli wchłaniać spływającą do nas w postaci japońskiego komiksu i animacji nową formę przekazu. Pociągnęło to za sobą masę innych zjawisk i uruchomiło gigantyczną machinę, która do dnia dzisiejszego zmienia świat w niesamowitym tempie. To, co dla naszych rodziców było tylko egzotyczną ciekawostką, odległą krainą pełną popijających zieloną herbatę gejsz i machających mieczami samurajów, dla pokoleń przełomu XX i XXI wieku stało się jednym z najatrakcyjniejszych sposobów na życie. Dziesiątki, może już setki milionów ludzi na całym świecie, żyjących w różnych kulturach, zakochało się w japońskiej rzeczywistości, najpierw obcując z komiksem i animacją, a następnie tą drogą odkrywając ten kraj na każdej możliwej płaszczyźnie.
W Japonii, zwłaszcza w Tokio, roi się od młodych turystów z całego świata, przybywających tu tłumnie, aby pławić się w jaskrawokolorowej, popkulturowej rzeczywistości tego kraju. I im ten japoński schematyzm odpowiada i działa na ich korzyść, bowiem zagubieni w swoich uczuciach Japończycy, zamykający je w sobie przed światem zewnętrznym, przerzucają je na swoje pasje, dostarczając przedmiotów i rozrywek tak wysublimowanych, iż daremnie szukać ich na całym świecie. Tokijskie ośrodki popkulturowej aktywności tętnią życiem, kolorami i tryskają inwencją twórczą. Dla, zazwyczaj starszych, zwolenników tradycyjnej Japonii, to powód do zatroskania. Dla młodych, żądnych obcowania ze swoimi idolami – żywymi lub wirtualnymi – to prawdziwy raj. Takie tokijskie dzielnice jak Akihabara, Ikebukuro czy Harajuku, to miejsca w których filozofowie powinni zadać sobie raz jeszcze pytanie – czym jest rzeczywistość? właściwie każdy z nas powinien to uczynić i czyni to, wcześniej czy później, bowiem Japonia zmienia sposób myślenia. Można ją lubić lub nie, ale nie można przejść obok niej obojętnie.
Ten kraj od zawsze, nawet w zapiskach podróżników sprzed setek lat, jawił się jako kraina pełna ekscytujących doznań. Jakiż inny naród byłby w stanie uczynić sztukę z picia herbaty, układania kwiatów i popełniania samobójstwa? To jest właśnie to – jedno wielkie przedstawienie – od chwili narodzin, aż po ostatnie tchnienie. Wszyscy aktorzy muszą być na swoich miejscach i odgrywać swoje często dramatyczne role przez całe życie. Możesz wziąć w tym udział, uciec lub stworzyć własny teatr, w którym będziesz wszechmogącym twórcą własnego przedstawienia, ale to ostatnie udaje się w Japonii nielicznym. Pozostaje więc albo wmieszać się w japoński tłum i próbować stać się jego częścią, albo z zaciekawieniem obserwować go z boku i podziwiać niesamowity mechanizm kulturowy, który tworzy z ludzi i poprzez ludzi rzeczy warte poznania i zmienia oblicze świata.
Miałem okazję spotkać w Japonii wiele osób, które równie często potwierdzały, co i zaprzeczały utartym stereotypom, jakie krążą o tym kraju. Jak zwykle obowiązywała tu jakże typowa dla Japonii zasada postrzegania zjawisk: albo coś jest prawdą, albo nie. Rzadko natrafiałem na poglądy wypośrodkowane. Zresztą, sami Japończycy przeważnie uważają, że każdą rzecz można zrobić tylko w jeden prawidłowy sposób, nic więc dziwnego w tym, że na tej podstawie budują cały świat wokół siebie. Nigdy nie zapomnę wyrazu zdziwienia na twarzy mojej znajomej, która zapisując Japończykowi, recepcjoniście w hotelu, swój numer telefonu – a sprawa była dosyć delikatna, bo chodziło o zniknięcie z pokoju hotelowego damskiej bielizny… używanej – została poinstruowana jak powinno się pisać liczbę siedem, gdy „nieopatrznie” przecięła ją w połowie poziomą kreseczką. Zabawne? Nie aż tak bardzo, gdy weźmiemy pod uwagę, jak dużej precyzji wymaga kaligrafia znaków kanji (czyt. kandzi). Choć z drugiej strony pewnie wygląda to równie idiotycznie i nieprawdopodobnie, jak gajdziński turysta poprawiający kaligrafującego Japończyka.
Podobnie dziwne wrażenie można odnieść, przechodząc obok japońskich barów i restauracji, kuszących do wejścia smakowicie wyglądającymi atrapami podawanych potraw, wśród których z czasem zaczyna się dostrzegać stale powtarzające się dania, wyglądające zawsze tak samo. Japończycy lubią wiedzieć, czego się spodziewać, inaczej wpadają w panikę.
Jadąc po raz pierwszy do Japonii, miałem głowę naładowaną solidną wiedzą i dokładnie wiedziałem, na tyle na ile można to wiedzieć w teorii, z jaką kulturą będę miał do czynienia i nie przewidywałem tu żadnych większych zaskoczeń. Moja wiedza była bardzo różnorodna i obejmowała praktycznie wszystkie sfery życia mieszkańców tego kraju, od religii, po technikę posługiwania się pałeczkami (to ostatnie obejmowało oczywiście również wiedzę praktyczną). Wtedy również już dobrze rozumiałem (!), jak Japończycy postrzegają świat. Rzeczywistość jednak zawsze zaskakuje i nie da się tego uniknąć. Można się doskonale przygotować do tego, jak smakuje czekolada, ale dopiero gdy jej spróbujemy, przekonamy się, co o tym myślimy.
Zanim zaczniemy naprawdę rozumieć odmienną kulturę, nabijamy swoją głowę najróżniejszymi informacjami na jej temat, co często sprowadza się do krótkich opinii, które powtarzane potem przez kolejne osoby, zyskują sobie pozycję „niepodważalnych”. Jednak z własnego doświadczenia wiem, że nie ma czegoś takiego jak „pewna informacja” i zależnie od sytuacji w jakiej się znajdziemy, może ona przybrać różne formy.
Pamiętam, gdy jeden z moich bliskich znajomych, również zainteresowany tematem Japonii, powtarzał mi między innymi, iż istnieje kilka „zakazanych” czynności z udziałem dwóch kawałków drewna zwanych powszechnie „pałeczkami”, których należy unikać za wszelką cenę. Nie należy między innymi podawać sobie jedzenia z pałeczek do pałeczek, ani też wbijać ich w posiłek. Jakież było zdziwienie moje i towarzyszących mi innych długonosych imigrantów z Europy środkowej, gdy już pierwszego dnia pobytu w Japonii, pan domu, w którym zostaliśmy ugoszczeni, po kolacji, na naszych oczach, bezceremonialnie i zdecydowanie wpakował obie pałeczki w stojącą obok niego miseczkę ryżu… oczywiście nie wypadało pytać, dlaczego nasza wiedza teoretyczna i mająca tu przed chwilą zastosowanie praktyka stoją w jawnej sprzeczności. Wystarczyło spojrzeć w zagubione spojrzenia siedzących przy stole gajdzinów, aby wiedzieć, że w ich głowach właśnie dokonuje się krok po kroku swoista rewolucja. Swoją drogą do dzisiaj mnie intryguje, w jaki sposób by się wytłumaczył z tego zachowania inicjator całej sytuacji. A może była to jakiegoś rodzaju prowokacja? Wyrzucenia z domu woleliśmy nie ryzykować, bo jednak wygodniej się śpi na materacu niż na betonie. Nawet jeśli okolica jest wyjątkowo malownicza.
Tak czy owak, pamiętać należy, że wybierając się po raz pierwszy do Japonii, bez względu na to, jak dobrze jesteśmy na to przygotowani, możemy być pewni, że dopadną nas zaskakujące sytuacje; wkraczamy bowiem w świat innych realiów i jeśli chcemy się nim w pełni cieszyć, dobrze jest zrobić gruntowne porządki w zasobach swojej wiedzy oraz odkurzyć półki pełne uzbieranych przez lata, zasuszonych poglądów. Najlepszy sposób jaki znam i który był już testowany nieskończoną liczbę razy, jeszcze zanim nauczyłem się obsługiwać pałeczki, to podejście do nowych zjawisk z „czystym umysłem”. Warto wylać z głowy, niczym wodę ze szklanki, całą swoją wiedzę o świecie i przygotować ją do powtórnego napełnienia zupełnie nową treścią. Tylko w ten sposób unikniemy zawsze krzywdzącego oceniania innych kultur na podstawie skrajnie innych kanonów, stworzonych na potrzeby odmiennych ludzi i innej kultury. Tak się po prostu nie da. Jeśli chcemy naprawdę dać sobie szansę zrozumienia Japonii, czy też każdej innej odmiennej kultury, powinniśmy najpierw dać jej czas i sposobność, aby do nas dotarła. Ocenianie bowiem na podstawie wyświechtanych stereotypów i medialnych sensacji, zawsze da ostatecznie wynik negatywny. Lub co najmniej cierpki.
Największym obecnie błogosławieństwem i przekleństwem Japonii jest fakt, iż zyskała ona sobie na świecie gigantyczną popularność dzięki swojej niezwykłej popkulturze, która ku rozpaczy wyznawców tradycyjnego wizerunku Nipponu, jest (z pozoru) czymś skrajnie innym. Błogosławieństwem, ponieważ żaden inny kraj (może oprócz USA w drugiej połowie XX wieku, które obecnie również czerpie całymi garściami z japońskiej popkultury) nie zyskał tak wielkiej, wciąż rosnącej popularności na całym świecie, między innymi dzięki swojej kulturze popularnej. Przekleństwem, gdyż starsze pokolenia, niemogące znieść „różowego zalewu” tego jeszcze względnie świeżego zjawiska, gani Japonię za zbytnie przeładowanie popową treścią oraz infantylizację młodych pokoleń. Kraj kwitnącej wiśni szokuje po raz kolejny i na pewno nie ostatni i to właśnie na tym głównie polega jego siła.
Japońska popkultura to nie tylko komiks, wirtualne idolki, kontrowersyjni muzycy i szalona moda, ale cały potężny wachlarz mniejszych i większych zjawisk, które popularyzując ten kraj w każdym zakątku naszego globu, przyciągają uwagę i zachęcają do głębszego zapoznania się z jego kulturą, sztuką, historią. Nie da się bowiem oderwać japońskiej popkultury od całej reszty treści, na której przecież ta wyrosła. Jej fani, chcąc w pełni zrozumieć kreowane przez japońskich twórców światy i postacie, muszą zdawać sobie sprawę z wielu mechanizmów, rządzących tą kulturą. Muszą ją zrozumieć, a więc poznać. Czy można sobie wyobrazić lepszą zachętę do skłaniania młodych ludzi, aby rozwijali swoją wiedzę o sobie i otaczającym ich świecie? Czynią to poprzez swoje hobby, poprzez zabawę, w sposób całkowicie naturalny i nieprzymusowy. To naprawdę niezwykle efektywne połączenie.
Dzięki temu młodzi ludzie wiedzą dzisiaj często wielokrotnie więcej o kulturze Japonii niż kiedykolwiek będą wiedzieć ich rodzice i nauczyciele. Oczywistym jest tu również fakt, iż wiedza ta jest niezwykle istotna w dzisiejszym świecie, który dąży do globalizacji i przemieszania różnych kultur. Jedną z podstaw prawidłowego i bezkonfliktowego funkcjonowania w najbliższej przyszłości będzie wiedza i umiejętność współistnienia z różnymi kulturami i światopoglądami. Otwartość i jednocześnie umiejętność definiowania nowych zjawisk. To zadanie czeka na nasze i przyszłe pokolenia i to właśnie wiedza oraz znajomość specyfiki odmiennych kultur będzie podstawowym narzędziem naszego przetrwania w gigantycznym, międzynarodowym tyglu. A naukę należy zacząć od akceptacji faktu, że świat ulega ciągłym zmianom i nie ma jedynego, słusznego sposobu jego postrzegania. Japonia również ulega tym zmianom, choć ona czyni to jak zwykle na swój, specyficzny sposób.
Być może was zaskoczę, ale ja także jestem wielkim fanem tradycyjnej Japonii… uwielbiam snuć się całymi godzinami po kompleksach świątynnych i chłonąć ich zbawienną ciszę, ubierać się w tradycyjne stroje, podróżować po japońskiej wsi, jadać tradycyjne potrawy, słuchać tradycyjnej muzyki, zachwycać się japońskimi ogrodami i sztuką. ||►|| Jednak kocham również bajecznie kolorowe ulice Akihabary, pełne orgii barw i dźwięków, fanowskich sklepów, pękających w szwach od wszelakich dóbr i pełnych oryginalnych usług, które wlewają w życie każdego fana masę magii, zachęcając do zakupowej rozpusty. To są dwa oblicza tego samego zjawiska. Znając specyfikę Japonii, jej niesamowitą zdolność do łączenia w niezwykłą całość różnych skrajności, nie wykluczam żadnego z jej elementów i nie widzę tu wewnętrznej sprzeczności, bo połączenie przeciwieństw jest jednym z podstawowych praw, na których oparte jest działanie tego kraju.
Oczywiste jest, że wszelkie rewolucyjne zjawiska – a takim jest właśnie nowoczesna japońska popkultura – przechodzą przez różne etapy rozwoju i zazwyczaj trzeba pokonać sporo zakrętów, zanim wypracuje się gładko działające mechanizmy współdziałania. Warto jednak pamiętać, że Japonia – ze swoją popkulturą czy też bez niej – ma tendencję do „kolorowania” swojej rzeczywistości masą obłędnie jaskrawych znaków informacyjnych w najróżniejszej postaci i szokowania formami. I to nie wyjątkowo popularny japoński komiks (w którym dominuje przede wszystkim czerń i biel) jest odpowiedzialny za to, że wypoczynkowe kurorty ulokowane na łonie japońskiej natury, czasami toną pod zbyt dużą liczbą kolorowych reklam. Jest to zjawisko do ewentualnego przedyskutowania i naprawienia. Już przed wiekami, podróżnicy trafiający do Japonii zauważali, iż naród ten darzy grafikę i zdecydowaną kolorystykę wyjątkowym uczuciem oraz myśli obrazami, co znajduje oczywiste ujście zarówno w życiu codziennym, jak i w sztuce. W produkcji krzykliwych reklam i w procesie tworzenia kimona… wszystko jest częścią tego samego mechanizmu, zmieniają się tylko potrzeby i forma.
Z resztą, jak już zauważyliśmy – w Japonii wszystko ma swoje miejsce. Są krzykliwe tokijskie dzielnice pełne kolorowych reklam, są też takie, gdzie dominuje klasyczny wizerunek Japonii. Zanim zatem ktoś zacznie oburzać się na japońską młodzież, że trywializuje swoje życie, zamykając się w wirtualnych światach, odcinając od tych bardziej realnych kontaktów z innymi żyjącymi obywatelami, należałoby raczej zadać sobie pytanie, czy problem nie tkwi gdzie indziej i czy nie obwinia się skutków, zamiast przyczyn. Nie da się bowiem ukryć, że popkulturowy boom w Japonii stoi również w opozycji z tradycyjnym schematem zawodowego funkcjonowania, w którym życiowym celem jest całkowite poświęcenie się dla pracodawcy; poddanie się swoistemu zniewoleniu, w którym zostajemy zdegradowani do małego trybiku w korporacyjnej maszynie, mającego wyłącznie dostarczać środki do funkcjonowania rodziny. Młodzi Japończycy coraz częściej buntują się przeciwko takiemu trybowi życia, popadając w inne, równie szkodliwe skrajności, jednak według mnie jest jasne, iż to nie japońska popkultura jest za to odpowiedzialna. Jest ona jedną z oaz schronienia, a nie przyczyną problemu.
Należy również pamiętać o jednej ważnej kwestii – pewne skrajne zjawiska, mające miejsce w środowiskach fanów w Japonii, nie zawsze przekładają się na większą skalę na te same środowiska poza jej granicami. Młodzi ludzie na całym świecie zachwycają się różnorodnymi elementami swojego hobby z równie dużą pasją, a jednocześnie nie mają problemu z funkcjonowaniem w społeczeństwie i dostarczają mu wielu fascynujących, twórczych zjawisk. Wnioski więc nasuwają się same.
Ilekroć jestem w Japonii, zwłaszcza w Tokio, a zdarza się to często, zawsze z niezmienną, zachłanną ciekawością, przyglądam się płynącemu wokół tłumowi i jego zachowaniu. Każdego dnia i w każdej sekundzie odkrywam wciąż nowe, fascynujące elementy tej samej układanki. Kultura Japonii niezmiennie mnie fascynuje, zmusza do myślenia i pobudza kreatywność. Jest jak wielokrotny, odświeżający prysznic, zmywający z moich szarych komórek kurz i stymulujący do wzmożonego działania. A pomyśleć, że wszystko zaczęło się w dzieciństwie od niepozornego obejrzenia kilku produkcji (japońskiej) animacji i filmu aktorskiego. To nie politycy, lecz przede wszystkim artyści zmieniają świat na lepsze, tworząc mosty pomiędzy różnymi kulturami i ułatwiając ludziom nawzajem się porozumieć, zrozumieć i pokochać. Nawet jeśli trywializujemy ich twórczość, ze względu na obranie takiego czy innego medium jako formy przekazu, ich wpływ nadal pozostaje wielki, choć bywa często niedoceniany.
Lecz i to ulega zmianom. ||►|| Promowane przez japoński rząd międzynarodowe targi animacji, odbywające się co roku w wielkiej tokijskiej hali Tokyo Big Sight, są jednym z dowodów na to, jak świat się zmienia. W latach 90. ubiegłego wieku, trudno było znaleźć w Polsce kogoś, kto wiedział, czym jest japońska popkultura. Dzisiaj trudno, zwłaszcza wśród młodszych pokoleń, znaleźć kogoś, kto by nie miał o tym choćby ogólnego pojęcia.
W Japonii sięga to o wiele głębiej. Mieszkańcy Kraju Wiśni wychowywali się przecież na rodzimym komiksie i animacji (manga i anime) jeszcze w czasach, gdy na Zachodzie takie pojęcia nie istniały, choć śladowo były obecne już w latach 70. XX wieku, również w Polsce. Każdy, kto się zetknął z tymi produkcjami w dzieciństwie, na pewno je zapamiętał, gdyż nie sposób było nie dostrzec ich odświeżającej oryginalności. Wspomnę chociażby „Dzieci wśród piratów” i „Kota w Butach” o intrygującym imieniu Pero, które to dzieła przemknęły przez nasze sale kinowe we wczesnych latach 70. (a sam Hayao Miyazaki maczał w tym swe genialne palce), czy też sławną Załogę G z „Wojny Planet”, która z wielkim powodzeniem zaatakowała wroga z innej galaktyki w naszej czarno-białej, PRL-owskiej telewizji na początku lat 80. A może to wyprodukowana właśnie w Japonii „Pszczółka Maja” przekona niektórych, jak daleko sięga i jak różnorodny jest to temat?
Mówiąc o japońskiej popkulturze, mówimy o zjawiskach o wiele starszych i o wiele głębiej siedzących w naszej historii, niż moglibyśmy przypuszczać. Stąd nie dziwi mnie w Japonii „mangowy” plakat, reklamujący pobliską świątynię. Tak samo jak nie dziwi mnie animowana postać ubrana w kimono. Cały czas poruszamy się w tej samej, aż do bólu japońskiej rzeczywistości, która miejscowo przybiera bardzo różne, czasami skrajne barwy, jednak to cały czas ten sam koktajl, którego należy smakować z pełną świadomością tego, czego się smakuje. W przeciwnym razie nawał międzykulturowych nieporozumień może przesłonić każdą, nawet najbardziej wartościową, rzecz.
Taka sytuacja miała miejsce między innymi w Polsce w drugiej połowie lat 90. ubiegłego wieku, gdy nagle i bez uprzedzenia w polskojęzycznej telewizji pojawiła się w ilościach – jak na nasze warunki – masowych, japońska animacja, niosąc ze sobą istną rewolucję kulturalną, która z jednej strony porwała masę (głównie) młodzieży, a z drugiej wywołała protesty (przeważnie) starszych pokoleń. Ci pierwsi, z racji swego wieku, podeszli z otwartym umysłem do nowego medium. Ci starsi natomiast, nie dali już rady „wylać szklanki wody” i napełnić jej ponownie, mimo że znam pojedyncze przypadki temu przeczące. Na podstawie artykułów, jakie na temat japońskiego komiksu i animacji pojawiały się w tamtym okresie w rodzimej prasie, można by napisać bogatą w cenne obserwacje pracę naukową z socjologii. Była to sytuacja z jednej strony przerażająca z powodu fali otwartej wrogości i niezrozumienia wobec nowego zjawiska, z drugiej zaś arcyciekawa dla zafascynowanego obserwatora ludzkich reakcji w zetknięciu z zupełnie odmienną i nieznaną im bliżej kulturą. Szok był naprawdę spory, gdyż polski masowy telewidz, przyzwyczajony do stale powtarzanych schematów tego typu produkcji napływających do nas głównie z Zachodu, nagle z przerażeniem odkrył, że schematy te można nie tylko łamać, ale i zignorować tak dalece, że efekt końcowy nie przypomina niczego, co dotąd widział. Japońska animacja uzmysławiała nam, że granice nie istnieją, a film animowany może poruszać każdy temat i dzielić się na więcej gatunków niż klasyczny film aktorski. To była koncepcja na tamte czasy dla nas jako społeczeństwa nie do przyjęcia, bowiem w powszechnym rozumieniu przeciętnego Polaka animacja służyła wyłącznie jako rozrywka dla dzieci, nie mogła więc być skomplikowana, aluzyjna, inteligentna i brutalnie bezpośrednia. Poza tym zachowania bohaterów tych historii nie miały dla przeciętnego mieszkańca znad Odry i Wisły żadnego sensu, gdyż były zbudowane na zupełnie innych podstawach kulturowych. Efekt mógł być tylko jeden – strach w postaci agresji. Potrzeba było lat, zanim sytuacja w miarę się unormowała. Zanim Polacy zaczęli rozumieć (przynajmniej w większości), że cały świat nie myśli w ten sam sposób, a w tym wszystkim różnice między Wschodem i Zachodem są wyjątkowo duże. Ostatnia lekcja, jaką powinniśmy zakończyć to zamieszanie, polega na przyjęciu do wiadomości, że obcy nam sposób myślenia może być inny, ale to nie oznacza, że jest przez to zły. On jest po prostu inny i nie jest to synonim słowa „gorszy”. Dzięki temu świat jest tak ekscytujący, bo jest różnorodny.
Japończycy świetnie zdają sobie z tego sprawę i chyba jak nikt inny, cieszą się z różnorodności, jaką oferuje im świat, a jednocześnie w pewien sposób nadal izolując się przed nim, nie tracą własnej indywidualności. Nowe idee, pomysły, produkty, rozwiązania, są w Japonii pożądane tak bardzo, jak chyba nigdzie indziej. Każdy kto był w Japonii szybko przekonał się, jak niesamowity jest to rynek zbytu, a jednocześnie jak wymagający i trudny. Japoński konsument bowiem przyzwyczajony jest do rozpieszczania, zarówno jeśli chodzi o obsługę, jak i jakość i wybór towarów oraz usług. W naturze mieszkańców Nipponu leży poszukiwanie wszelkich oryginalnych rozwiązań na całym świecie i implementowanie ich na rodzimym rynku. Japończycy uwielbiają zapożyczać i przerabiać. Dla Japończyków różnorodność i inspiracja, zwłaszcza Zachodem, jest pozytywna i naturalna tak bardzo, że często nie doceniają oni tego, co stworzyła ich kultura. Z tego między innymi powodu zawód gejszy, jeden z najbardziej znanych i cenionych symboli Japonii na świecie, w swej klasycznej formie umiera. Japończycy zdają się miotać pomiędzy dwoma skrajnościami: zakompleksieniem oraz skrajną dumą, żeby nie powiedzieć, że wręcz – poczuciem wyższości. Zakompleksieni są wobec Zachodu, lecz dumni na własnym podwórku. Doprowadza to często do sytuacji kuriozalnych, gdy mieszkańcy Nipponu potrafią zaprzeczyć faktom tylko dlatego, że uważają je za wstydliwe. Japończycy tak bardzo boją się „stracić twarz”, że często zwyczajną fascynację obcokrajowców ich krajem interpretują jako próby wyśmiania ich narodowych cech. W sumie nie jest to takie dziwne, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż moralność Japończyków oparta jest na wstydzie (nasza: na grzechu) i „strata twarzy” doprowadzała często w przeszłości do samobójczej śmierci w celu „oczyszczenia swego imienia”.
Byłem kiedyś świadkiem bardzo ciekawej sytuacji, gdy przygotowywałem do publikacji materiał prasowy, dotyczący pewnej japońskiej produkcji filmowej, mającej premierę na naszym rynku. Akcja tej historii miała miejsce w japońskiej szkole podstawowej, a jej głównymi bohaterkami były dwie dziewczynki, pod względem charakteru różne jak dzień i noc. Jedna z nich pełna życia i energii, pełna entuzjazmu, szalonych pomysłów, głośna, skora do sprzeczek, pewna siebie, odważna i wesoła. Druga natomiast cicha, uległa, bojaźliwa, ustępliwa, zapłakana z byle powodu i słodka aż do próchnicy zębów. Niezrozumiałym dla widza z Zachodu, nieobeznanego z japońskimi kulturowymi kanonami, był tu fakt, iż to właśnie ta druga bohaterka była tą rozchwytywaną i adorowaną przez męską część szkoły. W produkcji zachodniej byłoby dokładnie odwrotnie, lecz w Japonii stereotyp delikatnej, skrajnie uległej i usłużnej kobiety jest tym wzorcem, który Japończycy generalnie nadal zdają się uznawać za ideał. Umieściłem zatem takowe wyjaśnienie w materiale prasowym, aby polski widz nie miał problemu ze zrozumieniem całej sytuacji. Jednak zanim rzecz ujrzała światło dzienne, powędrowała najpierw do japońskiej wytwórni do autoryzacji. Kilka dni później otrzymałem odpowiedź, iż producenci nie wyrażają zgody na publikację tegoż materiału w takiej formie, gdyż według nich nie jest do końca prawdą, iż Japończycy preferują kobiety uległe i delikatne. Moja prośba o wyjaśnienie tej sytuacji (byłem ciekaw interpretacji strony japońskiej) nie doczekała się odpowiedzi i sprawa stanęła w martwym punkcie. Informacja uznana za „wstydliwą” została powstrzymana i zawieszona w niebycie. Wszyscy zachowali twarz.
Jest to swego rodzaju paradoks, bo chcąc zrozumieć ten kraj, my gajdzini musimy pogodzić się z tym, że nigdy go do końca nie zdołamy zrozumieć. Nie ze względu na to, że jesteśmy mniej inteligentni, lecz dlatego, że większość ludzi ukształtowana przez daną kulturę, nie potrafi wyzwolić się ze szpon więżących go schematów myślenia. Kultura Japonii natomiast jest dla nas doświadczeniem skrajnie innym, a sprzeczności po prostu leżą zarówno w naturze mieszkańców wysp japońskich, jak i samych wyspach.
Jednym z kolejnych przykładów tego zjawiska, wyjątkowo odczuwalnym dla każdego turysty, czy też nawet podróżnika bardziej zaawansowanego, jest dwoista natura występujących tu kontaktów międzyludzkich. Naturalnym stanem rzeczy jest bezpieczne wycofanie i dystans, zwłaszcza w stosunku do obcokrajowców. Zjawisko to widoczne jest przede wszystkim w dużych miastach, takich jak Tokio. Brak kontaktu wzrokowego, wymiana zdań ograniczona do absolutnego minimum, wzmożona ostrożność, czy też unikanie kontaktu, a nawet wręcz ucieczka w przypadku próby nawiązania takowego. Taka jeszcze wciąż jest Japonia i tacy nadal bywają Japończycy.
Ale jednocześnie możemy spotkać się w Japonii z bardzo entuzjastycznym i (co jest charakterystyczne) zbiorowym zainteresowaniem, wystarczy tylko odpowiedni impuls, a gajdzin z anonimowego turysty staje się w jednej chwili swego rodzaju gwiazdą… choć patrząc na to z innego punktu widzenia, nadal jest to efekt traktowania obcokrajowców jak istoty z innego świata. Obecnie nie przyjmuje to oczywiście już takich rozmiarów, jak to miało miejsce jeszcze w niedalekiej przeszłości, gdy obcokrajowcy byli tu traktowani niemal jak przybysze z innej planety i to do tego stopnia, że na przykład podczas Międzynarodowych Targów Expo 1970, które miały miejsce w mieście Osaka, zwykli turyści z Zachodu tłumnie proszeni byli o autografy. Nawet całą dekadę później zdarzało się jeszcze, iż nieświadomy niczego turysta bywał wytykany na ulicy palcem przez przechodzące dzieci, krzyczące na cały głos: „Gajdzin! Gajdzin! Gajdzin!…”. Wielu moich znajomych podróżników wspomina te czasy z łezką w oku, bo miało to swój urok. Ale to była inna Japonia. Obecnie wszelkiej maści „obcych” w Japonii nie brakuje i choć nadal wywołują wzmożoną czujność jej mieszkańców, to najczęściej są po prostu grzecznie, acz z zacięciem, ignorowani. Ale bywa i przeciwnie. Brałem udział w wielu takich kuriozalnych sytuacjach i jedna z nich zapadła mi w pamięci wyjątkowo…
iało to miejsce podczas pewnego ciepłego, wiosennego wieczoru, gdy postanowiłem wraz z moją towarzyszką, wybrać się na kolację do jednego z naszych ulubionych barów sushi, mieszczącym się w tradycyjnej tokijskiej dzielnicy, Asakusa. Trafiliśmy tam akurat w momencie, gdy w lokalu był komplet gości, więc stojąca na zewnątrz pani z obsługi grzecznie poinformowała nas, że zajmie to niezobowiązujące dziesięć minut, po czym uprzejmie wpisała nasze nazwiska (nie mam pojęcia, jak to zrobiła) na podręczną listę oczekujących. Jako, że w lokalu obowiązywał zakaz palenia (nie wyobrażam sobie kalania subtelnego i pobudzającego apetyt zapachu tego typu miejsca dymem tytoniowym), od czasu do czasu ktoś wychodził na zewnątrz, aby dać upust swemu nałogowi. I tak oto spotkaliśmy pewną wyjątkowo skorą do nawiązywania kontaktów Japonkę w średnim wieku, która postanowiła urozmaicić swoje monotonne puszczanie dymka o konwersacje z przedstawicielami innej planety, całkowicie zdecydowanymi bez żadnego przymusu, zjeść surową rybę. Po kilku dosłownie zdaniach nasza rozmowa tak się rozkręciła, że dołączył do nas partner naszej rozmówczyni, który okazał się być chińskim biznesmenem… cóż, to trochę tłumaczyło jej nietypową jak na tokijkę otwartość na „obcych”. Jeśli była otwarta na azjadzinów (asiajin), to i automatycznie również na gajdzinów. Cóż, ksenofobia wydaje się mieć alergię na częste zmiany krajobrazu i szybko umiera wystawiona na trudy związane z podróżą poza granice ojczyzny.
Rozchichotani weszliśmy zatem do środka i to był ten impuls, który ośmielił do kontaktu z nami inne przebywające wewnątrz osoby, radośnie wciągające japońskie specjały. Usadzono nas przy samym barze, dokładnie naprzeciw szalejących z ostrymi jak miecz samurajski nożami (i nie ma w tym żadnej przesady) mistrzów sushi, zamieniających ryby i owoce morza w zgrabne kawałeczki z taką gracją, że trudno było oderwać od tego przedstawienia zadziwione oczy. Oczywiście, to nic nadzwyczajnego w Japonii, jednak tym razem mieliśmy wyjątkowo dobre do tego celu miejscówki. Jak się jednak chwilę później okazało, reszta siedzących wokół nas miejscowych amatorów surowizny, koncentrowała swoją uwagę nie na szatkowanej w cienkie plasterki rybie, bo tego przecież mieli dość na co dzień, lecz na zafascynowanych tym przedstawieniem gajdzinach, czyli na nas – bo przecież UFO nie zawsze jada ryby, zwłaszcza surowe. Dopiero teraz zauważyłem, że po mojej lewej stronie siedzi dwóch salarymanów, czyli nudnych jak flaki z olejem etatowych pracowników japońskich korporacji, wybitnie zmęczonych nie tyle ciężkim dniem pracy, co ilością wchłoniętego fermentowanego ryżu w płynie. Właściwie to zmęczony był jeden, bo drugi już się przemęczył i zdążył wylądować twarzą w blacie, pomiędzy dwoma zgrabnie wywiniętymi krewetkami. Nie było wątpliwości, okręt poszedł na dno, osiadł na mieliźnie i to tak permanentnie, że nie reagował na impulsy od kapitana siostrzanej jednostki, zresztą resztkami sił utrzymującej się jeszcze na powierzchni tuż obok. Jako, że kolega zamilkł na dobre, jegomość zmienił częstotliwość i zaczął nadawać do nas. W końcu ludzie morza to jedna wielka rodzina. Do dziś zastanawiam się, w jakim języku właściwie mówił, bo cały czas przeraża mnie myśl, że mimo jego bełkotu, doskonale się dogadywaliśmy.
Tymczasem nasz podręczny kucharz, szalejący z wielkim jak miecz nożem (i w tym może jest odrobinka przesady, ale tylko odrobinka), wydawał się być niezbyt zadowolony z faktu, że miejscowy amator trunków wyskokowych zaczepia „szanownych zagranicznych gości” i psuje opinię całej Japonii, więc subtelnie głaszcząc ostrze, ze zmiennym powodzeniem, sugerował mu odpłynięcie w inny obszar morza japońskiego. Tymczasem okazję podłapały również jednostki obecne po naszej prawej stronie i to była jeszcze większa rewelacja.
Było to trzech bardzo ciekawych osobników, z których jeden, wyraźnie ich „szef”, wyglądał jak skrzyżowanie muzułmanina z samurajem, lecz mimo tego dosyć dziwnego połączenia, emanował dostojeństwem i sympatycznym ciepłem. Jego lekko siwiejące włosy, oliwkowa karnacja, toczek na głowie i długa szata przepasana owiniętym kilkukrotnie pasem materiału, sprawiały że odnosiliśmy wrażenie, iż mamy do czynienia z człowiekiem światłym i życzliwym, co zdawało się potwierdzać podczas rozwijającej się rozmowy. Jego najmniejszy towarzysz operował biegle językiem angielskim i postanowił (i była to propozycja nie do odrzucenia) pełnić rolę tłumacza, zaś trzeci z nich milczał jak grób, od czasu do czasu pomrukując tylko wyraziście, aby podkreślić, iż również bierze udział w tej ożywionej konwersacji. I zaiste, brał udział, gdyż japońska sztuka posługiwania się onomatopejami i zniewolonymi skrajnym minimalizmem grymasami, została opanowana przez mieszkańców kraju ryczącej Godzilli w stopniu perfekcyjnym.
Ciekawe to rzeczy wychodzą na światło dzienne, gdy spotyka się przygodnych Japończyków, którzy będąc przekonani, iż więcej nie spotkają swoich gajdzińskich rozmówców (oj, żeby się nie zdziwili!), nagle otwierają się i są zdolni powierzyć im sekrety, jakie w każdych innych warunkach prawdopodobnie nie ujrzałyby światła dziennego. No, chyba że po dużej ilości alkoholu. Po krótkiej rozmowie nasz samozwańczy tłumacz, zupełnie na trzeźwo, również siedzący na wysokim stołku przy tym samym barze, między innymi oznajmił nam z radosnym uśmiechem, że należał kiedyś do jakuzy. Ot, tak po prostu, jakby mówił nam, że dzisiaj jadł na śniadanie jajecznicę. Na poparcie swoich słów radośnie zaprezentował nam jeden ze swoich palców, którego nie było. No, może niezupełnie nie było, ale nagle i bez uprzedzenia kończył się w połowie. Po wstępnym oglądzie wszystkie pozostałe palce u rąk naszego tłumacza-jakuzy wydawały się być na miejscu w całości, choć z ledwością powstrzymałem się z pytaniem, czy na pewno żaden nie jest doszywany, bo i takie idee krążyły swego czasu po Japonii. Pominąłem też kwestię palców u nóg, bo dałbym głowę, że te również by nam zaprezentował. W tym samym czasie nasz podręczny kucharz, szalejący za barem niczym sam Musashi Miyamoto(r), dziwnie łypnął na niego spod oka, wciąż pewnie machając swoim spiczastym ostrzem, błyskającym w świetle jarzeniówki.
W ogóle okazało się, że cała trójca należy do jakiejś wspólnoty religijnej z południa Japonii, co tłumaczyło ich nietypowy strój i parę innych detali. Muszę przyznać, że nasze rozmowy (w których w porywach brało udział nawet dziesięć osób na raz), przyjmowały chwilami dosyć dziwne formy i zahaczały o niecodzienne tematy. Przyzwyczajeni do standardowego wycofania tokijczyków, byliśmy zaskoczeni takim obrotem spraw. Ileż to można się dowiedzieć intrygujących rzeczy w takich sytuacjach, nie sposób zliczyć! Duchowy szef naszej trójki znajomych, wykazał między innymi zainteresowanie polskim piwem i z entuzjazmem przyjął wiadomość, że generalnie (przemilczając różnicę jakości) jest zazwyczaj silniejsze od japońskiego. Choć to rzecz jasna sprawa dyskusyjna, szef trójcy podkreślił ten fakt wyrazistym gestem zaciśniętej pięści oraz siarczystym „strong!” na dokładkę. To było słodkie. Oczywiście mówiliśmy o popularnych, komercyjnych gatunkach piwa, bo i w Japonii piwo niejedno ma imię. Natomiast jego tłumaczącemu wszystko koledze, na dźwięk słowa „Polska” dziwnie zabłysły oczęta i nagle zaczął gorliwie czegoś szukać za pazuchą, a czynił to z takim zaangażowaniem, że stracił równowagę i zniknął nam z oczu, katapultowany ze swojego wysokiego stołeczka za rufę. Gdy się podniósł (nie stracił przy tym żadnego dodatkowego palca), trzymał w ręce obrazek… Matki Boskiej, oznajmiając nam z radosnym wyszczerzem, że „też jest katolikiem!”. Katolik-jakuza?! Ręce nam ze świstem opadły do samej ziemi i pacnęły z hukiem. Tymczasem nasz japoński katolik (z dziewięcioma koma pięć palców u rąk) był tak rozentuzjazmowany, że nie miałem mu serca tłumaczyć, iż mimo że statystyki (które są przecież największymi kłamstwami na świecie) zdają się mówić coś innego, to nie wszyscy Polacy są katolikami. Ale czy w takich sytuacjach ma to jakiekolwiek znaczenie? Tu liczy się spontaniczny kontakt z drugim człowiekiem i radość dzielenia się entuzjazmem. To jest właśnie najpiękniejsze w tego typu podróżach i dlatego między innymi warto podróżować!
Chwilę potem dostaliśmy w prezencie od szefa trójcy, podane przez nożownika zza lady, wyszukane porcje nigiri (podstawowy w Japonii rodzaj sushi) najlepszego zdaniem miejscowych, dostępnego tuńczyka, w celu przekonania naszych niedoświadczonych gajdzińskich podniebień, jak wspaniale może smakować kawałek tej niezwykłej ryby, gdy się wie, z której części ją wykroić. Owszem, kawałek był wyśmienity (i kosztowny), czego nie omieszkaliśmy podkreślić, ale nasz wspaniały darczyńca nie był w stanie zrozumieć, że dla nas, gajdzinów z Kraju Lecha, każdy z serwowanych tu kawałków tej mięsożernej ryby jest równie pyszny, bo u nas po prostu do tuńczyka w takiej jakości (generalnie) dostępu nie ma. Dyskusja była zażarta i żarliwa, choć ostatecznie wszyscy zdołali wszystkie palce zachować. – U nas jest dobre sushi! – wypalił nagle jakiś zygzakujący salaryman w łamanej angielszczyźnie, który jakimś sposobem przypętał się do oszołomionej, siedzącej obok nas dwójki salarymanów. Co jest do diabła, pijani salarymani przyciągają się, czy jak?! – przeszło mi przez myśl. – Bo nie robią go kobiety! – dorzucił po chwili, kiwając się w przód i w tył. – A wiesz, dlaczego?! – łypnął na mnie jednym okiem, bo drugie gdzieś mu uciekło. – Nożownik zza lady spojrzał na niego z kwaśną miną, szatkując sprawnie wielki kawał łososia. – Cholera, wiem – pomyślałem. – Ale czy wypada o tym głośno w tej chwili wspominać? Mistrz sushi najwidoczniej już się zorientował, co się święci, bo próbował przemówić klientowi do rozsądku, wykonując dziwny gest nożem, podobny do odganiania natrętnej muchy, ale ten nie dał nam czasu na kontrreakcję i wypalił niczym z pneumatycznej armaty: – Bo kobiety miesiączkują, a to wpływa na ich smak! – Był z siebie tak zadowolony, że prawie wygiął się w podwójnie karbowaną parafkę.
– A tak, słyszałem też, że w okresie panowania dynastii Tokugawa samuraje przestali jeść ogórki, bo wzór na plasterku ogórka przypomina herb władcy, a to przecież niegrzeczne jeść herb swojego władcy, nieprawdaż? – próbowałem utrzymać naszą dziwną konwersację w żartobliwym tonie, ale nasz przechodni rozmówca był tak zakręcony, że gdy kończyłem zdanie, ten już był w połowie slalomu do wyjścia. I chyba dobrze, bo patrząc na minę naszego mistrza sushi, mogłoby dojść do niebezpiecznej sytuacji kulinarnej.
Rozmarzony potarłem wiszącą obok torbę z kamerą w środku. Że też takie rzeczy dzieją się zawsze właśnie wtedy, gdy nie mam jej w ręku! Co jest z tym światem nie tak?!
ieczór zakończył się masową wymianą wizytówek, wyniesieniem zatopionego w blacie jegomościa przez jego kicającego (i to jest bardzo dobre określenie na ten stan rzeczy) kolegę oraz ukłonami tak głębokimi i zamaszystymi, że aż dziw, że nikomu nic się nie stało.
Itak oto zacząłem powoli rozumieć, skąd wzięły się te wszystkie sytuacje pełne niebezpiecznych wypadków podczas gorących japońskich pożegnań. Zdziwiło mnie raczej to, że jest ich tak niewiele. No, ale jak wiadomo, trening czyni mistrza i kto jak kto, ale Japończycy wiedzą o tym doskonale.
Równie niecodzienna i nieco szalona sytuacja spotkała mnie i moich towarzyszy podróży pewnego razu w wagonie metra, chyba jednym z najbardziej anonimowych miejsc w Tokio. Tutaj nikt na siebie nie patrzy, nikt nie ustępuje miejsca. Wszyscy zachowują się tak, jakby obok nich nikogo nie było, bo tak jest po prostu łatwiej (i bezpieczniej dla „twarzy”) funkcjonować w tym gigantycznym ścisku. Tym razem jednak było inaczej. Poniekąd dlatego, że mieliśmy ze sobą kilkumiesięczne dziecko, a to jak wiadomo, potrafi skutecznie zwracać uwagę okolicznych obywateli, nawet w Japonii i nawet w Tokio. Wracaliśmy akurat z dłuższej wyprawy do innych części Japonii i nasz najmłodszy członek zespołu globtroterskiego nieco już marudził z powodu natłoku wrażeń. Jak wiadomo, w takich sytuacjach opcje są tylko dwie – albo my ich, albo oni nas: albo szybko zaimplementowany sen, albo publiczne wystąpienie przeciw jawnej niesprawiedliwości społecznej, wywrzeszczane wibrującym aż do bólu antytenorem niedawno wyhodowanych strun głosowych. Powszechnie znany jest również fakt, że dorosły człowiek ma rzadko kiedy lepszą okazję do publicznego zrobienia z siebie kompletnego idioty niż podczas prób zabawiania niemowlaka. Nie pomogły próby szybkiej hipnozy, głupawa paplanina i gumowe sushi z piszczałką. Gdy sytuacja zaczynała się naszej ekipie wymykać spod kontroli, zdarzyło się coś zadziwiającego. Coś, co bardziej pasowałoby do fabuły głupkowatego filmu, niż do tokijskiej rzeczywistości.
Stojąca obok nas trójka uczniów, ubrana w charakterystyczne czarne mundurki szkoły średniej, przywodzące na myśl pruską armię, ni mniej ni więcej, tylko zaczęła nucić naszemu podopiecznemu kołysankę! I to nie było jakieś tam mruczenie pod nosem, ale porządna, rasowa kołysanka, ze zwrotkami, refrenem i miejscami z podziałem na głosy! Oczywiście, nie za głośno, aby nie budzić śpiących pasażerów, ale i tak był to wyczyn wart odnotowania. I o ile sama czynność nie była niczym nadzwyczajnym, to biorąc pod uwagę miejsce, czas i specyficzną naturę tokijczyków, mniej by mnie zaskoczyło spotkanie z UFO. Takim prawdziwym. Cała jednak ironia polega na tym, iż takich zaskakujących sytuacji przeżyłem sporo i to nikt inny jak ja sam (oraz moi gajdzińscy towarzysze), odgrywałem rolę ufoludka. Prawda jest jednak taka, że to działa w obie strony, a każdej ze stron wydaje się, że to tylko oni są świadkami czegoś nadzwyczajnie ciekawego. Tymczasem obie strony są jednocześnie obserwatorami i ufokami.
Ale, jak już wspomniałem, każdy obcy musi się w Japonii pogodzić z tym (lub przynajmniej spróbować), że zawsze będzie obcy. Jednych to na dłuższą metę przeraża, innych intryguje i bawi. Jak sami to odbierzecie, to już zależy od was. Znam osoby, które po dekadzie pobytu w Japonii, nadal będąc traktowanymi jak przejezdni turyści, nie wytrzymywali tego stanu rzeczy, pakowali bagaże i uciekali. A przynajmniej próbowali uciekać, bo od Japonii nie da się całkiem uciec, bowiem ten kraj uzależnia. I to na każdej niemal płaszczyźnie. Sam ilekroć wracam do Polski, co chwila rzewnymi łzami płaczę nad milionem rzeczy, których mi natychmiast zaczyna brakować: niezwykle sprawnego (i bez dwóch zdań: najlepszego na świecie) transportu miejskiego, najwyższej jakości produktów na każdym poziomie cenowym, różnorodności kuchni, rozrywek, wydawnictw, gadżetów, jakości obsługi klienta, prostych dróg i tysięcy innych drobiazgów, których spis zająłby setki stron. Człowiek jest bardzo leniwą i wygodną bestią i zwykł szybko przyzwyczajać się do dobrego, a Japonia ma tendencję do błyskawicznego rozpuszczania niczym przysłowiowy dziadowski bicz.
Ale to oczywiście nie wszystko. W grę wchodzi tu jeszcze sposób myślenia i postrzegania świata oraz pasja. Jednym z bardziej charakterystycznych pytań odnośnie Japonii, zadawanych mi przez różne osoby, dla których entuzjazm z jakim odnoszę się do tego kraju jest niezrozumiały, są pytania dotyczące wszelkich „ciemnych stron” tegoż kraju i mojej spokojnej akceptacji tego faktu. Jak wiadomo, wszędzie żyją tylko ludzie (przynajmniej z tego co nam na dzień dzisiejszy jest wiadome) i nie ma miejsc na świecie, które byłyby pozbawione sytuacji i wydarzeń, wynikających z „ludzkich błędów”. I Japonia nie jest tu wyjątkiem. Wiem o tym najczęściej nawet znacznie lepiej niż osoby zadające mi te pytania. I wiem również, że to, jak postrzegamy jakieś zjawisko, sytuację, świat, zależy od naszej wiedzy, otwartości umysłu i sposobu patrzenia na otaczający nas wszechświat. To jest jak ze spotkaniem swojej drugiej połowy, partnera życiowego. Gdy natychmiast wszystko inne traci znaczenie i ewentualne „wady” schodzą na dalszy plan. Podobnie jest z miejscami na świecie, o czym dobrze wiedzą wszyscy zapaleni podróżnicy.
W którymś momencie trafia się takie miejsce, z którym natychmiast nawiązujemy pewien rodzaj duchowej więzi i w jednej chwili, bez zastanowienia, wskakujemy na głęboką wodę, niczym więziona dotąd w wiadrze ryba, którą nagle wylano razem z zawartością do oceanu pełnego wspaniałej różnorodności. Nieważne, że czyhają tam rekiny i inne „niewygody”. Ważne, że trafiliśmy do „swojego miejsca”, do którego czujemy się przynależni. I najmniej istotny jest tu fakt, że urodziliśmy się gdzieś indziej, to wszystko nie ma w takich chwilach żadnego znaczenia. I dla mnie takim miejscem jest właśnie Japonia. Nie znaczy to, że nie zachwycam się innymi miejscami na świecie i wcale nie znaczy, że któregoś dnia nie zmienię/rozszerzę swojej pasji na inne, działające na mnie pozytywnie miejsca na naszej planecie. Jednak, gdy się ma do czynienia z doskonale do nas pasującą cząstką nas samych, wiele się wybacza. A właściwie, to nie ma czego wybaczać. Znam osoby, które przebywając w Japonii nawet kilkadziesiąt lat, wciąż narzekając na wiele rzeczy, które im w tym kraju przeszkadzają, nadal tam mieszkają, bo odnajdują tu więcej rzeczy, które kochają i zawsze kochać będą. Dlatego jest mi zawsze wyjątkowo smutno, gdy czytam artykuły, książki lub oglądam programy o Japonii, których autorami są ludzie jej „nieczujący” i nie pałający do niej pasją. Ponoć dobry nauczyciel (zakładając, że jest dobry), jest w stanie nauczyć rzeczy o których nie ma pojęcia. Jednak ktoś bez pasji nie jest w stanie przekazać entuzjazmu, bo go po prostu nie ma. Pomijam już fakt, że nie rozumiejąc specyfiki kraju o zupełnie innej mentalności, często postrzegamy go negatywnie, karykaturalnie, tylko dlatego, że nie potrafimy prawidłowo zinterpretować docierających do nas informacji.
Są też oczywiście skrajnie idiotyczne przypadki, gdy do tego dochodzi jeszcze ignorancja. Byłem kiedyś świadkiem sytuacji w jednej z restauracji sushi w Tokio, gdy pewna młoda dziewoja, początkująca modelka z jakiegoś końca świata, oznajmiła z oburzeniem, że dostała surową rybę (zaraz po tym jak poprosiła o nóż i widelec) i że nie jest w stanie tego przełknąć. Cóż, bywa i tak, że trafiają tu osoby, które kompletnie nie potrafią zrozumieć, gdzie się właściwie znajdują. Nie da się ukryć, że dla człowieka wychowanego w zachodnim kręgu kulturowym, przy pierwszym zetknięciu Japonia – jak i cały Wschód – jest doświadczeniem skrajnym. Kraj ten jest trochę jak mechanika kwantowa, której nie potrafimy zrozumieć, a która mimo wszystko doskonale działa, choć według posiadanej przez nas wiedzy, działać nie powinna. Żeby pojąć jej istnienie, trzeba diametralnie przestawić swój sposób myślenia i jest to proces, który wymaga wyrwania się z uścisku stereotypów, które dotąd rządziły naszym sposobem postrzegania świata.
Stykając się z inną kulturą, czy to jako turyści, podróżnicy, biznesmani, czy widzowie oglądający japońską produkcję filmową, również tę animowaną, musimy zawsze pamiętać, że mamy do czynienia z innym sposobem myślenia. Oczywiście nie w tym rzecz, aby popaść w kolejną skrajność i chwalić wszystko co inne. Chodzi raczej o zachowanie zdrowego rozsądku i opieranie swych osądów na wiedzy, a nie negatywnej propagandzie i ignorancji. Oczywiście to ostatnie występuje wszędzie, również w Japonii. Zadziwiła mnie kiedyś rozmowa z pewnym dorosłym tokijczykiem, mieszkającym 20 minut od Akihabary i żyjącym w tym mieście kilkadziesiąt lat, który nie miał zielonego pojęcia o tym, że w dzielnicy tej istnieją second handy z elektroniką. To mniej więcej tak, jak by mieszkać całe życie w Paryżu i nie wiedzieć, że znajdują się tam restauracje serwujące doskonałe owoce morza. Można z nich nie korzystać, można ich nie lubić, ale nie wiedzieć? – to już przesada.
Ignorancja to jedna strona medalu, ale świadome niezauważanie pewnych zjawisk, to już zupełnie inna rzecz i jakże charakterystyczna dla Japończyków. Japonia to chyba jedyny kraj, w którym „nie zauważa się” pewnych rzeczy, wychodząc z klasycznego założenia, że jeśli się o czymś nie mówi i na to nie patrzy, to tego nie ma (a więc nie ma też wstydu i utraty twarzy). A już na pewno tokijczycy są w tym arcymistrzami.
Jadąc kiedyś tokijską koleją naziemną JR (jak mówią Japończycy: „dżeru”), natknąłem się na staruszkę, która wyglądała niczym żywcem wyjęta ze starych filmów japońskich mistrzów kina: sterczące we wszystkich kierunkach stalowo siwe włosy, ociekający brudem długi prochowiec, poplamiony tobołek, posiekana głębokimi zmarszczkami, ciemnobrązowa skóra. Do tego był bardzo ciepły, wilgotny dzień i woń jaka wisiała w wagonie była tak ciężka, że w napadzie kreatywnej desperacji można było powiesić katanę. Na domiar wszystkiego starsza pani zachowywała się w sposób, który większość ludzi nazwałaby „szalonym”, bardzo głośno o czymś rozprawiając, pokrzykując od czasu do czasu i okazjonalnie machając rękami na wszystkie strony. Reakcja współpasażerów była dokładnie zerowa, pomijając wolną przestrzeń, jaka stworzyła się wokół niecodziennej pasażerki. Scena była tak wymowna, że można by ją było odnieść do miliona innych sytuacji, mających codziennie miejsce w tej wielkiej metropolii. Izolacja od ludzi wykluczonych z jakichś powodów ze społeczeństwa, jest tu odruchem automatycznym i powszechnym. Powiem szczerze, że zrobiło mi się żal tej starszej, prawdopodobnie samotnej osoby, która przygnieciona ciężarem życia, zabłądziła w labiryncie obłędu. Patrzyłem na nią ze smutkiem, nie przyszło mi nawet do głowy, aby sięgnąć po kamerę. Tego już pewnie nie zniósłby nikt z obecnych. Zachowałem więc ten obraz w pamięci, ale jak się potem okazało, nie był to ostatni taki przypadek, na jaki się natknąłem.
Innym razem jadąc przez miasto z pewną znajomą Japonką, spostrzegłem przez okno podobnych osobników, którzy w okolicach jednego z dużych dworców, mieszkali w namiotach oraz kartonowych schronieniach. Na pytanie: „Dlaczego ci ludzie mieszkają w takich warunkach?”, otrzymałem bardzo krótką odpowiedź: „A nie wiem, widocznie tak lubią”. Nie padło słowo „bezdomni”, bo paść nie mogło. Przecież bezdomnych w Tokio nie ma, bo się ich nie zauważa, a więc nie istnieją. I na tym temat się zakończył, bowiem moja współrozmówczyni kontynuowała naszą wcześniejszą dyskusję. Temat nie istnieje. To są ludzie, którzy żyją poza społeczeństwem, poza grupą.
Na usprawiedliwienie muszę tu dodać, iż w tak gigantycznej metropolii jak Tokio, widok bezdomnego to naprawdę rzadkość. A mówimy przecież o stłoczonych w jednym miejscu ponad trzynastu milionach ludzi. Gdy się już pojawiają, rzucają się w oczy, ale przeważnie tylko wtedy, gdy tego sami chcą. Tokijscy bezdomni cieszą się statusem „niewidzialnych” nie tylko z powodu ignorancji japońskiego społeczeństwa, ale również dlatego, że sami funkcjonują w taki sposób, aby jak najmniej wyróżniać się w tłumie. Tak przynajmniej dzieje się za dnia, gdyż zwłaszcza wieczorami w określonych miejscach w dzielnicach Ueno i Shinjuku, w parkach i w bocznych korytarzach dworców, można spotkać ich stłoczonych w oczekiwaniu na darmowe posiłki, wydawane przez tutejsze niezależne organizacje pozarządowe.
Na chwilę obecną liczbę bezdomnych w Japonii ocenia się na ok… trzydzieści tysięcy, z czego w samym Tokio jest ich ok… osiemnaście tysięcy. Są jednak trudno dostrzegalni. Chyba, że się wie, na co zwrócić uwagę. Bezdomni w Tokio parają się różnymi zajęciami, aby zarobić parę groszy na posiłek. Głównie jednak przeglądają miejskie śmieci, które w Japonii – jak wszystko tutaj – są bardzo dokładnie posortowane. Cała jednak tajemnica polega na tym, aby znać odpowiednie miejsca, w których można znaleźć rzeczy wyjątkowe. Tokijczycy często pozbywają się w taki sposób jeszcze sprawnych sprzętów domowych, urządzeń elektronicznych, telefonów komórkowych, itp. W droższych dzielnicach można natknąć się na bardziej cenne przedmioty. Znalezione skarby wystarczy potem sprzedać do second handów lub wystawić na prowizorycznie rozłożonym kramiku. Cały dobytek bezdomnego to wózek wypełniony kartonami, kilkoma naczyniami i przedmiotami pierwszej potrzeby. Wózki te można spotkać za dnia ładnie upakowane i stojące w wydzielonych zaułkach w parkach (na przykład w ueno), oznaczone i czekające na swych właścicieli, którzy wrócą po nie wieczorem.
Pomoc państwa przysługuje w Japonii dopiero od sześćdziesiątego piątego roku życia, więc jeśli stałeś się bezdomnym wcześniej, musisz sobie radzić sam. Ale nawet, gdy jesteś bezdomnym, musisz się stosować do pewnych zasad, odgrywać pewną „rolę społeczną” i pogodzić się z pewnym „imagem” i dotyczy to absolutnie wszystkich. Tak jak tokijski pracownik porządkowy, stojący na rogu z „migającą pałką”, zawsze ubrany jest w przepisowy mundur i wykonuje te same ruchy, tak prawie wszyscy bezdomni jakich spotkałem w Tokio, byli odziani w długie, poplamione płaszcze. Nie dlatego, że wszyscy bezdomni w nich chodzą, ale dlatego, że jest to najbardziej charakterystyczny i najczęściej zauważany element ich image,u, a Japończycy zdają się nie potrafić funkcjonować bez sztywno narzuconych reguł. Czegokolwiek by one nie dotyczyły.
No właśnie. Nie da się nie zauważyć, że japońskim zachowaniem rządzą bardzo wyraziste schematy i każdy w tym wielkim przedstawieniu ma swoją rolę do odegrania. Dla stojącego z boku obserwatora, zafascynowanego tą kulturą, to naprawdę niesamowite zjawisko.
Odbijając w drugą stronę, ciekawym zjawiskiem jest również zachowanie, a raczej ogólna postawa Japończyków, którzy odnieśli sukces. Zjawisko zwane powszechnie „uderzeniem wody sodowej do głowy” znane jest i u nas, ale chyba nigdzie indziej nie występuje tak powszechnie i w tak wyrazistej formie jak w Japonii. Cóż za wyrazisty kraj, chciałoby się rzec.
Gdy ma miejsce nagła zmiana pozycji społecznej Japończyka, wraz z tym zdaje się natychmiast zmieniać jego sposób myślenia i zachowania. Praktycznie normą jest (choć znam wyjątki), iż taka osoba natychmiast zaczyna patrzeć na innych z góry i niejako odreagowywać czas zniżania się do wymagań grupy, czyli głównej komórki społecznej w Japonii.
Japońskie społeczeństwo od dawien dawna było zhierarchizowane i dominacja wyższych warstw nad niższymi objawiała się często w dosyć brutalny sposób. Rozbawiła mnie swego czasu całkowicie poważna uwaga jednego z japońskich reżyserów filmowych, który stwierdził, iż ubrał swojego bohatera w okulary tylko dlatego, aby dać do zrozumienia widzom, że jest on nieśmiały, gdyż ci Japończycy, którzy postrzegani są w swym kraju jako osoby bez wad (czytaj: o aparycji stereotypowego modela/modelki), natychmiast stają się zarozumiałe. I faktycznie tak jest, co łatwo zaobserwować na przykład w grupach japońskiej młodzieży nastoletniej, wśród których od razu można wyłowić „gwiazdy”, zachowujące się w nietypowy dla Japończyków, pewny siebie i bezczelny sposób. To naprawdę ciekawe zjawisko.
Faktem jednak jest również, że mimo swego zamiłowania do porządkowania świata, Japończycy nie zawsze postępują zgodnie ze schematami i przepisami, bo życie bywa przekorne, a urzędnicy państwowi często pozbawieni elementarnej wyobraźni (lub skorumpowani albo jedno i drugie). Jednym z zabawniejszych i zarazem łatwo zauważalnych zjawisk, jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju „przepychanki” pomiędzy urzędnikami państwowymi a szarymi obywatelami, są kwestie dotyczące sprzedaży i korzystania w Japonii z dobrodziejstwa używek: wyrobów tytoniowych i alkoholu. Od czasu do czasu zdarza się, że jakiś urzędnik uzna, iż w danym miejscu palić nie wolno i nie tyczy się to budynku, lecz skwerku lub kawałka parku, który w jakiś szczególny sposób upodobali sobie liczni w Japonii palacze. Taki przypadek, którego sam jestem regularnym świadkiem, ma miejsce w tokijskiej dzielnicy Akihabara. Rzecz tyczy się pewnego otoczonego murkiem placyku, tuż przy wejściu do sławnego Yodobashi Camera, przyozdobionego wielkimi napisami, zakazującymi palenia w tym oto miejscu. Miejsce to jednak jest tak wygodne i poręczne do tej właśnie prostej czynności, że tokijczycy po prostu je zignorowali. I co? I nic. Oficjalnie nikt nic nie zauważył, więc problemu nie ma. No przecież japoński urzędnik państwowy nie przyzna się do błędu, straciłby wtedy twarz, a tę stratę Japończycy znoszą bardzo ciężko.
W końcu jednak rozwiązanie znaleziono, kilka lat później w roku 2012. obok placyku postawiono nowoczesny corner dla palaczy, ładnie ogrodzony, wyposażony w popielniczki i sprawnie obsługiwany przez panów „popielniczkowych”, którzy dbają o to, aby pojemniki na cuchnący popiół były stale opróżniane, czyste i pachnące. I mieszkańcy Tokio, chcąc nie chcąc, dostosowali się, bo dostali zdroworozsądkowe rozwiązanie problemu.
Ale inną istotną dla nieobeznanego w tej rzeczywistości gajdzina ciekawostką socjologiczną jest fakt, że palaczy w Tokio nagle gwałtownie ubyło, gdyż nowe przepisy o ubezpieczeniach zdrowotnych spowodowały, że w przeciągu jednego roku palacze z ulic Tokio zaczęli masowo znikać. Z jednej strony to niesamowite – westchnie ktoś – samo zdrowie i oszczędność pieniędzy. Z drugiej strony – westchnę ja i mi podobni politycznie niepoprawni sceptycy – czy to nie przerażające, że można manipulować ludzkimi masami z taką łatwością? Proces ten trwał niespełna rok. W roku 2011 tłumy palaczy przewalały się przez to wielkie miasto niczym skupiska dymnych petard, a niespełna rok później, prawie zniknęli. Tak po prostu.
Zastanawiać się można (i należy) nad wszystkim, ale generalnie myślę, że dla badacza czy też po prostu miłośnika tej kultury, na początek najzdrowsze będzie zaakceptowanie Japonii z jej licznymi „dziwactwami”, bo nie warto pozwalać, aby stereotypowy sposób patrzenia na świat przysłonił nam radość smakowania innych kultur.
Zresztą, nie myślcie sobie, że sami Japończycy podchodzą do siebie bezkrytycznie. Owszem, bywają pompatyczni i czasami głupio dumni, ale od Japończyków również usłyszałem wiele skarg na japońskie społeczeństwo. Pewna Japonka powiedziała mi kiedyś ze złośliwym grymasem na twarzy: Japonia byłaby pięknym krajem, gdyby nie Japończycy. To było złośliwe. Ale nie pozbawione sensu. Jednak „miłość ci wszystko wybaczy”, jak śpiewała nasza przedwojenna gwiazda kina, Hanka Ordonówna. Nie ma rzeczy bez wad, bo wady i zalety są tylko odmiennym punktem widzenia, a każdy postrzega świat inaczej. Jest tyle światów, ile żyjących na nim ludzi. I jest też tyle samo wizji Japonii.
