Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wspomnienia Jerzego Zielińskiego, inżyniera urodzonego na Kresach Wschodnich przed II wojną światową, którego powojenne losy splotły się ze Śląskiem i Wrocławiem. To zapis wieloletniej pracy i doświadczeń – od realiów PRL, przez czas transformacji ustrojowej, aż po okres wstępowania Polski do Unii Europejskiej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 539
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Text © Jerzy Zieliński, 2026
BOOKEA POLAND sp. z o.o.
Romana Dmowskiego 3 /9
50-203 Wrocław
www.lavapublishing.pl
Wydrukowano w Europie
ISBN (EPUB): 978-83-68590-21-0
ISBN (druk): 978-83-68590-20-3
JERZY ZIELIŃSKI
INŻYNIER
Wspomnienia zawodowez czasu transformacji i lat poprzednich. Między szokiem bezrobocia a kształceniem managerskim
Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane,
przestaje istnieć i umiera.
Olga Tokarczuk
Wrocław 2025
Wprowadzenie 5
1. Studia politechniczne (1956–1961) 10
2. Pierwsza praca (1961–1968) 73
3. Konstruktor (1961–1970) 123
4. Powiew kapitalizmu (1971–1976) 197
5. Burza Solidarności (1981–1989) 254
6. Wstrząs egzystencjalny (1990–1991) 309
7. Gonitwa za pracą (1992–2003) 349
8. Na etacie (2003–2013) 430
Posłowie 467
Twórczość inżynierską ogranicza tylko
wyobraźnia i osiągalna technologia.
Autor
Grafion kreślarski i suwak logarytmiczny, narzędzia często przywoływane w tym tekście mogą czytelnikom być już nieznane. Przez większość mojej kariery zawodowej były przyrządami, bez których żaden inżynier nie mógł wykonywać swojej pracy. Od tamtego okresu nie minęło jeszcze tak wiele czasu, ale w rozwoju narzędzi pracy inżyniera nastąpił tak niebywały skok technologiczny, że mogły zostać zapomniane. Piszę o nich na wstępie, aby na ich przykładzie ukazać, jak na przestrzeni sześciu dekad zmieniały się warunki pracy inżyniera, które w większości wynikały z systemu politycznego, ale również z przyspieszających coraz bardziej zmian cywilizacyjnych wymuszających na inżynierach dostosowywanie się do nowej sytuacji.
Zawierając we wspomnieniach wiele szczegółów, proszę czytelnika o wyobrażenie sobie dat historycznych, jakby były wierzchołkami miecha rozciąganego akordeonu. Wtedy między tymi datami można zauważyć wiele większych i mniejszych zdarzeń, z okresu określanego dziś zbiorczo jako PRL, kojarzących się z niegospodarnością i marnotrawstwem. Był to okres obejmujący wiele lat życia zawodowego inżynierów, których praca w dużym stopniu była ograniczana przez odgórnie podejmowane decyzje. Czytelnik żyjący w warunkach wolności gospodarki rynkowej, chcąc zrozumieć ówczesne zachowania, powinien uruchomić wyobraźnię, by móc wejść w tamtą epokę i utożsamić się z tymi ludźmi. Tylko wtedy ich reakcje nie będą dla niego zaskakujące. Moje pokolenie żyjące od dzieciństwa w systemie centralistyczno-nakazowym wartościowało niemal wszystko inaczej niż dziś. Żyliśmy w przekonaniu, że obowiązujący system gospodarczy ma ustalony niezmienny porządek polityczno-prawny.
W moich wspomnieniach staram się unikać opisów uogólniających pracę inżyniera, bazując na faktach znanych mi z doświadczenia. Czasami mogą się takowe zdarzyć, kiedy chcę zwrócić uwagę na uwarunkowania pracy inżynierów jako grupy zawodowej. Piszę o moich doświadczeniach w pracy inżyniera, poczynając od okresu odbudowy powojennej kraju, poprzez czasy PRL-u, zmieniającego się dzięki „odwilżom” występującym średnio raz na dekadę, po okres transformacji ustrojowej. Zahaczam też o czasy stabilizującej się gospodarki rynkowej, gdyż przesunąłem o kilka lat odejście na emeryturę. Dzięki temu mogłem opisać z własnego doświadczenia uwarunkowania pracy inżynierskiej w burzliwych czasach transformacji ustrojowej i dwóch systemach polityczno-gospodarczych. Okres przejściowy między dwoma systemami w grupie zawodowej inżynierów był szczególnie trudny i moim zdaniem niewystarczająco udokumentowany. Czy udało mi się tą książką przyczynić do częściowego poprawienia tego stanu? Ocenią czytelnicy. Zmiany w przemyśle miały charakter rewolucyjny, a te dotyczące inżynierów-projektantów zachodziły najwcześniej, skutkiem czego powstała luka pokoleniowa w zawodzie projektanta wielobranżowych kompleksów przemysłowych.
Unikam odniesień politycznych, chcąc ukazać wyłącznie pracę inżyniera starającego się wykorzystywać w każdych warunkach swoją specjalistyczną wiedzę. Natomiast nie unikam opisu zdarzeń i moich przemyśleń na styku z zawodem, gdyż nie da się oddzielić pracy zawodowej od życia codziennego. Swoje doświadczenia przedstawiłem w ośmiu rozdziałach, z czego jeden obejmuje okres studiów na Politechnice, bowiem rozpocząłem pracę zawodową zaraz po maturze, mając „nakaz pracy” w wyznaczonej fabryce.
W ramach przygotowania czytelnika do wędrówki myślami wstecz zaczynam wspominanie od opisów podstawowych narzędzi, którymi posługiwałem się, rozpoczynając pracę w zawodzie. Narzędzia te, niemal wszystkie, były wytwarzane wtedy już w PRL i nie musiałem ich kupować. Jako inżynier zatrudniony do pracy przy desce kreślarskiej, otrzymałem je w depozyt. Dopiero w latach 70. XX w., kiedy dostępne były przyrządy importowane z krajów zachodnich, zacząłem sobie kompletować własny zestaw. Najbardziej pożądanym zachodnim narzędziem pracy inżynierów był suwak logarytmiczny, który służył do wykonywania obliczeń konstrukcyjnych, z wyjątkiem funkcji arytmetycznych. Do takich obliczeń używało się wtedy liczydła albo stosowało metodę szkolną, tj. wypisując liczby w słupkach. Drugim narzędziem, z którym inżynier się nie rozstawał, był przybornik kreślarski – zestaw akcesoriów służący do rysowania ołówkiem i kreślenia tuszem. Rysunki konstrukcyjne wykonywało się przeważnie ołówkiem i wykreślało, poprawiając tuszem, aby nabrały kontrastu. Było to niezbędne, aby móc wykonać odbitki z szarej kalki technicznej na papierze światłoczułym. Rysowało się przeważnie na desce kreślarskiej formatu A0 i tylko niektóre rysunki wykonywano na białym kartonie, zwanym brystolem. Takich rysunków nie dało się powielać bez skopiowania na kalkę techniczną.
Deski kreślarskie w biurach konstrukcyjnych i projektowych miały mechanizm przechyłu z przeciwciężarem. Mechanizm taki pozwalał deskę nachylać pod zmiennym kątem względem położenia poziomego i pionowego. Biura z takimi deskami wymagały odpowiedniego oddalenia od ścian i względem siebie, co rzutowało na wielkość kreślarni, zawsze lokowanych w obszernych pomieszczeniach. Do deski mocowane były prostowody z obrotowymi głowicami, czasami wyskalowanymi kątowo. Uchwyty głowic podtrzymywały linijki stale zachowujące kąt prosty i wyskalowane w milimetrach, które można było przesuwać po powierzchni deski, zachowując równoległość. Zdarzały się prostowodom odchylenia od równoległości w narożnikach desek i trzeba było o tym pamiętać, wykreślając kształty, które miały służyć do przeliczania wytrzymałości stali, bazując na wymiarach z rysunku mierzonych w skali. Z prostowodów rzadko korzystali architekci, których rysunki wymagały większej dokładności pomiarowej i zachowania kąta prostego. Do dokładnego wykreślania linii pionowych i poziomych na całej powierzchni deski używali oni przykładnicy, natomiast do linii pochyłych służyły ekierki dociskane do przykładnicy.
Narzędziem podstawowym służącym do rysowania były ołówki o zróżnicowanej twardości, które w pierwszych latach mojej pracy miały sztyft grafitowy oprawiony w drewno. Podczas rysowania trzeba było je wielokrotnie strugać, a przygotowując się do pracy, należało zastrugać od razu kilka o różnej twardości, aby później nie przerywać toku myślenia. Potem pojawiły się sprowadzane z Czechosłowacji ołówki automatyczne. Miały one stałą metalową osłonę ze sprężynowym zaciskiem sztyftu grafitowego i nie trzeba było ich strugać, stąd nazwa. Podczas pracy trzeba było już tylko ostrzyć wysuwany grafit. Służył do tego papier ścierny, zwany ostrzałką lub pospolicie „szmerglem” składającym się z kilku sklejonych w stosik wąskich pasków papieru ściernego. Uzupełnieniem kompletu do rysowania była gumka, nieodzowna do ścierania omyłkowo postawionej kreski. Nazywana przez przybyszów ze Lwowa raderką.
Metalowe przybory służące do rysowania składające się na przybornik kreślarski miały etui wyściełane granatowym pluszem, w którym każde narzędzie kreślarskie leżało w indywidualnie dopasowanym wgłębieniu. Wielkość przybornika i jego wygląd często bywał wyznacznikiem zasobności portfela jego posiadacza i przedmiotem zazdrości ze strony kolegów. Duże przyborniki miały więcej niż jeden cyrkiel różniący się wielkością i zerownik do wykreślania malutkich kółek oraz tak zwany „krokomierz”, wyglądem przypominający cyrkiel o dokładnie regulowanej rozwartości ramion. Wykorzystywany już od bardzo dawna do przenoszenia wymiarów, przede wszystkim przez nawigatorów morskich na mapach.
Kreślarze korzystali z większych przyborników, ponieważ potrzebowali więcej różnych rozmiarów grafionów do kreślenia tuszem. Różnorodność grafionów w przyborniku zapewniała możliwość dokładniejszego wykreślenia grubości linii. Były nawet takie przyborniki zawierające grafiony z wyskalowanymi na kółku grubościami kreślonych linii, bardzo dokładnie rozsuwające skrzydełka na potrzebną odległość. Grafiony takie miały powiększoną komorę z tuszem do kreślenia grubych linii. Nabieranie dużej ilości tuszu czasami kończyło się rozlaniem na kalkę, stąd do usuwania plam na wyposażeniu kreślarza były żyletki, które kreślarki podkradały mężczyznom. Napisy różnej grubości wykonywało się tzw. redisówkami – stalówkami, które miały okrągłe końcówki rozcięte pośrodku, lekko odgięte względem obsadki do pisania.
Rysunki techniczne w formie odbitek wykonywano na papierze światłoczułym przy użyciu światłokopiarki, włącznie z dokumentacją tekstową pisaną na maszynie na kalce technicznej. Dopiero u schyłku PRL-u dokumentację opisową można było powielać w fotokopiarkach. Produkowane w Polsce pozwalały na powielanie pojedynczych kartek maksymalnie wielkości A2, metodą przesypywania proszku na specjalnym, importowanym białym papierze. Odbitka powstawała elektrostatycznie po naświetleniu papieru i kilkakrotnym przechylaniu szczelnej kasety z czarnym proszkiem. Kopiarki wygodniejsze w obsłudze dotarły z zagranicy do naszego biura dość późno i od razu zrewolucjonizowały powielanie dokumentacji papierowej.
Studia na Politechnice Wrocławskiej rozpocząłem z kilkuletnim opóźnieniem, ponieważ zdawałem maturę w Technikum Lotniczym. W planach miałem, jak wielu kolegów, kontynuowanie nauki na Wydziale Lotniczym Politechniki Wrocławskiej, ale wraz ze świadectwem maturalnym będącym dyplomem technika otrzymałem nakaz pracy. Nie było możliwości odwołania się i zostałem zmuszony przerwać moją edukację na cztery lata. Po trzech latach przymusowej pracy przyjechałem do Wrocławia, ale studia rozpocząłem dopiero w następnym roku, gdyż musiałem zapracować na skierowanie, którego wymagano od maturzystów „z przerwą”. Mogłem na nie zapracować, mając do wyboru młodzieżowy hufiec pracy „Służba Polsce”, albo inny zakład pracy. Wybrałem Zakłady ARCHIMEDES we Wrocławiu. Po niecałym roku otrzymałem skierowanie na studia wieczorowe na Wydziale Mechanicznym, co nie było spełnieniem moich marzeń. Niestety takiej możliwości we Wrocławiu już wtedy nie było, gdyż Wydział Lotniczy przeniesiono do Warszawy.
Po zdaniu egzaminu wstępnego i przyjęciu na studia wieczorowe dowiedziałem się, że na Wydziale Mechanizacji Rolnictwa są wolne miejsca na studiach w trybie dziennym. Takie studia mi odpowiadały. Stwarzały możliwość późniejszego przeniesienia się do Warszawy na Wydział Lotniczy, a ponadto zapewniały ochronę przed wcieleniem do Ludowego Wojska. Służba w wojsku odsunęłaby marzenia o studiowaniu o kolejne dwa lata. Musiałem tylko zdać egzamin wstępny na studia dzienne i z pozytywnego wyniku mogłem cieszyć się podwójnie.
Od kiedy zostałem studentem Politechniki Wrocławskiej, zacząłem odczuwać, że spełniam też inne marzenie, tj. studiowanie na uczelni, o której wiele słyszałem w domu i w klasie maturalnej. Dominowały opowieści o profesorach z Politechniki Lwowskiej, którzy znaleźli zatrudnienie na wrocławskiej uczelni i z tego powodu była często identyfikowana z lwowską. Słyszałem o nich od starszego brata, który chciał tam studiować (koniec końców studiował w Gliwicach) i od nauczycieli w technikum. Uczący nas zawodu lotnika nauczyciele, konstruktorzy szybowców, byli absolwentami lwowskiej uczelni i rekomendowali nam Politechnikę Wrocławską. W sposób naturalny identyfikowałem się z Wrocławiem też z racji dzielenia losów z profesorami lwowskimi – podobnie wypędzonymi z Kresów Południowo-Wschodnich. Przychodząc na inauguracyjny wykład, miałem świadomość, kto będzie mnie uczył w murach Politechniki Wrocławskiej. Nie miałem tylko pojęcia, ilu naukowców przybyło z lwowskiej uczelni. Postanowiłem się tego dowiedzieć. Wymyśliłem metodę rozpoznawania przybyszów ze Lwowa nadstawianiem uszu. Łatwo było ich rozróżnić dzięki charakterystycznej melodii języka, którą sam też posiadałem.
Pierwsze spacery po korytarzach uczelni od razu napełniły mnie wielkim optymizmem. Z takim zaśpiewem mówiło bardzo wiele osób spotykanych na korytarzach. Kolejnym etapem identyfikacji pochodzenia profesorów były nazwiska i tytuły, które mogłem poznawać, odczytując tabliczki na drzwiach. Dopasowanie osoby do tabliczki następowało po dojściu pod drzwi gabinetu, idąc za elegancko ubranym starszym panem, u którego wcześniej słyszałem swojski akcent. Kiedy znikał za drzwiami tabliczka informowała mnie, kim był.
Na pierwszym roku studiów mogłem się zorientować, że bardzo wielu pracowników było lwowiakami. Trudniej było się dowiedzieć ile osób ze stopniami naukowymi przedłużało byt intelektualny Politechnice Lwowskiej w murach Politechniki Wrocławskiej. Dane na ten temat były wtedy utajnione. Pełnej listy naukowców przybyłych ze Lwowa doczekałem się dopiero po wielu latach.
Wtedy mogłem tylko słuchać śpiewnej melodii języka i na korytarzach obserwować dobre maniery i elegancki styl przybyszów zza Buga. Odbiegały one od powszechnie propagowanego przez władzę państwa zachowania robotniczo-chłopskiego. Zwracali na siebie uwagę zarówno dbałością o wygląd, jak i utrzymywaniem autorytetu profesorskiego. Zachowanie panów w garniturach na korytarzach Politechniki mocno kontrastowało z tym, do czego przywykłem podczas pobytu w miejscu nazywanym „budową socjalizmu”. Tam, chociaż starałem się unikać częstego przebywania w gronie miłośników debat przy butelce organizowanych po pracy w blokowiskach, wychowanie wyniesione z domu musiałem schować do lamusa. Pracując w fabryce przez trzy lata „na nakazie”, widywałem osoby uchodzące za autorytety, czasami nazywane nawet dygnitarzami. Mieli wysoką pozycję w hierarchii władzy, przed którą podwładni zachowywali się uniżenie. Kiedy przybywali z wizytą do fabryki, pracownicy, którzy znaleźli się w pobliżu, byli tłem dla ich działań i unikali takich spotkań. Nikt nie dociekał, czy owi goście mają kwalifikacje predysponujące do zajmowanych stanowisk. Określano ich dostojnikami polityczno-państwowymi, których miejsce w hierarchii ustalało się na ogół wielkością i marką samochodu, którym przyjeżdżali. Przy otwarciu drzwi czarnej „czajki” przed przybyłym kłaniano się najuniżeniej, niemal z hołdem. Mniej uniżone ukłony pojawiały się, kiedy przybywała osoba samochodem „wołga”, a najmniej przybywającemu „pobiedą”. O manierach i zachowaniu nie będę pisał, gdyż wszyscy ci dygnitarze bardzo odbiegali od tego, co widziałem na korytarzach Politechniki.
Szczególnie zapamiętałem sylwetkę profesora Kazimierza Zipsera, którego najczęściej widywałem w holu wejściowym gmachu głównego. Pomimo drobnej sylwetki, emanowała od niego wielkość. Nigdy nie zobaczyłem profesora ubranego inaczej niż w trzyczęściowy czarny garnitur (szyty na miarę) i białą koszulę. Kontrastowało to ze słyszaną mową z najpiękniejszym lwowskim akcentem „batiarów z Zamarstynowa”, ale ten dysonans był dla mnie zaletą. Zawsze będąc w gmachu głównym, przychodziłem w pobliże gabinetu profesora z nadzieją usłyszenia kilku zdań w tej śpiewnej mowie. Wtedy przenosiłem się w inny, odległy świat, do domu, gdzie tak mówiono i gdzie wpajano mi dobre maniery.
Względem tego profesora miałem wielkie oczekiwania. Sądziłem, że na którymś roku studiów będę słuchał jego wykładów z kolejnictwa. Niestety moje skojarzenia parowozu z maszynami parowymi poznawanymi przez mechaników były błędne. Wykładów profesora Zipsera nie udało mi się wysłuchać, ale moje zainteresowanie i dociekliwość w poszukiwaniu informacji zaprocentowały. Dowiedziałem, że profesor Kazimierz Zipser dwukrotnie pełnił funkcję rektora lwowskiej uczelni! W tamtych czasach wiedza o Politechnice Lwowskiej i naukowcach była studentom nieudostępniana. Poznawałem takie szczegóły, wypytując repatriantów, którzy wspominali przyciszonym głosem o funkcjach pełnionych przez profesora. Później wyjaśniali mi, że obawiali się zaszkodzić profesorowi. O funkcjach pełnionych przed wojną lepiej było milczeć, gdyż władze PRL mogły się uaktywnić w prześladowaniach. Przypominanie o tamtych ziemiach straconych na rzecz ZSRR było politycznie niepoprawne i, kiedy to zrozumiałem, zaprzestałem być dociekliwy.
Swoje zamiłowanie do słuchania akcentu kresowego zacząłem ograniczać do wykładów lwowskich profesorów. Wtedy też poznawałem nazwiska wykładowców, wpisując wraz z tytułami do indeksu. Najbardziej lubiłem wykłady, podczas których profesor, w ramach ożywiania zmęczonych studentów, opowiadał anegdoty z lwowskiej uczelni. Takich przerywników wykładów nie zapamiętałem zbyt wielu, ale utkwiła mi w pamięci anegdota podkreślająca prestiż profesorski oraz lwowskiej uczelni. Odnosiła się do profesora, który został urażony przez aroganckiego studenta. W zapamiętanej wersji profesor wyjaśniał, „Szanowny pan ma rację, istotnie bycie profesorem Politechniki jest łatwe. Musi pan jednak wiedzieć, że niezwykle trudno jest nim zostać”. Zapamiętałem takie wyjaśnienie, gdyż te słowa współgrały z moimi wcześniejszymi obserwacjami profesorów Politechniki Lwowskiej. Nie znaczyło to oczywiście, że osobiście pilnie uczęszczałem na wszystkie wykłady i zachwycałem każdym profesorem z lwowskim akcentem. Nie odbiegałem swoim zachowaniem od innych i czasami z kolegami buntowałem się, kiedy sprawdzano obecność na wykładach. Takie uczniowskie traktowanie nas na pierwszym roku każdy odczuwał jak obelgę i degradację. Nie było ważne, że była to decyzja władzy zamiłowanej do kontrolowania wszystkiego. Wymuszanie frekwencji na zajęciach poprzez sprawdzanie obecności miało obowiązywać przez dwa początkowe lata, ale na drugim roku już różnie postępowano i wykładowcy często odstępowali od tego obowiązku. Wiadomo było, że część studentów była obecna ciałem, ale nie duchem. Odsypiali zarwane noce, dekując się w odległych ławkach. Okupowanie tylnych miejsc w dużych salach miało też inne cele, np. dokończenie zaczętego nocą bridża. Większość z nas zetknęła się z tą grą dopiero na studiach i tak nam przypadła do gustu, że czasami granie przeszkadzało w studiowaniu.
Niechęć do porannego przychodzenia na wykłady objawiała się też szybkim przyswojeniem „kwadransa akademickiego”. Spóźnienie wykładowcy o 15 minut dawało pretekst do opuszczenia sali i wykładu bez konsekwencji. Wystarczyło pokazanie odpowiedniego ułożenia wskazówek na najszybciej chodzącym zegarku, aby usłyszeć: „Koledzy, choduuu!”. Natychmiast wszyscy się zrywali. Tupot butów zatrzymywał się dopiero po wybiegnięciu wszystkich z budynku. Większość studentów miała zegarki radzieckie „pobieda”, które nigdy nie pokazywały tego samego czasu. Dawało to asumpt do stwierdzenia już po krótkiej chwili, że zwyczajowe 15 minut już minęło. Zgody na takie zachowania na socjalistycznej uczelni oczywiście nie było i wytykano nam kapitalistyczne zwyczaje. Profesorowie szanowali je jednak i niektórzy tylko prosili, aby pierwszy zbiegający student, spotykając na schodach spóźnionego profesora, informował o skorzystaniu z prawa kwadransa. Oszczędzał wtedy wykładowcy wspinaczki na trzecie piętro do pustej sali. Ucieczki takie nigdy nie zdarzały się na wykładach dziekana, który nie tylko z racji pełnionej funkcji zawsze zastawał studentów, nawet kiedy dotarł spóźniony. Dziekan, profesor Marek Zakrzewski, już na pierwszym wykładzie całkowicie zniechęcił większość studentów do ucieczek, wywołując nawet rodzaj zakłopotania. Swój wykład zaczął od stwierdzenia, że kieruje swoje słowa do przyszłej elity technicznej kraju. Poczuliśmy się ważni, że jesteśmy studentami Politechniki i sztubackie zachowywanie nam nie przystoi. W taki sposób profesor mobilizował nas do uważnego słuchania swoich wykładów, zarazem przypominając cel studiowania. Następne wykłady pokazały, że oba przedmioty, które wykładał, były trudne do zrozumienia z książki i warto było czekać nawet na spóźnionego profesora. Z upływem czasu na wykłady dziekana przychodziło się też z innych powodów. Przede wszystkim, dlatego że dziekan bardzo przyjaźnie odnosił się do studentów, demonstrując to na wszystkich przerwach. Nie pozostawał w sali, ale opuszczał ją wraz z nami i podchodził do najliczniejszej grupy. Włączał się do rozmów na korytarzach, pytał o problemy zaprzątające głowę studentów poza nauką.
Większość moich kolegów mieszkała w akademiku i dyskusja najczęściej dotyczyła trudności nauki w małych, przepełnionych pokojach. Nigdy jednak nie poszerzał tematu wykładu na przerwie, kiedy student zapytał o coś, co zdarzało się innym wykładowcom. Wracał do tego pytania na wykładzie, a na przerwie podkreślał, że są one dla wszystkich studentów. To się oczywiście podobało, szczególnie kiedy nie przestrzegał 45-minutowego czasu wykładu i przerwy ogłaszał wcześniej; przeważnie, kiedy zauważał na twarzach brak koncentracji i senność. Wychodziliśmy na korytarz, a on, otoczony grupą studentów, skracał dystans, opowiadając historyjki z czasów swoich studiów. W takich sytuacjach odchodzili od okna korytarzowego nawet wypalający papieroska dla „odzyskania rześkości”. Dziekan najczęściej opowiadał o czasach przedwojennych z Politechniki Lwowskiej, co mnie szczególnie interesowało. Przeważnie były to opowiadania humorystyczne, nawet kiedy wspominał trudy studenckiej nauki polegającej na pogodzeniu słuchania i notowania wykładu.
Dla mnie takie informacje były nie tylko ciekawe, ale też pouczające, gdyż jeszcze miałem z tym spore trudności. Traktowałem te wesołe uwagi dziekana również jako instrukcję, co stwierdziłem po latach, przeglądając odnaleziony przypadkiem zeszyt. Przeczytałem w nim niemal w całości zapisane niektóre anegdoty, w tym instrukcje notowania wykładów. Nie pamiętam, na ile z nich skorzystałem podczas nabywania umiejętności notowania, ale na drugim roku w zeszycie już nie było niedokańczanych zdań. Przeglądając te zeszyty, przypomniałem sobie, że też inny absolwent Politechniki Lwowskiej, nauczyciel w technikum, inż. W. Nowakowski nauczający wytrzymałości konstrukcji wspominał o takich trudnościach studentów pierwszego roku. Przygotowywał nas do studiów nie tylko opowiadaniem, że na Politechnice trzeba będzie się inaczej uczyć, ale wprowadzał podział lekcji na teorię i obliczenia praktyczne przy tablicy. Mimo to nie byłem dobrze przygotowany do studiów i tylko skorzystałem z jednego zalecenia tego nauczyciela. Już od pierwszego roku studiów wszystkie notatki prowadziłem w brulionie formatu A4. Później, w ramach odchudzania noszonej teczki, notatki robiłem na luźnych kartkach, które wpinałem w skoroszyt, co ułatwiało też ich uzupełnienie z książek przed sesją egzaminacyjną.
Uzupełniałem zeszyt informacjami z książek, bo lepiej mi się uczyło z notatek. Na szczęście z przedmiotów nauczanych na pierwszym i drugim roku, poza kilkoma wyjątkami, książek nie brakowało. Problemy z dostępem do podręczników pojawiały się w bibliotece uczelnianej, kiedy wielu kolegów chciało je wypożyczać w tym samym czasie. Te trudności uwieczniła moja dziewczyna w rymowance, którą mnie przywitała, widząc mnie wychodzącego z biblioteki bez książki. Poirytowana długim czekaniem wyrecytowała: „Głupek dupek książkę chciał, wszedł do biblioteki g… miał”. Ułagodziłem wzburzenie dziewczyny, obiecując zaniechanie randek w bibliotece. Przerzuciłem się na kupowanie książek w księgarni. Znajdowała się taka dobrze zaopatrzona w potrzebne mi książki niedaleko uczelni. Niestety wydanie gotówki na książki nie przekładało się bezpośrednio na przyswajanie wiedzy. Czytanie w zaciszu domowym miało wielką wadę – usypiało i tylko kiedy książka wypadała z hałasem z rąk, udawało mi się powracać do nauki. Bez takiego bodźca akustycznego, nawet podpierając się nosem o litery, spałem. Dopiero w czasie sesji egzaminacyjnej napady senności mniej doskwierały. Wtedy wysłuchiwałem narzekań gospodyni na „świecenie” po nocach.
Miałem też kilka przedmiotów egzaminacyjnych, których takim sposobem nie można było się nauczyć. Nawet w bibliotece uczelnianej nie było książek, z których można byłoby uzupełniać braki w notatkach powstałe na wykładzie, kiedy nie nadążało się zapisać. Przedmiotem takim była, z czym zgadzała się większość studentów, geometria wykreślna. Notowanie wykładów było jeszcze trudniejsze od przepisywania wzorów matematycznych z tablicy z tekstem wyjaśniającym. Podczas wykładu tablica zapełniała się kreskami, których nikt nie nadążał przerysowywać, jednocześnie słuchając wyjaśnień wykładowcy. Nauczający przedmiotu profesor Konrad Dyba nie tylko bardzo szybko rysował, ale też tłumaczył swoje rysunki odwrócony do tablicy. Głos jego był przez to cichy, a dochodzące do nas pomruki mało zrozumiałe. Trudno było je skojarzyć z obrazami zapełniającymi tablicę z prędkością drukarki laserowej. Studenci z trudem nadążali z przerysowaniem plątaniny linii bez zrozumienia. Zaskoczenie zamieniło się w przerażenie już po drugim wykładzie, kiedy doszły wieści od starszych roczników, że ten przedmiot jest „odsiewowy”. Mieszkańcy akademika dzielili się z nami wspomnieniami studentów drugiego roku, którzy opowiadali, jak wielu rozpoczynających z nimi studia już po egzaminie z geometrii wykreślnej je zakończyło. Na wykładach, niewiele rozumiejąc, mogliśmy tylko podziwiać profesora za jego wyjątkową umiejętność rysowania figur geometrycznych przy pomocy pręcika długości około jednego metra i kredy. W ten sposób na tablicy powstawały przeróżne kształty i idealne kręgi, szybciej nawet niż rysowane wielkimi cyrklami przez asystentów.
Od starszych kolegów, oprócz przestróg o skutkach egzaminu z geometrii wykreślnej, dowiedzieliśmy się też o krążącej anegdocie dotyczącej profesora, jeszcze rodem z Politechniki Lwowskiej, bardzo szybko spopularyzowanej na Politechnice Wrocławskiej. Prawdopodobnie powstała z chęci odreagowania strachu przed egzaminem, który towarzyszył także studentom lwowskim. Przedwojenna anegdota szybko przyjęła się na wrocławskiej uczelni, która nie miała jeszcze czasu na powstanie własnych. Studenci na każdej uczelni wykorzystują cechy i zachowania wykładowców do tworzenia humorystycznych opowiadań o profesorach, a ta idealnie się nadawała do tłumaczenia braku rozumienia wykładów. Można było strach przed egzaminem odreagowywać, gdyż w anegdocie profesor Konrad Dyba miewał podobne problemy z nauką jak studenci we Wrocławiu. Historyjka przywieziona ze Lwowa mówiła, że student Konrad Dyba egzamin z tego przedmiotu zdawał u profesora Kazimierza Bartla wielokrotnie. Był nawet odsyłany kilka razy z zaleceniem dalszego uczenia się, aż do usłyszenia od profesora Bartla: „Szanowny pan, widzę, nie może się nauczyć geometrii wykreślnej z moich wykładów, dlatego zostanie pan moim asystentem, wtedy może studenci zdołają pobudzić pana wyobraźnię”. Takie zdanie musiało być bardzo miłe dla każdego studenta męczącego się ze zrozumieniem tego trudnego przedmiotu.
Oczywiście na wykładach przekonywaliśmy się, że wyobraźnia profesora przerasta wielokrotnie naszą, ale anegdotka łagodziła napięcie. Kiedy rozpoczynałem swoją edukację z geometrii wykreślnej w 1956 roku, anegdota była już bardzo zadomowiona na wrocławskiej uczelni, gdyż ten przedmiot był wykładany prawie na wszystkich wydziałach. Na większości kierunków studiów technicznych wyobraźnia odgrywa dużą rolę i niemal wszyscy uczą się tego przedmiotu. Trudności ze zrozumieniem wykładów mają szczególnie studenci, którzy zdawali maturę w „ogólniaku”, gdzie nie naucza się nawet rysunku technicznego w rzutach. Profesor usiłował nam wmówić, że w przecinających się kreskach mamy widzieć płaszczyzny, ale trudno było to sobie wyobrazić. Łatwiej patrząc na zakreśloną tablicę było stwierdzić, że geometria wykreślna jest tak trudnym przedmiotem, że nawet profesor studiując miał trudności z jej zrozumieniem.
Na pierwszym wykładzie z geometrii wykreślnej nie odbiegałem od kolegów i czułem się podobnie jakbym był na „tureckim kazaniu” niczego nie rozumiejąc. W domu patrząc w zeszyt usiłowałem zrozumieć zapisane kreski, korzystając już z wyobraźni pobudzonej w Technikum Lotniczym dzięki nauczaniu rysunku technicznego. Nauczyciel inż. Marian Gracz był konstruktorem szybowców w SZD i męczył uczniów intensywnymi ćwiczeniami wykreślania linii styku poszycia kadłuba szybowca ze skrzydłem. To kształtowało wyobraźnię. Linie nie były nawet prostymi kreskami, jak te w zeszycie, bo stykające się dwie obłe powierzchnie, kadłuba ze skrzydłem były krzywą wypadkową, co jeszcze bardziej komplikowało obraz. Przypominanie sobie jednak metody takiego mozolnego nanoszenia punktów na rysunku w trzech rzutach „krzywą przenikania” od razu poprawiało widzenie przestrzenne. Dzięki tej pracy domowej na kolejnych wykładach zaczynałem widzieć w wyobraźni płaszczyzny, o których opowiadał profesor. Kłopot miałem tylko z szybkim przerysowywaniem do zeszytu rysunków i mimo ćwiczonej wyobraźni też nie pojmowałem na bieżąco wszystkiego zapisywanego na wykładach. Brakowało czasu i nawet widziany obraz przenikania się obłych powierzchni profilu skrzydła z eliptycznym kadłubem nie pomagał. Dopiero podczas ćwiczeń prowadzonych już na oddzielnych zajęciach przez asystentów zaczynałem rozumieć. Tym bardziej że prowadzący ćwiczenia w małych grupach łatwiej mogli pobudzać wyobraźnię, odwołując się do kolorów. Opowiadając o przecinających się płaszczyznach mówili, że jedna jest różowa, a druga niebieska i domagali się potwierdzenia, pytając: „Widzi ją pan?!”. Wszyscy oczywiście potwierdzali z przekonaniem, ale ja naprawdę je widziałem nawet bez kresek rysowanych kolorową kredą, którą czasami przynosili. Wyobraźnia pobudzona podczas takich ćwiczeń pozwala w domu uzupełniać notatki z wykładów w miejscach, które były niedokończonymi szkicami szybko przerysowywanymi z tablicy. Po ostrzeżeniu nas przez asystentów, że notatki będą jedynym źródłem wiedzy, przygotowując się do egzaminu, zacząłem prowadzić je sumiennie szczególnie te z ćwiczeń. Taka przestroga, że podręczników do nauki z tego przedmiotu nie ma, a skryptów też nikt nie opracowuje mobilizowała i nie opuściłem żadnego wykładu ani ćwiczeń. Musiałem stworzyć sobie prywatny skrypt geometrii wykreślnej, gdyż mieszkając na stancji nie mogłem liczyć na przedyskutowanie tematów z kolegami. Moje intensywne uczenie się tego przedmiotu, nazywanego pierwszym „odsiewaczem”, dobrze mi się przysłużyło, bo zdałem egzamin już za pierwszym podejściem. Dobry stopień w indeksie, z drugiego po matematyce egzaminu, bardzo też cieszył, dodając mi pewności utrzymania się na studiach. Długi okres marzenia o nich nie tylko mobilizował do nauki, ale też wywoływał ciągły strach w pierwszych czterech semestrach.
Przedmiot geometria wykreślna spowodował, konieczność powrotu do strugania ołówków przypominając czasy pracy w zawodzie technika. Po egzaminie sądziłem, że w drugim semestrze to się zmieni, ale ołówków struganych jeszcze przybywało. Nawet jeszcze bardziej grzały się na kartkach papieru, kiedy rozpoczęły się wykłady i ćwiczenia z rysunku technicznego. Początkowo przedmiot wywołał nawet radość, ale szybko wszyscy przekonywali się, że rysować nie umieją. W moim przypadku było to ogromnym zaskoczeniem po blisko czterech latach pracy zawodowej, głównie przy desce kreślarskiej.
Wpisując do indeksu ten przedmiot i wykładowcę profesora Janusza Lange, byłem nawet podwójnie uradowany. Z powodu przekonania, że nauczyłem się już dostatecznie dobrze rysować i wykładowcy, który był profesorem Wydziału Lotniczego, kiedy takowy był jeszcze we Wrocławiu. Miałem nawet zamiar pochwalić się mu, że mam sporo wiedzy lotniczej z technikum w Bielsku-Białej. Zostałem do tego szybko zniechęcony, bo profesor był odwrotnością naszego dziekana i wszystkie przerwy spędzał w sali wykładowej. Nie rozmawiał też ze studentami na przerwach, jedynie wyczekując naszego powrotu na wykład.
Jeszcze bardziej się rozczarowałem, co do moich umiejętności nabytych podczas nauki w technikum i praktyki zawodowej na pierwszych ćwiczeniach. Okazało się, że wymagane oczekiwania asystentów rysunku technicznego odbiegają znacznie od umiejętności nabytych w trakcie mojej dotychczasowej edukacji. Nawet odnośnie do pisma technicznego, którym podczas pracy zawodowej opisywałem wiele rysunków. Przyniesiony arkusz brystolu z pracą domową pokazany asystentowi do zaliczenia został mi zwrócony podobnie jak innym kolegom. Nikomu z grupy nie zaliczano też prac domowych na kolejnych ćwiczeniach, znajdując jakieś niedoskonałości. Literki nie tylko miały być jednakowo pochyłe, jak mnie uczono, ale wymagano, żeby wszystkie wyrysowywać, nawet z identycznie wyglądającymi łukami. Wkrótce mocno pożałowałem wyrażonej radości na pierwszych ćwiczeniach z zadanej pracy domowej. Uznawana łatwizna okazała się tak trudna, że przynosiłem arkusze brystolu z pismem technicznym wiele razy, zanim uzyskałem zaliczenie. Sprawdzający miał niezwykle wyczulony wzrok na błędy i zauważał każde wgniecenie pozostawione po pomyłkowo narysowanej literze. Trudność wykonania arkusza na zaliczenie polegała na tym, że ołówek łatwo się zagłębiał w brystol i pozostawiał ślad. Używanie gumki nie było zabronione, ale ona nie likwidowała wgłębienia, które zauważone nawet przy jednej literce, w ocenie asystenta, dyskwalifikowało pracę. Kiedy została odrzucona, na kolejne ćwiczenia trzeba było nowy arkusz A4 zapełniać literkami a mieścił on dwadzieścia wierszy. Studenci wymyślali wiele sposobów usuwania wgnieceń, których śladów jednak nie udawało się całkowicie zlikwidować. Wyłapywane były wszystkie wygładzania paznokciem i dziurki po użyciu cyrkla, kiedy wykreślano nim łuki przy obłych kształtach.
Krytykowana była też czystość brystolu, który przy rysowaniu ołówkiem zawsze się zamazywał drobinkami grafitu przenoszonego na dłoniach. Asystenci porównywali biel pracy domowej z nowym arkuszem i zawsze była ona nieodpowiednia. Wymyślaliśmy przeróżne sposoby oczyszczania rysunku i najskuteczniejszym, jak zapamiętałem, było posypywanie rysunku okruchami świeżego chleba. Pocieranie drugim arkuszem rozsypanych drobinek chleba powodowało, że grafit częściowo był wchłaniany przez chleb. Kartka brystolu nadal nie była całkowicie biała, ale sprawiała wrażenie mniej szarej w porównaniu do śnieżnobiałego arkusza.
Kiedy w końcu dzięki tej metodzie czyszczenia brystolu arkusze pisma technicznego zostały uznane za dostatecznie białe i bez wgnieceń, a prace domowe zostały zaliczone, myśleliśmy, że najgorsze już za nami. Niestety. Na kolejnych ćwiczeniach, kiedy asystent pokazał nam, co będziemy rysowali w ramach prac domowych, przedmiot wydawał się wszystkim nawet łatwy do narysowania. Było to wiertło, mało skomplikowane narzędzie ślusarskie, którym wykonuje się prostą czynność skrawania otworu. Każdy, biorąc je do ręki uważał, że rysowanie będzie podobnie nieskomplikowanym zadaniem jak wiercenie. Błędne mniemanie zamieniło się w koszmar, dopiero kiedy, trzymając ołówek w ręce, trzymając ołówek w ręce zaczęliśmy rysować. Pierwszy rysunek pracy domowej, trafiając do rąk asystenta, nie tylko był od razu odrzucany, ale też wyśmiewany. Asystent z lubością dworował sobie z autora w obecności innych studentów, którzy wtórowali mu śmiechem.
Zapamiętałem dobrze taki śmiech roznoszący się po całym pomieszczeniu, w którym odbywały się ćwiczenia. Było duże w rodzaju hali produkcyjnej w miniaturze na parterze budynku Nowy Mechaniczny z jeżdżącą suwnicą pod sufitem. Podczas pierwszego zaliczania rysunku wiertła nikt się nie spieszył, bo znajdujący się w tej sali silnik spalinowy był wtedy częściowo rozebrany i można był zajrzeć do bloku cylindrów. Nagle usłyszeliśmy pytanie asystenta wyrażone podniesionym głosem: „Co to jest?!”. Wszyscy byli zaskoczeni, gdyż prowadzący ćwiczenia w naszej grupie, mgr inż. Mrowiec, nigdy wcześniej nie krzyczał. Natychmiast skończyliśmy oglądanie silnika i udaliśmy się w kierunku głosu, który po chwili odezwał się znowu, ale już ciszej. Słowa były skierowane do kolegi stojącego ze spuszczoną głową przed stolikiem, na którym leżał rysunek wiertła.
Kiedy podeszliśmy do stolika, asystent, zwracając się do studenta, oświadczył: „Panie kolego, na rysunku nie widzę wiertła. Najbardziej przypomina to wkręconą w magiel pierś babci!”. Oczywiście natychmiast wywołało to głośny śmiech studentów i niektórzy stojący bliżej wyciągali szyję, aby podglądnąć rysunek. Nie było tylko wiadomo, czy powodowała nimi chęć sprawdzenia skojarzeń asystenta, czy zobaczenia kobiecych piersi, nawet starszej pani. Studiując już od kilku miesięcy wyłącznie w męskim gronie, można było za takim widokiem zatęsknić. Studenci zaczęli sięwycofywać, dopiero kiedy padło pytanie: „Kto następny?”. Gromadka stojąca przy stoliku przestała się nie tylko uśmiechać, ale na ich twarzach rozbawienie zmieniło się w przestrach. Tylko znajdujący się trochę dalej jeszcze byli weseli, ale nie patrząc w kierunku asystenta, zaczęli się tyłem odsuwać, spoglądając na boki w poszukiwaniu jakiejś osłony. Już nikt nie miał ochoty na pokazywanie swojego rysunku, wiedząc, że nie wygląda tak, jak powinien. Wielu intensywnie zaczęło też myśleć, jaki podać powód usprawiedliwienia, aby tylko nie wyjmować z teczki swojego rysunku. Stojący najbliżej nie mieli wyjścia i pokazywali swoje rysunki, ale naśmiewanie się z rysunków kolegów już nie było tak zabawne i rzadziej reagowano śmiechem na uwagi asystenta. Każdy wiedział, jak wygląda jego własny rysunek. Przyczyna wielokrotnego odrzucania prac domowych leżała w trudności narysowania walca wiertła ze skrętnymi rowkami wyrzucania wiórów. Zanim wprawiliśmy się w rysowaniu tych krawędzi, musiało powstać wiele kolejnych wersji arkuszy zaliczeniowych przy własnym i kolegów rechotaniu. Najwięcej śmiechu mieli koledzy mieszkający w akademiku w pokojach z łóżkami piętrowymi, gdzie nie było miejsca na rysowanie. Odbywało się ono w świetlicy, gdzie każdy mógł podglądać rysunki kolegów z wkręcanymi w magiel miękkimi częściami ciała kobiecego. Była to okazja do dowcipkowania o dziewczynach wyrażająca frustrację z braku widywania przed sobą na wykładach blond loków koleżanek.
Studiując na Wydziale Mechanicznym, odczuwaliśmy brak damskiego towarzystwa, którego trzeba było szukać w gmachu głównym. Mieściły się tam wydziały z większą reprezentacją żeńską, ale rzadko miewaliśmy tam wykłady. Najbardziej spragnieni widoku panienek zaglądali tam indywidualnie, wykorzystując tak zwane okienka w zajęciach. Wypalało się papieroska, siedząc przed budynkiem na trawie obwałowania rzeki, przyglądając leniwie płynącej Odrze. W takich sytuacjach udawało się nawet pogadać z relaksującymi się na przerwie studentkami.
Grupa kolegów pierwszego roku, w której się znalazłem, nie miała wielu takich przerw i zamiast „relaksować się nad Odrą”, biegaliśmy między budynkami, w których odbywały się kolejne ćwiczenia Były dość oddalone od siebie i piętnaście minut przerwy ledwie starczało na dobiegnięcie z jednej sali do drugiej. Trasą najczęściej przemierzaną przeze mnie wtedy była ścieżka pomiędzy budynkami „starej” Politechniki i bliźniaczymi (budynki D1 i D2) zbudowanymi po wojnie w pobliżu mostu Grunwaldzkiego. W D2 mieścił się Wydział Mechanizacji Rolnictwa i w nim miałem większość wykładów, ale ćwiczenia odbywały się już w kompleksie obiektów przedwojennych. Nowe budynki miały przestronne korytarze, na których spędzaliśmy przerwy z braku zainteresowania otoczeniem. Wybudowane gmachy Politechniki znajdowały się wtedy na pustkowiu z jedyną pozostałością, kościołem z budynkiem klasztornym w pobliżu. Pustka typowa wtedy dla Wrocławia z placami uprzątniętych gruzów była nieco zakłócona tylko widokiem terenu gęsto zarośniętego krzewami od strony gmachu głównego. Zarośla te nie miały jeszcze wtedy charakteru uporządkowanych ogródków działkowych i ścieżka, którą chodzili studenci w obie strony otoczona była zdziczałymi krzewami. Niektóre były nawet rozłożyste i wysokie, ale chodząc za dnia, nie zwracało się na nie uwagi. Całkowicie inaczej wyglądały w ciemnościach jesiennej szarugi, skłaniając każdego do biegania. Rosnące na dziko krzewy tuż przy ścieżce ożywały w wyobraźni, tym bardziej że opowiadano o wyłanianiu się z czeluści tej czarnej gęstwiny chaszczów cieni ludzi niewidocznych w dzień. Wśród walących się płotów podobno przesypiali dzień, a chodzących tamtędy wieczorami zaczepiali, proponując zakup cegły w gazecie. Nikt ze znanych mi studentów nie spotkał się z taką propozycją, ale te opowieści wystarczały do podjęcia treningów średniodystansowca na tym odcinku trasy.
Miejsc takich, gdzie przydawało się moje trenowanie biegów z czasów nakazu pracy, było więcej na pierwszym roku studiów. Najczęściej biegałem ze strachu, kiedy zajęcia na uczelni kończyły się późno wieczorem. Dystans do przebiegnięcia był nawet jeszcze dłuższy, bo aby dotrzeć do wynajmowanego pokoju w willi na Krzykach, musiałem przejść przez park. Kończąc ćwiczenia około godziny 21, dojeżdżałem tramwajem do pętli na Krzykach już w trakcie ciszy nocnej. Pasażerów było niewielu, szybko wysiadali i znikali. Na przystanku pętli końcowej zostawałem wtedy tylko z motorniczym. Przede mną roztaczał się mrok z definicji jest czarny parku. Na samą myśl, że muszę się weń zanurzyć, robiło mi się nieswojo. Przypominały mi się opowiadania sąsiadów o napadach w tym parku i pokonywałem biegiem trasę blisko pół kilometra. Od wiaduktu kolejowego na ulicy Wyścigowej, skąd już widziało się światła z okien, czułem się bezpieczniej, choć prawdopodobnie mieszkańcy, słysząc krzyki, nie przyszliby mi z pomocą. Swoich przebieżek w rześkim parkowym powietrzu zaprzestałem po przenosinach do innej dzielnicy. Nie planowałem przeprowadzki, gdyż bardzo dobrze się czułem w tej dzielnicy willowej, gdzie zamieszkało wiele rodzin repatriowanych ze Lwowa i na ulicy słyszało się wyłącznie bałak łyczakowski. Można było poczuć się naprawdę swojsko. Nawet jadąc tramwajem, który miał taki sam nr 7, jaki jeździł na Łyczaków we Lwowie, bo także jeden z konduktorów lubił się „zapominać”. Sprzedając bilety, zwracał się do wsiadających tylnym pomostem z pytaniem: „Komu bilecik na Łyczaków?”. Odczekując dłuższą chwilę, skruszony przepraszał: „Och, wybaczcie, oczywiście na Krzyki!”. Pasażerowie w podobnie śpiewnej mowie głośno odpowiadali: „Ta joj Miśku, za takie pomyleni prędko tam bedzisz wracał, ali bez zatrzymania na lwowskim dworcu, zamieniając meszty na walonki”.
Wynajmowanie pokoiku na poddaszu urozmaicone słuchaniem upomnień gospodyni, nawet bałakiem, że za długo w nocy świecę, musiałem zakończyć z powodu zimna. Na poddaszu bez pieca ręce tak grabiały, że nie mogłem rysować, więc się wyprowadziłem. Bardzo żałowałem tej wyprowadzki, ale łatwo się przyzwyczaiłem do ciepłego pokoju w innej dzielnicy. Nocne powroty tramwajem też wymagały spaceru z przystanku, nawet dłuższego, ale oświetloną ulicą. Do pobliskiego parku rzadko wybierałem się wieczorami. Jednak wtedy już szukałem ciemności, spacerując z dziewczyną. Takie spacery nie zdarzały się na pierwszym roku zbyt często z powodu nawału zajęć. Brakowało czasu na poszukiwanie sympatii. Trzeba było je wypatrywać na innych wydziałach, toteż podryw był utrudniony.
Pewne ułatwienia pojawiły się, kiedy rozpoczęliśmy ćwiczenia z chemii, bo na tym wydziale studiowało dużo dziewcząt. Wszyscy bardzo ucieszyli się już na pierwszych ćwiczeniach, bo zajęcia odbywały się w obszernym laboratorium równoległe z grupami chemiczek. Nasze odbywały się przy jednym stole laboratoryjnym, a obok zasłonięte menzurkami chemiczki przelewały jakieś kolorowe płyny. Nie mieliśmy tylko możliwości pożyczania płynów do przelewania, bo nie korzystaliśmy z menzurek i zlewek. Bardzo nad tym ubolewaliśmy, ale ktoś uznał, że mechanikom wystarczy poznawanie chemii na sucho. Przeważnie wyliczaliśmy ciężary atomowe pierwiastków z tablicy Mendelejewa i opowiadaliśmy o ich wartościowościach.
Celem nawiązania kontaktu ze studentkami przy stole laboratoryjnym, zaczęto wymyślać sposoby zwrócenia na siebie uwagi. Kiedy hałasowanie szkłem nie odnosiło skutku, kolega Zbyszek Nowacki wprowadził w czyn swój nietuzinkowy pomysł i swoim wyczynem zwrócił uwagę nie tylko na siebie, ale na cały Wydział Mechaniczny. Całkowicie zrezygnował z zabiegów intelektualnych i postawił na demonstrację siły fizycznej. Nas nie zadziwił, gdyż wszyscy wiedzieli, że w czasie studiów trenował podnoszenie ciężarów. Zaczął przechwałkami prowokować kolegów, aż doszło do zakładu koleżeńskiego, co zainteresowało też dziewczyny. Po dostrzeżeniu wpatrzonych w siebie żeńskich oczu Zbyszek uchwycił gruby blat stołu laboratoryjnego i, rozstawiając nogi jak sztangista, uniósł ten wielki dębowy stół na wysokość kilkunastu centymetrów. Wytrzymywał długo w tej pozycji, jakby czekał na zaliczenie przez sędziego. Nikt nie spodziewał się u niego takiej siły, wszyscy zamilkli z wrażenia. Dopiero kiedy zaczęły dzwonić naczynia laboratoryjne, studentki rzuciły się chwytać te tracące równowagę, krzycząc: „To niemożliwe!”. Tych stołów nikt nigdy nie był w stanie ruszyć. Były tak ciężkie, że pozostały na swoim miejscu, nawet kiedy Armia Czerwona wszystko wywoziła z Politechniki. Zbyszek wygrał rywalizację z nami wszystkimi i wiedzieliśmy, że będzie mógł wybierać sobie panienki. Podczas kolejnych pobytów w laboratorium okazało się, że częściowo i innym pomógł, bo studentki chemii zaczęły spoglądać na mechaników z zainteresowaniem. Nie było wiadomo, ile utworzyło się par spacerujących bulwarami nad Odrą, ale musiało być kilka, bo niebawem usłyszałem od kogoś ciekawe historyjki z tamtego wydziału. Dotyczyły profesora Włodzimierza Trzebiatowskiego, kierownika Katedry Chemii Nieorganicznej. Najpierw dowiedziałem się, że profesor ma tubalny głos i nie może nikogo zaskoczyć niespodziewanym wejściem. Wystarczyło, że pozdrowił kogoś na korytarzu, a wszyscy w pokojach wiedzieli, że kierownik katedry przyszedł.
Później dotarły bardziej pikantne historyjki, z których jedna nadawała się nawet na anegdotę uczelnianą. Studenci chemii, idąc na egzamin u profesora Trzebiatowskiego, na giełdzie studenckiej najbardziej chcieli się dowiedzieć, w jakim nastroju profesorostwo rano udali się do pracy. Jeżeli profesorostwo Trzebiatowscy rano wyjechali do pracy w zgodzie, należało na egzaminie pochwalić się korzystaniem z publikacji pani profesor Jeżowskiej-Trzebiatowskiej. W przypadku porannej sprzeczki domowej nie należało wspominać o korzystaniu z wiedzy żony profesora. Nieprawidłowe rozpoznanie porannych nastrojów mogło doprowadzić do nieprzyjemnych sytuacji. W trakcie wpisywania stopnia do indeksu można było usłyszeć: „Widzę, że nie chciało się zajrzeć do znakomitej publikacji prof. Bogusławy Jeżowskiej.” albo gdy był w złym nastroju: „Uczył się pan z nieodpowiedniej książki”.
Wśród mechaników nikt nie wiedział, ile było prawdy w tych opowiadaniach, ale na trzecim roku, kiedy pojawił się przedmiot TMC, uwierzyliśmy. Wykładowcą tego przedmiotu był profesor Wiktor Wiśniowski, który nie lubił książki swojego kolegi ze Lwowa, prof. dr inż. Stanisława Ochęduszki. Podczas egzaminowania nie trzeba było nawet powoływać się na uczenie z tej książki, wystarczyło wymienić tylko niektóre określenia, aby nie zdać. Zrezygnowanie z książki S. Ochęduszki Teoria Maszyn Cieplnych nie przychodziło łatwo, gdyż była dostępna w księgarniach i bibliotece. Publikacji naszego profesora, nawet w postaci skryptu, nie było i niechętnie słuchano przestrogi starszych kolegów, że na egzaminie prof. dr inż. Wiktor Wiśniowski kosi jak zboże. Do mnie ta informacja dotarła dość późno, kiedy książkę już kupiłem. Słysząc od kolegów mieszkających w akademiku, że profesor uchodzi za kolejnego odsiewacza studenckiego, przestraszyłem się i zaplanowałem przygotowywać się do egzaminu wyłącznie z notatek. Zacząłem pilnie chodzić na wykłady i, skrzętnie je notując, tworzyłem własny skrypt, aby nie zostać wyrzuconym ze studiów. Wprawdzie na trzecim roku można było już dostać urlop dziekański i powtarzać rok, ale będąc już starszym od innych, wykluczałem taką ewentualność. Słuchając wykładów, coraz bardziej przekonywałem się, że termodynamika jest trudnym przedmiotem i kiedy nie mogłem czegoś zrozumieć, zaglądałem do książki. Leżała na półce w zasięgu ręki i pomimo przestróg kolegów próbowałem znaleźć tam wyjaśnienia dotyczące niezrozumiałych fragmentów w notatkach. Prowadziłem je pilnie, notując zapamiętywane sformułowania wykładowcy, ale nie wszystko zdołałem zapisać pomimo nabranej już wprawy.
Zbliżający się coraz bardziej termin sesji egzaminacyjnej wywoływał strach, mimo studiowania już na trzecim roku, bo mój przypadek był inny. W razie niepowodzenia nie groził mi urlop dziekański tylko studia wieczorowe. Wtedy mogło na mnie czekać WKR z powołaniem do wojska po zatrudnieniu się w jakiejś fabryce.
Priorytetem w przerwie semestralnej było zdanie egzaminu z TMC i przeznaczałem na niego najwięcej czasu. Uczyłem się jak wszyscy z notatek, ale stwierdzając jakieś braki, przestałem bać się książki Ochęduszki, gdyż kiedy zajrzałem na strony opisane w notatkach, doznałem olśnienia. Wiedza notowana podczas wykładów z termodynamiki prowadzonych przez profesora Wiśniowskiego nie różniła się od tej w książce Ochęduszki, ale z nieznanych powodów miała niektóre określenia inne. Zacząłem wtłaczać do pamięci informacje zawarte w książce, gdzie były obszerniejsze i bardziej szczegółowe opisy wyjaśniające zagadnienia mniej lub wcale nieopisane w notatkach z wykładów. Wypisywałem stwierdzone różnice w nazewnictwie, ale w pamięci nie można było przekreślić tych, o których powinienem zapominać na egzaminie, i tylko starałem się widzieć je przekreślone na czerwono. W trakcie nauki do egzaminu taka kartka w pamięci była dobrze widoczna, ale zdarzały mi się pomyłki. Przeważnie podczas powtarzania na spacerach w parku, co pomagało mi w zapamiętywaniu. Największy mętlik w głowie wynikający z różnicy w terminologii używanej w książce i przez profesora pojawił się w drodze na egzamin. Pomieszały mi się nazwy z obu źródeł i właściwe, tj. „termen” i „ergen” używane przez profesora na wykładach, pojawiały się w mojej głowie jako te odrzucone, książkowe odpowiedniki, tj. „entropia” i „energia”. Nawet przygotowując sobie ściągę na kartce, zacząłem żałować zastosowanej metody przygotowawczej. Przed drzwiami gabinetu wśród gwaru giełdy studenckiej wszystko było bałaganem, potęgując strach, i w takim stanie wszedłem na egzamin. Wydawało mi się, że nie pamiętam już żadnej nazwy z tych czterech. Rozglądając się po pokoju, nie zobaczyłem profesora, co mnie zaskoczyło. Nie wiedziałem, czy tę sytuację potraktować jako dobry znak, wszak zaraz mógł niespodziewanie wyjść zza szafy. Stanąłem przy drzwiach niezdecydowany i po chwili zauważyłem gest adiunkta mgr inż. Zygmunta Vrabetza zapraszający do stolika. Natychmiast zająłem wskazane miejsce przy jego stole egzaminacyjnym, odczuwając lekką ulgę, ale napięcie wywołane strachem nie ustępowało. Dopiero słuchając pytania, uświadomiłem sobie, że zaczynam zdawać egzamin u asystenta, bez udziału profesora.
Pierwsze pytanie trafiło w dobrze opanowaną wiedzę. Potem odpowiadałem szybko na kolejne, wypisując wzory na kartce. Nie będąc zmuszony do zastanawiania się nad różnymi nazwami, odpowiedzi nie sprawiły mi trudności. Adiunkt poprosił o indeks i wpisując „dost.” był trochę zakłopotany i oświadczył, że chcąc poprawić stopień, muszę się zgłosić do profesora. Skorzystanie z takiej propozycji nie przyszłoby mi do głowy, nawet gdybym dobrze odróżniał „termen” i „ergen” od „entropii” i „energii”. Całkowicie wystarczył mi stopień, do którego był upoważniony adiunkt bez kontaktu z profesorem; wyższy nie był mi do niczego potrzebny.
Trzymając mocno w garści indeks z wpisaną trójką, wybiegłem na korytarz z rozradowaną miną skierowaną do kolegów. Powoli schodziło ze mnie ogromne napięcie. Nogi miałem tak wiotkie, że z trudem utrzymywały mnie w pionie. Koledzy ustąpili mi miejsce na krześle, chcąc usłyszeć coś o egzaminie. Powoli dochodziłem do siebie. W końcu powiedziałem: „Miałem szczęście. W pokoju nie ma profesora. W zastępstwie egzaminuje adiunkt Vrabetz”. W tym momencie niemal wszyscy rzucili się pod drzwi gabinetu, chcąc zdawać u adiunkta. Komu udało się wejść do pokoju, już nie śledziłem, cieszyłem się ze zdania trudnego egzaminu z TMC. Raczej niewielu skorzystało z tego daru od losu, bo profesor już wracał. Zobaczyłem go w pobliżu gmachu głównego, ukłoniłem się profesorowi już bez strachu i spokojnie poszedłem dalej. W czasach moich studiów egzamin z TMC, którym wcześniejsze roczniki słusznie straszyły, jeszcze nie był anegdotą uczelnianą, ale się powoli stawał ponurą historyjką powiązaną z profesorem.
Politechnika Wrocławska w tym czasie, poza opowiadaniami przybyłymi wraz z kadrą naukową z innych uczelni, własnych anegdot nie miała. Powoli dorabiała się, jak każda uczelnia, opowiadań o zdarzeniach powiązanych z profesorami lubianymi lub nie. Z czasów niemieckich żadne ciekawe historyjki się nie zachowały, choć na pewno takowe wymyślano w dużych ilościach od 1910 roku. Nie miał, kto ich opowiadać, gdyż nawet nieliczni studiujący we Wrocławiu autochtoni z Opolszczyzny milczeli. Czy mogli coś opowiedzieć? Nie było wiadomo. Strach było przyznać się do niemieckości. Nawet unikali wyboru lektoratu z języka niemieckiego, choć byłoby im łatwo. Jedynym przekazem powiązanym z Technische Hochschule, czyli poprzedniczką Politechniki Wrocławskiej, jakie docierały do nas wtedy, były historie o wiaduktach nad autostradą. Nikt nie był w stanie tego zweryfikować, ale powtarzano, że były projektowane w ramach prac dyplomowych przez studentów Politechniki. Komu udało się przejechać rowerem (samochodów było jak na lekarstwo) po betonowych płytach dość daleko, mógł zobaczyć, jak bardzo różnią się wyglądem te wiadukty.
Mając ambicję opisania we wspomnieniach reakcji studentów na pomysły niektórych egzaminatorów, zamieszczam tylko te zapamiętane, które z czasem nabierały w dysputach studenckich, charakteru anegdotycznego. Zaliczam do takich przypadków opowiadania o egzaminach u ówczesnego wykładowcy „Elementów Maszyn”, późniejszego profesora Tadeusza Demetera. Anegdotyczne opowiadania nie wychodziły poza Wydział Mechaniczny, ale się tak utrwaliły, że nawet już jako starsi panowie inżynierowie na zjazdach koleżeńskich zawsze je wspominali.
Profesor wyznający zasadę, że wiedzę studenta należy oceniać zarówno na podstawie odpowiedzi ustnych, jak i prowadzonych notatek, egzaminowanie zaczynał od oglądania zeszytu. Mieliśmy obowiązek przynosić na egzamin faktycznie własny zeszyt, ponieważ pan profesor stosował metodę uniemożliwiającą jakiekolwiek kombinowanie. Oglądanie zeszytu miało wpływ na zadawane pytania i student mógł mieć tylko do siebie pretensje, że jego notatki ukierunkowały je na mało mu znany temat. Kiedy profesor zatrzymywał kartkowanie zeszytu, studenci wstrzymywali oddech. Ulatywała też pewność siebie, gdyż nikt nie był pewny, czy dobrze zanotował wykład. Wiadomo było, że w notatkach ważne są rysunki i że zakończenie kartkowania definitywnie kończyło egzamin. Można było wtedy otrzymać zwrot zeszytu bez dziurawienia i wyjść z dwóją albo cieszyć się ze zdanego egzaminu, widząc ruchy wykładowcy prowadzące do tego, by nikt inny nie skorzystał z zeszytu. Był to rytuał niezbyt lubiany, ale egzaminowanego zawsze cieszył, bo świadczył, że egzamin się zdało. Nie znało się tylko stopnia, który zależał nie tylko od wyczerpujących odpowiedzi na zadawane pytania, ale też wyglądu notatek.
O takim sposobie egzaminowania z obowiązkiem posiadania własnych notatek i najlepiej w kolorach wiedzieliśmy już od pierwszego wykładu. Mówili o tym koledzy starszych roczników, nazywając profesora dziwakiem wprowadzającym szkolne zwyczaje na studiach. Przestrzegał o tym też sam profesor na pierwszym wykładzie, zachęcając do rzetelnego zapisywania przekazywanych treści i informując, że notatki będzie sprawdzał.
Studenci trzeciego roku opowiadania o niestandardowym zachowaniu wykładowcy na egzaminie traktowali anegdotycznie. Nie chciało się im mieścić w głowie takie szkolne traktowanie i mało kto się tym przejął. Tym bardziej że do notowania wykładów zachęcali prawie wszyscy wykładowcy, tłumacząc tę konieczność brakiem książek z danego przedmiotu. Prowadzenie notatek było indywidualną sprawą studenta i nikt się nie dopominał ich pokazywania, uważając takie wymagania za sztubackie. Na trzecim roku studiów czuło się, że wreszcie można korzystać z wolności wyboru, pokazując młodszym rocznikom, że na wykłady chodzi się „na luzaka”. Zgodnie z modą, student mógł nosić jakąś książkę „za pazuchą” lub chodzić z dyndającą na pasku „szpanerską torbą”. Najlepiej wyglądało się wtedy z oryginalnym wojskowym mapnikiem lub zielonym chlebakiem. Torby w formacie teczki, wskazujące, że nosi się tam zeszyty, od razu w oczach wtajemniczonych obniżały rok studiów. Okazywanie takiej nonszalancji trwało jednak krótko. Pogłoski, że na egzamin z „Części maszyn” trzeba będzie iść z własnymi notatkami pojawiały się z wielu źródeł. Wprawdzie konieczność ich posiadania dotarła do każdego w różnym czasie, ale pod koniec cyklu wykładów już wszyscy w to uwierzyli. Najbardziej przekonujące były notatki starszych kolegów ze śladem profesorskiej ingerencji zapewniającej jednorazowe pokazanie zeszytu podczas egzaminu. Takie dowody ostatecznie kończyły mędrkowanie, że uda się pójść na egzamin z zeszytem pożyczonym od kolegi, co kończyło się przepisywaniem notatek. Natychmiast ci nieliczni pilni studenci stali się najmilszymi przyjaciółmi luzaków, bo ich notatki stały się niezbędne do skopiowania. Rozpoczął się bój o zeszyty „kujonów”, którzy dowiedziawszy się od starszaków, że wygląd obrazków w notatkach ma wpływ na stopień na egzaminie, niechętnie pożyczali.
Popyt na wzorce kolorowych rysunków, mogących decydować o stopniu w indeksie wygenerował giełdę. Środkiem płatniczym nie była gotówka, ale korzyści mierzone w kuflach piwa w lokalu gastronomicznym, najlepiej całodobowym, ponieważ wolny czas studencki wypadał przeważnie w godzinach nocnych. Warunek ten spełniała restauracja na Dworcu Głównym PKP. Wrocław w tamtych czasach nie miał bogatego życia nocnego. Powroty z takiego wyskoku na piwo wzdłuż niezabudowanych ulic, gdzie leżały wysokie pryzmy gruzów, pozostałości po zbombardowanych budynkach, nie należały do przyjemnych. Strach wymuszał przyspieszenie kroków, szczególnie po zobaczeniu cieni opiekunów pań nazywanych Gruzinkami.
Nie mam pojęcia, ilu kolegów przygotowało swoje notatki z takimi przygodami, bo nie mieszkałem w akademiku. Wiem natomiast, że na egzamin z „Części maszyn” wszyscy koledzy przychodzili z własnymi notatkami, aby poddać się rytuałowi. Profesor sięgał do szuflady, kiedy uznał egzamin za zdany i długi szpikulec z rękojeścią podobną do noża kartki dziurawił. Niektórym nawet to się podobało, ponieważ moment, kiedy chwytał za narzędzie do dziurawienia kartek, był sygnałem mówiącym o zdaniu egzaminu. Takiego wyprzedzającego sygnału na żadnym innym egzaminie nie było i o pozytywnym wyniku dowiadywano się dopiero po zajrzeniu do indeksu. Postępowanie profesora Tadeusza Demetera podczas egzaminowania nabierało jednak cech humorystycznej anegdoty dopiero po otrzymaniu pozytywnego stopnia. Wchodząc na egzamin, zawsze miało się pietra nie tylko z powodu niepewności co do właściwego odpowiadania na pytania, ale też oceny notatek. Najbardziej rozpowszechnionym na naszym roku było inne zdarzenie, które już po kilku dniach przekształciło się w anegdotę uczelnianą. Jego bohaterem był kolega z roku zdający egzamin u profesora Egona Dworzaka, który wykładał trudny przedmiot „Metaloznawstwo i obróbka cieplna”. Profesor egzaminował w gabinecie z szafami wypełnionymi wieloma próbkami stali w gmachu hutniczym Politechniki. Na długich korytarzach zawsze dyskutowano na giełdach studenckich o tych próbkach nazywanych szlifami. Wymiana informacji nie odbywała się jednak jak zwykle przed drzwiami gabinetu, ale w głębi korytarza, gdyż profesora Dworzaka bardzo szanowano. Przyczyniał się do tego wiek i wygląd. Nie widywano profesora nigdy inaczej ubranego niż w trzyczęściowy garnitur i z wiązaną muszką. Taki „przedwojenny” wygląd w połączeniu z informacją o jego studiach w Wiedniu powodował, że przed gabinetem w trakcie egzaminowania rzadko ktoś pozwalał sobie krzyknąć na widok stopnia w indeksie. Dlatego zachowanie studenta wydającego okrzyki radości po zajrzeniu do indeksu, jak twierdzili świadkowie, było czymś nienormalnym. Kilku kolegów biegło nawet za nim do wyjścia, starając się uciszać. Na ulicy Andrzej nadal wrzeszczał radośnie. W końcu zaczął chaotycznie opowiadać o egzaminie, pokazując w indeksie stopień inny niż spodziewana dwója.
Opowiadając o egzaminie mówił, że profesor, wyjmując z gabloty szlif kwadratowego przekroju, polecił określić skład chemiczny stali na podstawie tego, co student widzi. Andrzej długo patrzył na plamy i nie wiedział, co odpowiedzieć. Profesor, chcąc pomóc, doprecyzował, że patrzy na stal, z której wytwarza się szyny kolejowe. To mu niewiele pomogło, ale wpatrując się w szlif, powoli zaczął sobie przypominać ćwiczenia i wkuwane na pamięć symbole składników stopowych. Nie mogąc dłużej siedzieć cicho, zaczął odpowiadać, ale bardziej z pamięci niż na podstawie oglądanej struktury krystalizacji. Profesor słuchał, aż student zakończył wyliczanie składników w procentach, a następnie polecił wymienione składniki wypisać na kartce. Student poczuł się lepiej, sądząc, że pamięć dopisuje, bo kartka zaczęła zapełniać się symbolami, chociaż podawane procenty musiał zgadywać. Nijak nie mogąc doliczyć się kryształków na szlifie, wypisywał je z pamięci i kiedy wypełnił kartkę, oddał ją spacerującemu profesorowi. Egzaminator długo się przyglądał kartce i coś mruczał, w końcu podkreślił kolumnę i polecił podsumować. Andrzej po zobaczeniu wyniku wiedział, że się pogrąża. Ponowne kilkukrotne podliczanie nie dawało wyniku 100%; za każdym razem suma wynosiła 98%. W pokoju natychmiast zrobiło się bardzo gorąco, kiedy profesor wymownie spojrzał, pytając, czy wie, gdzie popełnił błąd. Nie wiedział. Sięgając najgłębiej do swojej pamięci, nie znajdował żadnego pominiętego składnika. Nie zdecydował się na mieszanie w procentach, zupełnie nie wiedząc, które miałby poprawiać. Siedział w oczekiwaniu na nieuchronny wynik egzaminu, dwóję w indeksie. Nagle zrozpaczony usłyszał, jak ktoś jego głosem odpowiada na zapytanie profesora: „Brakujące 2% w podsumowaniu jest luzem między szynami” i natychmiast zasłonił sobie usta ręką. Profesor pomimo wieku dosłyszał ripostę i było za późno na jakąkolwiek reakcję naprawczą. Zobaczył tylko stężałą twarz profesora, który się nie odezwał na taką bezczelną odzywkę studenta. Wziął ze stołu indeks i egzamin zakończył wpisaniem stopnia. Andrzej był pewien, że dostał dwóję. Myślał tylko, czy taką swoją odpowiedzią załatwił sobie oblanie nie tylko tego egzaminu, ale też kolejnych. Już za drzwiami nie wytrzymał, otworzył indeks i zobaczył, że jest wpisana trójka z dwoma minusami. Krzyk samoistnie wydobył się z jego piersi. Trója w dwoma minusami nie była powszechnie uznawana za stopień pozytywny i rzadko wpisywano ją w indeksie, ale egzamin z takim wynikiem nie wymagał poprawiania.
Wspominanie o tym wydarzeniu można by zakończyć w tym miejscu, gdyby nie nastąpił ciąg dalszy. Studenci w akademiku, słysząc opowiadanie o tym egzaminie, powtarzali je kolejnym rocznikom już w formie wesołej historyjki. Wielokrotne powtórzenia anegdoty doprowadziły do kilku alternatywnych wersji zakończenia. Profesora Egona Dworzaka podziwiano za to, że docenił poczucie humoru studenta, uznając egzamin za zdany na poziomie trójki na szynach.
Dziś anegdota taka może być niezrozumiała, gdyż luzu między szynami się nie pozostawia. W czasach moich studiów odstępy między szynami wywołujące charakterystyczny stukot kół były powszechne i utrwalone w literaturze, nawet dzieciom były znane. Pozostawiany luz między szynami dość powszechnie był wykorzystywany w rozmowach do wyrażania słownie małych odległości. Dlatego studentom taka odruchowa odpowiedź nawet w obcesowej formie podobała się, szczególnie w przypadku Andrzeja Mrożka, kolegi, który słynął z błyskotliwych ripost w towarzyskich rozmowach.
Wpisanie w indeksie oceny trójki na szynach przez profesora było tłumaczone dwojako. Poczuciem humoru starszego pana i szczególnym zainteresowaniem szynami kolejowymi, czemu dawał wyraz w częstym przywoływaniu na wykładach naturalnego sposobu poprawiania struktury stali. Rysując na tablicy wykres żelazo-węgiel, tłumaczył zachodzące zmiany w procesie ulepszania szyn kolejowych ułożonych na podkładach. Mówił: „Latem słoneczko, przygrzewając mocno, wykonuje obróbkę cieplną naturalnego sezonowania, bo nocą nagrzane szyny powoli się schładzają.
Zapamiętywanie wykładowców ze studiów w moim przypadku nie opierało się tylko na powtarzanych historyjkach uczelnianych. Pozostały mi w pamięci nazwiska profesorów z powodu zapamiętanych cech niepowiązanych z wydarzeniami na wykładach i egzaminach. Życie studenckie obfitowało też w przypadki kontaktów z osobami pełniącymi funkcje organizacyjne w dziekanacie. Były to spotkania z dziekanem i prodziekanem oraz panią nazywaną „dziekanką” kierującą sekretariatem.
W pierwszych dwóch latach studiów, ucząc się na Wydziale Mechanizacji Rolnictwa, często bywałem w dziekanacie. Dziekanem był profesor Marek Zakrzewski, którego przyjazne, acz poważne, podejście do studentów opisywałem już wcześniej. Dodam tylko, że w dziekanacie drzwi do jego gabinetu były zawsze uchylone, tym sposobem podkreślające otwartość dziekana na sprawy studentów.
Przeciwną postawę prezentował prodziekan ds. studenckich ówcześnie adiunkt mgr inż. Rudolf Heimann, który w kontaktach ze studentami nie wykazywał empatii, tylko pewien rodzaj oschłości i wyniosłości. Nie muszę dodawać, że drzwi do jego gabinetu były zawsze zamknięte. W sprawach socjalnych należało umawiać się z wyprzedzeniem przez dziekankę, która podkreślała, że na jego życzenie wymaga napisania podania. Składałem je wiele razy, nie darząc wtedy prodziekana sympatią, ale nie z powodu pisania podań. Powód był poważniejszy, gdyż już podczas pierwszej wizyty usłyszałem, że urodziłem się w niewłaściwej rodzinie. Pochodzenie moje nie odpowiadało zasadom panującym na socjalistycznej uczelni wyższej preferującej studentów z rodzin robotniczo-chłopskich. Świadczenia należne takim studentom mnie nie przysługiwały. Pisałem zawsze w podaniu i życiorysie, że przeniosłem się do klasy robotniczej, przepracowując przymusowo trzy lata na nakazie pracy. Okazywało się, że ważniejsze jest, jak spędzałem dzieciństwo od pracy technika mechanika.
Wychodząc z dziekanatu o „suchym pysku”, z odmową przyznania bonów stołówkowych i miejsca w akademiku, moja radość ze studiowania w trybie dziennym się kończyła. Podkreślam tę radość, gdyż zamiana przynależnych takim jak ja studiów wieczorowych na dzienne uważałem za swój sukces. Jednak kiedy zaczęły mi się kończyć oszczędności odłożone z zarobków i moje położenie materialne było nie do pozazdroszczenia, czułem się coraz bardziej przygnębiony.
Wynajmowałem wtedy stancję na poddaszu i doskwierało mi, że tańszego miejsca noclegowego w domu akademickim mi nie przyznano. Nie do pogardzenia była też możliwość korzystania ze stołówki zamiast jedzenia w barach mlecznych, gdzie zapychałem się ryżem z sokiem. Prodziekan w odpowiedzi na moje podania przestał nawet zapraszać do gabinetu, ograniczając się do napisania na czerwono słowa „odmowa”. Pozostawała rozmowa z dziekanką.
Kiedy uciułane oszczędności kończyły się, odsprzedałem swoją połowę motocykla kupionego na spółkę i zacząłem odwiedzać kolegów w akademiku w czasie obiadu. Wstępowałem do kolegów „po drodze” i razem szliśmy do stołówki kombinować darmowe zupy, korzystając z tego, że stołówka była samoobsługowa. Zupa wydawana w okienku wędrowała metodą podawania talerza jeden drugiemu do stolika, bo nie liczono bonów, zabieranych dopiero przy wydawaniu drugiego dania. Kucharki prawdopodobnie się orientowały, co się kryje w takim usprawnianiu organizacji obiadu, ale nie protestowały. Zjedzenie zupy z chlebem, który w stołówce nie był wydzielany, zapewniało mi poczucie sytości aż do wieczornej herbatki.
Powtarzające się burczenie w brzuchu skłaniało mnie do poważnego rozważenia przenosin na studia wieczorowe. Studiowało tak kilku kolegów mieszkających w pobliżu, których poznałem na kursie przygotowawczym do egzaminu wstępnego. Wtedy spotykaliśmy się towarzysko w kawiarni NOT-u, borykając się z podobnymi problemami przed studiami ze względu na przerwę w edukacji. Po rozpoczęciu studiów dziennych spotykaliśmy się raczej przypadkowo, najczęściej w tramwaju czy w parku. Podczas takiego spotkania jednemu z nich opowiedziałem o swoim zamiarze dołączenia do nich na studiach wieczorowych. Był nie tylko zaskoczony, ale natychmiast przypominał mi, jak cieszyłem się ze zdania na studia dzienne, aby mieć szansę przeniesienia się na Wydział Lotniczy w Warszawie. Wyłuszczyłem mu powody takiej decyzji – brak jakichkolwiek świadczeń studenckich.
Minęło jakieś dwa tygodnie i kolega z sąsiedztwa zaprosił do kawiarni NOT-u, aby pogadać w dawnym gronie. Wybierając się na to spotkanie, myślałem, że wypiję darmowego kielicha i pogadamy o starych, dobrych czasach. Koledzy okazali się bardzo pragmatyczni, nawet nie zamówili alkoholu tylko kawę. Od razu przystąpili też do wybijania mi z głowy pomysłu studiowania wieczorowego. Na moje narzekania mieli jedną radę – powinienem pomyśleć o dorabianiu. Rozmawiając między sobą, pytali o dzieci w wieku szkolnym swoich szefów i domyśliłem, że uraczą mnie korepetycjami. Zanim doszło do ustalenia, komu będę udzielał korepetycji, pojawił się nieznany mi kolega Czesiek i powiedział, że wkrótce będę mógł zamieszkać za darmo. Mieszkania, do którego zapraszał, oficjalnie jeszcze nie miał, jak śmiali się koledzy, ale on twierdził, że pustostan jest jego. Nie wiedziałem co to pustostan i jak sobie tłumaczyć takie oświadczenie, że niedługo będzie to mieszkanie. W mojej sytuacji nawet taka enigmatyczna propozycja mi wystarczała. Wyszedłem z kawiarni z dobrą myślą.
W czasach studiów we Wrocławiu byłem opatrzony z widokami kamienic ze stropami i bramami wejściowymi wspartymi na słupach lub ścianami szczytowymi podstemplowanymi konstrukcją z belek. Budynki te choć zniszczone, po wzmocnieniu konstrukcji, zasiedlano. Ludzie przyzwyczajali się żyć w takich kamienicach, ciesząc, że nie zostały zakwalifikowane do rozbiórki na cegły (wysyłane pociągami do odbudowy Warszawy).
Czesiek zaprowadził mnie w pobliże placu Grunwaldzkiego, gdzie stało kilka ocalałych domów w opłakanym stanie, a wokół rozciągał się ogromny pusty plac przygotowany pod pas startowy w czasie obrony Festung Breslau. Kamienica, do której podeszliśmy stała obok drugiej z podporami i nie miała dachu. Kwalifikowałem ją jako nadającą się do rozbiórki na cegły. Weszliśmy jednak do bramy, która miała jedno skrzydło niecałkowicie spalone i przejście częściowo zasypane gruzem. Przechodząc przez tę bramę bez drzwi, musiałem siebie przekonywać, że się nie boję. Miałem pietra, idąc na górę. Strach mnie nie opuszczał, kiedy stanąłem na progu pomieszczenia nazywanego pustostanem i zobaczyłem przed sobą wejście do drugiego pokoju wypełnionego gruzem.
Wspominając to pierwsze wrażenie z przyszłego „mieszkania”, pomimo częściowego zatarcia się obrazów w pamięci, nie mogę zrozumieć, skąd miałem tyle odwagi. Kamienica nie miała dachu i idąc po schodach na pierwsze piętro, bałem się dotykać poręczy, bo deski trzeszczały przy każdym stąpnięciu. Poczucie jako takiego bezpieczeństwa dawały grube stemple podpierające sufit stropu w pokoju.
Słysząc wówczas Cześka, mówiącego, że tu zamieszkamy, miałem nietęgą minę. Wysilałem wyobraźnię, chcąc dorównać jego optymistycznej wizji. Moja sytuacja była trudna i musiałem poskromić pojawiającą się chęć natychmiastowej ucieczki. Nabierałem nadziei, że zdołam siebie przekonać do zamieszkania dopiero podczas opowiadania Cześka, jak ten pustostan wyglądał, zanim zaczął go remontować wspólnymi siłami kolegów. Wspomagali go sprzętem i materiałami budowlanymi kupowanymi z firm, w których pracowali. Koledzy Cześka byli technikami budowlanymi i pracowali w firmach, które korzystając z ówczesnych przepisów, umożliwiały swoim pracownikom remontowanie mieszkań. Nie pytałem o szczegóły, wiedząc już o urozmaiconych formach wpłacania należności do kasy przedsiębiorstwa za usługi wykonywane po godzinach pracy. Lepiej dla mnie było trzymać się zasady „darowanemu koniowi…” Zapytałem tylko o rodzaj zameldowania i kiedy Czesiek pokazał dokument z napisem „przydział mieszkania”, wiedziałem, że będę miał adres zameldowania. Wpisanie adresu zameldowania w dowodzie osobistym czyniło ze mnie mieszkańca Wrocławia odpornego na kontrole uliczne Milicji Obywatelskiej. Jeszcze po 1956 roku, nazywanym czasem odwilży politycznej, zdarzało się usłyszeć: „Dowodzik proszę”. Zatrzymania takie oficjalnie w poszukiwaniu bezrobotnych, których w PRL ustawowo nie było1, mogły się nieprzyjemnie skończyć.
Opowiadanie Cześka o tym, jak wypatrzył ten pustostan też było fascynujące, ale je pomijam, przechodząc do wspominania życia w tym mieszkaniu, tj. w jednym pokoju na pierwszym piętrze z kuchenką elektryczną w kąciku. Drugi pokój uprzątnęliśmy tylko z gruzu, ale rzadko w nim bywałem, gdyż strop nie był stemplowany. Nad nami nikt w tej, kiedyś czteropiętrowej, kamienicy nie mieszkał. Naszym dachem był strop zasypanego gruzem mieszkania nad nami. Nic nie przeciekało, więc nie było potrzeby niczego zmieniać.
Mieszkałem tam kilka lat i z czasem uznałem, że lokal jest z wygodami, chociaż dookoła piętrzyły się gruzy. Nie przyzwyczaiłem się tylko do klatki schodowej, z której codziennie korzystałem. Jej stan wywoływał dreszcze, szczególnie patrzenie w górę było niewskazane. Lepiej było nie oglądać podestów znajdujących się powyżej pierwszego piętra, gdyż były ażurowe i pozwalały widzieć chmury. Trudno było też przyzwyczaić się do trzeszczenia schodów przy każdym stąpnięciu na „pływające” deseczki i za żadne skarby nie wolno było się oprzeć na poręczach balustrady. Bywało atrakcyjnie tylko podczas nocnych powrotów przy bezchmurnym niebie. Patrząc w górę, można było mieć wrażenie, że jest się w planetarium z mrugającymi gwiazdami.
Największą zaletą była lokalizacja – bardzo blisko uczelni. Mając wykłady w nowych budynkach Politechniki przy moście Grunwaldzkim, można było dłużej pospać. Wystarczyło wyjść pięć minut przed rozpoczęciem zajęć i przebiec na drugą stronę torów tramwajowych. Czesiek, też uczący się wieczorami, nie ograniczał czasu świecenia żarówek, nawet stuwatowych, podczas rysowania, jak to czyniły gospodynie wynajmujące pokoje. Rachunki za energię elektryczną opłacaliśmy po połowie. Nikt też nie marudził o szwendaniu się późną nocą, bo w tym mieszkaniu nocą szwendało się wiele osób. Często też koledzy Cześka uznawali, że zasiedzieli się na tyle długo, że nie warto jechać nocnym tramwajem do domu i zostawali na noc.
Mankamentem mieszkania był panujący w pokoju półmrok na skutek niedoświetlenia dziennego z okien od strony „studni” oficyny. Półmrok jednak dobrze działał na sen i, wykorzystując małą odległość od sal wykładowych, bardzo często odwiedzali nas koledzy, aby odsypiać nocki. Wtedy można było słyszeć, że studia wieczorowe są bardzo męczące. Czasami te tłumaczenia były filozoficznie okraszone stwierdzeniem: „Śpiąc na wykładzie, niczego się nie nauczę”.
Takich stanów zmęczenia sam doświadczyłem w okresie chodzenia po godzinach pracy na kurs przygotowawczy. Dlatego dobrze wiedziałem, jak studiujący wieczorowo mogą być przemęczeni na popołudniowych wykładach. Przychodzących na drzemkę lokowałem na swoim tapczanie albo budziłem herbatą, chyba że przychodzili z własnym płynem pobudzającym w flaszeczce, która sprzyjała zwierzeniom pozwalającym lepiej poznawać studentów wieczorowych. Obserwacje były ciekawe, a szczególnie opowiadania o wyczynach studenckich, które niewiele odbiegały od zachowania studentów dziennych. Niektóre z usłyszanych historyjek nadawały się nawet do utrwalania w formie anegdot uczelnianych. Szczególnie jedna utkwiła mi dobrze w pamięci z powodu powiązania z profesorem wykładającym na naszym roku.
Kolega opowiadający nie wiedział o tym i początkowo ja też tego się nie domyślałem. Opowiadał o profesorce wykładającej matematykę na studiach wieczorowych, Zofii Maciejewskiej, której nigdy nie widziałem. Słyszałem tylko od Cześka, że uważana jest za srogą egzaminatorkę, która łagodnie traktuje studentów pracujących. Znając sytuację pracujących zawodowo studentów, dopuszczała możliwość wielokrotnego zdawania. Czasami zapraszała nawet na egzamin do swojego domu w wolne niedziele i o takim przypadku opowiadał kolega.
Profesorka, zaproszonych na egzamin niedzielny do willi na Biskupinie, dwóch studentów usadziła przy ogrodowym stole w cieniu rozłożystego drzewa. Nie zdejmując kuchennego fartucha, którym mocno ich zaskoczyła, napisała każdemu po trzy zadania i weszła do domu. Studenci od razu uznali, że mogą korzystać z przyniesionych notatek, kiedy słyszeli panią profesor, jak krząta się w kuchni. Odgłosy garnków upoważniły do wyjęcia nawet przygotowanych specjalnie na egzamin ściąg. Niestety wypisane wzory na ściągach i poszukiwania w notatkach brakującej wiedzy nie podpowiedziały właściwego rozwiązania, a tylko powiększały pustkę mózgową. Kiedy poczuli beznadziejność swojej sytuacji, nagle przy stole pojawił się siwiutki staruszek z bujną czupryną. Wchodząc do ogrodu, widzieli tego dziadka z daleka, jak kręci się przy drzewkach owocowych. Ubrany był w drelichowy kombinezon nazywany „ogrodniczkami”, nic dziwnego, że wzięli go za ogrodnika. Podszedł do nich cicho z figlarnym uśmiechem i powiedział: „No to pokażcie, co ona wam wymyśliła”. Na taką odzywkę ogrodnika przycinającego drzewka, różnie zareagowali. Jeden zapytał, co dziadek może wiedzieć o wyższej matematyce. Starszy pan, nic nie odpowiadając, obrócił się do drugiego. On, nie mówiąc nic, podał tylko kartkę, a później dodał: „Przyglądam się równaniom i nie przychodzi mi do głowy żadna metoda rozwiązywania”. Staruszek przysunął kartkę do oczu i chwilę przyglądał się równaniom. Po chwili nachylając się, szeptem zaczął podpowiadać, jak przekształcać kolejno równania. Student wysłuchał i zaczął przekształcać wzory według szeptanych wskazówek i zaczął nawet rozumieć, co należy robić dalej. Zadania początkowo bardzo trudne nagle po przekształceniach zmieniły się w łatwe. Nadal zszokowany, chciał dziękować za okazaną pomoc, ale kiedy się odwrócił, ogrodnika już nie było. Zniknął tak nagle, jak się pojawił. Skrywając się między drzewkami, prawdopodobnie śmiał się z figla. Student, kiedy zakończył rozwiązywać zadania, zastygł przy stole nadal oszołomiony zaskakującym przebiegiem zdarzeń. Nie pamiętał, ile czasu tak siedział, bo w pamięci zarejestrował tylko przyjście profesorki, która widząc rozwiązania na kartce, poprosiła o indeks. Jadąc uradowany do domu, nie wiedział nawet, że tym szelmą ogrodnikiem z bujną czupryną był profesor Władysław Ślebodziński, ojciec profesor Zofii Maciejewskiej.
Wykładów z matematyki profesora Ślebodzińskiego słuchałem przez cztery semestry, ale wtedy moja wiedza o profesorze ograniczała się do wyglądu i komunikatywnego sposobu nauczania. Dopiero po studiach, chcąc poznać życiorysy swoich profesorów, częściowo poznałem jego trudne losy. Wspomnę tylko, że był więźniem obozu Auschwitz-Birkenau, a po jego ewakuacji przebywał w obozach Groß-Rosen i Dora-Nordhausen. We Wrocławiu intensywnie włączył się do odtwarzania Lwowskiej Szkoły Matematycznej. Wydawał też czasopismo „Colloquium Mathematicum”. Na pierwszym roku studiów tej wiedzy nie mieliśmy i też potraktowaliśmy profesora Władysława Ślebodzińskiego podobnie jak kolega z opowiadania. Po sztubacku uciekliśmy z wykładu, korzystając z kwadransa akademickiego i nie myśląc, że wiekowy profesor będzie się wspinał po schodach nadaremnie. Profesor zawstydził nas na następnym wykładzie, kiedy wspomniał o tym, jak zdyszany wszedł do pustej sali na trzecim piętrze. Dlatego poprosił, aby następnym razem pierwszy zbiegający student poinformował go o ucieczce, jeszcze kiedy znajduje się na dole. W rezultacie już nigdy nie doszło do ucieczki z wykładów tego profesora, którego reputacja wzrastała wraz z każdym wykładem. Mnie zachęcił do pilnego śledzenia wykładów już nie tylko z uwagi na egzaminy. Z upływem czasu ten profesor stawał się wzorem nauczyciela akademickiego i uczyłem się intensywnie już nie dla stopnia w indeksie. Obawiałem się sprawienia zawodu profesorowi, wykazując nierozumienie jego znakomicie prowadzonych wykładów i ten szacunek do wybitnego pedagoga pozostał do dziś.
Nie zaliczałem siebie nigdy do wybitnie uzdolnionych matematycznie, ale po studiach zawsze chętnie sięgałem do wiedzy matematycznej w poszukiwaniu rozwiązania. Zakończenie edukacji matematycznej u prof. Ślebodzińskiego czwartym egzaminem na drugim roku studiów zbiegło się z likwidacją Wydziału Mechanizacji Rolnictwa. W ramach kolejnej reorganizacji Politechnik przeniesiono Wydział Mechanizacji Rolnictwa do Poznania (podobnie jak wcześniej Wydział Lotniczy do Warszawy). Studentom naszego roku przedstawiono dwie możliwości: studiowanie w Poznaniu na trzecim roku takiej samej specjalności lub pozostanie we Wrocławiu na Wydziale Mechanicznym. Wybrałem drugą opcję i dołączyłem do studentów Wydziału Mechanicznego, ciesząc się nawet z tej zmiany. Poprzedni wybór nie był świadomy i miał charakter losowy, a Wydział Mechaniczny bardziej mi odpowiadał. Po powrocie z wakacji martwiłem się tylko, czy będę musiał zdawać jakieś dodatkowe egzaminy. Okazało się, że na dwóch początkowych latach studiów studenci obu wydziałów zdawali egzaminy z tych samych przedmiotów. Mogły się niewiele różnić tylko zakresy tematyczne, gdyż niektóre przedmioty wykładali inni profesorowie.
Niespodziewane przenosiny na Wydział Mechaniczny dały okazję do przemyślenia pierwotnego zamiaru studiowania na Wydziale Lotniczym, który wiązał się z przeprowadzką do Warszawy. Nadarzała się niepowtarzalna szansa na realizację marzeń, ale już wola skorzystania z okazji bardzo się obniżyła. We Wrocławiu miałem dziewczynę, studentkę uniwersytetu, z którą planowałem związać życie i pomysł przeniesienia do Warszawy obojgu się nie podobał. Ponadto trzeźwa ocena sytuacji materialnej nie sprzyjała planom wyjazdowym. Przeprowadzka do Warszawy nie powodowała, że zmieni się ocena mojego pochodzenia i nadal będę studentem bez bonów stołówkowych i miejsca w akademiku. We Wrocławiu moja sytuacja materialna była ustabilizowana; miałem gdzie mieszkać, nie ponosząc dużych kosztów. Przenosiny na Wydział Mechaniczny, niewiele zmieniały poza wydłużeniem drogi na zajęcia. Wykłady i ćwiczenia dla studentów mechaników odbywały się w obiektach w pobliżu gmachu głównego Politechniki. W budynku przy placu Grunwaldzkim, gdzie dotychczas miałem większość wykładów pozostały tylko całodzienne zajęcia Studium Wojskowego.
Zajęcia wojskowe w tym budynku mieli studenci wszystkich wydziałów Politechniki w ramach jednostki saperskiej. Na jeden dzień w tygodniu studenci zamieniali się w podchorążych, zakładając zielone uniformy. Nie używam określenia umundurowanie, gdyż rozpoczynając szkolenie wojskowe na Wydziale Mechanizacji Rolnictwa początkowo dostaliśmy zamiast sortów mundurowych Ludowego Wojska, kurtki i spodnie hufców Służby Polsce. Niezależnie od rodzaju przydzielanych sortów mundurowych rozpoczynanie dnia od przebieranki było zabawne.
Punktualnie o ósmej ustawialiśmy się w szeregu i z magazynu wyrzucano każdemu komplet munduru, którego rozmiar rzadko pasował do postury. Wymiana na odpowiedni musiała odbywać się między studentami i zawsze była to okazja do śmiechu. Przebieranie odbywało się na korytarzu. Najpierw studenci rozbierali się do slipek. Następnie wkładali spodnie, które rzadko kiedy były we właściwym rozmiarze. Pociesznie wyglądaliśmy, co rozbawiało kolegów, którzy wcale nie wyglądali lepiej. Z braku lustra musieliśmy się zdać na opinię innych, czy zostawić przydzielony mundur, czy szukać bardziej pasującego. Wśród maszerujących z przytupem w wojskowych butach z ćwiekami, można było zobaczyć niskiego zapinającego spodnie blisko szyi, z kolei wysoki rozbawiał widokiem gołych goleni w przykrótkich spodniach. Takie poranne kabarety w ramach szkolenia wojskowego skończyły się, kiedy dowództwo zrezygnowało z przechowywania mundurów w magazynie. Studenci też się z tego ucieszyli, bo po każdych zajęciach można było od razu iść do domu bez zdawania umundurowania.
Mundury wypożyczone na czas całego kursu zostały bardziej dopasowane do sylwetki, nie tylko rozmiarami. Wnoszono poprawki krawieckie nie tylko z uwagi na wygląd. Wielu studentów zaczęło używać niektórych części ubioru wojskowego do prac zarobkowych, np. mycia okien. Mimo bardziej dopasowanych mundurów nie dało się pomylić studentów przebierańców z żołnierzami służby czynnej. Zainteresowanie cywilów kolumną „wojskowych” idących na zajęcia w terenie nie wynikało z hasła „za mundurem panny sznurem”, ale brało się raczej ze skojarzeniem z bohaterami Przygód dobrego wojaka Szwejka Jarosława Haszka. Pokazywano nas sobie palcami zawsze z dużym rozbawieniem.
Całe trzecie piętro budynku D2 zostało przystosowane na potrzeby Studium Wojskowego i przypominało koszary. Szeroki korytarz budynku został zwężony na rzecz powiększenia wielu niedużych sal wykładowych. Na drzwiach każdej wisiała tabliczka z informacją o rodzaju specjalności odbywających się tam szkoleń i stopniach oficerów prowadzących. Część budynku odgrodzona stalową kratą mieściła tajną kancelarię, w której urzędował sierżant, którego akcent zdradzał, gdzie powstało Ludowe Wojsko Polskie.
Studenci wzywani byli do tajnej kancelarii zawsze „na okoliczność” sprawdzania kompletności dokumentów, które tam stawały się tajne. Dlatego obywatel sierżant zawsze denerwował się, kiedy student oświadczał, że dokument taki złożył w dziekanacie. Wtedy sporządzana była notatka służbowa spisywana odręcznie przez sierżanta, chociaż dysponował maszyną do pisania. Studenci twierdzili, komentując ten fakt, że maszyna jest tak tajna, że nikt nie może widzieć, jak pisze.
Politechnika Wrocławska w całości miała specjalności saperskie. Nauczano o uzbrajaniu i rozbrajaniu środków bojowych, prowadzeniu przepraw przez przeszkody wodne i budowie umocnień terenowych. W salach wykładowych znajdowało się na stołach sporo eksponatów w formie rozbrojonych środków bojowych i modeli drewnianych mostów. Rzeczywiste obiekty wojskowe oglądaliśmy podczas ćwiczeń terenowych najczęściej nad kanałem przeciwpowodziowym Odry, również na obozach poligonowych w czasie wakacji. Wspomnienia z pobytu na obozie wojskowym w Gorzowie Wielkopolskim opisałem w książce i zainteresowanych do niej odsyłam2. Tutaj ograniczę się do największej zmory studentów podczas szkolenia wojskowego. Wymagano dokładnej znajomości tekstów regulaminowych podczas egzaminowania. Wkuwanie na pamięć tych tekstów nikomu nie odpowiadało, dlatego egzaminy pisemne wymuszały stosowanie umiejętnego ściągania.
Nie można było robić ściąg znanych ze szkoły, gdyż teksty były długie i trzeba było przytoczyć je słowo w słowo. Jedyną metodą było podglądanie oryginalnych instrukcji podczas ściągania, ale one niestety miały łącznie okładki. Dodatkową trudnością był oficjalny zakaz wnoszenia na egzamin tychże regulaminów. Obejście tego zakazu było możliwe dzięki luźnej bluzie źle dopasowanego munduru, która mieściła „za pazuchą” kilka czerwonych książeczek. To była jednak dopiero połowa sukcesu, gdyż wszystkie wniesione instrukcje należało szybko wyjąć i siadając podłożyć pod tyłek tak, by nie wystawały. Oficer nadzorujący zawsze krążył po sali, dlatego skorzystanie z instrukcji i udostępnienie kolegom nie było łatwe. Podczas egzaminu najwięcej trudności nastręczało poszukiwanie odpowiednich zapisów w instrukcji. Należało to zrobić, kręcąc się na siedzeniu tak, aby w żaden sposób czerwień okładki nie uderzyła pilnującego w oczy, bo nie można było wytłumaczyć tego kolorem slipek.
Chude studenckie pośladki nie ułatwiały zadania. Trzeba było wykorzystać przekazane nauki w zakresie taktyki wojskowej: kamuflażu i odwracania uwagi. Tym zajmował się na potrzeby egzaminu „pododdział” kilku kolegów kręcących siedzeniami dla odwracania uwagi, którzy dodatkowo zajmowali uwagę oficera pytaniami, najczęściej dotyczącymi spraw organizacyjnych. Kiedy to nie wystarczało, wprowadzano działania ratunkowe. Zadaniem było zmuszanie „nadzorcy” do oddalenia się od „poszukiwacza”. Wykorzystywano wtedy czerwień okładki instrukcji, która pojawiała się w innym miejscu. Pilnujący podbiegał do studenta z krzykiem: „Przestańcie ściągać”. Była to jednak zawsze inna instrukcja niż ta potrzebna na egzaminie. Student zaczynał też wyjaśniać, że nie ściągał, ale udowadniał koledze, że się myli, co do treści tekstu. Otwierając w dowolnym miejscu instrukcję, która nie była powiązana z pytaniem egzaminacyjnym, wprawiał nadzorcę w zdumienie. Zbity z tropu inną treścią niż się spodziewał, najczęściej tylko karcił: „Wy studenci, zabierzcie się do pisania sprawdzianu”.
Zdarzały się też inne sposoby odwracania uwagi, ale obejmowały tylko wybranych oficerów, którzy pracując na uczelni, traktowali siebie jako naukowców. Takich zagadywano, stosując słownictwo z określeniami typowymi dla nauk ścisłych. Oficer LWP rzadko rozumiał, co się mówi, ale na ogół znajomością takich słów lubił się chwalić. Takie odwracanie uwagi miało niestety tę wadę, że niektórzy koledzy, kiedy słowa były powtarzane bez sensu, z trudem tłumili śmiech. Kiedy oficer pojął fortel, natychmiast zmieniał się w zirytowanego kaprala i trzeba było egzamin powtarzać. Bywało, że takie kolejne egzaminy trzeba było zdawać indywidualnie i lepiej było do nich nie dopuszczać, bo pozytywny stopień ze Studium Wojskowego potrzebny był do zaliczenia roku.
Do budynku D2, którego byłem częstym bywalcem jako student Wydziału Mechanizacji Rolnictwa, a potem odwiedzałem w czasie szkolenia wojskowego, ciągnęło mnie również z powodu działalności rozrywkowej organizowanej w sali gimnastycznej. Na parterze budynku znajdowała się wyjątkowa sala gimnastyczna nazywana „Akwarium”, w której prawie każdej soboty odbywały się zabawy.
