Jak uciec Houdiniemu - Kerri Maniscalco - ebook + książka

Jak uciec Houdiniemu ebook

Maniscalco Kerri

4,2

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Kontynuacja bestsellerowej serii „Stalking Jack the Ripper”!

Audrey Rose Wadsworth i Thomas Cresswell wybierają się do Ameryki na pokładzie luksusowego transatlantyku. Audrey Rose i Thomas są zachwyceni, że tygodniowy rejs uświetnią pokazy wędrownego cyrku, pełnego artystów i wróżbitów, w którym występuje pewien charyzmatyczny młody specjalista od ucieczek. Jednak rejs zamienia się w koszmar, kiedy pozbawieni możliwości ucieczki pasażerowie, a właściwe zamożne młode damy, zaczynają ginąć jedna po drugiej z rąk niezidentyfikowanego mordercy.

Niepokojąca bliskość Księżycowego Cyrku dodatkowo przyczynia się do atmosfery grozy na statku, morderstwa zaś stają się coraz bardziej makabryczne. Audrey Rose i Thomas muszą sprawnie przeprowadzić dochodzenie w sprawie ponurych zbrodni, żeby pasażerowie bezpiecznie dopłynęli do portu.

Czy Audrey Rose zdąży rozwikłać zagadkę, w której stawką może być życie bliskiej jej osoby, przed zaplanowanym przez mordercę przerażającym finałem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 535

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (83 oceny)
42
23
13
4
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Malissi

Dobrze spędzony czas

Audrey Rose Wadsworth wraz z Thomasem Cresswelem kończą naukę w akademii medycznej znajdującej się w zamku Drakuli i wyruszają w do Ameryki. Tygodniową podróż odbywają na pokładzie transatlantyku, na którym co wieczór odbywają się występy wędrownego cyrku Mefistofelesa. Jednym z występujących jest mistrz ucieczek, Houdini. Rejs zamienia się w makabryczny pokaz, kiedy zaczynają ginąć pasażerowie statku. Audrey Rose kolejny raz będzie musiała rozwiązać tajemnicę przerażających morderstw. "Jak uciec Houdiniemu" to trzeci tom serii młodzieżowej "Stalking Jack the Ripper" autorstwa amerykańskiej pisarki. Poprzednie książki bardzo mi się podobały, a chociaż ta część zrobiła na mnie minimalnie mniejsze wrażenie to i tak uważam ją za bardzo dobrą lekturę. Tym razem przenosimy się z surowych krajobrazów Rumunii i zimnych korytarzy zamku na pokład luksusowego statku z cyrkową areną. Moim zdaniem połączenie morskich klimatów wraz z występami iluzjonistów okazało się naprawdę świetnym pomysłem....
10
amawa

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo fajna, zresztą jak cała seria
00
werciax

Całkiem niezła

Po dobrym pierwszym i drugim tomie mamy widoczny spadek jakości. Rozumiem rozwijającą się więź między naszymi bohaterami ale trochę za dużo tutaj rozterek miłosnych a za mało akcji i rozwiązywania naszego wartku kryminalnego. Na duży plus zasługuje jednak magiczny klimat cyrku i nasz nowy bohater.
00
AgaDy

Dobrze spędzony czas

odrobina kryminału i śledztwa, odrobina romansu (niewinnego), całkiem interesujące
00
kadynkaczyta

Całkiem niezła

Miałam nadzieję, że ta część będzie najlepsza, ale wcale taka nie była. Znowu miałam problem z Audrey Rose i jej zachowaniem. Kompletnie nie rozumiem jej wyborów. Robiła jedno, a myślała drugie. Miałam mało Thomasa. Jego postać w tej części jakoś poszła w zapomnienie. Poprzednie tomy skupiały się na pokazaniu jak są przeprowadzane sekcje, jak pomagają połączyć fakty, a tutaj tego zabrakło. Jak dla mnie autorka skupiła się na opisach sztuczek cyrkowych i strojów niż na tym na czym powinna. Akcja trochę mi się ciągnęła i była za dużo ciągłego tekstu. Jest to najsłabszy tom całej serii.
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału Esca­ping from Ho­udini
Co­py­ri­ght © 2018 by Kerri Ma­ni­scalco All ri­ghts re­se­rved. Co­py­ri­ght © 2023 for the Po­lish trans­la­tion by­Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o.
Gra­fika na okładce Ol­gierd Lu­dwi­czak
Skład, ła­ma­nie oraz pro­jekt ty­po­gra­ficzny okładki Ra­do­sław Stęp­niak
Po­staci i zda­rze­nia w tej książce są fik­cyjne. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do praw­dzi­wych osób, ży­ją­cych lub zmar­łych, jest przy­pad­kowe i nie jest za­mie­rzone przez au­torkę.
Zdję­cia za zgodą Alamy s. 8, Etsy ( s. 75, 102, 112, 143, 158, 193, 212, 290, 367), Billy Rose The­atre Di­vi­sion, The New York Pu­blic Li­brary Di­gi­tal Col­lec­tions (s. 64, 324, 422). Po­zo­stałe ele­menty gra­ficzne Shut­ter­stock.
Cy­tat na s. 9 z Bu­rzy Wil­liama Szek­spira w tłu­ma­cze­niu Le­ona Ulri­cha, wol­ne­lek­tury.pl
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Prze­druk lub ko­pio­wa­nie ca­ło­ści albo frag­men­tów książki – z wy­jąt­kiem cy­ta­tów w ar­ty­ku­łach i prze­glą­dach kry­tycz­nych – moż­liwe jest tylko na pod­sta­wie pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
Me­dia Ro­dzina po­piera ści­słą ochronę praw au­tor­skich. Prawo au­tor­skie po­bu­dza róż­no­rod­ność, na­pę­dza kre­atyw­ność, pro­muje wol­ność słowa, przy­czy­nia się do two­rze­nia ży­wej kul­tury. Dzię­ku­jemy, że prze­strze­gasz praw au­tor­skich, a więc nie ko­piu­jesz, nie ska­nu­jesz i nie udo­stęp­niasz ksią­żek pu­blicz­nie. Dzię­ku­jemy za to, że wspie­rasz au­to­rów i po­zwa­lasz wy­daw­com na­dal pu­bli­ko­wać książki.
ISBN 978-83-8265-554-4
Must Read jest im­prin­tem wy­daw­nic­twa Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. ul. Pa­sieka 24, 61-657 Po­znań tel. 61 827 08 50wy­daw­nic­two@me­dia­ro­dzina.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Tym, któ­rzy wie­rzą w ma­gię ma­rzeń.

Wszystko jest moż­liwe.

Pie­kło – za­wo­łał – próżne jest na te­raz,

A wszyst­kie dia­bły zbie­gły na nasz okręt.

Wil­liam Szek­spir, Bu­rza, akt I, scena II, (tłum. Leon Ulrich)

.

RMS Etru­ria

NO­WO­ROCZNE PO­PO­ŁU­DNIE NA PO­KŁA­DZIE ETRU­RII za­częło się ba­jecz­nie, co było pierw­szym sy­gna­łem, że na ho­ry­zon­cie czai się kosz­mar i jak ty­powy zło­czyńca tylko czeka na oka­zję do ataku.

Gdy li­nio­wiec szy­ko­wał się do opusz­cze­nia portu, usi­ło­wa­łam igno­ro­wać upo­rczywy nie­po­kój i sku­pić się na ota­cza­ją­cym nas wy­szu­ka­nym świe­cie fan­ta­zji. Za­czy­nał się ko­lejny rok, nowy roz­dział w ży­ciu. Nie było lep­szej oka­zji, żeby zo­sta­wić za sobą prze­szłe mroczne zda­rze­nia i opty­mi­stycz­nie pa­trzeć w przy­szłość.

Ta przy­szłość mo­gła wkrótce przy­nieść ślub... i noc po­ślubną.

Ode­tchnę­łam, żeby się uspo­koić, i po­pa­trzy­łam na scenę na środku wy­twor­nej ja­dalni. Ma­leń­kie błysz­czące klej­noty w gru­bych ak­sa­mit­nych ko­ta­rach, tak ciem­no­gra­na­to­wych, że wy­da­wały się czarne, mi­go­tały za każ­dym ra­zem, gdy pa­dło na nie świa­tło. Akro­batki w ozdo­bio­nych bry­lan­ci­kami gor­se­tach wi­ro­wały na srebr­nych sznu­rach ni­czym piękne pa­ję­czyce, tka­jące sieci, w któ­rych uwię­złam na do­bre.

Okrą­głe stoły przy­po­mi­nały sta­ran­nie roz­miesz­czone gwiaz­do­zbiory, a księ­ży­co­wo­białe ob­rusy były przy­stro­jone kwia­tami o bar­wie fio­letu, ko­ści sło­nio­wej i błę­kitu. Na Etru­rii nie bra­ko­wało no­wo­cze­snych udo­god­nień, w tym łaźni. Wszę­dzie uno­siły się za­pa­chy, wśród któ­rych roz­po­zna­łam ja­śmin, la­wendę i inne nocne nuty, po­nętne i nie­bez­pieczne jak za­ma­sko­wane akro­batki nad na­szymi gło­wami. Ar­tystki z ła­two­ścią i bez lęku prze­ska­ki­wały z jed­nego tra­pezu na drugi, jakby nie gro­ził im upa­dek.

– Dzięki dłu­gim tre­nom na ko­stiu­mach wy­glą­dają jak spa­da­jące gwiazdy, prawda? Ogrom­nie bym chciała mieć kie­dyś suk­nię ozdo­bioną ty­loma klej­no­tami – wes­tchnęła głę­boko panna Pre­scott, córka na­czel­nego sę­dziego po­koju. Za sprawą wło­sów w ko­lo­rze kar­melu i spryt­nych brą­zo­wych oczu ko­ja­rzyła mi się z moją sio­strą cio­teczną Lizą. Od­sta­wiła kie­li­szek z szam­pa­nem i przy­su­nęła się do mnie, po czym wy­szep­tała kon­spi­ra­cyj­nie: – Panno Wad­sworth, czy zna pani le­gendę o Me­fi­sto­fe­le­sie?

Po­now­nie ode­rwa­łam wzrok od hip­no­ty­zu­ją­cego wi­do­wi­ska nad nami.

– Nie­stety, nie. – Po­krę­ci­łam głową. – Czy to przed­sta­wie­nie oparto na jej kan­wie?

– Wy­gląda na to, że pora na opo­wieść. – Pan Nor­wood, pia­stu­jący za­szczytne sta­no­wi­sko ka­pi­tana Etru­rii, od­kaszl­nął.

Sku­pił na so­bie uwagę wszyst­kich przy na­szym stole: ro­dziny Pre­scot­tów, stryja Jo­na­thana, mo­jej przy­zwo­itki pani Ha­rvey i za­bój­czo atrak­cyj­nego pana Tho­masa Cres­swella, mło­dego męż­czy­zny, który zdo­był moje serce z taką ła­two­ścią, z jaką szu­ler wy­grywa ko­lejne roz­da­nia w swo­jej ulu­bio­nej grze.

Tho­mas i ja spę­dzi­li­śmy dwa wy­czer­pu­jące dni w to­wa­rzy­stwie mo­jego stryja, po­dró­żu­jąc z Bu­ka­resztu do Li­ver­po­olu, żeby wejść na po­kład Etru­rii i wy­pły­nąć do No­wego Jorku. W trak­cie od­kry­li­śmy kilka po­my­sło­wych spo­so­bów na ukrad­kową wy­mianę po­ca­łun­ków i te­raz mi­mo­wol­nie wspo­mi­na­łam każdą z na­szych po­ta­jem­nych scha­dzek – moje dło­nie w jego ciem­no­brą­zo­wych wło­sach, jego usta roz­nie­ca­jące ogień na mo­jej skó­rze, na­sze...

Panna Pre­scott de­li­kat­nie szturch­nęła mnie pod sto­łem, więc po­now­nie sku­pi­łam uwagę na roz­mo­wie.

– ...o ile można wie­rzyć le­gen­dom, rzecz ja­sna. Me­fi­sto­fe­les nosi imię po­staci z nie­miec­kich po­dań lu­do­wych i jest de­mo­nem słu­żą­cym dia­błu – wy­ja­śnił ka­pi­tan Nor­wood. – Sły­nie z kra­dzieży dusz tych już wcze­śniej zde­mo­ra­li­zo­wa­nych, ucieka się do ma­gii i pod­stę­pów, a w do­datku jest prze­bo­jo­wym sztuk­mi­strzem. Pro­szę spoj­rzeć na karty ta­rota, które przy­go­to­wał dla wi­dzów. Na każ­dej z nich wid­nieje je­den z jego ar­ty­stów. – Uniósł ta­lię wspa­nia­łych, ręcz­nie ma­lo­wa­nych kart. – Gwa­ran­tuję pań­stwu ty­dzień nie­zrów­na­nej ma­gii i ta­jem­nic – cią­gnął. – Każda noc przy­nie­sie spek­ta­ku­larne cyr­kowe wi­do­wi­sko, ja­kiego nikt do­tąd nie oglą­dał. Pro­szę za­pa­mię­tać moje słowa: ten sta­tek przej­dzie do hi­sto­rii, a wkrótce po­dobne przed­sta­wie­nia będą wy­sta­wiane na wszyst­kich li­niow­cach. Oto po­czą­tek no­wej epoki po­dróży.

Unio­słam brwi, sły­sząc nie­mal na­bożną cześć w jego gło­sie.

– Pa­nie ka­pi­ta­nie, czy do­brze ro­zu­miem, że dla na­szej roz­rywki za­trud­nił pan de­mona, który ma sztur­mem zdo­być po­pu­lar­ność?

Tho­mas za­krztu­sił się wodą, a panna Pre­scott uśmiech­nęła się do mnie ło­bu­zer­sko.

– Czy na statku jest ko­ściół albo ka­plica? – spy­tała z nie­winną miną, sze­roko otwie­ra­jąc oczy. – Pa­nie ka­pi­ta­nie, co zro­bimy, je­śli pod­stęp­nie skrad­nie nam du­sze?

Ka­pi­tan wzru­szył ra­mio­nami, naj­wy­raź­niej za­do­wo­lony z at­mos­fery ta­jem­ni­czo­ści.

– Będą pa­nie mu­siały za­cze­kać i same się prze­ko­nać. Wkrótce wszystko sta­nie się ja­sne. – Po­now­nie sku­pił uwagę na do­ro­słych.

Drgnę­łam, kiedy panna Pre­scott ze­rwała się z miej­sca. Jej oj­ciec spio­ru­no­wał ją wzro­kiem.

– Może jesz­cze ja­kaś mała wska­zówka? – po­pro­siła.

Mój we­wnętrzny dia­beł nie po­zwo­lił mi ugryźć się w ję­zyk.

– Nie chcia­ła­bym wpaść w taką hi­ste­rię, żeby za­pra­gnąć na­tych­miast opu­ścić sta­tek – oznaj­mi­łam. – Chyba jesz­cze nie od­da­li­li­śmy się zbyt­nio od lądu, prawda? Może gdy­bym po­pły­nęła wpław...

Panna Pre­scott po­woli za­mru­gała, za­sta­na­wia­jąc się nad mo­imi sło­wami.

– W rze­czy sa­mej, pa­nie ka­pi­ta­nie. Prawdę mó­wiąc, wła­śnie po­czu­łam się bli­ska omdle­nia! Czy pań­skim zda­niem to sprawka Me­fi­sto­fe­lesa? – mó­wiła co­raz bar­dziej pi­skli­wie. – Czy robi sztuczki na od­le­głość? Cie­kawe, ile osób zdoła na­raz za­uro­czyć...

Przy­su­nę­łam się do niej, jak­bym za­mie­rzała ją zba­dać.

– Wy­daje się pani nieco blada, panno Pre­scott – za­uwa­ży­łam. – Czy aby na pewno pani du­sza nie za­pra­gnęła opu­ścić ciała?

Tho­mas prych­nął, ale nie ośmie­lił się prze­rwać tego wi­do­wi­ska. W wie­czo­ro­wej sukni z gra­na­to­wego je­dwa­biu, ele­ganc­kich rę­ka­wicz­kach za łok­cie i roz­mi­go­ta­nym na­szyj­niku czu­łam się nie­mal rów­nie olśnie­wa­jąca jak akro­batki pod su­fi­tem.

Panna Pre­scott za­ci­snęła na szyi dło­nie w rę­ka­wicz­kach i wy­trzesz­czyła oczy.

– Kto by po­my­ślał, rze­czy­wi­ście czuję się ja­koś dziw­nie. Jakby lżej­sza... – Za­chwiała się i chwy­ciła za brzuch. – Pa­nie ka­pi­ta­nie, chyba pora na sole trzeź­wiące.

– To ra­czej nie bę­dzie ko­nieczne. – Ode­tchnął głę­boko, bez wąt­pie­nia ża­łu­jąc, że po­sa­dził nas obok sie­bie. – Gwa­ran­tuję, że aku­rat ten Me­fi­sto­fe­les jest zu­peł­nie nie­szko­dliwy. To tylko czło­wiek uda­jący le­gen­dar­nego de­mona, nic po­nadto.

– Przy­się­gam, że moja du­sza słab­nie. Czy to wi­dać? Czy wy­glą­dam bar­dziej... prze­zro­czy­ście? – Wy­trzesz­cza­jąc oczy tak bar­dzo, że wy­da­wały się te­raz wiel­ko­ści spodków, panna Pre­scott opa­dła na krze­sło i ro­zej­rzała się wo­kół. – Może pły­nie z nami fo­to­graf du­chów. Sły­sza­łam, że ta­kie rze­czy dają się utrwa­lić na zdję­ciach. Ale moja odzież nie robi się... nie­przy­zwo­ita?

– Jesz­cze nie. – Przy­gry­złam wargę, żeby nikt nie usły­szał roz­ba­wie­nia w moim gło­sie, i skry­łam uśmiech. Pani Pre­scott, roz­złosz­czona po­pi­sami córki, wy­da­wała się bli­ska eks­plo­zji. – Chyba po­win­ni­śmy pa­nią zwa­żyć i spraw­dzić, czy coś się zmie­niło.

Stryj prze­rwał roz­mowę z Tho­ma­sem i dys­kret­nie po­krę­cił głową, za­nim jed­nak zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć, pod­biegł do niego słu­żący z te­le­gra­mem. Stryj od­czy­tał wia­do­mość, pod­krę­cił koń­cówki ja­snych wą­sów, po czym zło­żył pa­pier i po­słał mi za­gad­kowe spoj­rze­nie.

– Za po­zwo­le­niem. – Wstał. – To sprawa nie­cier­piąca zwłoki.

– Pani stryj musi wyjść z tajną kry­mi­na­li­styczną mi­sją. – Oczy panny Pre­scott bły­snęły. – Czy­ta­łam w ga­ze­tach, że pra­co­wa­li­ście przy śledz­twie w spra­wie mor­derstw Kuby Roz­pru­wa­cza. Czy pani i pan Cres­swell na­prawdę unie­moż­li­wi­li­ście wam­pi­rowi za­mor­do­wa­nie króla i kró­lo­wej Ru­mu­nii?

– Co... Co ta­kiego? – Po­krę­ci­łam głową. – Ktoś pi­sze w ga­ze­tach o mnie i Tho­ma­sie?

– W rze­czy sa­mej. – Panna Pre­scott są­czyła szam­pana, wo­dząc wzro­kiem za moim stry­jem, który wła­śnie opusz­czał salę. – Lon­dyn hu­czy od plo­tek o pani i szy­kow­nym panu Cres­swellu.

Nie mo­głam te­raz sku­piać się na tym nie­ocze­ki­wa­nym zwro­cie sy­tu­acji.

– Prze­pra­szam, ale mu­szę... za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza – wy­ją­ka­łam.

Lekko unio­słam się z miej­sca, za­sta­na­wia­jąc się, czy ru­szyć za stry­jem, kiedy pani Ha­rvey po­kle­pała mnie po dłoni.

– Z pew­no­ścią nic złego się nie dzieje, skar­bie. – Wska­zała głową scenę. – Za­raz się za­cznie.

Smugi dymu po­pły­nęły wo­kół atra­men­to­wych ko­tar, czemu to­wa­rzy­szył tak silny za­pach, że kilka osób do­stało ataku kaszlu. Za­pie­kło mnie w no­sie, ale to był dro­biazg w po­rów­na­niu z tym, jak gwał­tow­nie biło moje serce. Za­sta­na­wia­łam się, czy winę za to po­nosi stryj, który wy­szedł w po­śpie­chu, in­for­ma­cja o tym, że Tho­mas i ja za­sły­nę­li­śmy jako pa­to­lo­dzy, czy też zbli­ża­jące się przed­sta­wie­nie. Może wszystko na­raz.

– Pa­nie i pa­no­wie. – Ni­ski mę­ski głos zda­wał się do­bie­gać ze­wsząd jed­no­cze­śnie. Pa­sa­że­ro­wie od­wra­cali się na krze­słach, a ja wy­cią­gnę­łam szyję i ro­zej­rza­łam się w po­szu­ki­wa­niu mó­wią­cego. Z pew­no­ścią opra­co­wał ja­kiś me­cha­nizm, żeby było go sły­chać ze wszyst­kich stron. – Wi­taj­cie na spek­ta­klu.

Nim te słowa zdą­żyły wy­brzmieć, w ja­dalni za­wrzało, po czym znowu za­pa­dła ci­sza. Roz­legł się przy­ci­szony brzęk per­ku­syj­nych ta­le­rzy, który stop­niowo przy­bie­rał na sile, a gdy na ko­niec huk­nęły, kel­ne­rzy unie­śli srebrne po­krywki, pre­zen­tu­jąc da­nia godne kró­lew­skiego stołu. Nikt jed­nak nie zwra­cał szcze­gól­nej uwagi na po­lę­dwicę w so­sie grzy­bo­wym ani na oka­zały sto­sik sma­żo­nych ziem­nia­ków, gdyż prze­sta­li­śmy my­śleć o je­dze­niu. In­te­re­so­wało nas tylko to, co jesz­cze po­wie nam ta­jem­ni­czy głos.

Uśmiech­nę­łam się do Tho­masa, a on po­ru­szył się na krze­śle, zu­peł­nie jakby sie­dział na roz­ża­rzo­nych wę­glach i mu­siał się wier­cić, żeby nie po­pa­rzyć so­bie po­ślad­ków.

– De­ner­wu­jesz się? – wy­szep­ta­łam, kiedy akro­batki jedna po dru­giej z wdzię­kiem opu­ściły się na pod­łogę.

– Wi­do­wi­skiem, które po­dobno wy­wo­łuje pal­pi­ta­cję? Tak na­pi­sali w pro­gra­mie. – Pstryk­nął pal­cami w ulotkę w czarno-białe pasy, którą trzy­mał w dłoni. – Skąd. Nie mogę się do­cze­kać, aż moje serce wy­buch­nie. To na­prawdę ożywi mo­no­to­nię tego nie­dziel­nego wie­czoru, Wad­sworth.

Za­nim od­po­wie­dzia­łam, roz­le­gło się dud­nie­nie bębna i z chmury dymu na środku sceny wy­ło­nił się za­ma­sko­wany męż­czy­zna. Miał na so­bie frak ko­loru krwi z roz­cię­tej żyły, a do tego sztywną od kroch­malu ko­szulę i spodnie o bar­wie nie­prze­nik­nio­nej czerni. Jego cy­lin­der zdo­biły szkar­łatne wstążki i srebrne frędzle, a ażu­rowa ma­ska za­sła­niała twarz od nosa w górę. Kiedy wszy­scy roz­chy­lili usta z wra­że­nia, uśmiech­nął się z szel­mow­skim za­do­wo­le­niem.

Męż­czyźni nie­spo­koj­nie po­pra­wiali się na krze­słach, ko­biety zaś ener­gicz­nie roz­po­starły wa­chla­rze, co za­brzmiało jak trze­pot skrzy­deł setki zry­wa­ją­cych się do lotu pta­ków. Wszy­scy wy­da­wali się zbici z tropu wi­do­kiem czło­wieka ma­te­ria­li­zu­ją­cego się bez szwanku w sza­le­ją­cej wo­koło bu­rzy. Usły­sza­łam, jak lu­dzie szep­czą, że nie­zna­jomy to z pew­no­ścią dia­bel­skie na­sie­nie, a oj­ciec panny Pre­scott uznał go za sza­tana we wła­snej oso­bie. Ku­siło mnie, żeby de­mon­stra­cyj­nie prze­wró­cić oczami. Są­dzi­łam, że na­czelny sę­dzia po­koju ma wię­cej ro­zumu. Za­ma­sko­wany męż­czy­zna na sce­nie nie­wąt­pli­wie był kon­fe­ran­sje­rem i za­pewne słyn­nym wła­ści­cie­lem tego cyrku.

– Po­zwolą pań­stwo, że się przed­sta­wię. – Po­chy­lił się w ukło­nie, a gdy po­woli się pro­sto­wał, jego oczy szel­mow­sko bły­snęły. – Na­zy­wam się Me­fi­sto­fe­les i będę wa­szym prze­wod­ni­kiem po tym, co nie­zwy­kłe i wspa­niałe. Każ­dej nocy koło for­tuny wy­bie­rze, kto się dla pań­stwa za­pre­zen­tuje, ale po głów­nym przed­sta­wie­niu można za­mie­niać się na miej­sce z ar­ty­stami i wziąć udział w na­szych wy­stę­pach. Do wy­boru są po­ły­ka­cze ognia i po­skra­mia­cze lwów, wróż­bici i mio­ta­cze noży, we­dle uzna­nia. Ostrze­gam jed­nak, wy­strze­gaj­cie się po­dej­rza­nych oka­zji. Nie warto igrać z prze­zna­cze­niem.

Pa­sa­że­ro­wie wier­cili się nie­spo­koj­nie, pew­nie za­cho­dząc w głowę, ja­kie oka­zje mo­głyby się im przy­tra­fić i jak ni­sko mo­gliby upaść w po­goni za roz­rywką, z dala od brzegu i wścib­skich spoj­rzeń to­wa­rzy­stwa.

– Na­sze sztuczki mogą się wy­da­wać uro­cze, ale w żad­nym wy­padku nie wolno ich lek­ce­wa­żyć – wy­szep­tał Me­fi­sto­fe­les. – Czy je­ste­ście na tyle od­ważni, by wy­trwać? A może i wy stra­ci­cie serca i głowy dla na­szego mrocz­nego cyrku? Czas po­każe. A póki co...

Krą­żył po sce­nie jak uwię­zione zwie­rzę, cze­ka­jące na oka­zję do ataku. Moje serce dud­niło jak osza­lałe. Po­czu­łam się tak, jak­by­śmy wszy­scy byli tylko zwie­rzyną w ele­ganc­kich stro­jach, która musi za­cho­wać czuj­ność, by nie paść ofiarą ta­jem­ni­czego wi­do­wi­ska Me­fi­sto­fe­lesa.

– Dzi­siaj olśni pań­stwa pierw­sze z sied­miu przed­sta­wień.

Uniósł ręce, a wtedy dwa­na­ście bia­łych go­łębi wy­fru­nęło z jego rę­ka­wów i wzbiło się ku kro­kwiom. Kilka dam, wśród nich pani Ha­rvey i panna Pre­scott, uprze­dziło wszyst­kich, na­gra­dza­jąc ten po­pis en­tu­zja­stycz­nymi okrzy­kami.

– I prze­razi – do­dał Me­fi­sto­fe­les nieco chra­pli­wie.

W oka­mgnie­niu kra­wat zmie­nił się w ru­chli­wego węża, który oto­czył gar­dło Me­fi­sto­fe­lesa cia­snym splo­tem. Szef cyrku chwy­cił się za szyję, a jego brą­zowa, przy­sło­nięta ażu­rową ma­ską twarz przy­brała ciem­no­fio­le­tową barwę. Wstrzy­ma­łam od­dech, kiedy się po­chy­lił, rzę­żąc i z tru­dem chwy­ta­jąc po­wie­trze.

Omal nie wsta­łam, prze­ko­nana, że na na­szych oczach umiera czło­wiek, jed­nak zmu­si­łam się do uspo­ko­je­nia od­de­chu i do za­sta­no­wie­nia. Po­win­nam upo­rząd­ko­wać fakty, jak na przy­szłego na­ukowca przy­stało. To było tylko wi­do­wi­sko, nic wię­cej. Z całą pew­no­ścią ni­komu nie gro­ziła śmierć. Mój płytki i przy­spie­szony od­dech nie miał nic wspól­nego z gor­se­tem wy­twor­nej sukni. Spek­takl był nie­sa­mo­wi­cie wcią­ga­jący, ale i straszny. Od­strę­czał mnie i za­ra­zem za­chwy­cał, i to znacz­nie bar­dziej, niż by­łam skłonna przy­znać.

– Wiel­kie nieba – wy­mam­ro­tała panna Pre­scott, kiedy rzę­żący Me­fi­sto­fe­les padł na ko­lana.

Prze­wró­cił oczami tak bar­dzo, że wi­dzia­łam je­dy­nie białka. Wstrzy­ma­łam od­dech, na próżno usi­łu­jąc roz­luź­nić na­pięte mię­śnie grzbietu. To na pewno była tylko ilu­zja.

– Niech mu ktoś po­może! – krzyk­nęła panna Pre­scott. – On umiera!

– Usiądź, Oli­vio – wy­szep­tała szorstko pani Pre­scott. – Przy­no­sisz wstyd nie tylko so­bie, lecz i mnie, i swo­jemu ojcu.

Za­nim kto­kol­wiek zdo­łał po­spie­szyć mu z po­mocą, Me­fi­sto­fe­les zdarł z sie­bie węża i za­czerp­nął po­wie­trza tak łap­czy­wie, jakby wła­śnie wy­ło­nił się z mor­skiej wody, którą prze­ci­nał nasz sta­tek. Z ulgą zwie­si­łam ra­miona, a Tho­mas za­chi­cho­tał – mimo to nie mo­głam ode­rwać wzroku od za­ma­sko­wa­nego męż­czy­zny na sce­nie.

Me­fi­sto­fe­les się wy­pro­sto­wał, lekko za­chwiał i po­woli uniósł węża nad głowę. Świa­tło z ży­ran­doli roz­bły­snęło na ma­sce cyr­kowca, a wtedy po­łowa jego twa­rzy przy­brała wście­kle po­ma­rań­czowo-czer­woną barwę. Może się roz­zło­ścił – spraw­dzał nas i uznał, że nie speł­niamy jego ocze­ki­wań. Z pew­no­ścią spra­wia­li­śmy wra­że­nie ele­gancko ubra­nych po­two­rów, które nie ra­czyły prze­rwać wy­kwint­nej ko­la­cji, kiedy on wal­czył o ży­cie, a prze­cież po­świę­cał się wy­łącz­nie dla na­szej roz­rywki.

Ob­ró­cił się raz i drugi, a wi­jąca się be­stia znik­nęła. Po­chy­li­łam się i za­mru­ga­łam, gdy Me­fi­sto­fe­les z dumą po­now­nie ukło­nił się wi­downi, de­mon­stru­jąc pu­ste ręce. Przez salę prze­to­czyła się fala aplauzu.

– Jak u li­cha...? – wy­mam­ro­ta­łam.

Nie wi­dzia­łam żad­nych pu­deł ani schow­ków, w któ­rych zdo­łałby ukryć węża. Na­prawdę mia­łam na­dzieję, że gad nie do­trze do na­szego stołu. Tho­mas z pew­no­ścią stra­ciłby przy­tom­ność.

– Kto wie, czy nie osza­le­je­cie... – Me­fi­sto­fe­les zro­bił prze­wrót, nie gu­biąc na­kry­cia głowy, choć go nie przy­trzy­my­wał. – ...z mi­ło­ści.

Uchy­lił cy­lin­dra, który po­to­czył się po jego ręce ni­czym akro­bata ska­czący nad tra­pe­zem. Jak na wy­bit­nego ar­ty­stę przy­stało, Me­fi­sto­fe­les wy­cią­gnął cy­lin­der przed sie­bie i ob­szedł z nim całą scenę, chcąc za­de­mon­stro­wać, że to naj­zwy­klej­szy, choć nieco jar­marczny ka­pe­lusz. Na­stęp­nie rzu­cił go w po­wie­trze i po­now­nie chwy­cił szyb­kim ru­chem nad­garstka. Pa­trzy­łam z sze­roko otwar­tymi oczami, jak wsuwa całe przed­ra­mię do cy­lin­dra i ener­gicz­nie wyj­muje z niego tu­zin gra­na­to­wych róż.

Nie­mal mo­gła­bym przy­siąc, że wcze­śniej ka­pe­lusz był cał­kiem zwy­czajny.

– Ostrze­gam raz jesz­cze: wię­cej dy­stansu. – Głos Me­fi­sto­fe­lesa grzmiał tak do­no­śnie, że hu­czało mi w piersi. – Szczy­cimy się na­szymi wy­czy­nami na po­gra­ni­czu ży­cia i śmierci, lecz na dłuż­szą metę nikt przed nią nie umknie. Czy ten wie­czór dla nie­któ­rych bę­dzie ostat­nim? Czy stra­ci­cie serca? A może... – Z uśmie­chem po­pa­trzył przez ra­mię na wi­dow­nię. – ...stra­ci­cie głowy.

Snop świa­tła padł na byle jak po­ma­lo­waną lalkę ar­le­kina, któ­rej wcze­śniej nie było na sce­nie. Ob­ra­ca­jąc się z płynną gra­cją, Me­fi­sto­fe­les ci­snął szty­let na drugi ko­niec sceny. Nóż prze­ko­zioł­ko­wał w po­wie­trzu i z głu­chym trza­skiem wbił się w szyję lalki. Pu­blicz­ność za­marła. Przez chwilę nic się nie działo – wszy­scy sie­dzieli w nie­przy­jem­nej ci­szy, wstrzy­mu­jąc od­dech. Lalka tkwiła w miej­scu, przy­szpi­lona do de­sek, o które się opie­rała. Mi­nął jesz­cze mo­ment i znie­cier­pli­wiony Me­fi­sto­fe­les w końcu za­cmo­kał.

– No cóż, tak da­lej być nie może. – Gło­śno tup­nął. – Niech wszy­scy ro­bią to, co ja!

Tup. Tup. Tup.

Pa­sa­że­ro­wie bez sprze­ciwu wy­ko­nali po­le­ce­nie, z po­czątku po­woli, po­tem co­raz szyb­ciej, aż w końcu ja­dal­nia za­drżała od ner­wo­wego tu­pa­nia. Por­ce­lana szczę­kała, sztućce prze­su­wały się na sto­łach, wino Mer­lot wy­le­wało się z kie­lisz­ków na dro­gie ob­rusy. Na­sze ele­gancko na­kryte stoły szybko za­częły przy­po­mi­nać miej­sce zbrodni. Po­sta­no­wi­łam czę­ściowo zre­zy­gno­wać z ty­powo ary­sto­kra­tycz­nego dy­stansu i tu­pa­łam wraz z in­nymi, a nieco spe­szony Tho­mas po­szedł w moje ślady.

Tup. Tup. Tup.

Dud­nie­nie od­bi­jało się echem w ca­łym moim ciele i mia­łam wra­że­nie, że moje serce bije w ryt­mie tu­pa­nia. To zwie­rzęce, dzi­kie za­cho­wa­nie było dziw­nie... eks­cy­tu­jące. Nie mo­głam uwie­rzyć, że lor­do­wie, damy i szla­chet­nie uro­dzeni pa­sa­że­ro­wie z pierw­szej klasy dali się po­rwać he­do­ni­zmowi i roz­pa­sa­niu.

Pani Ha­rvey za­ci­snęła dło­nie w rę­ka­wicz­kach i tłu­kła pię­ściami w stół, po­tę­gu­jąc huk w mo­ich uszach. Panna Pre­scott szybko do niej do­łą­czyła. Tuż po chwili głowa lalki gruch­nęła o pod­łogę i po­to­czyła się do błysz­czą­cych bu­tów Me­fi­sto­fe­les.

Tup. Tup. Tup. Chyba nikt nie za­mie­rzał wy­paść z dia­bel­skiego rytmu. Me­fi­sto­fe­les stał się dy­ry­gen­tem tej zło­wro­giej sym­fo­nii i wy­ma­chi­wał dło­nią w po­wie­trzu tak długo, aż nie dało się już wy­trzy­mać go­rącz­ko­wego dud­nie­nia.

– Ci­sza! – krzyk­nął, a jego gromki głos przedarł się przez zgiełk.

Lu­dzie mo­men­tal­nie prze­stali ło­mo­tać, jakby byli jego po­słusz­nymi ma­rio­net­kami. Nie­któ­rzy obecni wstali, wi­wa­tu­jąc, a kilku dżen­tel­me­nów gwizd­nęło do­no­śnie.

Panna Pre­scott rów­nież ze­rwała się z miej­sca, za­ru­mie­niona i z bły­skiem w oku, nie­zra­żona po­nu­rymi spoj­rze­niami ro­dzi­ców.

– Brawo! – za­wo­łała, klasz­cząc. – Bra­vis­simo!

Me­fi­sto­fe­les z za­dumą przy­glą­dał się od­rą­ba­nej gło­wie, tak jakby po­now­nie prze­ży­wał na­trętne wspo­mnie­nie cze­goś okrop­nego, co miało mu to­wa­rzy­szyć do końca ży­cia, choćby uciekł na ko­niec świata. Po­my­śla­łam, że w przy­padku tego czło­wieka i jego skom­pli­ko­wa­nych ilu­zji nic nie jest ta­kie, jak się wy­daje. Ku mo­jemu zdu­mie­niu, pod­niósł głowę lalki i jed­nym kop­nię­ciem po­słał ją wy­soko w po­wie­trze, gdzie eks­plo­do­wała fa­jer­wer­kami. Spod su­fitu po­sy­pały się iskry, które ni­czym spa­da­jące gwiazdy spło­nęły przed ze­tknię­ciem z pod­łogą w czarno-białe wzory. Po­now­nie za­pa­dła ci­sza.

– Py­tam za­tem raz jesz­cze, co stra­ci­cie przed koń­cem ty­go­dnia? Serce? Głowę? – Mó­wił prze­cią­gle, a jego twarz spo­wił cień, gdy świa­tło ży­ran­doli stop­niowo po­ciem­niało i zga­sło. – Kto wie, czy to ma­giczne wi­do­wi­sko nie od­bie­rze wam ży­cia i du­szy.

Ci­cho jęk­nę­łam i unio­słam dło­nie w rę­ka­wicz­kach, ale w mroku do­strze­głam tylko ich nie­wy­raźny za­rys. Moje serce moc­niej za­biło, gdy ro­zej­rza­łam się w nie­prze­nik­nio­nej ciem­no­ści, za­fa­scy­no­wana i za­ra­zem prze­ra­żona tym, jaki po­twór może się w niej czaić. Naj­wy­raź­niej nie ja jedna by­łam za­in­try­go­wana, gdyż ze­wsząd do­bie­gały roz­e­mo­cjo­no­wane szepty. Wi­zja śmierci oka­zała się rów­nie po­cią­ga­jąca jak per­spek­tywa mi­ło­ści – a kto wie, czy nie bar­dziej. Naj­wy­raź­niej skry­wa­li­śmy coś mrocz­nego, skoro nę­ciły nas nie­bez­pie­czeń­stwo i ta­jem­nica za­miast dłu­giego ży­cia w szczę­ściu.

– Póki co za­pra­szam na po­ry­wa­jący wie­czór ma­gii, psot i cha­osu – do­dał Me­fi­sto­fe­les gło­sem gład­kim ni­czym piesz­czota pod osłoną mroku.

Spo­ciły mi się dło­nie i mi­mo­wol­nie wy­chy­li­łam się w kie­runku sceny w na­dziei na jesz­cze jedno słowo, ko­lejną wska­zówkę, na­stępną por­cję sur­re­ali­stycz­nych wra­żeń. Me­fi­sto­fe­les prze­mó­wił po­now­nie, zu­peł­nie jakby znał moje nie­wy­po­wie­dziane pra­gnie­nia.

– Sza­nowni pa­sa­że­ro­wie Etru­rii... Na­ciesz­cie zmy­sły tym nie­zrów­na­nym trans­oce­anicz­nym spek­ta­klem – po­wie­dział śpiew­nie. – Wi­taj­cie w Fan­ta­stycz­nym Wę­drow­nym Te­atrze Me­fi­sto­fe­lesa, po­wszech­nie zna­nym jako Księ­ży­cowy Cyrk!

Błysk świa­teł ośle­pił mnie i przez chwilę mru­ga­łam, by po­zbyć się ciem­nych plam przed oczami. Mo­ment póź­niej blada jak duch pani Ha­rvey gwał­tow­nie wstała od na­szego stołu, a gdy Tho­mas wy­cią­gnął rękę, żeby ją pod­trzy­mać, tylko unio­sła trzę­sącą się dłoń.

Po­dą­ży­łam wzro­kiem za jej spoj­rze­niem i przy­gry­złam ję­zyk tak mocno, że po­czu­łam w ustach smak mie­dzi. Panna Pre­scott – młoda ko­bieta, która za­le­d­wie chwilę wcze­śniej biła brawo z za­chwytu – le­żała nie­ru­chomo z twa­rzą na stole, w ka­łuży krwi, a w jej osło­nię­tych ak­sa­mi­tem ple­cach tkwił nie­mal tu­zin noży.

Wpa­try­wa­łam się w pannę Pre­scott, cze­ka­jąc, aż ode­tchnie albo drgnie. Li­czy­łam na to, że unie­sie głowę i wy­buch­nie śmie­chem, bo wy­strych­nęła nas na dudka, ale to były płonne na­dzieje.

Panna Pre­scott na­prawdę nie żyła.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki