Jak świat stworzył Zachód. Cztery tysiące lat historii - Josephine Quinn - ebook + książka

Jak świat stworzył Zachód. Cztery tysiące lat historii ebook

Quinn Josephine

0,0
99,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dzieje dynamicznych relacji między społecznościami w ciągu czterech tysięcy lat.

Książka roku według „The Times” i „The Sunday Times”, „Observera”, „The Economist”, „Guardiana”, „BBC History” oraz „History Today”

Fundamentem Zachodu są idee i wartości zrodzone w starożytnej Grecji i Rzymie, które zniknęły z Europy w „wiekach ciemnych” i zostały odkryte na nowo w okresie renesansu. A jeśli to tylko część prawdy?

W tej śmiałej pracy Josephine Quinn przekonuje, że prawdziwa historia Zachodu jest znacznie bogatsza, niż każe nam wierzyć ten ugruntowany paradygmat. Spora część naszych wspólnych dziejów została zapomniana, zagłuszona przez powstałą w epoce wiktoriańskiej koncepcję odrębnych, zamkniętych w sobie „cywilizacji”.

Prowadząc nas od epoki brązu do epoki wielkich odkryć geograficznych, Josephine Quinn snuje w tej książce opowieść o tysiącleciach globalnych kontaktów i wymiany, które ukształtowały to, co dziś nazywa się Zachodem. Prowadząc nas od wynalezienia alfabetu przez lewantyńskich robotników w Egipcie po dotarcie indyjskich cyfr do Europy za pośrednictwem świata arabskiego, Quinn dowodzi, że rozpatrywanie społeczeństw w izolacji jest nie tylko przestarzałe, ale i błędne. Że motorem dziejów nie są odosobnione „cywilizacje”, ale kontakty i powiązania między ludźmi i społecznościami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 888

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Eri­chowi

Motto

„Nasza cywi­li­za­cja to ogromny gobe­lin sple­ciony z naj­roz­ma­it­szych ele­men­tów, w któ­rym nor­dycka zachłan­ność sąsia­duje z rzym­skim pra­wem, a nowe bur­żu­azyjne kon­we­nanse z relik­tami syryj­skiej reli­gii. W takiej tka­ni­nie nie ma sensu szu­kać nitki, która pozo­stała czy­sta, dzie­wi­cza i wolna od wpływu innych, pobli­skich nici”.

James Joyce, Ire­land, Island of Saints and Sages, 1907

Uwagi wstępne

W książce doty­czą­cej tak wielu ludów i miejsc, języ­ków i sys­te­mów pisma spój­ność kon­wen­cji zapisu jest nie­osią­galna. Sta­ra­łam się uni­kać nie­po­trzeb­nego zamie­sza­nia i czę­sto uży­wam nazw raczej zna­jo­mych niż ści­śle popraw­nych; z góry prze­pra­szam tych, któ­rzy wie­dzą lepiej. Wolę też okre­ślać ludy przez ich geo­gra­ficzne pocho­dze­nie niż domnie­maną przy­na­leż­ność etniczną, czę­sto kon­stru­owaną zresztą przez ich sąsia­dów lub nawet współ­cze­snych histo­ry­ków, i dla kla­row­no­ści wolę kon­krety od abs­trak­cji, a więc na przy­kład „Azję Zachod­nią” od „Bli­skiego Wschodu”. Uży­wam skró­tów „p.n.e.” i „n.e.”, a nie „przed Chr.” i „po Chr.”, gdyż tak mnie nauczono i z przy­zwy­cza­je­nia, a także aby unik­nąć stron­ni­czego okre­śle­nia anno Domini; twier­dzę zara­zem, że ten sys­tem nota­cji nie odwo­łuje się do fak­tycz­nie „naszej”, ale do „chrze­ści­jań­skiej” ery. Piszę wielką literą „Zachód”, „Wschód”, „Pół­noc” i „Połu­dnie”, kiedy mam na myśli kon­cep­cje, a nie strony świata. Prze­kłady, jeśli nie zazna­czono ina­czej, są mojego autor­stwa.

Wprowadzenie

Co roku w listo­pa­dzie sia­dam na sofie w swoim uczel­nia­nym gabi­ne­cie, żeby przej­rzeć tego­roczną por­cję podań na stu­dia, i czy­tam tę samą rzecz ujętą nie­mal dokład­nie w te same słowa: „Chcę stu­dio­wać świat antyku, bo Gre­cja i Rzym są korze­niami zachod­niej cywi­li­za­cji”.

Rozu­miem, dla­czego nie­któ­rzy z moich przy­szłych stu­den­tów tak wła­śnie to widzą. Sza­cowne źró­dła od Encyc­lo­pe­dia Bri­tan­nica po Wiki­pe­dię opi­sują roz­wój jedy­nej w swoim rodzaju, spe­cy­ficz­nie zachod­niej kul­tury zbu­do­wa­nej na ide­ach i war­to­ściach Gre­cji i Rzymu, stra­co­nych dla Europy pod­czas „wie­ków ciem­nych”, ale odkry­tych ponow­nie przez rene­sans. Nie­kiedy opo­wieść ta obej­muje także kra­iny i tek­sty biblijne, ale inne sta­ro­żytne „cywi­li­za­cje”, jeśli w ogóle zostały wspo­mniane, to tylko jako wyparte przez świat kla­syczny w nie­po­wstrzy­ma­nym mar­szu histo­rii i kul­tury na zachód.

Poprzed­nicy Gre­ków i Rzy­mian mogą być cie­kawi – a nawet godni podziwu – ale nie są „nasi”. Wszel­kie ich doko­na­nia zostały usu­nięte w cień przez wkład Gre­cji i Rzymu, któ­rym przy­pi­suje się wszystko, co dobre, od filo­zo­fii i demo­kra­cji po teatr i beton. Sąsie­dzi Gre­ków i Rzy­mian są kom­plet­nie igno­ro­wani, podob­nie jak póź­niej­sze kon­takty mię­dzy zachod­nimi Euro­pej­czy­kami a ludami żyją­cymi na pół­noc, połu­dnie i wschód od nich.

Mogli­by­ście sądzić, że jako pro­fe­sor histo­rii kla­sycz­nej zgo­dzę się z tym. Stu­dia nad świa­tem grecko-rzym­skim dają mi wiele satys­fak­cji, a przy­pi­sane Gre­kom i Rzy­mia­nom miej­sce w sercu idei „Zachodu” jest jed­nym z powo­dów, dla któ­rych moja dzie­dzina wciąż ist­nieje. Jed­nak trzy dekady naucza­nia i badań prze­ko­nały mnie, że nar­ra­cja sku­piona wyłącz­nie na Gre­cji i Rzy­mie zubaża nasz obraz prze­szło­ści, a także nasze rozu­mie­nie świata, w któ­rym żyjemy. Praw­dziwa histo­ria tego, co dziś nazy­wamy Zacho­dem, jest znacz­nie szer­sza i bar­dziej inte­re­su­jąca.

Po pierw­sze, Grecy i Rzy­mia­nie mieli wła­sną histo­rię, się­ga­jącą korze­niami innych miejsc i star­szych ludów, a więk­szość swo­ich idei i doko­nań tech­nicz­nych prze­jęli skąd­inąd: zbiory praw i lite­ra­turę z Mezo­po­ta­mii, kamienną rzeźbę z Egiptu, iry­ga­cję z Asy­rii, a alfa­bet z Lewantu. Byli tego świa­domi i szczy­cili się tym.

Grecy wie­dzieli też dosko­nale, że dzielą region śród­ziem­no­mor­ski z innymi – z Kar­ta­giń­czy­kami i Etru­skami, Ibe­rami oraz Izra­eli­tami – i że żyją obok potęż­niej­szych impe­riów na wscho­dzie. Ich legendy łączą grec­kich hero­sów z kró­lo­wymi, kró­lami i bogami obcych krain, zarówno rze­czy­wi­stych, jak i wyima­gi­no­wa­nych: Feni­cjan, Fry­gów, Ama­zo­nek. Zało­ży­ciel­ski mit Rzymu nato­miast czy­nił to mia­sto azy­lem dla zbie­gów, rzym­ski poeta Katul­lus mógł zaś sobie wyobra­żać, że podró­żuje z przy­ja­ciółmi do Indii, Ara­bii, Par­tii, Egiptu, a nawet do „Bry­tów na krańcu świata”1.

Po dru­gie, Grecy i Rzy­mia­nie w nie­wiel­kiej mie­rze wyzna­wali to, co dziś nazy­wamy zachod­nimi war­to­ściami. Prawdę mówiąc, znaczną część tego, co w oczach tych sta­ro­żyt­nych ucho­dziło za natu­ralne, my uzna­li­by­śmy za dziwne lub wręcz nie­do­pusz­czalne. Ateń­czycy prak­ty­ko­wali demo­kra­cję dla męż­czyzn, któ­rzy sła­wili uwo­dze­nie chłop­ców, pod­czas gdy ich kobiety wio­dły cichy żywot w ukry­ciu. Rzy­mia­nie masowo korzy­stali z pracy nie­wol­ni­ków, a dla roz­rywki oglą­dali publiczne egze­ku­cje.

I wresz­cie nie ma żad­nego wyraź­nego powią­za­nia mię­dzy sta­ro­żyt­nymi Gre­kami i Rzy­mia­nami a nowo­żyt­nym „Zacho­dem”: naro­do­wymi pań­stwami zachod­niej Europy oraz ich osad­ni­czymi kolo­niami za oce­anem. Sto­lica impe­rium rzym­skiego prze­nio­sła się w poło­wie pierw­szego tysiąc­le­cia n.e. do Kon­stan­ty­no­pola i pozo­stała tam na ponad tysiąc lat. Muzuł­ma­nie tym­cza­sem połą­czyli wie­dzę Gre­ków z nauką Per­sji, Indii i Azji Środ­ko­wej, roz­pro­wa­dza­jąc nowe wyna­lazki po Afryce, Ara­bii i Oce­anie Indyj­skim, pod­czas gdy żegla­rze na pół­noc­nych morzach i jeźdźcy na Wiel­kim Ste­pie trans­por­to­wali towary i idee z Chin do Irlan­dii.

Taki roz­le­gły świat roz­cią­ga­jący się od Pacy­fiku po Atlan­tyk młode narody zachod­niej Europy odzie­dzi­czyły w XV w. n.e., gdy wyru­szały ku nowemu. Te tysiąc­le­cia inte­rak­cji jed­nak w dużej mie­rze zostały zapo­mniane, zagłu­szone przez idee powstałe w epoce wik­to­riań­skiej, które podzie­liły świat na „cywi­li­za­cje”, odrębne i czę­sto sobie wro­gie.

Zamie­rzam opo­wie­dzieć odmienną histo­rię – taką, która nie roz­po­czyna się w grecko-rzym­skim Śród­ziem­no­mo­rzu i po wie­kach odra­dza w rene­san­so­wych Wło­szech, ale śle­dzi powią­za­nia, które od epoki brązu po epokę wiel­kich odkryć geo­gra­ficz­nych two­rzyły to, co dziś nazy­wamy Zacho­dem, kiedy spo­łecz­no­ści spo­ty­kały się, mie­szały ze sobą, a cza­sem roz­dzie­lały. Mówiąc ogól­niej, chcę dowieść, że to wza­jemne kon­takty, a nie cywi­li­za­cje, są moto­rem dzie­jów.

Cywi­li­za­cje są dziś tak powszech­nym spo­so­bem postrze­ga­nia świata, że mogą się wyda­wać pra­wem natury, uni­wer­sal­nym mode­lem orga­ni­za­cji spo­łe­czeństw ludz­kich. W rze­czy­wi­sto­ści są sto­sun­kowo nie­daw­nym euro­pej­skim wymy­słem, czę­ścią zja­wi­ska, które nazy­wam „optyką cywi­li­za­cyjną”.

Jesz­cze w XVIII wieku biblijna tra­dy­cja mówiąca, że cały świat został zalud­niony po poto­pie przez synów Noego, sprzy­jała inklu­zyw­nemu podej­ściu do prze­szło­ści: wszyst­kich ludzi łączyło wspólne pocho­dze­nie i wszy­scy nale­żeli do jed­nej rodziny2. „Odkry­cie” Nowego Świata i poja­wie­nie się chrze­ści­jań­skich misjo­na­rzy na całym glo­bie zaowo­co­wało fascy­nu­ją­cymi opo­wie­ściami o nowych ludach, które nale­żało sumien­nie wpa­so­wać w ten biblijny sche­mat3.

Cywi­li­za­cja wyło­niła się w dwóch fazach: w licz­bie poje­dyn­czej i mno­giej. Kiedy rze­czow­nika tego użyto po raz pierw­szy we Fran­cji w latach pięć­dzie­sią­tych XVIII wieku, ozna­czał on abs­trak­cyjną kon­cep­cję spo­łe­czeń­stwa na wyż­szym szcze­blu roz­woju4. Od lat sześć­dzie­sią­tych tegoż stu­le­cia jej orę­dow­ni­kami stali się szkoccy filo­zo­fo­wie, któ­rzy nakre­ślili stan­dar­dowy szlak ewo­lu­cji pro­wa­dzą­cej do tego peł­nego urze­czy­wist­nie­nia poten­cjału ludz­kiego, od łow­ców, poprzez paste­rzy i rol­ni­ków, po kup­ców i przemysłow­ców5. Jak wyja­śniał póź­niej bry­tyj­ski libe­rał John Stu­art Mill, miarą postępu ku tak rozu­mia­nej cywi­li­za­cji było powsta­nie rol­nic­twa, miast, prze­my­słu, tech­niki i han­dlu:

Jakie­kol­wiek byłyby cechy tego, co nazy­wamy dzi­ko­ścią, ich prze­ci­wień­stwo, a raczej cechy, jakich spo­łe­czeń­stwo nabiera, kiedy odrzuca tamte, sta­nowi cywi­li­za­cję. I tak dzi­kie ple­mię składa się z garstki jed­no­stek, wędru­ją­cych albo roz­pro­szo­nych z rzadka na roz­le­głej połaci terenu: gęstą popu­la­cję więc, zamiesz­ku­jącą stałe sie­dziby i sku­pioną w dużej mie­rze w mia­stach i wio­skach, okre­ślamy mia­nem cywi­li­zo­wa­nej. W sta­nie dzi­ko­ści nie ma albo pra­wie nie ma han­dlu, manu­fak­tur, rol­nic­twa: kraj bogaty w owoce rol­nic­twa, han­dlu i manu­fak­tur nazy­wamy cywi­li­zo­wa­nym6.

Tak rozu­miana cywi­li­za­cja w licz­bie poje­dyn­czej była teo­re­tycz­nie sta­nem, do któ­rego każda spo­łecz­ność ludzka mogła aspi­ro­wać przy odpo­wied­nich sta­ra­niach i edu­ka­cji, a wszyst­kie ludz­kie spo­łe­czeń­stwa można było usze­re­go­wać na pod­sta­wie ich suk­ce­sów na tym fron­cie1. W prak­tyce stan­dard wyzna­czała zachod­nia Europa. „Ele­menty te”, wyja­śnia Mill, „są obecne w nowo­żyt­nej Euro­pie, a zwłasz­cza w Wiel­kiej Bry­ta­nii, w znacz­nie więk­szej mie­rze i szyb­ciej się roz­wi­jają niż gdzie­kol­wiek czy kie­dy­kol­wiek indziej”7.

To abs­trak­cyjne poję­cie cywi­li­za­cji zapew­niło też cenne wspar­cie zachod­nio­eu­ro­pej­skiemu impe­ria­li­zmowi8. Mill, który przez ponad trzy­dzie­ści lat pra­co­wał dla Bry­tyj­skiej Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej, uwa­żał, że cywi­li­zo­wane spo­łe­czeń­stwa zasłu­żyły na prawo do wol­no­ści i suwe­ren­no­ści, które nie było udzia­łem spo­łe­czeństw mniej roz­wi­nię­tych9. Miały one obo­wią­zek poma­gać innym w ich wła­snej podróży tą samą drogą, ale, jak ujął to w roku 1859: „Despo­tyzm jest upraw­nioną metodą rzą­dze­nia bar­ba­rzyń­cami, byleby miał na celu polep­sze­nie ich losu”10.

Jesz­cze w XIX wieku nie było „cywi­li­za­cji” w licz­bie mno­giej, a tylko „cywi­li­za­cja”, i poglądy Milla sta­no­wią zwień­cze­nie tej pierw­szej fazy optyki cywi­li­za­cyj­nej. Jeśli cywi­li­za­cja była dla niego czymś podziel­nym, to tylko do pew­nego stop­nia. Jed­nak w cza­sach, w któ­rych two­rzył, oświe­ce­niowy uni­wer­sa­lizm oraz idea nie­ustan­nego postępu dzie­jo­wego ustę­po­wały już miej­sca par­ty­ku­la­ry­zmowi i rela­ty­wi­zmowi kul­tu­ro­wemu. Nie­któ­rzy uczeni zaczy­nali uży­wać formy mno­giej, „cywi­li­za­cje”, w zna­cze­niu okre­ślo­nych grup ludz­kich żyją­cych w kon­kret­nych miej­scach, z wła­sną odrębną histo­rią i trwa­łym cha­rak­te­rem, w obrę­bie któ­rych roz­wój był pro­ce­sem wewnętrz­nym i samo­rod­nym.

W 1828 roku fran­cu­ski histo­ryk i poli­tyk François Guizot wygło­sił na Sor­bo­nie cykl wykła­dów „Dzieje cywi­li­za­cji euro­pej­skiej”. W pierw­szym oma­wiał on „cywi­li­za­cję powszechną rodu ludz­kiego”11. W dru­gim jed­nak zwró­cił się ku „cywi­li­za­cjom” – poszcze­gól­nym prze­ja­wom tej powszech­nej cywi­li­za­cji, zwłasz­cza ku tym, które poprze­dzały cywi­li­za­cję „euro­pej­ską”, będącą głów­nym obiek­tem jego zain­te­re­so­wa­nia: mię­dzy innymi Hin­du­som, Etru­skom, Rzy­mia­nom i Gre­kom.

Miały one już wyraź­nie zary­so­wane cha­rak­tery: „Rzu­ciw­szy okiem na cywi­li­za­cje, które poprze­dziły cywi­li­za­cję euro­pej­ską now­szą”, mówi Guizot, „ude­rza natych­miast pewna jed­ność, która tam panuje. Zdaje się, iż one wypły­nęły z jed­nego fak­tum, z jed­nej idei […], która nią wła­dała i z któ­rej wypły­nęły insty­tu­cje, oby­czaje, wyobra­że­nia reli­gijne, sło­wem cały roz­wój”12. W Egip­cie na przy­kład była to teo­kra­cja, w Feni­cji zaś han­del.

Skie­ro­wało je to na inne drogi niż „z gruntu euro­pej­ską” cywi­li­za­cję cza­sów Guizota, wspólną dla Anglii, Fran­cji, Nie­miec i Hisz­pa­nii, któ­rej cechami szcze­gól­nymi były róż­no­rod­ność i wol­ność: „Gdy w innych cywi­li­za­cjach wyłączne pano­wa­nie […] jed­nej zasady, jed­nej formy było powo­dem tyra­nii, w now­szej Euro­pie roz­ma­itość żywio­łów porządku spo­łecz­nego, nie­moż­ność ich wyłą­cze­nia się wza­jem­nego zro­dziły swo­bodę”132. Tymi roz­ma­itymi żywio­łami były, według Guizota, Kościół chrze­ści­jań­ski, Rzy­mia­nie oraz „nie­okrze­sani bar­ba­rzyńcy ger­mań­scy”, któ­rzy przy­szli po nich.

Ilu­struje to kolejny aspekt euro­pej­skiej optyki cywi­li­za­cyj­nej: poszu­ki­wa­nie lokal­nych przod­ków kul­tu­ro­wych. Nie­któ­rzy, jak Guizot, spo­glą­dali ku Ger­ma­nom, Rzy­mowi i Kościo­łowi. Inni, na fali euro­pej­skiego „fil­hel­le­ni­zmu” wspie­ra­ją­cego grecką wojnę o nie­pod­le­głość prze­ciwko Tur­cji osmań­skiej (1821–1830), widzieli w tej roli Gre­ków. Przy­kła­dem tego podej­ścia jest zaska­ku­jące stwier­dze­nie wysu­nięte w 1846 roku przez samego Johna Stu­arta Milla, że zwy­cię­stwo Ateń­czy­ków nad Per­sami pod Mara­to­nem było jed­nym z naj­waż­niej­szych wyda­rzeń w dzie­jach… Anglii:

Praw­dzi­wymi przod­kami naro­dów Europy nie są (jak się słusz­nie mawia) ci, z któ­rych krwi wyro­sły, ale ci, od któ­rych wzięły naj­bo­gat­szą część swego dzie­dzic­twa. Bitwa pod Mara­to­nem, nawet z per­spek­tywy angiel­skiej histo­rii, jest waż­niej­sza niż bitwa pod Hastings. Gdyby wynik tam­tego dnia był odmienny, Bry­to­wie i Sasi być może wciąż wędro­wa­liby po lasach14.

Bez względu na pre­fe­ro­wane wzorce histo­ryczne dzie­więt­na­sto­wieczni inte­lek­tu­ali­ści euro­pej­scy coraz bar­dziej sku­piali się raczej na cywi­li­za­cjach niż na cywi­li­za­cji i raczej na iden­ty­fi­ko­wa­niu oraz hie­rar­chi­zo­wa­niu cech kul­tu­ro­wych wła­ści­wych poszcze­gól­nym spo­łe­czeń­stwom niż na ich postę­pach na dro­dze ku wspól­nemu ide­ałowi czło­wie­czeń­stwa. Kul­tury w takim uję­ciu były nie tylko odse­pa­ro­wane od sie­bie, ale i miały natu­ralne limity swego roz­woju. Z cza­sem pomo­gło to uspra­wie­dli­wić bar­dziej bru­talne formy impe­rial­nych rzą­dów nad ludami postrze­ga­nymi już wtedy jako z gruntu odmienne i gor­sze15. Impe­rium nie miało odtąd natu­ral­nego końca.

Dostrze­ga­nie róż­nic mię­dzy poszcze­gól­nymi ludami nie było, rzecz jasna, niczym nowym, podob­nie jak rado­sne odkry­cie, że cha­rak­ter wła­snego ple­mie­nia oka­zuje się obiek­tyw­nie naj­bar­dziej atrak­cyjny. Nowo­ścią było jed­nak kon­stru­owa­nie ogól­nej kla­sy­fi­ka­cji ludz­kich kul­tur. Sprzy­jała temu inna popu­larna kon­cep­cja, która poja­wiła się mniej wię­cej w tym samym cza­sie: że ludzi można podzie­lić na „rasy”, róż­niące się pod wzglę­dem natu­ral­nych uzdol­nień i inte­li­gen­cji, któ­rych ewo­lu­cję zde­ter­mi­no­wały – albo ogra­ni­czyły – owe wro­dzone bio­lo­giczne cechy16. Rasy te sze­re­go­wano następ­nie w roz­ma­ite sys­temy oparte na kolo­rze skóry, które loko­wały na samym dole Austra­lij­czy­ków, po nich nato­miast, w tej kolej­no­ści, Afry­ka­nów i miesz­kań­ców Azji Wschod­niej, na szczy­cie zaś Euro­pej­czy­ków.

Idea cywi­li­za­cji euro­pej­skiej bywała mimo wszystko pro­ble­ma­tyczna. Wielu euro­pej­skich osad­ni­ków w mło­dych Sta­nach Zjed­no­czo­nych widziało w ame­ry­kań­skiej rewo­lu­cji rady­kalne zerwa­nie ze Sta­rym Świa­tem. Tym­cza­sem wśród tych, któ­rzy pozo­stali na miej­scu, stop­niowo nara­stały wąt­pli­wo­ści co do Rosji. Atrak­cyjną alter­na­tywą był „Zachód”, poję­cie bar­dziej ela­styczne, któ­rego można było uży­wać obok albo zamiast „Europy”. Mogło obej­mo­wać, wedle uzna­nia, mniej­szą albo więk­szą część Europy i roz­cią­gać się na euro­pej­skie kolo­nie za oce­anem17.

Ów „Zachód” funk­cjo­no­wał obok rów­nie ela­stycz­nego poję­cia „Wschodu”. W XIX wieku gra­nicę mię­dzy nimi wyzna­czały czę­sto poli­tyczne podziały w łonie Europy: w 1834 roku bry­tyj­ski mini­ster spraw zagra­nicz­nych, wiceh­ra­bia Pal­mer­ston, okre­ślił koali­cję Wiel­kiej Bry­ta­nii, Fran­cji, Por­tu­ga­lii i Hisz­pa­nii jako „sojusz mię­dzy kon­sty­tu­cyj­nymi pań­stwami Zachodu” i „prze­ciw­wagę dla Świę­tego Przy­mie­rza Wschodu”: Rosji, Prus i Austrii. Podobny kon­trast poja­wił się w wewnątrz­ro­syj­skich spo­rach mię­dzy „okcy­den­ta­li­stami” i „sło­wia­no­fi­lami”, a wojna krym­ska z 1854 roku wzmoc­niła pogląd o róż­nicy mię­dzy Rosją (tym razem dzia­ła­jącą w poje­dynkę) oraz resztą18.

Ten sam binarny podział można było zasto­so­wać także do rasy i reli­gii, i nie tylko na linii styku mię­dzy Europą a Azją. W 1891 roku Edward Fre­eman, pro­fe­sor histo­rii nowo­żyt­nej w Oks­for­dzie, opu­bli­ko­wał The History of Sicily, w któ­rej przy­wo­łał te same fun­da­men­talne kon­tra­sty mię­dzy jej sta­ro­żyt­nymi grec­kimi i fenic­kimi miesz­kań­cami, a póź­niej mię­dzy tam­tej­szymi chrze­ści­ja­nami i muzuł­ma­nami:

Siłą roz­strzy­gnąć trzeba było kwe­stię […], czy ta cen­tral­nie poło­żona wyspa na cen­tral­nie poło­żo­nym morzu nale­żeć ma do Zachodu czy do Wschodu, do ludzi o aryj­skim czy o semic­kim rodo­wo­dzie. I jak zawsze, ile­kroć do gry wcho­dzą Semici, kon­flikt rasowy od początku zaostrzał też kon­flikt na tle wiary. O Sycy­lię, ten przy­czó­łek Europy, trzeba było wal­czyć, naj­pierw z Feni­cja­nami, a póź­niej z Sara­ce­nami19.

Optyka cywi­li­za­cyjna i Zachód powoli połą­czyły się w kon­cep­cję „cywi­li­za­cji zachod­niej”, któ­rej cechami szcze­gól­nymi były demo­kra­cja i kapi­ta­lizm, wol­ność i tole­ran­cja, postęp i nauka20. Była ona z gruntu chrze­ści­jań­ska i opie­rała się na tra­dy­cji biblij­nej, ale rzym­ski Kościół i grecki Nowy Testa­ment pomo­gły wpleść Gre­cję i Rzym w jądro tej opo­wie­ści. W 1912 roku wykła­dowca z Cam­bridge J.C. Sto­bart mógł roz­po­cząć swój popu­larny tom na temat minio­nej świet­no­ści Rzymu, The Gran­deur That Was Rome – dopeł­nie­nie wyda­nego rok wcze­śniej dzieła The Glory That Was Gre­ece – dumną dekla­ra­cją: „Ateny i Rzym stoją obok sie­bie jako rodzice zachod­niej cywi­li­za­cji”21.

W XX wieku wyima­gi­no­wane gra­nice cywi­li­za­cji zachod­niej nie prze­stały się prze­su­wać. „Żela­zna kur­tyna”, która opa­dła na Europę w 1945 roku, wyty­czyła nową gra­nicę ze strefą sowiec­kich inte­re­sów, a Zachód stał się punk­tem zbor­nym soju­szu Sta­nów Zjed­no­czo­nych i państw zachod­niej Europy22. Wyda­rze­nia z wrze­śnia 2001 roku pomo­gły na nowo utoż­sa­mić Wschód ze świa­tem islamu, ale kiedy piszę tę książkę, wojna w Ukra­inie znów kom­pli­kuje obraz.

Zmie­nił się rów­nież spo­sób pisa­nia o cywi­li­za­cjach. W poło­wie XX wieku pro­ste hie­rar­chie wyszły z mody zastą­pione przez opra­co­wa­nia o pozor­nie neu­tral­nym podej­ściu, raczej porów­nu­jące niż sze­re­gu­jące roz­ma­ite cywi­li­za­cje23. Były one wciąż postrze­gane jako odrębne twory. W 1963 roku wielki fran­cu­ski histo­ryk regionu śród­ziem­no­mor­skiego Fer­nand Brau­del opu­bli­ko­wał pod­ręcz­nik szkolny Gra­ma­tyka cywi­li­za­cji, w któ­rym suge­ro­wał, że „cywi­li­za­cje” mają swój wła­sny cha­rak­ter oraz „men­tal­ność zbio­rową”24. Był otwarty na pogląd, że powierz­chow­nie są one nie­szczelne: „Na pierw­szy rzut oka każda cywi­li­za­cja przy­po­mina dwo­rzec towa­rowy, na któ­rym bez prze­rwy eks­pe­diuje się i przyj­muje paczki o naj­róż­niej­szej zawar­to­ści”. Nie­mniej róż­nice mię­dzy nimi sta­no­wią „nie­zwy­kle odporne na dzia­ła­nie czasu” cechy, które „zmie­niają się bar­dzo powoli, prze­obra­żają po dłu­gich, mozol­nych, nie­uświa­da­mia­nych przy­go­to­wa­niach”25.

Poko­le­nie póź­niej koniec zim­nej wojny przy­niósł nowe wcie­le­nie optyki cywi­li­za­cyj­nej. W 1996 roku poli­to­log z Harvardu Samuel P. Hun­ting­ton uznał cywi­li­za­cje za wyróż­nik nowej epoki, argu­men­tu­jąc, że naj­waż­niej­sze podziały mię­dzy­ludz­kie mają teraz cha­rak­ter raczej kul­tu­rowy i reli­gijny niż poli­tyczny czy eko­no­miczny. Wyróż­nił dzie­więć nowo­żyt­nych cywi­li­za­cji o geo­gra­ficz­nych i reli­gijnych ety­kiet­kach, w tym cywi­li­za­cję „zachod­nią” się­ga­jącą do daw­nej „żela­znej kur­tyny”, a poza nią cywi­li­za­cje „pra­wo­sławną” oraz „islam­ską”. Co naj­waż­niej­sze dla nas, ów stan rze­czy odzwier­cie­dlał jego zda­niem trwały ele­ment kon­dy­cji ludz­kiej: „Histo­ria ludz­ko­ści to dzieje cywi­li­za­cji. Nie spo­sób myśleć o niej w innych kate­go­riach”. Co wię­cej, „przez więk­szy okres dzie­jów ludz­ko­ści kon­takty mię­dzy cywi­li­za­cjami miały cha­rak­ter spo­ra­dyczny albo w ogóle ich nie było”26.

Z tego powodu każda kul­tura rośnie niczym osobne drzewo, o korze­niach i gałę­ziach wyraź­nie róż­nią­cych się od sąsia­dów. Każda poja­wia się, roz­kwita, po czym upada i robi to w zasa­dzie bez udziału innych. Wzrost i zmiany są wyni­kiem wewnętrz­nych pro­ce­sów, a nie zewnętrz­nych powią­zań. W modelu tym cywi­li­za­cje mogą zmie­nić nazwę, ale nie zmie­niają swo­jej natury.

W XXI wieku ten spo­sób myśle­nia wciąż jest normą, odróż­nia­jąc „Zachód”, chrze­ści­jań­ską kul­turę o grecko-rzym­skich lub jesz­cze wcze­śniej­szych „indo­eu­ro­pej­skich” korze­niach, od „Wschodu”, któ­rego cen­trum jest Rosja, Chiny bądź islam. Nawet w libe­ral­nych kon­cep­cjach „wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści” przyj­muje się za punkt wyj­ścia ist­nie­nie, czy wręcz war­tość, odręb­nych „kul­tur”. Optyka cywi­li­za­cyjna staje się cywi­li­za­cyj­nym fak­tem.

Do łask wró­ciło także hie­rar­chi­zo­wa­nie. W naj­bar­dziej pozy­tyw­nej wer­sji idea cha­rak­te­ry­stycz­nego, odręb­nego zachod­niego dzie­dzic­twa opar­tego głów­nie na grec­kich i rzym­skich war­to­ściach za wzór par­ty­cy­pa­cji poli­tycz­nej, eks­pre­sji twór­czej i wol­no­ści słowa przyj­muje w szcze­gól­no­ści – nieco na wyrost – sta­ro­żytne Ateny. Ma ona także nowych orę­dow­ni­ków w świe­cie aka­de­mic­kim, takich jak Ram­say Cen­tres for Western Civi­li­sa­tion, które utwo­rzono od 2020 roku na trzech dużych austra­lij­skich uni­wer­sy­te­tach27. W innych czę­ściach świata eks­tre­mi­ści ubrani w spar­tań­skie hełmy albo noszący tatu­aże z rzym­skimi hasłami gło­szą przy­ro­dzoną war­tość bia­łej, zachod­niej i euro­pej­skiej spu­ści­zny zagro­żo­nej „wiel­kim zastą­pie­niem” przez obcych28.

Łatwo zba­ga­te­li­zo­wać wizję grecko-rzym­skich korzeni współ­cze­snego Zachodu jako prze­sta­rzałą i z pew­no­ścią nie znaj­dzie­cie jej w naj­now­szych poważ­nych pra­cach nauko­wych ani nawet w pod­ręcz­ni­kach. Jest ona jed­nak wciąż obecna, zyskuje na popu­lar­no­ści i sta­nowi część szer­szego pro­blemu. W optykę cywi­li­za­cyjną wbu­do­wane jest zało­że­nie o trwa­łej istot­nej róż­nicy mię­dzy spo­łe­czeń­stwami ludz­kimi, które wyrzą­dza realne szkody. Ludzie giną z rąk zelo­tów „Bia­łego Zachodu”, a ujaw­nia­jące się w nie­któ­rych kra­jach Europy odmienne postawy wobec uchodź­ców wojen­nych z Syrii i Ukra­iny demon­strują zdol­ność cywi­li­za­cyj­nego eks­klu­zy­wi­zmu do unie­waż­nia­nia ludz­kiego cier­pie­nia.

Dawny model trwa­łych, odręb­nych bio­lo­gicz­nie „ras” został osta­tecz­nie wysłany do lamusa przez gene­tykę29. Wszy­scy ludzie są bli­sko spo­krew­nieni ze sobą – bli­żej niż na przy­kład znacz­nie mniej­sza świa­towa popu­la­cja szym­pan­sów. Róż­nice gene­tyczne mię­dzy gru­pami ludz­kimi żyją­cymi daleko od sie­bie oczy­wi­ście zwięk­szają się z cza­sem. Jed­nak nie­dawne postępy w pozy­ski­wa­niu i bada­niu antycz­nego DNA ujaw­niły, że gęst­sze zgru­po­wa­nia genów, jakie można wyróż­nić na mapie dzi­siej­szego świata, róż­nią się dia­me­tral­nie od tych z nawet sto­sun­kowo nie­dawnej prze­szło­ści. Są poje­dyn­czą migawką z nie­usta­ją­cego pro­cesu mię­dzyludzkich kon­tak­tów i wymiany.

Nasi przod­ko­wie czę­sto podró­żo­wali, poko­ny­wali znaczne odle­gło­ści i nie­rzadko napo­ty­kali nie­znane im wcze­śniej ludy. Migra­cje, mobil­ność i mie­sza­nie się są nie­od­łączną czę­ścią dzie­jów ludz­ko­ści. Jak ujął to gene­tyk z Harvardu, David Reich, drzewo „do opisu rela­cji popu­la­cyj­nych zupeł­nie się nie nadaje. Geno­mowa rewo­lu­cja uświa­do­miła nam, jak liczne były przy­padki krzy­żo­wa­nia się zróż­ni­co­wa­nych ludz­kich popu­la­cji i jak ogromna była ich skala; znacz­nie lep­szą niż drzewo meta­forą tej zło­żo­nej histo­rii byłaby na przy­kład ple­cionka z wielu krzy­żu­ją­cych się i nakła­da­ją­cych na sie­bie włó­kien”30.

Pora zasto­so­wać podobne rozu­mo­wa­nie do ludz­kiej kul­tury. Optyka cywi­li­za­cyjna kom­plet­nie wypa­cza naszą opo­wieść. To nie ludy two­rzą histo­rię, lecz ludzie, oraz rela­cje, jakie ze sobą nawią­zują. Ludz­kie spo­łe­czeń­stwo nie jest lasem peł­nym drzew, z sub­kul­tu­rami odga­łę­zia­ją­cymi się od poszcze­gól­nych pni. Przy­po­mina raczej grządkę kwia­tów, które wyma­gają regu­lar­nego zapy­la­nia, aby wydać nasiona i wyro­snąć na nowo31. Odrębne lokalne kul­tury poja­wiają się i zni­kają, są jed­nak two­rzone i pod­trzy­my­wane przez inte­rak­cje – a odkąd kon­takt został nawią­zany, żaden ląd nie jest samotną wyspą.

Będę tu dowo­dzić, że ni­gdy nie było jed­nej, czy­sto zachod­niej lub euro­pej­skiej kul­tury. To, co nazy­wamy zachod­nimi war­to­ściami – wol­ność, racjo­na­lizm, spra­wie­dli­wość i tole­ran­cja – nie jest ani wyłącz­nie, ani pier­wot­nie zachod­nie, a sam Zachód jest w dużej mie­rze wytwo­rem wie­lo­wie­ko­wych powią­zań ze znacz­nie roz­le­glej­szą sie­cią spo­łe­czeństw z połu­dnia, pół­nocy i wschodu32. Okres objęty tą książką jest nato­miast epoką melanżu, w któ­rej jed­nostki i spo­łecz­no­ści dzia­łają i reagują we wza­jem­nych rela­cjach. Nie ozna­cza to, że owe inte­rak­cje są zawsze pozy­tywne i poko­jowe. Prawdę mówiąc, naj­więk­sze prze­miany doko­nują się w cza­sach wiel­kiego zamętu i anta­go­ni­zmów – migra­cji, wojen i pod­bo­jów – a ludzie nie­raz uczą się naj­wię­cej od naj­zaw­zięt­szych prze­ciw­ni­ków.

Moja opo­wieść nie jest pro­stą histo­rią o, na przy­kład, nie­koń­czą­cej się eks­pan­sji sieci spo­łecz­nych i gospo­dar­czych, nie­po­wstrzy­ma­nym postę­pie ludz­ko­ści czy – jak ujmo­wali to nie­któ­rzy dzie­więt­na­sto­wieczni uczeni – „świe­tle ze Wschodu”, które peł­nię mocy osiąga dopiero na Zacho­dzie33. Ma skom­pli­ko­waną fabułę, wątki poboczne i parę nie­ocze­ki­wa­nych zwro­tów akcji. Nie jest to też książka o „wpły­wo­lo­gii”: wszech­obec­nej, ale bez­sen­sow­nej kon­cep­cji, która sta­wia sprawy na gło­wie, przy­pi­su­jąc zasługę za trans­fer kul­tu­rowy wzor­cowi zamiast jego naśla­dow­com. Ale prze­szłość nie wpływa na przy­szłość: to ludzie decy­dują, jak inter­pre­to­wać, roz­wi­jać lub adap­to­wać to, co w niej zastają34.

Pisząc tę książkę, czer­pa­łam obfi­cie z naj­now­szych badań histo­rycz­nych, arche­olo­gicz­nych i bio­lo­gicz­nych, takich jak „geno­mowa rewo­lu­cja” XXI wieku, która zmie­nia nasze wyobra­że­nia o prze­miesz­cza­niu się i krzy­żo­wa­niu ludzi w prze­szło­ści. Ale sięga ona rów­nież do star­szych spo­so­bów myśle­nia o histo­rii i jej kształ­to­wa­niu przez podróże, spo­tka­nia i rela­cje mię­dzy­ludz­kie. Byłam też celowo kon­ser­wa­tywna, pomi­ja­jąc wiele inte­re­su­ją­cych i prze­ko­nu­ją­cych teo­rii na temat kon­tak­tów i trans­mi­sji kul­tu­ro­wej mię­dzy odle­głymi spo­łecz­no­ściami, żeby sku­pić się na naj­le­piej udo­ku­men­to­wa­nych przy­kła­dach.

Mniej wię­cej 4 tysiące lat oddzie­lają dwie rewo­lu­cje, które wyzna­czają ramy cza­sowe moich docie­kań: poja­wie­nie się żeglugi peł­no­mor­skiej na Morzu Śród­ziem­nym, co zapew­niło pierw­sze szyb­kie połą­cze­nie z zacho­dem, oraz roz­wój nowych narzę­dzi nawi­ga­cyj­nych, które rady­kal­nie posze­rzyły zachodni hory­zont. Przez więk­szość tego czasu Europa sta­no­wiła pery­fe­rie roz­le­głych sieci kul­tu­ro­wych, han­dlo­wych i poli­tycz­nych, dopóki żeglar­skie pań­stwa na jej zachod­nim krańcu nie zaczęły two­rzyć nowego, zdo­mi­no­wa­nego przez chrze­ści­jań­stwo atlan­tyc­kiego świata – świata, który był jesz­cze sil­niej powią­zany na jesz­cze więk­szych prze­strze­niach, ale gło­sił nową ide­olo­gię dystansu i sepa­ra­ty­zmu.

Przez cały ten czas ludzie podró­żo­wali w celach han­dlo­wych i dyplo­ma­tycz­nych, dla zysku, przy­gody i łupów. Nie ogra­ni­czały ich abs­trak­cyjne cywi­li­za­cje, ale auten­tyczne bariery pustyń, gór i mórz – które poko­ny­wali, nie godząc się na osa­mot­nie­nie.

Do pierw­szych kon­tak­tów mię­dzy impe­riami Egiptu i Mezo­po­ta­mii a prost­szym świa­tem leżą­cym na zachód od nich doszło za pośred­nic­twem regionu, który wcze­śni euro­pej­scy podróż­nicy nazwali Lewan­tem – kra­iną wscho­dzą­cego słońca – oraz paru naj­star­szych miej­skich spo­łecz­no­ści świata35. To wła­śnie w jed­nym z tych miast zaczyna się nasza opo­wieść: w mie­ście, które dało nazwę pierw­szym mor­skim żaglow­com.

Nie wszyst­kie euro­pej­skie tra­dy­cje inte­lek­tu­alne postrze­gały „cywi­li­za­cję” jako osta­teczny cel: uczeni nie­mieccy, na przy­kład, przed­kła­dali moralną siłę wcze­śniej­szego etapu Kul­tur ponad deka­dencką fran­cu­ską ele­gan­cję Zivi­li­sa­tion, w którą prze­miana zawsze jej gro­ziła. [wróć]

Podob­nie jak Mill, Guizot przy­znał wła­snemu naro­dowi szcze­gólne miej­sce: „Dobre jest nas Fran­cu­zów poło­że­nie do zgłę­bia­nia cywi­li­za­cji euro­pej­skiej […] sądzę, iż bez pochleb­stwa rzec można, że Fran­cja była środ­kiem, ogni­skiem cywi­li­za­cji euro­pej­skiej […]. W naro­dzie fran­cu­skim jest coś towa­rzy­skiego, coś sym­pa­tycz­nego, coś udzie­la­ją­cego się z więk­szą łatwo­ścią i mocą zara­zem niż w cha­rak­te­rze każ­dego innego ludu”. [wróć]

1

Pierwszy żagiel

BYBLOS, ok. 2000 p.n.e.

Mapa 1. Świat Byblos w trze­cim tysiąc­le­ciu p.n.e.

Jest cie­pły pora­nek, tuż po świ­cie, około 4 tysięcy lat temu. Znaj­du­jemy się w por­cie Byblos, zbu­do­wa­nym na cyplu u pod­nóży chłod­nych zie­lo­nych zbo­czy gór Libanu. Łodzie rybac­kie wyszły już w morze, a na brzegu trwa oży­wiona krzą­ta­nina: pod­pły­wają sza­lupy ze stat­ków kupiec­kich, które rzu­ciły kotwicę poprzed­niej nocy, mło­dzi męż­czyźni prze­rzu­cają się żar­tami, ładu­jąc worki i kosze na grzbiety osłów, a na połu­dnie od kamien­nych murów mia­sta tra­twy wyła­do­wane pniami drzew suną z prą­dem rzeki ku wybrzeżu. Wysoko nad por­tem wznosi się nowa świą­ty­nia z wieżą kie­ru­jącą żegla­rzy do bez­piecz­nej przy­stani i kotwi­cami wmu­ro­wa­nymi w schody i ściany dla ochrony przed nie­szczę­ściem36. Miesz­kańcy tego zwar­tego, ruchli­wego mia­steczka uznają swój dług wobec morza.

Parę kilo­me­trów od brzegu piękny sta­tek żaglowy, więk­szy od pozo­sta­łych, stoi na kotwicy na pły­ciź­nie. Pół­nocno-zachod­nie wia­try przy­ci­chły w ostat­nich tygo­dniach, tem­pe­ra­tura spa­dła i teraz sta­tek czeka już tylko na pasa­że­rów i załogę.

Han­del kie­ruje tych ludzi w roz­ma­ite zakątki sieci miast oraz impe­riów, rze­mieśl­ni­ków i poetów, któ­rej cen­trum two­rzą doliny rzeczne Egiptu i Azji Zachod­niej, ale połą­czo­nej z sze­ro­kim świa­tem poza ich obrę­bem. Mówią kil­koma języ­kami i gdy­by­śmy spo­tkali ich zeszłej nocy, mogli­by­śmy od nich usły­szeć parę opo­wie­ści przy dzba­nie zna­ko­mi­tego miej­sco­wego wina.

Jeden z kup­ców popły­nął wzdłuż wybrzeża, a potem w górę Nilu, mija­jąc ponad sto pira­mid – gro­bow­ców zbu­do­wa­nych przez egip­skich kró­lów-kapła­nów – aby robić inte­resy w poło­żo­nym wśród pia­sków han­dlo­wym mie­ście Kerma, sto­licy boga­tej w złoto połu­dnio­wej kra­iny, którą Egip­cja­nie nazy­wają Kusz. Stam­tąd wypra­wił się przez wschod­nią Saharę nad Morze Czer­wone, gdzie dołą­czył do kon­woju stat­ków pły­ną­cych na połu­dnie do Rogu Afryki, w poszu­ki­wa­niu kości sło­nio­wej, hebanu, kadzi­dła i złota.

Dwóch innych kup­ców odbyło długą podróż z kara­waną osłów do Mezo­po­ta­mii. Naj­pierw skie­ro­wali się na pół­noc przez góry prze­łę­czą Akkar, któ­rej dziś strzeże zamek krzy­żow­ców Krak des Che­va­liers, a potem na wschód po rów­niej­szym tere­nie w stronę Eufratu. Jeden z nich ruszył dalej lądem nad Tygrys, gdzie łamał się chle­bem z ludźmi, któ­rzy wędro­wali na połu­dnie zza Kau­kazu, pro­wa­dząc piękne konie i ładu­nek futer. Opo­wie­dzieli mu oni o pła­skiej jak stół rów­ni­nie na pół­nocy, przez którą można jechać całymi mie­sią­cami. Drugi prze­wiózł swoje towary łodzią w dół Eufratu do warow­nego mia­sta Ur na pół­nocnym wybrzeżu Zatoki Per­skiej, portu znacz­nie więk­szego od Byblos.

Odwie­dził tam święty okręg w pół­nocno-zachod­niej czę­ści mia­sta, poświę­cony bogu księ­życa Nan­nie i jego mał­żonce Nin­gal, z licz­nymi świą­ty­niami i dzie­dziń­cami, biu­rami rzą­do­wymi i wiel­kim pała­cem króla. Na jego dru­gim końcu wspiął się po tro­istych scho­dach nowego zigu­ratu, schod­ko­wa­tej świą­tyni-góry z cegły zwią­za­nej bitu­mem; z jego wierz­chołka przy­glą­dał się stat­kom wypły­wa­ją­cym do Ara­bii i Indii oraz wra­ca­ją­cym z ładow­niami wypeł­nio­nymi mie­dzią i dro­gimi kamie­niami. W por­cie roz­ma­wiał ze sta­rym czło­wie­kiem, który przed kil­ku­dzie­się­ciu laty został wysłany tu znad Indusu, by doglą­dać inte­re­sów han­dlo­wych swej rodziny, i słu­chał jego opo­wie­ści o leżą­cej daleko na wscho­dzie wiel­kiej zie­lo­nej doli­nie z dziw­nym gar­ba­tym bydłem i pię­cioma ogrom­nymi mia­stami zbu­do­wa­nymi z wypa­la­nej czer­wo­nej gliny37.

Ta nocna roz­mowa w Byblos odsła­nia przed nami nie­ustan­nie zmie­nia­jący się, roz­le­gły, powią­zany świat pełen podróż­ni­ków, dla któ­rych optyka cywi­li­za­cyjna nie mia­łaby więk­szego sensu. Kiedy załoga wypły­nie ran­kiem, obie­rze nowy kurs, w stronę zacho­dzą­cego słońca. Zanim jed­nak sami ruszymy jej śla­dem, musimy się cof­nąć do począt­ków, aby się prze­ko­nać, jak bar­dzo dzieje ludz­ko­ści zależą od kon­tak­tów mię­dzy­ludz­kich i jak dotarły do tego punktu.

Ludzie zawsze szu­kali towa­rzy­stwa, nawet na pozio­mie gatunku: w wyniku takich spo­tkań – przy­ja­ciel­skich lub nie – my, Euro­pej­czycy, wszy­scy mamy w genach mały, ale zna­czący odse­tek nean­der­tal­skiego dzie­dzic­twa, a we współ­cze­snych popu­la­cjach prze­trwało DNA co naj­mniej trzech innych archa­icz­nych gatun­ków czło­wieka38. Odkąd Homo sapiens wyparł inne odmiany na całej pla­ne­cie, szedł wciąż przed sie­bie – a cza­sem też wio­sło­wał. Łowcy-zbie­ra­cze wędro­wali za zwie­rzyną i zgod­nie z porami roku, także po to, by spo­ty­kać się ze sobą. Wzno­sili wspól­nymi siłami zagad­kowe mega­lity w górach Tau­rus i uczto­wali w zbu­do­wa­nych z mamu­cich kości sza­ła­sach nad Dnie­prem i Donem39. Wymie­niali mię­dzy sobą surowce: miesz­kańcy Cypru i wybrzeży Morza Czer­wo­nego cie­szyli się na obsy­dian ze środ­ko­wej Ana­to­lii, twarde szkliwo wul­ka­niczne, z któ­rego powsta­wały zna­ko­mite narzę­dzia tnące. Wymie­niali też infor­ma­cje tech­niczne: na roz­le­głym obsza­rze od Mezo­po­ta­mii po Syrię szybko się roz­prze­strze­niały nowe wzory gro­tów strzał40.

Kiedy 12 tysięcy lat temu, po zakoń­cze­niu epoki lodo­wej, glo­balny kli­mat usta­bi­li­zo­wał się i ocie­plił, na tere­nie tak zwa­nego Żyznego Pół­księ­życa (który w rze­czy­wi­sto­ści przy­po­mina raczej bume­rang) wymiana nabrała jesz­cze więk­szego zna­cze­nia. Tam, w nowych, łagod­nych warun­kach, obfi­tość miej­sco­wej zwie­rzyny i dzi­kich roślin zachę­ciła do pierw­szych eks­pe­ry­men­tów z rol­nic­twem. Pio­nie­rzy wzięli miej­scowe dzi­kie trawy o drob­nych, łatwo roz­sie­wa­ją­cych się nasio­nach i przez sta­ranną, wie­lo­krotną selek­cję skło­nili je do wytwa­rza­nia dużych, mocno tkwią­cych w kło­sie zia­ren, które łatwiej było ludziom zebrać, zjeść i prze­ro­bić na mąkę, ale wyma­gały one odtąd ludz­kiej pomocy przy sie­wie41. Inna forma selek­tyw­nej hodowli zmie­niła dzi­kie zwie­rzęta w sługi czło­wieka: psy już dawno wyod­ręb­niły się z wil­ków i były towa­rzy­szami polo­wań, a teraz tury zostały prze­isto­czone w krowy, dziki w świ­nie, owce zaś stra­ciły natu­ralną agre­sję421.

Rol­nic­two wyma­gało bar­dziej osia­dłego trybu życia, ale wciąż było uza­leż­nione od kon­tak­tów i komu­ni­ka­cji. Każde z udo­mo­wień doko­nało się na kon­kret­nym obsza­rze Żyznego Pół­księ­życa – psze­nica, bydło i owce na pół­noc­nych wzgó­rzach, jęcz­mień i świ­nie w róż­nych miej­scach na zachód od Eufratu, a kozy w dzi­siej­szym Ira­nie. Jed­nakże około 7000 roku p.n.e. wszyst­kie te nowe rasy wystę­po­wały już w całym regio­nie43. Wyma­gało to cze­goś wię­cej niż tylko wymie­nia­nia się nasio­nami i przy­chów­kiem: ludzie musieli wyja­śnić jedni dru­gim, jak siać, upra­wiać, zbie­rać i przy­rzą­dzać nowe rośliny, a także jak roz­mna­żać, żywić i pie­lę­gno­wać nowe zwie­rzęta.

Hodowla szer­szej gamy roślin i zwie­rząt zna­cząco zmniej­szyła ryzyko zwią­zane z rol­ni­czym try­bem życia, zależ­nym od kapry­sów pogody i bogów. Mimo to rol­nic­two nie odpo­wia­dało każ­demu: to praca cięż­sza niż polo­wa­nie i zbie­rac­two, a osia­dła siła robo­cza jest wylę­gar­nią cho­rób zakaź­nych. Jed­nak plony sprzy­jają wzro­stowi popu­la­cji, co skła­nia do migra­cji w poszu­ki­wa­niu nowych ziem. Od siód­mego tysiąc­le­cia p.n.e. rol­nic­two roz­prze­strze­niło się na pokaźne poła­cie globu. Rol­nicy migro­wali ze swymi zwie­rzę­tami, nasio­nami i umie­jęt­no­ściami na połu­dnie do Egiptu, na wschód do Iranu i doliny Indusu, na pół­noc do Ana­to­lii, a stam­tąd na zachód do Europy. Osia­dali wszę­dzie, gdzie dzięki szczę­ściu lub pomy­sło­wo­ści mogli uzy­skać plony, kosz­tem ludów, które tam polo­wały i wypa­sały stada.

Naj­bar­dziej uda­nych eks­pe­ry­men­tów doko­nali w suchych doli­nach rzecz­nych Mezo­po­ta­mii, „Mię­dzy­rze­cza”, kra­iny wci­śnię­tej w łuk Żyznego Pół­księ­życa. Uprawa płod­nych alu­wial­nych gleb mię­dzy Tygry­sem i Eufra­tem wyma­gała budowy skom­pli­ko­wa­nej sieci kana­łów i rowów nawad­nia­ją­cych, lecz nagra­dzała rol­ni­ków spek­ta­ku­lar­nymi zbio­rami. Mogli teraz pro­du­ko­wać dość żyw­no­ści, aby zapew­nić byt tym, któ­rzy zosta­wali garn­ca­rzami, kapła­nami lub admi­ni­stra­to­rami, i w pią­tym tysiąc­le­ciu p.n.e. zaczęły poja­wiać się mia­sta. Pod koniec czwar­tego tysiąc­le­cia p.n.e. Uruk nad Eufra­tem było praw­dziwą metro­po­lią zaj­mu­jącą 250 hek­ta­rów – mniej wię­cej tyle co lon­dyń­skie Soho – z kana­łami, świą­ty­niami i 20–40 tysią­cami miesz­kań­ców442.

Admi­ni­stra­cyjne wymogi zarzą­dza­nia roz­le­głymi rol­ni­czymi tere­nami wokół murów mia­sta spra­wiły, że w Uruk opra­co­wano też pierw­szy na świe­cie znany sys­tem stan­dar­do­wych miar i wag oparty na ładunku, jaki mógł unieść prze­ciętny męż­czy­zna (talent) i na dłu­go­ści jego przed­ra­mie­nia (łokieć)45. Tu także poja­wiło się pierw­sze pismo. Począt­kowo był to po pro­stu sys­tem licze­nia – kółka ozna­czały dzie­siątki, kre­ski jed­nostki – z cza­sem jed­nak skry­bo­wie zaczęli doda­wać pik­to­gramy wska­zu­jące, co jest liczone. Pod koniec czwar­tego tysiąc­le­cia roz­bu­do­wali ten kod, co pozwo­liło im zapi­sy­wać miej­scowy język, a potem dzieła lite­rac­kie, zna­kami odci­ska­nymi ryl­cem na gli­nia­nych tablicz­kach i zna­nymi dziś jako pismo kli­nowe, od kształtu śla­dów pozo­sta­wia­nych przez rysik463.

W poło­wie trze­ciego tysiąc­le­cia p.n.e. połu­dniową Mezo­po­ta­mię pokry­wała mozaika miast rzą­dzo­nych przez kró­lów, nie­które z dzie­siąt­kami tysięcy miesz­kań­ców. Podob­nie było w Egip­cie, gdzie rol­nic­two dotarło w szó­stym tysiąc­le­ciu p.n.e. Także tu potrzebne były skom­pli­ko­wane tech­niki iry­ga­cyjne, aby zatrzy­mać i roz­pro­wa­dzić coroczne wylewy Nilu, a plony były rów­nie impo­nu­jące. Pod koniec czwar­tego tysiąc­le­cia nad Nilem wyro­sły wiel­kie mia­sta, a około 3000 roku p.n.e. spo­łecz­no­ści Gór­nego i Dol­nego Egiptu połą­czyły się w „Stare Pań­stwo” pod pano­wa­niem dyna­stii, które pisały hie­ro­gli­fami, budo­wały pira­midy i wła­dały prze­szło milio­nem ludzi.

Jest to histo­ria tak zna­joma, że może się wyda­wać nie­uchron­nym bie­giem zda­rzeń, pierw­szymi kro­kami na skon­stru­owa­nej w XVIII wieku dra­bi­nie postępu: od łow­ców, poprzez paste­rzy, aż po rol­ni­ków, któ­rzy wzno­sili mia­sta oraz doro­bili się wład­ców, praw i insty­tu­cji, krótko mówiąc, cywi­li­za­cji. W rze­czy­wi­sto­ści ujaw­nia ona jed­nak luki w tra­dy­cyj­nej opo­wie­ści o samo­roz­woju47. Podob­nie jak wcze­śniej­sze, mniej­sze wspól­noty, kró­le­stwa Mezo­po­ta­mii i Egiptu nie stwo­rzyły się same. Nie były też jedy­nymi inte­re­su­ją­cymi spo­łecz­no­ściami w tej epoce.

Nawet naj­wcze­śniej­sze mia­sta musiały spro­wa­dzać mate­riały budow­lane – drewno, kamień i metale – z dale­kich stron, two­rząc roz­cią­ga­jące się na tysiące kilo­me­trów powią­za­nia gospo­dar­cze mię­dzy kró­lami, gór­ni­kami i drwa­lami. W trze­cim tysiąc­le­ciu p.n.e. nato­miast nowej epoce regu­lar­nej dale­ko­sięż­nej wymiany dało począ­tek wyna­le­zie­nie brązu. Sta­ro­żytni kowale stwo­rzyli tę nową sub­stan­cję, łącząc miedź z innymi meta­lami, i uzy­skali moc­niej­szy, tward­szy stop o niż­szej tem­pe­ra­tu­rze top­nie­nia, łatwiej­szy do odle­wa­nia i dający ostrzej­sze kra­wę­dzie tnące48. Wkrótce wyko­ny­wano z niego wszystko, od garn­ków i ozdób po broń i pan­ce­rze, ale miało to swoją cenę. Samą miedź trudno jest zna­leźć poza regio­nami gór­skimi, a wyso­kiej jako­ści brąz otrzy­my­wano, doda­jąc cynę, która jest naprawdę rzadka mię­dzy wybrze­żem Atlan­tyku a Azją Środ­kową, gdzie wydo­by­wali ją Ela­mici – po sume­ryj­sku „górale” – zamiesz­ku­jący połu­dniowo-zachodni Iran, któ­rzy następ­nie wysy­łali ją do Mezo­po­ta­mii i odle­glej­szych krain49.

Odby­wa­jące się na coraz więk­szą skalę podróże i han­del wyma­gały nowych metod trans­portu. One także zostały zapo­ży­czone z zewnątrz – nie były dzie­łem rol­ni­ków ze słyn­nych sta­ro­żyt­nych „cywi­li­za­cji” Egiptu i Mezo­po­ta­mii, ale paste­rzy z pół­nocy i połu­dnia. Mowa o kole i ośle.

Koło po raz pierw­szy poja­wiło się na chłod­nych, tra­wia­stych rów­ni­nach Wiel­kiego Stepu, który cią­gnie się przez tysiące kilo­me­trów od Man­dżu­rii po tereny na pół­noc od Morza Kaspij­skiego i Czar­nego. Te pła­skie, prze­cięte nie­licz­nymi rze­kami tereny zachę­cają do dale­kich podróży; sprzyja im rów­nież kli­mat. Bydło i owce mogły zapew­nić wyży­wie­nie i odzież pod­czas wędrówki, ale jeśli cho­dzi o trans­port cięż­szych przed­mio­tów, jedy­nymi opcjami było tocze­nie ich po pod­ło­żo­nych kło­dach albo cią­gnię­cie na saniach, naj­le­piej przez woły.

Zmie­niło się to z wyna­le­zie­niem około 3500 roku p.n.e. koła i, co waż­niej­sze, osi. W ste­po­wych gro­bach dato­wa­nych na trze­cie tysiąc­le­cie p.n.e. odkryto tysiące wozów50. Te wcze­sne koła wyko­ny­wane były z litego drewna, któ­rego nie cięto na pla­stry w poprzek pnia, gdyż byłyby zbyt słabe, ale wzdłuż, na deski. Zna­ko­mi­cie nada­wały się do wozów cią­gnię­tych przez woły i pod koniec czwar­tego tysiąc­le­cia wto­czyły się do Mezo­po­ta­mii, gdzie wyko­rzy­stano je też w garn­car­stwie51.

Drew­niane koła wcho­dzą w grę tylko wów­czas, gdy ma się dość odpo­wied­niego drewna i zwie­rzęta do ich cią­gnię­cia. Paste­rze bydła ze wschod­niej Sahary i Rogu Afryki nie mieli ani jed­nego, ani dru­giego, ale nie­dawne bada­nia gene­tyczne suge­rują, że w czwar­tym tysiąc­le­ciu oswo­ili afry­kań­skiego dzi­kiego osła, uzy­sku­jąc osła domo­wego52. W 3000 roku p.n.e. zwie­rzę to dotarło na pół­noc do Egiptu, gdzie o sza­cunku, jaki słusz­nie wzbu­dziło, świad­czy wymyślny pochó­wek, jaki spra­wiono dzie­się­ciu osłom w mie­ście Aby­dos53. W odróż­nie­niu od konia czy wołu osioł jest mało wyma­ga­ją­cym kom­pa­nem. Łatwo go przy­uczyć do pracy i pie­lę­gno­wać, zręcz­nie poru­sza się w trud­nym tere­nie, żywi się wszyst­kim, przez kilka dni może się obyć bez wody i potrafi unieść ładu­nek ważący jedną trze­cią tego co on54.

Wciąż rzecz jasna nie może się on rów­nać z wozem zaprzę­żo­nym w woły, ale do trans­portu na więk­sze odle­gło­ści miesz­kańcy wschod­niej Afryki mieli Nil, rzekę, która wartko pły­nie na pół­noc, pod­czas gdy prze­wa­ża­jące wia­try wieją na połu­dnie. Uczy­niło ją to ide­al­nym labo­ra­to­rium kolej­nej nowinki tech­nicz­nej, która umoż­li­wiła sprawne podró­żo­wa­nie rzeką w obu kie­run­kach. Przed­sta­wie­nia łodzi żaglo­wych poja­wiają się po raz pierw­szy pod koniec czwar­tego tysiąc­le­cia na przed­mio­tach wyko­na­nych na pół­nocy kra­iny Kusz, a wkrótce także w Egip­cie55.

Żeglar­stwo zapewne ogra­ni­czało się począt­kowo do rzeki: żagle przed­sta­wione na tych wcze­snych wyobra­że­niach są umiesz­czone zbyt bli­sko dziobu, by manew­ro­wać na otwar­tych wodach. Osły dotarły dalej: kli­nowy znak ozna­cza­jący „osła” poja­wia się na tablicz­kach z Uruk z końca czwar­tego tysiąc­le­cia, a w trze­cim wystę­pują tam już szczątki tych zwie­rząt4.

Nie­bez­pieczne morza, nie­do­stępne góry i bez­wodne pusty­nie wciąż były jed­nak prze­szkodą dla bez­po­śred­nich kon­tak­tów mię­dzy rol­ni­czymi doli­nami rzecz­nymi Egiptu i Azji Zachod­niej. Łącz­ność zapew­niała więc bar­dziej osło­nięta, lecz znacz­nie dłuż­sza okrężna trasa wio­dąca przez porty, rów­niny i góry zachod­niego Lewantu, wąskiego przy­brzeż­nego pasa lądu ogra­ni­czo­nego masy­wem gór Libanu, który od zawsze łączył wschód i zachód, pół­noc i połu­dnie.

Pierw­sze podróże przez Lewant odby­wały się lądem. Owe osły cią­gnęły zapewne przez pół­wy­sep Synaj i wzdłuż lewan­tyń­skiego wybrzeża, po czym skrę­cały w głąb lądu w stronę Dwu­rze­cza56. Nawet powolna i pośred­nia komu­ni­ka­cja miewa jed­nak spek­ta­ku­larne efekty i może tłu­ma­czyć sys­tem pisma, który poja­wił się w Egip­cie pod koniec czwar­tego tysiąc­le­cia, zwany dziś hie­ro­gli­ficz­nym od grec­kich słów ozna­cza­ją­cych „święte znaki”. Pod wzglę­dem formy nie ma on nic wspól­nego z mezo­po­tam­skim pismem kli­no­wym, ale poja­wie­nie się pierw­szego na świe­cie pisa­nego języka mniej wię­cej w tym samym cza­sie w dwóch róż­nych miej­scach byłoby nie­zwy­kłym zbie­giem oko­licz­no­ści.

Komu­ni­ka­cja ta przy­spie­szyła w poło­wie trze­ciego tysiąc­le­cia, gdy tech­nika żeglar­ska Egiptu poszła naprzód i jego statki zaczęły się zapusz­czać na Morze Śród­ziemne. Około 2600 roku p.n.e. egip­skie tek­sty doku­men­to­wały regu­larny han­del mor­ski z lewan­tyń­skimi por­tami57. O sto lat póź­niej­sze egip­skie rzeźby przed­sta­wiają już peł­no­mor­skie statki z żaglami i takie­lun­kiem, które mogły spro­stać wia­trom i falom.

W poło­wie trze­ciego tysiąc­le­cia rzeźby i malo­wi­dła przed­sta­wia­jące łodzie żaglowe zaczęły się poja­wiać także na sta­no­wi­skach nad Zatoką Per­ską. Nie ma żad­nych świa­dectw żeglugi wokół Pół­wy­spu Arab­skiego aż do pierw­szego tysiąc­le­cia p.n.e., a przed­sta­wie­nia wcze­snych mezo­po­tam­skich i egip­skich jed­no­stek suge­rują, że nie były one oparte na tym samym wzorcu, jed­nak podob­nie jak w wypadku hie­ro­gli­fów nawet pośred­nie rela­cje o mor­skich stat­kach w jed­nej z tych krain mogły pod­su­nąć dobry pomysł miesz­kań­com dru­giej58.

Żeglar­stwo, bez względu na to, jak się poja­wiło, także tutaj dało kup­com dostęp do nowych świa­tów. Około 2400 roku p.n.e. bogate groby odkryte w por­cie Ur wypeł­niły się egzo­tycz­nymi kamie­niami z dale­kich stron: lapis-lazuli z Afga­ni­stanu i tur­ku­sami z Uzbe­ki­stanu, a także kar­ne­olem z doliny Indusu, gdzie rol­nicy wzno­sili potężne mia­sta z ufor­ty­fi­ko­wa­nymi cyta­de­lami, regu­larną siatką ulic, monu­men­tal­nymi łaź­niami i kana­li­za­cją pod­łą­czoną do każ­dego domu59.

Tym­cza­sem nad Morzem Śród­ziem­nym Byblos stało się głów­nym por­tem egip­skich stat­ków pły­ną­cych na pół­noc, do tego stop­nia, że w egip­skich tek­stach wszyst­kie żaglowce mor­skie nazy­wane są „stat­kami z Byblos”, nawet jeśli zbu­do­wano je nad Morzem Czer­wo­nym na potrzeby wypraw na połu­dnie do kopalń złota w kró­le­stwie Punt na Rogu Afryki60. Głów­nym towa­rem wie­zio­nym z Byblos na połu­dnie było zawsze twarde, wytrzy­małe drewno cedrowe ści­nane w górach Libanu. Wyko­ny­wano z niego wypo­sa­że­nie egip­skich gro­bow­ców i świą­tyń, wyko­rzy­sty­wano je też do budowy stat­ków, w tym czter­dzie­sto­me­tro­wej barki pogrze­bo­wej króla Chufu (Che­opsa), którą zako­pano obok jego pira­midy w Gizie61.

W efek­cie tej szcze­gól­nej rela­cji samo Byblos roz­ro­sło się z małej nad­brzeż­nej wio­ski powsta­łej wokół natu­ral­nego źró­dła w tęt­niące życiem mia­sto por­towe w egip­skim stylu, pełne egip­skich dóbr oraz inskryp­cji, gdzie wize­runki miej­sco­wej bogini, Pani Byblos, przed­sta­wiały ją jako wer­sję egip­skiej bogini Hathor62.

Nawet przy regu­lar­nie przy­by­wa­ją­cych stat­kach i mnó­stwie ludzi, któ­rych można było wypy­tać, opa­no­wa­nie sztuki żeglar­skiej zaj­mo­wało mary­na­rzom i szkut­ni­kom z Byblos nieco czasu: musieli się nauczyć, jak ota­klo­wać sta­tek, a przede wszyst­kim jak go zbu­do­wać, co obej­muje oprócz cie­siel­stwa także wyrób lin i żagli63. Do tego docho­dził pro­blem ste­ro­wa­nia nim. Aż do połowy dru­giego tysiąc­le­cia p.n.e. statki żaglowe pły­wały bez kilu, który zapew­niałby im sta­bil­ność na wzbu­rzo­nym morzu, i miały tylko jeden pro­sto­kątny żagiel, co ozna­czało, że potrze­bo­wały wia­tru od lądu, by móc opu­ścić port, oraz bocz­nego lub tyl­nego wia­tru, żeby pły­nąć naprzód – choć sprawę nie­wąt­pli­wie popra­wiało uży­cie wio­seł64.

Koniec koń­ców jed­nak miesz­kańcy Byblos i sąsied­nich por­tów zaczęli budo­wać wła­sne statki i wypra­co­wy­wać tech­niki pozwa­la­jące żeglo­wać na zachód na morzu obfi­tu­ją­cym w zachod­nie wia­try. Ozna­czało to coś wię­cej niż stop­niowe dosko­na­le­nie żeglar­skich umie­jęt­no­ści i tech­nik: wyzna­czało nowy począ­tek. Sta­tek żaglowy może poko­nać w ciągu dnia 100–150 kilo­me­trów, dwa albo trzy­krot­nie wię­cej niż naj­szyb­sza łódź wio­słowa, przy znacz­nie mniej­szym wysiłku, więk­szej prze­strzeni na ładu­nek i sta­bil­niej­szej kon­struk­cji65. Przez tysiące lat kon­takty w base­nie Morza Śród­ziem­nego for­mo­wały się i rwały, ale żagiel nadał im trwa­łość.

W por­cie sta­tek wła­śnie odbija od brzegu. Nasi żegla­rze z Byblos jako jedni z pierw­szych biorą kurs na zachód. Zastaną tam zupeł­nie inny świat, bez państw, bez miast, bez świą­tyń i bez zna­jo­mo­ści pisma. Na zie­miach, które dziś nazy­wamy Europą, roz­pro­szona lud­ność zamiesz­ki­wała ufor­ty­fi­ko­wane wio­ski i odosob­nione gospo­dar­stwa, żyjąc z uprawy roli. Ludzie ci nie uwa­żali się za pry­mi­tyw­nych ani za szcze­gól­nie ubo­gich: nie czy­tali wiel­kich osiem­na­sto­wiecz­nych inte­lek­tu­ali­stów euro­pej­skich i nie wie­dzieli, że histo­ria powinna być cią­głym mar­szem ku miej­skiemu sty­lowi życia, han­dlowi i pra­wom.

Nie byli kom­plet­nie odizo­lo­wani. W środ­ko­wej Euro­pie znaj­do­wane są koła z czwar­tego tysiąc­le­cia p.n.e., były one jed­nak mniej przy­datne na wzgó­rzach i w górach niż na pła­skich rów­ni­nach Wiel­kiego Stepu czy Mezo­po­ta­mii i wydaje się, że w ogóle nie dotarły na zachodni kra­niec kon­ty­nentu66. Ludzie utrzy­my­wali zamiast tego kon­takt drogą wodną, korzy­sta­jąc z małych łódek wio­sło­wych i czó­łen, które w dobry dzień mogły poko­nać dwa­dzie­ścia kilo­me­trów: mniej niż kara­wana osłów i znacz­nie mniej niż nie­ob­cią­żony pie­chur67. Zda­rzało im się jed­nak prze­mie­rzać pokaźne odle­gło­ści. Ale z dala od głów­nego nurtu wymiany tech­nicz­nej, han­dlo­wej i poli­tycz­nej ludzie wie­dli mniej skom­pli­ko­wany żywot i wię­cej spraw wyglą­dało wciąż tak samo.

Wkrótce miało się to zmie­nić.

Tur mie­rzył do dwóch metrów w kłę­bie i mógł ważyć nawet tonę, miał sze­ro­kie barki i dłu­gie, zakrzy­wione rogi. Ostatni osob­nik padł w Pol­sce w XVII w. n.e. [wróć]

Hek­tar to 100 × 100 metrów, mniej wię­cej tyle co wiel­kość boiska do rugby, i odpo­wied­nik 2,5 akra. [wróć]

Sume­ryj­ski, pierw­szy pisany język świata, nie ma żad­nych ist­nie­ją­cych krew­nych. Podob­nie jak wiele póź­niej­szych języ­ków wyróż­niał „rodzaje” gra­ma­tyczne, ale nie były to rodzaje męski, żeń­ski i nijaki; zamiast tego Sume­ro­wie dzie­lili swój świat na ludzi (w tym bogów) i nie­lu­dzi (w tym zwie­rzęta). [wróć]

Egip­cja­nie tym­cza­sem nie znaj­do­wali więk­szego zasto­so­wa­nia ani dla koła, ani nawet dla brązu. [wróć]

2

Pałac Minosa

KNOSSOS, ok. 1700 p.n.e.

Mapa 2. Świat Europy około 2000 roku p.n.e.

Po męczą­cej jeź­dzie na grzbie­cie osła pnącą się w górę drogą od pół­noc­nego wybrzeża Krety roz­ło­żony na pła­sko­wyżu Knos­sos pałac musiał być cudow­nym zasko­cze­niem. Odpro­wa­dziw­szy zwie­rzęta do stajni, pod­cho­dzisz do niego od zachodu, wspi­na­jąc się po sze­ro­kich scho­dach ku pię­trzą­cym się przed tobą murom. Prze­bite wiel­kimi oknami, zwień­czone zęba­tymi blan­kami gma­chy jarzą się poma­rań­czo­wym bla­skiem w pro­mie­niach wie­czor­nego słońca. Prze­mie­rzyw­szy bru­ko­wany dzie­dzi­niec, by okrą­żyć kom­pleks od lewej, wcho­dzisz przez kolum­nowy przed­sio­nek w pół­noc­nym skrzy­dle. Zaraz potem skrę­casz w prawo i idziesz wąskim kory­ta­rzem wycho­dzą­cym na zalany słoń­cem ogromny wewnętrzny dzie­dzi­niec, na któ­rym odby­wają się uczty i cere­mo­nie. Przy pięć­dzie­się­ciu metrach dłu­go­ści i dwu­dzie­stu pię­ciu sze­ro­ko­ści może on pomie­ścić 5 tysięcy ludzi68. Na lewo od cie­bie oka­załe schody łączą co naj­mniej dwie kon­dy­gna­cje nad­ziemne z dwiema lub wię­cej wcię­tymi w stok wzgó­rza poni­żej. Dokład­nie na wprost ponad murami pię­trzy się góra Juch­tas, bez­barwny kopu­la­sty masyw na tle żół­tego zachodu słońca.

Cały zespół pała­cowy odzwier­cie­dla bogac­two, powo­dze­nie i wyobraź­nię jego budow­ni­czych. Czę­ści publiczne pokryte są malo­wi­dłami przed­sta­wia­ją­cymi fan­ta­styczne zwie­rzęta, ogromne rośliny i akro­ba­tów ska­czą­cych przez byki w żywych odcie­niach błę­kitu, czer­wieni i żółci. Malo­wane na ciem­no­czer­wono drew­niane kolumny prze­dzie­lają roz­le­głe okna otwarte na wyspiar­skie powie­trze. Pię­tro niżej znaj­duje się bar­dziej pry­watny świat: przy­tulne izby deko­ro­wane boga­tymi geo­me­trycz­nymi wzo­rami, z oknami i tara­sami wycho­dzą­cymi na rzekę i wzgó­rza w oddali. Kolum­nowe dzie­dzińce wpusz­czają świa­tło i powie­trze, ale zimą można je zamknąć drew­nia­nymi prze­pie­rze­niami, które po zło­że­niu cho­wają się w pio­no­wych wycię­ciach ele­ganc­kich fila­rów. Poza zasię­giem wzroku upchnięte są kuch­nie, warsz­taty i maga­zyny, które utrzy­mują całe przed­się­wzię­cie, a także archiwa gli­nia­nych tabli­czek pokry­tych tajem­ni­czymi zna­kami69.

Na Kretę przy­wio­zły nas statki z Byblos. Naj­star­sze wyobra­że­nie łodzi żaglo­wej z masz­tem i takie­lun­kiem, jakie zna­le­ziono na zachód od Lewantu, zostało wyryte na pie­częci umiesz­czo­nej w kre­teń­skim gro­bie około 2000 roku p.n.e., mniej wię­cej w tym samym cza­sie, kiedy na wyspę zaczęły docie­rać nowe metale, a także nowo­ści tech­niczne i luk­su­sowe towary z Azji Zachod­niej i pół­nocno-wschod­niej Afryki70. Kreta jest więc następ­nym przy­stan­kiem w naszej opo­wie­ści o kon­tak­tach i powią­za­niach, jed­nak nie my pierwsi tu dotar­li­śmy.

Sta­ro­żytni Grecy opo­wia­dali o pierw­szej podróży z Lewantu na Kretę. W ich wer­sji to lewan­tyń­ska księż­niczka prze­rzu­ciła most mię­dzy dwoma świa­tami, a morze poko­nała na grzbie­cie byka. Opo­wieść ta osa­dzona jest w mgli­stej, mitycz­nej epoce przed wojną tro­jań­ską i roz­po­czyna się w Tyrze, mie­ście, które w póź­niej­szym cza­sie zde­tro­ni­zo­wało poło­żone na pół­noc Byblos w roli naj­więk­szego z lewan­tyń­skich por­tów71.

Europa jest córką tyryj­skiego króla, Egip­cja­nina imie­niem Age­nor. Na początku tej histo­rii zbiera ona kwiaty nad brze­giem morza. W oddali dostrzega pięk­nego bia­łego byka: to Zeus, król bogów, w wymyśl­nym prze­bra­niu mają­cym ukryć go przed bystrym okiem żony. Gdy zwie­rzę pod­cho­dzi bli­żej, dziew­czyna jest urze­czona. Prze­ma­wia do niego, głasz­cze i w końcu wspina się na grzbiet łagod­nego stwo­rze­nia – które w tym samym momen­cie odwraca się i wbiega do morza, uno­sząc ją przez fale na zachód, ku Kre­cie. Tam porzuca ją razem z ich dziećmi, nie po raz pierw­szy dopu­ściw­szy się tego występku72.

Europa, robiąc dobrą minę do złej gry, poślu­biła kre­teń­skiego króla, ale kło­poty powró­ciły w następ­nym poko­le­niu, gdy jej syno­wie sta­nęli do walki o wła­dzę nad wyspą. Osta­tecz­nie Sar­pe­don odszedł z matką i swymi stron­ni­kami, zwa­nymi Ter­mi­lami, by rzą­dzić Licją, kra­iną w połu­dnio­wej Ana­to­lii, a jego brat Minos został kró­lem na Kre­cie, ze sto­licą w Knos­sos73.

Mniej szczę­śli­wie uło­żyły się Mino­sowi sprawy rodzinne: jego żona Pazy­fae, podob­nie jak teściowa, zako­chała się w byku. W tym wypadku uczu­cie nie było wza­jemne – być może dla­tego, że był to praw­dziwy byk – tak więc Pazy­fae namó­wiła wyna­lazcę i rze­mieśl­nika imie­niem Dedal, by zro­bił dla niej drew­nianą krowę, do któ­rej mogłaby wejść i w ten spo­sób skło­nić zwie­rzę do spół­ko­wa­nia z nią. Pod­stęp się udał, ale dziecko, które w efek­cie przy­szło na świat, było pół czło­wie­kiem, pół bykiem, tak więc wszech­stronny Dedal został znów zaan­ga­żo­wany do budowy wiel­kiego, skom­pli­ko­wa­nego wię­zie­nia dziś zna­nego jako Labi­rynt. Biedny Mino­taur wiódł tam smętny żywot, a jego jedyną roz­rywką była odby­wa­jąca się co dzie­więć lat uczta z czter­na­stu mło­dych męż­czyzn i kobiet przy­sy­ła­nych w dani­nie przez Ege­usza, króla Aten, dopóki syn Ege­usza Teze­usz nie zabił mon­strum, w czym pomo­gła mu przy­rod­nia sio­stra stwora, zdra­dziecka Ariadna.

Te sple­cione histo­rie kre­ślą wła­sny labi­rynt podróży i rela­cji mię­dzy Egip­tem, Lewan­tem, Kretą, Ana­to­lią i Gre­cją. Ujaw­niają roz­ziew mię­dzy nowo­żyt­nym i sta­ro­żyt­nym spo­so­bem myśle­nia o ludz­kiej prze­szło­ści, mię­dzy optyką cywi­li­za­cyjną a tym, co było, jak się prze­ko­namy, typo­wym dla sta­ro­żyt­nych upodo­ba­niem do wyja­śnia­nia histo­rycz­nych zmian poprzez podróże i rela­cje74.

Nie mówiły one nato­miast nic o Euro­pie jako kon­ty­nen­cie. Widzimy to u Hero­dota z Hali­kar­nasu, który około 425 roku p.n.e. napi­sał pierw­sze ważne dzieło histo­ryczne w języku grec­kim. Nazwa kon­ty­nentu była dla niego zagadką, „chyba że przyj­miemy, iż ląd ten bie­rze swą nazwę od Tyryjki Europy […], ale jasne jest, że ona pocho­dziła z Azji i ni­gdy nie przy­była na ów ląd, który Grecy zwą dziś Europą, a tylko z Feni­cji na Kretę, zaś z Krety do Licji”75.

Dla sta­ro­żyt­nych Kreta nie była czę­ścią Europy, ale punk­tem styku mię­dzy Lewan­tem a kra­inami na zacho­dzie. Innego zda­nia byli arche­olo­dzy, któ­rzy odko­py­wali pra­stare zabytki wyspy, będący rów­nie za pan brat z grec­kimi mitami, jak i z optyką cywi­li­za­cyjną.

Wszystko zaczęło się w 1878 roku, kiedy kre­teń­ski pro­du­cent mydła nazwi­skiem Minos Kalo­ke­ri­nos odko­pał mały frag­ment wiel­kiej, peł­nej zaka­mar­ków i bar­dzo sta­rej budowli na pół­nocy wyspy, oku­po­wa­nej w owym cza­sie przez impe­rium osmań­skie. Zna­jąc dosko­nale opo­wieść o Euro­pie i jej synach, natu­ral­nie – i pra­wi­dłowo – ziden­ty­fi­ko­wał to miej­sce jako Knos­sos i uznał, że odkryte prze­zeń sku­pi­sko nie­wiel­kich pomiesz­czeń i kory­ta­rzy to „kró­lew­ski pałac króla Minosa”. Już w roku 1880 ame­ry­kań­ski dzien­ni­karz Wil­liam J. Stil­l­man nazwał je „Labi­ryn­tem Dedala”76.

To nowe odkry­cie wzbu­dziło wielką eks­cy­ta­cję: była to jak dotąd naj­star­sza budowla odkryta w regio­nie śród­ziem­no­mor­skim. Dla Euro­pej­czy­ków, któ­rzy uwa­żali Kretę za część wła­snej chrze­ści­jań­skiej kul­tury, mogła ona ucho­dzić za rywalkę słyn­nych zabyt­ków Egiptu i Azji Zachod­niej, które pod­biły powszechną wyobraź­nię, odkąd uczeni, któ­rzy towa­rzy­szyli zbroj­nej wypra­wie Napo­le­ona do Egiptu w 1798 roku, opu­bli­ko­wali prze­pyszne ilu­stra­cje tam­tej­szych sta­ro­żyt­nych świą­tyń i pira­mid w Descrip­tion de l’Égypte (1809–1828)771. Gdy idea odręb­nej i dosko­nal­szej cywi­li­za­cji euro­pej­skiej zako­rze­niła się, fascy­na­cja egzo­tycz­nymi sta­ro­żyt­nymi zabyt­kami obszaru, który zaczęto nazy­wać Bli­skim Wscho­dem, gładko połą­czyła się z poczu­ciem dystansu czy wręcz odrazy, które pod­kre­ślało obcość tych regio­nów i ich upa­dek pod osmań­skimi rzą­dami782. Teraz Pałac Minosa dawał szansę na wyrów­na­nie rachun­ków.

W 1894 roku wyko­pa­li­ska Kalo­ke­ri­nosa odwie­dził pewien przy­bysz z Anglii, czło­wiek o ugrun­to­wa­nych poglą­dach i oso­bli­wych przy­zwy­cza­je­niach: mimo krót­kiego wzroku Arthur Evans od szkol­nych cza­sów nie nosił oku­la­rów, woląc korzy­stać z laski, którą nazy­wał „Prod­ger”79. Pod­czas stu­diów w Oks­for­dzie nabrał upodo­ba­nia do włó­częgi po Bał­ka­nach, podzie­lo­nych wów­czas mię­dzy Austro-Węgry a Tur­cję osmań­ską. W 1876 roku za pie­nią­dze od ojca opu­bli­ko­wał rela­cję ze swych podróży po tym regio­nie, anty­osmań­skie dzieło sil­nie zabar­wione przez nowe teo­rie na temat róż­nic raso­wych. „Wie­rzę w ist­nie­nie niż­szych ras”, infor­mo­wał Evans swo­ich czy­tel­ni­ków, „i chęt­nie widział­bym je wytę­pione”80.

Po kilku latach pracy jako dzien­ni­karz w Ragu­zie (Dubrow­niku), gdzie kil­ka­krot­nie aresz­to­wano go pod zarzu­tem szpie­go­stwa albo zwy­kłego wichrzy­ciel­stwa, Evans wró­cił do Anglii i skie­ro­wał swoje wszech­stronne talenty ku arche­olo­gii. W 1884 roku został kura­to­rem Ash­mo­lean Museum w Oks­for­dzie. Kiedy dzie­sięć lat póź­niej przy­był na Kretę w poszu­ki­wa­niu drob­nych zabyt­ków, miał czter­dzie­ści trzy lata i był w kolej­nym punk­cie zwrot­nym po śmierci uko­cha­nej żony, Mar­ga­ret3.

W Knos­sos Evans zna­lazł nową miłość, która miała trwać do końca jego życia. Nie­ła­two mu było ją zdo­być: Pałac Minosa był łako­mym kąskiem dla każ­dego arche­ologa, ale z powo­dów poli­tycz­nych był to owoc zaka­zany. Wizyta Evansa na Kre­cie nastą­piła w okre­sie rosną­cych tarć mię­dzy osmań­skimi wła­dzami a miej­scową chrze­ści­jań­ską lud­no­ścią i oko­liczni miesz­kańcy ostro się sprze­ci­wiali dal­szym bada­niom sta­ro­żyt­nych ruin, dopóki wyspa znaj­do­wała się pod turec­kimi rzą­dami, z obawy, że zna­le­zi­ska tra­fią do Stam­bułu81.

Evan­sowi mimo wszystko udało się kupić część sta­no­wi­ska od miej­sco­wej rodziny i wra­cał na wyspę dwu­krot­nie w ciągu następ­nych dwóch lat, pod­czas któ­rych lokalne powsta­nie prze­ciwko osmań­skim rzą­dom nabie­rało tempa. Jego sym­pa­tie w tej spra­wie były jasne, podob­nie jak przy­wią­za­nie do optyki cywi­li­za­cyj­nej. W 1896 roku, prze­ma­wia­jąc w Bry­tyj­skim Towa­rzy­stwie Krze­wie­nia Nauk, zwró­cił uwagę słu­cha­czy na „euro­pej­skiego ducha indy­wi­du­ali­zmu i wol­no­ści” sta­ro­żyt­nej Krety i oświad­czył, że „dziś Kreta znów wystę­puje jako obroń­czyni euro­pej­skiego ducha przed azja­tyc­kim jarz­mem”82.

Po prze­szło roku bru­tal­nej wojny mię­dzy chrze­ści­jań­ską i muzuł­mań­ską popu­la­cją wyspy Kreta w 1898 roku wywal­czyła sobie auto­no­mię. Rok póź­niej Evans zachę­cał do wpłat na rzecz zało­żo­nego przez sie­bie Fun­du­szu Badań Krety, a 23 marca 1900 roku, rap­tem kilka dni po wyku­pie­niu reszty sta­no­wi­ska w Knos­sos, roz­po­czął wyko­pa­li­ska83. Po tygo­dniu prac zna­lazł tabliczkę pokrytą pra­daw­nym pismem, dwa tygo­dnie póź­niej miał ich ponad sie­dem­set, a w ciągu ośmiu lat odsło­nił naj­więk­szy pałac sta­ro­żyt­nego Śród­ziem­no­mo­rza w całej oka­za­ło­ści.

Knos­sos było klej­no­tem w koro­nie, ale arche­olo­dzy z Europy i Sta­nów Zjed­no­czo­nych, wyko­rzy­stu­jąc otwar­cie na świat auto­no­micz­nej repu­bliki Krety, wkrótce zaczęli odkry­wać sta­ro­żytne mia­sta, pałace i wille na całej wyspie. Sam Evans nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że tym, co odko­py­wali, była „zaawan­so­wana wcze­sna cywi­li­za­cja na kre­teń­skiej ziemi”, mogąca rywa­li­zo­wać z cywi­li­za­cją egip­skich kró­lów. Bra­ko­wało jej tylko ety­kietki, ale łatwo było temu zara­dzić. Jak wyja­śniał w swym obszer­nym opi­sie wła­snych wyko­pa­lisk: „Dla tej wcze­snej cywi­li­za­cji Krety jako cało­ści zapro­po­no­wa­łem – a suge­stia ta została powszech­nie zaak­cep­to­wana przez arche­olo­gów tego i innych kra­jów – sto­so­wa­nie nazwy «minoj­ska»”84.

W ten spo­sób powo­łał do ist­nie­nia kul­turę zupeł­nie nie­za­świad­czoną w sta­ro­żyt­no­ści85. A do tego mającą wiel­kie zna­cze­nie: „ta sto­sun­kowo mała wyspa, omi­jana dziś przez wszyst­kie główne szlaki śród­ziem­no­mor­skich kon­tak­tów, była zara­zem punk­tem wyj­ścia i naj­wcze­śniej­szym eta­pem na dro­dze euro­pej­skiej cywi­li­za­cji”86.

Był to oczy­wi­ście bar­dzo bry­tyj­ski pomysł, że Europa zawdzię­czała bar­dzo wiele mor­skiej potę­dze poło­żo­nej na nie­da­le­kiej wyspie. A z cza­sem nostal­giczne bry­tyj­skie sen­ty­menty Evansa zaczęły coraz sil­niej wpły­wać na jego wizję „minoj­skiego” spo­łe­czeń­stwa jako poko­jo­wego, roz­mi­ło­wa­nego w sztuce ludu rzą­dzo­nego przez kró­lów87. Jak napi­sała póź­niej jego przy­rod­nia sio­stra Joan, „Czas i przy­pa­dek spra­wiły, że został odkrywcą nowej cywi­li­za­cji i musiał uczy­nić ją zro­zu­miałą dla innych ludzi. Na szczę­ście dokład­nie odpo­wia­dała ona jego gustom”88.

Wpi­sy­wała się też dobrze w dzie­więt­na­sto­wieczną optykę cywi­li­za­cyjną, która łączyła kon­kretną, trwałą kul­turę z okre­ślo­nym miej­scem, wią­żąc nowo­żytną Europę ze sta­ro­żyt­nym regio­nem egej­skim. Evans dopusz­czał na wyspie nie­wiel­kie wpływy Egiptu i, w mniej­szej mie­rze, Mezo­po­ta­mii89. Ale, jak wyja­śniał w 1925 roku jego austra­lij­ski stu­dent, Vere Gor­don Childe, było to zja­wi­sko powierz­chowne:

Minoj­ski duch był cał­ko­wi­cie euro­pej­ski i nie było w nim nic orien­tal­nego. Porów­na­nie z Egip­tem i Mezo­po­ta­mią jasno uka­zuje ten kon­trast. Nie znaj­du­jemy na Kre­cie tych ogrom­nych pała­ców, które świad­czą o auto­kra­tycz­nej wła­dzy orien­tal­nego despoty. Ani też kolo­salne świą­ty­nie i wystawne gro­bowce w rodzaju pira­mid nie zdra­dzają nad­mier­nego zaab­sor­bo­wa­nia spra­wami ducho­wymi90.

Jed­nakże, podob­nie jak pra­dawne legendy, arche­olo­gia opo­wiada inną histo­rię, bliż­szą sta­ro­żyt­nej wer­sji: nie o odręb­nej cywi­li­za­cji, ale o nowej rela­cji, która stała się moto­rem zmian na Kre­cie i otwo­rzyła kanał łącz­no­ści mię­dzy Europą kon­ty­nen­talną a roz­le­głą sie­cią świa­to­wej kul­tury i han­dlu.

Kreta to górzy­sta wyspa, upalna latem, ale są tu także spore poła­cie żyznych gleb i padają obfite desz­cze. W trze­cim tysiąc­le­ciu p.n.e. gęsto pokry­wały ją wio­ski, warsz­taty i piece garn­car­skie91. Była wciąż tylko pery­fe­ryjną czę­ścią głów­nego egej­skiego kręgu han­dlo­wego, któ­rego cen­trum sta­no­wiły w tej epoce Cyklady, gdzie miło­śnicy szty­le­tów i wina pły­wali wśród swych cia­sno stło­czo­nych wyse­pek dłu­gimi, smu­kłymi łodziami wio­sło­wymi z rybimi tote­mami na rufach924.

Prze­prawa przez same Cyklady, z wyspy na wyspę, zaję­łaby około dwóch tygo­dni93. Owoce dłu­gich podróży były tego warte. Pod koniec trze­ciego tysiąc­le­cia wyspy te miały czę­ste kon­takty z wybrze­żem Ana­to­lii, han­dlu­jąc egej­skimi meta­lami, w tym mie­dzią i sre­brem, które były wielce pożą­dane jako waluta w całej Azji Zachod­niej i sta­no­wiły stan­dard, według któ­rego wyce­niano inne towary94.

Cykladzcy żegla­rze byli regu­lar­nymi gośćmi w Troi, por­cie stra­te­gicz­nie usy­tu­owa­nym na końcu kara­wa­no­wego szlaku z Mezo­po­ta­mii przez Ana­to­lię, nad zatoką u wej­ścia na Morze Czarne, gdzie statki mogły się schro­nić, cze­ka­jąc na wiatr, który prze­niósłby je przez cie­śninę Dar­da­nele95. W tym okre­sie na wyspach poja­wiła się ana­to­lij­ska cera­mika, a nawet poje­dyn­czy kawa­łek kar­ne­olu obro­biony w doli­nie Indusu; tą samą drogą przy­była też cyna i praw­do­po­dob­nie rów­nież tech­no­lo­gia wytwa­rza­nia „praw­dzi­wego” brązu, moc­niej­szego niż od dawna pro­du­ko­wany w regio­nie egej­skim stop mie­dzi z arse­nem96. Inne nowe nabytki – koło garn­car­skie, pie­czę­cie i osioł – suge­rują poja­wie­nie się w tej epoce na Wyspach Egej­skich bar­dziej zaawan­so­wa­nego rze­mio­sła i admi­ni­stra­cji97.

Kreta leżała jesz­cze dalej od Cykla­dów niż Troja. Wybie­ra­jąc się tam, trzeba było odbyć długą podróż na połu­dnie łodzią wio­słową, a podróż­nika cze­kała jesz­cze dłuż­sza droga powrotna pod domi­nu­jące wia­try. Nie mając jed­nak wła­snych porząd­nych zaso­bów metali, kre­teń­scy rol­nicy zmu­szeni byli je impor­to­wać i począt­kowo musiały one przy­by­wać na cykladz­kich łodziach98.

Jed­nakże pod koniec trze­ciego tysiąc­le­cia na Kre­cie poja­wiły się też oznaki bez­po­śred­nich powią­zań ze Wscho­dem. Wyspia­rze przej­mo­wali puchary do wina w syryj­skim stylu, róż­niące się zde­cy­do­wa­nie od znaj­do­wa­nych na Cykla­dach ana­to­lij­skich cza­rek z dwoma uchwy­tami. Impor­to­wali nie­wiel­kie ilo­ści złota, kości hipo­po­tama oraz wytwa­rza­nych w Egip­cie pacior­ków z nie­bie­skiego fajansu, fine­zyj­nej odmiany cera­miki wypa­la­nej z pasty krze­mion­ko­wej, samo­ist­nie pokry­wa­ją­cej się szkli­wem o żywych bar­wach99.

Takie małe, lek­kie luk­su­sowe towary można było jesz­cze prze­wo­zić łodziami, zapewne prze­cho­dziły one po dro­dze przez kilka rąk100. Wkrótce jed­nak zwięk­szyła się liczba i cię­żar impor­tów, co potwier­dzają statki żaglowe przed­sta­wiane na kamien­nych pie­czę­ciach z epoki, przy­by­wa­jące po egej­skie sre­bro, a także wyroby sztuki i rze­mio­sła z samej Krety: piękne meta­lowe naczy­nia, broń oraz ele­gancka cera­mika cha­rak­te­ry­zu­jąca się bia­łymi, czer­wo­nymi i żół­tymi wzo­rami na czar­nym tle101.

W zamian przy­wo­ziły one nowe metale, zwłasz­cza cynę, a także afry­kań­ską kość sło­niową, egip­skie czarki i ska­ra­be­usze oraz deko­ra­cyjne stru­sie jaja wiel­kie jak pół piłki do rugby1025. Nawet egip­skie towary musiały wyru­szać na zachód z lewan­tyń­skich por­tów: prądy we wschod­niej czę­ści Morza Śród­ziem­nego zno­szą statki w kie­runku prze­ciw­nym do ruchu wska­zó­wek zegara, pod­czas gdy prze­wa­ża­jące wia­try wieją z pół­noc­nego zachodu na połu­dniowy wschód przez cały rok. Cho­ciaż teo­re­tycz­nie można już było popły­nąć z Krety na połu­dnie do Egiptu, bez­po­śred­nia żegluga na pół­noc nie wcho­dziła w grę.

To wła­śnie w tym cza­sie na Kre­cie poja­wiło się koło, zarówno w pojaz­dach, jak i w warsz­ta­tach garn­car­skich, a także mysz domowa, nie­pro­szona imi­grantka z wybrzeży Lewantu, która po raz pierw­szy zago­ściła w kre­teń­skich por­tach, takich jak Kom­mos, w począt­kach dru­giego tysiąc­le­cia p.n.e.103 I to wtedy też Kre­teń­czycy zaczęli spi­sy­wać notatki.

Zacho­wało się około 2 tysięcy doku­men­tów spo­rzą­dzo­nych nie­od­cy­fro­wa­nymi wcze­snymi rodza­jami kre­teń­skiego pisma, poczy­na­jąc od około 2000 roku p.n.e.104 Naj­wcze­śniej­sze, zwane dziś kre­teń­skim pismem hie­ro­gli­ficz­nym, ma znaki, które wyglą­dają jak małe pik­to­gramy, ale w więk­szo­ści repre­zen­tują sylaby. Wydra­py­wano je albo odci­skano na małych gli­nia­nych pie­czę­ciach, sztab­kach, pół­księ­ży­cach i meda­lio­nach odkry­wa­nych na pół­noc­nych sta­no­wi­skach, takich jak Knos­sos. Póź­niej w Faj­stos na połu­dniu wyspy poja­wiło się inne syla­biczne pismo, o bar­dziej abs­trak­cyj­nych, kre­sko­wych zna­kach, które łatwiej było zapi­sy­wać na róż­nych mate­ria­łach, od gli­nia­nych tabli­czek po kamienne stoły ofiarne6. Być może z tego powodu około 1650 roku p.n.e. „pismo line­arne A” wyparło kre­teń­skie pismo hie­ro­gli­ficzne na całej wyspie.

Wspólne znaki świad­czą o tym, że te dwa sys­temy pisma były spo­krew­nione, ale nie wyka­zują one żad­nego podo­bień­stwa do pisma kli­no­wego uży­wa­nego w Mezo­po­ta­mii i Lewan­cie ani – mimo wspól­nej współ­cze­snej nazwy – do hie­ro­gli­fów egip­skich105. Jed­nak podob­nie jak tysiąc lat wcze­śniej w Egip­cie trudno uznać za zbieg oko­licz­no­ści, że na wyspie zaczęto eks­pe­ry­men­to­wać z pismem aku­rat wtedy, gdy żegluga zapew­niła jej łącz­ność z piśmienną Azją Zachod­nią106.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Na fali wyni­kłej stąd „egip­to­ma­nii” nawet wybu­do­wany w 1842 roku nowo­jor­ski zbior­nik wody przy Pią­tej Alei otrzy­mał formę egip­skiej świą­tyni. Obec­nie w tym miej­scu znaj­duje się Nowo­jor­ska Biblio­teka Publiczna, zbu­do­wana w 1911 roku w bar­dziej kon­ser­wa­tyw­nym, kla­sy­cy­stycz­nym stylu. [wróć]

Dzie­więt­na­sto­wieczni Euro­pej­czycy mogli mówić o Bli­skim, Środ­ko­wym i Dale­kim Wscho­dzie, natu­ral­nie w sen­sie odle­gło­ści od Europy. W XX wieku ten geo­gra­ficzny podział ustą­pił chro­no­lo­gicz­nemu, w któ­rym sta­ro­żytny „Bli­ski Wschód” staje się współ­cze­snym „Środ­ko­wym Wscho­dem” w odnie­sie­niu do tego samego (nie­zbyt spre­cy­zo­wa­nego) regionu. [wróć]

Ojcem Mar­ga­ret był nauczy­ciel Evansa z Oks­fordu, Edward Fre­eman, z któ­rego histo­ryczną wizją Sycy­lii roz­dar­tej przez rasę i reli­gię mię­dzy Wschód i Zachód już się spo­tka­li­śmy. [wróć]

Na lądzie rzeź­bili ele­ganc­kie mar­mu­rowe figurki, „idole cykladz­kie”, czę­sto oczysz­czane w muze­ach do nie­na­tu­ral­nej bia­ło­ści, ale pier­wot­nie mające malo­wane twa­rze, włosy, biżu­te­rię i tatu­aże. [wróć]

Nie były one deli­ka­te­sem kuli­nar­nym: ich sko­rupy wydmu­chi­wano i suszono, a następ­nie malo­wano, rzeź­biono lub deko­ro­wano, two­rząc egzo­tyczne ozdoby. Ich cenę pod­no­siła trud­ność ich zdo­by­cia: w sta­ro­żyt­no­ści nie pro­wa­dzono na więk­szą skalę hodowli strusi, a dzi­kie sły­nęły z szyb­ko­ści i bru­tal­no­ści oraz bar­dzo ostrych dzio­bów (Tamar Hodos i in., The ori­gins of deco­ra­ted ostrich eggs in the ancient Medi­ter­ra­nean and Mid­dle East, „Anti­qu­ity” 94, nr 374 (2020)). [wróć]

Zacho­wały się też roz­ma­ite eks­pe­ry­men­talne tek­sty, takie jak zagad­kowy dysk z Faj­stos, któ­rego spi­ralne ciągi czter­dzie­stu pię­ciu pik­to­gra­mów być może zapi­sane są w tym samym miej­sco­wym języku co pismo line­arne A (Brent Davis, The Pha­istos disk: a new way of vie­wing the lan­gu­age behind the script, „Oxford Jour­nal of Archa­eology” 37, nr 4 (2018)), a może są raczej próbą uchwy­ce­nia potęgi samego pisma niż prze­ka­za­nia kon­kret­nej tre­ści (Helène Whit­ta­ker, Social and sym­bo­lic aspects of Minoan wri­ting, „Euro­pean Jour­nal of Archa­eology” 8, nr 1 (2005)). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Katul­lus 11.11. [wróć]

Tra­dy­cja ta opiera się na Księ­dze Rodzaju 10; por. 1 Księga Kro­nik 1 i Księga Jubi­le­uszów 8–9. [wróć]

Tamara Griggs, Uni­ver­sal history from Coun­ter-Refor­ma­tion to Enli­gh­ten­ment, „Modern Intel­lec­tual History” 4, nr 2 (2007), s. 221. Nie wszy­scy się z tym zga­dzali: spo­tka­nie Euro­pej­czy­ków z rdzen­nymi Ame­ry­ka­nami spra­wiło też, że modna stała się teo­ria „poli­ge­nezy”, wedle któ­rej fizyczna róż­no­rod­ność zna­nych typów ludz­kich jest zbyt duża, by mogły one mieć tych samych naj­daw­niej­szych przod­ków (Justin E.H. Smith, Nature, Human Nature, and Human Dif­fe­rence, Prin­ce­ton Uni­ver­sity Press, Prin­ce­ton 2015, s. 92–113). [wróć]

Jean Sta­ro­bin­ski, Le mort civi­li­sa­tion, „Le temps de la réflexion” 4 (1983), s. 13, wywo­dzący pierw­sze uży­cie w tym zna­cze­niu od mar­kiza de Mira­beau w 1759 r. Rze­czow­nik ten pocho­dzi od przy­miot­nika civilisé – ozna­cza­ją­cego wytworny lub wyra­fi­no­wany – który był w uży­ciu we Fran­cji od XVI wieku. Dokład­niej mówi o tym Michael Sonen­scher, Bar­ba­rism and Civi­li­sa­tion [w:] Richard What­more i Brian Young, red., A Com­pa­nion to Intel­lec­tual History, Wiley Blac­kwell, Chi­che­ster 2015, oraz esej Kathe­rine Blo­uin Civi­li­za­tion: What’s up with that?, https://eve­ry­day­orien­ta­lism.word­press.com/2018/02/23/civi­li­za­tion-whats-up-with-that/. [wróć]

Zob. zwł. Adam Fer­gu­son, Essay on the History of Civil Society (1767) co do uży­cia tego rze­czow­nika jako takiego, jeśli zaś cho­dzi o wyja­śnie­nie „teo­rii sta­dial­nej”: Lec­tu­res on Juri­spru­dence Adama Smi­tha, wygło­szone mię­dzy 1762 a 1766 r. [wróć]

John Stu­art Mill, Civi­li­za­tion, „Lon­don and West­min­ster Review” 1 (kwie­cień 1836), repr. w: John Stu­art Mill, Essays on Poli­tics and Society, Part I, red. John M. Rob­son, Uni­ver­sity of Toronto Press, Toronto 1977, s. 120. [wróć]

Tamże, s. 120–121. [wróć]

Impe­rialne ide­olo­gie: Uday Singh Mehta, Libe­ra­tion and Empire: A Study in Nine­te­enth-cen­tury Bri­tish Libe­ral Tho­ught, Uni­ver­sity of Chi­cago Press, Chi­cago 1999; Jen­ni­fer Pitts, A Turn to Empire: The Rise of Impe­rial Libe­ra­lism in Bri­tain and France, Prin­ce­ton Uni­ver­sity Press, Prin­ce­ton 2005; Dun­can Bell, Empire and impe­ria­lism [w:] Gareth Sted­man Jones i Gre­gory Cla­eys, red., The Cam­bridge History of Nine­te­enth-cen­tury Poli­ti­cal Tho­ught, Cam­bridge Uni­ver­sity Press, Cam­bridge 2011, s. 867–875, oraz Dun­can Bell, John Stu­art Mill on Colo­nies, „Poli­ti­cal The­ory” 38, nr 1 (2010). [wróć]

Na temat Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej, pry­wat­nej spółki, która do dru­giej połowy XIX w. zarzą­dzała inte­re­sami bry­tyj­skiego impe­rium w Indiach, zob. Wil­liam Dal­rym­ple, The Anar­chy: The Relen­tless Rise of the East India Com­pany, Blo­oms­bury, Lon­don 2019 [wyd. pol­skie: Anar­chia. Nie­po­wstrzy­many roz­kwit Bry­tyj­skiej Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej, przeł. Krzysz­tof Obłucki, Noir sur Blanc, War­szawa 2022]. Sam Mill ni­gdy nie posta­wił nogi w Indiach. [wróć]

John Stu­art Mill, On Liberty, repr. w: John Stu­art Mill, Essays on Poli­tics and Society, Part I, s. 224 [wyd. pol­skie: O wol­no­ści, przeł. Ame­lia Kur­landzka, De Ago­stini Pol­ska: Altaya, War­szawa 2003, s. 21–22]. [wróć]

François Guizot, Gene­ral History of Civi­li­za­tion in Europe, D. Apple­ton, New York 1896, s. 4 (Wykład 1) [wyd. pol­skie: Dzieje cywi­li­za­cji euro­pej­skiej od upadku Cesar­stwa Rzym­skiego do rewo­lu­cji fran­cu­skiej, przeł. Felix Bent­kow­ski, Redak­cja Biblio­teki War­szaw­skiej, War­szawa 1842, s. 5 (cytat nieco zmie­niony)]. [wróć]

Tamże, s. 26 (Wykład 2) [wyd. pol­skie s. 30 (pisow­nia uwspół­cze­śniona)]. [wróć]

Tamże, s. 1 (Wykład 1) [wyd. pol­skie s. 2–3], 32–33 (Wykład 2) [wyd. pol­skie s. 36]. [wróć]

John Stu­art Mill, Grote’s History of Gre­ece [I], „Edin­burgh Review” 74 (paź­dzier­nik 1846), repr. w John Stu­art Mill, Essays on Phi­lo­so­phy and the Clas­sics, red. John M. Rob­son, Uni­ver­sity of Toronto Press, Toronto 1978, s. 273. [wróć]

Zob. Karuna Man­tena, Ali­bis of Empire: Henry Maine and the Ends of Libe­ral Impe­ria­lism, Prin­ce­ton Uni­ver­sity Press, Prin­ce­ton 2010, na temat porzu­ce­nia w tej epoce libe­ral­nego uni­wer­sa­li­zmu i misji cywi­li­za­cyj­nej. [wróć]

Cho­ciaż pogląd, że rodzaj ludzki dzieli się na różne typy na pod­sta­wie koloru skóry i innych cech fizycz­nych, upo­wszech­nił się dopiero w XIX wieku, jego korze­nie tkwiły w dzie­łach osiem­na­sto­wiecz­nych uczo­nych. Sys­tema natu­rae szwedz­kiego bota­nika Karola Lin­ne­usza, opu­bli­ko­wany po raz pierw­szy w 1735 r., dzie­lił wszyst­kie orga­ni­zmy na trzy „kró­le­stwa”: roślin, zwie­rząt i mine­ra­łów, a te z kolei na klasy, rzędy, rodzaje i gatunki. Lin­ne­usz nie podzie­lił for­mal­nie „rodzaju” ludz­kiego na różne „gatunki”, wymie­nił jed­nak różne „odmiany” ludzi o róż­nych cha­rak­te­ry­sty­kach fizycz­nych, opar­tych przede wszyst­kim na kolo­rze skóry. [wróć]

Geo­r­gios Varo­uxa­kis, When did Bri­tain join the occi­dent? On the ori­gins of the idea of ‘the West’ in English, „History of Euro­pean Ideas” 46, nr 5 (2020), pierw­sze uży­cie ter­minu „Zachód” umiej­sca­wia pod koniec XVIII wieku oraz zauważa, że ter­min ten został impor­to­wany do angielsz­czy­zny z Europy kon­ty­nen­tal­nej i że w Sta­nach Zjed­no­czo­nych poja­wia się jesz­cze póź­niej. [wróć]

Jasper M. Trautsch, The inven­tion of the ‘West’, „Bul­le­tin of the Ger­man Histo­ri­cal Insti­tute” 53 (jesień 2013), s. 91–95; Varo­uxa­kis, When did Bri­tain join the occi­dent?, s. 569–572. [wróć]

Edward A. Fre­eman, The History of Sicily from the Ear­liest Times, Cla­ren­don Press, Oxford 1891, t. 1, s. 10–11. [wróć]

Naj­wcze­śniej­sze przy­kłady tego sfor­mu­ło­wa­nia pocho­dzą z lat czter­dzie­stych XIX wieku: Varo­uxa­kis, When did Bri­tain join the occi­dent?, s. 571. [wróć]

John Clarke Sto­bart, The Gran­deur That Was Rome: A Survey of Roman Cul­ture and Civi­li­sa­tion, Sid­gwick & Jack­son, Lon­don 1912, s. 1. Co do sen­sow­no­ści samej kon­cep­cji cywi­li­za­cji zachod­niej zob. esej Davida Gra­ebera na https://the­anar­chi­stli­brary.org/library/david-gra­eber-there-never-was-a-west. [wróć]

Trautsch, The inven­tion of the West, s. 96–99 i przyp. 2. [wróć]

Kla­sycz­nym przy­kła­dem jest Arnold Toyn­bee, A Study of History, 12 t., Oxford Uni­ver­sity Press, Lon­don 1934–1961 [wyd. pol­skie skró­cone: Stu­dium histo­rii, przeł. Józef Marzęcki, Pań­stwowy Insty­tut Wydaw­ni­czy, War­szawa 2000], porów­na­nie 21 cywi­li­za­cji świata. Przed­się­wzię­cia te były czę­sto moty­wo­wane oba­wami o cywi­li­za­cję zachod­nią i jej per­spek­tywy, od nie­miec­kiego autora Oswalda Spen­glera, Der Unter­gang des Aben­dlan­des, Braumüller, Wien 1918–1922 [wyd. pol­skie skró­cone: Zmierzch Zachodu. Zarys mor­fo­lo­gii histo­rii powszech­nej, przeł. Józef Marzęcki, Ale­theia, War­szawa 2014], po ame­ry­kań­skiego histo­ryka Wil­liama McNe­illa, The Rise of the West, Uni­ver­sity of Chi­cago Press, Chi­cago 1963. McNe­ill przy­ta­czał wpraw­dzie przy­kłady komu­ni­ka­cji i prze­ni­ka­nia mię­dzy cywi­li­za­cjami na prze­strzeni dzie­jów, ale sku­pił się na prze­ni­ka­niu idei od „cywi­li­za­cji” do „obcych”, a zwień­cze­niem jego książki jest obszerne stu­dium zna­cze­nia zachod­nich wpły­wów na inne cywi­li­za­cje po roku 1500. Will Durant, The Story of Civi­li­za­tion, Simon & Schu­s­ter, New York 1935–1975, to w isto­cie histo­ria Cywi­li­za­cji Zachod­niej. Ist­nieją inte­re­su­jące świeże prace, które łączą histo­rię kul­tu­ralną Wschodu i Zachodu, ale one także sku­piają się zwy­kle na póź­niej­szych okre­sach albo na kon­struk­tach inte­lek­tu­al­nych (np. Jack Goody, The Theft of History, Cam­bridge Uni­ver­sity Press, Cam­bridge 2006 [wyd. pol­skie: Kra­dzież histo­rii, przeł. Jacek Dobro­wol­ski, Wydaw­nic­two Naukowe PWN, War­szawa 2009]). Wyjąt­kiem jest zna­ko­mita krótka książka Jerry’ego H. Ben­tleya, Old World Enco­un­ters: Cross-cul­tu­ral Con­tacts and Exchan­ges in Pre-modern Times, Oxford Uni­ver­sity Press, New York 1993, auten­tycz­nie glo­balna histo­ria, która przyj­muje podobne ramy cza­sowe jak moja wła­sna, przed­sta­wiona z bar­dziej ogra­ni­czo­nej, zachod­niej per­spek­tywy. [wróć]

Fer­nand Brau­del, A History of Civi­li­za­tions, przekł. angiel­ski Richard Mayne, Pen­guin, Lon­don 1995, s. 22 [wyd. pol­skie: Gra­ma­tyka cywi­li­za­cji, przeł. Hanna Igal­son-Tygiel­ska, Ofi­cyna Naukowa, War­szawa 2006, s. 56]. [wróć]

Tamże, s. 29, 12, 35 [wyd. pol­skie s. 37–41, cyt. s. 63 i 56]. [wróć]

Samuel P. Hun­ting­ton, The Clash of Civi­li­za­tions and the Rema­king of World Order, Simon & Schu­s­ter, New York 1996, s. 40, 21 [wyd. pol­skie: Zde­rze­nie cywi­li­za­cji i nowy kształt ładu świa­to­wego, przeł. Hanna Jan­kow­ska, War­szaw­skie Wydaw­nic­two Lite­rac­kie Muza SA, War­szawa 2004, s. 46, 16]. Według defi­ni­cji Hun­ting­tona cywi­li­za­cja jest „naj­wyż­szym kul­tu­ro­wym stop­niem ugru­po­wa­nia ludzi i naj­szer­szą płasz­czy­zną kul­tu­ro­wej toż­sa­mo­ści, ponad którą jest już tylko to, co odróż­nia czło­wieka od innych gatun­ków” (s. 51). [wróć]

https://www.ram­say­cenrte.org/stu­dy­ing-western-civi­li­sa­tion/ba-degrees. Podobne podej­ście dostrzec można na kon­ser­wa­tyw­nych ame­ry­kań­skich uczel­niach huma­ni­stycz­nych, takich jak Hil­ls­dale Col­lege w połu­dnio­wym Michi­gan, gdzie pod­sta­wowy pro­gram naucza­nia zachęca przy­szłych stu­den­tów do „zgłę­bia­nia, w jakiej mie­rze współ­cze­sny czło­wiek jest dłuż­ni­kiem kul­tury grecko-rzym­skiej i tra­dy­cji jude­ochrze­ści­jań­skiej”: https://www.hil­ls­dale.edu/aca­de­mics/clas­si­cal-libe­ral-arts-core/. [wróć]

Zja­wi­sko to regu­lar­nie doku­men­tuje pro­jekt Pha­ros: http://pages.vas­sar.edu/pha­ros/white-natio­na­lism-white-supre­macy/; zob. przy­kłady na http://pages.vas­sar.edu/pha­ros/2018/06/15/spqr-and-white-natio­na­lism/ oraz https://pages.vas­sar.edu/pha­ros/2017/11/17/scho­lars-respond-to-spar­tan-hel­mets/, a także https://pha­ros.vas­sarspaces.net/2021/06/04/richard-spen­cer-who-we-are-white-iden­tity-greco-roman-anti­qu­ity/ i https://eido­lon.pub/this-is-not-sparta-392a9ccddf26. [wróć]

David Reich, Who We Are and How We Got Here: Ancient DNA and the New Science of the Human Past