Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pierwszy od trzech dekad tom poetycki Tadeusza Sławka. Książka, która stawia w centrum pytanie o „ja” – nie jako punkt wyjścia, lecz jako problem. Wiersze wycofują podmiot, wyprowadzają go z pozycji pewności i mówienia „w imieniu”. „Ja” nie organizuje tu świata, lecz uczy się go słuchać, sprawdza warunki własnego istnienia i języka. To poezja powściągliwa, pracująca na pauzie i wahaniu, w której każde zdanie sprawdza swoją konieczność, a słowo musi zostać odzyskane z nadmiaru komunikacji. Zamiast wielkich deklaracji pojawia się uważność na to, co drobne, bliskie, niedomknięte – na świat wypierany przez nadmiar „ja”. „Ja które nie” nie jest odmową, lecz próbą innego bycia w języku i we wspólnocie: takiego, które nie zagarnia przestrzeni, lecz robi miejsce dla innych głosów i dla tego, co jeszcze niesłyszalne.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 34
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
1.
świat uciekł na strych
między belki stropowe
bo cały dom zajęło ja
świat spuchł od ja
a potem skończył się
dość niepostrzeżenie
wtedy ja wybujało dziko
wyrosło ponad miarę
jak wielki łopian
przed końcem wydawało się
że wyrośnie z ja
jak wyrasta się z garderoby
albo że się zużyje
poprzeciera na łokciach
dziury wyjdą na kolanach
ale nic z tego
nagiego ciała
ja nie zobaczysz
takie przystrojone
co innego
nagie ciało
ja które
nie
niektóre ja
biorą (w nawias)
za dobrą monetę
albo na swoje barki
tylko niektóre ja
były nie
ale które?
jakieś ja
niewyjawione
niewyjałowione
może podejrzane
bo wszędzie czysto
i w maskach
2.
niektóre ja
rozkopują barłóg nocy
i wychodzą
na miasto
niektóre ja
źle znoszą poczucie normalności
nie mają takiej wyobraźni
są (nie)które ja
co lubią
geranium i wiedzą że
geranos to po grecku „żuraw”
które nie
ja
potrafią tak przeplatać
ze sobą słowa
że łapią w nie inne słowa
które
ja nie
mogą sobie
dać rady
z niczym
niektóre ja
strzępią sobie skrzydła
zamiast języka
grzeją się w cieple
sztucznych ogni
ja które
nie
może ośmielić się na wszystko
może osmolić sobie język
w niepomyślanym
osmalić w ogniu nienazwanego
a następnie wypowiedzieć
i jedno i drugie
oczywiście zająkliwie
z przerwami
z wahaniem
ja które
nie
ma czarny język
jakby spędziło
sezon w piekle
jakby wykrakał je kruk
a na końcu i tak
nic z tego
lecz
nie ja
które
każde nic
zamienia
na coś
i kto by pomyślał
że
3.
Mała dziewczynka
wrzuca kamyk do stawu:
woda marszczy się
kręgami regularnymi
jak oddech.
Ginie parę kijanek,
nartniki długim ślizgiem
znikają w szuwarach.
Młoda kobieta
wrzuca kamień milczenia
do wielkiej wody;
to „nic”, które wypowiada,
jest cytatem nie wiadomo
z czego lub kogo,
ale trudno je wysłyszeć,
bo choć jest z tego świata,
to nie z tego języka,
i brzmi barbarzyńsko,
choć niby znajomo.
Ale po tym „nic”
szaleje nawałnica,
starcy nie znajdują dachu nad głową
i bogowie zabawiają się ludźmi
jak chłopcy muchami.
Wiele było mowy o bezpieczeństwie
i Bóg poczuł, że nie może być obojętny:
pomyślał, że skoro już raz
wmodlili, wmyślili i wśpiewali go
w stajnię o zmurszałym dachu,
przez której szczeliny wiatr
niósł zeschłe liście i piasek pustyni,
to warto znów zawierzyć
zdrzewiałemu łonu,
i schronił się w dziupli sędziwej wierzby
przy starej drodze do Kozakowic.
I wszyscy wiedzieli, że On tam jest.
A zima była mroźna
nad ludzkie spodziewanie.
Dziś już takich nie ma.
W puchowym śpiworze śniegu
spała ziemia, wiosna była
ledwie kruchym domysłem.
Bóg – stara wierzba –
grzał się przy piecu
ludzkich błagań i suplikacji,
a jego kora otwierała się
przepastnymi porami małych
dziupli pełnych mroku.
Podobno gnieździły się tam
całe rodziny serafów
i hufce cherubów,
stąd nocami z dziupli
bił blask palonych ognisk
i ciepło płynęło ku ziemi,
jakby ujmując się za człowiekiem.
Trony i zwierzchności
tworzyły chóry, których śpiew
wiatr niósł nocami
przez puste pola.
„Cierpicie, więc jestem” –
mówił Bóg-wierzba, słuchając tych wezwań,
i szybko dodawał:
„Nie jestem sadystą,
przeciwnie – bardzo wam współczuję;
nie ja zarządziłem te wszystkie
boleści i okrucieństwa.
To wasza historia
i wasze to dzieła,
gdybym się wmieszał,
stracilibyście ostatni
punkt oparcia,
ostatnią nadzieję, że
istnieje coś, co może was
powstrzymać i zmienić
bieg zdarzeń.
Zresztą raz próbowałem wejść
między was, zburzyć wasze
świątynie zasobności
i świętego spokoju,
lecz dobrze wiecie, jak to się skończyło:
drzewem, gwoździami i cierniem.
Wtedy ja, syn wiecznego czasu
bez dat i pór roku,
zginąłem w zamieci waszej historii,
w zaspach drobin czasu usypanego
datami waszych kalendarzy.
Dlatego teraz żyję jedynie
w waszych modlitwach pełnych
skarg, lamentu, przerażenia,
tylko z rzadka wdzięczności,
do której powodów
też wam nie brakuje.
Ale to wszystko na pograniczu
wieczności i historii,
gdyż to wasze modły,
skargi i zgroza śmiertelnych
ulepiły mnie na swoje podobieństwo,
więc na swój sposób
jestem wam wdzięczny.
I nade wszystko – pamiętajcie –
to nie ja znęcam się nad wami,
to nie moje pomysły was zrujnowały
i nie mój piorun spalił wasze miasta.
«Bądź wola Twoja» –
te słowa wam pomagają
przejść do porządku dziennego
nad cierpieniem i śmiercią,
zamienić krzyki i jęki
w łagodną, zgodliwą niemotę –
«Bóg dał, Bóg wziął».
Ale uprzedzam was –
wiem z doświadczenia,
