Japonia oczami fana. Zostawiłem serce w Tokio - Paweł Musiałowski - ebook

Japonia oczami fana. Zostawiłem serce w Tokio ebook

Paweł Musiałowski

0,0
49,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Osobista relacja z wielkiej fascynacji Krajem Kwitnącej Wiśni. Autor zabiera czytelnika w podróż do Japonii, pokazując ją z perspektywy wielkiego miłośnika tamtejszej kultury, obyczajów i codziennego życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 542

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ilu­stra­cje:

Da­riusz Styr­na

Zdję­cia:

Mał­go­rza­ta „Se­ri­ka” Gaj­de­ro­wicz, Pa­weł „MrJe­di” Mu­sia­łow­ski

© Co­py­ri­ght: Pa­weł Mu­sia­łow­ski & Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

Skład i ła­ma­nie:

Gro­up­Me­dia

ISBN: 978-83-62913-82-4

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza FIN­NA

80-768 Gdańsk, ul. Dzie­wa­now­skie­go 5/6

tel.:058 742 09 12

e-mail: fin­na@fin­na.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książ­kę tę de­dy­ku­ję wszyst­kim tym, któ­rzy nie wsty­dzą się ma­rzyć.

Bo więk­szość waż­nych czy­nów wła­śnie tu bie­rze swój po­czą­tek.

Spe­cjal­ne po­dzię­ko­wa­nia dla Mał­go­si Gaj­de­ro­wicz, Jur­ka Po­pra­wy i Mi­cha­ła Ko­try­cha

Niech Wam Bud­da w je­nach wy­na­gro­dzi

Słowem wstępu :: Japonia subiektywna

Każ­dy po­dróż­nik, któ­re­go ko­le­je losu za­wio­dą do Ja­po­nii, bar­dzo szyb­ko od­kry­wa, że kraj ten nie ma jed­ne­go ob­li­cza… wła­ści­wie to trud­no je zli­czyć, choć moż­na ge­ne­ra­li­zo­wać i pró­bo­wać. Ja­po­nia no­wo­cze­sna i tra­dy­cyj­na, po­wścią­gli­wa i sza­lo­na, sto­no­wa­na i eks­plo­du­ją­ca fe­erią ostrych barw, wy­co­fa­na i ci­cha, a za­ra­zem na­tar­czy­wa i krzy­kli­wa. Ja­po­nia peł­na świą­tyń i wiel­kich mar­ke­tów, zie­lo­nych la­sów i fa­bryk, te­atru ka­bu­ki i to­pią­ca się w pod­nie­sio­nych do ran­gi sztu­ki ki­czu, sza­lo­nych pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych, Ja­po­nia peł­na su­shi i ham­bur­ge­rów, ki­mon i ocie­ka­ją­cych ko­ron­ka­mi go­tyc­kich stro­jów, jed­ną nogą sto­ją­ca w tra­dy­cji, a dru­gą w sza­leń­stwie dy­na­micz­nych zmian. Czy ktoś na­praw­dę po­tra­fi okre­ślić, jaka jest Ja­po­nia? Dzi­siaj już wiem, że nie ma jed­nej de­fi­ni­cji tego kra­ju-zja­wi­ska, bo­wiem jego spe­cy­fi­ka po­le­ga na tym, że każ­dy od­kry­wa ją na swój nie­po­wta­rzal­ny spo­sób… cza­sem bę­dzie to krzy­kli­we cen­trum roz­ry­wek, fa­now­ski skle­pik ukry­ty gdzieś w bocz­nej ulicz­ce, cza­sem ka­fej­ka w pod­zie­miach me­tra, ulu­bio­na ław­ka na obrze­żach par­ku, ka­wa­łek mur­ku ze sto­ją­cym przy nim au­to­ma­tem z na­po­ja­mi, za­gu­bio­nym gdzieś na ty­łach wiel­kie­go domu han­dlo­we­go lub świą­tyn­ka wy­peł­nio­na zba­wien­ną ci­szą. To bę­dzie „wa­sza Ja­po­nia”, bo każ­dy kto tu przy­jeż­dża, od­naj­du­je swo­ją wła­sną wer­sję tego miej­sca.

Cała ni­niej­sza książ­ka, czy­li punkt wi­dze­nia, z któ­re­go pa­trzę na ja­poń­skie re­alia, jest punk­tem wi­dze­nia gaj­dzi­na – czy­li „ob­ce­go”, przy­by­sza spo­za Ja­po­nii, któ­ry ja­kimś dziw­nym zrzą­dze­niem ko­smicz­nych przy­pad­ków, wkradł się w ja­poń­ski tłum i z nie­od­łącz­ną ka­me­rą, w po­kręt­ny spo­sób, ko­men­tu­je ni­hoń­ską rze­czy­wi­stość. Tak, przy­zna­ję się, je­stem nie­co sza­lo­nym en­tu­zja­stą Ja­po­nii i nie­po­praw­nym opty­mi­stą. Nie ozna­cza to jed­nak, że nie do­strze­gam in­nych punk­tów wi­dze­nia tego kra­ju. W książ­ce tej przed­sta­wiam Wam po pro­stu jed­ną z moż­li­wych prawd – moją praw­dę. Bo tak wła­śnie wi­dzę Ja­po­nię. Moją Ja­po­nię.

Jako oso­ba za­fa­scy­no­wa­na rów­nież ja­poń­ską po­pkul­tu­rą, siłą rze­czy nie by­łem w sta­nie oprzeć się uka­zy­wa­niu Ja­po­nii po­przez jej pry­zmat. Nie da się za­tem ukryć, że ni­niej­sza książ­ka prze­zna­czo­na jest w du­żej mie­rze dla mło­dych (choć­by sa­mym du­chem) mi­ło­śni­ków zja­wisk po­pkul­tu­ro­wych, ro­dem z kra­ju gejsz i sa­mu­ra­jów, stąd rów­nież jej lek­ka, po­pu­lar­na, cza­sa­mi wręcz „blo­go­wa” for­ma. Jed­no­cze­śnie go­rą­co wie­rzę, że po­sia­da ona wy­miar uni­wer­sal­ny i je­stem prze­ko­na­ny, że po­bu­dzi wy­obraź­nię każ­dej oso­by, za­in­te­re­so­wa­nej tym nie­zwy­kłym kra­jem. Mimo, że książ­ka ta na­ła­do­wa­na jest wie­lo­ma in­for­ma­cja­mi, moim ce­lem nie była do­głęb­na ana­li­za każ­de­go z po­ru­sza­nych tu te­ma­tów, ale ra­czej po­dzie­le­nie się swo­imi su­biek­tyw­ny­mi od­czu­cia­mi i ob­ser­wa­cja­mi z na­dzie­ją po­bu­dze­nia cie­ka­wo­ści czy­tel­ni­ka.

Wszyst­kie wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce, choć cza­sa­mi dla wy­go­dy czy­tel­ni­ka nie­co upo­rząd­ko­wa­ne, są praw­dzi­we. Być może chwi­la­mi wy­da­dzą się Wam dziw­ne, nie­re­al­ne, szo­ku­ją­ce, ab­sur­dal­ne, ale taka wła­śnie jest Ja­po­nia: za­ska­ku­je, za­dzi­wia, szo­ku­je, po­bu­dza wy­obraź­nię. Nie pró­buj­cie więc fil­tro­wać jej przez lo­gi­kę czło­wie­ka z Za­cho­du, lecz po­sta­raj­cie się zrzu­cić cały ten nie­po­trzeb­ny ba­gaż i przy­go­to­wać się na coś no­we­go. Przy­najm­niej na czas czy­ta­nia tej książ­ki – my­śl­cie in­a­czej, a być może od­kry­je­cie świat o któ­rym ist­nie­niu do­tąd nie mie­li­ście po­ję­cia.

Wszyst­kie za­war­te w tej książ­ce ma­te­ria­ły in­for­ma­cyj­ne, uzu­peł­nio­ne są licz­ny­mi (i sta­le przy­by­wa­ją­cy­mi) fil­ma­mi po­dróż­ni­czo-do­ku­men­tal­ny­mi, do­stęp­ny­mi m.in. na moim vi­de­oblo­gu, pod ad­re­sem: ka­wa­ii-mrje­di.blog­spot.com. Za­pra­szam więc za­rów­no do lek­tu­ry ni­niej­szej książ­ki, jak i do obej­rze­nia fil­mo­wych spra­woz­dań, na­krę­co­nych pod­czas mo­ich licz­nych po­dró­ży po Ja­po­nii, któ­re uzu­peł­nio­ne ni­niej­szym tek­stem, dają moż­li­wość o wie­le głęb­sze­go zro­zu­mie­nia miej­sca, któ­re chciał­bym wam tu przy­bli­żyć. Oto ono. Oto Ja­po­nia wi­dzia­na ocza­mi jej fana.

Pa­weł „MrJe­di” Mu­sia­łow­ski, 28 lu­te­go 2012, Wro­cław

Dramatyczny prolog z jakuzą w tle…

To­kio. Śro­dek nocy. Szó­stek, go­dzi­na 27:78. Za okna­mi mo­je­go ty­po­we­go, dwu­dzie­sto­me­tro­we­go miesz­kan­ka, lek­ki wio­sen­ny wia­te­rek nie­sie za­pach płat­ków wi­śni, roz­rzu­ca­nych de­li­kat­nie ni­czym ma­gicz­ny pył w ską­pa­nych w mro­ku, ta­jem­ni­czych ulicz­kach tego nie­zwy­kłe­go mia­sta… spo­glą­dam na mo­je­go prze­ra­żo­ne­go ko­le­gę, któ­ry trzy­ma­jąc przed ocza­mi wir­tu­al­ną klam­kę drzwi wyj­ścio­wych, wła­śnie mi oznaj­mił, że po dru­giej stro­nie cze­ka na nas uzbro­jo­ny w oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, praw­dzi­wy ja­ku­za. To ko­niec. Je­ste­śmy w pu­łap­ce. Ja­ku­za w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych w sa­mym środ­ku nocy może ozna­czać tyl­ko jed­no – kło­po­ty.

Nie mam po­ję­cia, jak do tego do­szło. Wszyst­ko za­czę­ło się prze­cież tak nie­win­nie, od ra­do­sne­go, wie­czor­ne­go przy­ję­cia pod drze­wa­mi kwit­ną­cej wi­śni. To był taki miły wie­czór, lecz po­tem na­gle wszyst­ko wy­rwa­ło się spod kon­tro­li. Te­raz cze­ka nas star­cie z rząd­nym krwi przed­sta­wi­cie­lem ja­poń­skie­go pół­świat­ka. Nie ma rady. Mu­szę sta­wić czo­ła wy­zwa­niu, w koń­cu mimo że je­stem tyl­ko gaj­dzi­nem, to je­stem rów­nież męż­czy­zną, a męż­czy­zna musi po­no­sić kon­se­kwen­cje swo­ich nie­od­po­wie­dzial­nych czy­nów.

Jes­tem go­to­wy. Zbie­ram się do kupy, wy­mie­rzam so­bie dwa klap­sy w twarz dla roz­luź­nie­nia i zde­cy­do­wa­nym ru­chem otwie­ram drzwi…To, co na­stę­pu­je po­tem, to praw­dzi­wa ka­ta­stro­fa…

Ale chwi­lecz­kę, nie tak pręd­ko. Za­cznij­my od po­cząt­ku, od głów­nej bo­ha­ter­ki tej opo­wie­ści, czy­li sa­mej Ja­po­nii. I jej sto­li­cy…

01: Nippon :: Zrozumieć nie rozumiejąc

W To­kio do dnia dzi­siej­sze­go ofi­cjal­nie od­no­to­wa­no kil­ka­dzie­siąt przy­pad­ków śmier­ci oraz po­waż­nych ob­ra­żeń, wy­ni­kłych pod­czas skła­da­nia tra­dy­cyj­nych ukło­nów. In­for­ma­cja ta była swe­go cza­su dla mnie rów­nie trud­na do zro­zu­mie­nia, jak nie mniej ku­rio­zal­ny fakt, że pierw­szy­mi gej­sza­mi byli męż­czyź­ni. Pew­ne rze­czy wy­ma­ga­ją cza­su, za­nim zro­zu­mie się ich praw­dzi­wą na­tu­rę, a ze­tknię­cie z inną kul­tu­rą za­wsze jest peł­ne dziw­nych nie­po­ro­zu­mień i py­tań.

Gdy po raz pierw­szy wy­lą­do­wa­łem w Ja­po­nii, a było to To­kio, pierw­szą rze­czą, któ­ra na­tych­miast mnie ude­rzy­ła nie była gło­wa kła­nia­ją­ce­go się Ja­poń­czy­ka, lecz sur­re­ali­stycz­ne wręcz wra­że­nie upo­rząd­ko­wa­nia ota­cza­ją­cej mnie rze­czy­wi­sto­ści. Jako oso­ba ma­ją­ca na­tu­rę per­fek­cjo­ni­sty, ode­bra­łem to z za­chwy­tem, ca­łu­jąc nie­mal każ­dy rów­niut­ko uło­żo­ny ka­fe­lek na pod­ło­gach pod­ziem­nych ko­ry­ta­rzy to­kij­skie­go me­tra, wte­dy jed­nak nie do­cie­ra­ło do mnie jesz­cze w peł­ni, jak da­le­ko się­ga­ją ja­poń­skie za­pę­dy do po­rząd­ko­wa­nia świa­ta wo­kół sie­bie, do usta­wia­nia rze­czy, zja­wisk i lu­dzi na ich „wła­ści­wym miej­scu”.

W Ja­po­nii wszyst­ko ma swo­je miej­sce, każ­da czyn­ność, każ­da funk­cja, każ­de zja­wi­sko, każ­dy czło­wiek. Z za­chwy­tem pa­trzy­łem, jak lu­dzie na ru­cho­mych scho­dach usta­wia­ją się za­wsze po le­wej stro­nie, po­zo­sta­wia­jąc pra­wą dla tych, któ­rym się śpie­szy. Jak ci sami lu­dzie usta­wia­ją się w ko­lej­kach do po­cią­gu czy win­dy, grzecz­nie cze­ka­jąc i zo­sta­wia­jąc miej­sce dla wy­cho­dzą­cych. Za każ­dym ra­zem i w każ­dym skle­pie nie mo­głem wyjść z po­dzi­wu, iż ob­słu­gu­ją­ca mnie oso­ba za­wsze wy­po­wia­da te same for­muł­ki, py­ta­jąc mnie o kar­tę punk­to­wą, opa­ko­wa­nie, czy inne do­dat­ko­we czyn­no­ści zwią­za­ne z na­by­wa­nym do­brem. Za­chwy­ca­ły mnie rów­niut­kie i po­zba­wio­ne dziur chod­ni­ki i uli­ce, czy­ste środ­ki ma­so­we­go trans­por­tu, przez któ­re każ­de­go dnia prze­le­wa­ją się mi­lio­ny pa­sa­że­rów, uprzej­mość ob­słu­gi, nie­re­al­ny wręcz po­rzą­dek i pa­nu­ją­cy wo­kół spo­kój.

Przy­by­szo­wi z za­chod­niej czę­ści na­sze­go glo­bu to po­rząd­ko­wa­nie ży­cia, może na­su­wać na myśl uto­pię z or­wel­low­skie­go roku „1984” lub coś w ro­dza­ju od­re­al­nio­ne­go przed­sta­wie­nia, roz­gry­wa­ją­ce­go się na gi­gan­tycz­nej, nie­ma­ją­cej gra­nic sce­nie. Każ­de za­cho­wa­nie i każ­da czyn­ność ma tu swo­je usta­lo­ne nor­my, czas i miej­sce. Nie­waż­ne, czy mó­wi­my o obo­wiąz­kach za­wo­do­wych, kon­tak­tach z prze­ło­żo­ny­mi i ko­le­ga­mi z pra­cy, spo­ży­wa­niu po­sił­ków, mo­dli­twie, kon­tak­tach ro­dzin­nych, za­ba­wie, wy­po­czyn­ku, czy bun­cie prze­ciw sztyw­nym stan­dar­dom, ja­kie na­rzu­ca ja­poń­skie spo­łe­czeń­stwo. Zga­dza się, Ja­poń­czy­cy nie po­mi­nę­li ni­cze­go. Je­śli funk­cjo­nu­jąc w ja­poń­skim spo­łe­czeń­stwie, od­czu­jesz na­gle po­trze­bę od­re­ago­wa­nia, zbun­to­wa­nia się prze­ciw na­rzu­co­ne­mu po­rząd­ko­wi, masz do dys­po­zy­cji już go­to­we sche­ma­ty róż­nych form bun­tu. Mo­żesz wsko­czyć w skó­rza­ne wdzian­ko i przy­stą­pić do gan­gu mo­to­cy­klo­we­go, któ­re­go głów­nym za­ję­ciem jest ha­ła­so­wa­nie swo­imi gło­śno war­czą­cy­mi sil­ni­ka­mi lśnią­cych mo­to­rów. Mo­żesz po­nie­kąd wy­rwać się z sys­te­mu, zo­stać klo­szar­dem i sy­piać w eks­klu­zyw­nym, ręcz­nie skła­da­nym kar­to­nie. Lub nie­co de­li­kat­niej, wy­brać je­den z wie­lu eks­tra­wa­ganc­kich tren­dów w ja­poń­skiej mo­dzie mło­dzie­żo­wej i prze­brać się za gwiaz­dę ja­poń­skie­go roc­ka, po­stać z ani­me lub gry kom­pu­te­ro­wej, lub po pro­stu się­gnąć po je­den ze sty­lów, ta­kich jak na przy­kład „go­thic lo­li­ta” i pa­ra­do­wać po mie­ście w ko­ron­ko­wych su­kien­kach i ka­pe­lu­si­kach. Bez wzglę­du na to, czy je­steś płci żeń­skiej, czy mę­skiej. Tu­taj nikt ci nie po­wie złe­go sło­wa, co naj­wy­żej prze­cho­dzą­cy obok za­fa­scy­no­wa­ny gaj­dzin (czy­li mó­wiąc naj­ogól­niej: ob­co­kra­jo­wiec) uśmiech­nie się z za­sko­cze­niem i po­pro­si o wspól­ną fo­to­gra­fię, a ktoś inny skom­ple­men­tu­je do­sko­na­ły do­bór do­dat­ków: bu­tów, wstą­że­czek, pa­ra­sol­ki i masy in­nych bi­be­lo­tów, od któ­rych róż­no­rod­no­ści aż krę­ci się tu w gło­wie. Mo­żesz osta­tecz­nie przy­stą­pić do ja­ku­zy, któ­ra zmo­no­po­li­zo­wa­ła ob­szar świa­ta prze­stęp­cze­go… wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku, do­pó­ki sko­rzy­stasz ze sche­ma­tu i bę­dziesz się po­ru­szać w wy­zna­czo­nych przez spo­łe­czeń­stwo gra­ni­cach.

Japoń­czy­cy bar­dzo ce­nią so­bie po­rzą­dek, dzia­ła­ją po­wo­li i me­to­dycz­nie, głów­nie dla­te­go, iż spo­łe­czeń­stwo to opar­te jest na gę­stej sie­ci mię­dzy­ludz­kich za­leż­no­ści i ści­śle prze­strze­ga­nej hie­rar­chii. Sta­tus spo­łecz­ny jest tu wszyst­kim. Od nie­go za­le­ży prak­tycz­nie całe two­je ży­cie, a „po­zy­cjo­no­wa­nie” i wy­ścig o za­ję­cie naj­lep­szych miejsc w tej spo­łecz­nej ukła­dan­ce, za­czy­na się czę­sto w naj­młod­szych już la­tach i za­le­ży od tego, jak da­le­ce usto­sun­ko­wa­ni są twoi ro­dzi­ce i jak moc­ne­go uda im się nadać roz­pę­du two­je­mu ży­ciu już nie­mal na star­cie. Ta ce­cha ja­poń­skie­go spo­łe­czeń­stwa to je­den z naj­bar­dziej in­try­gu­ją­cych i jed­no­cze­śnie prze­ra­ża­ją­cych moim zda­niem, ele­men­tów. Z jed­nej stro­ny bo­wiem ob­co­kra­jo­wiec wjeż­dża­jąc do tego kra­ju, ma oka­zję ob­ser­wo­wać nie­zwy­kłe i fa­scy­nu­ją­ce zja­wi­sko glo­bal­ne­go upo­rząd­ko­wa­nia mas, prze­miesz­cza­ją­cych się ści­śle wy­zna­czo­ny­mi tra­sa­mi, my­ślą­cych na­rzu­co­ny­mi sche­ma­ta­mi, funk­cjo­nu­ją­cych w nie­mal za­pro­gra­mo­wa­ny spo­sób – glo­bal­nie uło­żo­ny i mak­sy­mal­nie kon­tro­lo­wa­ny. Z dru­giej, po­ziom tego upo­rząd­ko­wa­nia może chwi­la­mi prze­ra­żać. I prze­ra­ża.

Oczy­wi­ście nie za­uwa­ża się tego na pierw­szy rzut oka. Pierw­szą rze­czą, jaka do­cie­ra do za­chwy­co­ne­go tym wszyst­kim gaj­dzi­na, jest nie­sa­mo­wi­ta or­ga­ni­za­cja co­dzien­ne­go ży­cia… wszyst­ko jest na swo­im miej­scu, każ­dy zna swo­je obo­wiąz­ki, wszyst­ko dzia­ła wg za­ło­żeń, pla­nu, sche­ma­tu, pod­ręcz­ni­ka, czy nie­pi­sa­nej umo­wy – czy­sta roz­kosz dla każ­de­go tu­ry­sty. Gdy tyl­ko roz­gry­zie­my niu­an­se kul­tu­ro­we i zro­zu­mie­my sche­ma­ty, ja­ki­mi po­dą­ża­ją my­śli Ja­poń­czy­ków, ży­cie w To­kio sta­je się czy­stą przy­jem­no­ścią. Chwi­la­mi od­no­si­my wra­że­nie, jak­by ktoś usta­wił wszyst­kie ele­men­ty nie­zbęd­ne do gry na sza­chow­ni­cy i prze­su­wał je spe­cjal­nie dla nas, aby żyło nam się wy­god­niej. Oczy­wi­ście dzie­je się tak do cza­su, gdy ze­chce­my coś zro­bić na swój gaj­dziń­ski, nie­od­po­wie­dzial­ny spo­sób i wyj­dzie­my poza obo­wią­zu­ją­ce sche­ma­ty. Jed­nak czy­stą głu­po­tą jest żą­dać, aby kraj do któ­re­go przy­jeż­dża­my, rzą­dzą­cy się swo­imi wła­sny­mi pra­wa­mi, miał się do­sto­so­wy­wać do na­szych wy­mo­gów wy­nie­sio­nych z in­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Wła­śnie tak, Ja­po­nia to dla przy­by­sza z Za­cho­du inna rze­czy­wi­stość. Jed­ną z pierw­szych rze­czy, jaką ro­bi­my na miej­scu – świa­do­mie, czy też nie – jest od­po­wie­dze­nie sa­me­mu so­bie na fun­da­men­tal­ne i pro­ste jed­no­cze­śnie py­ta­nia – czy to miej­sce pa­su­je do na­sze­go spo­so­bu my­śle­nia? Czy jest kom­pa­ty­bil­ne z na­szym „we­wnętrz­nym ja”? Czy czu­je­my się w tej rze­czy­wi­sto­ści do­brze, czy źle? I dla­cze­go? Któ­ry z tych czyn­ni­ków prze­wa­ża?

O Ja­po­nii ma­wia się czę­sto, iż jest kra­jem kon­tra­stów, sprzecz­no­ści, miej­scem, gdzie mie­sza­ją się ze sobą skraj­ne i z po­zo­ru wy­klu­cza­ją­ce się ele­men­ty, a jed­nak w ja­kiś nie­zro­zu­mia­ły spo­sób Ja­poń­czy­cy po­tra­fią po­łą­czyć je w spój­ną, zrów­no­wa­żo­ną ca­łość. Spo­wo­do­wać, że świet­nie ze sobą współ­gra­ją i two­rzą zu­peł­nie nową ja­kość po­strze­ga­nia rze­czy­wi­sto­ści. Rze­czy­wi­stość ta z ko­lei bar­dzo sil­nie dzia­ła na ob­co­kra­jow­ców i wy­wo­łu­je prze­waż­nie tyl­ko dwie re­ak­cje: skraj­ny za­chwyt lub na­tych­mia­sto­wą nie­chęć. Za­zwy­czaj jed­nak do­mi­nu­je ta pierw­sza.

Tury­sta z za­chod­nich krę­gów kul­tu­ro­wych prze­ży­wa tu na miej­scu swo­isty szok, któ­ry może zin­ter­pre­to­wać na dwa spo­so­by: albo jako cu­dow­ny stan nir­wa­ny, albo jako cho­ro­bę. Ta dru­ga re­ak­cja jest naj­czę­ściej spo­wo­do­wa­na dwo­ma czyn­ni­ka­mi: bra­kiem od­po­wied­niej wie­dzy oraz wy­ni­ka­ją­cym z tego pierw­sze­go błęd­nym wy­obra­że­niem o tym, jaka Ja­po­nia jest na­praw­dę. Przez lata po­dró­żo­wa­nia po tym kra­ju, mia­łem wie­lo­krot­ną oka­zję na­tknąć się na oba wspo­mnia­ne ro­dza­je re­ak­cji i prak­tycz­nie nig­dy nie zda­rzy­ło mi się ze­tknąć z tu­ry­sta­mi, i to po­cho­dzą­cy­mi z naj­róż­niej­szych czę­ści świa­ta, w któ­rych kraj ten nie wy­wo­łał sil­nych emo­cji. Ja­po­nia po pro­stu wy­wo­łu­je skraj­ne re­ak­cje i na­le­ży się z tym po­go­dzić, bo taka jest jej na­tu­ra.

No do­brze, ale – za­py­ta ktoś – to gdzie w tym wszyst­kim ta sław­na bud­dyj­ska rów­no­wa­ga? Ależ ona tu jest! Zmie­sza­na w tym nie­sa­mo­wi­tym ja­poń­skim kok­taj­lu, w któ­rym wszyst­kie skład­ni­ki two­rzą ca­łość, a jed­no­cze­śnie są od­ręb­ny­mi ele­men­ta­mi. Na tym mię­dzy in­ny­mi po­le­ga fe­no­men tego miej­sca, któ­re trze­ba zro­zu­mieć, lecz jesz­cze waż­niej­sze jest to, aby je po­czuć. To nie­zbęd­ny pro­ces, je­śli nie chce­my skoń­czyć jako zgorzk­nia­li gaj­dzi­ni, roz­cza­ro­wa­ni sche­ma­tycz­nym try­bem funk­cjo­no­wa­nia miesz­kań­ców tego kra­ju. Funk­cjo­nu­jąc bo­wiem zbyt dłu­go w ano­ni­mo­wym to­kij­skim tłu­mie, ła­two po­paść w nie­kon­tro­lo­wa­ną roz­pacz z po­wo­du wiecz­nie po­wta­rza­ją­cych się sche­ma­tów i „nie­re­for­mo­wal­nych” tu­byl­ców, któ­rzy na­wet po dzie­się­cio-let­niej zna­jo­mo­ści nadal będą na­zy­wać cię gaj­dzi­nem. Nadal bę­dziesz obcy. Mimo że ty, miesz­ka­jąc tu od lat, uwa­żasz to miej­sce za swój dru­gi dom. Jed­nak war­to pa­mię­tać o tym, że tu­taj każ­dy od­gry­wa ja­kąś rolę i ma „swo­je miej­sce”. Ty je­steś „pa­nem gaj­dzi­nem”, czło­wiek przy­no­szą­cy ci pocz­tę jest „pa­nem li­sto­no­szem”, pan pod­wo­żą­cy cię do pra­cy jest „pa­nem kie­row­cą”, pani sprze­da­ją­ca ci co­dzien­nie ka­nap­kę w skle­pie obok, jest „pa­nią eks­pe­dient­ką” i tak da­lej – każ­dy ma swo­ją rolę i swo­je miej­sce w tym do­pro­wa­dzo­nym do ab­sur­du te­atral­nym, ja­poń­skim po­rząd­ku. Mo­żesz to po­ko­chać i wy­ko­rzy­stać na swo­ją ko­rzyść lub znie­na­wi­dzić i uciec. Wy­bór na­le­ży do cie­bie.

Mia­łem oka­zję spo­tkać wie­lu ob­co­kra­jow­ców, w tym Po­la­ków, od­wie­dza­ją­cych Ja­po­nię w ce­lach tu­ry­stycz­nych, jak i funk­cjo­nu­ją­cych w spo­łe­czeń­stwie ja­poń­skim jako oso­by tu miesz­ka­ją­ce i pra­cu­ją­ce. Roz­mo­wy z tymi wszyst­ki­mi oso­ba­mi, tar­ga­ny­mi po­mię­dzy róż­ny­mi kul­tu­ra­mi i spo­so­ba­mi my­śle­nia, za­wsze były dla mnie nie­zwy­kle in­try­gu­ją­cą spo­sob­no­ścią do do­ko­ny­wa­nia wie­lu nie­zwy­kłych ob­ser­wa­cji, wy­mia­ny wie­lu ar­cy­cie­ka­wych po­glą­dów i kry­sta­li­zo­wa­nia no­wych, czę­sto­kroć jesz­cze bar­dziej emo­cjo­nu­ją­cych. Każ­dy przy­bysz bo­wiem po­strze­ga ten kraj na swój nie­po­wta­rzal­ny spo­sób. Pa­trzy na nie­go przez swo­je wła­sne „ró­żo­we oku­la­ry”, któ­re z cza­sem mogą zmie­niać ko­lor i od­cień, jed­nak za­wsze jest to fa­scy­nu­ją­ca i oso­bi­sta wi­zja ze­tknię­cia z nową for­mą rze­czy­wi­sto­ści. Rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra na­tych­miast po przy­by­ciu do tego kra­ju, a na­wet już na po­kła­dzie sa­mo­lo­tu, ota­cza nas ni­czym ma­gicz­ny pył, krą­ży wo­kół i two­rzy na­szą wła­sną ilu­zję tego świa­ta.

Tak, Ja­po­nia na swój spo­sób jest swe­go ro­dza­ju ilu­zją. Ktoś może ar­gu­men­to­wać, że prze­cież cały ten świat jest ilu­zją, któ­rą lu­dzie two­rzą wo­kół sie­bie, aby móc upo­rząd­ko­wać to wszyst­ko, co ich ota­cza i cze­go do koń­ca nie po­tra­fią po­jąć. Tak, to praw­da. Ja chcę jed­nak pod­kre­ślić tu coś in­ne­go, fakt iż Ja­poń­czy­cy two­rzą tę ilu­zję w zu­peł­nie inny spo­sób. Za­ry­zy­ko­wał­bym na­wet stwier­dze­nie, że uda­ło im się prze­su­nąć gra­ni­cę tego co zwie­my ilu­zją i rze­czy­wi­sto­ścią o je­den ma­lut­ki kro­czek w stro­nę świa­ta nie­ma­te­rial­ne­go, co stwo­rzy­ło nie­sa­mo­wi­tą spo­sob­ność kre­owa­nia co­dzien­no­ści, nie­da­ją­cej się za­chod­nim umy­słom jed­no­znacz­nie zde­fi­nio­wać, wy­my­ka­ją­cej się na­szym zmy­słom i prze­su­wa­ją­cej nasz spo­sób po­strze­ga­nia na zu­peł­nie nową płasz­czy­znę.

Wtym kra­ju za­an­ga­żo­wa­nie się ca­łym sobą w rze­czy, któ­re wy­da­ją się nam zbyt ulot­ne i ode­rwa­ne od rze­czy­wi­sto­ści, jest o wie­le ła­twiej­sze, niż gdzie­kol­wiek in­dziej. Ob­da­rze­nie praw­dzi­wą mi­ło­ścią wir­tu­al­nej idol­ki? Za­mknię­cie się w swo­im świe­cie tak bar­dzo, że świat za drzwia­mi na­sze­go po­ko­ju sta­je się ob­cym i nie­bez­piecz­nym te­re­nem, na któ­ry nie mamy od­wa­gi wkro­czyć? Tu na­praw­dę przy­cho­dzi to z za­dzi­wia­ją­cą ła­two­ścią, gdyż cały ota­cza­ją­cy nas świat zbu­do­wa­ny jest na ilu­zji. Każ­dy od­gry­wa tu ja­kąś rolę i po­stę­pu­ję we­dług ści­śle usta­lo­nych sche­ma­tów. Jed­nak to od nas za­le­ży, jak tę ułu­dę wy­ko­rzy­sta­my. Czy bę­dzie ona źró­dłem na­szej ra­do­ści, czy przy­gnę­bie­nia.

||►|| Do Ja­po­nii każ­de­go roku przy­jeż­dża­ją mi­lio­ny fa­nów tego kra­ju, po­strze­ga­ją­cych ją po­przez pry­zmat tu­tej­szej – choć już rów­nież glo­bal­nej – po­pkul­tu­ry, któ­ra przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat wy­war­ła gi­gan­tycz­ny wpływ na całą ogól­no­świa­to­wą kul­tu­rę po­pu­lar­ną. Po­cząw­szy od ko­mik­su, fil­mu i ani­ma­cji, aż po mu­zy­kę, modę, nowe for­my roz­ry­wek i wsze­la­kich tren­dów, od słow­nic­twa i spo­so­bu za­cho­wa­nia, po kuch­nię. Mło­dzi lu­dzie, wy­cho­wa­ni w du­chu za­chod­nich kul­tur, w ze­tknię­ciu z czymś tak szo­ku­ją­co dla nich świe­żym i no­wym, na­tych­miast za­czę­li wchła­niać spły­wa­ją­cą do nas w po­sta­ci ja­poń­skie­go ko­mik­su i ani­ma­cji nową for­mę prze­ka­zu. Po­cią­gnę­ło to za sobą masę in­nych zja­wisk i uru­cho­mi­ło gi­gan­tycz­ną ma­chi­nę, któ­ra do dnia dzi­siej­sze­go zmie­nia świat w nie­sa­mo­wi­tym tem­pie. To, co dla na­szych ro­dzi­ców było tyl­ko eg­zo­tycz­ną cie­ka­wost­ką, od­le­głą kra­iną peł­ną po­pi­ja­ją­cych zie­lo­ną her­ba­tę gejsz i ma­cha­ją­cych mie­cza­mi sa­mu­ra­jów, dla po­ko­leń prze­ło­mu XX i XXI wie­ku sta­ło się jed­nym z naja­trak­cyj­niej­szych spo­so­bów na ży­cie. Dzie­siąt­ki, może już set­ki mi­lio­nów lu­dzi na ca­łym świe­cie, ży­ją­cych w róż­nych kul­tu­rach, za­ko­cha­ło się w ja­poń­skiej rze­czy­wi­sto­ści, naj­pierw ob­cu­jąc z ko­mik­sem i ani­ma­cją, a na­stęp­nie tą dro­gą od­kry­wa­jąc ten kraj na każ­dej moż­li­wej płasz­czyź­nie.

W Ja­po­nii, zwłasz­cza w To­kio, roi się od mło­dych tu­ry­stów z ca­łe­go świa­ta, przy­by­wa­ją­cych tu tłum­nie, aby pła­wić się w ja­skra­wo­ko­lo­ro­wej, po­pkul­tu­ro­wej rze­czy­wi­sto­ści tego kra­ju. I im ten ja­poń­ski sche­ma­tyzm od­po­wia­da i dzia­ła na ich ko­rzyść, bo­wiem za­gu­bie­ni w swo­ich uczu­ciach Ja­poń­czy­cy, za­my­ka­ją­cy je w so­bie przed świa­tem ze­wnętrz­nym, prze­rzu­ca­ją je na swo­je pa­sje, do­star­cza­jąc przed­mio­tów i roz­ry­wek tak wy­su­bli­mo­wa­nych, iż da­rem­nie szu­kać ich na ca­łym świe­cie. To­kij­skie ośrod­ki po­pkul­tu­ro­wej ak­tyw­no­ści tęt­nią ży­ciem, ko­lo­ra­mi i try­ska­ją in­wen­cją twór­czą. Dla, za­zwy­czaj star­szych, zwo­len­ni­ków tra­dy­cyj­nej Ja­po­nii, to po­wód do za­tro­ska­nia. Dla mło­dych, żąd­nych ob­co­wa­nia ze swo­imi ido­la­mi – ży­wy­mi lub wir­tu­al­ny­mi – to praw­dzi­wy raj. Ta­kie to­kij­skie dziel­ni­ce jak Aki­ha­ba­ra, Ike­bu­ku­ro czy Ha­ra­ju­ku, to miej­sca w któ­rych fi­lo­zo­fo­wie po­win­ni za­dać so­bie raz jesz­cze py­ta­nie – czym jest rze­czy­wi­stość? wła­ści­wie każ­dy z nas po­wi­nien to uczy­nić i czy­ni to, wcze­śniej czy póź­niej, bo­wiem Ja­po­nia zmie­nia spo­sób my­śle­nia. Moż­na ją lu­bić lub nie, ale nie moż­na przejść obok niej obo­jęt­nie.

Ten kraj od za­wsze, na­wet w za­pi­skach po­dróż­ni­ków sprzed se­tek lat, ja­wił się jako kra­ina peł­na eks­cy­tu­ją­cych do­znań. Ja­kiż inny na­ród był­by w sta­nie uczy­nić sztu­kę z pi­cia her­ba­ty, ukła­da­nia kwia­tów i po­peł­nia­nia sa­mo­bój­stwa? To jest wła­śnie to – jed­no wiel­kie przed­sta­wie­nie – od chwi­li na­ro­dzin, aż po ostat­nie tchnie­nie. Wszy­scy ak­to­rzy mu­szą być na swo­ich miej­scach i od­gry­wać swo­je czę­sto dra­ma­tycz­ne role przez całe ży­cie. Mo­żesz wziąć w tym udział, uciec lub stwo­rzyć wła­sny te­atr, w któ­rym bę­dziesz wszech­mo­gą­cym twór­cą wła­sne­go przed­sta­wie­nia, ale to ostat­nie uda­je się w Ja­po­nii nie­licz­nym. Po­zo­sta­je więc albo wmie­szać się w ja­poń­ski tłum i pró­bo­wać stać się jego czę­ścią, albo z za­cie­ka­wie­niem ob­ser­wo­wać go z boku i po­dzi­wiać nie­sa­mo­wi­ty me­cha­nizm kul­tu­ro­wy, któ­ry two­rzy z lu­dzi i po­przez lu­dzi rze­czy war­te po­zna­nia i zmie­nia ob­li­cze świa­ta.

Mia­łem oka­zję spo­tkać w Ja­po­nii wie­le osób, któ­re rów­nie czę­sto po­twier­dza­ły, co i za­prze­cza­ły utar­tym ste­reo­ty­pom, ja­kie krą­żą o tym kra­ju. Jak zwy­kle obo­wią­zy­wa­ła tu jak­że ty­po­wa dla Ja­po­nii za­sa­da po­strze­ga­nia zja­wisk: albo coś jest praw­dą, albo nie. Rzad­ko na­tra­fia­łem na po­glą­dy wy­po­środ­ko­wa­ne. Zresz­tą, sami Ja­poń­czy­cy prze­waż­nie uwa­ża­ją, że każ­dą rzecz moż­na zro­bić tyl­ko w je­den pra­wi­dło­wy spo­sób, nic więc dziw­ne­go w tym, że na tej pod­sta­wie bu­du­ją cały świat wo­kół sie­bie. Nig­dy nie za­po­mnę wy­ra­zu zdzi­wie­nia na twa­rzy mo­jej zna­jo­mej, któ­ra za­pi­su­jąc Ja­poń­czy­ko­wi, re­cep­cjo­ni­ście w ho­te­lu, swój nu­mer te­le­fo­nu – a spra­wa była do­syć de­li­kat­na, bo cho­dzi­ło o znik­nię­cie z po­ko­ju ho­te­lo­we­go dam­skiej bie­li­zny… uży­wa­nej – zo­sta­ła po­in­stru­owa­na jak po­win­no się pi­sać licz­bę sie­dem, gdy „nie­opatrz­nie” prze­cię­ła ją w po­ło­wie po­zio­mą kre­secz­ką. Za­baw­ne? Nie aż tak bar­dzo, gdy weź­mie­my pod uwa­gę, jak du­żej pre­cy­zji wy­ma­ga ka­li­gra­fia zna­ków kan­ji (czyt. kan­dzi). Choć z dru­giej stro­ny pew­nie wy­glą­da to rów­nie idio­tycz­nie i nie­praw­do­po­dob­nie, jak gaj­dziń­ski tu­ry­sta po­pra­wia­ją­cy ka­li­gra­fu­ją­ce­go Ja­poń­czy­ka.

Podob­nie dziw­ne wra­że­nie moż­na od­nieść, prze­cho­dząc obok ja­poń­skich ba­rów i re­stau­ra­cji, ku­szą­cych do wej­ścia sma­ko­wi­cie wy­glą­da­ją­cy­mi atra­pa­mi po­da­wa­nych po­traw, wśród któ­rych z cza­sem za­czy­na się do­strze­gać sta­le po­wta­rza­ją­ce się da­nia, wy­glą­da­ją­ce za­wsze tak samo. Ja­poń­czy­cy lu­bią wie­dzieć, cze­go się spo­dzie­wać, in­a­czej wpa­da­ją w pa­ni­kę.

Jadąc po raz pierw­szy do Ja­po­nii, mia­łem gło­wę na­ła­do­wa­ną so­lid­ną wie­dzą i do­kład­nie wie­dzia­łem, na tyle na ile moż­na to wie­dzieć w teo­rii, z jaką kul­tu­rą będę miał do czy­nie­nia i nie prze­wi­dy­wa­łem tu żad­nych więk­szych za­sko­czeń. Moja wie­dza była bar­dzo róż­no­rod­na i obej­mo­wa­ła prak­tycz­nie wszyst­kie sfe­ry ży­cia miesz­kań­ców tego kra­ju, od re­li­gii, po tech­ni­kę po­słu­gi­wa­nia się pa­łecz­ka­mi (to ostat­nie obej­mo­wa­ło oczy­wi­ście rów­nież wie­dzę prak­tycz­ną). Wte­dy rów­nież już do­brze ro­zu­mia­łem (!), jak Ja­poń­czy­cy po­strze­ga­ją świat. Rze­czy­wi­stość jed­nak za­wsze za­ska­ku­je i nie da się tego unik­nąć. Moż­na się do­sko­na­le przy­go­to­wać do tego, jak sma­ku­je cze­ko­la­da, ale do­pie­ro gdy jej spró­bu­je­my, prze­ko­na­my się, co o tym my­śli­my.

Zanim za­cznie­my na­praw­dę ro­zu­mieć od­mien­ną kul­tu­rę, na­bi­ja­my swo­ją gło­wę naj­róż­niej­szy­mi in­for­ma­cja­mi na jej te­mat, co czę­sto spro­wa­dza się do krót­kich opi­nii, któ­re po­wta­rza­ne po­tem przez ko­lej­ne oso­by, zy­sku­ją so­bie po­zy­cję „nie­pod­wa­żal­nych”. Jed­nak z wła­sne­go do­świad­cze­nia wiem, że nie ma cze­goś ta­kie­go jak „pew­na in­for­ma­cja” i za­leż­nie od sy­tu­acji w ja­kiej się znaj­dzie­my, może ona przy­brać róż­ne for­my.

Pamię­tam, gdy je­den z mo­ich bli­skich zna­jo­mych, rów­nież za­in­te­re­so­wa­ny te­ma­tem Ja­po­nii, po­wta­rzał mi mię­dzy in­ny­mi, iż ist­nie­je kil­ka „za­ka­za­nych” czyn­no­ści z udzia­łem dwóch ka­wał­ków drew­na zwa­nych po­wszech­nie „pa­łecz­ka­mi”, któ­rych na­le­ży uni­kać za wszel­ką cenę. Nie na­le­ży mię­dzy in­ny­mi po­da­wać so­bie je­dze­nia z pa­łe­czek do pa­łe­czek, ani też wbi­jać ich w po­si­łek. Ja­kież było zdzi­wie­nie moje i to­wa­rzy­szą­cych mi in­nych dłu­go­no­sych imi­gran­tów z Eu­ro­py środ­ko­wej, gdy już pierw­sze­go dnia po­by­tu w Ja­po­nii, pan domu, w któ­rym zo­sta­li­śmy ugosz­cze­ni, po ko­la­cji, na na­szych oczach, bez­ce­re­mo­nial­nie i zde­cy­do­wa­nie wpa­ko­wał obie pa­łecz­ki w sto­ją­cą obok nie­go mi­secz­kę ryżu… oczy­wi­ście nie wy­pa­da­ło py­tać, dla­cze­go na­sza wie­dza teo­re­tycz­na i ma­ją­ca tu przed chwi­lą za­sto­so­wa­nie prak­ty­ka sto­ją w jaw­nej sprzecz­no­ści. Wy­star­czy­ło spoj­rzeć w za­gu­bio­ne spoj­rze­nia sie­dzą­cych przy sto­le gaj­dzi­nów, aby wie­dzieć, że w ich gło­wach wła­śnie do­ko­nu­je się krok po kro­ku swo­ista re­wo­lu­cja. Swo­ją dro­gą do dzi­siaj mnie in­try­gu­je, w jaki spo­sób by się wy­tłu­ma­czył z tego za­cho­wa­nia ini­cja­tor ca­łej sy­tu­acji. A może była to ja­kie­goś ro­dza­ju pro­wo­ka­cja? Wy­rzu­ce­nia z domu wo­le­li­śmy nie ry­zy­ko­wać, bo jed­nak wy­god­niej się śpi na ma­te­ra­cu niż na be­to­nie. Na­wet je­śli oko­li­ca jest wy­jąt­ko­wo ma­low­ni­cza.

Tak czy owak, pa­mię­tać na­le­ży, że wy­bie­ra­jąc się po raz pierw­szy do Ja­po­nii, bez wzglę­du na to, jak do­brze je­ste­śmy na to przy­go­to­wa­ni, mo­że­my być pew­ni, że do­pad­ną nas za­ska­ku­ją­ce sy­tu­acje; wkra­cza­my bo­wiem w świat in­nych re­aliów i je­śli chce­my się nim w peł­ni cie­szyć, do­brze jest zro­bić grun­tow­ne po­rząd­ki w za­so­bach swo­jej wie­dzy oraz od­ku­rzyć pół­ki peł­ne uzbie­ra­nych przez lata, za­su­szo­nych po­glą­dów. Naj­lep­szy spo­sób jaki znam i któ­ry był już te­sto­wa­ny nie­skoń­czo­ną licz­bę razy, jesz­cze za­nim na­uczy­łem się ob­słu­gi­wać pa­łecz­ki, to po­dej­ście do no­wych zja­wisk z „czy­stym umy­słem”. War­to wy­lać z gło­wy, ni­czym wodę ze szklan­ki, całą swo­ją wie­dzę o świe­cie i przy­go­to­wać ją do po­wtór­ne­go na­peł­nie­nia zu­peł­nie nową tre­ścią. Tyl­ko w ten spo­sób unik­nie­my za­wsze krzyw­dzą­ce­go oce­nia­nia in­nych kul­tur na pod­sta­wie skraj­nie in­nych ka­no­nów, stwo­rzo­nych na po­trze­by od­mien­nych lu­dzi i in­nej kul­tu­ry. Tak się po pro­stu nie da. Je­śli chce­my na­praw­dę dać so­bie szan­sę zro­zu­mie­nia Ja­po­nii, czy też każ­dej in­nej od­mien­nej kul­tu­ry, po­win­ni­śmy naj­pierw dać jej czas i spo­sob­ność, aby do nas do­tar­ła. Oce­nia­nie bo­wiem na pod­sta­wie wy­świech­ta­nych ste­reo­ty­pów i me­dial­nych sen­sa­cji, za­wsze da osta­tecz­nie wy­nik ne­ga­tyw­ny. Lub co naj­mniej cierp­ki.

Naj­więk­szym obec­nie bło­go­sła­wień­stwem i prze­kleń­stwem Ja­po­nii jest fakt, iż zy­ska­ła ona so­bie na świe­cie gi­gan­tycz­ną po­pu­lar­ność dzię­ki swo­jej nie­zwy­kłej po­pkul­tu­rze, któ­ra ku roz­pa­czy wy­znaw­ców tra­dy­cyj­ne­go wi­ze­run­ku Nip­po­nu, jest (z po­zo­ru) czymś skraj­nie in­nym. Bło­go­sła­wień­stwem, po­nie­waż ża­den inny kraj (może oprócz USA w dru­giej po­ło­wie XX wie­ku, któ­re obec­nie rów­nież czer­pie ca­ły­mi gar­ścia­mi z ja­poń­skiej po­pkul­tu­ry) nie zy­skał tak wiel­kiej, wciąż ro­sną­cej po­pu­lar­no­ści na ca­łym świe­cie, mię­dzy in­ny­mi dzię­ki swo­jej kul­tu­rze po­pu­lar­nej. Prze­kleń­stwem, gdyż star­sze po­ko­le­nia, nie­mo­gą­ce znieść „ró­żo­we­go za­le­wu” tego jesz­cze względ­nie świe­że­go zja­wi­ska, gani Ja­po­nię za zbyt­nie prze­ła­do­wa­nie po­po­wą tre­ścią oraz in­fan­ty­li­za­cję mło­dych po­ko­leń. Kraj kwit­ną­cej wi­śni szo­ku­je po raz ko­lej­ny i na pew­no nie ostat­ni i to wła­śnie na tym głów­nie po­le­ga jego siła.

Japoń­ska po­pkul­tu­ra to nie tyl­ko ko­miks, wir­tu­al­ne idol­ki, kon­tro­wer­syj­ni mu­zy­cy i sza­lo­na moda, ale cały po­tęż­ny wa­chlarz mniej­szych i więk­szych zja­wisk, któ­re po­pu­la­ry­zu­jąc ten kraj w każ­dym za­kąt­ku na­sze­go glo­bu, przy­cią­ga­ją uwa­gę i za­chę­ca­ją do głęb­sze­go za­po­zna­nia się z jego kul­tu­rą, sztu­ką, hi­sto­rią. Nie da się bo­wiem ode­rwać ja­poń­skiej po­pkul­tu­ry od ca­łej resz­ty tre­ści, na któ­rej prze­cież ta wy­ro­sła. Jej fani, chcąc w peł­ni zro­zu­mieć kre­owa­ne przez ja­poń­skich twór­ców świa­ty i po­sta­cie, mu­szą zda­wać so­bie spra­wę z wie­lu me­cha­ni­zmów, rzą­dzą­cych tą kul­tu­rą. Mu­szą ją zro­zu­mieć, a więc po­znać. Czy moż­na so­bie wy­obra­zić lep­szą za­chę­tę do skła­nia­nia mło­dych lu­dzi, aby roz­wi­ja­li swo­ją wie­dzę o so­bie i ota­cza­ją­cym ich świe­cie? Czy­nią to po­przez swo­je hob­by, po­przez za­ba­wę, w spo­sób cał­ko­wi­cie na­tu­ral­ny i nie­przy­mu­so­wy. To na­praw­dę nie­zwy­kle efek­tyw­ne po­łą­cze­nie.

Dzię­ki temu mło­dzi lu­dzie wie­dzą dzi­siaj czę­sto wie­lo­krot­nie wię­cej o kul­tu­rze Ja­po­nii niż kie­dy­kol­wiek będą wie­dzieć ich ro­dzi­ce i na­uczy­cie­le. Oczy­wi­stym jest tu rów­nież fakt, iż wie­dza ta jest nie­zwy­kle istot­na w dzi­siej­szym świe­cie, któ­ry dąży do glo­ba­li­za­cji i prze­mie­sza­nia róż­nych kul­tur. Jed­ną z pod­staw pra­wi­dło­we­go i bez­kon­flik­to­we­go funk­cjo­no­wa­nia w naj­bliż­szej przy­szło­ści bę­dzie wie­dza i umie­jęt­ność współ­ist­nie­nia z róż­ny­mi kul­tu­ra­mi i świa­to­po­glą­da­mi. Otwar­tość i jed­no­cze­śnie umie­jęt­ność de­fi­nio­wa­nia no­wych zja­wisk. To za­da­nie cze­ka na na­sze i przy­szłe po­ko­le­nia i to wła­śnie wie­dza oraz zna­jo­mość spe­cy­fi­ki od­mien­nych kul­tur bę­dzie pod­sta­wo­wym na­rzę­dziem na­sze­go prze­trwa­nia w gi­gan­tycz­nym, mię­dzy­na­ro­do­wym ty­glu. A na­ukę na­le­ży za­cząć od ak­cep­ta­cji fak­tu, że świat ule­ga cią­głym zmia­nom i nie ma je­dy­ne­go, słusz­ne­go spo­so­bu jego po­strze­ga­nia. Ja­po­nia rów­nież ule­ga tym zmia­nom, choć ona czy­ni to jak zwy­kle na swój, spe­cy­ficz­ny spo­sób.

Być może was za­sko­czę, ale ja tak­że je­stem wiel­kim fa­nem tra­dy­cyj­nej Ja­po­nii… uwiel­biam snuć się ca­ły­mi go­dzi­na­mi po kom­plek­sach świą­tyn­nych i chło­nąć ich zba­wien­ną ci­szę, ubie­rać się w tra­dy­cyj­ne stro­je, po­dró­żo­wać po ja­poń­skiej wsi, ja­dać tra­dy­cyj­ne po­tra­wy, słu­chać tra­dy­cyj­nej mu­zy­ki, za­chwy­cać się ja­poń­ski­mi ogro­da­mi i sztu­ką. ||►|| Jed­nak ko­cham rów­nież ba­jecz­nie ko­lo­ro­we uli­ce Aki­ha­ba­ry, peł­ne or­gii barw i dźwię­ków, fa­now­skich skle­pów, pę­ka­ją­cych w szwach od wsze­la­kich dóbr i peł­nych ory­gi­nal­nych usług, któ­re wle­wa­ją w ży­cie każ­de­go fana masę ma­gii, za­chę­ca­jąc do za­ku­po­wej roz­pu­sty. To są dwa ob­li­cza tego sa­me­go zja­wi­ska. Zna­jąc spe­cy­fi­kę Ja­po­nii, jej nie­sa­mo­wi­tą zdol­ność do łą­cze­nia w nie­zwy­kłą ca­łość róż­nych skraj­no­ści, nie wy­klu­czam żad­ne­go z jej ele­men­tów i nie wi­dzę tu we­wnętrz­nej sprzecz­no­ści, bo po­łą­cze­nie prze­ci­wieństw jest jed­nym z pod­sta­wo­wych praw, na któ­rych opar­te jest dzia­ła­nie tego kra­ju.

Oczy­wi­ste jest, że wszel­kie re­wo­lu­cyj­ne zja­wi­ska – a ta­kim jest wła­śnie no­wo­cze­sna ja­poń­ska po­pkul­tu­ra – prze­cho­dzą przez róż­ne eta­py roz­wo­ju i za­zwy­czaj trze­ba po­ko­nać spo­ro za­krę­tów, za­nim wy­pra­cu­je się gład­ko dzia­ła­ją­ce me­cha­ni­zmy współ­dzia­ła­nia. War­to jed­nak pa­mię­tać, że Ja­po­nia – ze swo­ją po­pkul­tu­rą czy też bez niej – ma ten­den­cję do „ko­lo­ro­wa­nia” swo­jej rze­czy­wi­sto­ści masą obłęd­nie ja­skra­wych zna­ków in­for­ma­cyj­nych w naj­róż­niej­szej po­sta­ci i szo­ko­wa­nia for­ma­mi. I to nie wy­jąt­ko­wo po­pu­lar­ny ja­poń­ski ko­miks (w któ­rym do­mi­nu­je przede wszyst­kim czerń i biel) jest od­po­wie­dzial­ny za to, że wy­po­czyn­ko­we ku­ror­ty ulo­ko­wa­ne na ło­nie ja­poń­skiej na­tu­ry, cza­sa­mi toną pod zbyt dużą licz­bą ko­lo­ro­wych re­klam. Jest to zja­wi­sko do ewen­tu­al­ne­go prze­dys­ku­to­wa­nia i na­pra­wie­nia. Już przed wie­ka­mi, po­dróż­ni­cy tra­fia­ją­cy do Ja­po­nii za­uwa­ża­li, iż na­ród ten da­rzy gra­fi­kę i zde­cy­do­wa­ną ko­lo­ry­sty­kę wy­jąt­ko­wym uczu­ciem oraz my­śli ob­ra­za­mi, co znaj­du­je oczy­wi­ste uj­ście za­rów­no w ży­ciu co­dzien­nym, jak i w sztu­ce. W pro­duk­cji krzy­kli­wych re­klam i w pro­ce­sie two­rze­nia ki­mo­na… wszyst­ko jest czę­ścią tego sa­me­go me­cha­ni­zmu, zmie­nia­ją się tyl­ko po­trze­by i for­ma.

Z resz­tą, jak już za­uwa­ży­li­śmy – w Ja­po­nii wszyst­ko ma swo­je miej­sce. Są krzy­kli­we to­kij­skie dziel­ni­ce peł­ne ko­lo­ro­wych re­klam, są też ta­kie, gdzie do­mi­nu­je kla­sycz­ny wi­ze­ru­nek Ja­po­nii. Za­nim za­tem ktoś za­cznie obu­rzać się na ja­poń­ską mło­dzież, że try­wia­li­zu­je swo­je ży­cie, za­my­ka­jąc się w wir­tu­al­nych świa­tach, od­ci­na­jąc od tych bar­dziej re­al­nych kon­tak­tów z in­ny­mi ży­ją­cy­mi oby­wa­te­la­mi, na­le­ża­ło­by ra­czej za­dać so­bie py­ta­nie, czy pro­blem nie tkwi gdzie in­dziej i czy nie ob­wi­nia się skut­ków, za­miast przy­czyn. Nie da się bo­wiem ukryć, że po­pkul­tu­ro­wy boom w Ja­po­nii stoi rów­nież w opo­zy­cji z tra­dy­cyj­nym sche­ma­tem za­wo­do­we­go funk­cjo­no­wa­nia, w któ­rym ży­cio­wym ce­lem jest cał­ko­wi­te po­świę­ce­nie się dla pra­co­daw­cy; pod­da­nie się swo­iste­mu znie­wo­le­niu, w któ­rym zo­sta­je­my zde­gra­do­wa­ni do ma­łe­go try­bi­ku w kor­po­ra­cyj­nej ma­szy­nie, ma­ją­ce­go wy­łącz­nie do­star­czać środ­ki do funk­cjo­no­wa­nia ro­dzi­ny. Mło­dzi Ja­poń­czy­cy co­raz czę­ściej bun­tu­ją się prze­ciw­ko ta­kie­mu try­bo­wi ży­cia, po­pa­da­jąc w inne, rów­nie szko­dli­we skraj­no­ści, jed­nak we­dług mnie jest ja­sne, iż to nie ja­poń­ska po­pkul­tu­ra jest za to od­po­wie­dzial­na. Jest ona jed­ną z oaz schro­nie­nia, a nie przy­czy­ną pro­ble­mu.

Nale­ży rów­nież pa­mię­tać o jed­nej waż­nej kwe­stii – pew­ne skraj­ne zja­wi­ska, ma­ją­ce miej­sce w śro­do­wi­skach fa­nów w Ja­po­nii, nie za­wsze prze­kła­da­ją się na więk­szą ska­lę na te same śro­do­wi­ska poza jej gra­ni­ca­mi. Mło­dzi lu­dzie na ca­łym świe­cie za­chwy­ca­ją się róż­no­rod­ny­mi ele­men­ta­mi swo­je­go hob­by z rów­nie dużą pa­sją, a jed­no­cze­śnie nie mają pro­ble­mu z funk­cjo­no­wa­niem w spo­łe­czeń­stwie i do­star­cza­ją mu wie­lu fa­scy­nu­ją­cych, twór­czych zja­wisk. Wnio­ski więc na­su­wa­ją się same.

Ile­kroć je­stem w Ja­po­nii, zwłasz­cza w To­kio, a zda­rza się to czę­sto, za­wsze z nie­zmien­ną, za­chłan­ną cie­ka­wo­ścią, przy­glą­dam się pły­ną­ce­mu wo­kół tłu­mo­wi i jego za­cho­wa­niu. Każ­de­go dnia i w każ­dej se­kun­dzie od­kry­wam wciąż nowe, fa­scy­nu­ją­ce ele­men­ty tej sa­mej ukła­dan­ki. Kul­tu­ra Ja­po­nii nie­zmien­nie mnie fa­scy­nu­je, zmu­sza do my­śle­nia i po­bu­dza kre­atyw­ność. Jest jak wie­lo­krot­ny, od­świe­ża­ją­cy prysz­nic, zmy­wa­ją­cy z mo­ich sza­rych ko­mó­rek kurz i sty­mu­lu­ją­cy do wzmo­żo­ne­go dzia­ła­nia. A po­my­śleć, że wszyst­ko za­czę­ło się w dzie­ciń­stwie od nie­po­zor­ne­go obej­rze­nia kil­ku pro­duk­cji (ja­poń­skiej) ani­ma­cji i fil­mu ak­tor­skie­go. To nie po­li­ty­cy, lecz przede wszyst­kim ar­ty­ści zmie­nia­ją świat na lep­sze, two­rząc mo­sty po­mię­dzy róż­ny­mi kul­tu­ra­mi i uła­twia­jąc lu­dziom na­wza­jem się po­ro­zu­mieć, zro­zu­mieć i po­ko­chać. Na­wet je­śli try­wia­li­zu­je­my ich twór­czość, ze wzglę­du na ob­ra­nie ta­kie­go czy in­ne­go me­dium jako for­my prze­ka­zu, ich wpływ nadal po­zo­sta­je wiel­ki, choć bywa czę­sto nie­do­ce­nia­ny.

Lecz i to ule­ga zmia­nom. ||►|| Pro­mo­wa­ne przez ja­poń­ski rząd mię­dzy­na­ro­do­we tar­gi ani­ma­cji, od­by­wa­ją­ce się co roku w wiel­kiej to­kij­skiej hali To­kyo Big Si­ght, są jed­nym z do­wo­dów na to, jak świat się zmie­nia. W la­tach 90. ubie­głe­go wie­ku, trud­no było zna­leźć w Pol­sce ko­goś, kto wie­dział, czym jest ja­poń­ska po­pkul­tu­ra. Dzi­siaj trud­no, zwłasz­cza wśród młod­szych po­ko­leń, zna­leźć ko­goś, kto by nie miał o tym choć­by ogól­ne­go po­ję­cia.

W Ja­po­nii się­ga to o wie­le głę­biej. Miesz­kań­cy Kra­ju Wi­śni wy­cho­wy­wa­li się prze­cież na ro­dzi­mym ko­mik­sie i ani­ma­cji (man­ga i ani­me) jesz­cze w cza­sach, gdy na Za­cho­dzie ta­kie po­ję­cia nie ist­nia­ły, choć śla­do­wo były obec­ne już w la­tach 70. XX wie­ku, rów­nież w Pol­sce. Każ­dy, kto się ze­tknął z tymi pro­duk­cja­mi w dzie­ciń­stwie, na pew­no je za­pa­mię­tał, gdyż nie spo­sób było nie do­strzec ich od­świe­ża­ją­cej ory­gi­nal­no­ści. Wspo­mnę cho­ciaż­by „Dzie­ci wśród pi­ra­tów” i „Kota w Bu­tach” o in­try­gu­ją­cym imie­niu Pero, któ­re to dzie­ła prze­mknę­ły przez na­sze sale ki­no­we we wcze­snych la­tach 70. (a sam Hay­ao Miy­aza­ki ma­czał w tym swe ge­nial­ne pal­ce), czy też sław­ną Za­ło­gę G z „Woj­ny Pla­net”, któ­ra z wiel­kim po­wo­dze­niem za­ata­ko­wa­ła wro­ga z in­nej ga­lak­ty­ki w na­szej czar­no-bia­łej, PRL-owskiej te­le­wi­zji na po­cząt­ku lat 80. A może to wy­pro­du­ko­wa­na wła­śnie w Ja­po­nii „Psz­czół­ka Maja” prze­ko­na nie­któ­rych, jak da­le­ko się­ga i jak róż­no­rod­ny jest to te­mat?

Mówiąc o ja­poń­skiej po­pkul­tu­rze, mó­wi­my o zja­wi­skach o wie­le star­szych i o wie­le głę­biej sie­dzą­cych w na­szej hi­sto­rii, niż mo­gli­by­śmy przy­pusz­czać. Stąd nie dzi­wi mnie w Ja­po­nii „man­go­wy” pla­kat, re­kla­mu­ją­cy po­bli­ską świą­ty­nię. Tak samo jak nie dzi­wi mnie ani­mo­wa­na po­stać ubra­na w ki­mo­no. Cały czas po­ru­sza­my się w tej sa­mej, aż do bólu ja­poń­skiej rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra miej­sco­wo przy­bie­ra bar­dzo róż­ne, cza­sa­mi skraj­ne bar­wy, jed­nak to cały czas ten sam kok­tajl, któ­re­go na­le­ży sma­ko­wać z peł­ną świa­do­mo­ścią tego, cze­go się sma­ku­je. W prze­ciw­nym ra­zie na­wał mię­dzy­kul­tu­ro­wych nie­po­ro­zu­mień może prze­sło­nić każ­dą, na­wet naj­bar­dziej war­to­ścio­wą, rzecz.

Taka sy­tu­acja mia­ła miej­sce mię­dzy in­ny­mi w Pol­sce w dru­giej po­ło­wie lat 90. ubie­głe­go wie­ku, gdy na­gle i bez uprze­dze­nia w pol­sko­ję­zycz­nej te­le­wi­zji po­ja­wi­ła się w ilo­ściach – jak na na­sze wa­run­ki – ma­so­wych, ja­poń­ska ani­ma­cja, nio­sąc ze sobą ist­ną re­wo­lu­cję kul­tu­ral­ną, któ­ra z jed­nej stro­ny po­rwa­ła masę (głów­nie) mło­dzie­ży, a z dru­giej wy­wo­ła­ła pro­te­sty (prze­waż­nie) star­szych po­ko­leń. Ci pierw­si, z ra­cji swe­go wie­ku, po­de­szli z otwar­tym umy­słem do no­we­go me­dium. Ci star­si na­to­miast, nie dali już rady „wy­lać szklan­ki wody” i na­peł­nić jej po­now­nie, mimo że znam po­je­dyn­cze przy­pad­ki temu prze­czą­ce. Na pod­sta­wie ar­ty­ku­łów, ja­kie na te­mat ja­poń­skie­go ko­mik­su i ani­ma­cji po­ja­wia­ły się w tam­tym okre­sie w ro­dzi­mej pra­sie, moż­na by na­pi­sać bo­ga­tą w cen­ne ob­ser­wa­cje pra­cę na­uko­wą z so­cjo­lo­gii. Była to sy­tu­acja z jed­nej stro­ny prze­ra­ża­ją­ca z po­wo­du fali otwar­tej wro­go­ści i nie­zro­zu­mie­nia wo­bec no­we­go zja­wi­ska, z dru­giej zaś ar­cy­cie­ka­wa dla za­fa­scy­no­wa­ne­go ob­ser­wa­to­ra ludz­kich re­ak­cji w ze­tknię­ciu z zu­peł­nie od­mien­ną i nie­zna­ną im bli­żej kul­tu­rą. Szok był na­praw­dę spo­ry, gdyż pol­ski ma­so­wy te­le­widz, przy­zwy­cza­jo­ny do sta­le po­wta­rza­nych sche­ma­tów tego typu pro­duk­cji na­pły­wa­ją­cych do nas głów­nie z Za­cho­du, na­gle z prze­ra­że­niem od­krył, że sche­ma­ty te moż­na nie tyl­ko ła­mać, ale i zi­gno­ro­wać tak da­le­ce, że efekt koń­co­wy nie przy­po­mi­na ni­cze­go, co do­tąd wi­dział. Ja­poń­ska ani­ma­cja uzmy­sła­wia­ła nam, że gra­ni­ce nie ist­nie­ją, a film ani­mo­wa­ny może po­ru­szać każ­dy te­mat i dzie­lić się na wię­cej ga­tun­ków niż kla­sycz­ny film ak­tor­ski. To była kon­cep­cja na tam­te cza­sy dla nas jako spo­łe­czeń­stwa nie do przy­ję­cia, bo­wiem w po­wszech­nym ro­zu­mie­niu prze­cięt­ne­go Po­la­ka ani­ma­cja słu­ży­ła wy­łącz­nie jako roz­ryw­ka dla dzie­ci, nie mo­gła więc być skom­pli­ko­wa­na, alu­zyj­na, in­te­li­gent­na i bru­tal­nie bez­po­śred­nia. Poza tym za­cho­wa­nia bo­ha­te­rów tych hi­sto­rii nie mia­ły dla prze­cięt­ne­go miesz­kań­ca znad Odry i Wi­sły żad­ne­go sen­su, gdyż były zbu­do­wa­ne na zu­peł­nie in­nych pod­sta­wach kul­tu­ro­wych. Efekt mógł być tyl­ko je­den – strach w po­sta­ci agre­sji. Po­trze­ba było lat, za­nim sy­tu­acja w mia­rę się unor­mo­wa­ła. Za­nim Po­la­cy za­czę­li ro­zu­mieć (przy­najm­niej w więk­szo­ści), że cały świat nie my­śli w ten sam spo­sób, a w tym wszyst­kim róż­ni­ce mię­dzy Wscho­dem i Za­cho­dem są wy­jąt­ko­wo duże. Ostat­nia lek­cja, jaką po­win­ni­śmy za­koń­czyć to za­mie­sza­nie, po­le­ga na przy­ję­ciu do wia­do­mo­ści, że obcy nam spo­sób my­śle­nia może być inny, ale to nie ozna­cza, że jest przez to zły. On jest po pro­stu inny i nie jest to sy­no­nim sło­wa „gor­szy”. Dzię­ki temu świat jest tak eks­cy­tu­ją­cy, bo jest róż­no­rod­ny.

Japoń­czy­cy świet­nie zda­ją so­bie z tego spra­wę i chy­ba jak nikt inny, cie­szą się z róż­no­rod­no­ści, jaką ofe­ru­je im świat, a jed­no­cze­śnie w pe­wien spo­sób nadal izo­lu­jąc się przed nim, nie tra­cą wła­snej in­dy­wi­du­al­no­ści. Nowe idee, po­my­sły, pro­duk­ty, roz­wią­za­nia, są w Ja­po­nii po­żą­da­ne tak bar­dzo, jak chy­ba nig­dzie in­dziej. Każ­dy kto był w Ja­po­nii szyb­ko prze­ko­nał się, jak nie­sa­mo­wi­ty jest to ry­nek zby­tu, a jed­no­cze­śnie jak wy­ma­ga­ją­cy i trud­ny. Ja­poń­ski kon­su­ment bo­wiem przy­zwy­cza­jo­ny jest do roz­piesz­cza­nia, za­rów­no je­śli cho­dzi o ob­słu­gę, jak i ja­kość i wy­bór to­wa­rów oraz usług. W na­tu­rze miesz­kań­ców Nip­po­nu leży po­szu­ki­wa­nie wszel­kich ory­gi­nal­nych roz­wią­zań na ca­łym świe­cie i im­ple­men­to­wa­nie ich na ro­dzi­mym ryn­ku. Ja­poń­czy­cy uwiel­bia­ją za­po­ży­czać i prze­ra­biać. Dla Ja­poń­czy­ków róż­no­rod­ność i in­spi­ra­cja, zwłasz­cza Za­cho­dem, jest po­zy­tyw­na i na­tu­ral­na tak bar­dzo, że czę­sto nie do­ce­nia­ją oni tego, co stwo­rzy­ła ich kul­tu­ra. Z tego mię­dzy in­ny­mi po­wo­du za­wód gej­szy, je­den z naj­bar­dziej zna­nych i ce­nio­nych sym­bo­li Ja­po­nii na świe­cie, w swej kla­sycz­nej for­mie umie­ra. Ja­poń­czy­cy zda­ją się mio­tać po­mię­dzy dwo­ma skraj­no­ścia­mi: za­kom­plek­sie­niem oraz skraj­ną dumą, żeby nie po­wie­dzieć, że wręcz – po­czu­ciem wyż­szo­ści. Za­kom­plek­sie­ni są wo­bec Za­cho­du, lecz dum­ni na wła­snym po­dwór­ku. Do­pro­wa­dza to czę­sto do sy­tu­acji ku­rio­zal­nych, gdy miesz­kań­cy Nip­po­nu po­tra­fią za­prze­czyć fak­tom tyl­ko dla­te­go, że uwa­ża­ją je za wsty­dli­we. Ja­poń­czy­cy tak bar­dzo boją się „stra­cić twarz”, że czę­sto zwy­czaj­ną fa­scy­na­cję ob­co­kra­jow­ców ich kra­jem in­ter­pre­tu­ją jako pró­by wy­śmia­nia ich na­ro­do­wych cech. W su­mie nie jest to ta­kie dziw­ne, je­śli weź­mie­my pod uwa­gę, iż mo­ral­ność Ja­poń­czy­ków opar­ta jest na wsty­dzie (na­sza: na grze­chu) i „stra­ta twa­rzy” do­pro­wa­dza­ła czę­sto w prze­szło­ści do sa­mo­bój­czej śmier­ci w celu „oczysz­cze­nia swe­go imie­nia”.

Byłem kie­dyś świad­kiem bar­dzo cie­ka­wej sy­tu­acji, gdy przy­go­to­wy­wa­łem do pu­bli­ka­cji ma­te­riał pra­so­wy, do­ty­czą­cy pew­nej ja­poń­skiej pro­duk­cji fil­mo­wej, ma­ją­cej pre­mie­rę na na­szym ryn­ku. Ak­cja tej hi­sto­rii mia­ła miej­sce w ja­poń­skiej szko­le pod­sta­wo­wej, a jej głów­ny­mi bo­ha­ter­ka­mi były dwie dziew­czyn­ki, pod wzglę­dem cha­rak­te­ru róż­ne jak dzień i noc. Jed­na z nich peł­na ży­cia i ener­gii, peł­na en­tu­zja­zmu, sza­lo­nych po­my­słów, gło­śna, sko­ra do sprze­czek, pew­na sie­bie, od­waż­na i we­so­ła. Dru­ga na­to­miast ci­cha, ule­gła, bo­jaź­li­wa, ustę­pli­wa, za­pła­ka­na z byle po­wo­du i słod­ka aż do próch­ni­cy zę­bów. Nie­zro­zu­mia­łym dla wi­dza z Za­cho­du, nie­obe­zna­ne­go z ja­poń­ski­mi kul­tu­ro­wy­mi ka­no­na­mi, był tu fakt, iż to wła­śnie ta dru­ga bo­ha­ter­ka była tą roz­chwy­ty­wa­ną i ad­o­ro­wa­ną przez mę­ską część szko­ły. W pro­duk­cji za­chod­niej by­ło­by do­kład­nie od­wrot­nie, lecz w Ja­po­nii ste­reo­typ de­li­kat­nej, skraj­nie ule­głej i usłuż­nej ko­bie­ty jest tym wzor­cem, któ­ry Ja­poń­czy­cy ge­ne­ral­nie nadal zda­ją się uzna­wać za ide­ał. Umie­ści­łem za­tem ta­ko­we wy­ja­śnie­nie w ma­te­ria­le pra­so­wym, aby pol­ski widz nie miał pro­ble­mu ze zro­zu­mie­niem ca­łej sy­tu­acji. Jed­nak za­nim rzecz uj­rza­ła świa­tło dzien­ne, po­wę­dro­wa­ła naj­pierw do ja­poń­skiej wy­twór­ni do au­to­ry­za­cji. Kil­ka dni póź­niej otrzy­ma­łem od­po­wiedź, iż pro­du­cen­ci nie wy­ra­ża­ją zgo­dy na pu­bli­ka­cję te­goż ma­te­ria­łu w ta­kiej for­mie, gdyż we­dług nich nie jest do koń­ca praw­dą, iż Ja­poń­czy­cy pre­fe­ru­ją ko­bie­ty ule­głe i de­li­kat­ne. Moja proś­ba o wy­ja­śnie­nie tej sy­tu­acji (by­łem cie­kaw in­ter­pre­ta­cji stro­ny ja­poń­skiej) nie do­cze­ka­ła się od­po­wie­dzi i spra­wa sta­nę­ła w mar­twym punk­cie. In­for­ma­cja uzna­na za „wsty­dli­wą” zo­sta­ła po­wstrzy­ma­na i za­wie­szo­na w nie­by­cie. Wszy­scy za­cho­wa­li twarz.

Jest to swe­go ro­dza­ju pa­ra­doks, bo chcąc zro­zu­mieć ten kraj, my gaj­dzi­ni mu­si­my po­go­dzić się z tym, że nig­dy go do koń­ca nie zdo­ła­my zro­zu­mieć. Nie ze wzglę­du na to, że je­ste­śmy mniej in­te­li­gent­ni, lecz dla­te­go, że więk­szość lu­dzi ukształ­to­wa­na przez daną kul­tu­rę, nie po­tra­fi wy­zwo­lić się ze szpon wię­żą­cych go sche­ma­tów my­śle­nia. Kul­tu­ra Ja­po­nii na­to­miast jest dla nas do­świad­cze­niem skraj­nie in­nym, a sprzecz­no­ści po pro­stu leżą za­rów­no w na­tu­rze miesz­kań­ców wysp ja­poń­skich, jak i sa­mych wy­spach.

Jed­nym z ko­lej­nych przy­kła­dów tego zja­wi­ska, wy­jąt­ko­wo od­czu­wal­nym dla każ­de­go tu­ry­sty, czy też na­wet po­dróż­ni­ka bar­dziej za­awan­so­wa­ne­go, jest dwo­ista na­tu­ra wy­stę­pu­ją­cych tu kon­tak­tów mię­dzy­ludz­kich. Na­tu­ral­nym sta­nem rze­czy jest bez­piecz­ne wy­co­fa­nie i dy­stans, zwłasz­cza w sto­sun­ku do ob­co­kra­jow­ców. Zja­wi­sko to wi­docz­ne jest przede wszyst­kim w du­żych mia­stach, ta­kich jak To­kio. Brak kon­tak­tu wzro­ko­we­go, wy­mia­na zdań ogra­ni­czo­na do ab­so­lut­ne­go mi­ni­mum, wzmo­żo­na ostroż­ność, czy też uni­ka­nie kon­tak­tu, a na­wet wręcz uciecz­ka w przy­pad­ku pró­by na­wią­za­nia ta­ko­we­go. Taka jesz­cze wciąż jest Ja­po­nia i tacy nadal by­wa­ją Ja­poń­czy­cy.

Ale jed­no­cze­śnie mo­że­my spo­tkać się w Ja­po­nii z bar­dzo en­tu­zja­stycz­nym i (co jest cha­rak­te­ry­stycz­ne) zbio­ro­wym za­in­te­re­so­wa­niem, wy­star­czy tyl­ko od­po­wied­ni im­puls, a gaj­dzin z ano­ni­mo­we­go tu­ry­sty sta­je się w jed­nej chwi­li swe­go ro­dza­ju gwiaz­dą… choć pa­trząc na to z in­ne­go punk­tu wi­dze­nia, nadal jest to efekt trak­to­wa­nia ob­co­kra­jow­ców jak isto­ty z in­ne­go świa­ta. Obec­nie nie przyj­mu­je to oczy­wi­ście już ta­kich roz­mia­rów, jak to mia­ło miej­sce jesz­cze w nie­da­le­kiej prze­szło­ści, gdy ob­co­kra­jow­cy byli tu trak­to­wa­ni nie­mal jak przy­by­sze z in­nej pla­ne­ty i to do tego stop­nia, że na przy­kład pod­czas Mię­dzy­na­ro­do­wych Tar­gów Expo 1970, któ­re mia­ły miej­sce w mie­ście Osa­ka, zwy­kli tu­ry­ści z Za­cho­du tłum­nie pro­sze­ni byli o au­to­gra­fy. Na­wet całą de­ka­dę póź­niej zda­rza­ło się jesz­cze, iż nie­świa­do­my ni­cze­go tu­ry­sta by­wał wy­ty­ka­ny na uli­cy pal­cem przez prze­cho­dzą­ce dzie­ci, krzy­czą­ce na cały głos: „Gaj­dzin! Gaj­dzin! Gaj­dzin!…”. Wie­lu mo­ich zna­jo­mych po­dróż­ni­ków wspo­mi­na te cza­sy z łez­ką w oku, bo mia­ło to swój urok. Ale to była inna Ja­po­nia. Obec­nie wszel­kiej ma­ści „ob­cych” w Ja­po­nii nie bra­ku­je i choć nadal wy­wo­łu­ją wzmo­żo­ną czuj­ność jej miesz­kań­ców, to naj­czę­ściej są po pro­stu grzecz­nie, acz z za­cię­ciem, igno­ro­wa­ni. Ale bywa i prze­ciw­nie. Bra­łem udział w wie­lu ta­kich ku­rio­zal­nych sy­tu­acjach i jed­na z nich za­pa­dła mi w pa­mię­ci wy­jąt­ko­wo…

iało to miej­sce pod­czas pew­ne­go cie­płe­go, wio­sen­ne­go wie­czo­ru, gdy po­sta­no­wi­łem wraz z moją to­wa­rzysz­ką, wy­brać się na ko­la­cję do jed­ne­go z na­szych ulu­bio­nych ba­rów su­shi, miesz­czą­cym się w tra­dy­cyj­nej to­kij­skiej dziel­ni­cy, Asa­ku­sa. Tra­fi­li­śmy tam aku­rat w mo­men­cie, gdy w lo­ka­lu był kom­plet go­ści, więc sto­ją­ca na ze­wnątrz pani z ob­słu­gi grzecz­nie po­in­for­mo­wa­ła nas, że zaj­mie to nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce dzie­sięć mi­nut, po czym uprzej­mie wpi­sa­ła na­sze na­zwi­ska (nie mam po­ję­cia, jak to zro­bi­ła) na pod­ręcz­ną li­stę ocze­ku­ją­cych. Jako, że w lo­ka­lu obo­wią­zy­wał za­kaz pa­le­nia (nie wy­obra­żam so­bie ka­la­nia sub­tel­ne­go i po­bu­dza­ją­ce­go ape­tyt za­pa­chu tego typu miej­sca dy­mem ty­to­nio­wym), od cza­su do cza­su ktoś wy­cho­dził na ze­wnątrz, aby dać upust swe­mu na­ło­go­wi. I tak oto spo­tka­li­śmy pew­ną wy­jąt­ko­wo sko­rą do na­wią­zy­wa­nia kon­tak­tów Ja­pon­kę w śred­nim wie­ku, któ­ra po­sta­no­wi­ła uroz­ma­icić swo­je mo­no­ton­ne pusz­cza­nie dym­ka o kon­wer­sa­cje z przed­sta­wi­cie­la­mi in­nej pla­ne­ty, cał­ko­wi­cie zde­cy­do­wa­ny­mi bez żad­ne­go przy­mu­su, zjeść su­ro­wą rybę. Po kil­ku do­słow­nie zda­niach na­sza roz­mo­wa tak się roz­krę­ci­ła, że do­łą­czył do nas part­ner na­szej roz­mów­czy­ni, któ­ry oka­zał się być chiń­skim biz­nes­me­nem… cóż, to tro­chę tłu­ma­czy­ło jej nie­ty­po­wą jak na to­kij­kę otwar­tość na „ob­cych”. Je­śli była otwar­ta na azja­dzi­nów (asia­jin), to i au­to­ma­tycz­nie rów­nież na gaj­dzi­nów. Cóż, kse­no­fo­bia wy­da­je się mieć aler­gię na czę­ste zmia­ny kra­jo­bra­zu i szyb­ko umie­ra wy­sta­wio­na na tru­dy zwią­za­ne z po­dró­żą poza gra­ni­ce oj­czy­zny.

Rozchi­cho­ta­ni we­szli­śmy za­tem do środ­ka i to był ten im­puls, któ­ry ośmie­lił do kon­tak­tu z nami inne prze­by­wa­ją­ce we­wnątrz oso­by, ra­do­śnie wcią­ga­ją­ce ja­poń­skie spe­cja­ły. Usa­dzo­no nas przy sa­mym ba­rze, do­kład­nie na­prze­ciw sza­le­ją­cych z ostry­mi jak miecz sa­mu­raj­ski no­ża­mi (i nie ma w tym żad­nej prze­sa­dy) mi­strzów su­shi, za­mie­nia­ją­cych ryby i owo­ce mo­rza w zgrab­ne ka­wa­łecz­ki z taką gra­cją, że trud­no było ode­rwać od tego przed­sta­wie­nia za­dzi­wio­ne oczy. Oczy­wi­ście, to nic nad­zwy­czaj­ne­go w Ja­po­nii, jed­nak tym ra­zem mie­li­śmy wy­jąt­ko­wo do­bre do tego celu miej­sców­ki. Jak się jed­nak chwi­lę póź­niej oka­za­ło, resz­ta sie­dzą­cych wo­kół nas miej­sco­wych ama­to­rów su­ro­wi­zny, kon­cen­tro­wa­ła swo­ją uwa­gę nie na szat­ko­wa­nej w cien­kie pla­ster­ki ry­bie, bo tego prze­cież mie­li dość na co dzień, lecz na za­fa­scy­no­wa­nych tym przed­sta­wie­niem gaj­dzi­nach, czy­li na nas – bo prze­cież UFO nie za­wsze jada ryby, zwłasz­cza su­ro­we. Do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­łem, że po mo­jej le­wej stro­nie sie­dzi dwóch sa­la­ry­ma­nów, czy­li nud­nych jak fla­ki z ole­jem eta­to­wych pra­cow­ni­ków ja­poń­skich kor­po­ra­cji, wy­bit­nie zmę­czo­nych nie tyle cięż­kim dniem pra­cy, co ilo­ścią wchło­nię­te­go fer­men­to­wa­ne­go ryżu w pły­nie. Wła­ści­wie to zmę­czo­ny był je­den, bo dru­gi już się prze­mę­czył i zdą­żył wy­lą­do­wać twa­rzą w bla­cie, po­mię­dzy dwo­ma zgrab­nie wy­wi­nię­ty­mi kre­wet­ka­mi. Nie było wąt­pli­wo­ści, okręt po­szedł na dno, osiadł na mie­liź­nie i to tak per­ma­nent­nie, że nie re­ago­wał na im­pul­sy od ka­pi­ta­na sio­strza­nej jed­nost­ki, zresz­tą reszt­ka­mi sił utrzy­mu­ją­cej się jesz­cze na po­wierzch­ni tuż obok. Jako, że ko­le­ga za­milkł na do­bre, je­go­mość zmie­nił czę­sto­tli­wość i za­czął nada­wać do nas. W koń­cu lu­dzie mo­rza to jed­na wiel­ka ro­dzi­na. Do dziś za­sta­na­wiam się, w ja­kim ję­zy­ku wła­ści­wie mó­wił, bo cały czas prze­ra­ża mnie myśl, że mimo jego beł­ko­tu, do­sko­na­le się do­ga­dy­wa­li­śmy.

Tym­cza­sem nasz pod­ręcz­ny ku­charz, sza­le­ją­cy z wiel­kim jak miecz no­żem (i w tym może jest odro­bin­ka prze­sa­dy, ale tyl­ko odro­bin­ka), wy­da­wał się być nie­zbyt za­do­wo­lo­ny z fak­tu, że miej­sco­wy ama­tor trun­ków wy­sko­ko­wych za­cze­pia „sza­now­nych za­gra­nicz­nych go­ści” i psu­je opi­nię ca­łej Ja­po­nii, więc sub­tel­nie głasz­cząc ostrze, ze zmien­nym po­wo­dze­niem, su­ge­ro­wał mu od­pły­nię­cie w inny ob­szar mo­rza ja­poń­skie­go. Tym­cza­sem oka­zję pod­ła­pa­ły rów­nież jed­nost­ki obec­ne po na­szej pra­wej stro­nie i to była jesz­cze więk­sza re­we­la­cja.

Było to trzech bar­dzo cie­ka­wych osob­ni­ków, z któ­rych je­den, wy­raź­nie ich „szef”, wy­glą­dał jak skrzy­żo­wa­nie mu­zuł­ma­ni­na z sa­mu­ra­jem, lecz mimo tego do­syć dziw­ne­go po­łą­cze­nia, ema­no­wał do­sto­jeń­stwem i sym­pa­tycz­nym cie­płem. Jego lek­ko si­wie­ją­ce wło­sy, oliw­ko­wa kar­na­cja, to­czek na gło­wie i dłu­ga sza­ta prze­pa­sa­na owi­nię­tym kil­ku­krot­nie pa­sem ma­te­ria­łu, spra­wia­ły że od­no­si­li­śmy wra­że­nie, iż mamy do czy­nie­nia z czło­wie­kiem świa­tłym i życz­li­wym, co zda­wa­ło się po­twier­dzać pod­czas roz­wi­ja­ją­cej się roz­mo­wy. Jego naj­mniej­szy to­wa­rzysz ope­ro­wał bie­gle ję­zy­kiem an­giel­skim i po­sta­no­wił (i była to pro­po­zy­cja nie do od­rzu­ce­nia) peł­nić rolę tłu­ma­cza, zaś trze­ci z nich mil­czał jak grób, od cza­su do cza­su po­mru­ku­jąc tyl­ko wy­ra­zi­ście, aby pod­kre­ślić, iż rów­nież bie­rze udział w tej oży­wio­nej kon­wer­sa­cji. I za­iste, brał udział, gdyż ja­poń­ska sztu­ka po­słu­gi­wa­nia się ono­ma­to­pe­ja­mi i znie­wo­lo­ny­mi skraj­nym mi­ni­ma­li­zmem gry­ma­sa­mi, zo­sta­ła opa­no­wa­na przez miesz­kań­ców kra­ju ry­czą­cej Go­dzil­li w stop­niu per­fek­cyj­nym.

Cie­ka­we to rze­czy wy­cho­dzą na świa­tło dzien­ne, gdy spo­ty­ka się przy­god­nych Ja­poń­czy­ków, któ­rzy bę­dąc prze­ko­na­ni, iż wię­cej nie spo­tka­ją swo­ich gaj­dziń­skich roz­mów­ców (oj, żeby się nie zdzi­wi­li!), na­gle otwie­ra­ją się i są zdol­ni po­wie­rzyć im se­kre­ty, ja­kie w każ­dych in­nych wa­run­kach praw­do­po­dob­nie nie uj­rza­ły­by świa­tła dzien­ne­go. No, chy­ba że po du­żej ilo­ści al­ko­ho­lu. Po krót­kiej roz­mo­wie nasz sa­mo­zwań­czy tłu­macz, zu­peł­nie na trzeź­wo, rów­nież sie­dzą­cy na wy­so­kim stoł­ku przy tym sa­mym ba­rze, mię­dzy in­ny­mi oznaj­mił nam z ra­do­snym uśmie­chem, że na­le­żał kie­dyś do ja­ku­zy. Ot, tak po pro­stu, jak­by mó­wił nam, że dzi­siaj jadł na śnia­da­nie ja­jecz­ni­cę. Na po­par­cie swo­ich słów ra­do­śnie za­pre­zen­to­wał nam je­den ze swo­ich pal­ców, któ­re­go nie było. No, może nie­zu­peł­nie nie było, ale na­gle i bez uprze­dze­nia koń­czył się w po­ło­wie. Po wstęp­nym oglą­dzie wszyst­kie po­zo­sta­łe pal­ce u rąk na­sze­go tłu­ma­cza-ja­ku­zy wy­da­wa­ły się być na miej­scu w ca­ło­ści, choć z le­d­wo­ścią po­wstrzy­ma­łem się z py­ta­niem, czy na pew­no ża­den nie jest do­szy­wa­ny, bo i ta­kie idee krą­ży­ły swe­go cza­su po Ja­po­nii. Po­mi­ną­łem też kwe­stię pal­ców u nóg, bo dał­bym gło­wę, że te rów­nież by nam za­pre­zen­to­wał. W tym sa­mym cza­sie nasz pod­ręcz­ny ku­charz, sza­le­ją­cy za ba­rem ni­czym sam Mu­sa­shi Miy­amo­to(r), dziw­nie łyp­nął na nie­go spod oka, wciąż pew­nie ma­cha­jąc swo­im spi­cza­stym ostrzem, bły­ska­ją­cym w świe­tle ja­rze­niów­ki.

W ogó­le oka­za­ło się, że cała trój­ca na­le­ży do ja­kiejś wspól­no­ty re­li­gij­nej z po­łu­dnia Ja­po­nii, co tłu­ma­czy­ło ich nie­ty­po­wy strój i parę in­nych de­ta­li. Mu­szę przy­znać, że na­sze roz­mo­wy (w któ­rych w po­ry­wach bra­ło udział na­wet dzie­sięć osób na raz), przyj­mo­wa­ły chwi­la­mi do­syć dziw­ne for­my i za­ha­cza­ły o nie­co­dzien­ne te­ma­ty. Przy­zwy­cza­je­ni do stan­dar­do­we­go wy­co­fa­nia to­kij­czy­ków, by­li­śmy za­sko­cze­ni ta­kim ob­ro­tem spraw. Ileż to moż­na się do­wie­dzieć in­try­gu­ją­cych rze­czy w ta­kich sy­tu­acjach, nie spo­sób zli­czyć! Du­cho­wy szef na­szej trój­ki zna­jo­mych, wy­ka­zał mię­dzy in­ny­mi za­in­te­re­so­wa­nie pol­skim pi­wem i z en­tu­zja­zmem przy­jął wia­do­mość, że ge­ne­ral­nie (prze­mil­cza­jąc róż­ni­cę ja­ko­ści) jest za­zwy­czaj sil­niej­sze od ja­poń­skie­go. Choć to rzecz ja­sna spra­wa dys­ku­syj­na, szef trój­cy pod­kre­ślił ten fakt wy­ra­zi­stym ge­stem za­ci­śnię­tej pię­ści oraz siar­czy­stym „strong!” na do­kład­kę. To było słod­kie. Oczy­wi­ście mó­wi­li­śmy o po­pu­lar­nych, ko­mer­cyj­nych ga­tun­kach piwa, bo i w Ja­po­nii piwo nie­jed­no ma imię. Na­to­miast jego tłu­ma­czą­ce­mu wszyst­ko ko­le­dze, na dźwięk sło­wa „Pol­ska” dziw­nie za­bły­sły oczę­ta i na­gle za­czął gor­li­wie cze­goś szu­kać za pa­zu­chą, a czy­nił to z ta­kim za­an­ga­żo­wa­niem, że stra­cił rów­no­wa­gę i znik­nął nam z oczu, ka­ta­pul­to­wa­ny ze swo­je­go wy­so­kie­go sto­łecz­ka za rufę. Gdy się pod­niósł (nie stra­cił przy tym żad­ne­go do­dat­ko­we­go pal­ca), trzy­mał w ręce ob­ra­zek… Mat­ki Bo­skiej, oznaj­mia­jąc nam z ra­do­snym wy­szcze­rzem, że „też jest ka­to­li­kiem!”. Ka­to­lik-ja­ku­za?! Ręce nam ze świ­stem opa­dły do sa­mej zie­mi i pac­nę­ły z hu­kiem. Tym­cza­sem nasz ja­poń­ski ka­to­lik (z dzie­wię­cio­ma koma pięć pal­ców u rąk) był tak roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny, że nie mia­łem mu ser­ca tłu­ma­czyć, iż mimo że sta­ty­sty­ki (któ­re są prze­cież naj­więk­szy­mi kłam­stwa­mi na świe­cie) zda­ją się mó­wić coś in­ne­go, to nie wszy­scy Po­la­cy są ka­to­li­ka­mi. Ale czy w ta­kich sy­tu­acjach ma to ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie? Tu li­czy się spon­ta­nicz­ny kon­takt z dru­gim czło­wie­kiem i ra­dość dzie­le­nia się en­tu­zja­zmem. To jest wła­śnie naj­pięk­niej­sze w tego typu po­dró­żach i dla­te­go mię­dzy in­ny­mi war­to po­dró­żo­wać!

Chwi­lę po­tem do­sta­li­śmy w pre­zen­cie od sze­fa trój­cy, po­da­ne przez no­żow­ni­ka zza lady, wy­szu­ka­ne por­cje ni­gi­ri (pod­sta­wo­wy w Ja­po­nii ro­dzaj su­shi) naj­lep­sze­go zda­niem miej­sco­wych, do­stęp­ne­go tuń­czy­ka, w celu prze­ko­na­nia na­szych nie­do­świad­czo­nych gaj­dziń­skich pod­nie­bień, jak wspa­nia­le może sma­ko­wać ka­wa­łek tej nie­zwy­kłej ryby, gdy się wie, z któ­rej czę­ści ją wy­kro­ić. Owszem, ka­wa­łek był wy­śmie­ni­ty (i kosz­tow­ny), cze­go nie omiesz­ka­li­śmy pod­kre­ślić, ale nasz wspa­nia­ły dar­czyń­ca nie był w sta­nie zro­zu­mieć, że dla nas, gaj­dzi­nów z Kra­ju Le­cha, każ­dy z ser­wo­wa­nych tu ka­wał­ków tej mię­so­żer­nej ryby jest rów­nie pysz­ny, bo u nas po pro­stu do tuń­czy­ka w ta­kiej ja­ko­ści (ge­ne­ral­nie) do­stę­pu nie ma. Dys­ku­sja była za­żar­ta i żar­li­wa, choć osta­tecz­nie wszy­scy zdo­ła­li wszyst­kie pal­ce za­cho­wać. – U nas jest do­bre su­shi! – wy­pa­lił na­gle ja­kiś zyg­za­ku­ją­cy sa­la­ry­man w ła­ma­nej an­gielsz­czyź­nie, któ­ry ja­kimś spo­so­bem przy­pę­tał się do oszo­ło­mio­nej, sie­dzą­cej obok nas dwój­ki sa­la­ry­ma­nów. Co jest do dia­bła, pi­ja­ni sa­la­ry­ma­ni przy­cią­ga­ją się, czy jak?! – prze­szło mi przez myśl. – Bo nie ro­bią go ko­bie­ty! – do­rzu­cił po chwi­li, ki­wa­jąc się w przód i w tył. – A wiesz, dla­cze­go?! – łyp­nął na mnie jed­nym okiem, bo dru­gie gdzieś mu ucie­kło. – No­żow­nik zza lady spoj­rzał na nie­go z kwa­śną miną, szat­ku­jąc spraw­nie wiel­ki ka­wał ło­so­sia. – Cho­le­ra, wiem – po­my­śla­łem. – Ale czy wy­pa­da o tym gło­śno w tej chwi­li wspo­mi­nać? Mistrz su­shi naj­wi­docz­niej już się zo­rien­to­wał, co się świę­ci, bo pró­bo­wał prze­mó­wić klien­to­wi do roz­sąd­ku, wy­ko­nu­jąc dziw­ny gest no­żem, po­dob­ny do od­ga­nia­nia na­tręt­nej mu­chy, ale ten nie dał nam cza­su na kontr­re­ak­cję i wy­pa­lił ni­czym z pneu­ma­tycz­nej ar­ma­ty: – Bo ko­bie­ty mie­siącz­ku­ją, a to wpły­wa na ich smak! – Był z sie­bie tak za­do­wo­lo­ny, że pra­wie wy­giął się w po­dwój­nie kar­bo­wa­ną pa­raf­kę.

– A tak, sły­sza­łem też, że w okre­sie pa­no­wa­nia dy­na­stii To­ku­ga­wa sa­mu­ra­je prze­sta­li jeść ogór­ki, bo wzór na pla­ster­ku ogór­ka przy­po­mi­na herb wład­cy, a to prze­cież nie­grzecz­ne jeść herb swo­je­go wład­cy, nie­praw­daż? – pró­bo­wa­łem utrzy­mać na­szą dziw­ną kon­wer­sa­cję w żar­to­bli­wym to­nie, ale nasz prze­chod­ni roz­mów­ca był tak za­krę­co­ny, że gdy koń­czy­łem zda­nie, ten już był w po­ło­wie sla­lo­mu do wyj­ścia. I chy­ba do­brze, bo pa­trząc na minę na­sze­go mi­strza su­shi, mo­gło­by dojść do nie­bez­piecz­nej sy­tu­acji ku­li­nar­nej.

Rozma­rzo­ny po­tar­łem wi­szą­cą obok tor­bę z ka­me­rą w środ­ku. Że też ta­kie rze­czy dzie­ją się za­wsze wła­śnie wte­dy, gdy nie mam jej w ręku! Co jest z tym świa­tem nie tak?!

ie­czór za­koń­czył się ma­so­wą wy­mia­ną wi­zy­tó­wek, wy­nie­sie­niem za­to­pio­ne­go w bla­cie je­go­mo­ścia przez jego ki­ca­ją­ce­go (i to jest bar­dzo do­bre okre­śle­nie na ten stan rze­czy) ko­le­gę oraz ukło­na­mi tak głę­bo­ki­mi i za­ma­szy­sty­mi, że aż dziw, że ni­ko­mu nic się nie sta­ło.

Itak oto za­czą­łem po­wo­li ro­zu­mieć, skąd wzię­ły się te wszyst­kie sy­tu­acje peł­ne nie­bez­piecz­nych wy­pad­ków pod­czas go­rą­cych ja­poń­skich po­że­gnań. Zdzi­wi­ło mnie ra­czej to, że jest ich tak nie­wie­le. No, ale jak wia­do­mo, tre­ning czy­ni mi­strza i kto jak kto, ale Ja­poń­czy­cy wie­dzą o tym do­sko­na­le.

Rów­nie nie­co­dzien­na i nie­co sza­lo­na sy­tu­acja spo­tka­ła mnie i mo­ich to­wa­rzy­szy po­dró­ży pew­ne­go razu w wa­go­nie me­tra, chy­ba jed­nym z naj­bar­dziej ano­ni­mo­wych miejsc w To­kio. Tu­taj nikt na sie­bie nie pa­trzy, nikt nie ustę­pu­je miej­sca. Wszy­scy za­cho­wu­ją się tak, jak­by obok nich ni­ko­go nie było, bo tak jest po pro­stu ła­twiej (i bez­piecz­niej dla „twa­rzy”) funk­cjo­no­wać w tym gi­gan­tycz­nym ści­sku. Tym ra­zem jed­nak było in­a­czej. Po­nie­kąd dla­te­go, że mie­li­śmy ze sobą kil­ku­mie­sięcz­ne dziec­ko, a to jak wia­do­mo, po­tra­fi sku­tecz­nie zwra­cać uwa­gę oko­licz­nych oby­wa­te­li, na­wet w Ja­po­nii i na­wet w To­kio. Wra­ca­li­śmy aku­rat z dłuż­szej wy­pra­wy do in­nych czę­ści Ja­po­nii i nasz naj­młod­szy czło­nek ze­spo­łu glob­tro­ter­skie­go nie­co już ma­ru­dził z po­wo­du na­tło­ku wra­żeń. Jak wia­do­mo, w ta­kich sy­tu­acjach opcje są tyl­ko dwie – albo my ich, albo oni nas: albo szyb­ko za­im­ple­men­to­wa­ny sen, albo pu­blicz­ne wy­stą­pie­nie prze­ciw jaw­nej nie­spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej, wy­wrzesz­cza­ne wi­bru­ją­cym aż do bólu an­ty­te­no­rem nie­daw­no wy­ho­do­wa­nych strun gło­so­wych. Po­wszech­nie zna­ny jest rów­nież fakt, że do­ro­sły czło­wiek ma rzad­ko kie­dy lep­szą oka­zję do pu­blicz­ne­go zro­bie­nia z sie­bie kom­plet­ne­go idio­ty niż pod­czas prób za­ba­wia­nia nie­mow­la­ka. Nie po­mo­gły pró­by szyb­kiej hip­no­zy, głu­pa­wa pa­pla­ni­na i gu­mo­we su­shi z pisz­czał­ką. Gdy sy­tu­acja za­czy­na­ła się na­szej eki­pie wy­my­kać spod kon­tro­li, zda­rzy­ło się coś za­dzi­wia­ją­ce­go. Coś, co bar­dziej pa­so­wa­ło­by do fa­bu­ły głup­ko­wa­te­go fil­mu, niż do to­kij­skiej rze­czy­wi­sto­ści.

Sto­ją­ca obok nas trój­ka uczniów, ubra­na w cha­rak­te­ry­stycz­ne czar­ne mun­dur­ki szko­ły śred­niej, przy­wo­dzą­ce na myśl pru­ską ar­mię, ni mniej ni wię­cej, tyl­ko za­czę­ła nu­cić na­sze­mu pod­opiecz­ne­mu ko­ły­san­kę! I to nie było ja­kieś tam mru­cze­nie pod no­sem, ale po­rząd­na, ra­so­wa ko­ły­san­ka, ze zwrot­ka­mi, re­fre­nem i miej­sca­mi z po­dzia­łem na gło­sy! Oczy­wi­ście, nie za gło­śno, aby nie bu­dzić śpią­cych pa­sa­że­rów, ale i tak był to wy­czyn wart od­no­to­wa­nia. I o ile sama czyn­ność nie była ni­czym nad­zwy­czaj­nym, to bio­rąc pod uwa­gę miej­sce, czas i spe­cy­ficz­ną na­tu­rę to­kij­czy­ków, mniej by mnie za­sko­czy­ło spo­tka­nie z UFO. Ta­kim praw­dzi­wym. Cała jed­nak iro­nia po­le­ga na tym, iż ta­kich za­ska­ku­ją­cych sy­tu­acji prze­ży­łem spo­ro i to nikt inny jak ja sam (oraz moi gaj­dziń­scy to­wa­rzy­sze), od­gry­wa­łem rolę ufo­lud­ka. Praw­da jest jed­nak taka, że to dzia­ła w obie stro­ny, a każ­dej ze stron wy­da­je się, że to tyl­ko oni są świad­ka­mi cze­goś nad­zwy­czaj­nie cie­ka­we­go. Tym­cza­sem obie stro­ny są jed­no­cze­śnie ob­ser­wa­to­ra­mi i ufo­ka­mi.

Ale, jak już wspo­mnia­łem, każ­dy obcy musi się w Ja­po­nii po­go­dzić z tym (lub przy­najm­niej spró­bo­wać), że za­wsze bę­dzie obcy. Jed­nych to na dłuż­szą metę prze­ra­ża, in­nych in­try­gu­je i bawi. Jak sami to od­bie­rze­cie, to już za­le­ży od was. Znam oso­by, któ­re po de­ka­dzie po­by­tu w Ja­po­nii, nadal bę­dąc trak­to­wa­ny­mi jak prze­jezd­ni tu­ry­ści, nie wy­trzy­my­wa­li tego sta­nu rze­czy, pa­ko­wa­li ba­ga­że i ucie­ka­li. A przy­najm­niej pró­bo­wa­li ucie­kać, bo od Ja­po­nii nie da się cał­kiem uciec, bo­wiem ten kraj uza­leż­nia. I to na każ­dej nie­mal płasz­czyź­nie. Sam ile­kroć wra­cam do Pol­ski, co chwi­la rzew­ny­mi łza­mi pła­czę nad mi­lio­nem rze­czy, któ­rych mi na­tych­miast za­czy­na bra­ko­wać: nie­zwy­kle spraw­ne­go (i bez dwóch zdań: naj­lep­sze­go na świe­cie) trans­por­tu miej­skie­go, naj­wyż­szej ja­ko­ści pro­duk­tów na każ­dym po­zio­mie ce­no­wym, róż­no­rod­no­ści kuch­ni, roz­ry­wek, wy­daw­nictw, ga­dże­tów, ja­ko­ści ob­słu­gi klien­ta, pro­stych dróg i ty­się­cy in­nych dro­bia­zgów, któ­rych spis za­jął­by set­ki stron. Czło­wiek jest bar­dzo le­ni­wą i wy­god­ną be­stią i zwykł szyb­ko przy­zwy­cza­jać się do do­bre­go, a Ja­po­nia ma ten­den­cję do bły­ska­wicz­ne­go roz­pusz­cza­nia ni­czym przy­sło­wio­wy dzia­dow­ski bicz.

Ale to oczy­wi­ście nie wszyst­ko. W grę wcho­dzi tu jesz­cze spo­sób my­śle­nia i po­strze­ga­nia świa­ta oraz pa­sja. Jed­nym z bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych py­tań od­no­śnie Ja­po­nii, za­da­wa­nych mi przez róż­ne oso­by, dla któ­rych en­tu­zjazm z ja­kim od­no­szę się do tego kra­ju jest nie­zro­zu­mia­ły, są py­ta­nia do­ty­czą­ce wszel­kich „ciem­nych stron” te­goż kra­ju i mo­jej spo­koj­nej ak­cep­ta­cji tego fak­tu. Jak wia­do­mo, wszę­dzie żyją tyl­ko lu­dzie (przy­najm­niej z tego co nam na dzień dzi­siej­szy jest wia­do­me) i nie ma miejsc na świe­cie, któ­re by­ły­by po­zba­wio­ne sy­tu­acji i wy­da­rzeń, wy­ni­ka­ją­cych z „ludz­kich błę­dów”. I Ja­po­nia nie jest tu wy­jąt­kiem. Wiem o tym naj­czę­ściej na­wet znacz­nie le­piej niż oso­by za­da­ją­ce mi te py­ta­nia. I wiem rów­nież, że to, jak po­strze­ga­my ja­kieś zja­wi­sko, sy­tu­ację, świat, za­le­ży od na­szej wie­dzy, otwar­to­ści umy­słu i spo­so­bu pa­trze­nia na ota­cza­ją­cy nas wszech­świat. To jest jak ze spo­tka­niem swo­jej dru­giej po­ło­wy, part­ne­ra ży­cio­we­go. Gdy na­tych­miast wszyst­ko inne tra­ci zna­cze­nie i ewen­tu­al­ne „wady” scho­dzą na dal­szy plan. Po­dob­nie jest z miej­sca­mi na świe­cie, o czym do­brze wie­dzą wszy­scy za­pa­le­ni po­dróż­ni­cy.

W któ­rymś mo­men­cie tra­fia się ta­kie miej­sce, z któ­rym na­tych­miast na­wią­zu­je­my pe­wien ro­dzaj du­cho­wej wię­zi i w jed­nej chwi­li, bez za­sta­no­wie­nia, wska­ku­je­my na głę­bo­ką wodę, ni­czym wię­zio­na do­tąd w wia­drze ryba, któ­rą na­gle wy­la­no ra­zem z za­war­to­ścią do oce­anu peł­ne­go wspa­nia­łej róż­no­rod­no­ści. Nie­waż­ne, że czy­ha­ją tam re­ki­ny i inne „nie­wy­go­dy”. Waż­ne, że tra­fi­li­śmy do „swo­je­go miej­sca”, do któ­re­go czu­je­my się przy­na­leż­ni. I naj­mniej istot­ny jest tu fakt, że uro­dzi­li­śmy się gdzieś in­dziej, to wszyst­ko nie ma w ta­kich chwi­lach żad­ne­go zna­cze­nia. I dla mnie ta­kim miej­scem jest wła­śnie Ja­po­nia. Nie zna­czy to, że nie za­chwy­cam się in­ny­mi miej­sca­mi na świe­cie i wca­le nie zna­czy, że któ­re­goś dnia nie zmie­nię/roz­sze­rzę swo­jej pa­sji na inne, dzia­ła­ją­ce na mnie po­zy­tyw­nie miej­sca na na­szej pla­ne­cie. Jed­nak, gdy się ma do czy­nie­nia z do­sko­na­le do nas pa­su­ją­cą cząst­ką nas sa­mych, wie­le się wy­ba­cza. A wła­ści­wie, to nie ma cze­go wy­ba­czać. Znam oso­by, któ­re prze­by­wa­jąc w Ja­po­nii na­wet kil­ka­dzie­siąt lat, wciąż na­rze­ka­jąc na wie­le rze­czy, któ­re im w tym kra­ju prze­szka­dza­ją, nadal tam miesz­ka­ją, bo od­naj­du­ją tu wię­cej rze­czy, któ­re ko­cha­ją i za­wsze ko­chać będą. Dla­te­go jest mi za­wsze wy­jąt­ko­wo smut­no, gdy czy­tam ar­ty­ku­ły, książ­ki lub oglą­dam pro­gra­my o Ja­po­nii, któ­rych au­to­ra­mi są lu­dzie jej „nie­czu­ją­cy” i nie pa­ła­ją­cy do niej pa­sją. Po­noć do­bry na­uczy­ciel (za­kła­da­jąc, że jest do­bry), jest w sta­nie na­uczyć rze­czy o któ­rych nie ma po­ję­cia. Jed­nak ktoś bez pa­sji nie jest w sta­nie prze­ka­zać en­tu­zja­zmu, bo go po pro­stu nie ma. Po­mi­jam już fakt, że nie ro­zu­mie­jąc spe­cy­fi­ki kra­ju o zu­peł­nie in­nej men­tal­no­ści, czę­sto po­strze­ga­my go ne­ga­tyw­nie, ka­ry­ka­tu­ral­nie, tyl­ko dla­te­go, że nie po­tra­fi­my pra­wi­dło­wo zin­ter­pre­to­wać do­cie­ra­ją­cych do nas in­for­ma­cji.

Są też oczy­wi­ście skraj­nie idio­tycz­ne przy­pad­ki, gdy do tego do­cho­dzi jesz­cze igno­ran­cja. By­łem kie­dyś świad­kiem sy­tu­acji w jed­nej z re­stau­ra­cji su­shi w To­kio, gdy pew­na mło­da dzie­wo­ja, po­cząt­ku­ją­ca mo­del­ka z ja­kie­goś koń­ca świa­ta, oznaj­mi­ła z obu­rze­niem, że do­sta­ła su­ro­wą rybę (za­raz po tym jak po­pro­si­ła o nóż i wi­de­lec) i że nie jest w sta­nie tego prze­łknąć. Cóż, bywa i tak, że tra­fia­ją tu oso­by, któ­re kom­plet­nie nie po­tra­fią zro­zu­mieć, gdzie się wła­ści­wie znaj­du­ją. Nie da się ukryć, że dla czło­wie­ka wy­cho­wa­ne­go w za­chod­nim krę­gu kul­tu­ro­wym, przy pierw­szym ze­tknię­ciu Ja­po­nia – jak i cały Wschód – jest do­świad­cze­niem skraj­nym. Kraj ten jest tro­chę jak me­cha­ni­ka kwan­to­wa, któ­rej nie po­tra­fi­my zro­zu­mieć, a któ­ra mimo wszyst­ko do­sko­na­le dzia­ła, choć we­dług po­sia­da­nej przez nas wie­dzy, dzia­łać nie po­win­na. Żeby po­jąć jej ist­nie­nie, trze­ba dia­me­tral­nie prze­sta­wić swój spo­sób my­śle­nia i jest to pro­ces, któ­ry wy­ma­ga wy­rwa­nia się z uści­sku ste­reo­ty­pów, któ­re do­tąd rzą­dzi­ły na­szym spo­so­bem po­strze­ga­nia świa­ta.

Sty­ka­jąc się z inną kul­tu­rą, czy to jako tu­ry­ści, po­dróż­ni­cy, biz­nes­ma­ni, czy wi­dzo­wie oglą­da­ją­cy ja­poń­ską pro­duk­cję fil­mo­wą, rów­nież tę ani­mo­wa­ną, mu­si­my za­wsze pa­mię­tać, że mamy do czy­nie­nia z in­nym spo­so­bem my­śle­nia. Oczy­wi­ście nie w tym rzecz, aby po­paść w ko­lej­ną skraj­ność i chwa­lić wszyst­ko co inne. Cho­dzi ra­czej o za­cho­wa­nie zdro­we­go roz­sąd­ku i opie­ra­nie swych osą­dów na wie­dzy, a nie ne­ga­tyw­nej pro­pa­gan­dzie i igno­ran­cji. Oczy­wi­ście to ostat­nie wy­stę­pu­je wszę­dzie, rów­nież w Ja­po­nii. Za­dzi­wi­ła mnie kie­dyś roz­mo­wa z pew­nym do­ro­słym to­kij­czy­kiem, miesz­ka­ją­cym 20 mi­nut od Aki­ha­ba­ry i ży­ją­cym w tym mie­ście kil­ka­dzie­siąt lat, któ­ry nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia o tym, że w dziel­ni­cy tej ist­nie­ją se­cond han­dy z elek­tro­ni­ką. To mniej wię­cej tak, jak by miesz­kać całe ży­cie w Pa­ry­żu i nie wie­dzieć, że znaj­du­ją się tam re­stau­ra­cje ser­wu­ją­ce do­sko­na­łe owo­ce mo­rza. Moż­na z nich nie ko­rzy­stać, moż­na ich nie lu­bić, ale nie wie­dzieć? – to już prze­sa­da.

Igno­ran­cja to jed­na stro­na me­da­lu, ale świa­do­me nie­zau­wa­ża­nie pew­nych zja­wisk, to już zu­peł­nie inna rzecz i jak­że cha­rak­te­ry­stycz­na dla Ja­poń­czy­ków. Ja­po­nia to chy­ba je­dy­ny kraj, w któ­rym „nie za­uwa­ża się” pew­nych rze­czy, wy­cho­dząc z kla­sycz­ne­go za­ło­że­nia, że je­śli się o czymś nie mówi i na to nie pa­trzy, to tego nie ma (a więc nie ma też wsty­du i utra­ty twa­rzy). A już na pew­no to­kij­czy­cy są w tym ar­cy­mi­strza­mi.

Jadąc kie­dyś to­kij­ską ko­le­ją na­ziem­ną JR (jak mó­wią Ja­poń­czy­cy: „dże­ru”), na­tkną­łem się na sta­rusz­kę, któ­ra wy­glą­da­ła ni­czym żyw­cem wy­ję­ta ze sta­rych fil­mów ja­poń­skich mi­strzów kina: ster­czą­ce we wszyst­kich kie­run­kach sta­lo­wo siwe wło­sy, ocie­ka­ją­cy bru­dem dłu­gi pro­cho­wiec, po­pla­mio­ny to­bo­łek, po­sie­ka­na głę­bo­ki­mi zmarszcz­ka­mi, ciem­no­brą­zo­wa skó­ra. Do tego był bar­dzo cie­pły, wil­got­ny dzień i woń jaka wi­sia­ła w wa­go­nie była tak cięż­ka, że w na­pa­dzie kre­atyw­nej de­spe­ra­cji moż­na było po­wie­sić ka­ta­nę. Na do­miar wszyst­kie­go star­sza pani za­cho­wy­wa­ła się w spo­sób, któ­ry więk­szość lu­dzi na­zwa­ła­by „sza­lo­nym”, bar­dzo gło­śno o czymś roz­pra­wia­jąc, po­krzy­ku­jąc od cza­su do cza­su i oka­zjo­nal­nie ma­cha­jąc rę­ka­mi na wszyst­kie stro­ny. Re­ak­cja współ­pa­sa­że­rów była do­kład­nie ze­ro­wa, po­mi­ja­jąc wol­ną prze­strzeń, jaka stwo­rzy­ła się wo­kół nie­co­dzien­nej pa­sa­żer­ki. Sce­na była tak wy­mow­na, że moż­na by ją było od­nieść do mi­lio­na in­nych sy­tu­acji, ma­ją­cych co­dzien­nie miej­sce w tej wiel­kiej me­tro­po­lii. Izo­la­cja od lu­dzi wy­klu­czo­nych z ja­kichś po­wo­dów ze spo­łe­czeń­stwa, jest tu od­ru­chem au­to­ma­tycz­nym i po­wszech­nym. Po­wiem szcze­rze, że zro­bi­ło mi się żal tej star­szej, praw­do­po­dob­nie sa­mot­nej oso­by, któ­ra przy­gnie­cio­na cię­ża­rem ży­cia, za­błą­dzi­ła w la­bi­ryn­cie obłę­du. Pa­trzy­łem na nią ze smut­kiem, nie przy­szło mi na­wet do gło­wy, aby się­gnąć po ka­me­rę. Tego już pew­nie nie zniósł­by nikt z obec­nych. Za­cho­wa­łem więc ten ob­raz w pa­mię­ci, ale jak się po­tem oka­za­ło, nie był to ostat­ni taki przy­pa­dek, na jaki się na­tkną­łem.

Innym ra­zem ja­dąc przez mia­sto z pew­ną zna­jo­mą Ja­pon­ką, spo­strze­głem przez okno po­dob­nych osob­ni­ków, któ­rzy w oko­li­cach jed­ne­go z du­żych dwor­ców, miesz­ka­li w na­mio­tach oraz kar­to­no­wych schro­nie­niach. Na py­ta­nie: „Dla­cze­go ci lu­dzie miesz­ka­ją w ta­kich wa­run­kach?”, otrzy­ma­łem bar­dzo krót­ką od­po­wiedź: „A nie wiem, wi­docz­nie tak lu­bią”. Nie pa­dło sło­wo „bez­dom­ni”, bo paść nie mo­gło. Prze­cież bez­dom­nych w To­kio nie ma, bo się ich nie za­uwa­ża, a więc nie ist­nie­ją. I na tym te­mat się za­koń­czył, bo­wiem moja współ­ro­zmów­czy­ni kon­ty­nu­owa­ła na­szą wcze­śniej­szą dys­ku­sję. Te­mat nie ist­nie­je. To są lu­dzie, któ­rzy żyją poza spo­łe­czeń­stwem, poza gru­pą.

Na uspra­wie­dli­wie­nie mu­szę tu do­dać, iż w tak gi­gan­tycz­nej me­tro­po­lii jak To­kio, wi­dok bez­dom­ne­go to na­praw­dę rzad­kość. A mó­wi­my prze­cież o stło­czo­nych w jed­nym miej­scu po­nad trzy­na­stu mi­lio­nach lu­dzi. Gdy się już po­ja­wia­ją, rzu­ca­ją się w oczy, ale prze­waż­nie tyl­ko wte­dy, gdy tego sami chcą. To­kij­scy bez­dom­ni cie­szą się sta­tu­sem „nie­wi­dzial­nych” nie tyl­ko z po­wo­du igno­ran­cji ja­poń­skie­go spo­łe­czeń­stwa, ale rów­nież dla­te­go, że sami funk­cjo­nu­ją w taki spo­sób, aby jak naj­mniej wy­róż­niać się w tłu­mie. Tak przy­najm­niej dzie­je się za dnia, gdyż zwłasz­cza wie­czo­ra­mi w okre­ślo­nych miej­scach w dziel­ni­cach Ueno i Shin­ju­ku, w par­kach i w bocz­nych ko­ry­ta­rzach dwor­ców, moż­na spo­tkać ich stło­czo­nych w ocze­ki­wa­niu na dar­mo­we po­sił­ki, wy­da­wa­ne przez tu­tej­sze nie­za­leż­ne or­ga­ni­za­cje po­za­rzą­do­we.

Na chwi­lę obec­ną licz­bę bez­dom­nych w Ja­po­nii oce­nia się na ok… trzy­dzie­ści ty­się­cy, z cze­go w sa­mym To­kio jest ich ok… osiem­na­ście ty­się­cy. Są jed­nak trud­no do­strze­gal­ni. Chy­ba, że się wie, na co zwró­cić uwa­gę. Bez­dom­ni w To­kio pa­ra­ją się róż­ny­mi za­ję­cia­mi, aby za­ro­bić parę gro­szy na po­si­łek. Głów­nie jed­nak prze­glą­da­ją miej­skie śmie­ci, któ­re w Ja­po­nii – jak wszyst­ko tu­taj – są bar­dzo do­kład­nie po­sor­to­wa­ne. Cała jed­nak ta­jem­ni­ca po­le­ga na tym, aby znać od­po­wied­nie miej­sca, w któ­rych moż­na zna­leźć rze­czy wy­jąt­ko­we. To­kij­czy­cy czę­sto po­zby­wa­ją się w taki spo­sób jesz­cze spraw­nych sprzę­tów do­mo­wych, urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych, te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, itp. W droż­szych dziel­ni­cach moż­na na­tknąć się na bar­dziej cen­ne przed­mio­ty. Zna­le­zio­ne skar­by wy­star­czy po­tem sprze­dać do se­cond han­dów lub wy­sta­wić na pro­wi­zo­rycz­nie roz­ło­żo­nym kra­mi­ku. Cały do­by­tek bez­dom­ne­go to wó­zek wy­peł­nio­ny kar­to­na­mi, kil­ko­ma na­czy­nia­mi i przed­mio­ta­mi pierw­szej po­trze­by. Wóz­ki te moż­na spo­tkać za dnia ład­nie upa­ko­wa­ne i sto­ją­ce w wy­dzie­lo­nych za­uł­kach w par­kach (na przy­kład w ueno), ozna­czo­ne i cze­ka­ją­ce na swych wła­ści­cie­li, któ­rzy wró­cą po nie wie­czo­rem.

Pomoc pań­stwa przy­słu­gu­je w Ja­po­nii do­pie­ro od sześć­dzie­sią­te­go pią­te­go roku ży­cia, więc je­śli sta­łeś się bez­dom­nym wcze­śniej, mu­sisz so­bie ra­dzić sam. Ale na­wet, gdy je­steś bez­dom­nym, mu­sisz się sto­so­wać do pew­nych za­sad, od­gry­wać pew­ną „rolę spo­łecz­ną” i po­go­dzić się z pew­nym „ima­gem” i do­ty­czy to ab­so­lut­nie wszyst­kich. Tak jak to­kij­ski pra­cow­nik po­rząd­ko­wy, sto­ją­cy na rogu z „mi­ga­ją­cą pał­ką”, za­wsze ubra­ny jest w prze­pi­so­wy mun­dur i wy­ko­nu­je te same ru­chy, tak pra­wie wszy­scy bez­dom­ni ja­kich spo­tka­łem w To­kio, byli odzia­ni w dłu­gie, po­pla­mio­ne płasz­cze. Nie dla­te­go, że wszy­scy bez­dom­ni w nich cho­dzą, ale dla­te­go, że jest to naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ny i naj­czę­ściej za­uwa­ża­ny ele­ment ich ima­ge,u, a Ja­poń­czy­cy zda­ją się nie po­tra­fić funk­cjo­no­wać bez sztyw­no na­rzu­co­nych re­guł. Cze­go­kol­wiek by one nie do­ty­czy­ły.

No wła­śnie. Nie da się nie za­uwa­żyć, że ja­poń­skim za­cho­wa­niem rzą­dzą bar­dzo wy­ra­zi­ste sche­ma­ty i każ­dy w tym wiel­kim przed­sta­wie­niu ma swo­ją rolę do ode­gra­nia. Dla sto­ją­ce­go z boku ob­ser­wa­to­ra, za­fa­scy­no­wa­ne­go tą kul­tu­rą, to na­praw­dę nie­sa­mo­wi­te zja­wi­sko.

Odbi­ja­jąc w dru­gą stro­nę, cie­ka­wym zja­wi­skiem jest rów­nież za­cho­wa­nie, a ra­czej ogól­na po­sta­wa Ja­poń­czy­ków, któ­rzy od­nie­śli suk­ces. Zja­wi­sko zwa­ne po­wszech­nie „ude­rze­niem wody so­do­wej do gło­wy” zna­ne jest i u nas, ale chy­ba nig­dzie in­dziej nie wy­stę­pu­je tak po­wszech­nie i w tak wy­ra­zi­stej for­mie jak w Ja­po­nii. Cóż za wy­ra­zi­sty kraj, chcia­ło­by się rzec.

Gdy ma miej­sce na­gła zmia­na po­zy­cji spo­łecz­nej Ja­poń­czy­ka, wraz z tym zda­je się na­tych­miast zmie­niać jego spo­sób my­śle­nia i za­cho­wa­nia. Prak­tycz­nie nor­mą jest (choć znam wy­jąt­ki), iż taka oso­ba na­tych­miast za­czy­na pa­trzeć na in­nych z góry i nie­ja­ko od­re­ago­wy­wać czas zni­ża­nia się do wy­ma­gań gru­py, czy­li głów­nej ko­mór­ki spo­łecz­nej w Ja­po­nii.

Japoń­skie spo­łe­czeń­stwo od da­wien daw­na było zhie­rar­chi­zo­wa­ne i do­mi­na­cja wyż­szych warstw nad niż­szy­mi ob­ja­wia­ła się czę­sto w do­syć bru­tal­ny spo­sób. Roz­ba­wi­ła mnie swe­go cza­su cał­ko­wi­cie po­waż­na uwa­ga jed­ne­go z ja­poń­skich re­ży­se­rów fil­mo­wych, któ­ry stwier­dził, iż ubrał swo­je­go bo­ha­te­ra w oku­la­ry tyl­ko dla­te­go, aby dać do zro­zu­mie­nia wi­dzom, że jest on nie­śmia­ły, gdyż ci Ja­poń­czy­cy, któ­rzy po­strze­ga­ni są w swym kra­ju jako oso­by bez wad (czy­taj: o apa­ry­cji ste­reo­ty­po­we­go mo­de­la/mo­del­ki), na­tych­miast sta­ją się za­ro­zu­mia­łe. I fak­tycz­nie tak jest, co ła­two za­ob­ser­wo­wać na przy­kład w gru­pach ja­poń­skiej mło­dzie­ży na­sto­let­niej, wśród któ­rych od razu moż­na wy­ło­wić „gwiaz­dy”, za­cho­wu­ją­ce się w nie­ty­po­wy dla Ja­poń­czy­ków, pew­ny sie­bie i bez­czel­ny spo­sób. To na­praw­dę cie­ka­we zja­wi­sko.

Fak­tem jed­nak jest rów­nież, że mimo swe­go za­mi­ło­wa­nia do po­rząd­ko­wa­nia świa­ta, Ja­poń­czy­cy nie za­wsze po­stę­pu­ją zgod­nie ze sche­ma­ta­mi i prze­pi­sa­mi, bo ży­cie bywa prze­kor­ne, a urzęd­ni­cy pań­stwo­wi czę­sto po­zba­wie­ni ele­men­tar­nej wy­obraź­ni (lub sko­rum­po­wa­ni albo jed­no i dru­gie). Jed­nym z za­baw­niej­szych i za­ra­zem ła­two za­uwa­żal­nych zja­wisk, je­śli cho­dzi o wszel­kie­go ro­dza­ju „prze­py­chan­ki” po­mię­dzy urzęd­ni­ka­mi pań­stwo­wy­mi a sza­ry­mi oby­wa­te­la­mi, są kwe­stie do­ty­czą­ce sprze­da­ży i ko­rzy­sta­nia w Ja­po­nii z do­bro­dziej­stwa uży­wek: wy­ro­bów ty­to­nio­wych i al­ko­ho­lu. Od cza­su do cza­su zda­rza się, że ja­kiś urzęd­nik uzna, iż w da­nym miej­scu pa­lić nie wol­no i nie ty­czy się to bu­dyn­ku, lecz skwer­ku lub ka­wał­ka par­ku, któ­ry w ja­kiś szcze­gól­ny spo­sób upodo­ba­li so­bie licz­ni w Ja­po­nii pa­la­cze. Taki przy­pa­dek, któ­re­go sam je­stem re­gu­lar­nym świad­kiem, ma miej­sce w to­kij­skiej dziel­ni­cy Aki­ha­ba­ra. Rzecz ty­czy się pew­ne­go oto­czo­ne­go mur­kiem pla­cy­ku, tuż przy wej­ściu do sław­ne­go Yodo­ba­shi Ca­me­ra, przy­ozdo­bio­ne­go wiel­ki­mi na­pi­sa­mi, za­ka­zu­ją­cy­mi pa­le­nia w tym oto miej­scu. Miej­sce to jed­nak jest tak wy­god­ne i po­ręcz­ne do tej wła­śnie pro­stej czyn­no­ści, że to­kij­czy­cy po pro­stu je zi­gno­ro­wa­li. I co? I nic. Ofi­cjal­nie nikt nic nie za­uwa­żył, więc pro­ble­mu nie ma. No prze­cież ja­poń­ski urzęd­nik pań­stwo­wy nie przy­zna się do błę­du, stra­cił­by wte­dy twarz, a tę stra­tę Ja­poń­czy­cy zno­szą bar­dzo cięż­ko.

W koń­cu jed­nak roz­wią­za­nie zna­le­zio­no, kil­ka lat póź­niej w roku 2012. obok pla­cy­ku po­sta­wio­no no­wo­cze­sny cor­ner dla pa­la­czy, ład­nie ogro­dzo­ny, wy­po­sa­żo­ny w po­piel­nicz­ki i spraw­nie ob­słu­gi­wa­ny przez pa­nów „po­piel­nicz­ko­wych”, któ­rzy dba­ją o to, aby po­jem­ni­ki na cuch­ną­cy po­piół były sta­le opróż­nia­ne, czy­ste i pach­ną­ce. I miesz­kań­cy To­kio, chcąc nie chcąc, do­sto­so­wa­li się, bo do­sta­li zdro­wo­roz­sąd­ko­we roz­wią­za­nie pro­ble­mu.

Ale inną istot­ną dla nie­obe­zna­ne­go w tej rze­czy­wi­sto­ści gaj­dzi­na cie­ka­wost­ką so­cjo­lo­gicz­ną jest fakt, że pa­la­czy w To­kio na­gle gwał­tow­nie uby­ło, gdyż nowe prze­pi­sy o ubez­pie­cze­niach zdro­wot­nych spo­wo­do­wa­ły, że w prze­cią­gu jed­ne­go roku pa­la­cze z ulic To­kio za­czę­li ma­so­wo zni­kać. Z jed­nej stro­ny to nie­sa­mo­wi­te – wes­tchnie ktoś – samo zdro­wie i oszczęd­ność pie­nię­dzy. Z dru­giej stro­ny – wes­tchnę ja i mi po­dob­ni po­li­tycz­nie nie­po­praw­ni scep­ty­cy – czy to nie prze­ra­ża­ją­ce, że moż­na ma­ni­pu­lo­wać ludz­ki­mi ma­sa­mi z taką ła­two­ścią? Pro­ces ten trwał nie­speł­na rok. W roku 2011 tłu­my pa­la­czy prze­wa­la­ły się przez to wiel­kie mia­sto ni­czym sku­pi­ska dym­nych pe­tard, a nie­speł­na rok póź­niej, pra­wie znik­nę­li. Tak po pro­stu.

Zasta­na­wiać się moż­na (i na­le­ży) nad wszyst­kim, ale ge­ne­ral­nie my­ślę, że dla ba­da­cza czy też po pro­stu mi­ło­śni­ka tej kul­tu­ry, na po­czą­tek naj­zdrow­sze bę­dzie za­ak­cep­to­wa­nie Ja­po­nii z jej licz­ny­mi „dzi­wac­twa­mi”, bo nie war­to po­zwa­lać, aby ste­reo­ty­po­wy spo­sób pa­trze­nia na świat przy­sło­nił nam ra­dość sma­ko­wa­nia in­nych kul­tur.

Zresz­tą, nie my­śl­cie so­bie, że sami Ja­poń­czy­cy pod­cho­dzą do sie­bie bez­kry­tycz­nie. Owszem, by­wa­ją pom­pa­tycz­ni i cza­sa­mi głu­pio dum­ni, ale od Ja­poń­czy­ków rów­nież usły­sza­łem wie­le skarg na ja­poń­skie spo­łe­czeń­stwo. Pew­na Ja­pon­ka po­wie­dzia­ła mi kie­dyś ze zło­śli­wym gry­ma­sem na twa­rzy: Ja­po­nia by­ła­by pięk­nym kra­jem, gdy­by nie Ja­poń­czy­cy. To było zło­śli­we. Ale nie po­zba­wio­ne sen­su. Jed­nak „mi­łość ci wszyst­ko wy­ba­czy”, jak śpie­wa­ła na­sza przed­wo­jen­na gwiaz­da kina, Han­ka Or­do­nów­na. Nie ma rze­czy bez wad, bo wady i za­le­ty są tyl­ko od­mien­nym punk­tem wi­dze­nia, a każ­dy po­strze­ga świat in­a­czej. Jest tyle świa­tów, ile ży­ją­cych na nim lu­dzi. I jest też tyle samo wi­zji Ja­po­nii.