Jak u siebie - Izabella Frączyk - ebook + książka

Jak u siebie ebook

Izabella Frączyk

4,5

Opis

Eliza ma wszystko, czego chce - stabilny związek, niewielkie mieszkanie na warszawskiej Starówce i wymarzoną pracę w zawodzie pielęgniarki w ekskluzywnym domu seniora na Marcowym Wzgórzu. Zadowolona z egzystencji spokojnie żyje z dnia na dzień, dopóki jedna z podopiecznych nie postanawia obdarować jej spadkiem. Wskutek nieporozumienia Eliza staje się właścicielką zrujnowanego hotelu o dość wątpliwej reputacji. Mimo fachowej pomocy przyjaciółki, poukładany świat w jednej chwili staje na głowie…
Podczas gdy wszyscy wokół są przekonani, że odziedziczyć można wyłącznie złote góry, bohaterce przychodzi stawić czoła wyzwaniom, o jakich jej się nie śniło.

Izabella Frączyk - absolwentka Akademii Ekonomicznej w Krakowie oraz Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych w Warszawie. Pisarstwem zajmuje się od 2009 roku. Dotychczas wydała kilkanaście poczytnych powieści obyczajowych, m.in. trylogię "Stajnia w Pieńkach" oraz dwutomową sagę "Śnieżna Grań". Jej ostatnia powieść "Kobiety z odzysku. Trudne wybory" to napisana na prośbę czytelniczek kontynuacja wydanej w 2011 roku bestsellerowej powieści "Kobiety z odzysku", którą podbiła ich serca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 400

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (60 ocen)
39
16
4
0
1

Popularność




Copyright © Izabella Frączyk, 2014

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© PopTika/Shutterstock.com;

Traveller70/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978–83–7961–754–5

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rozdział 1

No, nie rycz już, no proszę cię! Jutro po pogrzebie zrobi ci się lepiej, zobaczysz – pocieszała przyjaciółkę Iga.

Spojrzała nazapłakaną twarz Elizy, westchnęła ciężko isięgnęła dotorebki po kolejną paczkę chusteczek higienicznych.

–Myślisz? – chlipnęła cicho zrozpaczona Eliza. – Wątpię. Ona była mi bardzo bliska… Wyjątkowa. Uwielbiałam ją! Nie wiem, jak pójdę dopracy! Wszystko tam będzie mi ją przypominać…

–Moja droga, jeśli będziesz tak mocno przeżywać śmierć każdego pensjonariusza, wykończysz się szybciej, niż myślisz. Jeśli tak ma to wyglądać, to chyba minęłaś się zpowołaniem. Może czas pomyśleć ozmianie zawodu? Jak widać, robota pielęgniarki wdomu spokojnej starości to dla ciebie zbyt duże obciążenie. Nie wolno ci tak bardzo zżywać się zpacjentami!

–Przecież wiem. Ale Ludwika…

–Eliza, proszę! Ona miała dziewięćdziesiąt cztery lata! Przeżyła szmat czasu wewzględnym zdrowiu izwyczajnie umarła zestarości. Żeby spokojnie odejść weśnie, trzeba mieć tam wgórze naprawdę niezłe chody. Każdy by tak chciał.

–Ale przecież wszyscy się nanią wypięli! Nie miała nikogo! Niby gdzieś syna, ale nawet nie chciała onim wspominać. Była mi jak babcia, której nigdy nie znałam. Ech, straszna szkoda… Już nic nie będzie takie jak dawniej – westchnęła Eliza.

Nie miała wPolsce nikogo bliskiego. Cała jej rodzina wyemigrowała kilkanaście lat wcześniej doAustralii, ale ona, mimo gorących nalegań rodziców, postanowiła pozostać wkraju przynajmniej dozakończenia nauki wwymarzonej szkole. Podobno naantypodach wykwalifikowane pielęgniarki opłacano doskonale, niemniej jednak Eliza, tuż po otrzymaniu dyplomu, podjęła pracę wpaństwowym warszawskim szpitalu. Początkowy entuzjazm inastrój, podładowane ideałami, prawie natychmiast przyćmiły protesty strajkującego białego personelu. Pensje wsłużbie zdrowia wołały opomstę donieba, aprzyjęcie choćby czekoladek odwdzięcznego pacjenta mogło zwiastować spore kłopoty. Po roku odukończenia szkoły Eliza czuła się zniechęcona irozgoryczona. Cięcie etatów przez dyrekcję sprawiło, że przemęczone pielęgniarki podpierały się nosem. By jakoś związać koniec zkońcem, prześcigały się wbraniu prywatnych nocnych dyżurów, co docelowo nie wpływało dobrze ani nastan ich zdrowia, ani nasamopoczucie.

Propozycja zatrudnienia wdomu spokojnej starości trafiła się Elizie jak przysłowiowej ślepej kurze ziarno. Oile dziewczyna była doskonałą pielęgniarką, świetną wswoim fachu, otyle coś takiego jak siła przebicia wjej przypadku nie istniało. Albo nie miała jeszcze otym pojęcia. Przez blisko trzydzieści wiosen Eliza wiodła poukładane życie, mijające bez większych niespodzianek. Dotychczas nie musiała wykazywać się przebojowością, bo właściwie odzawsze wszystko układało się samo. Oczywiście mogła podjąć radykalną decyzję idołączyć dorodziny w Australii, ale nie miała ochoty narewolucję. Miło było mieć świadomość, że gdzieś tam, daleko, istnieje zaplecze, ale wsumie tutaj nie było naco narzekać. Eliza zajmowała urocze mieszkanko naStarówce, które zostawili jej rodzice, zarabiała nautrzymanie, choć pewnie winnym kraju ztakiej samej pracy żyłaby owiele wygodniej. Tyle że kochała Polskę, swoje warszawskie życie, no iswoją pracę. Namiejscu miała staruszków izawsze niezawodną Igę. Jako całkiem atrakcyjna naturalna brunetka, Eliza nie narzekała nabrak powodzenia upłci przeciwnej, niemniej jednak obracając się wwiększości wgronie żonatych medyków, całkowicie uodporniła się naich awanse. Status kochanki jej nie odpowiadał, akawalerów było wjej środowisku jak nalekarstwo. Owszem, smalił doniej cholewki pewien atrakcyjny iświetnie zapowiadający się młody chirurg, ale gdy po bliższym poznaniu uznała, że większego bufona świat nie widział, szybko zakończyła znajomość.

Jakoś wcześniej nie spotkała naswojej drodze nikogo, kto skradłby jej serce albo choć zatrzymał się wnim nadłużej. Gdy jej koleżanki zosiedla chodziły napierwsze randki, ona zakuwała anatomię wżeńskiej szkole. One szalały nadyskotekach, ona wramach praktyk zmieniała pościel naszpitalnych łóżkach. Ale nie narzekała. Realizowała marzenia, odktórych nikt oraz nic nie było jej wstanie odwieść. Nawet rozstanie zrodziną.

Oile praca wszpitalu nieco podcięła jej skrzydła, otyle praca wdomu seniora naMarcowym Wzgórzu angażowała ją wcałości. Eliza już odpierwszego dnia zabrała się dopracy zzapałem, szybko stając się ulubienicą większości leciwych pensjonariuszy. Zazwyczaj były to osoby dość majętne, które nie chciały swą starością sprawiać kłopotu rodzinom, albo natyle dbałe osamopoczucie, by zamieszkać wmiejscu, które zapewniało im towarzystwo rówieśników, fachową opiekę medyczną iszeroki wachlarz rozrywek adekwatnych dowieku. Żyli komfortowo iwygodnie, wśród udogodnień zależnych odgrubości portfela. Dotego wośrodku znajdował się pełnowymiarowy basen, luksusowe centrum rehabilitacji, atakże pełne zaplecze sportowe. Wykwalifikowana kadra instruktorów proponowała seniorom urozmaicony program, mający nacelu zapewnienie im nastare lata jak najlepszej kondycji. Nie bez znaczenia był szeroki wybór rozrywek intelektualnych.

Słowem – Eliza uwielbiała pracę zestaruszkami, aoni uwielbiali ją. Oczywiście gremialnie załamywali ręce nad jej wolnym stanem inon stop swatali ją zeswoimi wnukami, siostrzeńcami ibratankami. Dosłownie podtykano jej pod nos przeróżne kandydatury, ale ona jakoś nie była zainteresowana. Choć Leszek, wnuk jednego znajmilszych pensjonariuszy, zainteresował ją cokolwiek. Aprzynajmniej natyle, by umówić się znim nakolację. Wielkie uczucie przy tej okazji nie wybuchło, ale miło spędzili czas. Błyskawicznie odnaleźli wspólny język izaczęli nadawać natej samej fali. Chłopak, podobnie jak Eliza, wcale nie miał parcia nastały związek, niemniej jednak, nękany przez rodzinę wsprawie ożenku, postanowił postawić zasłonę dymną. Eliza, zmęczona nieustannym nagabywaniem, ochoczo przyklasnęła pomysłowi. Dla zmylenia przeciwnika, czyli grupy spiskujących staruszków, postanowili stworzyć coś napodobieństwo pary. Ustalili, że raz natydzień Leszek będzie przyjeżdżał po nią dopracy, oczywiście zkwiatami iobowiązkowym całusem pośrodku korytarza naoczach wszystkich. Pomysł okazał się strzałem wdziesiątkę, asprytnej dwójce nie wiedzieć kiedy zaczęło być zesobą coraz lepiej. Po pół roku znajomości Eliza iLeszek zostali parą naprawdę. Może łączące ich uczucie nie nasuwało skojarzeń zwystrzałami fajerwerków istadami trzepoczących motyli, ale mieściło się wdefinicji przyzwoitego związku dwojga uczciwych ludzi, którzy darzą się szacunkiem, podobają się sobie nawzajem iwłaśnie są wtrakcie tworzenia solidnych podstaw, by wprzyszłości zbudować coś więcej.

Eliza była wreszcie szczęśliwa. Czuła się spełniona. Prywatnie izawodowo. Wperspektywie pojawił się pomysł wspólnego zamieszkania, ale narazie idea pozostawała wzawieszeniu. Wpracy – huk roboty. Dwie koleżanki rozchorowały się nagrypę, trzecia zaś właśnie była wciąży ifatalnie się czuła, więc chwilowo ouwiciu wspólnego gniazdka nie mogło być mowy. Eliza dwoiła się itroiła, by załatwić jakieś zastępstwo zakoleżanki, ale bezskutecznie. Nawet dyrekcja ośrodka nie wskórała zbyt wiele. Wszystkie agencje outsourcingowe wsezonie grypowym notowały braki wpersonelu, więc nie pozostawało nic innego, jak przenieść się dopokoiku naterenie pensjonatu idbać opodopiecznych po godzinach, zdoskoku.

Mimo wszystko Eliza zawsze miała dla nich czas. Iniezmierzone pokłady cierpliwości, gdy pod pewnymi względami bywali gorsi ibardziej wymagający niż dzieci.

Upodobała ją sobie zwłaszcza pani Ludwika, leciwa dystyngowana dama, która zwykła swą opiekunkę traktować jak wnuczkę. Ta zaś przepadała zatowarzystwem uroczej starowinki iczęsto po godzinach poświęcała jej sporo wolnego czasu. Dostojeństwo nie przeszkadzało pani Ludwice uchodzić zaindywiduum wysoce oryginalne. Bogatym życiorysem mogła obdzielić tuzin osób. Była czterokrotnie zamężna. Wywodziła się zarystokratycznej rodziny, której imponujące drzewo genealogiczne (oile starszej pani można było wierzyć) sięgało niemal średniowiecza. Ponoć Ludwika zamłodu buntowała się przeciwko własnym korzeniom, aswoją miłość dokoni realizowała wcyrku jako woltyżerka, oczywiście kuwielkiemu oburzeniu statecznych przodków. Podczas drugiej wojny światowej wstąpiła doAK, gdzie ktoś pod wrażeniem jej niezwykłej urody wpadł napomysł, by uczynić zniej szpiega. Oficer SS, któremu ją podstawiono, natychmiast połknął haczyk. Eliza mogła mieć wątpliwości odnośnie dopodkoloryzowanych opowieści ekscentrycznej podopiecznej, ale musiała przyznać, że nazdjęciach zmłodości Ludwika prezentowała się wręcz olśniewająco. Nowa znajomość dość szybko przerodziła się wgorącą miłość iwielką namiętność; ślub odbył się po kilku miesiącach. Niestety, po roku szczęśliwego pożycia małżonek dokonał żywota wtajemniczych okolicznościach, amłoda wdówka pogrążyła się wżałobie. No ale wojna to wojna – narozdrapywanie ran nie było czasu – ikolejny mąż, tym razem dużo starszy, pojawił się jeszcze przed jej zakończeniem. Był wybitnym reporterem iuwielbiał awanturnicze życie. Ludwika nie pozostawała wtyle, towarzysząc mężowi, kiedy tylko się dało. Pod koniec życia żałowała, że nie spisała ich przygód. Drugiego męża również przeżyła, ztrzecim się rozwiodła; to właśnie znumerem trzecim doczekała się potomka, októrym nie lubiła wspominać. Mąż nastawił syna przeciwko niej, acałkiem już duży chłopak zdecydował, że po rozwodzie nie chce mieszkać zmatką. Wyjechał zojcem zagranicę nastałe iwszelki słuch onich zaginął. Ostatni ślubny Ludwiki, wreszcie ten odpowiedni, był prawdziwym hrabią zherbem ipielęgnowanym wspomnieniem ozrujnowanym majątku zaobecną wschodnią granicą, gdzie urzędował teraz lokalny kołchoz oraz koło gospodyń. Małżonkowie doczekali sędziwego wieku, wspólnie prowadząc rozliczne interesy przez ponad trzydzieści lat. Po śmierci męża staruszka spieniężyła nieruchomości, część funduszy zainwestowała iprzeniosła się naMarcowe Wzgórze. Przynajmniej tak brzmiała wersja oficjalna.

–Ity wto wszystko wierzysz? – zapytała kiedyś Iga, dosłownie nakilka dni przed śmiercią pani Ludwiki.

–Adlaczego mam nie wierzyć? Nie wygląda nasklerotyczkę, choć zdarza jej się powtarzać. Czasem się gubi wszczegółach, ale generalnie wszystko trzyma się kupy. Ech, te dziadki! – roześmiała się Eliza. – Auciebie co? Jak praca? Ruszyło się coś?

–Szkoda gadać! Szukam iszukam. Wysyłam irozsyłam. Rozsyłam iwysyłam. Przecież ci ludzie nie wiedzą, czego chcą! Jako wykwalifikowany menedżer wrestauracji czy kawiarni nie muszę chyba mieć skończonych pięciu fakultetów, znać biegle sześciu języków, być jednocześnie intendentem, szefem kuchni, barmanem, kelnerką, szatniarką, sprzątaczką, pomywaczką, kierowcą idostawcą? – rozżaliła się Iga.

–Orany.

–Ajeszcze trafiłam naszefa, który kupuje surowce nawyprzedażach, apóźniej mnie obciąża kosztami przeterminowanego żarcia! Jak Boga kocham, mam już tego powyżej uszu! – Iga przejechała dłonią nawysokości czoła. – Opotąd!

Eliza wręcz ją ubóstwiała. Znały się jeszcze zeszkoły pielęgniarskiej. Razem rozpoczęły edukację, ale Iga dość szybko zorientowała się, że minęła się zpowołaniem, iniezwłocznie przeniosła się dotechnikum gastronomicznego. Pewna wiedza teoretyczna nabyta wpierwszej placówce przydawała się jej wprawdzie, ale skuteczne zarządzanie lokalem wymaga przede wszystkim praktyki irutyny. Nawet późniejsze studia ekonomiczne nie uczyniły zniej menedżera wysokiej klasy. Doświadczenia narazie nie miała zbyt bogatego, choć przez kilka ostatnich lat ciężko tyrała nawymarzoną pozycję wbranży. Obecnie była mężatką zkilkuletnim stażem, co nieco komplikowało jej zawodowe aspiracje. Praca wzupełnie innych godzinach przez większość tygodnia sprawiała, że praktycznie mijali się zMaćkiem.

Również wprzypadku Igi młodzieńcze marzenia iwyidealizowana dorosłość nijak się miały dozaistniałej rzeczywistości. Dziewczyna oddawała pracy większość siebie iuwielbiała to, co robi, niestety, bez wzajemności. Po ostatniej kłótni zszefem uznała, że miarka się przebrała, ipostanowiła natychmiast odejść. Natychmiast, czyli odrazu, jak tylko znajdzie coś lepszego. Szczerze nienawidziła aktualnego przełożonego, ale mając nawzględzie chwilowo niepewną pozycję zawodową męża, postanowiła nie fikać, tylko robić swoje ispokojnie rozglądać się zaokazją. Wkońcu byt istabilna sytuacja finansowa były jej celami nadrzędnymi, awobec braku planu B Iga nie mogła sobie pozwolić nafochy.

–Uwierz mi, robię, co mogę, ale wmojej branży wszyscy się znają jak łyse konie inietrudno owilczy bilet. Wystarczy, żeby ten złośliwy cymbał rozpuścił wici, że mnie zwolnił, bo go okradłam.

–Przecież to nieprawda – oburzyła się Eliza.

–No jasne, że nieprawda. Tyle że nie mam wpływu nato, co powie ta szemrana szuja. On doskonale wie, że wnaszym małym światku wystarczy drobne pomówienie wtemacie nieuczciwości imasz pozamiatane naamen.

–Nawet jak jesteś uczciwa?

–Kochana, aczy ty byś powierzyła własny interes osobie zetykietką złodzieja?

–Nno nie… – zająknęła się Eliza.

–Zatem sama widzisz. Muszę być ostrożna. Nie po to zasuwałam tyle lat izarywałam noce, adotego siedziałam wzadymionych salkach ijako bierny palacz traciłam zdrowie. Zadużo poświęciłam, żeby teraz przez jakiegoś pazernego kretyna stracić dobre imię.

–To niesprawiedliwe!

–Takie życie, moja droga. Ty przynajmniej masz spokój. Poużerasz się trochę ztymi twoimi dziadkami, pogadasz opogodzie iciśnieniu atmosferycznym. Odczytasz im wskazania barometru, żeby każdy wiedział wcześniej, kiedy ma go reumatyzm wykręcać, no ityle. Prześpisz noc irano apiać to samo.

–Ale ja lubię moją pracę. Tak jak ty swoją.

–No właśnie. Każda znas ma to, czego chciała. Zewszystkimi plusami iminusami – podsumowała Iga. – Nie wiem, jak ty, ale przede mną daleka droga. Jeszcze nikt nie zaufał mi natyle, bym mogła rozwinąć skrzydła nacałego.

–Oj, kochana, takiego frajera to chyba zeświecą szukać… – Eliza roześmiała się wgłos.

–Nie frajera, tylko… Ja ztobą nie wytrzymam! – Iga próbowała zachować powagę, ale nic ztego. Również parsknęła śmiechem.

–Matko, ale znas para!

Sytuacja została rozładowana nadobre. Przyjaciółki jak zwykle działały nasiebie jak balsam. Tylko wewłasnym dwuosobowym gronie czuły się naprawdę swobodnie. Mogły sobie nawtykać bez obaw, że znienawidzą się natychmiast. Jeśli Iga kupiła fatalne buty iwyglądała wnich koszmarnie, Eliza waliła jej prawdę woczy bez jakichkolwiek konsekwencji typu „obrażę się naśmierć iżycie”. Podobnie wdrugą stronę – zawsze mogła liczyć naszczerą iobiektywną opinię. Ta przyjaźń była największym skarbem.

Dlatego właśnie wdniu śmierci pani Ludwiki Eliza jak wdym pobiegła wypłakać się naramieniu Igi. Wprzeciwieństwie doniej samej przyjaciółka wyglądała zabójczo. Wysokie szpilki wzestawieniu zklasyczną, ale nie zakrótką ciemną mini genialnie wyeksponowały smukłe nogi, adopasowana wizytowa bluzka podkreśliła atrakcyjny dekolt. Jasne włosy, zebrane wgładki koczek, wydobyły owal twarzy.

–Nie ma co, atrakcyjna babeczka zciebie… – chlipnęła Eliza.

Mimo przepełniającego ją żalu nie mogła zignorować faktu, że Iga prezentuje się bez pudła.

–Weź przestań! – fuknęła tamta, choć widywała koleżankę wlepszych odsłonach.

Eliza wyglądała jak zkrzyża zdjęta. Długie ciemne włosy, rozjaśnione delikatnie nieco jaśniejszymi pasemkami, zwykle schludnie upięte lub zaczesane, dziś były posklejane wnieciekawe strąki. Zwisały wtotalnym nieładzie. Gdy zadzwonił lekarz dyżurny zhiobową wieścią, właśnie miała wejść pod prysznic, ale straciła ochotę dozajęcia się sobą – tak jak stała narzuciła nasiebie kitel ipobiegła naoddział.

Pech chciał, że następnego dnia znów czekał ją samotny dyżur, aoprócz codziennych obowiązków spadły nanią sprawy związane zorganizacją pochówku Ludwiki. Ponury dzień przeleciał jak zbicza strzelił idopiero wieczorem Eliza zorientowała się, że jest głodna. Waneksie kuchennym przeznaczonym dla personelu medycznego przyrządziła sobie jajecznicę. Kiszki grały jej marsza, ale itak miała kłopoty zprzełknięciem choćby kęsa. Zmusiła się, apo kolacji jak nieżywa padła nałóżko. Miała pełną świadomość, że powinna się wykąpać, lecz całkiem opadła zsił.

–Przecież odtego się nie umiera. Mądrzy ludzie żyją wbrudzie – mruknęła pod nosem iostatkiem woli zwlokła się, by przynajmniej umyć zęby.

Ponownie opadła nałóżko wdyżurce idopiero teraz znalazła czas, by spokojnie pomyśleć, co się stało. Doskonale zdawała sobie sprawę, że pani Ludwika odeszła wspokoju, pogodzona zBogiem ilosem, ale dłużej nie potrafiła powstrzymać łez. Świadoma, że nazajutrz będzie wyglądać jak opuchnięty czerwonooki królik angorski, próbowała opanować cisnącą się dooczu żałosną fontannę, ale bez skutku. Wkońcu machnęła ręką; zmęczona ispłakana jak bóbr usnęła kamiennym snem.

Zpogrzebem nie poradziłaby sobie zapewne, gdyby nie pomoc dyrekcji Marcowego Wzgórza. Pozostało już tylko przyszykować ciemne ubranie iprzetrwać jakoś jutrzejszy dzień. Eliza nie spodziewała się wielu żałobników – cmentarz, naktórym miała być pochowana jej ulubiona podopieczna, był oddalony oddomu seniora oponad trzydzieści kilometrów, zatem prawdopodobieństwo, że pojawią się tam inni pensjonariusze, było równe zeru. Zresztą wkaplicy naMarcowym Wzgórzu zamówiono mszę zaduszę zmarłej.

Odziana wskromną czerń Eliza stanęła nad otwartym grobem. Jak nazłość itak nie najlepsza listopadowa pogoda tego dnia popsuła się całkowicie. Silne wietrzysko niemiłosiernie tarmosiło nagimi gałęziami, strącając ostatnie, poczerniałe odpierwszych przymrozków liście. Deszcz zacinał ostro. Zziębnięta dziewczyna modliła się wduchu orychłe zakończenie ceremonii. Była zmarznięta, przewiana, zmoknięta icałkowicie zdołowana. Marzyła, by wreszcie złożyć kwiaty, zmówić pacierz, usiąść zakierownicą swojej corsy iodjechać.

Nie licząc jej samej, księdza igrabarzy, zmarłą przyszło odprowadzić wostatnią drogę zaledwie dwóch mężczyzn opoważnych twarzach. Jeden jest niewiele starszy ode mnie, zauważyła Eliza, posyłając mu przelotne spojrzenie. Uznała, że postawny, szczelnie owinięty szalikiem mężczyzna mimo ponurego spojrzenia prezentuje się przyzwoicie iwzbudza zaufanie. Drugi nieznajomy, dla odmiany wmocno podeszłym wieku, wgarniturze idługim ciemnym płaszczu wyglądał nadystyngowanego arystokratę. Całości wizerunku dopełniał elegancki kapelusz iwytworna laseczka zesrebrną kulką zamiast rączki.

Czyżby to któryś zmężów Ludwiki?

Napotkawszy jej wzrok, starszy mężczyzna ukłonił się iuprzejmie uchylił kapelusza. Eliza odkłoniła się iszybko odwróciła wzrok.

Po króciutkiej inader skromnej uroczystości, drżąc zzimna, skierowała się naparking. Zulgą zamknęła zasobą drzwiczki opla iodrazu uruchomiła silnik. Szyby waucie zaparowały, więc włączyła maksymalny nadmuch naprzednią szybę. Zagapiła się nazanikającą mgiełkę.

–Boże! – westchnęła ciężko, odczuwając nagłą ulgę, że już po wszystkim.

Nieboszczka Ludwika spokojnie spoczęła wgrobie, aEliza mogła powoli zaczynać nowy etap wżyciu. Bez pani Ludwiki. Zdawała sobie sprawę, że jej podopieczna była osobą nietuzinkową, która zażycia wywarła spory wpływ naświatopogląd nieco zagubionej opiekunki. Dała jej wyrazisty przykład, jak cieszyć się życiem, jak żyć natyle dobrze, by niczego nie żałować, azdrugiej strony – by mieć co wspominać. Eliza otarła wierzchem rękawiczki napływające dokącików oczu łzy ienergicznie wyjechała zparkingu.

Droga powrotna zajęła jej niewiele czasu. Aże wzięła sobie nadzisiaj wolne, odrazu skierowała się doswojego lokum.

Moje zmienniczki powinny wrócić dopracy niebawem, dumała, zbierając rzeczy doprania iprzygotowując czyste ubrania nakolejne dni. Rozejrzała się dokoła – zaniedbane przez ostatnie dni mieszkanko aż prosiło się ogruntowne porządki. Eliza uwielbiała czystość, ale tym razem doszła downiosku, że posprząta później. Teraz przetarła tylko szmatką meble iogarnęła jako tako kuchnię. Wyrzuciła dośmieci dwa uschnięte doniczkowe kwiatki iprzyrzekła sobie, że wprzyszłym tygodniu kupi nowe; naszczęście pozostałe rośliny dużo lepiej znosiły suszę imiały się całkiem dobrze. Eliza podlała je obficie ipobiegła dopobliskiego sklepiku po coś dojedzenia, ponieważ resztki zlodówki również wylądowały wśmieciach. Zazwyczaj stołowała się naMarcowym Wzgórzu, awdni wolne chodziła dopobliskiego bistra, ale dziś wybitnie nie miała ochoty najedzenie poza domem. Chwilowo nie potrzebowała ludzkiego towarzystwa, całej tej wszechobecnej wrzawy, zgiełku, głosów. Nawet nie chciało jej się zadzwonić doIgi, nie wspominając oLeszku. Dobrze, że rozumie, naczym polega moja praca, nie zadaje pytań inie robi kłopotów, westchnęła. Leszek, jako człowiek owysoko rozwiniętej empatii, zdawał sobie sprawę zaktualnych emocjonalnych rozterek swojej dziewczyny iani myślał się narzucać. Zdążył już poznać ją natyle, by wiedzieć, że zpewnymi sprawami lubiła rozprawiać się sama. Nie znosiła, gdy ktoś jej nadskakiwał, awsytuacji gdy ktokolwiek zaczynał się nad nią litować, wręcz dostawała szału. Odlitowania się nad bliźnimi była ona! Oczywiście owa litość ograniczała się wyłącznie doprzywołania rozklejonego pacjenta doporządku.

Eliza miała bowiem dar motywowania ludzi dowysiłku. Całą sobą sprawiała, że jej pacjenci zaczynali dawać zsiebie wszystko. Tak, jakby robili to dla niej. Nie miała pojęcia, skąd ta umiejętność, ale najwyraźniej jej podopieczni czuli się zobowiązani odpłacać jej zawysiłek. Niejednokrotnie słyszała odstaruszków, że gdy wchodzi dopokoju wdeszczowy dzień, jest tak, jakby nachwilę wychodziło słońce…

Teraz nalała gorącej wody dowanny. Niewielkie, chwilowo niedogrzane pomieszczenie błyskawicznie napełniło się parą. Nie chciała podkręcać centralnego ogrzewania, więc tylko uchyliła drzwi ienergicznie machając ręcznikiem, rozgoniła kłęby białej pary. Zulgą zrzuciła żałobny strój.

Stojąc przed lustrem wsamej bieliźnie, uważnie zlustrowała swoje nogi, których długość zawsze spędzała jej sen zpowiek. Co ztego, że proporcjonalne ikształtne, skoro zakrótkie! Oczywiście była to subiektywna opinia Elizy, bo jakoś oprócz niej nikt nie zauważał defektu. Wystarczył niewielki obcas, odpowiednio dobrana spódnica czy sprytny fason spodni, asylwetka nagle stawała się proporcjonalna icałkiem zgrabna. To samo dotyczyło biustu. Według właścicielki był on zbyt duży, więc sporo energii poświęciła nawykombinowanie odpowiednich staników. Gorseciarka po wysłuchaniu życzeń klientki popatrzyła nanią jak nakompletną wariatkę, ale zadanie wykonała, dobierając biustonosze optycznie zmniejszające walory, co przy szczuplutkiej talii dało wkońcu zadowalający Elizę efekt. Owszem, była bardzo krytyczna wobec własnego wyglądu, ale też starała się nie wariować natym punkcie. Była wystarczająco zapracowana, by nie doszukiwać się kolejnych mankamentów (których istnienia miała bolesną świadomość), uznając je zamało istotne, przynajmniej naobecnym etapie życia, kiedy nie miała czasu, by porządnie zjeść isię wyspać. Leszkowi się podobam ito jest najważniejsze, pomyślała.

Wyszła wreszcie zwanny, szczelnie opatuliła się puszystym szlafrokiem iwysuszyła włosy. Uważnie przyjrzała się swojej twarzy. Jasna cera, zwykle naturalnie zaróżowiona izdrowa, teraz wydawała się szara ipomięta. Zielonkawe oczy jakby straciły kolor, białka błyskały nienaturalną czerwienią. Wnajbliższych dniach muszę znaleźć czas naregulację brwi ihennę narzęsy, postanowiła. Ale to może zaczekać, aż wpracy wygrzebię się zobowiązków iwkońcu odbiorę zasłużone dni wolne.

Eliza zakropliła oczy preparatem ześwietlikiem, awłazienkowej szafce znalazła odklejoną zjakiejś babskiej gazety saszetkę zmaseczką natwarz. Nie przepadała zazabiegami upiększającymi, ale zdawała sobie sprawę, że wpewnym wieku to już, niestety, obowiązek. Starannie nałożyła kleisty specyfik, który po chwili wysechł iściągnął skórę tak bardzo, że Eliza miała wrażenie, że popęka ona przy kolejnym otwarciu ust. Przerażona postanowiła zmyć go natychmiast, ale podejrzana substancja pod wpływem wody stała się śliska iobrzydliwa wdotyku. Paniczne zabiegi usunęły wprawdzie ztwarzy paskudztwo, ale zakończyły się umazaniem włosów. No to mycie isuszenie odnowa!, pomyślała zła jak osa Eliza.

Gdy po raz kolejny wylądowała przed lustrem, ujrzała nie tylko kobietę zmęczoną, ale iwściekłą. Znatury nie cierpiała powtórnego wykonywania raz zrobionych rzeczy. Nawet samochodem starała się nie pokonywać dwa razy dziennie tej samej trasy. Takie alternatywne dojazdy sprawiły, że znakomicie znała miasto. Miało to swoje dobre strony, gdy trzeba było omijać korki.

Eliza zawsze była logiczna ipoukładana, czasem aż doprzesady. Leszek często pokpiwał ztej cechy. Niestety, gdy już nabierała ochoty naszaleństwo, zanic nie dawał się namówić nażaden mało rozsądny wybryk.