Jane Eyre - Charlotte Bronte - ebook
Opis

Film w kinach od 14 października.

Jane Eyre jest ubogą sierotą. Po śmierci rodziców została oddana na wychowanie do żony swego wuja – Sary Reed, która, podobnie jak jej dzieci, poniża ją przy każdej nadarzającej się okazji. Wkrótce Jane wyjeżdża do Zakładu Lowood, gdzie kończy szkołę i znajduje pierwszą pracę. Dzięki temu doświadczeniu, dziewczyna chce spróbować szczęścia w roli guwernantki i otrzymuje posadę u pana Edwarda Fairfaxa Rochestera, którego córeczkę ma uczyć. Między Jane i jej pracodawcą z wolna rodzi się uczucie, którego rozwój komplikuje niejasna przeszłość Edwarda. Czy Jane uda się pokonać przeszkody i zaznać prawdziwej miłości? 

Powieść Brontë wychowała miliony nie zawsze rozważnych romantyczek na całym świecie. Zaliczana do szczytowych osiągnięć literackich epoki wiktoriańskiej wciąż pozostaje dziełem niezwykle oryginalnym i ponadczasowym; nie odwołuje się do zasad moralnych i konwenansów, lecz kładzie nacisk na przymioty serca.

Charlotte Brontë – angielska pisarka i poetka. Wspólnie z siostrami, Emily Jane i Anną, od wczesnych lat młodości pisała wiersze i opowiadania. Wydała cztery powieści, z których do tej pory w Polsce ukazały się „Shirley” oraz „Villette”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 798

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

Jane Eyre

First published in 1847

Published in Penguin Classics 2006

Powieść ukazała się nakładem

wydawnictwa Prószyński i S-ka w roku 2009

pod tytułem „Dziwne losy Jane Eyre“

Projekt okładki i zdjęcie na okładce

© 2010 Focus Features LLC. All rights reserved

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

Korekta

Bronisława Dziedzic-Wesołowska

ISBN 978-83-7961-637-4

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28, 02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Rozdział I

Niepodobna było tego dnia wyjść na spacer. Rano, co prawda, błąkaliśmy się z godzinę po bezlistnym ogrodzie, ale po obiedzie (pani Reed jadała wcześnie, gdy nie było gości) chłodny wiatr zimowy napędził tak ciemne chmury i deszcz tak siekący, że dalsze przebywanie na świeżym powietrzu stało się niemożliwe.

Rada byłam z tego; nigdy nie lubiłam długich spacerów, zwłaszcza w chłodne popołudnia. Tak się obawiałam tych powrotów do domu o zmroku ze zmarzniętymi palcami u rąk i nóg, z sercem ściśniętym upomnieniami Bessie, naszej bony, i upokorzona świadomością, że Eliza, John i Georgiana Reed są o tyle zręczniejsi i silniejsi ode mnie.

Eliza, John i Georgiana skupili się teraz dokoła swej mamy w salonie. Pani Reed spoczywała na kanapce przy kominku, a mając wokół siebie swoich pieszczochów (którzy w tej chwili nie kłócili się i nie krzyczeli), robiła wrażenie zupełnie szczęś-liwej. Mnie zabroniła zbliżyć się do siebie. Żałuje – mówiła – iż musi trzymać mnie z daleka, lecz dopóki nie usłyszy od Bessie i sama nie zauważy, że naprawdę staram się wyrobić w sobie bardziej towarzyskie, odpowiedniejsze dziecku usposobienie, że staram się być naturalniejsza, żywsza i przyjemniejsza w obejściu, dopóty będzie musiała odmawiać mi tych przywilejów, jakie się należą tylko zadowolonym i wesołym dzieciom.

– O co Bessie skarżyła się na mnie? – zapytałam.

– Nie znoszę chwytania za słowa i dopytywań, Jane, a przy tym to doprawdy oburzające, gdy dziecko w ten sposób przemawia do starszych. Siądź sobie, gdzie ci się podoba, i bądź cicho, dopóki nie nauczysz się mówić grzecznie.

Pokoik, gdzie jadało się śniadanie, przylegał do salonu. Tam się wsunęłam. Stała tu półka z książkami; niebawem wyciągnęłam jakiś tom, upewniwszy się przedtem, że jest obficie ilustrowany. Wdrapałam się na kanapkę w zagłębieniu okna, podwinęłam nogi i usiadłam po turecku, a zaciągnąwszy prawie szczelnie pąsową zasłonę z wełnianej mory, poczułam, że jestem ukryta i odosobniona.

Fałdy pąsowej draperii zasłaniały mi widok z prawej strony; z lewej szklana szyba chroniła, choć nie odgradzała mnie od posępności listopadowego dnia. Co jakiś czas, obracając karty książki, przyglądałam się naturze. Daleko na horyzoncie rozpościerała się blada pustka mgieł i chmur, bliżej widać było mokry trawnik i krzew szarpany wiatrem oraz nieustające potoki deszczu, gwałtownie gnane wichrem.

Powróciłam do książki. Była to „Historia ptaków brytyjskich” Bewicka. O tekst drukowany mało, naturalnie, dbałam; jednakże były tam pewne wstępne stronice, które zajmowały mnie mimo mych lat dziecinnych. Była w nich mowa o siedzibach i gniazdach ptaków morskich, ,,o samotnych skałach i przylądkach”, które tylko one zamieszkują, i o wybrzeżach Norwegii z szeregiem wysepek biegnących od południowego krańca – od Lindesnäs czy Naze – aż do przylądka północnego.

Tam gdzie Arktyku wartka, chłodna fala

Tuli samotną wysepkę, okala;

Tam gdzie do Hebryd wody Atlantyku

Szturm ponawiają wśród bałwanów ryku.

Nie mogłam też pominąć wzmianki o zimnych wybrzeżach Laponii, Syberii, Spitsbergenu, Nowej Ziemi, Islandii, Grenlandii z ich olbrzymią przestrzenią strefy arktycznej, tym strasznym bezludnym przestworem, zbiornikiem mrozu i śniegu, gdzie stwardniałe pola lodowe, przez całe wieki narastając do wyżyn alpejskich, otaczają biegun i są siedzibą najsroższego zimna. O tej śmiertelnie białej krainie wytworzyłam sobie własne pojęcia: mgliste jak wszystkie na wpół zrozumiane wyobrażenia, niejasno tworzące się w umysłach dzieci, ale dziwnie przejmujące. Tekst tych stronic wstępnych nawiązywał do następujących dalej obrazków i nadawał znaczenie to skale, sterczącej samotnie wśród morza bałwanów i piany, to zdruzgotanej łodzi, wyrzuconej na opuszczone wybrzeża, to zimnej, widmowej twarzy księżyca, spoglądającego spoza zwałów chmur na tonący właśnie okręt.

Nie umiem powiedzieć, jaki nastrój wiał ze spokojnego, opuszczonego cmentarza z widniejącym na nim nagrobkiem, furtką, dwoma drzewami na tle niskiego horyzontu, cmentarza okolonego wyszczerbionym murem, nad którym unosił się cienki sierp księżyca, zwiastujący nadejście wieczoru. Dwa statki leżące bez ruchu na spokojnym morzu wydały mi się nierzeczywiste. Szybko odwróciłam oczy od potwora ciągnącego za sobą straszną sforę, był to widok zbyt okropny. Równie okropny był widok czarnego rogatego stwora siedzącego wysoko na skale i przyglądającego się dalekiemu tłumowi, zebranemu wokół jakiejś szubienicy.

Każdy obrazek coś opowiadał, często coś zagadkowego dla mojego dziecinnego umysłu i niedokształconych uczuć, ale zawsze coś głęboko zajmującego: jak te bajki, które nam niekiedy w zimowe wieczory opowiadała Bessie, gdy była w dobrym humorze. Wtedy to, przysunąwszy stół do prasowania przed kominek w dziecinnym pokoju, pozwalała nam usiąść dokoła i prasując koronkowe falbanki pani Reed albo rurkując brzegi jej nocnych czepków, karmiła naszą ciekawość opowiadaniami o miłości i przygodach, zaczerpniętymi ze starych bajek i jeszcze starszych ballad lub też (jak później odkryłam) z kart „Pameli i Henryka, hrabiego Moreland”.

Z Bewickiem na kolanach czułam się w owej chwili szczęśliwa, a przynajmniej po swojemu szczęśliwa. Bałam się tylko, żeby mi nie przeszkodzono; niestety, stało się to aż nazbyt prędko. Otworzyły się drzwi od salonu.

– Hę! panno mrukliwa! – usłyszałam krzyk Johna Reeda, lecz nagle umilkł; pokój widocznie wydał mu się pusty. – Gdzie, u licha, ona może być! – wołał dalej. – Lizzy, Georgiano – wołał na siostry – Jane tu nie ma; powiedzcie mamie, że wyleciała na deszcz, nieznośne zwierzątko!

Dobrze zrobiłam, że zaciągnęłam zasłonę – pomyślałam, gorąco pragnąc, by nie odkrył mojej kryjówki. John Reed sam by jej nie odkrył; nie był on ani bystry, ani pomysłowy, ale Eliza w tejże chwili wsunęła głowę przez drzwi i od razu powiedziała:

– Siedzi przecież we framudze okiennej, John!

Natychmiast wyszłam z ukrycia, gdyż drżałam na myśl, że mnie John stamtąd wyciągnie.

– Czego chcesz? – zapytałam bardzo zalękniona.

– Powiedz raczej: ,,Czego panicz chce?” – odpowiedział. – Chcę, żebyś tu przyszła!

I zasiadłszy w fotelu, wskazał mi gestem, że mam się przybliżyć i stanąć przed nim.

John Reed był czternastoletnim uczniem, o cztery lata starszym ode mnie, gdyż miałam wtedy dziesięć lat. Był duży i tęgi na swój wiek, o nieczystej i niezdrowej cerze, grubych rysach rozlanej twarzy, ciężkiej budowie i wielkich rękach i nogach. Objadał się zawsze przy stole, co wpływało źle na jego wątrobę, powodowało mętność oczu i obwisłość policzków. Powinien był znajdować się w szkole, jednakże matka zabrała go do domu na miesiąc lub dwa ,,z powodu delikatnego zdrowia”. Pan Miles, nauczyciel, utrzymywał, że John byłby najzupełniej zdrów, gdyby mu nie przysyłano z domu tyle ciast i słodyczy. Serce matki jednakże nie podzielało tak surowego sądu i pani Reed przypisywała zły wygląd Johna raczej przepracowaniu, a może tęsknocie za domem.

John nie był zbyt przywiązany do matki i sióstr, a mnie po prostu nie cierpiał. Obchodził się ze mną brutalnie i bił mnie, i to nie dwa lub trzy razy na tydzień albo raz lub dwa razy na dzień, ale stale. Bałam się go każdym nerwem, drżałam na całym ciele, gdy się do mnie zbliżał. Były chwile, gdy traciłam wprost przytomność, takim przejmował mnie strachem, gdyż nie miałam znikąd ochrony przed jego groźbami i szturchańcami; służba nie miała ochoty ujmować się za mną, by nie narażać się młodemu panu, a pani Reed była głucha i ślepa na jego zachowanie: nigdy nie widziała, aby John mnie bił, nigdy nie słyszała, aby mi wymyślał, choć nieraz to czynił w jej obecności, jakkolwiek częściej za jej plecami.

Jak zwykle posłuszna mu, zbliżyłam się do jego fotela; najpierw pokazał mi język w całej okazałości, trzymając go tak wyciągniętym przez jakie trzy minuty; wiedziałam, że za chwilę mnie uderzy, a choć lękałam się ciosu, to patrząc na Johna, nie mogłam się opędzić myśli, że jest brzydki i wstrętny. Może wyczytał te myśli z mojej twarzy, gdyż nic nie mówiąc, nagle uderzył mnie z całej siły. Zachwiałam się, a odzyskawszy równowagę, cofnęłam się parę kroków.

– To za twoje zuchwałe odpowiadanie mamie – powiedział – i za twoje skradanie się i chowanie za firankami, i za to spojrzenie przed chwilą, ty szelmo!

Przyzwyczajona do besztania ze strony Johna, nie pomyślałam nawet, by mu odpowiedzieć; zastanawiałam się tylko, jak znieść szturchaniec, który z pewnością nastąpi po obeldze.

– Coś ty robiła za zasłoną? – zapytał.

– Czytałam.

– Pokaż książkę.

Poszłam do okna i przyniosłam ją stamtąd.

– Nie masz prawa brać naszych książek. Mama powiedziała, że jesteś tutaj na łasce, nie masz pieniędzy, twój ojciec nic ci nie zostawił; powinna byś żebrać, a nie mieszkać z pańskimi dziećmi, takimi jak my, jadać to samo, co my jadamy, i nosić suknie, za które nasza mama płaci. A teraz ja cię nauczę, co to znaczy grzebać na moich półkach z książkami, bo one są moje, cały dom do mnie należy albo będzie należał za kilka lat. Idź i stań przy drzwiach, z daleka od lustra i od okien.

Uczyniłam to, nie zorientowawszy się od razu w jego zamiarze, ale gdy zobaczyłam, że John podnosi, waży w ręku książkę i wstaje, chcąc nią we mnie cisnąć, instynktownie uskoczyłam w bok z okrzykiem przestrachu; nie dość jednak szybko; tom został rzucony, trafił mnie, a ja upadłam, uderzając głową o drzwi i rozcinając ją sobie. Rana krwawiła, ból był bardzo ostry, strach przesilił się we mnie, natomiast obudziły się inne uczucia.

– Niegodziwy, okrutny chłopaku! – zawołałam. – Nie jesteś lepszy od rozbójnika... od poganiacza niewolników... od rzymskich cesarzy!

Przeczytałam właśnie „Historię Rzymu” Goldsmitha i miałam wyrobione zdanie o Kaliguli, Neronie i ich następcach. Robiłam nieraz porównania w milczeniu, nigdy nie przypuszczając, że je w ten sposób głośno wypowiem.

– Co? Co? – krzyknął. – Czy ona to do mnie powiedziała? Słyszałyście, Elizo, Georgiano? Jeżeli ja tego mamie nie powiem! Ale najpierw...

Rzucił się ku mnie: poczułam, że chwyta mnie za włosy i za ramię, ale tym razem walczył ze zrozpaczonym stworzeniem. Ja rzeczywiście widziałam w nim tyrana, mordercę. Czułam, że kilka kropel krwi ścieka mi z głowy po karku, przejmował mnie ból piekący, który zagłuszył we mnie strach; opanowała mnie wściekłość. Nie wiem dobrze, co moje ręce uczyniły, dość że John wrzasnął: ,,Ty szelmo! ty szelmo!”, i zawył na głos. Zaraz też nadeszła pomoc: dziewczęta pobiegły po panią Reed, która była na górze; stanęła teraz wobec tego, co się działo, a za nią Bessie i panna służąca, Abbot. Rozłączono nas; usłyszałam słowa:

– Rany boskie! A cóż to za złośnica, żeby tak się rzucać na panicza Johna!

– Czy widział kto kiedy taką ucieleśnioną wściekłość?

A pani Reed dorzuciła:

– Zabierzcie ją do czerwonego pokoju i tam ją zamknijcie!

Czworo rąk pochwyciło mnie natychmiast i zaniesiono mnie na górę.

Rozdział II

Stawiałam opór przez całą drogę; był to objaw nowy zupełnie i wielce pogłębiający złe wyobrażenie, jakie Bessie i Abbot skłonne były mieć o mnie. Faktycznie straciłam panowanie nad sobą; wiedziałam, że chwilowym buntem ściągnęłam już na siebie dziwne kary, lecz jak każdy zbuntowany niewolnik, w rozpaczy postanowiłam iść do końca.

– Proszę trzymać jej ręce, panno Abbot! Rzuca się jak wściekła kotka.

– Wstyd! Wstyd! – wołała panna służąca. – Jakie to nieprzyzwoite zachowanie, panno Eyre, bić młodego panicza, syna swojej dobrodziejki! Swojego młodego pana!

– Pana! Jakim sposobem jest on moim panem? Czyż ja jestem służąca?

– Nie, panienka jest mniej niż służąca, gdyż nie pracuje na swe utrzymanie. No, proszę usiąść i zastanowić się nad swoją niegodziwością.

Wniosły mnie tymczasem do wskazanego przez panią Reed pokoju i rzuciły na otomanę; natychmiastowym odruchem chciałam zeskoczyć jak sprężyna; dwie pary rąk powstrzymały mnie w tej chwili.

– Jeżeli panienka nie będzie siedzieć spokojnie, będziemy ją musiały przywiązać – rzekła Bessie. – Panno Abbot, niech mi panna pożyczy swoich podwiązek; moje zerwałaby od razu.

Panna Abbot odwróciła się, by zdjąć z grubej nogi potrzebne tasiemki. To przygotowywanie więzów i dodatkowa hańba z tym złączona uspokoiły mnie nieco.

– Proszę nie zdejmować podwiązek! – zawołałam. – Będę siedziała spokojnie.

I na poparcie tych słów chwyciłam się rękami siedzenia.

– No, więc proszę pamiętać – rzekła Bessie, a przekonawszy się, że się rzeczywiście uspokajam, przestała mnie przytrzymywać; teraz stały obydwie, założywszy ręce, patrząc chmurnie i podejrzliwie w moją twarz, jak gdyby niepewne, czy jestem przy zdrowych zmysłach.

– Nic podobnego nigdy przedtem nie zrobiła – rzekła w końcu Bessie, zwracając się do pokojowej.

– Ale to zawsze w niej tkwiło – brzmiała odpowiedź. – Często mówiłam pani, co sądzę o tym dziecku, a pani zgadzała się ze mną. To chytre małe stworzenie, nigdy nie widziałam dziecka w jej wieku tak bardzo skrytego.

Bessie nie odpowiedziała. Po chwili jednak, zwracając się do mnie, rzekła:

– Panienka powinna rozumieć, że ma obowiązki wdzięczności względem pani Reed; pani Reed panienkę utrzymuje; gdyby panienkę wygnała, musiałaby panienka iść do przytułku.

Milczałam, gdyż słowa te nie były dla mnie nowiną. Od czasu, jak sięgam pamięcią, słyszałam już nieraz podobne napomknienia. To wymawianie mi, że jestem na łasce, obijało się o moje uszy jak niejasna zwrotka; bardzo było przykre i upokarzające, ale tylko na pół zrozumiałe. Abbot dorzuciła:

– I nie powinna się panienka uważać za równą z pannami Reed i paniczem dlatego, że pani łaskawie pozwala, by się panienka chowała razem z nimi. Oni będą mieli dużo pieniędzy, a panienka nie będzie miała nic, panience przystoi być pokorną i starać się im podobać.

– To, co panience mówimy, to tylko dla jej dobra – dodała Bessie łagodniejszym głosem. – Panienka powinna starać się być pożyteczna i miła, a wtedy może będzie panienka miała tutaj swój dom. Ale jeśli panienka będzie gwałtowna i szorstka, to jestem pewna, że pani wyśle stąd panienkę.

– A przy tym – wtrąciła Abbot – Pan Bóg może panienkę pokarać. Może jej zesłać nagłą śmierć w chwili, gdy wyprawiać będzie hece, a wtedy dokąd pójdzie? Chodźmy, Bessie, zostawimy ją tu. Nie chciałabym za nic mieć takiego serca jak ona. Niech się panienka pomodli, gdy zostanie sama, bo jeżeli panienka nie okaże skruchy, to coś złego może tu przyjść przez komin i porwać panienkę.

Wyszły, zamykając drzwi za sobą i przekręcając klucz w zamku.

Czerwony pokój był to pokój zapasowy, w którym bardzo rzadko sypiano, chyba że niespodziewany napływ gości do Gateshead Hall zmuszał gospodarzy do użycia wszystkich pokoi. A jednak był to jeden z największych i najokazalszych pokoi we dworze. Na środku, podobne do tabernakulum, stało łoże, wsparte na masywnych mahoniowych filarach, z kotarą z ciemnopąsowego adamaszku; dwa wielkie okna z zapuszczonymi stale żaluzjami udrapowane były w festony i fałdy z podobnej materii; dywan był czerwony; stół w nogach łoża nakryty karmazynowym suknem; ściany miały delikatny beżowy kolor z odcieniem różowym; szafa, toaleta, krzesła były z ciemno politurowanego starego mahoniu. Na tle tych ciemnych barw wznosił się wysoko i jaśniał białością stos materaców i poduszek na łożu nakrytym śnieżnobiałą pikową kapą. Nie mniej zwracał uwagę szeroki wyściełany fotel, stojący u wezgłowia łoża, również biały, z ustawionym przed nim podnóżkiem; pomyślałam, patrząc nań, że wygląda jak jakiś biały tron.

W pokoju tym było chłodno, gdyż rzadko w nim palono; cicho, gdyż leżał daleko od dziecinnego pokoju i od kuchni; uroczyście, gdyż było wiadomo, że tak rzadko go używano. Służąca tylko chodziła tam co sobota zetrzeć tygodniowy kurz z luster i z mebli; sama zaś pani Reed odwiedzała go czasami, by przejrzeć zawartość pewnej tajemnej szuflady w szafie, gdzie były złożone różne pergaminy, jej szkatułka z klejnotami i miniatura jej nieboszczyka męża. Tu leży tajemnica czerwonego pokoju, tajemnica jego opuszczenia mimo okazałości.

Pan Reed nie żył już od lat dziewięciu; w tym pokoju wydał ostatnie tchnienie; tutaj leżał wystawiony na paradnym katafalku; stąd ludzie z przedsiębiorstwa pogrzebowego wynieśli jego trumnę – i od tego dnia uczucie uświęcającej grozy chroniło ten pokój od częstych odwiedzin.

Niska otomana, na której zostawiły mnie jak przykutą Bessie i złośliwa Abbot, stała blisko marmurowego kominka, łóżko wznosiło się przede mną; po prawej ręce umieszczona była wysoka ciemna szafa, której błyszcząca powierzchnia załamywała odblaski światła, po lewej znajdowały się udrapowane okna, wielkie lustro pomiędzy oknami odbijało opuszczony majestat łóżka i pokoju. Nie byłam zupełnie pewna, czy one zamknęły drzwi na klucz, i gdy odważyłam się poruszyć, wstałam i poszłam się przekonać. Niestety tak, żadne więzienie nie mogło być pewniejsze. Wracając, musiałam przejść obok lustra, mój wzrok, jakby urzeczony, spoczął na nim bezwiednie. Wszystko wyglądało w lustrze zimniejsze niż w rzeczywistości, a dziwna mała figurka patrząca stamtąd na mnie, z białą twarzą i białymi rękami, jak plamy w ciemności, i błyszczącymi, wystraszonymi oczami, poruszająca się nieśmiało tam, gdzie wszystko tonęło w nieruchomości, zrobiła na mnie wrażenie prawdziwego ducha; pomyślałam, że podobna jest do tych zjaw, co to są niby boginki, niby chochliki, które wedle wieczornych opowiadań Bessie wychodzą z odludnych, paprocią zarosłych zakątków wśród wrzosowisk i jawią się spóźnionym podróżnym. Powróciłam na swoje miejsce.

Strach zabobonny już w tej chwili zaczynał mnie ogarniać, ale nie była to jeszcze godzina jego zupełnego zwycięstwa; czułam jeszcze ciepłą krew w sobie, nastrój zbuntowanego niewolnika krzepił mnie gorzką mocą; musiałam wpierw zatamować szybki pęd myśli biegnącej wstecz, zanimbym się ugięła przed straszną chwilą obecną.

Cała brutalna tyrania Johna Reeda, dumna obojętność jego sióstr, odraza ich matki, stronniczość służby, wszystko to burzyło się w mojej zaniepokojonej duszy jak brudny osad w zamąconej studni. Dlaczego ja mam zawsze cierpieć, zawsze być upokarzana, zawsze oskarżana, na zawsze potępiona? Dlaczego nie mogłam nigdy nikomu dogodzić? Dlaczego daremnie starałam się pozyskać czyjekolwiek względy? Elizę, która była uparta i samolubna, szanowano. Georgianie, rozpieszczonej, kapryśnej, skwaszonej, kłótliwej i aroganckiej w obejściu, ogólnie pobłażano. Jej uroda, różowe policzki i złote loki najwidoczniej zachwycały każdego, kto na nią patrzył, i okupywały bezkarność. Johnowi nikt się nie sprzeciwiał, tym bardziej nikt go nie karał, chociaż ukręcał główki gołębiom, zabijał małe pawięta, szczuł owce psami, winogrona w cieplarni ogołacał z owoców, obłamywał pączki najrzadszych roślin w oranżerii; mówił do matki ,,moja stara”, niekiedy urągał jej, że ma brzydką, ciemną cerę, taką, jak on sam miał; szorstko opierał się wszelkim jej życzeniom, nieraz rozdarł lub splamił jej jedwabną suknię, a jednak był zawsze jej ,,najdroższym kochaniem”. Ja nie ośmielałam się w niczym zawinić, usiłowałam spełniać wszystkie swoje obowiązki, a jednak od rana do południa i od południa do wieczora nazywano mnie niegrzeczną i nudną, kwaśną i skrytą.

Głowa wciąż mnie jeszcze bolała i krwawiła od uderzenia i upadku. Nikt nawet nie zganił Johna za to, że mnie niesłusznie uderzył, lecz gdy w obronie przed dalszym bezpodstawnym gwałtem zwróciłam się przeciw niemu, spadło na mnie ogólne potępienie.

,,Co za niesprawiedliwość! Co za niesprawiedliwość!” – wołał mój rozum, pobudzony przez ból do przedwczesnej, choć przejściowej przenikliwości, i podniecona doznaną krzywdą szukałam w myśli jakichś niezwykłych sposobów wydobycia się z tego nieznośnego ucisku. Przemyśliwałam, czyby nie uciec, a gdyby to okazało się niemożliwe, czyby nie przestać jeść i pić i w ten sposób umrzeć.

Jakaż rozterka targała moją duszą tego okropnego popołudnia! Jak mózg mój wrzał niepokojem, a serce buntem! A jednak w jakiej ciemnicy i głębokiej nieświadomości toczyła się ta walka duchowa! Nie mogłam znaleźć odpowiedzi na wciąż powracające pytanie, dlaczego ja tak cierpię; teraz z odległości tylu lat znajduję ją łatwo.

Byłam dysonansem w Gateshead Hall – do nikogo tam nie byłam podobna, nie miałam nic wspólnego z panią Reed, jej dziećmi i dobranymi przez nią domownikami. Jeżeli oni mnie nie kochali, to i ja również ich nie kochałam. Nie mieli obowiązku kochać stworzenia, które nie mogło myśleć tak jak oni; stworzenia tak odrębnego, tak krańcowo różniącego się od nich temperamentem, zdolnościami, skłonnościami; stworzenia niepotrzebnego, niemogącego służyć ich interesom lub przysparzać im przyjemności; szkodliwego stworzenia noszącego w duszy zarodki oburzenia na ich traktowanie, pogardę dla ich sądu. Wiem, że gdybym była dzieckiem żwawym, wesołym, niedbałym, wymagającym, ładnym, rozpuszczonym, choć równie zależnym i równie bez przyjaciół, pani Reed chętniej znosiłaby moją obecność, dzieci jej okazywałyby mi więcej serdeczności, koleżeńskich uczuć, a służba mniej byłaby skłonna robić ze mnie kozła ofiarnego w dziecinnym pokoju.

Światło dzienne w czerwonym pokoju zaczynało zanikać. Było już po czwartej, a chmurne popołudnie chyliło się ku posępnemu zmrokowi. Słyszałam, jak krople deszczu bezustannie biją w okno nad schodami, jak wiatr wyje pośród klombów za domem, czułam, że stopniowo ziębnę na kość, a wtedy opuściła mnie odwaga. Zwykły mój nastrój upokorzenia, powątpiewania we własne siły, smutnej depresji opadł jak wilgotna mgła na dogasające ognisko mojego gniewu. Wszyscy mówią, że jestem zła, a może to rzeczywiście prawda? Jakiż to pomysł miałam przed chwilą? Zagłodzić się na śmierć? Przecież to z pewnością byłaby zbrodnia; a czy jestem przygotowana na śmierć? I czy krypta pod amboną w kościele w Gateshead jest ponętnym schronieniem? Mówiono mi, że w takiej krypcie pochowano pana Reeda. Ta myśl przywiodła mi go na pamięć, z coraz większym lękiem rozmyślałam teraz o nim. Nie mogłam go pamiętać, ale wiedziałam, że był moim rodzonym wujem, bratem mojej matki, że wziął mnie do swojego domu, gdy byłam małym dzieckiem, sierotą zupełną; że na łożu śmierci wymógł na pani Reed obietnicę, iż będzie mnie chowała i utrzymywała jak własne dziecko. Pani Reed prawdopodobnie uważała, że dotrzymuje obietnicy, i dotrzymywała jej niezawodnie tak, jak na to pozwalała jej natura; ale w istocie jakże mogła lubić narzucone sobie dziecko nie z jej rodu, niezwiązane z nią po śmierci męża żadnymi więzami? Musiało jej być ciężko czuć się zniewoloną wymuszonym przyrzeczeniem do zastępowania matki obcemu dziecku, którego kochać nie mogła, i widzieć to tak odmienne, obce stworzenie stałym uczestnikiem jej rodzinnego kółka.

Szczególna myśl zaczęła we mnie świtać. Nie wątpiłam, tak, nie wątpiłam nigdy, że gdyby pan Reed żył, obchodziłby się ze mną dobrotliwie; a teraz, gdym tak siedziała, patrząc na białe łóżko i ciemniejące ściany – raz po raz jak urzeczona spoglądając ku niejasno połyskującemu zwierciadłu – zaczęłam sobie przypominać, co słyszałam o umarłych, niemogących zaznać spokoju w grobach, kiedy się pogwałca ich ostatnie życzenia, i odwiedzających ten świat, ażeby ukarać wiarołomnych i pomścić uciśnionych. Pomyślałam, że duch pana Reeda, dręczony krzywdą dziecka jego siostry, mógłby opuścić swoją siedzibę – czy to w krypcie kościelnej, czy gdzieś w nieznanym świecie umarłych – i stanąć przede mną w tym oto pokoju. Otarłam łzy i powstrzymałam łkanie w obawie, by ten objaw gwałtownego żalu nie zbudził jakiegoś nadnaturalnego głosu ku memu pocieszeniu albo nie wywołał z mroku twarzy w aureoli, schylającej się nade mną z dziwną litością. Czułam, że przypuszczenie to, pocieszające teoretycznie, byłoby straszne, gdyby się ziściło, całą mocą starałam się je odegnać, starałam się być odważna. Odgarnąwszy włosy z oczu, podniosłam głowę i usiłowałam śmiało rozejrzeć się po ciemnym pokoju. W tej chwili jakieś światło zajaśniało na ścianie. ,,Czy to promień księżyca – zadałam sobie pytanie – przedziera się przez szparę w żaluzji?”. Nie, światło księżyca byłoby nieruchome, a to się porusza; gdym na nie patrzyła, przesunęło się na sufit i zadrżało nad moją głową. Łatwo dziś mogę zrozumieć, że ta smuga światła najprawdopodobniej pochodziła z latarni niesionej przez kogoś, kto przechodził pod oknami; wtedy jednak, oczekując rzeczy strasznych, mając nerwy rozbite z powodu wstrząsu, wyobraziłam sobie, iż ten nagły błysk światła to zwiastun nadciągającej zjawy z drugiego świata. Serce zabiło we mnie mocno, krew uderzyła mi do głowy, w uszach poczułam szum, który wzięłam za szum skrzydeł; wydało mi się, że coś się do mnie zbliża; tchu nie mogłam złapać, nie starczyło mi wytrzymałości; rzuciłam się do drzwi i zaczęłam rozpaczliwym wysiłkiem szarpać klamkę. Wzdłuż korytarza usłyszałam kroki; obrócono klucz w zamku i weszła Bessie z Abbot.

– Panno Eyre, czy panienka chora? – zapytała Bessie.

– Co za straszny hałas! Aż mną zatrząsł – zawołała Abbot.

– Wypuśćcie mnie! Pozwólcie mi pójść do dziecinnego pokoju! – krzyczałam.

– Dlaczego? Czy się panience co stało? Czy panienka co zobaczyła? – znowu zapytała Bessie.

– Ach! Zobaczyłam światło i myślałam, że to duch przychodzi! – Chwyciłam teraz rękę Bessie, której mi nie cofnęła.

– Ona umyślnie wrzeszczała – oświadczyła, krzywiąc się, Abbot. – A co to był za wrzask! Gdyby ją coś bardzo bolało, można by to jeszcze darować, ale ona tylko chciała ściągnąć nas wszystkich tutaj. Już ja znam jej miłe sztuczki!

– Co się tutaj dzieje? – zapytał inny głos rozkazująco; to pani Reed nadeszła korytarzem w rozwianym czepeczku, groźnie szumiąc jedwabiami. – Abbot, Bessie, zdaje się, że wydałam rozkaz, aby Jane pozostała w czerwonym pokoju, dopóki ja sama do niej nie przyjdę.

– Panna Jane krzyczała tak głośno, proszę pani – tłumaczyła się Bessie.

– Puść ją – brzmiała odpowiedź. – Puść rękę Bessie, dziecko, nie uda ci się wydostać stąd tym sposobem, bądź pewna. Nie znoszę chytrości, zwłaszcza u dzieci. Mam obowiązek pokazać ci, że podstępne sztuczki na nic się nie zdadzą, zostaniesz tu jeszcze o godzinę dłużej, a wypuszczę cię tylko wtedy, kiedy będziesz uległa i cicha.

– O wujenko, miej litość! Przebacz mi! Nie mogę tego znieść! Ukarz mnie innym sposobem! To zabije mnie, jeżeli...

– Cicho bądź! Co za wstrętna gwałtowność!

Wujenka zapewne tak czuła, byłam w jej oczach przedwcześnie dojrzałą komediantką; szczerze widziała we mnie mieszaninę złośliwych namiętności, niskiego charakteru i niebezpiecznej obłudy.

Bessie i Abbot odeszły, a pani Reed, zniecierpliwiona moim nowym gwałtownym wybuchem bólu i rozpaczliwego szlochania, wtrąciła mnie z powrotem do pokoju i zamknęła drzwi na klucz bez dalszego gadania. Słyszałam, jak odchodzi. Wkrótce po jej odejściu – przypuszczam – musiałam dostać jakiegoś ataku. Straciłam przytomność.

Rozdział III

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałIV

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział V

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział VI

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział VII

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział VIII

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział IX

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałX

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXI

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział XII

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział XIII

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXIV

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXV

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXVI

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział XVII

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział XVIII

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział XIX

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXX

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXI

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXII

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXIII

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXIV

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXV

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXVI

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXVII

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXVIII

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXIX

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXX

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXXI

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXXII

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXXIII

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXXIV

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXXV

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXXVI

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXXVII

Dostępne w pełnej wersji

RozdziałXXXVIII

Zakończenie

Dostępne w pełnej wersji