Intruz - Marek Stelar - ebook + książka

Intruz ebook

Marek Stelar

4,4

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Dwaj bracia po dwóch stronach barykady.

Brat przeciw bratu. Zamknięty w sobie cichy urzędnik kontra funkcjonariusz ABW, który zdradził. Gdzieś wysoko w strukturach władzy jest „kret”, którego działania mogą pozbawić państwo polskie potencjalnej przewagi i światowego prymatu na jednym z niewielu pól, na którym jest to jeszcze możliwe – produkcji grafenu, materiału przyszłości.

Co wspólnego miała tajemnicza, choć z pozoru naturalna śmierć ojca braci ćwierć wieku wcześniej? Dokąd prowadzą pozostawione znaki? A w tle rozgrywka polskich służb specjalnych i Guoija Anquan Bu, wywiadu Chińskiej Republiki Ludowej.

"Stelar doskonale orientuje się, jak działają służby specjalne. Czy to może być przypadek...?" - Vincent V. Severski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 383

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkie wydarzenia, postacie i niektóre miejsca opisane w tej historii są fikcyjne.

 

1. Warszawa, wiosna 2018

 

 

 

 

 

– Proszę się trochę podsunąć do góry, znów mi pan uciekł…

Gabinet stomatologiczny tonął w blasku promieni słońca wpadających przez szeroki na całe pomieszczenie pas okien i stłumionych nieco półprzezroczystymi, zasuniętymi do połowy roletami. Fotel skierowany był nie w stronę okien, lecz na przeciwległą ścianę, na której wisiał pięćdziesięciocalowy plazmowy ekran. Może dlatego, że widok na zewnątrz nie był zbyt atrakcyjny. Dzięki temu, zamiast kominów mokotowskich kamienic, pacjenci oglądali widoki z najpiękniejszych miejsc świata, okraszone kojącą muzyką, która sączyła się z niewidocznych, ukrytych w podwieszanym suficie głośników.

Mężczyzna niemal leżał na fotelu, nad jego szeroko otwartymi ustami pochylał się stomatolog.

– Niech się pan mnie nie boi, robię, co mogę – zażartował, poprawiając maseczkę zsuwającą się z nosa.

Pacjent zmrużył oczy i wybełkotał niewyraźnie:

– Ja też robię, co mogę…

Roześmieli się obaj, wiedzieli, że to taki mały prezent dla pacjenta od dentysty: chwila oddechu i spadku napięcia. Moment na uspokojenie.

– Co się stało? Zabolało? – Dentysta zmarszczył nagle brwi.

– Nie, nie. – Pacjent machnął ręką. – Coś mi się tylko przypomniało…

Wciąż mówił niewyraźnie. Palce obleczone lateksem zniknęły co prawda z jego ust, ale gazik wypychał mu dolną wargę i krępował język.

– Coś nieprzyjemnego? – Stomatolog odłożył wiertło na asystor.

– Nie, nie o to chodzi. Kiedy pan się tak roześmiał, przypomniał mi się ktoś z dzieciństwa. Byliśmy razem na obozie młodzieżowym. Ten pana śmiech brzmi niemal identycznie.

– Może to byłem ja? Może już się kiedyś spotkaliśmy? Nawet na tym obozie, jesteśmy chyba w podobnym wieku? – Zmrużył oczy. – Gdzie on był?

– W Paprotnie, niedaleko…

– Rewala?

– Tak! To taka dziura, że aż strach. Nawet nie wiem, czy jeszcze istnieje. Skąd pan ją zna?

– Cóż… Sporo jeżdżę po kraju.

– Nawet jeśli się kiedyś spotkaliśmy, to na pewno nie wtedy. – Mężczyzna pokręcił głową i sięgnął do ust, wyjmując gazik, który wysunął mu się spod języka. – To była dziewczyna. Niech pan mi nie ma za złe, ale była bardzo podobna do pana. Wręcz łudząco. W dodatku strasznie dziwna, niepokojąco dziwna. Ale ten śmiech… Identyczny. Mam znakomitą pamięć dźwiękową, w końcu jestem muzykiem. A nie ma pan przypadkiem siostry?

– Spokojnie, ja wezmę. – Stomatolog nie odpowiedział, tylko wyjął zaśliniony wałeczek z palców pacjenta i wyrzucił do kosza na śmieci wyściełanego czerwonym, plastikowym workiem.

– To co? – zapytał, uśmiechając się. – Jedziemy dalej z tym koksem?

Pacjent przewrócił oczami i odchylił głowę, a dentysta włożył między dziąsło a policzek nowy gazik i wrócił do pracy. Skończył kilkanaście minut później. Zsunął maseczkę z nosa i ust na podbródek, a potem ściągnął z trzaskiem lateksowe rękawiczki, które wylądowały tam, gdzie wcześniej gazik.

– Gotowe. Proszę nie jeść przez godzinę. Gdyby bolało, kiedy znieczulenie puści, proszę dobrać coś przeciwbólowego. Obawiam się, że może trochę ćmić, kiedy minie znieczulenie.

– Biegać mogę?

– Biegać?

– Tak, biegać. Planowałem dziś wieczorem truchtanie na Agrykoli. Nie ma przeszkód?

Dentysta spojrzał w okno.

– Żadnych – odparł obojętnie. – W końcu sport to zdrowie…

Mężczyzna zsunął się z fotela, otarł usta papierową chusteczką i odruchowo się jej przyjrzał. Jeszcze raz popatrzył na stomatologa i pokręcił głową.

– Jak ja nie lubię, kiedy nie mogę sobie czegoś przypomnieć – powiedział z namysłem.

– A czego pan zapomniał? – Dentysta znów zmarszczył brwi: były tak rzadkie, że prawie niewidoczne.

– Skąd pana kojarzę.

Lekarz machnął ręką.

– Ach, to… Niech pan sobie tym nie zaprząta głowy – poradził. – A jeśli mowa o zapominaniu, to proszę jednak nie zapomnieć: następna wizyta za dwa tygodnie, wtorek, siedemnasta. Gdyby coś się zmieniło, musiałbym pilnie wyjechać czy coś takiego, sekretarka przyśle mail albo zadzwoni. Do zobaczenia.

 

* * *

Biała skoda zatrzymała się przy Myśliwieckiej, na parkingu przy kortach Legii. Drzwi kierowcy otworzyły się. Z samochodu wysiadł mężczyzna ubrany w obcisłe spodnie do biegania i ciemny softshell. Zamknął drzwi, porozciągał się trochę, raczej dla zasady niż z potrzeby, bo planował tylko krótką przebieżkę. Potem pochylił się i poprawił sznurówki. Ruszając truchtem przed siebie, odruchowo sprawdził językiem zrobiony trzy godziny wcześniej ząb. Nie bolał, ale na wszelki wypadek łyknął dwa panadole, żeby nic nie zaskoczyło go wieczorem podczas koncertu. Przebiegł przez ulicę i aleją Radiowej Trójki, już szybszym tempem skierował się w stronę Agrykoli. Było późne popołudnie, pora powrotów z pracy, więc w parku nie było dużo ludzi. Kilka minut później, gdy biegł asfaltową aleją w stronę Ogrodu Botanicznego, ujrzał kogoś zbliżającego się z naprzeciwka. Szczupły facet w czapce z daszkiem biegł z pochyloną głową, więc kiedy zbliżali się do siebie, lekko zboczył w prawo, żeby ustąpić mu miejsca. Nie był typem pieniacza, zresztą rozumiał, jak można zapomnieć o wszystkim, kiedy już wpadnie się w swój rytm biegu i człowieka pochłoną własne myśli. Tamten widocznie zauważył go w ostatniej chwili, i choć miał dość miejsca, by się minęli, odskoczył dziwnie skurczony w pół kroku. Mimo to potrącili się dość mocno biodrami. Mężczyzna poczuł ból wysoko w udzie, po wewnętrznej stronie. Syknął, ale tamten pobiegł dalej, wciąż z pochyloną głową. Kiedy się za nim obejrzał, żeby posłać mu kilka słów na do widzenia, zobaczył, jak tamten, kołysząc biodrami w miarowym tempie, w milczeniu podnosi rękę w geście przeprosin. Dał więc sobie spokój i lekko utykając, potruchtał dalej, masując bolące miejsce.

Następnego dnia rano ból się zwiększył. Mężczyzna czuł się źle, nie miał apetytu, na widok jajecznicy, którą zrobiła mu żona, dostał mdłości. Zaczął go boleć również brzuch. Sugestię, że to atak wyrostka, zbył machnięciem ręki, w końcu bolało go po lewej stronie. Wziął kolejną dawkę paracetamolu i ibuprofen. Wieczorem podczas koncertu noga i brzuch zaczęły mu dokuczać jeszcze bardziej. Mężczyzna zaczął się pocić. Ból przeszkadzał mu w grze, smyczek sunął momentami po strunach wiolonczeli zupełnie nie tak, jak go prowadził. W czasie przerwy zwymiotował w łazience. Na salę koncertową już nie wrócił; zamówił taksówkę i pojechał do domu; wziął nospę i położył się do łóżka. W nocy żona wezwała karetkę. Udo w okolicach pachwiny wyglądało, jakby zaczęło gnić, węzły chłonne wypchnęły skórę, a gorączka niemal paliła go żywcem. Mężczyzna majaczył i rzęził z bólu. W szpitalu zaczęto go diagnozować, ale zanim ktokolwiek zdał sobie sprawę, jak poważny jest jego stan, kolejne narządy wewnętrzne przestawały funkcjonować. Krwawienie z jelita cienkiego, a następnie mocznica i odwodnienie spowodowały zapaść.

Mężczyzna zmarł kilkanaście godzin później, nie odzyskawszy przytomności.

 

* * *

Warszawa, październik 2018

 

Marius starannie układał narzędzia w odpowiednich przegródkach. Metodycznie i skrupulatnie. Jego uwielbienie porządku graniczyło z obsesją i wiedział o tym, ale uważał, że właśnie dzięki temu osiągnął w życiu tyle, ile osiągnął. A przede wszystkim dzięki temu był bezpieczny.

Sprzątał swój gabinet sam. Sąsiednie gabinety należące do jego kolegów po fachu obsługiwały Ukrainki z firmy porządkowej wynajętej przez klinikę, ale on odmówił tej usługi. Nie ze względów finansowych, o finanse akurat nie musiał się martwić. I również nie dlatego, że miał tu rzeczy, których nie powinno być w gabinecie stomatologicznym, tylko dla zasady. O własne śmieci dba się samemu. Spryskał blat octeniseptem i wytarł starannie szmatką. Właśnie zabierał się do opróżniania czerwonego worka z odpadami, kiedy zadzwonił jeden z jego dwóch telefonów. Ten ważniejszy. Spojrzał na zegarek: była dokładnie dziewiętnasta. O takiej, wyłącznie takiej, porze mógł dzwonić tylko ktoś, kto wiedział, że on odbierze go tylko o tej godzinie. Wziął telefon z blatu i odebrał.

– Tak? – rzucił krótko.

– Dobry wieczór. – Człowiek po drugiej stronie mówił po angielsku z obcym akcentem, ale on nie potrafił ocenić z jakim. – Czy rozmawiam z Mariusem?

– Tak.

– Chciałbym się umówić na wizytę. Pilną.

– Rozumiem. Gdzie pan jest?

– Godzinę temu przyleciałem do Warszawy. Jestem jeszcze na lotnisku.

– Dwudziesta, „Alhambra”, Aleje Jerozolimskie trzydzieści dwa.

– Jak się rozpoznamy?

– Ma pan rękawiczki?

– Mam. – W głosie dało się słyszeć lekkie zdziwienie.

– Proszę położyć jedną na stoliku. Do zobaczenia. – Rozłączył się.

Nie było potrzeby kontynuowania rozmowy przez telefon i tamten również to wiedział. Za godzinę pozna szczegóły. Dokończył sprzątanie gabinetu, potem przebrał się i wyszedł. Włączył alarm i zamknął drzwi na klucz. Skierował się na wewnętrzny parking i wsiadł do samochodu. Miał trzydzieści osiem minut, ale chciał być przed czasem. Ryzyko, że się spóźni z powodów niezależnych od niego, istniało zawsze, po to właśnie była rękawiczka; na wszelki wypadek.

Na szczęście zdążył. Na miejscu był za piętnaście ósma, znalazł wolne miejsce na chodniku i zaparkował. Siedział w samochodzie i obserwował wejście do kawiarni.

„Alhambra” była gejowskim lokalem. Półoficjalnym w latach osiemdziesiątych, później, kiedy nie trzeba było się już aż tak ukrywać, zrobiła się jeszcze bardziej popularna. Kiedyś dawali tu świetną czekoladę pitną, lepszą niż u Wedla, lokal miał klimat i zapewniał dyskrecję, na czym Mariusowi zależało najbardziej.

Za dwie dwudziesta na ulicy tuż obok jego samochodu zatrzymała się taksówka. Nie miała oznaczeń korporacji, a wyłącznie numer boczny i koguta z napisem TAXI. Bezpiecznie schowany za przyciemnianymi szybami swojego sportowego audi Marius patrzył, jak wysiada z niej mężczyzna w staromodnym kapeluszu na głowie. Kiedy cień ronda zszedł na chwilę z jego twarzy, z zaskoczeniem zobaczył twarz Azjaty. Chińczyk zatrzasnął drzwi taksówki, wszedł na chodnik i pewnym krokiem podążył w kierunku wejścia do „Alhambry”. Po chwili zniknął w środku. Marius odczekał chwilę, a potem zrobił to samo.

Kiedy wszedł do lokalu, Chińczyk, już bez płaszcza i kapelusza, kładł właśnie rękawiczkę na stoliku. Podszedł i usiadł obok, zdejmując ją z blatu i podając właścicielowi.

– Marius – powiedział cicho, nie licząc nawet, że tamten również się przedstawi.

Nie pomylił się. Przyglądał mu się przez chwilę, dokonując w myślach szybkiej oceny. Na oko pięćdziesiąt pięć, sześćdziesiąt lat, ale Marius nie był pewien. Ubrany po europejsku, ale krój płaszcza i ten śmieszny kapelusz mogły świadczyć o tym, że przebywał w Europie Zachodniej od dawna i przyzwyczajony do mody z dawnych lat nie zamierzał podporządkowywać się jej nowym trendom.

– Taksówkarze mają u was złodziejskie stawki – poskarżył się Chińczyk.

– Trzeba brać taksówki z korporacji – odpowiedział. – Słucham pana.

Chińczyk również przyglądał mu się dłuższą chwilę.

– Wygląda pan bardzo niepozornie – wypalił.

Marius pomyślał, że jest bardzo bezpośredni. Nie przejął się tym; i bez niego wiedział, jak wygląda. Potraktował to jako wskazówkę.

– Wygląd nie ma znaczenia – odparł. – Pan również wygląda niepozornie.

– Oczywiście. – Tamten lekko przekrzywił głowę i Marius stwierdził, że ta uwaga mogła być elementem testu.

Podszedł kelner i wręczył im karty. Kiedy wzięli je do ręki, natychmiast dyskretnie się oddalił. Marius odłożył kartę na przykryty karminowym obrusem stół, przybysz zaś swoją otworzył i zaczął przeglądać.

– Jest pan podobno bardzo skuteczny? – ni to zapytał, ni stwierdził Chińczyk, wpatrzony w zdjęcia koktajli, kaw i deserów.

– Owszem.

– I dość drogi?

– Proszę zatrudnić Rosjanina albo Czeczena, jeśli pana na mnie nie stać. Są tańsi.

Cień uśmiechu przemknął po twarzy Chińczyka. Przeniósł wzrok na Mariusa, zamknął kartę i odłożył ją na blat.

– Nie będzie takiej potrzeby. Mam pan rewelacyjne referencje. W tej branży są bardzo cenne. Można wierzyć im bez zastrzeżeń; to nie entuzjastyczne opinie użytkowników mediów społecznościowych, tylko poparte twardymi dowodami realne polecenia.

Marius uśmiechnął się ze skromnością.

– Tak się składa, że bardzo dbam o to, żeby tych dowodów było jak najmniej – wyjaśnił, a Chińczyk roześmiał się cicho i wykonał ruch przypominający grożenie palcem.

Chciał coś powiedzieć, ale w tej samej chwili do stolika podszedł kelner.

– Czy panowie już się zdecydowali?

Chińczyk zamówił gorącą czekoladę z chili i cynamonem, Marius poprzestał na kawie. Dziś czekolada była tu taka sama jak wszędzie indziej.

– Pozwoli pan, że na początek zadam kilka pytań – zaczął po chwili.

Chińczyk uprzejmie skłonił głowę.

– Proszę bardzo.

– Jak mam się do pana zwracać? Chodzi o wygodę. Wyłącznie.

– Może mnie pan nazywać Czangiem.

– Kogo pan reprezentuje?

Czang cmoknął z lekkim niesmakiem.

– To nie są pytania, które zadaje się w takiej sytuacji. Jest pan zawodowcem. To ja daję panu zlecenie, a reszta pana nie powinna interesować.

– Owszem. Ale zabezpieczanie się przed ryzykiem jest moim priorytetem. Jak wspomniałem przed chwilą, dbam o to wyjątkowo, niemal obsesyjnie. To dlatego działam na rynku tych usług tak długo.

– Ja to rozumiem. Tylko że… Wie pan, że mogę powiedzieć panu cokolwiek?

– Wiem. Ale liczę na szczerość i uchylenie przynajmniej rąbka tajemnicy.

– Dobrze. Myślę, że i tak wiele zdradził panu mój wygląd, tego przecież nie da się ukryć, choć zawsze mógłbym twierdzić, że to przypadek. Ale to nie przypadek. Reprezentuję dużą, ale bardzo dyskretną grupę wpływów działającą głównie w Chinach kontynentalnych i na Tajwanie. Grupę biznesmenów kilku poważnych i rozwojowych branż. Jesteśmy czymś w rodzaju konsorcjum. Interesy robimy jednak na całym świecie. I nie, nie jest to żadna z triad. Można nawet powiedzieć, że nasze stosunki z władzami są… dość poprawne.

– Z którymi władzami?

– Wie pan: pieniądze nie mają poglądów politycznych. – Czang upił łyk czekolady. – Tak więc żyjemy dobrze z obiema. Ma pan z tym jakiś problem, Marius?

– Żadnego. Ja też nie mam poglądów politycznych.

Podszedł kelner z tacą i dwiema filiżankami brzęczącymi cicho na spodkach. To Marius zawsze tu lubił: szybką i profesjonalną obsługę.

Czang pokiwał ze zrozumieniem głową, wziął łyżeczkę i zanurzył ją w gęstej czekoladzie. Marius obserwował, jak delikatnie rozrywa lekki kożuch, który uformował się na powierzchni stygnącego napoju. Czang rozejrzał się po kawiarni.

– To jakaś pedalska knajpa? – zapytał, oblizując i odkładając łyżeczkę na spodek.

W oczach Mariusa pojawił się błysk. Na ułamek sekundy jego powieki uniosły się niemal niedostrzegalnie, ale Czang to zauważył.

– Uraziłem pana? – Rzadkie, czarne brwi powędrowały w górę.

– Nie. – Marius wzruszył ramionami. – Te kwestie również nie mają dla mnie znaczenia. Absolutnie żadnego. Jestem neutralny pod każdym względem. Każdym, panie Czang.

– Rozumiem. I szanuję to. Wracając do zlecenia i do tego, dlaczego chcemy współpracować akurat z panem; interesował nas ktoś, który zna miejscowe realia, i choćby z tego względu Rosjanie i Czeczeni są wykluczeni. – Czang się roześmiał. – Nasi wspólni znajomi zaproponowali nam właśnie pana. Rozumiem, że zna pan miejscowe zwyczaje i bez problemu porusza się w polskich realiach?

– Skąd te wątpliwości?

– Pański samochód ma holenderskie tablice. Pan z kolei ma holenderskie obywatelstwo, to akurat wiem na pewno od ludzi, których obaj znamy. Żywię pewne obawy związane z sytuacją, że powrócił pan do swojego kraju po wielu latach i nie do końca jest zorientowany, jakie zmiany w nim zaszły. To byłoby niedopuszczalne…

– O to proszę się nie obawiać. Wróciłem do Polski wiele lat temu. To wystarczający okres, żeby się znów zaadaptować.

– Zgadza się. Uspokoił mnie pan. Czyli trafiliśmy dobrze.

– Oczywiście. O co chodzi?

Czang upił dwa łyki czekolady. Oblizał wąskie usta i odstawił filiżankę. Marius przypatrywał mu się bez skrępowania.

Wyglądali jak dwaj przypadkowi ludzie, którzy spotkali się w przypadkowym miejscu i toczyli niezobowiązującą pogawędkę na luźne tematy. Ktoś, kto spojrzałby na nich z boku, na przykład kelner zerkający zza kotary, mógłby nawet wziąć ich za gejów, którzy spotkali się najpierw w sieci, a teraz tutaj, i siedząc obok siebie na kanapie dyskretnej loży, badają się wzajemnie, sprawdzając, czy mogą i chcą pójść krok dalej.

Marius zawsze się starał, by tak właśnie wyglądały te pierwsze spotkania.

Niewinnie.

Czang położył ręce na stole i splótł palce. Miał niewielkie dłonie z zadbanymi, lekko kwadratowymi paznokciami.

– Poszukujemy człowieka, który ma coś bardzo dla nas cennego. To twarde dyski z danymi dotyczącymi pewnego projektu badawczego. Nie musi pan znać żadnych szczegółów w tym zakresie. Chodzi wyłącznie o odnalezienie człowieka i urządzeń. Zlecenie obejmuje obie te rzeczy. Ekstrakcja, że użyję bliskiej panu nomenklatury, jest możliwa dopiero PO odzyskaniu dysków, lub przynajmniej jednego z nich. Jeden to ostateczność, bo choć na obu jest ta sama zawartość, to my nie jesteśmy zainteresowani tym, żeby te dane trafiły do kogoś prócz nas. Powtarzam: ekstrakcja następuje nie po uzyskaniu informacji, gdzie są dyski, tylko po tym, jak będzie pan miał je w ręku.

– Skąd będę miał pewność, że to te, o które wam chodzi? Prawdopodobnie będą zaszyfrowane, a przynajmniej zabezpieczone przed nieautoryzowanym dostępem.

– Dostanie pan ich numery seryjne. Dopiero po potwierdzeniu autentyczności dysków może pan zlikwidować człowieka, który je miał. Czy to jasne?

– Oczywiście.

– Cieszę się.

– Kim jest nasz cel?

Czang wyciągnął z kieszeni niewielki pudełko. Otworzył je, wyjął z niego pendrive i pokazał go Mariusowi.

– Tu ma pan jego podstawowe dane. A także pozostałe istotne informacje. Człowiek ten jest obecnie poszukiwany przez polskie służby specjalne. I tak się składa, że jest również funkcjonariuszem tych służb…

Marius siedział przez chwilę w bezruchu. Czang spojrzał na niego i zapytał z lekkim zaskoczeniem w głosie:

– Czy to dla pana problem?

– To trochę zmienia postać rzeczy… – odparł ostrożnie.

– Jak bardzo?

– Będzie to nieco trudniejsze, niż myślałem. Ale oczywiście jest do zrobienia.

Czang pokiwał głową, lekko wydymając usta okolone delikatnym i rzadkim zarostem.

– To oczywiste, że poziom komplikacji rośnie – powiedział. – Jeśli mogę coś zasugerować: w zasadzie rzecz sprowadza się do tego, żeby iść śladem tych, którzy pójdą śladem naszego celu. Myślę, że tak będzie najprościej. Problem w tym, że jeśli służby znajdą go przed panem, będzie pan musiał go jakoś przejąć. Razem z dyskami, oczywiście, choć wątpię, żeby nosił je przy sobie. Nie znam pana możliwości, ale oczywiście jeśli uzna pan, że jest w stanie odszukać go sam, to nie ma sprawy. Ma pan wolną rękę.

– Myślę, że zacznę tak, jak pan proponuje. Jak mam namierzyć ludzi poszukujących naszego człowieka?

– Wszystkiego dowie się pan w ciągu kilku dni. Operacja polskich służb jest obecnie w fazie przygotowania. Wszelkie informacje o poszukiwaniach prowadzonych przez Polaków będą aktualizowane na bieżąco.

– Jakim cudem?

Czang uśmiechnął się lekko i zmrużył powieki, tak że czarne oczy niemal za nimi zniknęły.

– Nie musi pan tego wiedzieć.

– Muszę. Muszę mieć pewność, że to sprawdzone informacje.

– Są sprawdzone. Pochodzą z bardzo dobrego źródła. Naprawdę świetnego, proszę mi wierzyć. Praktycznie trudno wyobrazić sobie lepsze.

– To dlaczego wciąż nie znaleźliście człowieka, którego szukacie?

– Zawsze są pewne ograniczenia, Marius. Zawsze. Ale proszę mi wierzyć, dzięki owemu źródłu te ograniczenia łatwiej pokonać. I po to też właśnie chcemy wynająć pana. Żeby pozbyć się tych ograniczeń.

Marius westchnął i wyciągnął z kieszeni mały pakuneczek. Położył go na stole przed Czangiem.

– Moja cena to dwieście tysięcy euro. Zaliczka pięćdziesiąt tysięcy pięcioma przelewami po dziesięć tysięcy na różne konta w De Nederlandsche Bank do jutra, numery kont w środku. Jest tam również telefon, z którego o każdej porze może pan do mnie zadzwonić, gdyby zaszła taka potrzeba. Proszę go mieć zawsze przy sobie, ja też mogę zadzwonić w razie sytuacji awaryjnej lub po informacje. Proszę więcej nie dzwonić pod numer, którego pan użył do nawiązania kontaktu. W telefonie, który pan dostaje, proszę niczego nie ustawiać ani nie zmieniać. Jeśli stwierdzę, że ktoś się nim bawił, zrywam kontrakt i znikam, a zaliczka przepada.

– Jak pan to stwierdzi?

Marius nie odpowiedział.

– Dlaczego upiera się pan przy telefonie? – zapytał Chińczyk. – Wolałbym kontakty przez komunikator albo maile. Nawet przez sieć TOR. To znacznie wygodniejsze i bezpieczniejsze.

– Co weszło w internet, zostaje w nim na zawsze. Sieć TOR też ma swoje słabe punkty, panie Czang. Dlatego. Ślady w sieci zostają zawsze, mniej lub bardziej widoczne, ale jednak są i przy odpowiednim zaangażowaniu można je odkryć. Oczywiście kontakty nasze ograniczamy do minimum, podczas rozmów będziemy również unikać sformułowań mogących zainteresować na przykład analityków z Echelonu.

Czang patrzył na niego z lekkim rozbawieniem.

– Pan naprawdę jest stomatologiem? – zapytał Mariusa. – Tak twierdził jeden z naszych wspólnych znajomych.

– Naprawdę. Pana to bawi?

– Absolutnie nie. To trochę… Dziwne, dla mnie dziwne, po prostu.

– Lubię swoją pracę. – Wzruszył ramionami.

– A tę drugą?

– Też…

– Trudno będzie panu zniknąć, tak nagle zamknąć praktykę, zostawić pacjentów… – Czang dopił czekoladę, odchylając lekko głowę do tyłu i czekając, aż jej resztka spłynie mu na język.

– Takie są moje zasady współpracy, albo je akceptujecie, albo nie. Kwota zaliczki nie jest astronomiczna, więc nie wydaje mi się, żebyście mnie szukali, aby odzyskać jakieś nędzne grosze. A jeśli chodzi o znikanie… Nie będzie mi żal, panie Czang. Żyję w taki sposób, że w każdej chwili mogę zniknąć bez śladu, rozumie pan? Nic mnie nigdzie nie trzyma…

Chińczyk patrzył przez chwilę na Mariusa w zamyśleniu.

– Wie pan, Marius, w tym fachu trudno spotkać człowieka kulturalnego albo chociaż o elementarnej kulturze osobistej. Zwykle są to byli żołnierze sił specjalnych albo ludzie służb. Lub zwykli bandyci pozbawieni skrupułów. W każdym z tych przypadków takich ludzi nie interesuje nic więcej poza pieniędzmi, które zarobią za wykonanie zlecenia, i przyjemnościami, które za nie kupią.

– Nie ma pan pojęcia, na co przeznaczę pieniądze za to zlecenie.

– To prawda. Ale coś mi mówi, że nie jest pan jednym z tych, którzy przepuszczają forsę na narkotyki, alkohol, dziwki i hazard. Może to nie jest istotne z ogólnego punktu widzenia, ale dla mnie jednak to ma znaczenie, Marius. I dlatego bardzo się cieszę na naszą współpracę. Naprawdę. Mam nadzieję, że będzie owocna. – Czang odsunął rękaw koszuli, zerknął na zegarek i lekko klepnął się w uda. – No dobrze, wszystko jasne. Mamy umowę i nie zamierzam postępować wbrew jej zasadom. Liczy się nasz cel; od tej pory nasz wspólny cel. Pozwoli pan, że zapłacę rachunek?

Marius skinął głową. Czang podniósł rękę i przywołał kelnera czającego się w półmroku przy kontuarze. Zerknął na paragon i wyjął portfel, z którego wyciągnął sześćdziesiąt złotych. Dał je kelnerowi, a kiedy ten odpłynął miękkim krokiem w swój półmrok przy barze, podał Mariusowi rękę.

– Powodzenia, Marius. Życzę tego nam obu…

Wstał, wziął z wieszaka swój płaszcz i włożył.

– Zamówić panu taksówkę? – zapytał Marius.

Czang odmówił.

– Przejdę się – odparł i pomachał mu na pożegnanie, a potem wyszedł na zewnątrz.

Marius odczekał pół minuty, a potem nieśpiesznie ubrał się w kurtkę i również wyszedł, zostawiając zimną, nietkniętą kawę. Wsiadł do samochodu i uruchomił silnik.

Czang popełnił mały błąd, a właściwie okazał się odrobinę nieostrożny. Kiedy płacił rachunek, w portfelu ukazał się mały, wąski fragment jakiejś plastikowej karty. Marius nie miał pojęcia, do czego służyła, ale to było nieistotne. Istotne było to, że nosiła ślady zużycia: była wytarta od częstego wyciągania i wsuwania w otwór automatu. I jeszcze coś. Zauważył w jej rogu wspiętego niedźwiadka. Był czarny, a tarczę, w której tkwił, wieńczyła złota korona. Drugą rzeczą było przyznanie się, że widział go siedzącego w samochodzie przed kawiarnią. Oraz to, że jego auto miało holenderskie tablice. Marius przecież widział, jak Czang przechodził od taksówki do lokalu: szybko i nie rozglądając się na boki. Jakim cudem zauważył tyle rzeczy? Jego, ukrytego za ciemnymi szybami, i żółte tablice, w dodatku wiedział, że są holenderskie. Na tej podstawie oraz na podstawie uwagi o jego wyglądzie z początku rozmowy Marius wysnuł pewien wniosek. Nie mógł mieć stuprocentowej pewności, ale jego podejrzenie mogło z nią graniczyć.

Grupa wpływów, o jakiej wspomniał Chińczyk na początku spotkania, była bardzo dobrym określeniem, ale nie do końca oddawała istotę rzeczy. Czang zapewne był szpiegiem, i to z dużym doświadczeniem, najprawdopodobniej rezydował na stałe w Berlinie i na pewno od dawna przebywał w Europie. Nie była to informacja, która cokolwiek zmieniała i z którą Marius wiązał jakieś wielkie oczekiwania, ale mogła mu się przydać.

Zerknął w lusterko, wrzucił bieg i ruszył w stronę Marszałkowskiej.

 

2. Szczecin, 22 października 2018, godz. 11.00

 

 

 

 

 

Skrzynkę mailową sprawdzam regularnie, choć jestem święcie przekonany, że niewiele jest na tym świecie osób, które mogłyby chcieć do mnie napisać z powodów innych niż merkantylne. Robię to po prostu z nawyku, a może raczej wiedziony rozpaczliwą nadzieją, że to się jednak z jakichś powodów zmieni i ktoś napisze nie z grzeczności, nie z obowiązku ani na polecenie służbowe przełożonego. Klikanie kolorowego prostokącika wypełnionego napisem „odbierz” jest chyba przejawem gasnącej z każdym rokiem mojego jałowego życia nadziei, że pojawi się w nim ktoś, kto sprawi, że takie już nie będzie. Ktokolwiek. To taka nienazwana tęsknota za odmianą, której chciałbym, ale której równocześnie się boję. I w tamtej chwili, gdy w mojej skrzynce pojawił się mail z biblioteki publicznej, poczułem ten lekki skurcz gdzieś nad wcięciem mostka: zaciekawienie i zdziwienie. Zdziwiłem się, ponieważ nie jestem zapisany do żadnej biblioteki. Nigdy i nigdzie, poza szkolną, w podstawówce, milion lat temu, i to nawet mimo że mieszkam w odległości jakichś pięćdziesięciu metrów od jednej z filii miejskiej biblioteki publicznej.

Otworzyłem wiadomość kliknięciem myszy, w końcu była do mnie, na mój adres i wszystko wskazywało na to, że nie była spamem. Dziwna była tylko jej treść: wynikało z niej ni mniej, ni więcej to, że jestem jednak czytelnikiem filii Miejskiej Biblioteki Publicznej i to właśnie tej mieszczącej się przy ulicy, przy której mieszkam. Dowiedziałem się również z zaskoczeniem, że zalegam ze zwrotem wypożyczonej książki. Jednej. Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya. Coś mi zaświtało. Sięgnąłem na półkę nad biurkiem, gdzie leżało kilka książek mojej żony. Huxley był na samym wierzchu. Na stronie tytułowej znajdowała się naklejka z kodem paskowym i logo biblioteki. Odłożyłem książkę na biurko i przez długą chwilę wpatrywałem się w ekran laptopa, zastanawiając się, o co chodzi. Mail był wygenerowany automatycznie, nie miało więc sensu odpisywanie na niego. Mogłem tylko tam pójść i wyjaśnić sprawę od ręki.

Tak też zrobiłem. Wstałem od biurka, ściągnąłem z wieszaka w przedpokoju kurtkę i wyszedłem, zatrzaskując za sobą drzwi. Chwila wahania na klatce schodowej i sprawdzenie kieszeni, czy na pewno w którejś jest klucz, przypomniały mi jak zwykle, że od kilku tygodni jestem sam. Gdybym nie zabrał tych cholernych kluczy, moja żona nie mogłaby mi otworzyć drzwi mieszkania z tego powodu, że jej w nim po prostu nie było. Razem byliśmy już chyba tylko na formularzu wniosku o kredyt wzięty na to mieszkanie. Adrian i Laura Wicha. Obecnie wyłącznie Adrian Wicha. Prawie rozwodnik. To tylko kwestia czasu. Jeszcze jedna rzecz, jaką w życiu spierdoliłem. Na własne życzenie, z powodu karmy czy jakiejkolwiek innej przyczyny, na którą nie miałem wpływu; to nieistotne.

Byłem sam.

Laura wyprowadziła się do rodziców kilka tygodni temu, poprosiła, żebym nie przychodził ani tam, ani do jej pracy. Uszanowałem to. Może właśnie nie powinienem był tak robić, może powinienem walczyć, skamleć o litość, pobiec tam z bukietem kwiatów, stanąć pod oknem i wołać ją po imieniu, mając gdzieś sąsiadów, ale nie, nie zrobiłem tak. Zamiast tego jak zwykle pokiwałem głową i przystałem na jej prośbę. „Zastanów się nad sobą, Adrian – powiedziała pewnego wieczoru, po raz kolejny. – Zastanów się, gdzie w życiu jesteś, gdzie chciałbyś być i gdzie powinieneś. Czy to, co osiągnąłeś, jest szczytem twoich możliwości, czy stać cię na więcej…” Nie musiała dodawać, że w jej mniemaniu nie osiągnąłem zbyt wiele. Radca prawny w urzędzie miejskim nie był dla niej szczytem moich możliwości.

Najzabawniejsze, że się z nią zgadzałem. Nie, to jednak wcale nie było zabawne. Tamten wieczór był ostatnim wspólnym wieczorem. Następnego dnia nie wróciła z pracy do domu, tylko zadzwoniła i poinformowała, że ma dość. Nie ma kochanka ani kochanki, tylko ma dość życia z kimś bez ambicji, woli walki i szans na zwycięstwo. „Walka i zwycięstwo? A gdzie miłość?” – zapytałem naiwnie przez ściśnięte gardło, a ona nie odpowiedziała.

Od tamtej pory minęło parę tygodni, a ja wciąż nie zastanowiłem się nad sobą. Nie w tym sensie, w jakim Laura chciała, bym to zrobił. Nie musiałem się nad tym zastanawiać. Wbrew pozorom nie jestem idiotą i wiedziałem, czemu tak jest. Ona też, ale ta wiedza w pewnym momencie naszego wspólnego życia przestała być istotna.

Dochodząc do budynku biblioteki, wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Laury. To nie tak, że nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Mieliśmy, ale to był ersatz życia małżeńskiego. Wyłącznie przez telefon i wyłącznie proste sprawy. Czułem, że za każdym razem ona czeka, aż powiem coś, co chciałaby usłyszeć, ale nie byłem na to jeszcze gotowy. Na co czekałem? To jak z paniką: kiedy jesteś w śmiertelnym niebezpieczeństwie, odbiera ci możliwość jakiegokolwiek działania. Kamieniejesz i giniesz, nie będąc w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Nie poruszając tematu, na którym zależało Laurze najbardziej, narażałem się na to, że w końcu nie odbierze telefonu, a kontaktować się będziemy już wyłącznie przez prawnika. Zegar tykał, czas uciekał, a ja nic z tym nie robiłem.

– Hej – mruknąłem, kiedy Laura odebrała. – Wypożyczałaś ostatnio książkę z biblioteki?

– Przepraszam bardzo: dzwonisz tylko po to, żeby zapytać, czy wypożyczyłam książkę? – zapytała po chwili wahania.

– Tak – odparłem. – Wspaniały świat czy coś takiego. Leżała na twojej półce…

Milczała przez chwilę, ale kiedy odpowiedziała, jej głos był już pewny i zdecydowany.

– Znalazłam ją przedwczoraj pod drzwiami.

– Przedwczoraj? Byłaś u mnie… U nas?

– Wpadłam po żelazko, kiedy byłeś w pracy. Mamie się spaliło. Coś nie tak? O ile pamiętam, mieszkanie jest wspólne?

– Oczywiście. – Westchnąłem. – Wracając do tej książki…

– Myślałam, że tobie wypadła na klatce, więc położyłam na półce.

– Ale zapomniałaś mi o tym powiedzieć.

– Owszem – potwierdziła sucho. – Coś jeszcze?

– Nie, to wszystko.

– No, to skoro wszystko, to na razie. – Rozłączyła się, nie czekając na moją reakcję.

Tik-tak, tik-tak…

Szyba w starych, jeszcze poniemieckich drzwiach biblioteki zadrżała niebezpiecznie, dźwięcząc w drewnianych ramach. W środku było cicho i pusto jak w moim życiu. Podszedłem do kontuaru, za którym siedziała dziewczyna w okularach, i podałem książkę, mówiąc „dzień dobry”. Zeskanowała kod z naklejki, poklikała myszą i spojrzała na mnie.

– Opłata za nieterminowy zwrot wynosi osiemdziesiąt groszy – poinformowała, nie patrząc na mnie, tylko sięgnęła gdzieś do tyłu, do małego regału stojącego za jej plecami.

Wyciągnąłem portfel i wyskrobałem kilka monet. Dziewczyna przyjęła je, a potem podała mi jakąś książkę.

– Proszę, to zamówiona pozycja.

– Ale ja niczego nie zamawiałem!

Byłem coraz bardziej zdziwiony.

– Zamawiał pan – powiedziała bibliotekarka z przekonaniem.

Rozejrzałem się po regałach z książkami.

– Mogę wiedzieć, od kiedy jestem czytelnikiem tej biblioteki? – zapytałem.

Dziewczyna położyła książkę obok klawiatury i zerknęła w ekran.

– Od miesiąca.

Pokiwałem głową. Nie przypominałem sobie momentu, w którym tu się zapisywałem, bo coś takiego po prostu się nie zdarzyło. Zastanawiałem się, jakim cudem nastąpiła taka pomyłka, skoro rejestracja do biblioteki wymagała okazania dowodu osobistego?

– Dziękuję – mruknąłem, biorąc książkę.

Podrzuciłem ją lekko w dłoni, nie bardzo wiedząc, co z nią zrobić. Prawie nie czytam. Mam sporo wolnego czasu, ale od dawna nie czytam dla rozrywki, a jedynie książki i czasopisma branżowe. Prawo zmienia się co rusz, a ja muszę być na bieżąco. Zszedłem po zewnętrznych schodkach i poczułem pod palcami, że coś wysuwa się spomiędzy kartek. Przystanąłem i przyjrzałem się książce. Wyglądało, jakby jedna z kartek odkleiła się i teraz wystawała lekko poza pozostałe. Spróbowałem wsunąć ją z powrotem, ale tylko ją zagiąłem, otworzyłem więc książkę w tym miejscu i zobaczyłem, że to nie strona, tylko niewielki arkusz papieru, którym zapewne ktoś założył miejsce, gdzie skończył czytać. Odruchowo przeleciałem tekst wzrokiem i poczułem, jak uginają się pode mną nogi.

 

Nikt nie może wiedzieć, że się z tobą kontaktowałem, wszystko masz na podsłuchu i podglądzie ABW. Perlustrują nawet listy z banku czy gazowni. Przyjdą po ciebie w ciągu kilku dni. Nie uciekaj. Powiedzą ci, o co chodzi, ale nie wierz we wszystko, co usłyszysz. Zrób, co będą chcieli, ale nie daj się wykorzystać. Mam już tylko Ciebie, nikogo innego. Nikomu innemu nie mogę też zaufać. Uważaj na siebie i nie daj się zabić, Mały. Proszę. Spal tę wiadomość, jakkolwiek melodramatycznie by to brzmiało. Po prostu zrób to. Przykro mi, że Cię w to wciągam, ale nie mam już wyjścia. Ty chyba już też nie.

 

Patrzyłem na kartkę i czułem, jak zasycha mi w gardle, a przed oczami latają czarne płaty. Jakby otoczył mnie rój nietoperzy. Przysiągłbym, że gdzieś z tyłu czaszki szeleści mi trzepot ich błoniastych skrzydeł.

Mały.

Mały to ja.

Duży to Kamil.

Brat bliźniak, który urodził się dwie minuty przede mną i w związku z tym niemal od zawsze uważał się za starszego. Dziecięce przekomarzanie się na temat starszeństwa, a co za tym idzie dominacji, z upływem lat zmieniło się w to specyficzne i niemal wręcz naturalne przekonanie, że faktycznie tak jest. Ziarno zasiane w trakcie niezliczonych braterskich sprzeczek wykiełkowało także we mnie owym przeświadczeniem, najwyraźniej w takim samym stopniu. Rzeczy, które powtarza się w nieskończoność, w końcu zaczyna przyjmować się za prawdę, a pogodzenie się z tym może być po prostu kwestią świętego spokoju. Jedno było pewne: w moim przypadku tak było. Było to również wygodne i bezpieczne, a przynajmniej w założeniu miało takie być. Zwłaszcza po tym, jak nasz ojciec poleciał do Lizbony i wrócił stamtąd w metalowym pudle.

Zamykam oczy i cofam się w czasie o jakieś ćwierć wieku. Jakie to proste. Wbrew fizyce, ale ludzki mózg ma to gdzieś. Znów jestem w parku niedaleko szkoły. Wszyscy nazywają go Okrąglakiem. To spory plac, położony o jakiś metr, półtora poniżej poziomu okalającej go brukowanej ulicy, pełen drzew i krzaków, między którymi wiją się ścieżki. Esencja szczecińskiego Pogodna i Łękna, willowych dzielnic nietkniętych wojną. Tego dnia ma odbyć się egzamin na kartę rowerową. Uczniowie piątych klas przyjechali do szkoły rowerami. Policjant, prywatnie mąż jednej z nauczycielek, który ma przeprowadzić egzamin, spóźnia się. Okazuje się, że przyjedzie dopiero za dwie godziny, więc jedziemy do Okrąglaka. Przez ostatni tydzień niemal bez przerwy padało i teraz cały park jest niecką olbrzymiego, idealnie okrągłego stawu, z którego, niczym w lesie namorzynowym, wyrastają smukłe pnie drzew. Wody jest po kolana. Jeździmy po parku rowerami, znajdujemy kilka utopionych szczurów, aż wreszcie zatrzymujemy się przy ławkach i siadamy na ich oparciach. Kamila nie ma, został w szkole, bo rozmawiał z kolegą ze starszej klasy i powiedział, że przyjedzie później. Zaczynamy gadać. To niby zwykła gadka nastolatków, ale ta rozmowa toczy się w złym kierunku. Złym dla mnie.

– Co robi twój tata? – pada pytanie.

To ktoś z innej klasy, chyba z „b”. Nie zdążam odpowiedzieć, robi to za mnie ktoś inny. Ktoś z mojej klasy; on w przeciwieństwie do pytającego wie, co się stało.

– Jego ojciec nie żyje…

Latają mi przed oczami czerwone płaty.

– Gówno cię to obchodzi – syczę nienawistnie.

Nigdy w życiu się nie biłem. Nie musiałem, bo w razie konfliktu na podwórku takie sprawy załatwiał za mnie Kamil. Ale tego dnia czuję, że to dla mnie za dużo. Do dziś nie wiem, dlaczego pytanie, jakie dzieciaki zadają sobie prawie zawsze gdzieś na początku znajomości, a właściwie głupia odpowiedź rzucona przez jakiegoś wrednego gnojka z mojej klasy, wzbudziła we mnie aż takie emocje.

– Nie mów do mnie „gówno”, kutafonie jeden. – Tamten wstaje z ławki i podchodzi do mnie.

Jest pół głowy wyższy. Nazywa się Mąkowski. Nigdy go nie lubiłem.

– To się nie wtrącaj w nie swoje sprawy – odpowiadam mu, a słowa ledwie przeciskają się przez ściśnięte żalem i strachem gardło.

– Bo co, przyjdzie tatuś i mnie pobije?

To po prostu taki wiek, choć żaden z nas tego nie rozumie. Brak empatii, kontroli nad emocjami i poczucie własnej mocy, którego jeszcze nikt, ani życie, ani przełożony, ani żona nie zdążyli stłamsić. Po chwili obaj taplamy się w brudnej od ziemi wodzie, sczepieni w uścisku, dyszący i szarpiący się za ubrania i włosy. Kamil pojawia się znikąd. Dopada nas nagle i rozdziela. Nic nie mówi, ale patrzy tak, że obaj stajemy przed nim karnie, jak przed wychowawczynią ze świetlicy, która łoi nas linijką po łapach za każde grubsze przewinienie. Pozostałe dzieciaki, do tej pory wrzeszczące w pełnym emocji dopingu, cichną nagle i w milczeniu przyglądają się sytuacji.

– Powiedział, że tata nie żyje… – chlipię, czując, że zaraz wybuchnę płaczem.

Nieopanowanym, głośnym, który wszyscy zapamiętają na długie lata i którego tyle samo czasu albo nawet dłużej będę się wstydził, jak niczego wcześniej.

– Chodź do domu się przebrać. – Głos Kamila jest spokojny.

Kamil brzmi i wygląda jak starszy brat, ale starszy nie o dwie minuty, lecz o kilka lat. Ja tego nie widzę, bo mój wzrok wbity jest w stopy ledwo widoczne w burej wodzie, ale w oczach chłopaków jest szacunek. W oczach Mąkowskiego również. Kamil czeka, aż wezmę swój rower oparty o sąsiednią ławkę, kładzie mi rękę na ramieniu i obaj odchodzimy w milczeniu. Słychać tylko chlupot brudnej wody, przez którą brniemy w kierunku schodków prowadzących na ulicę.

W domu nie mówimy o tym, co się stało. Nie mówimy matce ani nie rozmawiamy o tym ze sobą. Dwa miesiące, które upłynęły od śmierci ojca, to za mało czasu na taką rozmowę. Nie mówimy też o tym nigdy później. A może powinniśmy. Może wtedy wszystko wyglądałoby inaczej? Może dzięki temu dziś nie rozmawiałbym z Laurą przez telefon o książce, tylko o czymś innym? Może nawet nie rozmawialibyśmy przez telefon, tylko normalnie, twarzą w twarz, w naszym wspólnym mieszkaniu?

Kiedy ktoś, bardzo rzadko, zagadnie mnie o brata, ta właśnie scena staje mi przed oczami. Jej bolesne wspomnienie wryło mi się w mózg niczym wbite sztancą. Inna sprawa, że prawie nikt z moich nielicznych znajomych nie wie, że w ogóle mam brata. Że go miałem; dawno temu i nieprawda. Mój brat wraca do mnie wyłącznie jako wspomnienie i dbam o to, żeby te powroty zdarzały się jak najrzadziej. Nie wiem nawet, jak on teraz wygląda. Czy posiwiał już, a może wyłysiał? Czy musi nosić okulary jak ja? Czy wypadł mu już jakiś ząb, czy ma kobietę, dziecko, a może mężczyznę? Nie wiem o nim niczego. Prawie niczego. Wiem tylko, że ma na imię Kamil, urodził się dwie minuty przede mną i też, tak jak ja, fatalnie przeżywał brak ojca. Nie wiem tylko, jak Kamil radzi sobie z tym dzisiaj.

Ja sobie ewidentnie nie poradziłem. Ani wtedy, ani dziś. Bo „dziś” jest konsekwencją „wtedy”. Sam wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, dlaczego brak ojca w domu spowodował u mnie takie, a nie inne konsekwencje. Przecież mnóstwo innych dzieciaków też nie miało ojców. Niektórzy nie mieli ich od początku, bo ci umarli albo odeszli, zanim dzieciaki mogły ich w ogóle poznać, albo chociaż zapamiętać. Inni ojcowie byli wojskowymi lub marynarzami i też ciągle nie było ich w domach. A ja ojca miałem przynajmniej trochę. No właśnie, miałem, choć nie miałem. Kiedy żył, prawie w ogóle nie było go w naszym domu. Taką miał pracę, ale mnie nigdy nie przekonała odpowiedź, że jedni mają taką robotę, a inni siaką i że zobaczę, jak to jest, kiedy sam dorosnę. Nie zobaczyłem. Dlaczego mój ojciec nie mógł pracować od siódmej do piętnastej, po pracy naprawiać samochodu, czyścić akwarium albo sklejać z nami modele samolotów? Dlaczego nie mógł być po prostu normalnym ojcem?

A teraz stoję przed biblioteką z wyschniętym gardłem i czuję, jak pod powiekami wzbierają mi łzy. Gorycz, żal, wspomnienie sytuacji z parku. I nie tylko tej.

Nie mam brata od kilkunastu lat. Teraz jakby wrócił, choć nie wiem tego na pewno. A przede wszystkim nie mam pojęcia po co.

„Nie daj się zabić, Mały”.

– Pierdol się – wymruczałem i ruszyłem gwałtownie w kierunku domu.

Przystanąłem nagle, kiedy coś znienacka przyszło mi do głowy. Nie miałem z Kamilem kontaktu prawie dwadzieścia lat. Skąd, do cholery, znał mój adres mailowy, który trzeba podać przy rejestracji do biblioteki? I po co ta cała zabawa z podrzucaniem jednej książki i listem w drugiej?

Kamil się nie pomylił. Przyszli po mnie następnego dnia o siódmej rano, tuż przed tym, jak zamierzałem wyjść do pracy.

 

3. Szczecin, 23 października 2018, godz. 07.00

 

 

 

 

 

Kiedy otworzyłem im drzwi, w ręku trzymałem teczkę. Wziąłem ją chwilę przedtem, nim dźwięk dzwonka przerwał ciszę samotnego poranka. To na niej zawiesili wzrok, jakbym trzymał w ręku broń albo inne niebezpieczne narzędzie.

– Pan Adrian Wicha, prawda? – zapytał wyższy.

– Tak. – Poczułem, jak szyja nabrzmiewa mi od krwi coraz szybciej pompowanej arteriami przez trzepoczące w piersi serce. – Panowie w jakiej sprawie?

Przypomniałem sobie wiadomość od brata. Nie spaliłem jej, bo faktycznie uznałem ją za wygłup, a jej treść za idiotyczną. List leżał w kuchni, na blacie, tam gdzie zostawiłem go po powrocie z biblioteki. Teraz starałem się zachować spokój, w końcu nie miałem niczego na sumieniu, ale ci dwaj przed drzwiami nie musieli o tym wiedzieć. Chwyciłem mocniej rączkę teczki, a palce drugiej ręki zacisnąłem na klamce tak, że aż pobielały. Mężczyźni nie mogli tego widzieć, ale coś musieli dostrzec w mojej twarzy, bo ten drugi uśmiechnął się uspokajająco.

– Spokojnie. – Podniósł dłoń. – Chcieliśmy z panem porozmawiać. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zapraszamy pana na spotkanie.

– Muszę iść do pracy. – Tylko to przyszło mi do głowy.

– Rozumiem, ale to długo nie potrwa. Nalegam.

Pokiwałem głową i nie powiedziałem już nic więcej. Jako człowiek po studiach prawniczych miałem świadomość pewnych rzeczy, więc w tym samym momencie uznałem po prostu, że bezpieczniej będzie niczego nie mówić. Milczałem więc przez całą drogę do centrum, podobnie jak dwaj mężczyźni, którzy mnie zabrali, a w głowie kłębiły mi się setki niewesołych myśli. Zatrzymaliśmy się w końcu przed wąską bramą jednego z budynków na Małopolskiej, a potem, kiedy brązowe, segmentowe drzwi uniosły się, wchłonął nas ciemny tunel, by wypluć po chwili na wewnętrznym dziedzińcu szczecińskiej delegatury ABW. Przeszliśmy w ciszy do budynku, dotarliśmy do głównej klatki schodowej i po chwili znaleźliśmy się przy dyżurce.

– Poproszę pana o dowód osobisty oraz telefon i wszystkie urządzenia, które mają możliwość rejestracji dźwięku i obrazu – powiedział wyższy, wyciągając rękę.

Spełniłem jego prośbę, a kiedy funkcjonariusze załatwiali z dyżurnym formalności, wpatrywałem się tylko w wystającą z posadzki skośną rurę stanowiska do bezpiecznego rozładowywania broni i zastanawiałem się, o co tu, kurwa, chodzi.

Moje rozmyślania przerwało przybycie dwóch mężczyzn, którzy wymienili z dyżurnym po cichu kilka słów. Potem podeszli i stanęli nade mną. Uniosłem głowę; nie byli to ci, którzy mnie tu przywieźli.

– Zapraszamy – powiedział jeden, wskazując drzwi obok dyżurki.

Widniała na nich tabliczka z napisem „Pokój rozmów”. Prawie jak pokój zwierzeń… Wstałem i wszedłem do pomieszczenia, puszczony przodem przez obu mężczyzn. Za mną do środka wszedł tylko jeden.

– To na razie, daj znać, jak skończysz – rzucił drugi i zamknął drzwi.

Zostałem z tym pierwszym. Przyglądaliśmy się sobie jak dwaj nowi więźniowie w celi, którzy usiłują się wybadać i ustalić hierarchię, jaka będzie ich obowiązywać przez cały czas odsiadki, dopóki nie zjawi się ktoś jeszcze, by ją zmienić.

– Niech pan usiądzie – zaproponował tamten.

Był wysoki i sztywno wyprostowany, jakby kij połknął. Miał wygoloną głowę o podłużnym kształcie, a odrastające i już siwiejące włosy pokazywały prawdę: łysiał. Nie wyglądał, jakby się tym przejmował i chciał to ukrywać. Osadzone głęboko pod gęstymi brwiami oczy patrzyły bystro, a szczęki zaciskały się pod wystającymi kośćmi policzkowymi, uwydatniając pod skórą mięśnie i ścięgna. Wyglądał bardzo męsko. Z takim wyglądem mógłby grać agenta w filmie sensacyjnym, ale nie powiedziałem mu tego, tylko skorzystałem z jego propozycji i usiadłem przy małym stoliku na środku pokoju. Poza nim i dwoma krzesłami w pomieszczeniu nie było niczego. Nawet okna.

– Pewnie zastanawia się pan, po co chcieliśmy z panem rozmawiać? – Jego głos miał przyjemną barwę.

Usiadł przede mną. Patrzył na mnie przyjaźnie, tak jakby chciał, żebym się uspokoił.

– Nic innego nie robię od pół godziny – powiedziałem. – Wykazałem sporo dobrej woli, jadąc tu dobrowolnie. O ile wiem, a tak się składa, że wiem, podczas zatrzymania powinno się podać jego powód.

– Pan nie został zatrzymany. Pan został poproszony o rozmowę. To wszystko.

– Zgadza się – przyznałem spokojnie. – Wiem, że to nie było zatrzymanie. Jedynie wciąż zastanawiam się, jaki był powód tej prośby. A właściwie powód rozmowy.

– Oczywiście, rozumiem, już wyjaśniam. Tamci ludzie nie mieli pojęcia, po co kazano im pana tutaj przywieźć. Takie po prostu otrzymali polecenie. Na początek może się przedstawię: major Arkadiusz Oleszczuk z warszawskiej centrali Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

– Witamy w Szczecinie. – Uśmiechnąłem się i nie sądzę, żeby to wyglądało szczerze.

Kompletnie mi na tym nie zależało. Oleszczuk nie zareagował. Zamiast tego wstał z krzesła, przysiadł na skraju stolika, sięgnął do kieszeni marynarki i położył przede mną model samolotu. To był mały metalowy boeing 767, jaki personel pokładowy wręcza czasem wyjątkowym pasażerom albo gościom linii lotniczych. Ten pomalowany był w barwy lotowskie. Miał nawet maleńkie logo Star Alliance i jedna tylko rzecz różniła go od typowych liniowców LOT-u. Z boku kadłuba ktoś niezdarnie wydrapał kilka niewielkich liter.

ADRIAN.

– To pan? – Oleszczuk dotknął napisu i przejechał po nim palcem, a ja niemal poczułem ten dotyk na sobie.

– Skąd mam wiedzieć? – Moje ciało zaczęło nagle ważyć kilka razy więcej i doznałem uczucia, jakby jakaś niewidzialna siła wciskała mnie w krzesło.

– Pan ma tak na imię – stwierdził major.

– Wiem – odparłem takim samym tonem, wpatrując się w zabawkę jak zahipnotyzowany.

Oleszczuk delikatnie przygryzł dolną wargę, przyglądając mi się uważnie. Potem wziął samolocik za tył kadłuba i podniósł go wysoko. Przez chwilę myślałem, że zechce nim się pobawić jak dziecko, które wydając buczenie, unosi go, a potem pozwala ręce opaść w wyimaginowanej trajektorii rodem z gier, niemającej nic wspólnego z rzeczywistością. Ale Oleszczuk opuścił rękę normalnie i zaczął kręcić samolocikiem w palcach, tam i z powrotem. Skrzydła rozmyły się w białawym wirze, potem zatrzymały i znów zakręciły, tym razem w drugą stronę, kiedy maleńki kadłub przetaczał się po palcu wskazującym.

– Pański brat, Kamil, miał to w szufladzie swojego biurka – powiedział major.

Wciąż nie mogłem oderwać wzroku od zabawki.

– Jaki był powód, że ABW grzebała w szufladzie jego biurka? – zapytałem.

– Przełożeni mają prawo wglądu w stanowisko pracy swojego pracownika, to chyba normalne. Ach, nie wspomniałem, że to było biurko w jego miejscu pracy.

– I znalezienie tam zabawki musi być od razu powodem powiadomienia ABW? Prawo zabrania trzymania w biurku takich rzeczy?

Oleszczuk zamrugał gwałtownie, a kącik jego ust powędrował leciutko do góry.

– Chce mi pan powiedzieć, że nie ma pan pojęcia, co brat robił w życiu? Gdzie pracował?

Milczałem, pełen najgorszych przeczuć. Na twarzy Oleszczuka malowało się niebotyczne zdziwienie.

– Nie wie pan, że był funkcjonariuszem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego? – zapytał.

Zastygłem w bezruchu. Nagle poczułem, że mój mózg jest wyjałowiony z myśli o czymkolwiek i kimkolwiek. Owszem, nie miałem pojęcia. Naprawdę nie wiedziałem, że mój brat pracował w ABW. Nic dziwnego; przecież nie wiedziałem o nim prawie niczego. Poczułem, że zasycha mi w gardle, a kiedy usiłowałem przełknąć ślinę, przyschnięty język tylko lekko drgnął, lecz nie dotknął ściany gardła, by ją zwilżyć.

– Co to znaczy „był”? – zapytałem, kiedy odzyskałem już głos.

– Tak mi się powiedziało – wycedził Oleszczuk. – JEST pracownikiem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jak na razie, formalnie rzecz biorąc, faktycznie wciąż nim jest…

– To jakiś dowcip?

– Nie. Żarty odkładamy na bok, panie Adrianie, bo tu nie ma na nie miejsca. Więc jak? – Podstawił mi samolocik niemal pod sam nos. – Pan, czy nie pan?

– Pewnie ja. – Potarłem skroń i pod opuszkami palców poczułem tętent krwi w nabrzmiałych pod skórą żyłach. – Tylko co to ma oznaczać?

– Nie domyśla się pan?

– Nie. – Miałem nadzieję, że wzruszenie ramionami wystarczy; że Oleszczuk nie będzie ode mnie wymagał pełniejszej odpowiedzi.

Myliłem się.

– Na pewno?

Spojrzałem mu w twarz.

– Czego pan ode mnie oczekuje; mam teraz powiedzieć, że kłamałem? Że się jednak domyślam? Będzie pan pytał, aż uzyska satysfakcjonującą odpowiedź?

– Dlaczego akurat samolot?

Znowu mnie zatkało. Przez głowę przeszła mi myśl, że wszystko, co działo się w tym pokoju, zakrawa na jakiś ponury żart, nawet pomimo deklaracji Oleszczuka sprzed chwili.

– Nie rozumiem. – Ponownie wzruszyłem ramionami. – Skoro Kamil był pracownikiem ABW, to musieliście go prześwietlić. Chce mi pan wmówić, że umknęło wam… coś takiego?

– Chciałbym usłyszeć to od pana, niezależnie od tego, czego dowiedzieliśmy się sami i co opowiedział nam o tym pański brat, a co jest w jego teczce personalnej. Słucham.

Poczułem, jak oblewa mnie fala gorąca. Kiedy miałem mówić o tym, co sprawiło, że moje życie wyglądało tak, jak wyglądało, zaczynałem się niemal trząść i na przemian oblewałem się zimnym potem albo odczuwałem uderzenia tych cholernych fal gorąca, które sprawiały, że czerwieniłem się jak panna na balu. To siedziało we mnie tak głęboko, że nie było możliwości, bym się tam dokopał. Nie sam. A kogoś innego nie chciałem prosić o pomoc. Nawet Laury.

– Mój ojciec zmarł w dziewięćdziesiątym trzecim roku na pokładzie samolotu lecącego do Lizbony – powiedziałem w końcu powoli. – To jedyny związek, jaki widzę w tej sprawie. Nie, jest jeszcze drugi. Praca. Jak się właśnie okazało, przykład ojca nie nauczył mojego brata niczego…

Wciąż jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w modelik.

– Uhm… – Oleszczuk siedział bez ruchu na krawędzi stolika i z kolei wpatrywał się we mnie.

– To wszystko. – Wzruszyłem ramionami.

– Wszystko?

– Tak, wszystko.

– Pana ojciec był funkcjonariuszem służb…

– Zgadza się, był etatowym pracownikiem Zarządu Wywiadu Urzędu Ochrony Państwa. To bardzo stresująca praca, więc nic dziwnego, że w wieku czterdziestu sześciu lat dopadł go zawał…

– Skąd pan wie, że ta praca jest stresująca?

– Umarł podczas podróży służbowej. A skoro został do tej pracy przyjęty, zakładam, że przeszedł wcześniej szczegółowe badania lekarskie, które wykluczyły wrodzoną wadę serca lub jego chorobę. Zatem wnioski nasuwają się same.

– Bardzo przeżył pan jego śmierć? – Pytanie było zadane dokładnie takim samym tonem jak poprzednie.

Ton odpowiedzi, jakiej udzieliłem, różnił się od wcześniejszego.

– A jak pan myśli, panie majorze? – Zdobyłem się na sztuczny uśmiech.

To był nieokreślony grymas dolnej części twarzy, który naśladował uśmiech wyłącznie z powodu uniesienia kącików ust. Oczy nie brały w tym udziału. Nie musiałem mieć przed sobą lustra, żeby to wiedzieć.

– Ja nie jestem tu po to, żeby się czegoś domyślać. Ja pytam, pan odpowiada. Na tym to polega, rozumie pan?

Wbiłem wzrok w ścianę za Oleszczukiem. Oklejona raufazą w nieokreślonym kolorze przypominała usianą wągrami skórę trupa.

– Przeżyłem śmierć ojca tak bardzo, jak tylko może przeżyć ją wrażliwy trzynastolatek – odparłem twardo. – Choć mojego taty prawie nigdy nie było w domu i można powiedzieć, że w związku z tym prawie go nie znałem, i tak był to dla mnie cios, po którym chyba nie podniosłem się do dziś. Rozumie pan, co mam na myśli, panie doktorze?

Oleszczuk nie zareagował na zaczepkę.

– A pana brat? Jak on to przeżył? – zapytał spokojnie.

– Inaczej – odparłem. – Po swojemu. Ja byłem zrozpaczony, on wściekły. Ja zamknąłem się w sobie, on o wszystko pytał. Ja uciekłem w świat książek i filmów, on w łobuzerkę. Co prawda nigdy nie miał kłopotów z prawem, ale lubił znikać z domu. Nocował w namiocie w lesie, wyjeżdżał na jakieś wyprawy stopem, nic nie mówiąc matce, zostawiał mi tylko krótkie liściki. Już w szkole średniej praktycznie straciliśmy ze sobą kontakt, zresztą chodziliśmy do innych szkół, ja do liceum, on do technikum. Kiedy on robił maturę, ja już studiowałem. Po maturze Kamil zniknął. Słyszałem, że poszedł do wojska, a po wojsku zamieszkał w Warszawie, to powiedział matce. Kiedy umarła, nic nikomu już nie mówił. Tak więc nie wiem, co się z nim działo później. Nie wiedziałem do dziś dnia. Wystarczy to panu?

Oleszczuk kołysał się na krawędzi stolika, milcząc przez chwilę.

– Na razie wystarczy – mruknął.

Zapadła chwila ciszy. Słychać było jedynie ciche brzęczenie czyjejś komórki, dochodzące zza ściany, a potem krótkie, niezrozumiałe słowa wypowiedziane nieznoszącym sprzeciwu tonem.

– Powie mi pan, o co chodzi z Kamilem? – zapytałem w końcu.

To imię zabrzmiało mi w ustach i uszach obco. Od lat nie mówiłem ani nie myślałem o swoim bracie inaczej niż „mój brat” albo „on”.

– Powiem…

Major popatrzył przez chwilę w ścianę, jakby bił się z własnymi myślami albo zastanawiał się, jak zacząć, a potem wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki telefon z nadgryzionym jabłkiem błyszczącym z tyłu obudowy.

– Wie pan, co to jest? – zapytał, podstawiając mi go niemal pod sam nos, jak przed momentem zabawkowy samolot.

– To jest iPhone – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.