Jak straciłem na giełdzie milion dolarów i czego mnie to nauczyło - Jim Paul, Brendan Moynihan - ebook

Jak straciłem na giełdzie milion dolarów i czego mnie to nauczyło ebook

Jim Paul, Brendan Moynihan

4,8
25,20 zł

lub
Opis

Jim Paul zrobił spektakularną karierę. Chłopak z prowincjonalnego miasteczka w Kentucky został traderem, zarabiał wielkie pieniądze, był członkiem rady Chicago Mercantile Exchange. A potem wszystko stracił – majątek, reputację, pracę. W tej książce, razem z Brendanem Moynihanem, przedstawia wydarzenia oraz decyzje, które doprowadziły go do katastrofy. I wyciąga z nich wnioski.

Jest wiele książek poświęconych metodom zarabiania pieniędzy na giełdzie. Niewiele natomiast pisano o tym, jak i dlaczego większość graczy giełdowych traci je, zamiast zarabiać. Jim Paul postanowił wypełnić tę lukę – całkiem słusznie uznał, że jest w tych sprawach człowiekiem kompetentnym.

Inwestorzy przegrywają z rynkiem przede wszystkim z powodu psychologicznych mechanizmów sprawiających, że w spekulację giełdową angażują własne ego – do tego stopnia, że emocje i poczucie wartości własnej stają się ważniejsze od pieniędzy. Tak książka uczy, jak te mechanizmy u siebie rozpoznawać i jak się przed nimi bronić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 242

Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0

Popularność




Tytuł oryginału: What I Learned Losing a Million Dollars

Published by Columbia University Press, New York

Copyright © 2013 Brendan Moynihan. All rights reserved

Copyright © 2017 for Polish edition by Linia Sp. z o.o.

Copyright © 2017 for Polish translation by Krzysztof Środa

Redakcja

Grzegorz Zalewski

Korekta

Anita Widman-Drzewiecka, Beata Wydrych

Skład i łamanie

Maga Siarkiewicz

Projekt okładki

Darek Pepłoński

Fotografia na okładce

Shutterstock.com

Linia Sp. z o.o.

www.wydawnictwolinia.pl

[email protected]

ISBN: 978-83-63000-82-0 (EPUB); 978-83-63000-82-0 (MOBI)

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

        Jack Schwager       
Przedmowa

Podczas moich wykładów często zwracam uwagę na paradoks dotyczący sposobu, w jaki ludzie podchodzą do spekulacji giełdowej. Otóż traktują ją zupełnie inaczej niż wszystkie inne zajęcia i umiejętności. Nikt, kto jest przy zdrowych zmysłach, nie spodziewa się, że jeśli w piątek pójdzie do księgarni, kupi książkę o chirurgii mózgu i przeczyta ją w weekend, będzie mógł w poniedziałek udać się do szpitala i przeprowadzić operację. Jest jednak wielu ludzi, którzy kupują książkę pod tytułem Jak w zeszłym roku zarobiłem na giełdzie milion dolarów, czytają ją w weekend i w poniedziałek zaczynają spekulować akcjami, mając nadzieję, że pokonają profesjonalnych traderów na ich własnym terytorium. Dlaczego tak się dzieje?

Wydaje mi się, że znam odpowiedź na to pytanie. Otóż spekulacja giełdowa jest przedsięwzięciem, w którym kompletny amator ma 50 procent szans na udaną transakcję. Dlaczego? Ponieważ na giełdzie można zrobić tylko jedną z dwóch rzeczy – kupić lub sprzedać. Nawet wśród początkujących znajdą się więc tacy, którym dopisze szczęście i będą zarabiać pieniądze – przez jakiś czas. Takie przypadki sprawiają, że wiele osób ulega złudzeniu i dochodzi do wniosku, że spekulacja giełdowa jest czymś łatwym. Ale w innych zawodach nie ma szansy na przypadkowy sukces. Jeśli ktoś nie przygotowywał się długo do zostania chirurgiem, jego szanse na przeprowadzenie udanej operacji mózgu są zerowe. Jeśli ktoś nigdy nie miał w ręku skrzypiec, jego szanse na udany występ w nowojorskiej filharmonii są również żadne. Jedynie giełda ma tę osobliwą właściwość, która sprawia, że czasem mogą na niej odnosić sukcesy ludzie bez żadnego przygotowania. W takiej sytuacji łatwo pomylić zwykłe szczęście z umiejętnościami.

Jim Paul sądził, że początkowe sukcesy na rynku zawdzięczał własnej inteligencji lub gotowości do łamania zasad. Dopiero kiedy stracił wszystkie pieniądze, zrozumiał, że jego dobra passa, choć trwała wiele lat, była kwestią szczęścia – i przyznał się do tego. Co więcej, zrozumiał również, że finansowa katastrofa była nieunikniona, że nawet gdyby nie stracił pieniędzy wtedy, gdy je stracił, zdołałby ją tylko odroczyć w czasie – a wtedy byłaby jeszcze większa.

W spekulacji giełdowej, udanej czy nieudanej, psychologia jest ważniejsza od taktyki. Dzięki tej wyjątkowo kosztownej lekcji, jakiej udzielił mu rynek, Jim Paul nauczył się, że sukces na giełdzie nie zależy od znalezienia genialnej strategii zarabiania pieniędzy, ale raczej od nauczenia się, jak radzić sobie z ich traceniem.

Po swojej katastrofalnej porażce Paul zabrał się do czytania książek wybitnych traderów. I przekonał się, że ich rady są wzajemnie sprzeczne. Zauważył jednak, że jest coś, co ich wszystkich łączy – zrozumienie, że straty są nieodłącznym aspektem tej gry. Wszyscy oni nauczyli się, jak tracić. Jim Paul stracił wszystko, co miał, więc został w tej kwestii ekspertem. Dopiero po tym doświadczeniu zyskał szansę, by stać się dobrym traderem – a nie traderem, który po prostu ma szczęście.

Z historii giełdowej porażki Jima Paula można nauczyć się więcej niż ze stosu książek obiecujących odsłonienie sekretnej formuły giełdowego sukcesu. Ale to nie jedyna jej zaleta. Jak straciłem na giełdzie milion dolarów to wciągająca, pełna humoru opowieść. Wprawdzie jej lekturę można potraktować czysto rozrywkowo, ale czytelnik powinien wiedzieć, że w tej niewielkiej książce można znaleźć ogromne bogactwo giełdowej mądrości. Paul zapłacił za jej poznanie prawdziwą fortunę. Czytelnik ma szansę zapłacić za nią tylko tyle, ile kosztuje książka. To prawdziwa okazja.

Przedmowa do drugiego wydania

Od czasu gdy dwadzieścia lat temu ukazało się pierwsze wydanie tej książki, wiele zmieniło się w świecie rynków i spekulacji. Maklerzy nie wykrzykują już ofert na parkiecie, wiele giełd połączyło się, wprowadzono nowe instrumenty finansowe – niektóre z nich zatrzęsły posadami globalnych rynków finansowych.

Jednak w ciągu tych dwudziestu lat jedna rzecz nie uległa zmianie – traderzy i inwestorzy wciąż popełniają te same błędy w podejmowaniu decyzji. Błędy te grożą również tobie, niezależnie od tego, czy jesteś profesjonalistą zarządzającym pieniędzmi klientów, czy indywidualnym inwestorem zajmującym się pieniędzmi własnymi. Skala działania nie ma żadnego znaczenia. Od czasu pierwszego wydania książki byliśmy świadkami wielkich katastrof finansowych. W 1995 roku Nick Leeson z Barings Bank stracił 827 milionów funtów (1,4 miliarda dolarów), grając na wzrost japońskiego rynku akcji. W tym samym roku Toshihide Iguchi z Daiwa Bank stracił 1,1 miliarda dolarów, a rok później Yasuo Haminaka przegrał na rynku miedzi 2,6 miliarda. Potem był John Rusnak z Allfirst Bank, który spekulując walutami, stracił 691 milionów, Chen Juilin z China Aviation Oil Corporation, który stracił w transakcjach opcyjnych 550 milionów, i Jerome Kerviel z Société Générale, który spekulując instrumentami pochodnymi w latach 2006–2008, naraził firmę na gigantyczną stratę 4,9 miliarda euro (7,4 miliarda dolarów).

Te głośne wydarzenia, a także wiele innych mniejszej rangi, zwróciły uwagę mediów, menedżerów i uczonych na strategie zarządzania ryzykiem i jego kontrolę. Wiele przypadków, zakończonych niestety śmiercią pacjenta, dostarczyło wprawdzie cennych lekcji dotyczących procedur wewnętrznego nadzoru oraz wyboru instrumentów zabezpieczających, ale nawet szczegółowe sekcje zwłok nie były w stanie ustalić, co działo się w głowach traderów, którzy byli sprawcami tych katastrof. Nawet jeśli prawdą jest, że straty zostały umożliwione przez niedostateczną kontrolę i że przyczyniły się do nich błędne strategie zabezpieczające, to przecież żaden z tych dwóch czynników ich nie spowodował. Spowodowali je traderzy. Żeby zrozumieć te porażki i żeby im w przyszłości zapobiegać, musimy zrozumieć, co działo się w ich umysłach. Temu właśnie poświęcona jest ta książka. Historia Jima Paula jest dla mnie pretekstem do pokazania trzech najpoważniejszych błędów popełnianych nieustannie przez traderów i inwestorów. One nigdy się nie zmieniły i nigdy się nie zmienią, są bowiem ponadczasowe, tak jak ponadczasowe są lekcje, jakie z nich płyną. Od czasu publikacji książki miałem okazję rozmawiać z setkami traderów oraz inwestorów i wszyscy co do jednego zgodzili się z jej założeniami i konkluzjami. Zgodzili się, ponieważ każdy z nas w jakimś momencie traci pieniądze. W książce identyfikuję procesy umysłowe, charakterystyki behawioralne i emocje, które do tych strat prowadzą, a następnie radzę, jak tych procesów, charakterystyk i emocji unikać – by uchronić się przed stratami. Mam nadzieję, że rady będą pouczające, a sama historia interesująca.

Przedmowa

Są trzy rodzaje książek – te, które uczą, te, które bawią, i te, które informują. Ta książka łączy naukę z rozrywką. Opowiedziana w niej historia ma służyć lepszemu zapamiętaniu zawartej w niej nauki. Jest więc czymś w rodzaju przypowieści, czyli prostej historii ilustrującej ważne prawdy. Przypowieści i bajki – od historii chłopca, który dla żartu wzywał pomocy, krzycząc „Wilk!”, po opowieść o nowych szatach cesarza – miały przekazywać nauki dotyczące różnych aspektów życia. Ja opowiem prawdziwą historię tradera działającego na rynkach towarowych, z której będą mogli się czegoś nauczyć również inwestorzy zajmujący się akcjami i obligacjami, a także ludzie biznesu – przedsiębiorcy i menedżerowie.

Morał z mojej historii jest taki: można dojść do sukcesu mimo serii strat, pod warunkiem że strat tych nie będzie się traktować osobiście; można też ponieść porażkę mimo serii sukcesów, jeśli sukcesy te będzie się traktować osobiście. Thomas Edison doświadczył blisko 10 tysięcy niepowodzeń, zanim zdołał znaleźć odpowiedni materiał na włókno do żarówki. Kiedy jego laboratorium w Menlo Park doszczętnie spłonęło, reporter zapytał go, co zamierza teraz zrobić. „Zacznę je jutro odbudowywać” – odpowiedział. Edison odniósł sukces między innymi dlatego, że nie traktował swoich niepowodzeń jako osobistych porażek. Henry Ford, który pracował dla Edisona i bardzo go podziwiał, zaczynał prawie od zera, a mimo to zdołał w ciągu piętnastu lat zbudować jedną z największych i najbardziej zyskownych firm na świecie. Jednak kilka lat później jego biznes, pozornie skazany na sukces, utknął w miejscu, a potem, przez dwie dekady, niemal co roku przynosił straty. Ford znany był z tego, że uparcie trzymał się własnych opinii. Nie jest wykluczone, że jego firma straciła tak wiele pieniędzy, ponieważ potraktował swój biznesowy sukces osobiście i uznał, że komuś takiemu jak on nie może się zdarzyć nic złego.

Powiązanie sukcesów z własnym ego prowadzi ludzi do katastrofalnych porażek. Zaczynają bowiem uznawać, że zawdzięczają te sukcesy osobistym zdolnościom, i nie biorą pod uwagę tego, że być może udało im się po prostu wykorzystać nadarzającą się okazję, znaleźć się we właściwym czasie we właściwym miejscu, albo że po prostu mieli szczęście. Dochodzą więc do przekonania, że każde przedsięwzięcie, w które się zaangażują, musi skończyć się dobrze.

Postawę taką nazywa się rozmaicie: nadmierną pewnością siebie, pychą, arogancją. Nigdy jednak nie opisano dokładnie mechanizmu powodującego, że sukces traktowany jako osobista zasługa prowadzi do klęski. Tym właśnie chcę zająć się w tej książce. Jest to studium przypadku ilustrującego fenomen obserwowany w świecie biznesu niezliczoną ilość razy. Przedsiębiorca dostrzega szansę rynkową, podejmuje ryzyko, pomysł się sprawdza i jego firma wchodzi w fazę oszałamiającego wzrostu. A potem popełnia błąd i następuje katastrofa. Opisuję przypadek tradera, ale historię tę, jak każdą przypowieść, można odnieść do wielu innych sytuacji. Z płynących z niej nauk może skorzystać zarówno gracz giełdowy, jak i przedsiębiorca. Oba te obszary mają ze sobą więcej wspólnego, niż się zwykle uważa. Warren Buffett, najzamożniejszy człowiek w Stanach Zjednoczonych, wypowiedział słowa, które redakcja magazynu „Forbes” umieściła na okładce numeru z 1993 roku, w którym ogłoszono listę czterystu najbogatszych Amerykanów: „Jestem lepszym inwestorem, ponieważ jestem również biznesmenem. Jestem lepszym biznesmenem, ponieważ jestem również inwestorem”. Jeśli te same czynniki odpowiadają za sukces na giełdzie i w biznesie, są prawdopodobnie wspólne czynniki, które odpowiadają za porażki w obu tych obszarach.

Mógłbym przedstawić tu serię hipotetycznych przykładów tego, jak osobiście potraktowany sukces prowadzi do strat finansowych, ale sądzę, że czytelnikowi łatwiej będzie zrozumieć i zapamiętać moje konkluzje, jeśli będą wynikać z opowieści o realnym człowieku i o stracie naprawdę dużej. Jak dużej? Piętnastoletnia kariera jej bohatera legła w guzach, gdy w ciągu 75 dni stracił ponad milion dolarów.

Po co pisać książkę o traceniu pieniędzy?

Niemal każdy, kto próbował swoich sił na rynkach finansowych, zarabiał czasem jakieś pieniądze. Najwyraźniej ludzie wiedzą cokolwiek o tym, jak zarabiać na giełdzie. Niemniej jednak większość z nich traci na giełdzie więcej, niż zarabia. A jeśli tak, znaczy to, że brak im wiedzy o tym, jak unikać strat. Kiedy ich doświadczają, kupują książki lub zapisują się na seminaria i kursy dla inwestorów, licząc na to, że poznają nową metodę zarabiania pieniędzy – bo dotychczasowa metoda okazała się „ewidentnie wadliwa”. Półki w ich domach są zapełnione książkami w stylu dzieł Horatio Algera, opowiadających o zdumiewających karierach „od pucybuta do milionera”. Niektórzy czytają je dla rozrywki, inni chcą się z nich dowiedzieć, jak milionerzy dochodzili do swoich fortun, zwłaszcza jeśli zdobywali je na spekulacjach giełdowych. Większość tych książek ma tytuły w rodzaju: Jak wygrać na giełdzie, Jak zrobić użytek z tego, co już wiesz, Jak stosować skuteczne strategie inwestycyjne czyJak zarobić przed śniadaniem milion dolarów. Wszyscy je czytaliśmy. Gdyby jednak faktycznie uczyły one zarabiania pieniędzy, wszyscy bylibyśmy już bogaci.

W literaturze giełdowej bardzo niewiele pisze się o stratach. A jeśli już, są to zwykle sensacyjne, nieautoryzowane biografie lub tabloidowe opowieści trafiające do gustów ludzi lubiących dowiadywać się o nieszczęściach innych. Czyta się je dla rozrywki, a nie po to, by nauczyć się czegoś z błędów ich bohaterów. W książkach dla graczy giełdowych problematyka strat jest omawiana bardzo powierzchownie – wspomina się o tym zagadnieniu, podkreśla się jego doniosłość, po czym zostawia ją bez sformułowania jakichkolwiek konkluzji. Czego nauczyłem się, tracąc na giełdzie milion dolarów to napisany w lekkim tonie traktat o psychologii przegrywania pieniędzy. Jest przeznaczony dla inwestorów, spekulantów, traderów, maklerów i specjalistów od zarządzania kapitałem – dla tych, którzy stracili pieniądze, i dla tych, którzy chcą uchronić się przed straceniem tego, co udało się im zarobić. Większość autorów piszących o psychologii inwestowania nawiązuje do psychologii behawioralnej lub psychoanalizy, wprowadzając specjalistyczne terminy, takie jak sublimacja, regresja, wyparcie, gniew itp. Nie twierdzę, że takie książki nie mogą być pouczające. Myślę jednak, że czytelnicy mogą mieć kłopot z ich strawieniem i zastosowaniem w praktyce ich konkluzji. W innych publikacjach prezentuje się przypadki fikcyjnych postaci, które mają stanowić ilustrację tez autorów, lub po prostu analizuje się klasyczne przysłowia i mądrości giełdowe dotyczące strat. Moja książka ma bawić i uczyć. Punktem wyjścia do analizy psychologicznych aspektów giełdowych porażek będzie historia tradera, który naprawdę stracił na rynkach terminowych ponad milion dolarów.

W pierwszej części opiszę nieprzerwane pasmo osobistych sukcesów Jima Paula, które sprawiło, że ubogi chłopiec z prowincji stał się żyjącym w luksusie milionerem i członkiem komitetu wykonawczego Chicago Mercantile Exchange, a potem przegrał na giełdzie półtora miliona dolarów i zbankrutował. Jednym z głównych założeń tej książki jest teza, że spektakularna wygrana przygotowuje klęskę. Prawdziwa katastrofa może się zdarzyć dopiero wtedy, gdy poprzedza ją sukces. Jeśli znajdujesz się w sytuacji neutralnej, to znaczy nie masz za sobą ani wielkich zwycięstw, ani porażek, będziesz skłonny uznać, że twoje szanse na zysk i na stratę są mniej więcej równe. Ale jeśli od samego początku wszystko ci się udawało, w przyszłości grozi ci spektakularna porażka, ponieważ nadmiar sukcesów powoduje psychologiczne zniekształcenia poznawcze. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy zdarzyło ci się naruszyć reguły gry i mimo to wygrać – dochodzisz wtedy do wniosku, że jesteś kimś wyjątkowym, kto nie musi się stosować do zasad.

W przypadku Jima pierwsze ziarna przyszłej katastrofy zostały zasiane, gdy w wieku dziewięciu lat zaczął pierwszą pracę zarobkową. Zetknął się wtedy z zewnętrznym światem, pieniędzmi oraz dobrami materialnymi. Był to początek jego błyskotliwej kariery i ostatecznej porażki. Próby zdobycia fortuny na giełdzie zakończyły się katastrofą i rozczarowaniem.

Jim postanowił więc dowiedzieć się, jak zarabiają na rynkach najlepsi profesjonaliści. Chciał ich naśladować. Gdy jesteś chory, chcesz, żeby leczyli cię najlepsi lekarze. Gdy masz kłopoty prawne, szukasz najlepszych adwokatów. Jim zaczął więc studiować rady najsłynniejszych traderów i inwestorów, by nauczyć się od nich sztuki spekulacji. Tu jednak również spotkało go rozczarowanie. Odkrył bowiem, że owi mistrzowie zarabiają pieniądze metodami, które są nie tylko różne, ale czasem są za sobą sprzeczne. Jedni coś zalecają, inni przed tym czymś ostrzegają. Doszedł więc ostatecznie do wniosku, że od zrozumienia mechanizmu zarabiania pieniędzy ważniejsze jest zrozumienie mechanizmu ich tracenia. Tylko w ten sposób można dowiedzieć się, jak należy bronić się przed stratami.

W drugiej części książki omawiam wnioski, do jakich Jim doszedł, analizując własną porażkę. Przede wszystkim uświadomił sobie, że chociaż jest mnóstwo sposobów na zarabianie pieniędzy na giełdzie, sposobów ich tracenia jest niewiele. Ludzie tracą pieniądze albo z powodu błędów w analizie rynku, albo – częściej – z powodu psychologicznych czynników uniemożliwiających zastosowanie wyników analizy, nawet prawidłowej. Rozmaite metody analityczne mają mniej więcej podobną wartość i wszystkie one dopuszczają pewien procent sytuacji, w których ich wyniki nie potwierdzą się. Czynniki psychologiczne nie tylko sprawiają, że gracze giełdowi nie potrafią pozbyć się pozycji przynoszącej straty. Powodują również, że gdy zdarzy się im nieudana transakcja, porzucają dotychczas stosowaną metodę i próbują innej.

W trzeciej części piszę o tym, jak unikać strat mających źródła natury psychologicznej. Błędy popełniane na giełdzie łatwo zrozumieć, ale znacznie trudniej je skorygować. Długie i skomplikowane wywody psychologiczne są mało pomocne. Bardziej praktyczny będzie prosty schemat, który pozwoli je poznać i przyjąć do wiadomości, a następnie nauczy, jak chronić się przed katastroficznymi stratami. Ta książka ma wam pomóc w rozpoznawaniu i unikaniu giełdowych pułapek, niezależnie od tego, czy jesteście inwestorami, traderami, czy spekulantami.

Dlaczego jednak książkę tę poświęcam traceniu pieniędzy? Ponieważ, jak pisałem, jest mnóstwo sposobów ich zarabiania, a tylko niewiele – ich tracenia. A poza tym książek o zarabianiu pieniędzy jest bardzo dużo, a mimo to większość z nas nie jest bogata!

Brendan Moynihan

Nashville, TN

Maj 1994

          Część pierwsza         
Wspomnienia gracza giełdowego

Doświadczenie jest najgorszym nauczycielem.

Poddaje cię sprawdzianom, zanim jeszcze udzieli ci lekcji.

Autor nieznany

Zarobiłem 248 tysięcy dolarów. W ciągu jednego dnia zarobiłem ćwierć miliona dolarów. To był niewiarygodny odlot. Czułem się tak, jakby za chwilą miał do mnie zadzwonić Bóg, żeby spytać, czy nie mam nic przeciwko temu, by jutro wzeszło słońce.

   Miałem wtedy specjalne biurko. Na wyrastającym z podłogi miedzianym piedestale spoczywał gigantyczny blok mahoniu, który wyglądał, jakby był zawieszony w powietrzu. Podobne wrażenie robiła przymocowana do ściany szafka wykonana z tego samego drewna. Kiedy wchodziło się do biura, widziało się dywan, wystającą z niego miedzianą kolumnę oraz dwie lewitujące drewniane bryły rzucające wyzwanie grawitacji. Bardzo adekwatnie, bo wydawało mi się, że to właśnie robię – rzucam wyzwanie grawitacji. Siedziałem przy moim fikuśnym biurku na krawędzi krzesła, czekając na otwarcie rynku, gotów do zarobienia kolejnych 50 tysięcy dolarów. Myślałem sobie, że życie nie może wyglądać lepiej. Miałem rację. Nie mogło.

   Był poniedziałek. Rynek na otwarciu spadł i tego dnia ani na chwilę nie znalazł się powyżej poziomu z ostatniego sierpniowego piątku. Tak zaczął się spadek, w czasie którego dziennie traciłem średnio 20 czy 25 tysięcy dolarów. To trwało ponad dwa miesiące. Spadek, czasem tylko przerywany wzrostowymi spazmami, był bezlitosny. Na szczęście wycofałem z rynku pieniądze klientów. Pozycje większości z nich zamknąłem z zyskiem i tylko niektórzy ponieśli straty. Ale ja oczywiście zostałem. To miała być długoterminowa transakcja. Wielki strzał. Mieliśmy na nim zarobić – ja i Kirby – 10 milionów.

   W połowie października byłem już na minusie. Nie liczyłem dokładnie, jak głęboko, wiedziałem jednak, że straciłem większość moich pieniędzy. Sytuacja wyglądała coraz gorzej i zacząłem dostawać wezwania do uzupełnienia depozytu. Czekałem wtedy kilka dni, żeby zobaczyć, czy rynek nie wzrośnie na tyle, bym nie musiał go uzupełniać. Jeśli rósł, uspokajałem się. Jeśli nie – kolejne kilka dni poświęcałem na szukanie znajomych, którzy mogliby mi pożyczyć pieniądze. Zdarzało się, że spóźniałem się z wpłatą o dwa czy trzy dni, ale firma maklerska traktowała mnie wyrozumiale: „Wiemy, że jesteś grubą rybą. Jesteś w radzie giełdy. Jesteś w komitecie wykonawczym. Jesteś dyrektorem w swojej firmie. Wiemy, że masz talent do pieniędzy”.

   W pierwszym tygodniu listopada moja pozycja stopniała o 200 czy 300 tysięcy. Nawet nie wiedziałem, ile dokładnie. Olej sojowy spadł od sierpniowego szczytu z 36 czy 37 centów do 25, co oznaczało, że łącznie straciłem 700 czy 800 tysięcy dolarów. Co gorsza, pożyczyłem od znajomych 400 tysięcy.

   Wtedy firma litościwie odłączyła mnie od rynku. Na szczęście, bo sam nie potrafiłem tego zrobić. 17 listopada menedżer z biura maklerskiego wkroczył do mojego biura i zaczął likwidować wszystkie pozycje. 26 sierpnia miałem wszystko. Był 17 listopada i nie miałem nic. Ale nie zamierzałem rezygnować z giełdy. Podszedłem do tego jak do gry w blackjacka z chłopakami, z którymi nosiłem kiedyś kije na polu golfowym. Nie zmierzałem przestać grać. Zamierzałem przestać tracić.

Nie przegrałem tych pieniędzy dlatego, że moja metoda analizy rynku była błędna. To też mogło odegrać pewną rolę, ale nie to spowodowało, że trzymałem się przegrywającej pozycji tak długo, że musiałem się w końcu zadłużyć się, by ją utrzymać. Przyczyną było pewne psychiczne zaburzenie wywołane przez wcześniejsze pasmo sukcesów, które sprawiło, że związałem z moją pozycją rynkową własne ego, przez co naraziłem się na katastrofalną stratę.

Było to to samo zaburzenie, któremu uległ Henry Ford, gdy doprowadził swoją firmę do kryzysu w latach 20. i 30. XX wieku. Dziś dotyka ono przedsiębiorców, menedżerów, prezesów firm. W 1993 roku amerykański guru zarządzania Peter Drucker napisał w „Wall Street Journal”, że „w ostatnich kilku latach byliśmy świadkami porażek firm będących kiedyś liderami w swoich branżach, takich jak General Motors, Sears, IBM – żeby wymieć tylko niektóre – przy czym, paradoksalnie, schyłek IBM został spowodowany przez jego niespotykany sukces”[1]. Drucker dodał przy tej okazji: „Sukces zawsze sprawia, że metody, które go umożliwiły, stają się przestarzałe”. Wprawdzie niektóre z przyczyn tych kryzysów były funkcją konkretnych strategii stosowanych przez firmy (Drucker nazywa je Pięcioma Śmiertelnymi Grzechami Biznesu), działały również czynniki związane z decyzjami podejmowanymi przez pojedynczych menedżerów. Tego rodzaju czynnikom poświęcona jest ta książka.

Ludzie traktujący sukcesy jako osobistą zasługę narażają się na klęskę. Nie biorą bowiem pod uwagę możliwości, że być może udało im się wykorzystać okazję, znaleźć się we właściwym czasie we właściwym miejscu, albo że po prostu mieli szczęście. Zaczynają więc myśleć, że ich zaangażowanie w dowolne przedsięwzięcie gwarantuje jego sukces. An Wang, założyciel Wang Laboratories, powiedział: „Dziwi mnie, że tak wielu utalentowanych ludzi w ten czy inny sposób wykoleja się w jakimś momencie swojego życia. Za często zdarza się, że metodyczne pięcie się w górę kończy się dramatycznym upadkiem. Ludzie ponoszą porażki najczęściej z tego powodu, że sami strzelają sobie w stopę. Jeśli uda ci się przez dłuższy czas nie strzelić sobie w stopę, zostaniesz nazwany geniuszem”[2]. Posłuchajmy też Herba Kellehera, dyrektora generalnego Southwest Airlines: „Sądzę, że najprostszą drogą do pożegnania się z sukcesem jest nabranie przekonania, że jest się człowiekiem sukcesu”[3]. Owo przekonanie jest właśnie istotą osobistego traktowania własnych osiągnięć.

Mój ojciec mawiał, że są dwa rodzaje ludzi – inteligentni i mądrzy. Ludzie inteligentni uczą się na własnych błędach, a ludzie mądrzy – na błędach cudzych. Czytelnik tej książki ma wspaniałą okazję, by wykazać się mądrością, ponieważ ja okazałem się zaledwie inteligentny. Nauczyłem się wiele na błędach, które doprowadziły mnie do przegrania na giełdzie półtora miliona dolarów. Jednak moja historia nie sprowadza się do opowieści o upadku z pozycji zarabiającego krocie tradera i członka komitetu wykonawczego chicagowskiej giełdy. Poprzedza ją równie fantastyczna opowieść o wspaniałej karierze, która ten upadek przygotowała.

            1           
Głód

Moją pierwszą pracę dostałem, kiedy miałem dziewięć lat. Kolega z klasy, który nosił kije golfowe w klubie Summit Hills w Elsmere, spytał mnie, czy nie chciałbym do niego dołączyć. Powiedziałem, że jasne, że tak. Moi rodzice uznali, że to dobry pomysł, ponieważ w ten sposób nauczę się wartości dolara. Ja uznałem, że to świetny pomysł, ponieważ dzięki temu będę miał dolary.

To był początek mojego romansu z pieniędzmi. Pracując w klubie, dowiedziałem się, jak bardzo są one ważne. Umożliwiają ludziom posiadanie przyjemnych rzeczy. O większości z nich nie wiedziałem do tej pory, że istnieją. Ojciec pracował jako geodeta i zarabiał wtedy, na początku lat 50. jakieś cztery czy pięć tysięcy rocznie, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na przyjemne rzeczy.

Summit Hills nie był szczególnie ekskluzywnym klubem, ale był klubem, więc ludzie, którzy w nim bywali, mieli dużo więcej pieniędzy niż przeciętni mieszkańcy mojej okolicy. Dzięki temu, mając zaledwie dziewięć lat, wiedziałem jako jedyne dziecko w klasie, że „oldsmobile są lepsze”.

Nosiłem kije za Charlie’m Robkey’em. Charlie nie był wybitnym golfistą, ale zarabiał mnóstwo pieniędzy i miał piękny samochód. Pokazywał się w nowym cadillacu eldorado w wersji z otwieranym dachem, a obok niego siedziała szykowna blond żona w szyfonowym szalu. Mówiłem sobie: „Jim, chcesz mieć to, co ma Charlie i chcesz robić to, co on robi. Nie chcesz jeździć chevroletem, jak twoi sąsiedzi”. Nie wiedziałem wprawdzie, co robi Charlie, ale to nie miało żadnego znaczenia. Zarabiał dużo pieniędzy i miał wiele z tych najprzyjemniejszych rzeczy. To mi wystarczało.

Pieniędzmi o ścianę

Wiedziałem już, że nie jest ważne, co robisz w życiu – ważne jest to, ile ci za to płacą. Mądrości tej nauczyłem się nie tylko od członków klubu, takich jak Charlie Robkey. W jej odkryciu pomogli mi również moi koledzy od noszenia kijów. Wszyscy podziwialiśmy chłopaka o ksywce Goose. Miał jakieś czternaście czy piętnaście lat, więc dla mnie, dziewięciolatka, był prawie dorosły. Czekając w klubie na wezwanie do kolejnej rozgrywki, graliśmy w monety. Gra polegała na tym, by rzucić dziesięciocentówką o ścianę tak, by spadła jak najbliżej tej ściany. Ten, kto wygrywał, zabierał monety innych graczy. Goose był w tym bardzo dobry. Jego moneta prawie zawsze zatrzymywała się na ścianie. Kiedy ja przez cztery godziny nosiłem torbę z kijami po polu golfowym, za co dostawałem dwa dolary, Goose siedział z chłopakami w naszym kącie i rzucał monetami. I pod koniec dnia miał więcej pieniędzy ode mnie. Mimo że to ja pracowałem ciężej. Imponował nam wszystkim. Nie tym, że tak dobrze rzucał dziesięciocentówkami, lecz tym, że miał ich tak dużo. Chciałem zarabiać pieniądze. Mogłem to robić powoli, nosząc torby z kijami, mogłem to robić szybko, grając w monety.

Żadnego sportu

Rodzice utwierdzali mnie w przekonaniu o wielkim znaczeniu pieniędzy. Chcieli nie tylko, żebym zrozumiał wartość dolara. Chcieli, żebym zaczął pracować i zarabiał.

Niektórzy koledzy ze szkoły zapisali się do młodzieżowej drużyny baseballowej. Ja oczywiście też chciałem spróbować. Gdy zebraliśmy się na boisku, trener spytał każdego z nas, na jakiej pozycji chcemy grać. Ja powiedziałem, że na pozycji łapacza. Nie miałem pojęcia, co robi łapacz, ale słyszałem kiedyś, jak znajomi rozmawiali o tej pozycji. To był błąd. Rzucane w moją stronę piłki przelatywały mi między nogami albo odbijały się od rękawicy lub mojej głowy. Potrafiłem jednak odbijać piłkę. Kilka razy posłałem ją ponad głowami zawodników zapolowych. A potem trafiłem nią trenera, który był miotaczem.

W pierwszej grze zaliczyłem grand slama, dzięki czemu wygraliśmy ją cztery do jednego. Dzięki mojemu poświęceniu w zbieraniu piłek odnieśliśmy kolejne sukcesy, ale przy tej okazji pobrudziłem strasznie mój baseballowy strój. Brudny strój był problemem, ponieważ nie powiedziałem rodzicom, że wstąpiłem do drużyny. Kiedy wróciłem do domu i dałem go mamie do uprania, usłyszałem, że powinienem zrezygnować z tego sportu.

– Baseball nie jest praktycznym zajęciem. Praktycznym zajęciem jest noszenie kijów golfowych. Nosząc kije, zarobisz pieniądze. Na baseballu nie zarobisz niczego.

Tak skończyła się moja krótka, choć błyskotliwa kariera sportowa. Raz jeszcze utwierdziłem się w przekonaniu, że liczą się pieniądze.

Doświadczenia zdobyte w klubie i kontakty z kolegami noszącymi kije golfowe dostarczyły mi pierwszych lekcji na temat pieniędzy i ich zdobywania. Dowiedziałem się wtedy również, że można je zarabiać, grając w blackjacka i pokera. W wieku dziesięciu lat zacząłem więc grać w blacjacka na drobne stawki. Zależało mi bardzo na pieniądzach, więc martwiłem się, że prawie zawsze przegrywam. Kiedy powiedziałem o tym Goose’owi, wyjaśnił mi, że przegrywam, ponieważ on i reszta chłopaków oszukują. Pokazał mi, jak odwraca pierwszą kartę talii, tak żeby inni gracze nie wiedzieli, gdzie jest jej góra, a gdzie dół. Następnie kładł rozdane wcześniej karty na jej dole, a gdy potrzebował wyciągnąć znaną kartę, odwracał talię. Nie zniechęciło mnie to. Nie przestałem grać w blackjacka. Przestałem natomiast przegrywać.

Nasiąknąwszy panującym w klubie kultem pieniądza, postanowiłem zadawać się z osobami praktykującymi go z największym powodzeniem. Chciałem zadawać się z właściwymi ludźmi. Zacząłem się przypochlebiać Johnny’emu Meyerowi. Johnny Meyer był mistrzem naszego klubu. Zostałem jego osobistym chłopcem do noszenia kijów, dzięki czemu po raz pierwszy w życiu wyjechałem z Elsmere. Pojechaliśmy jego wielkim chryslerem kabrioletem do Big Springs Country Club. Zabrał mnie również do Louisville na mistrzostwa amatorów stanu Kentucky. Miałem trzynaście lat i uznałem, że ta podróż jest najwspanialszą rzeczą, jaka spotkała mnie w życiu. Siedziałem w tej superfurze z szykownym gościem, który był wielkim graczem w golfa, i jechałem do klubu w nieznanym mi mieście. Johnny wziął mnie ze sobą, ponieważ znałem się na podawaniu kijów. To było tylko siedemdziesiąt mil, ale dla mnie to była wielka wyprawa.

Kontakt z klubem i z golfem zmienił gruntownie moje postrzeganie świata i społeczeństwa. Gdyby nie to, nie miałbym pojęcia, że można posiadać tak wiele przyjemnych rzeczy. Dorastając w Elsmere, miało się niewielkie szanse na zetknięcie z „innym światem”. Można było nigdy się o nim nie dowiedzieć i spędzić całe życie jak Joe Nakrętka, najszczęśliwszy facet na świecie. Joe Nakrętka to gość, który kończy szkołę i znajduje pracę w lokalnej fabryce. Joe jedzie do pracy, dokręca cztery nakrętki po lewej stronie silnika V8, zjada lunch, dokręca cztery nakrętki po lewej stronie innego silnika V8, jedzie do domu, ogląda telewizję i pije piwo. Jest szczęśliwy, ponieważ nie wie, że cadillac eldorado jest super, że szyfonowy szal na szyi dziewczyny siedzącej obok ciebie w kabriolecie jest super, że najlepszy kij golfowy to McGregor ze złotą główką, a Spalding Executive jest dopiero na drugim miejscu. Jaki więc chcesz mieć kij? McGregora ze złotą główką oczywiście. Ale gdybyś nie zetknął się z „innym światem”, nie miałbyś pojęcia, że taki kij istnieje, i nie wiedziałbyś, że go pragniesz.

Praca w klubie uświadomiła mi, że istnieją te lepsze rzeczy. I zachciałem je mieć. To był kłopot, ponieważ kiedy dowiedziałem się o tym lepszym „innym świecie”, zrozumiałem, że mi go brakuje. Znalazłem się więc w gorszej sytuacji niż większość moich rówieśników, bo chciałem od świata więcej, niż mógł on zaoferować. Chciałem nauczyć się grać w golfa. Chciałem być jednym z tych facetów, którym chłopcy noszący kije mówią z szacunkiem „Dzień dobry panu”, tak ja zwracałem się do pana Robkeya. Chciałem być facetem z klubu, a nie Joe Nakrętką. W klubie nauczyłem się, że w życiu nie jest ważne, co robisz. Ważne jest to, ile ci za to płacą. Miałem wybór. Mogłem pracować ciężko jak Joe Nakrętka albo sprytnie jak Charlie Robkey.

Kiedy już wiedziałem, że ważne są pieniądze, jakie dostaje się za pracę, a nie sama praca, uświadomiłem sobie, że dobrze płatne prace zwykle wymagają wyższego wykształcenia. Joe Nakrętka skończył zaledwie szkołę średnią, podczas gdy ludzie tacy jak Charlie Robkey i Johnny Meyers z reguły kończą studia. Zrozumiałem, że jeśli mam w życiu zarobić poważne pieniądze, muszę zdobyć jakieś wykształcenie.

Żeby zdobyć rozsądne wykształcenie, musiałbym za nie zapłacić. Potrzebowałem więc pieniędzy na dalszą naukę. Zarabianie pieniędzy wymagało posiadania pieniędzy. Dlatego od dziewiątego roku życia zawsze gdzieś pracowałem. Byłem jednym z nielicznych uczniów w liceum świętego Henryka, którzy sami finansowali własną edukację. Poszedłem do tej parafialnej szkoły, ponieważ moi rodzice byli katolikami i powiedzieli, że muszę się uczyć właśnie tam. Nie stać ich jednak było na to, by za nią zapłacić, więc sam płaciłem czesne i kupowałem książki i ubrania. Ugruntowało to jeszcze bardziej moje przekonanie, że pieniądze są bardzo ważne. Kije golfowe nosiłem do piętnastego roku życia. Ale w tym samym czasie zdarzało mi się pracować w sklepie ze sprzętem golfowym. Dawałem też lekcje gry. Kiedy skończyłem z noszeniem kijów, prowadziłem przez jakiś czas strzelnicę golfową. Potem sprzątałem brudne naczynia w restauracji i – w ostatniej klasie liceum – pracowałem w warsztacie samochodowym. Kończyłem lekcje o drugiej po południu i zasuwałem od trzeciej do jedenastej. Przez pięć dni w tygodniu, a potem od ośmiu do dziesięciu godzin w soboty i niedziele. Moi starzy byli dziwnie wyrozumiali, gdy wracałem po nocy do domu. Wolno mi było wydawać moje pieniądze, na co chciałem, i robić to, na co miałem ochotę – przecież tak ciężko pracowałem. Rodzice tolerowali wszystko, dopóki nie wiązało się to z kłopotami. Oni wyznaczali reguły, a ja ich przestrzegałem.

Kiedy zna się reguły, jest łatwo – stosujesz się do nich i wygrywasz. Gdy wiedziałem, jak dojść z punktu A do punktu B, wykonywałem absolutne minimum, które było do tego konieczne. Moi nauczyciele wściekali się, ponieważ świetnie radziłem sobie z tym, co mnie interesowało, i bardzo kiepsko z tym, czym nie potrafiłem się zainteresować. Jednak z większości przedmiotów miałem ocenę C, czyli minimum pozwalające przejść z klasy do klasy. Chyba że lubiłem jakiś przedmiot – wtedy dostawałem A. Wszystkie uwagi moich nauczycieli na mój temat można było sprowadzić do stwierdzenia: „Pracuje poniżej swoich możliwości”. Naprawdę byli wściekli. A na dodatek zostałem wybrany na przewodniczącego rady uczniowskiej. Nie byłem typem, który nauczyciele chętnie widzą w tej roli. Wolą, by tego rodzaju funkcje pełnili ich ulubieńcy, którzy nie piją, nie jeżdżą za szybko i nie robią innych głupstw.