Jak podrywają szejkowie - Marcin Margielewski - ebook + audiobook

13 osób właśnie czyta

Opis

Przemilczana prawda o życiu arabskich szejków.

Historia młodego księcia, syna jednego z arabskich szejków, który ze względu na swoją pozycję i bogactwo może mieć wszystko. Dosłownie: wszystko. Marcinowi Margielewskiemu udało się z pierwszej ręki pozyskać informacje na temat nocnego życia najbogatszych mężczyzn świata.
Książę Abed ma dwie pasje - piękne kobiety i piękne konie. Wraz ze swoim ojcem przylatuje do Polski na słynną na całym świecie aukcję koni. Jednak szejk, zamiast kupić synowi upragnionego wierzchowca, niespodziewanie wyjeżdża. W hotelu Abed znajduje tylko enigmatyczny list od ojca, który prosi go, aby pozostał w Warszawie. Opiekę nad młodym księciem przejmuje jego kuzyn, który odkrywa przed Abedem świat pełen kobiet, pieniędzy, używek, erotycznych rozkoszy i perwersyjnych zabaw.
Autor ujawnia bezwzględną rzeczywistość nocnego życia szejków i arabskich książąt, która zwykle skrywa się za ścianami hoteli, apartamentów i luksusowych dyskotek.

Wszystkie dziewczyny, które przylatują na moje epickie przyjęcia, są modelkami. Dziwka to takie brzydkie słowo. Zwłaszcza na trzeźwo - powiedział Imad kpiąco.
On nie widział różnicy pomiędzy pracą modelki z profesjonalnych agencji a usługami prostytutki. Patrzyliśmy na tę sprawę z dwóch różnych perspektyw, ale miałem wrażenie, że jego doświadczenie w temacie sprawia, iż wcale nie jest taki daleki od prawdy. Modelki, z którymi pracowałem, z dużym zaangażowaniem prezentowały ubrania bogatym Arabkom, ale podejrzewałem, że za odpowiednią sumę równie chętnie zrzuciłyby je przed bogatymi Arabami.
fragment książki

Marcin Margielewski − karierę zaczynał jako dziennikarz radiowy, prasowy i telewizyjny, pracując dla mediów takich jak "Maxim", "CKM", "Super Express", "Gazeta.pl", "TVP" czy "Polsat Cafe". Przez dziesięć lat podróżował, mieszkając między innymi w Wielkiej Brytanii, Dubaju, Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej. Pracował również jako dyrektor kreatywny kilku światowych marek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 378

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Copyright © Marcin Margielewski, 2019

 

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

(www.studio-kreacji.pl)

 

Zdjęcie na okładce

Mariusz Tokajuk

 

Makijaż

Aga Lamcha-Chełkowska

 

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

 

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta

Katarzyna Kusojć

Marianna Chałupczak

 

ISBN 978-83-8169-613-5

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

PROLOG

Nad propozycją wyjazdu na kontrakt do Dubaju myślałem około pięciu sekund. Po kilku latach spędzonych w Londynie byłem gotowy na coś nowego i każdy pomysł, może z wyjątkiem wyjazdu do Indii czy na Alaskę, zostałby przeze mnie rozważony. Niektóre − jak ten − pod rozwagę nie były brane w ogóle. Tak! Lecę! Poza wysoką pensją i niemal niekończącym się latem najbardziej kusiło mnie to, że była to podróż w nieznane. Brzmi świetnie, ale szybko okazało się, że nieznane na początku bywa bardzo bolesne, a nad propozycjami wywracającymi życie do góry nogami warto myśleć nieco dłużej niż pięć sekund. Zaczęło się od mało przyjemnej procedury obejmującej między innymi pobranie odcisków palców i obowiązkowe badania na obecność wirusa HIV, przeprowadzone kilka godzin po przylocie. To miało ze mnie zrobić pełnoprawnego rezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Zabrano mi paszport, a w jego miejsce wciśnięto podstemplowaną przez pracodawcę kserokopię i zakwaterowano w luksusowej klatce, którą w każdej innej sytuacji uznałbym za fantastyczny hotel − w tej przypominała mi więzienie. Przez kolejne dwa miesiące słuchałem głównie o tym, czego mi nie wolno, za co mogę pójść za kratki, co może się dla mnie skończyć deportacją. Te informacje wywoływały we mnie poczucie zamknięcia i nieprawdopodobnej frustracji, którą wypłakiwałem w codziennie zmienianą poszewkę poduszki w moim apartamencie. A potem, za sprawą kilku poznanych w różnych okolicznościach osób, nastąpił przełom i okazało się, że surowe reguły, którymi mnie karmiono, od kiedy tam przyjechałem, są tylko po to, by można było je omijać. Zaczynałem stopniowo wsiąkać w ten przedziwny świat, który szczyci się sięgającymi nieba wieżowcami, choć prawdziwie niebosiężna jest w nim przede wszystkim wszechogarniająca hipokryzja.

I już nie płakałem. Śmiałem się w głos i naprawdę fantastycznie bawiłem, choć tej zabawie zawsze towarzyszyły pewne wyrzuty sumienia. Mieszkałem w miejscu, w którym łamanie praw człowieka jest na porządku dziennym. Sprawiedliwość społeczna jest pojmowana w dość swoisty sposób, a wysokość pensji zależy nie od umiejętności czy wkładu pracy, tylko od paszportu i koloru skóry. Robotnik z Bangladeszu, pracując sześć dni w tygodniu, zarobi miesięcznie tyle, ile obywatel Unii Europejskiej wydaje dziennie na jedzenie. I nikt nie odważy się tu zbuntować, bo w autorytarnych krajach to nigdy nie jest dobry pomysł.

Miałem dwa wyjścia: unieść się honorem i wyjechać w imię ideałów albo zrobić to, co większość − wejść do jaskini lwa i spróbować się z nim zaprzyjaźnić.

W gruncie rzeczy Dubaj jest nieprawdopodobnie nudnym miejscem, dlatego wszystkim moim znajomym, którzy wybierają ten kierunek, zawsze mówię, że warto tam pojechać albo na kilka dni − obejrzeć i wrócić − albo się tam przeprowadzić. Pierwsza opcja pozwala na zwiedzenie Dubaju bez nudy, druga daje szansę na poznanie ludzi, zbudowanie przyjaźni, a wtedy każde miejsce na ziemi staje się znośne. Nigdy, przenigdy nie jedźcie tam na dwa tygodnie wakacji. Nuda bywa śmiertelna.

Te lata spędziłem na ciężkiej pracy, częstych podróżach, głównie do innych krajów Bliskiego Wschodu, beztroskich zakupach i imprezowaniu, które często przybierało niespotykane w Europie formy. Nigdy nie sądziłem, że jedna z takich imprez, i to po kilku latach od powrotu do Polski, sprawi, że wrócę do Dubaju w dawno porzuconej roli dziennikarza z zadaniem opisania fascynujących przygód jednego z żyjących w Emiratach szejków.

Wpadłem do Dubaju z odwiedzinami. Mój przyjaciel Wael od dawna mnie do tego namawiał, więc postanowiłem w końcu się pojawić. Spotkanie z Waelem oznaczało, że zaliczę wszystkie kluby w mieście, ale tym razem do listy naszych dawnych miejscówek dołączył klub Armani Prive, znajdujący się niemal na szczycie otwartego dla publiczności najwyższego na świecie budynku Burj Khalifa. Od początku był legendą. By się do niego dostać, należy nie tylko mieć co wydawać, ale przede wszystkim być ubranym absolutnie idealnie. I drogo. Szczerze mówiąc, nie do końca byłem przekonany, że to miejsce dla mnie, ale Wael, który był wytrawnym znawcą nocnego życia Dubaju, przekonywał mnie, że to doskonały pomysł. I choć wtedy absolutnie tak nie myślałem, dziś muszę przyznać mu rację. Stwierdziłem, że nazwa klubu zobowiązuje, wbiłem się więc w garnitur od Armaniego i ruszyliśmy do Burj Khalifa.

Mknąc windą przez dziesiątki pięter, rozmyślałem, jakie to niezwykłe, że budynek, który jeszcze nie tak dawno był zatkniętym na środku pustyni żelbetonowym szkieletem, teraz zapiera dech w piersiach. Pamiętam, jak budowano Burj. Kiedy przeprowadziłem się do Dubaju w dwa tysiące szóstym roku, z ziemi wystawało tylko co najwyżej pięćdziesiąt pięter, ale kolejne przybywały w niespotykanym tempie. Wtedy wszyscy znali ten wieżowiec jako Burj Dubai. Skończony miał ostatecznie przypieczętować potęgę Dubaju jako cudownego miejsca, które wyrosło na pustyni z boskiej woli, i dać Dubajczykom, którzy są zaledwie kilkuprocentową mniejszością we własnym kraju, poczucie wyższości. Niestety okazało się, że Burj Dubai jest nawet dla Dubaju zbyt drogi i by go ukończyć, pieniądze musiał wyłożyć prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich, szejk Khalifa bin Zayed Al Nahyan z Abu Zabi, co spowodowało, że świat poznał swój nowy, najwyższy budynek pod nazwą Burj Khalifa. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego w Dubaju usypuje się wyspy i buduje się tak dużo wzwyż, skoro większa część emiratu to pustynia z połaciami terenów do zabudowy. Im wyżej, tym lepiej. Czyżby kompleksy? Wyścig trwa. Aktualnie wygrywa Dubaj, ale Saudyjczycy budują już swoją Kingdom Tower, która ma przewyższyć Burj Khalifa o sto siedemdziesiąt metrów. Dubajczycy nie składają jednak broni, ich Dubai Creek Tower ma mieć o kolejne trzysta pięćdziesiąt metrów więcej. Ta licytacja przypomina nieco porównywanie swoich męskości przez dorastających chłopców.

Gdy dotarliśmy do klubu, było sporo po północy. Chociaż lokal zwykle zamyka się o trzeciej nad ranem, wcześniejsze przybycie tu jest w złym guście. To świadczy tylko o jednym − Armani Prive to miejsce, w którym nie bywa się dla dobrej zabawy, tu chodzi o to, by się pokazać, zaznaczyć swoją obecność, a tym samym wysoki status społeczny. Szybko okazało się jednak, że nawet w klubie dla VIP-ów można być VIP-em jeszcze bardziej. Wael wcisnął mi w dłoń drinka i gdzieś poszedł. Gdy pojawił się ponownie, bez słowa pociągnął mnie za sobą. Po chwili znaleźliśmy się w nie mniej ciemnym, ale znacznie mniej zaludnionym pomieszczeniu, które − sądząc po dwóch elegancko ubranych osiłkach pilnujących wejścia − nie było powszechnie dostępne.

– Muszę ci kogoś przedstawić – powiedział Wael, który od momentu, gdy znaleźliśmy się w klubie, był bardzo oszczędny w słowach.

Stanęliśmy przed wyższym od nas o głowę, przystojnym mężczyzną w świetnie skrojonym garniturze. Miał egzotyczną urodę, ciemną skórę i raczej na pewno nie był Arabem.

Ukłonił się i podał mi rękę na przywitanie. Nie przedstawił się jednak.

– Jesteś z Polski. – To bynajmniej nie było pytanie.

– Tak się składa – odpowiedziałem nieśmiało, nie do końca pewny, czy to dobrze, czy źle.

– Piękny kraj, piękne kobiety, piękne konie – podsumował.

Dwa pierwsze określenia są wobec Polski używane dość często, trzecie funkcjonuje głównie na Bliskim Wschodzie. Polska wciąż jeszcze kojarzy się tu z mekką dla miłośników koni pełnej krwi.

– Miło to słyszeć… Nie sądziłem, że mój kraj ma tu aż takich fanów.

– Byłem w Polsce wiele razy, zmieniła się nieprawdopodobnie na przestrzeni lat. − To też częsta opinia, zresztą bardzo prawdziwa, i zawsze z przyjemnością ją słyszę.

Nasza rozmowa przez dłuższy czas nie schodziła na inne tematy, zacząłem się nawet zastanawiać, po co Wael mnie przedstawił właśnie temu człowiekowi, ale wiedziałem, że w takich miejscach nikt nie pojawia się przypadkiem i że nasze spotkanie musi mieć jakiś ukryty cel.

Miało!

Wael dzięki swojej pracy miał bliskie kontakty z wieloma dworami królewskimi i książęcymi w większości krajów Zatoki Perskiej. Pracował dla gigantycznego koncernu modowego mającego prawa do dystrybucji ubrań i akcesoriów marek takich jak Armani, Gucci, Prada, Fendi. Organizował prywatne pokazy kolekcji w pałacach. Tak wyrobił sobie niezwykłe koneksje, które, jak się później okazało, pozwoliły mu na rozwinięcie skrzydeł. Na razie miały pomóc mnie.

Wael jest typem, który lubi myśleć o sobie jako o przyjacielu świata − zna wszystkich i jeśli ktoś kogoś szuka, on zawsze ma właściwą osobę wśród znajomych. Hydraulik? Kandydat na nowego papieża? Aktor do reklamy? Pisarz do spisania wspomnień? Ty zgłaszasz życzenie, a Wael na pewno znajdzie tego, kogo szukasz. Wynika to zapewne z jego dobrego serca, ale nie bez znaczenia jest też pochodzenie. Wael jest Libańczykiem. Dość stereotypowym. Genetyczną krzyżówką człowieka i pawia. Dumny, pewny siebie i przesadnie zadbany. Przewrażliwiony na punkcie własnym i swojego kraju. Gdy wpada w tyradę na temat wyższości Libanu nad resztą krajów, zawsze obraża go pytanie, dlaczego nie mieszka w Libanie. Logicznym następstwem narodzin w absolutnym raju na ziemi wydawać by się mogło spędzenie w nim reszty życia, tymczasem Wael wyemigrował z niego, jeszcze zanim skończył dwadzieścia lat. Zawsze obrażała go też moja ignorancja, gdy wrzucałem go do jednego worka z Arabami. „Libańczycy nie są Arabami! Jesteśmy Fenicjanami”, mówił urażony.

Na szczęście Wael równie szybko się unosi, co wybacza, i jest wspaniałym przyjacielem. Kiedy usłyszał, że szejk jednego z dobrze znanych mu dworów szuka dziennikarza, który spisze jego historię, swoim zwyczajem pochwalił się, że zna idealnego człowieka do tej roboty. Człowiekiem tym miałem być ja − i to dlatego tego wieczoru znalazłem się w Armani Prive. O prawdziwym powodzie spotkania z tajemniczym fanem Polski dowiedziałem się jednak dopiero dwa dni później, kiedy na moją skrzynkę przyszedł dość nietypowy mail. Jego nadawcą był Namib al-Hanbali. W pierwszej chwili pomyślałem, że to zapewne jeden z tych nigeryjskich książąt, którzy walczą o spadek, i że z wielką chęcią się nim ze mną podzieli, jeśli tylko pomogę mu w walce, przelewając na jego konto tysiąc dolarów, ale nie wyrzuciłem wiadomości do spamu. Przeczytałem ją. Namib pisał w imieniu księcia Muhammada Abeda ibn Sajida, sługi bożego i syna… tu padła nazwa emiratu i nie, nie był to Dubaj. W zgrabnych, dość oficjalnych słowach przeczytałem o propozycji spisania wspomnień księcia. Książka miała opowiedzieć prawdziwe historie, ale moim zadaniem było zaburzenie ich chronologii i wprowadzenie koniecznych zmian, tak by nie do końca było wiadomo, kim jest główny bohater. To, co zaskoczyło mnie najbardziej, to fakt, że książę nie chciał, by była to biografia, chciał natomiast, by została wydana w Polsce.

Po co zatem spisywać wspomnienia? I dlaczego właśnie Polska?

Bardzo mnie to intrygowało, bo takie opowieści z życia z reguły składają się w biografię. Chęć wydania wspomnień emirackiego szejka w Polsce wydawała mi się w tym czasie jeszcze większym dziwactwem. Większym niż zamawianie tapicerki z wężowej skóry do odlanego z dwudziestoczterokaratowego złota ferrari, którego głównym pasażerem jest roczny leopard w brylantowej obroży. Dzisiaj to wszystko już ma sens. Wiem, dlaczego to nie mogła być biografia, dlaczego wspomnienia muszą być anonimowe, dlaczego powinny ujrzeć światło dzienne i skąd ten sentyment do Polski.

 

Wael pękał z dumy, gdy opowiedziałem mu o mailu od Namiba.

– Musisz mi tylko obiecać, że jak już napiszesz książkę, będę jej pierwszym czytelnikiem – zapowiedział.

Tę obietnicę mogłem złożyć bez problemu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że on sam dopisze do tej opowieści bardzo ważny rozdział.

 

– JAK PODRYWAJĄ SZEJKOWIE –

Marcin Margielewski

 

CZĘŚĆ I

 

ROZDZIAŁ 1

Książę

– Allah stworzył wiele pięknych rzeczy, ale najbardziej udały mu się konie i kobiety – książę Abed przekonywał mnie o tym na każdym z naszych spotkań. Miał szczęście dorastać otoczony pięknem, ale z fascynacją godną zapalonego kolekcjonera opowiadał tylko o swoich wierzchowcach i damach, które spotkał na swej drodze.

Mówi się, że nie można mieć wszystkiego. Książę Abed, syn jednego z arabskich szejków, jest żywym zaprzeczeniem tej tezy. Wysoki, szczupły, z burzą kruczoczarnych włosów, oliwkową skórą, śnieżnobiałymi zębami. Mógłby zdobyć serce niemal każdej kobiety. I to zanim dodamy fortunę trudnych do policzenia miliardów dolarów, które niewątpliwie w oczach wielu pań czyniły go jeszcze bardziej atrakcyjnym.

Zastanawiałem się, co spowodowało, że postanowił opowiedzieć o swoim życiu. Wiedział, że jego historia zostanie opublikowana, ale nie zrobił tego dla sławy, bo większej nie potrzebuje, a wywiady i tak musiały pozostać anonimowe. Sam nawet wybrał sobie pseudonim.

– Abed oznacza „wielbiciel”. Skoro mam ci opowiedzieć o tym, jak rozkochują szejkowie, powinienem się nazywać właściwie – wyjaśnił. – Książę Abed, wielbiciel kobiet.

Może zwyczajnie lubi się chwalić? A może zrobił to z nudów? Powody księcia długo pozostawały dla mnie tajemnicą, ale z czasem zaczynałem je odkrywać, aż w końcu poznałem w pełni. Spotkaliśmy się tylko trzy razy, jednak książę to niezwyk­le rozmowny człowiek. Historii opowiedzianych przez niego wystarczyłoby na dwa tomy. Wcale się nie dziwię, że kobiety są nim zafascynowane. Gdy obejmie władzę w emiracie zarządzanym dziś przez jego ojca, świat na pewno usłyszy o nim nie raz. Na razie słuchać miałem ja.

 

Po raz pierwszy spotkaliśmy się w Emiratach. Instrukcje przyszły mailem. Stałem przed wejściem do hotelu The Address, niemal przyklejonego do gigantycznego centrum handlowego Dubai Mall. Doskonale widać stąd Burj Khalifa, a wieczorem to świetne miejsce do obserwacji widowiskowych pokazów tańczących fontann, które u wielu wywołują ekscytację. Miałem być przed wejściem do hotelu punktualnie w południe. Wiedziałem tylko tyle. Spodziewałem się, że za chwilę podejdzie do mnie osoba, która zabierze mnie na górę i wskaże apartament księcia. Hotel, w którym przeciętna polska pensja z trudem starczyłaby na dwie doby, wydawał mi się godnym arabskiego szejka. Wkrótce przekonałem się, że moje przypuszczenia nie mogły być dalsze od prawdy.

Pod hotel podjechał kruczoczarny aston martin. Zatrzymał się na mojej wysokości. Ciemnoskóry kierowca, ogolony na zero, ubrany w szary, elegancki garnitur godny brytyjskiego arystokraty, wysiadł z samochodu, by otworzyć drzwi pasażera. Spojrzał na mnie. Wyraz jego twarzy był łagodny, godny zaufania. Idealny do roli seryjnego mordercy. Wydał mi się znajomy, ale kompletnie nie wiedziałem, gdzie mogłem go spotkać. Zawahałem się. Wsiąść? Samochód miał mnie zabrać na umówione spotkanie z księciem, ale równie dobrze mogłem skończyć na pasku telewizji informacyjnych podających wiadomość o zwłokach Polaka znalezionych gdzieś na pustyni. Kierowca wpatrywał się we mnie uporczywie i ewidentnie zapraszał do środka, choć przez cały czas nie powiedział ani słowa. Ważyłem w głowie ryzyko. Z jednej strony mogłem stracić szansę na szczery wywiad z prawdziwym szejkiem, z drugiej − życie.

Po chwili siedziałem w samochodzie.

– Raz kozie śmierć – powiedziałem półgłosem.

Kierowca nie zareagował. Zachowywał się jak dobrze zaprogramowany robot i przez chwilę nawet pomyślałem, że nim jest. W końcu kogo jak kogo, ale szejka na pewno stać na zakup tak zaawansowanej technologii. Wkrótce dotarło do mnie jednak, że mimo nieprzeliczalnego bogactwa szejkowie nie wydają pieniędzy tam, gdzie nie muszą, a zatrudnienie imigranta z Sudanu jest wielokrotnie tańsze od zakupu inteligentnego robota.

Mężczyzna jechał szybko, sprawnie manewrując małymi uliczkami po zjeździe z wielopasmowej Sheikh Zayed Road1. Jechaliśmy w kierunku plaży Jumeirah2. Jeszcze przez chwilę wiedziałem, gdzie jesteśmy, ale wkrótce kompletnie straciłem orientację. Wyjechaliśmy na odludzie i zobaczyłem pustynię. Wróciły obawy, że za moment rozegra się ten mniej optymistyczny scenariusz. Ponieważ jednak nie mogłem nic zrobić, postanowiłem przyjąć z godnością los, który był mi pisany. Kierowca obserwował mnie w milczeniu. Czasami miałem wrażenie, że próbuje się uśmiechnąć, ale nie odezwał się ani razu. Może był niemową od urodzenia, a może ktoś odciął mu język, zapewniając sobie pełną anonimowość. Człowiek bez języka jest znacznie bardziej wiarygodnym powiernikiem tajemnic.

Pędziliśmy z niewyobrażalną prędkością, a krajobraz w ogóle się nie zmieniał. Hektary piachu, gdzieniegdzie porośnięte jakimiś krzakami, które w tych warunkach mogły tylko niechybnie uschnąć na wiór. Krajobraz hipnotyzował. Straciłem rachubę czasu. Z letargu wyrwało mnie gwałtowne hamowanie. Zatrzymaliśmy się przed wielką bramą wieńczącą wysoki mur, ascetycznie zdobiony arabskimi motywami. Jego piaskowy kolor niemal zlewał się z pustynnym otoczeniem. Gdy spojrzało się na niego pod kątem, mur po kilku metrach dosłownie się rozpływał; niezwykłe wrażenie potęgowało wibrujące od gorąca powietrze, które zacierało jego kres. Przez chwilę zastanawiałem się, czy jest prawdziwy. Może to iluzja stworzona dla zamaskowania tajnych operacji lub po prostu po to, by ukryć jakieś perwersyjne hobby, na przykład seryjne morderstwa wścibskich dziennikarzy. Czyli to już… Pewnie jak ze mną skończą, porzucą mnie pod tym murem.

Kierowca wysiadł i obszedł wóz, by otworzyć moje drzwi. Postanowiłem się nie opierać; i tak bym nie wygrał. Był ode mnie co najmniej dwie głowy wyższy i znacznie lepiej zbudowany. Będąc posłusznym, miałem lepszą pozycję negocjacyjną. Może jak będę grzeczny, zanim ze mną skończą, zabiorą mnie chociaż do McDonalda na moje ostatnie w życiu frytki. Fantazje o frytkach niewątpliwie były wynikiem mieszanki ekscytacji i strachu podgrzanego pustynnym powietrzem. Musiałem się wziąć w garść. Wysiadłem. Uderzyła mnie fala nieprawdopodobnego gorąca. Kierowca mechanicznym ruchem zamknął drzwi i skinął na mnie. Miałem iść za nim.

Przeszliśmy przez bramę, za którą stał drugi samochód. Tym razem był to maybach exelero. Również idealnie czarny i lśniący jak rozgrzana smoła. Po chwili stało się jasne, że dalszy ciąg podróży odbędę na jego pokładzie. Kierowca otworzył drzwi i wzrokiem zaprosił mnie do środka. Wsiadłem posłusznie. Przyjemnie chłodne wnętrze pachniało egzotycznymi kwiatami. Na rozłożonym stoliku oddzielającym dwa miejsca dla pasażerów stały kryształowe kieliszki zdobione misternymi cięciami i butelka Laurent-Perrier3 Rose w tonacji różowego złota. Założyłem, że czeka na mnie, ale mój nastrój w dalszym ciągu był daleki od tego, w jakim z reguły otwiera się szampana. Poza tym jedyne, czego w tamtej chwili chciałem się napić, to czysta, zimna woda − życzenie zbyt plebejskie, by oczekiwać jego zaspokojenia na pokładzie samochodu należącego do szejka.

Gdy tylko zamknęły się za mną drzwi, maybach ruszył. Nie wiedziałem, kto go prowadzi; od kabiny kierowcy oddzielała mnie czarna szyba. Ktokolwiek to był, pracował dla szejka, więc starałem się za wszelką cenę zachować spokój i sprawiać wrażenie pewnego siebie. Nie było to łatwe. Szyby auta były przyciemniane w taki sposób, że również z wnętrza niewiele można było zobaczyć. Po oślepiającym świetle pustynnego słońca półmrok był niezwykle przyjemny i relaksujący, ale też bardzo mnie niepokoił. I tak nie mogłem już nic zrobić. Spojrzałem na swój telefon. Nie miał zasięgu, co tylko podniosło moje i tak już wysokie ciśnienie. Wprawdzie w samochodzie dostrzegłem telefon, który z pewnością działał i mógłby mnie uratować z opresji, ale niby do kogo miałbym z niego zadzwonić? I czy faktycznie byłem w opresji? Jedyne, co mnie kusiło w tej sytuacji, to szansa na zadzwonienie z mitycznego telefonu Vertu – marki, której zwykli śmiertelnicy zwykle nawet nie znają. Produkowane przez nią telefony komórkowe są tak ekskluzywne, że nie wymagają reklamy. Mijałaby się z celem, bo większości ludzi po prostu na nie nie stać. Wykonane z platyny lub dwudziestoczterokaratowego złota, w najtańszej wersji kosztują trzydzieści pięć tysięcy funtów. To zaawansowane technologicznie dzieła sztuki jubilerskiej. Personalizowane zgodnie z życzeniem klienta, z dzwonkami nagrywanymi przez londyńską Królewską Orkiestrę Symfoniczną. Przy nich najnowszy iPhone to plastikowa, niewiele warta zabawka.

Ponieważ ewentualność rozstania z życiem nie wymagała ode mnie przygotowań, postanowiłem skupić się na drugiej możliwości − na wywiadzie z księciem. Wyjąłem mój kieszonkowy notes, nieco zmęczony upałem i daleką od komfortu podróżą w ciasnej kieszeni. Nie miałem w nim pytań, choć w mojej głowie buzowało ich mnóstwo. Wpatrywałem się przez jakiś czas w pustą kartkę i zdałem sobie sprawę, jak niewiele w tej sytuacji zależy ode mnie. Nagle samochód skręcił i zatrzymał się gwałtownie. Nastała cisza. W kompletnym bezruchu czekałem na bieg wydarzeń. Pomału zaczynałem się oswajać z sytuacją. Zaczynałem rozumieć, że to przejęcie kontroli przez drugą stronę jest całkowicie zamierzone. Mam czuć respekt, strach, ale ma on w pewnym sensie być irracjonalny. Ma być w mojej głowie. Tak by faktami łatwo było mu zaprzeczyć. Przecież świadomie umówiłem się na wywiad. Wiedziałem, że zostanę na niego doprowadzony. Wszystko stało się zgodnie ze scenariuszem. Nikt mnie nie straszył. Nikt mi nie groził. A jednak w ciągu ostatniej godziny zdążyłem już wyobrazić sobie doniesienia o swojej śmierci, pogodzić się z nią, ba… nawet zaplanować swój ostatni posiłek. Niewątpliwie mojej bujnej wyobraźni pomogły historie o arabskich terrorystach, grasujących z maczetami po pustyniach w poszukiwaniu niewiernych przedstawicieli zepsutego Zachodu i skracających ich o głowę, ale wszystko, co się wydarzyło przez ostatnią godzinę, miało mi w tym pomóc.

Tym razem drzwi samochodu otworzyły się z przeciwnej strony. Przesunąłem się powoli po siedzeniu i wysiadłem. Słońce oślepiło mnie niemal zupełnie. Wzrok powoli wracał, potęgując wrażenie miejsca, w jakim się znalazłem. Zaparło mi dech w piersiach.

Opcje były jak zwykle dwie: albo umarłem, tylko tego nie zauważyłem, i właśnie dotarłem do raju, albo po prostu jestem w raju, bez przechodzenia przez formalności związane z umieraniem. Prawdą okazało się to drugie, choć do dziś trudno mi w to uwierzyć.

 

Stałem na granitowym chodniku okalającym olbrzymi zielony klomb, pośrodku którego pyszniła się strzelista, stylizowana, marmurowa fontanna. Zieleń trawy na klombie była wprost niewyobrażalnie soczysta, niespotykana w tej części świata. Jeszcze przed chwilą znajdowałem się na bezkresnej, wysuszonej na proch pustyni, a to miejsce zdawało się nie mieć najmniejszych problemów ani z brakiem wody, ani z temperaturą. Dookoła rosły rzadkie w tym regionie drzewa liściaste, niektóre pokryte drobnymi, jasnoróżowymi kwiatami. Przestrzeń między drzewami porządkowały alejki rozchodzące się geometrycznie niczym promienie słońca, od okręgu klombu w głąb ogrodu. Każdą z nich dekorowały idealnie przystrzyżone krzewy. Dopiero po chwili zauważyłem, że alejka, która znajdowała się dokładnie naprzeciwko mnie, z mojej perspektywy przesłonięta nieco przez fontannę, była szersza. Tak naprawdę była drogą dojazdową. To tędy przyjechał maybach, którym mnie tu przywieziono. Oszołomiony widokiem, jaki roztaczał się przede mną, nie zauważyłem nawet, że samochód odjechał w nieznanym kierunku. Czy zostałem sam? Na szczęście to miejsce nie nastrajało mnie tak pesymistycznie jak pustynia. Wizja ścięcia maczetą opuściła moją głowę, ale wciąż zastanawiałem się, co dalej. I coraz bardziej niecierpliwie czekałem na rozwój wydarzeń.

Obejrzałem się za siebie. To wystarczyło. Moim oczom ukazał się nieprawdopodobnie majestatyczny pałac, ewidentnie wzorowany wycieczkami do Wersalu i Disneylandu. Gdybym był jego fundatorem, pewnie zamówiłbym coś równie drogiego, choć zdecydowanie prostszego w formie, ale nawet na miłośnikach dalekowschodniego minimalizmu ten bliskowschodni przepych musiał robić wrażenie. Marmurowe schody, lśniące złotem poręcze prowadzące do olbrzymich, kutych, hebanowych drzwi. Czteropiętrowy budynek w kolorze budyniu waniliowego lśnił w słońcu, a miejscami połyskiwał, jakby obsypano go brylantami. Szyby w oknach łamały światło jak najwyższej klasy kryształy. Całość robiła wrażenie wyciętej z disneyowskiej bajki. Brakowało tylko, by książę przyleciał na latającym dywanie i zdradził mi kulisy romansu z księżniczką Jasminą.

Moim zachwytom przyglądało się dwóch mężczyzn stojących u wrót pałacu. Nie zauważyłem ich wcześniej. Byli ubrani w białe kandury4, a na głowach mieli zawiązane po emiracku kefije5. Byli tego samego wzrostu, przystojni, śniadzi, niemal identyczni. Jestem pewien, że dobrano ich w parę właśnie ze względu na podobieństwo. Doskonale dopełniali ten perfekcyjny obrazek.

Drzwi pałacu się otworzyły. Dostojnym krokiem wyszedł z niego wysoki mężczyzna o znajomym wyglądzie. Na głowie miał niemal identycznie zawiązaną chustę i również ubrany był w śnieżnobiałą kandurę. Uśmiechnął się do mnie i wtedy go rozpoznałem. To kierowca, który odebrał mnie spod hotelu. W tradycyjnym stroju wyglądał zupełnie inaczej − jeszcze bardziej dostojnie, ale to zdecydowanie był on. Szedł w moim kierunku, rozkładając ręce w powitalnym geście.

– Witaj! – powiedział.

A jednak nie jest niemową, pomyślałem, zastanawiając się, o co tu chodzi.

– Mam na imię Namib i pozostaję do twoich usług. Jesteśmy zaszczyceni twoją wizytą.

Namib, Namib, Namib… Oczywiście! Namib! To z nim korespondowałem w sprawie tego spotkania, to on przesłał mi wielostronicowy kontrakt, to jego spotkałem w ciemnym prywatnym pokoju klubu Armani Prive. Nie można było tak od razu? Po co ta szopka? I czy on stroi sobie ze mnie żarty? Jeszcze przed chwilą byłem przekonany, że wiezie mnie na śmierć, a teraz rozmawiamy o zaszczytach? Nie byłem w stanie wypowiedzieć ani słowa. W naszych dotychczasowych kontaktach wydawał mi się nieprawdopodobnym sztywniakiem. W mailach brzmiał formalnie, jako kierowca nie brzmiał w ogóle. A teraz stał przede mną − pogodny, przyjazny, uśmiechnięty.

– Mamy nadzieję, że podróż do pałacu nie była dla ciebie niedogodnością, a jeśli wiązała się ze stresem, gorąco przepraszamy. Protokół – wyjaśnił krótko. – Nie stójmy tak. Książę będzie wkrótce gotowy na umówioną rozmowę. Zapraszam do środka.

Teraz to ja zachowywałem się jak niemowa. Byłem zmęczony odpuszczającym pomału stresem związanym z „protokołem”, zaskoczony oboma wcieleniami Namiba i wciąż oszołomiony widokiem pałacu.

Ale to, co miało mnie naprawdę oszołomić, znajdowało się dopiero za drzwiami pałacu. Ujmujący chłód wnętrza uderzał od wejścia. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułem ulgę i spokój. Pałac onieśmielał przepychem, ale też intrygował, kusił. Wyłożona włoskim marmurem podłoga odbijała światło kryształowego żyrandola zawieszonego w holu. Był tak wielki, że trudno go było ogarnąć wzrokiem. Na pewno nie było to możliwe z miejsca, w którym stałem. Zawieszony był na wysokości minimum dziesięciu metrów i oświetlał całą przestrzeń. Jego światło odbijało się nie tylko w podłodze, ale również w rozwieszonych na niemal wszystkich ścianach lustrach w bogato zdobionych ramach. Podobno o gustach się nie dyskutuje, więc nie będę oceniał estetyki wnętrza pałacu, choć ewidentnie ktoś tu ostro przesadził. Jednemu trzeba oddać sprawiedliwość – nic tam nie było udawane, nie było mowy o imitacjach. Złoto było szczerym złotem, a marmur marmurem w każdym calu. Rozglądając się na lewo i prawo, podążałem za Namibem. Dotarliśmy do wielkich, lakierowanych na biało drzwi. Te były jakby wycięte z apartamentu przy nowojorskim Central Parku. Architekci wnętrz zatrudniani przez arabskich szejków nie biorą zakładników. A może sami są zakładnikami i wstawiają w projekty wszystko, co podoba się ich sponsorom… W końcu klient nasz pan. A co dopiero klient płacący w petrodolarach.

Za drzwiami czekał mnie powrót do znanej z poprzednich pomieszczeń mieszanki rozmaitych stylów, ale trzeba przyznać, że tu całość sprawiała wrażenie zdecydowanie bardziej przemyślanej. Wyłożone jedwabiem w kolorze ciemnej wiśni ściany dość dobrze współgrały z ciężką kolonialną sofą i dostawionymi do niej dwoma fotelami. Pomiędzy nimi stał złoty stolik z marmurowym blatem, wyraźnie nawiązujący do lat dwudziestych. Był też kominek – niezbędny element każdego szanującego się pałacu wzniesionego na pustyni, a jedną ze ścian poświęcono na bibliotekę. Wyłożona od góry do dołu książkami w identycznych, czerwono-złotych okładkach, ewidentnie pełniła rolę wyłącznie dekoracyjną. Książki były nietknięte, żadna z nich prawdopodobnie nigdy nie została przeczytana, ale i tak to w sumie miłe, że książki uznano za ozdobę godną pałacu arabskiego księcia. Przy nowojorskich drzwiach stał jeszcze jeden fotel, mniejszy niż ten z kolonialnego kompletu, ale wciąż dość okazały.

Namib zapytał, czy czegoś się napiję. Poprosiłem o wodę gazowaną. Mężczyzna ukłonił się i wyszedł z pokoju. Po chwili drzwi otworzyły się ponownie i do środka wjechał mały wózeczek prowadzony przez ubranego na czarno chłopaka o śniadej karnacji i niezwykle drobnej posturze. Sprawiał wrażenie nastolatka, ale nie byłem w stanie zweryfikować jego wieku, bo chłopak przez cały czas miał spuszczoną głowę. Tuż za nim do pokoju wszedł Namib.

– Czym możemy cię ugościć? – zapytał, wskazując barek, na którym stało około dwudziestu butelek z wodami z całego świata. Rozpoznałem wśród nich swoją ulubioną.

Chłopiec prowadzący wózek ani na moment nie podniósł wzroku. Ani wtedy, gdy do kryształowej szklanki nalewał wybraną przeze mnie wodę, ani wtedy, gdy ją podawał. Chwilę po tym, jak szklanka znalazła się w mojej dłoni, zniknął bez śladu.

Namib poprosił, żebym usiadł na sofie.

– Książę wkrótce do nas dołączy – powiedział, po czym ponownie wyszedł z pokoju.

Siedziałem w ciszy, chłonąc przyjemną woń roztaczającą się dookoła. Mieszanka kadzidła i cytrusów. Była intensywna, ale nie męczyła zmysłów. Arabskie perfumy bywają tak ciężkie, że zmarłego potrafiłyby ocucić, ale te miały w sobie delikatniejsze, uwodzące nuty. Obserwowałem drzwi wejściowe do pokoju, oczekując gospodarza. Trema mieszała się z niecierpliwością, ale wiedziałem, że to już niedługo, że już za moment. Drzwi jednak się nie otwierały.

W pewnej chwili usłyszałem szum, jakby ktoś jednym ruchem odsłonił zasłony, ale te pozostały nietknięte. Ku mojemu zdziwieniu pokryta jedwabiem ściana po mojej prawej stronie rozsunęła się, a w jej oślepiającym świetle pojawiła się postać w tradycyjnych emirackich szatach. Nie miałem wątpliwości. Książę we własnej osobie. Ubrany w białą kandurę z misternie zawiązaną białą ghutrą na głowie, wyglądał dostojnie, choć skromnie. Nie miał na sobie żadnej biżuterii poza wąziutką, grawerowaną arabską inskrypcją bransoletką z białego złota na prawej dłoni. Sam fakt, że złoto było białe, wiele mówił o księciu. Nie był zwykłym, rozkochanym w błyskotkach Arabem, któremu ilość złota w złocie doskonale rekompensowała brak gustu.

Tuż za nim podążał Namib. Wstałem, lekko zaskoczony. Po pełnej przygód i zwrotów akcji wycieczce do pałacu nie mogłem oczekiwać, że książę tak po prostu wejdzie do pokoju, ale nie spodziewałem się przenikania przez ściany. Książę podszedł do mnie, wyciągając dłoń na przywitanie. Był uśmiechnięty i sprawiał wrażenie, jakby spotykał się ze starym kumplem. Ta niezwykła otwartość zbiła mnie z tropu. Po całej szopce z „protokołem” spodziewałem się, że spotkanie będzie chłodne i pełne dystansu. Wyobrażałem sobie, że książę zasiądzie na tronie, a ja będę musiał przed nim klęczeć bez zgody na spoglądanie w jego oblicze. Tymczasem on objął mnie ramieniem i łagodnym gestem wskazał, bym usiadł na sofie. Sam zajął miejsce na fotelu tuż obok.

– Witam. Niezmiernie się cieszę, że wreszcie możemy się spotkać twarzą w twarz – powiedział, uśmiechając się szeroko.

Twarzą w twarz? A kiedykolwiek spotkaliśmy się inaczej?

To powitanie wydawało mi się bardzo dziwne, ale nie mogłem się teraz nad tym zastanawiać.

– To dla mnie wielki zaszczyt – wydusiłem z siebie.

Potem było już łatwiej. Opowiedziałem księciu to, co w zasadzie już wiedział − o moich zamiarach, o tym, że w książce wystąpi pod pseudonimem, że może sobie go nawet sam wybrać. Zapewniłem o anonimowości. Mówiłem o tym wszystkim, choć oczywiście to nie ja dyktowałem tu warunki. Wszystko zostało ustalone wcześniej. Dokładnie opisane w kontrakcie.

– Abed oznacza „wielbiciel”. Skoro mam ci opowiedzieć o tym, jak rozkochują szejkowie, powinienem nazywać się właściwie – wyjaśnił. – Książę Abed, wielbiciel kobiet!

– Niech zatem tak będzie. Książę Abed, wielbiciel kobiet! Brzmi świetnie! – powiedziałem.

Książę zdawał się zadowolony z tego, że właśnie został bohaterem książki. Zanim zaczął swoją opowieść, zapytał mnie jeszcze o moje pochodzenie. Okazało się, że ma wiele wspólnego z Polską.

– Allah stworzył wiele pięknych rzeczy, ale najbardziej udały mu się konie i kobiety – powiedział. – To zaskakujące, że piękne konie i równie piękne kobiety mieszkają właśnie w kraju, który w Allaha nie wierzy. Jakby Najwyższy chciał wam, Polakom, coś przez to powiedzieć… – Uśmiechnął się.

Czyżby chciał powiedzieć, że Allah podarował Polkom i polskim koniom urodę na kredyt? Czy miała to być zapowiedź podboju? Jak wkrótce się okazało, Abed poczynił już nad Wisłą pierwsze kroki w tej sprawie.

1 Najdłuższa autostrada w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, ciągnąca się przez kilka emiratów od Abu Zabi po Ras Al Khaimah. Biegnie przez sam środek Dubaju. Na wielu odcinkach ma 7−8 pasów ruchu w każdą ze stron.

2 Znajdująca się nad wybrzeżem ekskluzywna część Dubaju, wybiegająca w głąb Zatoki Perskiej słynną sztuczną wyspą zwaną Palm Jumeirah.

3 Oryginalny, ekskluzywny szampan produkowany we Francji od 1812 r.

4 Również dishdasha − to najczęściej biała, zwiewna szata, długa do ziemi, wykonana zazwyczaj z cienkiej bawełny. W zależności od kraju kandury różnią się nieco krojem, miewają stójkę, kieszenie lub hafty.

5 Również ghutra, szmag lub hatta − tradycyjne arabskie nakrycie głowy u mężczyzn, kwadratowy kawałek materiału, złożony i owinięty w różny sposób dookoła głowy, po rodzaju wiązania kefii można często rozpoznać pochodzenie człowieka, który ją nosi. Kefija jest czasami utrzymywana na głowie za pomocą pętli ze sznurka, nazywanej agal.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI