Jadąc - Eustachy Rylski - ebook + książka

Jadąc ebook

Eustachy Rylski

4,1

Opis

Podróż po wspomnieniach, najpiękniejszych europejskich zakątkach, ważnych tekstach kultury i wszechobecnej muzyce.

Zbiór esejów przepełnionych czarem i urokiem włoskiego lata, niespieszną samochodową włóczęgą przez południową Europę, sybarytyzmem gorących wakacji i obietnicą niezwykłych przeżyć. Na stronach tej książki współbrzmią ze sobą muzyka rosyjska i cygańska, mandżurski walc, arie z oper Karola Szymanowskiego i Mahalia Jackson, której głos nieodmiennie przywołuje klimat amerykańskiego Południa. I oczywiście Chopin, który – słuchany w podróży – zawsze domaga się większych dekoracji niż europejski krajobraz. Nierozłączna triada – jazda, muzyka i pejzaż – wywołuje potrzebę opowiadania o tym, co najistotniejsze. Bowiem tylko w trakcie wędrówki tak mocno otwieramy się na świat i nowe doznania oraz nabieramy dystansu do tego, co było.

Historie o tym, co bliskie nam wszystkim, opowiedziane doskonałym stylem przez konesera życia i estetę – o poszukiwaniu zakorzenienia, własnego miejsca w świecie, ale także o namyśle towarzyszącym dostrzeganiu piękna w codzienności i drobiazgach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 146

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (18 ocen)
8
5
4
0
1

Popularność




Nie mam wątpliwości. Jesteśmy przypisani obrazom, dźwiękom, frazom, wersom i pejzażom w zasadzie do śmierci. Łagodzą złości, powściągają prostactwo, jakie wymusza na nas życie, przepędzają chandrę, od czasu do czasu przybierają postać niegroźnego opętania, a z dobrych chwil, jakich nie brak, czynią coś intymnego, osobistego, czego nie dzielimy nawet z najbliższymi. Bo to jest niepodzielne. Na tym polega urok tych wzruszeń lub, jak kto woli, tęsknot. Muzyka samochodowa, wchodząca w skład porywającej mnie jeszcze do niedawna triady złożonej z pejzażu, jazdy i dźwięku, jest tego przykładem. Setki utworów wielkich, dobrych, takich sobie, przypadkowych lub ewidentnie byle jakich – towarzyszących mi w podróżach przez kilkadziesiąt lat – których odtwarzanie z przyczyn technicznych nigdy nie było koncertowe, odcisnęło ślad na moich próbach literackich w nie mniejszym stopniu niż lektury, przyjaźnie, przygody, niepowodzenia lub sukcesy. Nie wykluczam, że niektóre z nich odpowiadają za moje chybione zamiary, literackie mielizny, błędy, dekonstrukcje, ale też za to, czym mogę się pochwalić. Co z tego pozostało? To, co pamiętam. Co pamiętam? To, co przedstawiam. Dlaczego przedstawiam? Wyjaśnienie w załączeniu. Fakt, że od kilku lat w podróżach, i nie tylko, starość podpowiada mi ciszę i że tym podpowiedziom ulegam, jest drugorzędny.

INNE TONY

.

1

Słuchałem Cyganów. Z taśm magnetofonowych, płyt, radia, na koncertach, we wnętrzach i w plenerze, raz nawet przy ognisku, gdy, zaprosiwszy ich, czciliśmy dwudzieste piąte urodziny jednego z moich kompanów z klanu Hemingwaya. Zdarzyło się to pół wieku temu wczesną jesienią, w czasach gdy nie stroniłem od kumpli, gdy dyspozycja fizyczna i psychiczna pozwalały mi beztrosko cieszyć się ich towarzystwem, gdy pogląd, że dobrze jest mieć mnie po swojej stronie, jeszcze nie przeminął. Słuchałem Cyganów, nawet gdy się nie odzywali, nawet gdy nie było ich w zasięgu wzroku. A najczęściej nie było. Słuchałem Cyganów, by zaspokoić niższą część mej natury, domagającą się dwuznaczności, a czasami wręcz grafomanii, trzymanych jednak przy pysku przez stronę wyższą. W ryzach jakiejś formy.

Może dlatego nie płakałem nigdy przy Białym misiu, nie porywała mnie do tańca Karin Stanek, nie tuliłem nigdy dziewczyny przy strofach MałegoKsięcia, szeptanych przez Kasię Sobczyk, i nie wyginałem się na wszystkie strony przy Lucilli Michaja Burano, choć to Cygan. A moja umiarkowana egzaltacja bigbitem przerwana została brutalnie, gdy na koncercie Niebiesko-Czarnych w J. G. wyrwano rękaw w mojej jedynej marynarce. Panosząca się we mnie natura niższa, której do końca nie ujarzmiła starość, kontrolowana była nieustannie przez dystynkcję, na jaką zapracowały pokolenia. Otrzymałem ją w darze wraz z prezentami, o jakie w najczarniejszych snach bym nie zabiegał. Ale dar dystynkcji sobie cenię. Tym więcej, że opuszczając kurtynę między mną a fascynacjami muzycznymi moich rówieśników w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, dla Cyganów ją nieco podniosła. Nie zachęcała mnie do nich, ale też mi ich nie broniła. Jej komunikat brzmiał: byle nie za długo, byle nie za często, byle nie za głęboko.

Czy słuchałem Cyganów w aucie? Czy weszli do spisu mej muzyki samochodowej? Obligatoryjnie, choć już nie pamiętam dokładnie, o jakich Cyganów chodziło i gdzie. Tak czy inaczej musieli zabierać się ze mną w podróże krótkie, jednodniowe, i w te niezmierzone, za jakie w początkach lat siedemdziesiątych uchodziła jazda z Wiednia na południe Grecji przez Jugosławię wzdłuż. Ale tym razem ze sobą ich nie zabrałem z przyczyn, że tak powiem, technicznych. W rzeczy samej, dołączyli do mnie nie przypadkiem, bo w moich relacjach z muzyką przypadków nie ma. Nawet dziki parking przed Bitolą, już bardzo na południu kontynentu, w skwarze sierpniowego dnia, nie był przypadkiem.

Zobaczyliśmy ich z kilkuset metrów podczas prostego zjazdu, co w jugosłowiańskiej Macedonii, na kilkadziesiąt kilometrów przed granicą z Grecją, było ewenementem, gdyż niezłe asfaltowe drogi prowadziły w górę i w dół niekończącymi się zakosami. Szukaliśmy przygód. Nie wypowiadam się za moją pięćdziesięcioletnią wtedy dzielną matkę, ale my troje: moja przyrodnia siostra, jej niemiecki przyjaciel i ja, głodni byliśmy wrażeń. Nawet byle jakich. Trzech Cyganów piekło mięso na przenośnym grillu. Obok stał ich sfatygowany mercedes cały w kurzu, z kontrabasem na dachu. Parking był wąski, zaśmiecony, bezludny, uczepiony stromego stoku, a Cyganie niechętni do kontaktów. Nasze dwa poczciwe autka, toporny volkswagen garbus i rozkoszny citroën 2CV z otwieranym dachem z dermy, kupione na austriackim szrocie za sześćset dolarów, ustawiliśmy nieco dalej, sugerując, że zatrzymaliśmy się dla widoków. Po kwadransie wzajemnego obserwowania się na rozpalonym słońcem pustkowiu zapytałem Cyganów, czyby nam zagrali, skoro skończyli już swoje mięso. Odpowiedzieli, że na parkingach nie grają. Na pytanie, gdzie w takim razie, wskazali góry. Na to ja, że góry omijamy, więc nie będzie okazji posłuchać i że tego żałuję. Najmłodszy z nich – rozebrany do pasa, spalony słońcem – niepytany o to poinformował, że jest Albańczykiem z Kosowa i że mogą zagrać kilka kawałków, skoro nam na tym zależy, za dwadzieścia marek, ale bez kontrabasu, bo ciężko się go wiąże na dachu merca i nie mają do tego głowy. Stanęło na piętnastu markach. Skrzypek był biegły, akordeonista coś tam imitował, gubili rytm, melodie były nie do odgadnięcia. Ani to Rosja, ani Bałkany, ani standardy cygańskie. Zgiełk, co zawisł w upalnym powietrzu i kurzu, mimo że ruch na szosie był znikomy. Kontrabas by ich jakoś organizował, ale, faktycznie, wyplątywanie go z taśm, jakimi do dachu auta został przymocowany, nie było warte tych piętnastu niemieckich marek. Najmłodszy z trójki, który miał się za Albańczyka, nie nadążając za skrzypkiem, usprawiedliwił się, że gdyby grali w górach, ich muzyka byłaby lepsza. A teraz jest taka, jaka jest. Dlatego nie grają na parkingach czy gdzie bądź.

Z dzieciństwa pamiętam Cyganów, którzy grali gdzie bądź. Niewielki tabor pojawiał się w naszych stronach co roku w połowie chłodnej na ogół i deszczowej wiosny ze względu na niezamieszkane, płaskie i nic niewarte łąki między zapuszczonymi stawami. Stanowiły pejzażową uwerturę do zalesionych gór, zapowiadających się nagle i pięknie. Na wspomnianym kilkusethektarowym ugorze dobrze się miały opary, mgły, dymy i to musiało taborowi odpowiadać. Nie rzucali się w oczy. Ale przed pozostawionymi samym sobie wszędobylskimi dziećmi nic się nie ukryje i tabor pogodził się niechętnie z naszą asystą. Mam wrażenie, że grali lepiej niż ci sprzed Bitoli, a jeżeli nie lepiej, to chętniej. Czas spędzali pracowicie przy kotłach i garnkach, które bielili i łatali. Ich muzyka i śpiew odzywały się rzadko, z nieznanych nam okazji, ale mieliśmy czas i cierpliwość, by na nie czyhać. Wszystkiego nam brakowało poza czasem. Byliśmy szczęśliwym stadkiem, w jakimś stopniu zjednoczonym z taborowymi Cyganami swobodą. Skończyło się to w połowie lat pięćdziesiątych. Po prostu nastała wiosna, a Cyganie się nie pokazali. Następnej wiosny również. Nikt ich nie wyglądał. Byli żywiołem obcym, upartym w swych zwyczajach, oddanym niezrozumiałym rytuałom, nieprzystosowanym do społeczności niechętnej wszystkiemu, co nie mieściło się w prostackiej normie. Nie sądzę, by poza mną ktoś ich wspominał.

*

Cyganów słuchałem też w drodze do włoskiego Fano, gdzie lata temu wynajęliśmy apartament na dwa tygodnie czerwca. Były to fantastycznie zaaranżowane pieśni rosyjskiego rodzeństwa Dżałakariewych, choć mogli się nazywać trochę inaczej i być małżeństwem. Moja żona i ja słuchaliśmy ich z oddaniem, moja pasierbica z narastającym zniecierpliwieniem i gdy gdzieś na wysokości Udine zmieniliśmy ich na Raya Charlesa, zgodziliśmy się, że jest różnica, biorąca się nie tylko ze zmiany muzycznego gatunku, która czarnemu pieśniarzowi powinna schlebić.

Na górnej drodze z Malagi do Rondy, jednej z najpiękniejszych w Hiszpanii, słuchałem andaluzyjskich Cyganów z płyty kupionej godzinę przed wycieczką. Psuła mi widoki uzależnieniem od miłości daremnej, tragicznej, krwawej, bo innej w tych obsesyjnych pieśniach nie było. Ciszę przyjąłem z ulgą.

A kilkanaście lat wcześniej przysłuchiwałem się ze wzruszeniem młodziutkiej Cygance, dziecku prawie, która w radzieckim filmie Zmartwychwstanie według powieści Lwa Tołstoja skarżyła się bohaterowi tej historii na jego nieczułość. Film był staranny, upozowany, a Cyganka wzięta wprost z rosyjskiego życia, z przelotnych romansów, jakie młodzi ziemianie włączali do katalogu obowiązkowych przygód. Wrocławskie kino Klub, w najładniejszej części miasta, specjalizowało się w repertuarze radzieckim, w związku z czym omijane było solidarnie przez naród. Wraz z kilkoma innymi kolaborantami oddawałem się artystycznym wrażeniom w pustej, komfortowej sali, do której z czasem wchodziłem bez biletu.

Nie miałem natomiast okazji wysłuchać kilkunastu nieźle przymulonych Cyganów na nadbrzeżu w Syzraniu, Chwałyńsku, Nikołajewsku, a może w Saratowie, w każdym razie w jednym z tych zamkniętych mimo pierestrojki sowieckich miast, bo Cyganów przepędziła milicja, nim zdążyli się zestroić. Matka Wołga ich nie uchroniła. Za to nikt nie przepędzał Cyganów z krakowskiego rynku, gdy wędrowali od kawiarni do kawiarni, wymuszając opłaty, mimo że nikt ich nie zamówił, i miałem wrażenie, że płacono im nie tyle za muzykę, ile za to, by nie grali.

Słuchałem Cyganów na dwóch kolejnych festiwalach romskich w Ciechocinku, gdy jako delegat Zaiksu wręczałem nagrodę Don Vasylowi. Obok wymuszonego przez publiczność cygańskiego lub, trzymając się poprawności, romskiego disco zdarzały się tam wirtuozerskie popisy skrzypcowe, gitarowe, akordeonowe romskich mistrzów z Węgier, Mołdawii, Serbii, Czarnogóry, przyjmowane przez kilka tysięcy widzów niechętnie, z nieukrywanym zniecierpliwieniem, gdy koncert się przedłużał, a publiczność chciała znów się pokiwać w rytm muzycznego zgiełku. Do dziś słyszę wysmakowane akordeonowe frazy z Bałkanów, grane przez starszego pana o smutnym spojrzeniu i ciemnej, zniszczonej twarzy, który zniechęcił do siebie publiczność rezerwą wobec jej rozdokazywania. Na tym festiwalu był kimś z nierozpoznanego, więc wrogiego świata.

Słuchałem zatem Cyganów lepszych lub gorszych, w aucie i nie tylko, ale ani pierwsi, ani tym bardziej drudzy nie mogli przypominać tych, których wysłuchał bohater mojej debiutanckiej powieści Powrót Maks Rogoyski w Odessie jesienią tysiąc dziewięćset dziewiętnastego roku, żegnając białą Rosję. Tych Cyganów nie słuchałem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Projekt okładkiŁukasz Piskorek
Redaktor prowadzącaMonika Koch
RedakcjaAnna Rydzewska
KorektaHanna Kociołek Jadwiga Piller
Copyright © by Eustachy Rylski, 2021 Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2021
ISBN 978-83-8032-570-8
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Kosiarzy 37/53 02-953 Warszawa
Konwersja: eLitera s.c.