Inspiracja - Adrian Bednarek - ebook + audiobook + książka

Inspiracja ebook i audiobook

Bednarek Adrian

4,2

Opis

Pisanie opowiadań kryminalnych jest dla 23-letniego Oskara formą terapii pomagającą zapomnieć mu o dramacie z przeszłości. W poszukiwaniu inspiracji młody mężczyzna udaje się na pogrzeb brutalnie zamordowanej nastolatki. Tam poznaje Luizę, piękną dziewczynę z wyższych sfer, która wkrótce odmieni jego życie.

Tymczasem pojawiają się doniesienia o kolejnych ofiarach seryjnego mordercy, ochrzczonego przez dziennikarzy mianem Łowcy Nimfetek. Oskar, zbliżając się do Luizy, odkrywa zaskakujące poszlaki, łączące ludzi z jej otoczenia z serią makabrycznych morderstw. To rozpętuje lawinę zdarzeń, których finału nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Zamierzał wezwać policję, nie mógł postąpić inaczej. Natrafienie na trupa to nie kradzież czy bójka. Ale najpierw podniósł rękę z telefonem i zrobił zdjęcie, potem kolejne i jeszcze kilka… Kradziony sprzęt wreszcie się na coś przydał. Chłopak zafundował zwłokom całą sesję fotograficzną. Potem zalogował się na swojego Fejsa, założył też nowe konta na każdym portalu społecznościowym, jaki przyszedł mu do głowy. Tak zaczął się gigantyczny proces publikowania, udostępniania, lajkowania i komentowania, aż w końcu martwa Marysia Trelecka zyskała taką sławę, o jakiej nawet nie śniła za życia.

Świat zła Adriana Bednarka fascynuje od samego początku!
Mroczna rozrywka, która nie pozwala nawet na chwilę oddechu.
Polecam
Max Czornyj

Adrian Bednarek jednocześnie przeraża i zachwyca. Talent!
Polecam
Marta Guzowska

Adrian Bednarek - Urodzony w 1984 roku w Częstochowie. Zapalony fan sportu żużlowego. Uwielbia pisać historie, w których głównymi bohaterami są skomplikowane czarne charaktery. Autor docenionej przez czytelników serii thrillerów (Pamiętnik Diabła, Proces Diabła, Spowiedź Diabła, Wyrok Diabła) o Kubie Sobańskim, prawniku i seryjnym mordercy z Krakowa oraz powieści Skazany na zło, Pasażer na gapę i Córeczki. Pisanie uważa za swój największy nałóg.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 506

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 44 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,2 (324 oceny)
165
97
39
14
9
Sortuj według:
BabciaBasia699

Nie oderwiesz się od lektury

Ok
00
Patrycja_Bien

Nie polecam

Kiepski kryminał podlany erotyką z neurotycznym bohaterem, który jest równie irytujący co głupi. Grafomania najniższych lotów, niestety. Nie polecam.
00
thrafal

Nie oderwiesz się od lektury

niesamowicie wciągająca!
00
mpiebook

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam.
00
gemmagemmarum777

Dobrze spędzony czas

Podobała mi się.
00

Popularność




PROLOG

Ciało dziewczyny zostało podrzucone przed metalowym płotem okalającym teren firmy zajmującej się produkcją komponentów obuwniczych. Firma mieściła się przy drodze wylotowej na obrzeżach pięćdziesięciotysięcznego miasta. Ciemna okolica, brak latarni, gęsty las w sąsiedztwie. Dziewczyna liczyła nie więcej niż siedemnaście lat. Za życia była piękną blondynką o długich, kręconych włosach. Miała słodką buzię, nienaganną figurę, niebieskie oczy i całe życie przed sobą. Po śmierci jej delikatnie opalona skóra wyblakła, tworząc nieprzyjemny kontrast ze złotym kolorem włosów i wściekle czerwoną szminką na ustach. Barwy życia mieszały się z barwami śmierci. Dziewczyna miała otwarte oczy.

Witold Borkowski był podrzędnym pracownikiem. Po latach służby w milicji, a potem policji, dorabiał do marnej emerytury, pełniąc funkcję nocnego stróża. Cała jego praca polegała na przesiadywaniu w budce postawionej obok głównego budynku firmy. Nie niosła ze sobą dużego ryzyka. Teren ogrodzony był płotem, a przed najważniejszymi budynkami zainstalowano lampy z czujnikami ruchu. Wejść do budynków dodatkowo strzegło czujne oko kamery. Do obrony przed potencjalnymi złodziejami miał pistolet gazowy, pałkę i swoją najważniejszą broń – przycisk wzywający agencję ochrony. Zawsze nosił go ze sobą. Przez pięć lat pracy nie użył żadnego z tych narzędzi. Nikt nie próbował ukraść komponentów służących do produkcji obcasów, podeszew czy pasków obuwniczych. Pijacy też się tu nie kręcili. Firma mieściła się zbyt daleko od miasta, nie mieli tu czego szukać. Noce mijały Borkowskiemu spokojnie. Zazwyczaj umilał je sobie jakąś lekturą z czasów młodości, doprawioną wiśniówką lub malinówką własnej roboty, zagryzaną pysznymi kanapkami z salcesonem przygotowanymi przez Mariolę, kobietę, której miłość i wierność ślubował prawie pięćdziesiąt lat temu i wciąż dotrzymywał słowa.

Tamta noc nie różniła się niczym od innych. Książka, alkohol, jedzenie i nieustanna walka ze snem. Gdy zaczynał pracę, myślał, że szybko przyzwyczai się do bezsennych nocy. Minęło tyle lat, a jego organizm między trzecią a czwartą nad ranem ciągle prosił o choćby krótką drzemkę. Zwykle Witold ulegał. Sen miał lekki, toteż w każdej chwili mógł się zerwać na równe nogi i w razie niebezpieczeństwa wcisnąć magiczny guzik. Był już stary, nie zamierzał ryzykować własnego życia za cudzy portfel. Z tą myślą codziennie przymykał oko. Kiedy je otwierał, było już słychać śpiew ptaków.

Pierwsi pracownicy przyjeżdżali o szóstej. Gdyby zawczasu nie otworzył bramy, dałby szefostwu pretekst do zwolnienia, a za nic nie chciał stracić dodatkowej kasy do emerytury. Wybudziwszy się ze snu, wolnym krokiem przemierzył dwieście metrów dzielące jego budkę od bramy wjazdowej. Firmę ulokowano w głębi, z daleka od ciekawskich oczu.

Przed szóstą ruch na wylotówce był niewielki, zwłaszcza w piątki. Miasto dopiero budziło się do życia. Myślami krążyło wokół weekendu. Borkowski też myślał już tylko o dniu wolnym. Marzył mu się sen. Długi, głęboki, we własnym łóżku, a potem wspaniałe popołudnie. Dzisiaj z wizytą przyjadą syn z żoną i córką. Jego pociecha miała już szesnaście lat i stanowiła niepodważalny dowód na to, że czas płynie zdecydowanie za szybko. Jeszcze niedawno Witold zmieniał jej pieluchy, potem zabierał w tajemnicy przed rodzicami na lody, kupował watę cukrową, a gdy trochę podrosła, pokazywał milicyjny mundur. Teraz Anetka wyrosła na piękną młodą kobietę. Chłopcy już się za nią oglądali. Zarówno rówieśnicy, jak i ci starsi. Wkraczała w dorosłość, wkrótce miała się mierzyć z prawdziwym niebezpieczeństwem tego świata – mężczyznami.

Myśli o wnuczce towarzyszyły mu przez całą drogę z budki do wejścia. Myślał o niej również podczas zdejmowania trzech kłódek spinających łańcuchy oraz bramę. Miał prawie osiemdziesiąt lat i musiał dorabiać w gównianej robocie, mimo to dzięki Anetce czuł się zadowolony ze swojego życia. Był dumnym dziadkiem, jego syn też miał się dobrze. Reszta była bez znaczenia. Z kieszeni starej, znoszonej kurtki wyciągnął paczkę sobieskich. Wsadził jednego do ust i przypalił zapałką. Szlug przed bramą był jego codziennym rytuałem. Lubił patrzeć na ciągle jeszcze pustą trasę, obserwować las i zaciągać się mocnym tytoniem. Było to przyjemne, zwłaszcza teraz, gdy maj przechodził w czerwiec, a poranki stawały się coraz cieplejsze. Palił, idąc wzdłuż płotu. Beton, wylany tylko przy wjeździe do firmy, zmienił się w wilgotną od porannej rosy trawę. Sięgała piszczeli, ale Witoldowi to nie przeszkadzało. Szedł dalej, rozmyślając o wielkich sukcesach Anetki w dorosłości.

Czerwony damski but wystający z wysokiej trawy przykuł jego uwagę. W pierwszej chwili pomyślał, że ma szczęście. Pewnie jakaś pijana grupa młodzieży wracająca ze znajdującej się w sąsiednim mieście dyskoteki zatrzymała się przy bramie, żeby załatwić swoje potrzeby, i jedna z dziewczyn zgubiła but. Gdyby zdecydował się na nocny obchód, co czasem mu się zdarzało, mógł niechcący wdać się w przepychankę z tymi ludźmi. Wiedział, jak pijana młodzież potrafi być okrutna dla kogoś takiego jak on. Starego ciecia. W głębi duszy podziękował losowi za to, że Anetka jest całkiem inna.

Chciał zabrać but ze sobą i go wyrzucić. Lepiej, żeby nikt z pracowników tego nie widział. W firmie pracowali różni ludzie, nie brakowało życzliwych donosicieli chętnych zgłosić szefowi, że stróż nie panuje nad tym, co nocą dzieje się przy wjeździe do firmy. A nuż ten but jest jedną z próbek powstających w ich firmie? Wtedy z miejsca straciłby robotę!

Podszedł bliżej. To, co zobaczył, wstrząsnęło nim dogłębnie. Sprawiło, że jego stare serce zaczęło łomotać niczym dzwon. Kobieca noga, odziana w czarny materiał rajstop lub pończoch, obok zasłonięta trawą druga, dalej kusa spódniczka, korpus i całe ciało. Znajome kształty. Ślina stanęła mu w gardle, ręce zesztywniały, papieros spadł na ziemię. Witold usłyszał cichy syk ognia gasnącego w rosie. Głowa dziewczyny była schowana w zaroślach. Przerażenie narastało, schylił się i odgarnął trawę. Zobaczył twarz. Po jego wnętrzu rozlała się panika. Przypominało to znieczulenie przedoperacyjne. Ciało zrobiło się miękkie, głowa ciężka. Stracił równowagę. Upadł obok martwej dziewczyny. Serce biło coraz mocniej, ledwie łapał oddech. Prawie bezwładną rękę wsunął do kieszeni. Nie był w stanie kontrolować palców, oparł je tylko na czerwonym guziku wzywającym agencję ochrony. Dioda zamigała, lecz on tego nie widział. Najczarniejszy koszmar zmieniał się w rzeczywistość, a on nie mógł nic zrobić. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Nie potrafił krzyczeć ani płakać. Płuca buntowały się przeciwko niemu, serce gwałtownie zwolniło. Pojawił się przeszywający ból w klatce piersiowej. Przeczuwał rychłą utratę przytomności. Ostatkiem sił próbował dociskać palce do guzika wzywającego ochronę. Na nic więcej nie starczyło mu sił. Leżał na boku, wpatrując się w martwe oczy ukochanej wnuczki.

Następnego dnia o zabójstwie Anety Borkowskiej trąbiło już całe miasto.

1.

Najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widziałem, miała na imię Luiza. Poznałem ją w najbardziej nieodpowiednich okolicznościach, w jakich chłopak mógłby poznać dziewczynę. Na pogrzebie.

Zanim do tego doszło, siedząc w piętnastoletniej alfie romeo 147 kończyłem redagowanie własnego tekstu na iPadzie połączonym z klawiaturą smart keyboard. Sprzęt wart był chyba więcej niż gruchot, którym jeździłem, i stanowił jedną z najdroższych ekstrawagancji, na jakie pozwoliłem sobie przez dwadzieścia trzy lata życia. Jeszcze raz przeczytałem całość i otworzyłem Wattpada. Zalogowałem się jako użytkownik Why so serious, dodałem nową historię pod tytułem Martwa Złotowłosa, wrzuciłem ściągniętą z sieci grafikę trupiobladej blondynki, z której porów skóry wychodzą robaki, skopiowałem tekst z otwartego pliku i opublikowałem. W ciągu najbliższych godzin mój opis odnalezienia zwłok Anety Borkowskiej przez dziadka miało przeczytać co najmniej dwa tysiące osób. Ja w tym czasie mogłem z czystym sumieniem zająć się szukaniem inspiracji do drugiego rozdziału opowiadania.

Alfę zaparkowałem jak najbliżej wejścia na cmentarz. Cmentarny parking był zawalony bardziej niż pierwszego listopada. Cztery autokary, co najmniej dwie setki prywatnych samochodów, orszak pogrzebowy. Ze swojej pozycji widziałem jedynie główną bramę i niekończący się tłum na horyzoncie. To było zdecydowanie za mało. Zwlokłem tyłek z wysiedzianego fotela kierowcy. Schowałem iPada do torby, którą przewiesiłem przez ramię, i wyszedłem. Czułem się jak idiota. Facet z torebką nie mógł wyglądać inaczej, ale prędzej dałbym sobie odciąć rękę, niż pozwolił ukraść taki skarb. Wolałem mieć go przy sobie.

Nie dotarłem pod sam grób. Nawet gdybym chciał, byłoby to niemożliwe. Miejsce pochówku Anety otaczał gigantyczny tłum. Stojąc w sporej odległości od trumny, zacząłem obserwować ludzi. Był to pogrzeb inny niż typowe. Pogrzeb zamordowanej nastolatki. Przeważali jej koledzy i koleżanki. Małe grupki ustawiały się razem i szeptem wymieniały uwagi. Co chwilę ktoś nachylał się nad kimś, kiwał głową i przekazywał informację dalej. Zupełnie jak podczas gry w głuchy telefon. Większość obecnych nie miała żałobnych strojów. Przekrój subkultur, stylów i typowej wśród nastolatków potrzeby odmienności był prawie tak duży jak na Love Parade. Tylko niewielki odsetek młodych mężczyzn miał na sobie garnitury, jeszcze mniej młodych kobiet ubranych było na czarno. Ksiądz przemawiał uroczyście. Mówił o młodości, miłości i lepszym świecie po drugiej stronie. Jeśli tu tak nawijał, mogłem tylko przypuszczać, jak długie i ciężkie kazanie zaserwował młodzieży w kościele. Słuchałem go jednym uchem, próbując wypatrzeć w tłumie kogoś podejrzanego. Samotnika, może mężczyznę z kamiennym wyrazem twarzy, ewentualnie pustym wzrokiem. Kogoś, kto nie przeżywa pogrzebu Anety ze smutkiem, a jedynie… podziwia efekt własnego działania.

– Można wiedzieć, co tutaj robisz? – Twardy, lecz cichy głos, w połączeniu z szarpaniem mnie za bark, szybko skończył obserwację.

Ludzki dotyk wyrywający z zamyślenia dawno przestał u mnie wywoływać jakikolwiek efekt bliski strachu. Czasami wydawało mi się, że kilka lat temu, podczas pewnej tragicznej nocy, mój układ nerwowy został dożywotnio zamrożony.

– A kto pyta? – Odwróciłem się powoli, na wszelki wypadek ścisnąłem mocniej torbę z iPadem. – Ach tak… – Prawie się zaśmiałem.

Dwóch typów. Jeden wysoki, drugi jeszcze wyższy. Obaj w luźnych koszulach i jeszcze luźniejszych marynarkach. Do tego dżinsy i brązowe półbuty. Włosy ulizane jak po kontakcie z językiem krowy.

– Powiedziałbym, że mam alergię na psy, ale chyba nie zrozumielibyście żartu. Prawda, panowie? – wysiliłem się na kiepski dowcip, który zdecydowanie nie przypadł im do gustu.

Jeszcze zanim wszedłem na cmentarz, wiedziałem, że oni gdzieś się tu czają. Nie bezpośrednio przy żałobnikach, to byłoby zbyt podejrzane. Aneta Borkowska została zamordowana, ciągle nie wiedziałem jak, ale na pewno nie była to zagadka łatwa do rozwiązania. Dlatego gliniarze przyszli na pogrzeb, zaczaili się w ustronnym miejscu i obserwowali. Mój wygląd przykuł ich uwagę.

– Bardzo zabawne. – Wysoki sięgnął do marynarki i pokazał mi legitymację. Zrobił to tak szybko, że ledwie zdążyłem przeczytać stopień. Wyższy stał za nim, przyglądał mi się uważnie. Był starszy, więc pewnie to on wydawał polecenia w ich związku. – Dokumenty poproszę.

Z tylnej kieszeni spodni wygrzebałem coś, co na siłę można było nazwać portfelem. Zmechacony kawałek skórzanego prostokąta z kilkoma przetarciami, w którym trzymałem tylko prawo jazdy, kartę płatniczą i obecnie jakieś dwadzieścia złotych.

– Z jakiej okazji spotyka mnie przyjemność pochwalenia się starym zdjęciem z ogólniaka? – Podałem wysokiemu prawko. – Chyba nie zrobiłem nic złego?

– Właśnie… – Wysoki wyrwał mi dokument, jakby ten stanowił bezcenną relikwię, na którą polował latami. – Co tutaj robisz? – powtórzył pytanie.

– To samo co wy. – Wzruszyłem ramionami.

Wysoki oderwał wzrok od prawka i spojrzał na mnie. Wyższy nachylił się za nim i zagłębił w treść dokumentu.

– Czyli? – spytał wysoki.

– Obserwuję ludzi, przyglądam się grupkom młodzieży, szukam podejrzanych typów, którzy przyszli bez towarzystwa i dziwnie się alienują. Podobnie jak wy zakładam, że wśród tłumu żałobników można spotkać mordercę. Tylko prezentuję się lepiej od was – dodałem radośnie.

– Do czego ci to potrzebne? Może sam jesteś mordercą? – rzucił wysoki oskarżycielskim tonem.

Musiał być nowicjuszem, nie wiedział, że takie sugestie są słabe i zwyczajnie nie mają żadnego sensu.

– A czy ja panu wyglądam na mordercę?

Nie wyglądałem groźnie. Miałem metr siedemdziesiąt sześć wzrostu, szczupłą sylwetkę z lekkim zarysem mięśni rąk wyrobionych przez regularne dźwiganie ciężkich skrzynek. Gęste, zmierzwione włosy koloru zabrudzonej opony sięgały połowy uszu i zachodziły na czoło. Do tego dziecinne rysy twarzy, które według mojego taty nie zmieniły się nic od czasu, kiedy byłem czternastolatkiem. Ale przecież to o niczym nie świadczyło.

– Ja wiem, Ted Bundy też nie wyglądał na mordercę, ani Karol Kot – dodałem półżartem. – Tylko jak pan sobie to wyobraża? Ciało Anety Borkowskiej podrzucono pod firmą, która znajduje się kilkanaście kilometrów za miastem. Uważa pan, że mógłbym ją porwać, zrobić swoje i przewieźć tam moją zdezelowaną alfą, która po drodze zepsułaby się pewnie ze dwa razy? – zapytałem. Mówiłem prawdę.

Zwłoki Anety odnalazł jej dziadek pracujący w firmie na obrzeżach naszej minimetropolii, a moje auto psuło się średnio półtora raza w miesiącu. Policja ciągle ukrywała dokładne okoliczności jej zaginięcia i sposób, w jaki została zabita, ale morderca na pewno miał sprawne auto.

– Myślisz, że jesteś zabawny? – Wysoki podał mi prawko.

Tym razem to ja wyrwałem mu je jak wygłodniały kundel worek karmy Pedigree.

– A według pana to, co powiedziałem, jest zabawne? – Zirytowany głupią dyskusją postanowiłem odbić piłeczkę.

– Prosisz się o kłopoty, Oskarze Blajer – powiedział tonem, jakim powinien zwrócić się do groźnego przestępcy.

W tle rozbrzmiała muzyka i głośny śpiew księdza. Na tym pogrzebie wszystko odbywało się z pompą. Nawet prowadzący ceremonię ryczał do mikrofonu, a jego głos wydobywał się z głośników, jakich nie powstydziłaby się renomowana dyskoteka.

– Możesz wyjaśnić, czemu kręcisz się po cmentarzu w poszukiwaniu zabójcy? – usłyszałem.

Pogładziłem torbę z iPadem, zastanawiając się nad odpowiedzią. Mógłbym powiedzieć, że piszę opowiadania, bo próbuję oderwać się od chujowej codzienności i zapomnieć o dramatach, jakie do niej doprowadziły. Dalej wyjaśnić, że Aneta Borkowska jest idealnym tematem na krótki, intensywny kryminał, a jej pogrzeb może dostarczyć wielu inspiracji. Zwłaszcza w kontekście opisu potencjalnego mordercy. Ewentualnie dodać, że przyglądanie się ludziom jest jedną z lepszych rozrywek, jakie mi się ostatnio trafiają, ale wtedy pewnie gliniarz zacząłby drążyć temat. Ciągle nie miałem pojęcia, co mu odpowiedzieć. Z pomocą przyszedł mi jego partner.

– Mirek, zostaw go – burknął.

Jeśli dobrze oszacowałem jego wiek, pracował w policji dłużej. Mógł więc szybko skojarzyć moje nazwisko.

– No co ty? Nie widzisz, że gnojek robi sobie z nas jaja? – rzucił wysoki. Korciło mnie, żeby go pochwalić za spostrzegawczość, ale przezornie nie otworzyłem ust. – Poza tym łazi tu ubrany jak satan i obserwuje ludzi.

Chyba miał na myśli czarną koszulkę z mrocznym logo zespołu rockowego, którą przypadkiem włożyłem do pracy i nie zdążyłem zmienić przed pogrzebem. Ewentualnie czarną skórzaną opaskę z rzemyków, którą nosiłem na lewym nadgarstku. Ona miała wartość sentymentalną. W oczach tego przygłupa uchodziłem za satanistę, co nie wróżyło dobrze śledztwu w sprawie zabójstwa Anety Borkowskiej.

– Patrząc przez pryzmat pozostałych uczestników pogrzebu, wcale aż tak się nie wyróżniam. – Uśmiechnąłem się złośliwie.

– Kręci cię to? Patrzenie na załamanych ludzi? – Zachęcony brakiem mojej reakcji policjant Mirek kontynuował atak. – Pewnie, gdyby była możliwość, poszedłbyś na wystawienie zwłok. A może zjarałeś się ziołem dla podrasowania emocji? Pokaż, co masz w kieszeniach.

Zrobił krok w moją stronę. W tym samym momencie partner złapał go za ramię.

– Powiedziałem, zostaw go! – Jego ostry krzyk zlał się z wysoką tonacją śpiewającego księdza. – Odpuść.

– Ale… – Wysoki niepewnie spojrzał na kompana.

– Po prostu odpuść. – Tamten pociągnął go do siebie. – A ty, Oskar, zniknij z naszego pola widzenia.

Nic nie odpowiedziałem. Poprawiłem torbę i odszedłem. Ksiądz przestał śpiewać, dla odmiany wygłosił kolejną bolesną mowę zakończoną jeszcze bardziej bolesną puentą. Tłum zaczynał ustawiać się w kolejce do sypnięcia na trumnę ziemią, rzucenia kwiatka lub odprawienia innego rytuału pomocnego żałobnikowi w ostatnim pożegnaniu. Zatrzymałem się pod drzewem gdzieś między płaskimi, zaniedbanymi mogiłami rosyjskich żołnierzy, którzy podczas drugiej wojny światowej mordowali Polaków. Oparłem się plecami o pień, wciąż obserwując topniejący tłum, wyjąłem z kieszeni papierosa i wsadziłem do ust. Wtedy zobaczyłem ją po raz pierwszy.

2.

Trzyosobowa grupka zmierzała w moją stronę. Chłopak i dwie dziewczyny. Jedna z nich szła nieco z boku, jakby wycieczka z idącą pod rękę parą była dla niej czymś niezręcznym i wywoływała syndrom piątego koła u wozu. Już na pierwszy rzut oka było widać, że jest od nich o kilka lat starsza. Wyróżniała się nie tylko wiekiem, ale i urodą. Kiedy na nią spojrzałem, świat dookoła przestał istnieć. Wszystko inne stało się zamazane. Zniknął cmentarz, bezchmurne niebo, przytłaczająca atmosfera, a nawet jej towarzysze wycieczki. Była tylko ona. Zgniatałem zębami fajkę, przyglądając się jej.

Figura klepsydry, długie nogi, pełne biodra, wąska talia i całkiem spory biust. Rozpuszczone włosy sięgające połowy piersi miały kolor ciemny blond, graniczący z jasnym brązem. Subtelne promienie słoneczne wydobywały odcienie złota i platyny. Z daleka refleksy prezentowały się niczym leciutkie przebłyski jasności. Włosy i figura idealnie komponowały się z delikatnymi rysami twarzy i niedużymi, lecz pełnymi ustami układającymi się w lekko wulgarny kształt. Podobnie jak większość żałobników postawiła na luźny strój. Jasnoniebieskie, obcisłe dżinsy podkreślały to, co powinny, podobnie kremowa bluzka delikatnie opinająca się na piersiach. Nigdy nie widziałem piękniejszego okazu przedstawicielki gatunku ludzkiego. Jej widok sprawił, że przegryzłem filtr w papierosie i upuściłem go na ziemię.

– Hej, koleś! – Świat powrócił do swojej realnej wersji w chwili, gdy para nastolatków niebezpiecznie zbliżyła się do mojej skromnej osoby i dziewczyna zaczepnie krzyknęła.

Piękność została na skrzyżowaniu cmentarnych alejek, kilka metrów wcześniej.

– Ja? – Udałem zdziwionego, wskazując palcem na swoją klatkę piersiową.

Para stanęła przede mną. Wyglądali dziwnie, choć wpisywali się w image lwiej części towarzystwa pogrzebowego.

Dziewczyna, niższa ode mnie o pół głowy, mogła mieć nie więcej niż siedemnaście lat. Jej niebrzydka twarz do złudzenia przypominała mi nielubianą koleżankę z podstawówki. Podkreślała swoje ostre rysy ciemnym makijażem. Jej chude ciało ciągle znajdowało się w fazie rozwoju. Tyczkowate nogi odziane były w przylegające skórzane spodnie. Wściekle różowa koszulka maskowała niewielkie piersi. Żeby było ciekawiej – lub dla wywołania efektu wow – dziewczyna pofarbowała gęste, długie włosy na ten sam kolor, co koszulka. Patrząc na nią, zastanawiałem się, czy przypadkiem te włosy nie świecą w ciemności.

– Poczęstujesz mnie fajką? – spytała różowa dziewczyna. – Jeśli ci szkoda, mogę zapłacić. – Puściła swojego chłopaka i wyciągnęła do mnie rękę. Nie musiałem liczyć, żeby dostrzec, że tylko dwa palce prawej ręki są wolne od srebrnych pierścionków.

– Ja też poproszę – dodał nieśmiało chłopak. – Jeśli można.

Swoim wyglądem idealnie pasował do różowej. Chuda sylwetka, równie obcisłe, czarne dżinsy, ciemnoniebieska koszulka za duża o dwa rozmiary i krótkie kręcone włosy pofarbowane na głęboki fiolet. Przeciwwagę dla pierścionków dziewczyny stanowiły kolczyki w obu brwiach chłopaka.

– Spoko, chętnie podzielę się rakiem płuc. – Wyciągnąłem paczkę i poczęstowałem ich. – Przydadzą się później znajomi na oddziale onkologii.

Oboje nieśmiało wyciągnęli po szlugu.

– Mela, nie! – krzyknęła niespodziewanie blondwłosa piękność. Jej głos mimo krzyku wydawał się łagodny i lekko zachrypły. Idealnie współgrał z wyglądem.

Szybkim krokiem przemieściła się w naszą stronę. Z bliska wyglądała jeszcze ładniej. Wreszcie zobaczyłem jej oczy. Jasnoniebieskie, wpadające w kolor turkusowy. Było w nich coś głębokiego, podobnie w samym wyrazie twarzy. Coś, co sprawiało, że zamiast od razu zaciągnąć ją do łóżka, mężczyzna odczuwa silną potrzebę poznania jej historii.

– Możesz zabrać jej szluga? – zwróciła się do mnie.

Ze stresu aż zapiekło mnie gardło. Powinienem coś powiedzieć, jakoś ustosunkować się do jej słów. Zamiast tego obserwowałem, jak chwyta różowowłosą za nadgarstek.

– Daj spokój, Luiza! – Dziewczyna odepchnęła ją szybkim ruchem. – Nie zachowuj się jak mama. Ona też myśli, że może mną rządzić.

Wychodziło na to, że te dwie kompletnie niepodobne do siebie dziewczyny są siostrami. Przełknąłem głośno ślinę i wsadziłem ręce w kieszenie, przyjmując pozycję, którą uznałem za neutralną. Nie zamierzałem wtrącać się w ich kłótnię. Podobnie musiał myśleć koleś w kolczykach, bo odsunął się kawałek w tył.

– Tobą nie da się rządzić! Do tego potrzebna byłaby klatka lub buda ze smyczą! – Zdenerwowana Luiza lekko poczerwieniała na twarzy. – Zabierz mojej siostrze fajkę! Jest nieletnia! – zwróciła się do mnie bezczelnie rozkazującym tonem. – Wiesz, że łamiesz prawo?

Teoretycznie powinienem był posłuchać Luizy. Nie dość, że była piękna i chętnie bym się jej przypodobał, to w dodatku miała rację. Częstując różowowłosą papierosem, łamałem prawo. Nieśmiało wyciągnąłem rękę z kieszeni. Czułem się jak skończony frajer.

– Nie zniżaj się do takiego poziomu! – Mela zrobiła krok w tył. – W razie draki odwiedzę kiosk.

– Nie trzeba. Weź go sobie. – Zmieniłem zdanie i cofnąłem rękę.

Luiza przeszyła mnie pełnym dezaprobaty spojrzeniem.

– Obiecałaś mamie, że nie będziesz jarać… – westchnęła zrezygnowana.

Powietrze wypełnił dobrze znany zapach papierosowego dymu, który błyskawicznie przesłonił ostre perfumy, jakimi spryskała się Mela. Chłopak już palił, od razu podał zapalniczkę swojej dziewczynie.

– Wymuszona obietnica nic nie znaczy. – Mela też zapaliła. – Poza tym w przeciwieństwie do ciebie ja znałam Anetę. I jej śmierć cholernie mi ciąży. Muszę zajarać! – Zmrużyła oczy, zerknęła w stronę topniejącej kolejki żałobników.

Dopiero wtedy zauważyłem, że Mela była niesamowicie smutna. Jej ręce podrygiwały, jakby na dworze było minus dziesięć stopni, źrenice były lekko zaczerwienione, fragmenty makijażu w kącikach oczu rozmyły się od łez, choć wcześniej założyłem, że po prostu nakładała go niechlujnie.

– Żal ci zabitej pijaczki, wielka sprawa – prychnęła Luiza.

– Naprawdę dobrze znałaś Anetę Borkowską? – spytałem, nie mogąc się powstrzymać.

– Ta pijaczka była jedną z moich najbliższych przyjaciółek! – Mela wypuściła dym wprost na twarz siostry.

Luiza zmrużyła oczy, robiąc przy tym minę, która mogłaby wskrzesić nieboszczyka.

– To, że ty masz ją w dupie, nie znaczy, że ja automatycznie też. – Mela odwróciła się do mnie. – Tak w ogóle jestem Melania. To mój kumpel Rafał. – Wskazała głową na okolczykowanego. Koleś ukłonił mi się i wrócił do palenia fajki. – Chodziłyśmy razem do klasy, trzymałyśmy się blisko. A czemu pytasz?

– Piszę opowiadanie inspirowane zabójstwem Anety – wypaliłem bez zastanowienia i gdy pociągnęła mnie za język, zapoznałem ją z tytułami opowiadań, które już stworzyłem. Wszystkie dotyczyły morderstw. Temat do rozmowy w sam raz na pogrzeb.

Dotąd opowiadania były moją słodką tajemnicą. O tym, że użytkownik Wattpada o nicku Why so serious to ja, nie wiedział nikt. Obecność Luizy działała motywująco. Chciałem jej pokazać swoją wartość.

– Serio?! – W smutnych dotąd oczach Melanii zauważyłem nieśmiały błysk. – Znam opowiadania Why so serious! Dobrze, że wziąłeś się za historię Anety. Ona nie zasłużyła na taki los… Nikt nie zasłużył. – Na twarz dziewczyny szybko powrócił smutek. – Za to należy jej się większe upamiętnienie niż huczny pogrzeb i zamknięta grupa współczujących na Facebooku.

– Widzisz tamtego gościa? – Niespodziewanie do naszej rozmowy włączyła się Luiza. Wskazała palcem pięcioosobową męską grupę stojącą nieco z boku. – Najwyższy, jedyny w garniturze. – Nie dało się go nie zauważyć. Gość górował nad pozostałymi wzrostem, muskularną sylwetką widoczną nawet z daleka, a także gęstą szopą jasnych włosów. Miał czarne okulary przeciwsłoneczne, bardzo się chwiał. – Tegoroczny maturzysta, chłopak Anety. On ostatni widział ją żywą. I to w dość specyficznych okolicznościach.

To, co powiedziała, podsunęło mi pewien pomysł. Luiza przyciągała w każdy sposób. Nie tylko wyglądem, spojrzeniem czy chrypliwym głosem. Nigdy dotąd nie czułem niczego podobnego. Od kilku lat moje serce było zamrożone, a ona w ciągu kilku minut sprawiła, że lód zaczynał topnieć. Za niczym tak w życiu nie tęskniłem jak za pozytywnymi uczuciami. Potrzebowałem bodźca, który wreszcie wyrwie moje myśli z mroku, i ona mogła nim być.

– Chcesz mi o tym opowiedzieć? – spytałem, odgarniając dłonią kosmyk spoconych włosów, który opadł mi na czoło. – Na przykład przy kawie?

Ewidentnie nie pasowała do towarzystwa siostry i jej dziwnego przyjaciela. Pogrzeb był chyba dla niej czymś w rodzaju przykrego obowiązku. Miała co najmniej dziewiętnaście lat, a może więcej, zaś na cmentarzu przeważali młodsi nastolatkowie. Liczyłem, że zechce się urwać.

– Ja chętnie ci opowiem! – wtrąciła się Melania, zgasiwszy papierosa na ziemi obok jednego z radzieckich grobów. – O Anecie, jej chłopaku, o czym będziesz chciał. – Dziewczyna ze smutnej znowu zmieniła się w pełną entuzjazmu. – Chcę o niej porozmawiać…

– Chyba wybierasz się na stypę, prawda? – Luiza szybko ostudziła jej zapał.

Melania pokiwała głową.

– Zorganizowali stypę całą paczką znajomych – wyjaśniła mi Luiza. – W ich ulubionej knajpie. Ma być szybko, lecz intensywnie, jak to zwykle u dzieciaków. Każdy pretekst do wypicia piwka lub sześciu jest dobry. Dotąd nie powiedziałeś, jak masz na imię.

– Oskar. A ty jesteś Luiza – dodałem jak ostatni idiota.

Podała mi dłoń. Była tak naładowana energią, jakby pod skórą miała zamontowany paralizator. Lekkie wiązki prądu popieściły niemal wszystkie nerwy w moim ciele. Z trudem utrzymałem prostą postawę. Miałem ochotę rozpłynąć się pod tym drzewem.

– Chętnie wypiję kawę i porozmawiam o Anecie. Lepsze to niż rola przyzwoitki na stypie u nastolatków. – Tymi słowami rozpoczęła naszą pierwszą, nieoficjalną randkę.

3.

Droga upłynęła w specyficznej atmosferze. Melania postanowiła wykorzystać fakt, że jestem zmotoryzowany, i zaprosiła na pokład alfy jeszcze trójkę swoich znajomych, równie oryginalnych jak ona. Siedzieli upchnięci na tylnej kanapie, jedno na kolanach drugiego. Tak przeładowani pokonaliśmy trasę z cmentarza do centrum. W trakcie podróży dominowała cisza i gapienie się w ekrany smartfonów. Siedząca obok mnie Luiza odezwała się ledwie dwa razy. Po to, żeby mnie poinstruować, gdzie mam jechać. Miałem ochotę podjąć temat Anety Borkowskiej z Melą i jej przyjaciółmi, ale się powstrzymałem. Uznałem, że byłoby to nieuprzejme w stosunku do Luizy, która przecież sama chciała mi o niej opowiedzieć. Zostawiliśmy towarzystwo pod barem, a sami udaliśmy się do kawiarni w sąsiedztwie.

Dopiero gdy na naszym stoliku znalazły się cappuccino i koktajle bananowe, Luiza uznała, że pora wrócić do rozmowy. W lokalu dla odmiany wolałbym porozmawiać o niej, dowiedzieć się, czy ma chłopaka, gdzie mieszka, czym się zajmuje. Zostawiłbym Anetę Borkowską w puszce myśli z napisem „na później”, ale to Luiza wyznaczała granice swojej prywatności. Podobnie jak granice fizycznej bliskości. Od razu dyskretnym gestem dłoni zasugerowała, żebyśmy usiedli po przeciwnych stronach stolika.

– Ten koleś z pogrzebu, Antek, jest współwinny śmierci Borkowskiej – wypaliła, upiwszy nieduży łyk cappuccino.

Gęsta biała pianka osiadła na górnej wardze dziewczyny i niebezpiecznie pobudziła moją wyobraźnię. Musiałem bardzo się starać, żeby utrzymać koncentrację na rozmowie. Nie chciałem wyjść na prostego napaleńca, jakich zapewne kręciło się wokół Luizy sporo.

– Czemu tak uważasz? – Na szczęście jej oskarżające stwierdzenie też mnie zaciekawiło. – Zrobił coś, o czym nie piszą w necie?

Dziadek Anety Borkowskiej znalazł ciało wnuczki w piątek rano. Pogrzeb odbył się półtora tygodnia później ze względu na sekcję zwłok i śledztwo. Sprawą żyło całe miasto, zainteresowanie mediów było olbrzymie, mimo to policja serwowała opinii publicznej zdawkowe informacje. Nikt nie wspominał o tym, w jaki sposób została zabita ani czy ją wcześniej zgwałcono.

– Policja jest bardzo oszczędna w dawkowaniu informacji. – Sprawnym ruchem języka zlizała z wargi piankę. Widząc to, omal nie udławiłem się swoim cappuccino. – Nie wiem, czemu nie chcą tego ogłosić na forum publicznym, ale w nocy z środy na czwartek Aneta balowała z Antkiem w Potter’s. – Miała na myśli jedną z dwóch dużych dyskotek w naszym mieście. – Często tam chodzili. Później Antek odwiózł ją na osiedle. Policja sprawdza, kto mógł opuścić dyskotekę tuż po nich i tuż przed nimi. Mela mi mówiła, jest tego pewna na sto procent.

– Borkowska mieszkała na jakimś dużym blokowisku?

Najbardziej zastanawiające było to, kto i czemu porwał właśnie ją. Dotąd przypuszczałem, że dziewczyna padła ofiarą jakiegoś maniaka ze swojego osiedla, który chcąc zmylić trop, porzucił ciało poza miastem. O tym zamierzałem pisać w kolejnym rozdziale swojego opowiadania.

– A skąd. – Luiza szybko sprostowała moje przypuszczenia. – Kojarzysz osiedle Kwieciste?

– Te piękne szeregówki otoczone płotem i nieprzyzwoicie dużą bramą?

Doskonale znałem jedno z nowocześniejszych osiedli domków w naszym mieście. Kiedy je budowali, reklamy wisiały na połowie billboardów i pod względem ilości śmiało mogły konkurować z plakatami wyborczymi. Tata mówił, że szeregówka w tym miejscu była wielkim marzeniem jego i mamy. Które może by się ziściło, gdyby nie rodzinna tragedia.

– Dokładnie. – Nachyliła się nad stołem, serwując mi wspaniały widok na dekolt. – Antek wysadził ją jak zawsze przed bramą wjazdową na osiedle. – Wyprostowała się, kończąc krótki pokaz wdzięków. – Nigdy nie wjeżdżał dalej. Starsi Anety go nie trawili, a dziewczyna zawsze otwierała bramę kodem, bo od pewnego czasu furtka była zepsuta.

– Czyli nie poczekał, aż dotrze do domu? – Nowe informacje stawały się coraz ciekawsze. Trawiąc je, z wrażenia wciągnąłem niemal cały koktajl przez rurkę.

– Nie, bo i po co? Twierdzi, że skoro weszła na teren osiedla, to była bezpieczna. Zawsze tak robił. W zeznaniach zarzekał się, że kiedy przyjeżdżał, a następnie odjeżdżał, nie minął żadnego samochodu. A przecież ten, kto ją porwał, musiał poruszać się samochodem. Brama zamyka się sama po kilku minutach, więc nie mógł być daleko, musiał zdążyć wjechać, zgarnąć dziewczynę i wyjechać. Antek rozmawiał o tym z Melą. Podobno policja grubo go maglowała.

– Myślisz, że chłopak miał powód, żeby kłamać?

– Wątpię. Był zakochany w Anecie do szaleństwa. Mela mówiła, że z wzajemnością. Ale idę o zakład, że odwożąc ją, był najebany jak bela! – Przekleństwo dziwnie zabrzmiało w słodkich ustach dziewczyny. – Lubił wypić, często wracał z dyskoteki na podwójnym gazie. Myślę, że nawet jeśli minął jakieś auto, zwyczajnie tego nie pamiętał, co czyni go współodpowiedzialnym. Niby strasznie przeżywa jej śmierć, pewnie chciałby sobie przypomnieć, ale nie potrafi. Odkąd znaleziono jej zwłoki, cały czas tankuje. Dzisiaj zamieniłam z nim dwa zdania przed pogrzebem. Zionął wódą gorzej niż menel w sobotni poranek.

Zamilkła nagle i całą swoją uwagę skupiła na smartfonie, który leżał na stoliku. Dotąd zupełnie się nim nie przejmowała, nagle okazał się ważniejszy od naszej konwersacji.

– Pewnie po jego zeznaniach gliniarze od razu wzięli pod lupę mieszkańców osiedla? – Widząc, że nie kwapi się z kontynuowaniem rozmowy, pociągnąłem ją za język.

– Oczywiście, sąsiedzi zostali przetrzepani jeszcze solidniej niż Antek – mówiła, nie odrywając oczu od komórki. – Między innymi dlatego policja stara się wyciszać szczegóły dotyczące sprawy. Mieszkańcy Kwiatowego to tak zwani porządni obywatele. Lekarze, bankierzy, ważni urzędnicy, biznesmeni. Za nic nie chcieli, by ich wspaniała, odgrodzona płotem enklawa została skojarzona z porwaniem zamordowanej dziewczyny. Nawet jeśli chodzi o córkę sąsiadów. Ponieważ policja nie znalazła nic, co wskazywałoby na ich udział, przystała na tę propozycję. Podobno sam prezydent miasta naciskał.

W ciągu kwadransa rozmowy z Luizą dowiedziałem się o sprawie więcej niż przez półtora tygodnia śledzenia dosłownie wszystkich, nawet najdrobniejszych medialnych wzmianek o sprawie.

– A jej rodzice? Im to nie przeszkadza?

– Stracili córkę, dziadek przez tydzień leżał w szpitalu. Jeszcze się nie podnieśli, nie czują chęci zemsty – mówiła to spokojnym głosem, niemal bez emocji. Oczy i palce cały czas wędrowały po ekranie smartfona. – Mela jest z nimi w stałym kontakcie. Nawet dzisiaj rozmawiali na pogrzebie. Dlatego możesz być pewien, że to, co mówię, jest prawdą. Twierdzą, że ufają policji i w pełni zdają się na jej działania. Ciekawe, że dotąd nikt z osiedla ani z imprezowiczów w Potter’s nie sprzedał choćby kropelki tych informacji mediom.

– Wybacz szczerość, ale nie wyglądałyście, jakbyście były sobie bliskie. – Luiza praktycznie przestała zwracać na mnie uwagę. Liczyłem, że tym stwierdzeniem wreszcie ją odzyskam.

– Mela to dynamit. Często się spieramy, ale jesteśmy jak najlepsze przyjaciółki – wyjaśniła, nie zaszczycając mnie swoim spojrzeniem, które ciągle błądziło po komórce. – Zobacz!

Podała mi telefon. Na ekranie widniał profil facebookowy Antka Mielczarka, konkretnie najnowszy wpis.

„Nie rozumiem, skąd te kretyńskie insynuacje, skąd ten jad. Ludzie! Pojmijcie to wreszcie: ja jej tego nie zrobiłem! Kochałem Anetę ponad życie! Tamtej nocy odwiozłem ją na osiedle, wysiadła pod bramą i poszła do domu… Chodnikiem na zamkniętym osiedlu! Po drodze nie widziałem żadnego auta! Przysięgam na oczy mojej mamy! Mam niepodważalne alibi! Przestańcie wypisywać bzdury i wysyłać mi wiadomości z pogróżkami. Odwalcie się, pozwólcie mi cierpieć w samotności!”

Tak brzmiała treść postu opublikowanego dzisiaj w godzinach południowych, tuż przed rozpoczęciem pogrzebu.

– Grubo pojechał, ale w pewnym sensie go rozumiem. – Mówiłem prawdę. Doskonale wiedziałem, czym jest ciągłe obwinianie się. – Pewnie sporo oszołomów ubzdurało sobie, że to on ją zabił. Ludzie potrafią być podli.

– Mnie tam nie jest go żal. – Zabrała telefon i pociągnęła koktajl przez słomkę. – Gdyby był trzeźwy lub gdyby podwiózł ją pod same drzwi, albo chociaż poczekał, aż wejdzie do domu, nadal by żyła. Choć kto wie, czy naprawdę miała w planach wracać. Anetka też była niezłym ziółkiem…

– Wszędzie pisali, że w przeciwieństwie do wielu rówieśniczek była całkiem ułożona. Świetne stopnie, bezkonfliktowy charakter…

Litanię komplementów pod adresem Anety Borkowskiej przerwał mi głośny śmiech Luizy.

– Daj spokój. Mela twierdzi, że jesteś kryminalnym wymiataczem – powiedziała, a ja z trudem powstrzymałem dumny uśmiech. – Więc chyba mi nie powiesz, że kupujesz podobne bajeczki?

Nie odpowiedziałem. Poczułem się głupio. Nie kupowałem bajeczek o wspaniałych grzecznych dziewczynkach, ale Aneta… Wystarczyło spojrzeć na jedno zdjęcie tej słodkiej blondynki, żeby uwierzyć w jej niewinność.

– Kumplowały się z Melą od kilku lat. Siostra przedstawiała mi zupełnie inny obraz Anety Borkowskiej.

4.

– Co masz na myśli? – spytałem, sam już nie wiedząc, czy to randka, czy zbieranie materiałów do opowiadania. Jedno było pewne: chciałem przyswoić wszystko to, co wie Luiza.

– Aneta Borkowska zbierała dobre stopnie, ponieważ dzięki temu miała spokój u rodziców. Nie truli jej gitary o późne powroty do domu, nie naciskali, kiedy widzieli, że przychodzi w sztok nawalona, i to w środku tygodnia. Zdarzało jej się znikać na całe noce, potem nie stawiać się w szkole, a oni i tak pisali jej usprawiedliwienia. Dlatego, choć w czwartek nie pojawiła się w szkole ani nie wróciła do domu, rodzice nie zgłosili jej zaginięcia. Myśleli, że córeczka poszła w tango. Mogła, bo dopóki średnia się zgadzała, miała totalny luz. Nie tolerowali jedynie Antka.

– Wnioskuję, że był taki sam jak ona. Lubił wypić, chodził do Potter’s, odwoził ją późno, poza tym był starszy. Sama mówiłaś, maturzysta. Borkowska to szesnastolatka. Pewnie jej tatuśka skręcało z niemocy, bo napakowany, prawie dorosły blondas posuwał jego córeczkę. – Ręka sama powędrowała do ust, żeby zatkać niewyparzoną gębę, gdy uświadomiłem sobie, co powiedziałem.

– Lepiej nie potrafiłabym tego ująć. – Luiza skwitowała moje słowa iście czarującym uśmiechem. – Poza kuciem i lekcjami potrafiła korzystać z życia. W Potter’s oboje należeli do stałych klientów. Aneta zaczęła chodzić na dyskoteki wcześnie, w wieku czternastu lat. Lubiła to, a bramkarze nie mieli problemu, żeby ją wpuszczać.

– Balowała z twoją siostrą?

– Mela woli klimat domówek. Zioło, planszówki i zamulanie. Dlatego rzadko wychodziły razem. Poza tym mój tata… – Przerwała na moment, szukając właściwych słów. – Jest specyficzny i ma nieprzyjemny stosunek do nocnych wyjść młodszej córki. W każdym razie Aneta, zanim poszła do liceum, już spotykała się z Antkiem. Była pierwszą dziewczyną w gimnazjum, która straciła dziewictwo. – W ustach Luizy brzmiało to niemal jak aluzja lub zaproszenie do wspólnej zabawy. – Wybacz, że ci to wszystko mówię, ale odkąd Mela wprowadziła mnie w szczegóły, nie mogę pozbyć się wrażenia, że Aneta miała jakiś potajemny romans. Może z kimś starszym?

– Po tym, co powiedziałaś, też mi to przychodzi do głowy. Aneta wcale nie musiała zostać porwana z terenu osiedla. Może poczekała, aż Antek odjedzie, i wróciła na ulicę, bo tam była z kimś umówiona.

– Moja siostra twierdzi, że mam urojenia. Poza tym nie jestem pewna, czy gliniarze w ogóle dowiedzieli się o intensywności i regularności drugiego życia Anety.

– Rodzice ukrywali prawdziwy charakterek córeczki?

– Przed glinami nie wiem, przed ludźmi tak. Aneta często żaliła się Meli, że dostaje przez to kręćka. Starzy doskonale wiedzieli o imprezach z Antkiem. On miał się tylko nie pokazywać na osiedlu, to była niepisana umowa. W oczach rodziny, znajomych, koleżanek czy nauczycieli Anetka miała uchodzić za przyzwoitą dziewczynkę. Po prostu musiała udawać. Nie mam pojęcia, czy jej rodzice powiedzieli o tym glinom. Mela dotąd nie była przesłuchiwana, a Antek mógł im powiedzieć, co tylko chciał. Choć teraz jest załamany, to jednak wciąż egoistyczny kutas.

– Słyszałaś może o sposobie, w jaki została zamordowana? – spytałem, pomijając komentarz dotyczący charakteru Antka.

W powietrzu zawisło nieprzyjemne napięcie. Luiza momentalnie posmutniała.

– Mela twierdzi, że policja nie powiedziała nikomu poza rodzicami. Antek to potwierdza. Nie wie, co spotkało jego dziewczynę przed śmiercią… – Wzięła łyżeczkę i zamieszała resztkę cappuccino.

Atmosfera siadła. Oboje trawiliśmy to, co powiedziała.

– Czemu w ogóle piszesz opowiadania? – Po wmieszaniu niemal całej piany w resztkę kawy Luiza postanowiła przerwać ciszę. – To jakiś sposób buntu, wyrażenia siebie?

Nie mogłem powiedzieć jej prawdy. Dotąd przed nikim się nie otworzyłem. Swój sekret chowałem wyłącznie dla siebie. Luiza, choć piękna i niewątpliwie inteligentna, wciąż stanowiła zagadkę. Byliśmy dwójką przypadkowych ludzi, którzy poznali się w trakcie pogrzebu i poszli na kawę obgadać sposób, w jaki zabito gwiazdę przedstawienia. Zdecydowanie za mało na zwierzenie się z sekretów.

– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem… – Podparłem brodę na dłoni i wlepiłem wzrok w zwilżone kawą usta Luizy. – Chyba wskoczenie do innego świata pozwala mi oderwać się od codzienności.

– To jaka jest ta twoja straszna codzienność? Studiujesz?

Nieświadomie weszła na grząski grunt. Być może w jej świecie, jaki by nie był, studiowanie stanowiło naturalną kolej rzeczy po technikum albo ogólniaku. W moim niestety nie. Chciałem iść na studia, ale potem moje życie rozpadło się na tysiące krwawych kawałków i rzeczywistość zmieniła się w koszmarny sen.

– Niestety nie. Pracuję – odpowiedziałem krótko w nadziei, że zakończę temat, ale dziewczyna wyraźnie zamierzała go kontynuować. Już wciągnęła lekko powietrze i otworzyła usta, żeby zapytać gdzie. – W firmie ojca – ubiegłem ją, przy okazji dumnie tytułując nasz tonący okręt firmą. – A ty? – szybko przeszedłem do kontrofensywy. – Co studiujesz?

Luiza spuściła wzrok na szklankę z koktajlem. Uśmiech zdawała się utrzymywać już tylko na siłę, dla zachowania pozorów. Zamilkła. Zrobiło się niezręcznie.

– Poruszyłem drażliwy temat?

Od udzielenia odpowiedzi uratował ją wibrujący telefon. Chwyciła go natychmiast.

– Przepraszam, pilne.

Domyślałem się, że nawet gdyby dzwoniła jakaś namolna akwizytorka i chciała zaprosić na laparoskopię połączoną z losowaniem telewizora, dla Luizy rozmowa i tak byłaby pilna.

– Już się skończyło? – spytała, pomijając jakiekolwiek cześćlub halo. – Dobra, jestem za dwie minuty – skończyła rozmowę. – Wybacz – zwróciła się do mnie – dzwoniła mama. Przyjechała po Melę, po mnie również. Czekają przed knajpą. Muszę iść. Obiecałam tacie, że wrócimy razem. Świruje po śmierci Anety i nie mogę mu się dziwić. – Wymigała się od odpowiedzi w sposób perfekcyjny. – Dorzucić się do rachunku? – Słysząc tak oczywiste pytanie, mogłem tylko pokręcić głową. – W takim razie bardzo dziękuję. – Wstała, a ja równo z nią.

– Dasz się jeszcze zaprosić na kawę? – spytałem, korzystając z jedynej okazji, żeby przedłużyć naszą znajomość. – Pogadamy o Anecie albo spróbujemy się dowiedzieć, czemu żadne z nas nie trafiło na studia, bez udawania, że to wielki obciach. Dobra?

– Włącz Messengera i podaj mi telefon.

Przypływ szczerości się opłacił. Zrobiłem, o co prosiła. Wygrzebałem komórkę, otworzyłem aplikację i podałem aparat Luizie.

– Proszę. – Oddała go po kilku chwilach. – Wysłałam do siebie wiadomość. Masz już namiar, odezwij się. Cześć.

Pozostało mi obserwować, jak opuszcza lokal. Oprócz mnie za Luizą obejrzeli się jeszcze trzej mężczyźni siedzący przy stolikach. Kiedy wyszła i zniknęła z pola widzenia, poprosiłem o rachunek. Czekając, otworzyłem Messengera. Jej profil wyświetlał się na szczycie wysłanych wiadomości. Miała na nazwisko Ostrowska. Wiadomość, jaką z mojego konta wysłała do siebie, zaczynała się w sposób zbliżony do pisma starożytnych Egipcjan. Emotka buziak, serce, emotka zarumieniona. Dopiero poniżej był normalny tekst. Luiza napisała:

„Dzięki za kawę. Powtórka obowiązkowa. PS Uważam, że jeśli Anety nie porwał tajemniczy kochanek, zrobił to jakiś dobrze zorganizowany wariat. Facet, który dokładnie wiedział, co zamierza, i przygotował atak zawczasu. Ot takie moje luźne przemyślenia. Napisz, co o tym sądzisz”.

5.

W zupełnie innym nastroju niż zawsze wróciłem do swojego betonowego więzienia, które z zewnątrz nie wyglądało najgorzej. Zostało zbudowane jakieś piętnaście lat temu i ciągle uchodziło za w miarę nowoczesne. Składało się z dziesięciu czteropiętrowych bloków i sześciu dziesięciopiętrowców ustawionych równolegle wzdłuż przecinających się wąskich dróżek wewnętrznych. Dominowały zwykłe, choć dość duże mieszkania z pojedynczymi garażami dla wybrańców. Noclegownia typowej klasy średniej, która kupuje tylko jedno mieszkanie w życiu, bo na więcej nie starcza kasy, więc przynajmniej chce, żeby było relatywnie duże. Niedawno wjazd na osiedle został ogrodzony szlabanem, który otwiera kod. W ten sposób wspólnota żywiła mieszkańców złudnym poczuciem bezpieczeństwa i drogiej elegancji.

Wprowadziłem się tu dwanaście lat temu. Dla pryszczatego chłystka osiedle stanowiło dobre miejsce do życia. Podwórko, duże place zabaw, mnóstwo kumpli, osobne pomieszczenia do trzymania rowerów i wypożyczalnia gier w sąsiedztwie. Rodzice też byli zadowoleni, zwłaszcza że zamienili ciasną dwupokojową klitkę dzieloną z dziadkami na przestronne trzypokojowe mieszkanie z wielkim salonem.

Ilekroć parkowałem alfę na wąskim miejscu parkingowym, centralnie pod balkonem naszego mieszkania na parterze, wspominałem tę jedną noc sprzed pięciu lat. Noc, która na długi czas wyssała ze mnie chęć do życia. Dzisiaj było inaczej. W głowie tańczyła roześmiana twarz Luizy. Zadowolony pobiegłem do mieszkania.

Tam czekała kolejna niespodzianka. Przywitał mnie wspaniały zapach smażonego mięsa. Coś, co kiedyś było stałym, choć tylko niedzielnym rodzinnym rytuałem, pięć lat temu przeszło do historii. Mieszkając we dwóch, rzadko pozwalaliśmy sobie na podobne fanaberie. Na codzienne menu składały się posiłki zamawiane w pobliskich Obiadach Domowych. Śniadania i kolacje każdy robił sobie sam. Dominowały parówki i jajecznica. Szczytem ekstrawagancji były sporadyczne wypady na pizzę.

– Cześć, starszy człowieku! – krzyknąłem radośnie, wchodząc do mieszkania. Na prawo od wejścia znajdowało się dwoje drzwi. Sypialnia taty i mój pokój z niewielkim patio, na którym mogłem jarać. Na wprost była łazienka, a po lewej przestronny salon połączony z kuchnią. – Czuję schabowe! Ty jesteś w domu! Co to za okazja? Wygrałeś w totka czy może masz randkę i powinienem wrócić później? – Dziś nawet nie musiałem udawać radosnego tonu. Naprawdę byłem zadowolony jak jasna cholera.

Po tragedii, jaka spadła na naszą rodzinę, tata przestawił się na tryb samotnika. Chyba planował taplanie się w bajorze przeszłości już do końca swoich dni. Ja natomiast uważałem, że nic nie poprawiłoby mu nastroju bardziej niż solidne dymanko i ciągle starałem się mu o tym przypominać.

– Żeby wygrać w totka, najpierw trzeba grać. Sprzedawanie kuponów nic nie daje – z kuchni dobiegł zmęczony głos taty.

Kiedyś ten człowiek kojarzył mi się z uosobieniem ostrości, twardości i silnej ręki. Trzymał mnie na dystans, jakby między nami tkwiła niewidzialna zapora. Nie okazywał uczuć, wymagał posłuszeństwa. Pięć lat temu zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Zrobił się czuły, przyjacielski, miewał przypływy niezwykłej szczerości, a nawet próbował być zabawny. Myślał, że gdy będzie ze mną rozmawiał, łatwiej nawiążemy nić porozumienia.

– Więc czemu zawdzięczam spotkanie twarzą w twarz z martwym zwierzakiem przyrządzonym przez kucharskiego abstynenta? – Na szklanym stole już czekały dwa talerze, butelki z piwem i sztućce.

W pośpiechu umyłem ręce i rozsiadłem się w salonie.

– Traktujesz pogrzeby obcych ludzi jak rozrywkę, co samo w sobie jest przerażające – powiedział tata. – Pomyślałem, że część winy leży w złym jedzeniu i koniecznie trzeba to naprawić.

Tata wiedział o mojej obsesji. Nie miał tylko pojęcia, że przerzucam ją na papier. Wedle jego wiedzy na pogrzeb poszedłem, bo chciałem zobaczyć go z bliska. Poczuć więź z żałobnikami, ewentualnie na własne oczy przekonać się, że inni mają gorzej niż my.

– Nie martw się o moje rozrywki, starszy człowieku. Ja serio zaczynam się niepokoić. Ty plus własnoręcznie przyrządzone żarcie to jak przepis na bombę wodorową. Chcesz mnie wysadzić w powietrze?

Tata podszedł do stołu z patelnią w ręku.

Ten mocno doświadczony przez życie mężczyzna dwa lata temu przekroczył pięćdziesiątkę. Był mojego wzrostu. Prawie szczupły, nie licząc lekkiego zarysu brzucha, który wyrósł od nadmiernej ilości browaru wypijanego przed snem. Miał długą, pociągłą twarz, bardzo poważną. W ostatnim czasie zacząłem dostrzegać coraz więcej zmarszczek. Dramaty i problemy, które każdego dnia przyjmował na klatę, sprawiły, że proces starzenia przebiegał na przyspieszonych obrotach. Włosy miał coraz rzadsze. Kiedyś gęste, ciemne jak moje, w ciągu dosłownie kilku tygodni zrobiły się siwe i tak już zostało. Teraz czesał je na bok lub zostawiał niechlujnie roztrzepane. Żeby zasłonić zniszczoną skórę na twarzy, zapuścił gęstą brodę.

– Nie wysadzić, tylko otruć. Nafaszerowałem schaboszczaka arszenikiem – powiedział żartobliwym tonem. Jego dowcip jak zwykle był wymuszony i nieśmieszny. – Myślisz, że jaki jest powód, dla którego płacę nadgodziny tym leniom zamiast samemu stanąć za ladą? – Nałożył jedzenie na talerze.

Kiedy wprowadziliśmy się na to eleganckie blokowisko, tata akurat odszedł z pracy. Miał dosyć tyrania w firmie rozwożącej catering. Głównym żywicielem rodziny była mama. Tata wynajął lokal handlowo-użytkowy na sąsiedniej ulicy i otworzył w nim minidelikatesy. Coś jak spożywczak z produktami pierwszej potrzeby i monopolka z szerokim asortymentem. Szło mu nawet nieźle, choć robota była ciężka. Ale potem nastąpił wysyp dyskontów i rozpoczęła się walka o przetrwanie.

– No tak, chodzi o robotę… – westchnąłem. – Wal.

Po rodzinnym dramacie tata nakłonił mnie do podjęcia brzemiennej w skutkach decyzji. Wiedział, że robi mi krzywdę, ja też zdawałem sobie sprawę, że kluczowe dla mojego rozwoju lata puszczam z dymem. Ale nie było wyjścia. Nie mogłem go zostawić. Sam zatyrałby się na śmierć, a ja z braku kasy jadłbym śnieg. To miało być przejściowe, a zyskało status niekończącej się opowieści.

– Martyna bierze wolne na kilka dni. – Miał na myśli pracownicę z największym stażem. Już się domyśliłem, co to oznacza, zrozumiałem, czemu tata serwuje mi normalną kolację, tworząc coś w stylu domu, którego już nie mieliśmy. – Będziesz musiał odstać piątek, sobotę i niedzielę.

Byłem wściekły, momentalnie odechciało mi się jedzenia. Stanie w weekendowe wieczory oznaczało obsługę całej okolicznej menelni, dzieciaków klasy średniej wybierających się na miejskie szaleństwa i zacnych mieszkańców blokowiska, którzy soboty spędzali przy wódce, a w niedziele raczyli się piwem. Totalna użerka, zero spokoju, największy ruch w przeciągu całego tygodnia i dwa dni wyjęte z życiorysu. Teoretycznie mieliśmy niepisany układ. Skoro dla pracy w sklepie zmarnowałem szansę na edukację, tata miał nie marnować mi weekendowych wieczorów, żebym mógł choć połowicznie nacieszyć się życiem. Nie po raz pierwszy łamał nasz układ. Za to pierwszy raz z tej okazji przyrządził kotlety.

– Oczywiście mam na myśli drugie zmiany. Ja stanę na pierwszej – powiedział po chwili, widząc moje zmieszanie.

Nie tłumaczył mi, czemu on nie może pracować wieczorem. Podjął decyzję i szlus, taki po prostu był.

– W porządku, tato. – Nie powiedziałem mu, co myślę.

Nie uraczyłem go choćby skrawkiem szczerości. Przeszedł piekło. Tak jak mnie, jemu też w jednym momencie zawalił się cały świat. Musiał walczyć tym, co miał. Nie zasługiwał na moją złość. Dlatego dokończyłem kolację w pozornie dobrym humorze, udając, że stracony weekend w ogóle mi nie przeszkadza. Namawiał mnie na wspólne obejrzenie meczu, ale odmówiłem. Zbytnio się nie zdziwił. Futbol był mi obojętny, ból tłumiłem inaczej. W moim pokoju, zamkniętej enklawie, do której tata, choćby chciał, nie potrafiłby wejść.

6.

Przez kilka długich lat marudziłem rodzicom o odcięciu mojego pokoju od reszty mieszkania. Zacząłem tuż po czternastych urodzinach. Uważałem, że skoro staję się mężczyzną, przysługuje mi prawo do całkowitej prywatności. Tak brzmiał oficjalny powód. Naprawdę chodziło o możliwość swobodnego oglądania nagich dziewczyn w sieci i zaspokajania nastoletniej burzy hormonów bez ryzyka niezręcznej wpadki. Chciałem wstawić osobne drzwi i zamek, do którego tylko ja będę miał klucze. Żadne z rodziców nie chciało nawet rozpocząć negocjacji. Mimo to regularnie ponawiałem swoją prośbę.

Gdy zostaliśmy sami, tylko raz zadałem tacie to pytanie. Rok po tragicznych wydarzeniach, kiedy zacząłem dochodzić do siebie. Kazał przyrzec, że nie chcę sobie nic zrobić ani nie zamierzam potajemnie brać narkotyków. Przyrzekłem, kładąc rękę na fotografii mamy. Zgodził się. Zdawał sobie sprawę, jak bardzo potrzebna mi prywatność. Teoretycznie powinienem był szykować się do studiów i akademika lub wynajmu mieszkania. Widocznie uznał możliwość izolacji za swego rodzaju rekompensatę. W tamtym czasie już nie zależało mi na nagich laskach w komputerze, potrzebowałem idealnego miejsca do tłumienia bólu. Niemal od razu zabrałem się za remont, usuwając wszystkie ślady przeszłości.

Pokój od reszty mieszkania oddzielały teraz grube antywłamaniowe drzwi. Żeby wejść, musiałem otworzyć dwa zamki. Zawsze gdy chwytałem za klamkę, czułem na plecach wzrok taty. Ciekawiło go, co kryje się w środku, ale nie miał szans się dowiedzieć. Dzięki roletom zewnętrznym w pokoju zawsze panowała ciemność, światło włączałem dopiero po wejściu do środka, choć nawet ono nie dawało pełnej jasności. Tradycyjne żarówki pomalowałem na fioletowo. Zasłaniały je czarne klosze. Czerń i fiolet były barwami dominującymi. Rolety podnosiłem tylko po to, żeby czasem wyjść na szluga.

W środku w nosie zakręcił mi ten sam zapach co zawsze. Pot, napoje gazowane i lekki aromat fajek, który przedostawał się do środka. Samo pomieszczenie było niewiele mniejsze od dawnej sypialni rodziców, obecnie samotni taty. Na lewo od wejścia, przy ścianie pokrytej czarno-białą tapetą, stało łóżko. Sypiałem na nim, odkąd skończyłem trzynaście lat. Na podłodze walały się puszki, plastikowe butelki, kilka papierków po batonikach i rozrzucone notatki. Odkurzałem średnio raz w miesiącu, jeszcze rzadziej używałem mopa. Dalej za łóżkiem znajdowały się biurko, fotel obrotowy i średniej klasy komputer. Korzystałem jedynie z przeglądarek internetowych i programu do pisania. Na parapecie jak zawsze leżała paczka fajek i zapalniczka. Po prawej stronie od wejścia stała pomalowana przeze mnie na czarno szafa i również czarne regały z książkami. Kiedyś te meble miały kolor mahoniowy. Ponieważ rzadko wietrzyłem pokój, długo utrzymywał się zapach farby. Na ścianie przed drzwiami tarasowymi wisiała nietypowa tapeta będąca świadectwem moich obsesji. Nazywałem ją Tapetą Inspiracji.

Przerażające zdjęcia ośmiu martwych kobiet wisiały równiutko jedno obok drugiego. Wszystkie w kolorze, wykonane przez policyjnych techników, którzy na miejscach zbrodni ujęli najgorsze detale. Zdjęcia były niedostępne dla opinii publicznej. Tata nie miał pojęcia, że udało mi się je zdobyć, a raczej swego czasu uprosić możliwość ich przejrzenia. Dwie minuty sam na sam z fotografiami wystarczyły, żebym uwiecznił je w swojej komórce, a potem wydrukował. Nad kobietami znajdowało się zdjęcie mężczyzny, który długo nie schodził z medialnego piedestału. Był gwiazdą w pełnym znaczeniu tego słowa. Wokół zbioru fotografii przykleiłem kilkadziesiąt stron wyrwanych z książki, której spore fragmenty znałem na pamięć.

Każdy powrót do pokoju zaczynałem od tapety. Potrafiłem gapić się na nią godzinami, torturując myśli i jednocześnie próbując pogodzić się z tym, na co już nie mam wpływu. Ale dziś nie musiałem stać i oglądać tych okropnych rzeczy. Miałem znacznie ciekawszą sprawę do zlustrowania.

Od razu po zamknięciu drzwi rzuciłem się na łóżko i zagłębiłem w facebookowy profil Luizy Ostrowskiej. Oprócz profilówki miała tylko dwa ogólnodostępne zdjęcia. Jedno takie samo jak główne, tylko z nakładką na Dzień Niepodległości, i drugie, na którym stała oparta o biały rower – holenderkę. Jeszcze siedząc w knajpie, obmyślałem, co i kiedy odpiszę Luizie. Zanim wszedłem do domu, obiecywałem sobie, że nie zrobię tego wcześniej niż jutro. Przechodząc do Messengera, szybko złamałem postawiony sobie samemu zakaz kontaktu.

Oskar: „Najlepsza kawa, jaką piłem od dawna, a pijam jej dużo. Kwestia towarzystwa decydująca. Powtórka, kiedy tylko zechcesz, choćby zaraz”.

Trochę przesadziłem, nie należało aż tak się przed nią ślinić, ale gdy mała główka przejmuje kontrolę nad dużą, błędy są nieuniknione. Przez następne minuty wpatrywałem się w ekran telefonu. Przeczytała wiadomość, ale ciągle nie odpisywała. W końcu przypomniałem sobie, że przecież miałem wygłosić swoją opinię na temat jej przyprawiającej o dreszcze teorii.

Oskar: „Czyli uważasz, że naszą denatkę mógł chapnąć wariat pokroju Zodiaka albo gwałciciela z Hillside? Odważna i niegłupia teoria panny Jane Marple”.

Nie minęła minuta, a na ekranie pojawił się falujący trzykropek pisanej odpowiedzi.

Luiza: „Jeśli zgadzamy się z Melą, że Aneta nie miała romansu, a została porwana z osiedla, gdzie miała do przejścia jakieś trzysta metrów, i nikt nic nie widział, to musiała pójść jakaś akcja zorganizowana. Szybko i konkretnie. Ewentualnie Antek nigdy jej nie odwiózł do domu…”.

Po chwili dodała krótki tekst upiększony emotką trzymającą kawę.

Luiza: „Szybka powtóreczka mile widziana i nie musimy zaczynać od cmentarza”.

Zachęcony jej aktywnością brnąłem w rozmowę.

Oskar: „Skoro spekulujemy, podstawowe pytanie powinno brzmieć: Jak ten cały Zodiak ją wypatrzył?”.

Na następną odpowiedź czekałem klika minut.

Luiza: „Obstawiałabym Potter’s. Ona ciągle się tam kręciła z Antkiem. Pewnie w 90% przypadków odwoził ją nachlany do domu. To pozwala zabójcy na obserwację dziewczyny. Pomaga też stworzyć pewien schemat. Choć kluczowa wydaje się sprawa samej metody zabójstwa. Coś jest na rzeczy, skoro policja za nic nie chce powiadomić opinii publicznej o sposobie, w jaki Aneta została zabita. Nie mówią też nic o gwałcie przed- lub pośmiertnym. Nie wiadomo, w jakich warunkach była przetrzymywana, a pamiętaj, że zabójca przebywał z nią minimum dobę. Mela jest dość blisko z Antkiem, jednak jemu też nikt nic nie powiedział. Nie mówiłam ci tego wcześniej, ale pierwszy raz przesłuchiwali Antka jako podejrzanego, nie jako świadka. Szybko się wybronił żelaznym alibi, ale nawet wtedy nie zapoznali go ze szczegółami jej śmierci”.

Specjalnie mnie to nie zdziwiło. Chłopak zamordowanej musiał pójść na pierwszy ogień, zwłaszcza po cudownej laurce, jaką zapewne wystawili mu rodzice dziewczyny. Ale mnie coś innego nie dawało spokoju.

Oskar: „Co z dziadkiem? Zabójca podrzucił jej zwłoki pod firmą, w której pracował staruszek. O tym, że to emerytowany milicjant, wiedzą wszyscy. Może to jakieś osobiste porachunki? Wiesz, wsadził za kraty kogoś, kto po latach postanowił się zemścić i wybrał taką perfidną metodę?”.

Kolejną wypowiedź dziewczyna zaczęła od serii płaczących ze śmiechu emotek.

Luiza: „Daj spokój, facet był dzielnicowym! Potem robił w drogówce! Kogo on mógł zamknąć? Pirata drogowego… Za niski szczebel, choć też się zastanawiam, czemu właśnie tam zabójca podrzucił zwłoki. Może to czysty przypadek? A może po prostu kawał z niego dowcipnisia”.

Oskar: „Może. Interesujesz się zbrodniami?”.

Zapytałem trochę z ciekawości, ale głównie dla podtrzymania rozmowy. Snucie teorii zaczynało mnie nużyć. Dużo bardziej chciałem poznać Luizę.

Luiza: „Sporadycznie. Ta mnie zaintrygowała, bo dotyczy osoby, z którą miałam bezpośredni kontakt. W przeszłości tata był zafascynowany Kobrą. Czytał nawet słynną książkę Kisielewicza, więc trochę się wkręciłam, choć te sprawy to domena Meli. Teoria o zorganizowanym wariacie też wyszła od niej. Wiesz, fani Kobry tak mają, wszędzie widzą psychopatów”.

Nawiązanie do jedynego seryjnego mordercy w historii naszego miasta sprawiło, że zerwałem się na równe nogi. W ogóle nie przejmując się otwartą konwersacją, zostawiłem komórkę i wyszedłem na papierosa. Fajkę wypaliłem w tempie pendolina. Zaraz sięgnąłem po kolejną, głównie dla uspokojenia nerwów i niejako na zapas. Kiedy wróciłem, Messenger wyświetlał dwie wiadomości od jednego użytkownika.

Luiza: „Zaciekawiło mnie twoje hobby. Nie znam zbyt wielu osób, które piszą opowiadania o morderstwach. Właściwie to nie znam żadnej”.

Luiza: „Myślałam o naszej kolejnej kawie i wpadłam na pewien pomysł. Jesteś zmotoryzowany, prawda? Zróbmy tak: niedziela, popołudnie, wycieczka do Miasta Aniołów? Kręgle, obiad, może kino?”.

Po ostatniej wiadomości ozdobionej kilkunastoma emotkami zaśmiałem się w głos. Pisząc „Miasto Aniołów”, miała na myśli kompleks rozrywkowy znajdujący się w trzystutysięcznej metropolii oddalonej od naszego miasta o pięćdziesiąt kilometrów. Taki wypad oznaczał gwałt analny na budżecie, ale ze względu na Luizę byłem w stanie się poświęcić. Zawsze zostawało mi w odwodzie kilka organów na sprzedaż. Podobno na nerki i wątroby zawsze jest popyt. Drżąc z emocji, odpisałem.

Oskar: „Brzmi jak przepis na niedzielę doskonałą! O której i gdzie?”.

Nie kazała mi długo czekać na odpowiedź.

Luiza: „O siedemnastej, u mnie. Zaraz wyślę ci adres. Jesteśmy ustawieni na staroświecką randkę”.

Budżet był częściowym problemem, znacznie trudniej przedstawiało się wyrwanie z pracy. Na szczęście Luiza pobudzała moją kreatywność, a w głowie urodził się pewien plan.

Oskar: „Jeśli okaże się zbyt staroświecka, zawsze możemy pojechać na cmentarz zobaczyć jakiś pogrzeb”.

Po chwili Luiza przesłała adres i pożegnaliśmy się.

Gdy tylko rozmowa dobiegła końca, wybrałem numer Saszy. Był to nasz nowy ukraiński pracownik. Świetny w magazynie lub przy wnoszeniu towarów. Do stania za ladą nadawał się tak jak ja do prowadzenia wykładów o kosmosie. Mimo to był moją jedyną alternatywą. Zaproponowałem mu półtorej stówki pod stołem w zamian za tajne zastępstwo w niedzielne popołudnie. Wiedziałem, że sporo ryzykuję, tata mógł w tym czasie zajrzeć do sklepu, a Sasza rozdawać browary za darmo, ale miałem dosyć gównianej roboty w spożywczaku.

Beznadziejne życie zawodowe to i tak pikuś w porównaniu z marnowaniem intymnej sfery mojej codzienności. Nowo poznana dziewczyna skłaniała do ryzyka. Podekscytowany, przed zaśnięciem uciąłem sobie szybką pogawędkę z „Ewą Rączkowską” i profilowym zdjęciem Luizy, fantazjując o czekającej nas randce. Kiedy w niedzielę szykowałem się do wyjścia, temat Anety Borkowskiej w lokalnych mediach zdążył zejść na dalszy plan. Pojawiła się znacznie ciekawsza konkurencja.

7.

Jadąc na nieprzyzwoicie drogie przedmieścia, na których wedle nawigacji mieszkała Luiza, miałem okazję obserwować totalne oplakatowywanie miasta. Zorganizowane grupki nastolatków, pojedynczy wolontariusze, dorosłe małżeństwa, a nawet kilka zakonnic rozwieszało białe prostokątne kartki A4 z kolorowym wydrukiem przedstawiającym zdjęcie Marysi Treleckiej, nowej medialnej gwiazdy. Miasto zdawało się zapomnieć o zamordowanej Anecie dosłownie z dnia na dzień. Miało nową, ciągle żywą bohaterkę.

Szesnastoletnia Marysia Trelecka uczęszczała do jednego z najlepszych liceów w mieście. Była zgrabną, wysportowaną blondynką. Grała w tenisa, chodziła na basen, uczyła się pilnie, wyróżniała się niesamowitą urodą. Lubiła pozować i chwalić się wyglądem. Piętnaście tysięcy followersów na Instagramie wyznaczało limit jej popularności.

W piątek wieczorem, jak zawsze, tata odebrał ją z lekcji gry na fortepianie i odwiózł do domu. Dziewczyna nie chodziła na dyskoteki, wieczorami grzecznie kładła się spać. W sobotę rano, gdy rodzice weszli do jej pokoju, zastali otwarte okno i puste łóżko. Policja od razu wszczęła poszukiwania. Ucieczka z domu nie wchodziła w rachubę. Żadna szesnastolatka nie ucieka w pidżamie bez komórki i kosmetyków. Sprawa, wraz ze szczegółami, została natychmiast nagłośniona, a akcje społeczne miały gigantyczny zasięg. Każdy chciał znaleźć zaginioną nastolatkę. Ludzie spekulowali. Porwał ją zboczeniec? Miała tajemniczego chłopaka? A może chodzi o okup, bo Marysia pochodziła z bardzo bogatego domu?

Sam dowiedziałem się o niej przypadkiem. W sobotnie popołudnie podczas największej sklepowej harówy odwiedziła mnie para nastolatków z zapytaniem o możliwość powieszenia plakatu przed wejściem. W normalnych okolicznościach powinienem ślinić się ze szczęścia, szukać inspiracji, stworzyć opowiadanie, w którym wymyślam, co spotkało lokalną ślicznotkę. Tymczasem w ogóle nie obchodziły mnie sprawy zaginionych i zamordowanych lasek. Miałem własne problemy.

W niedzielę za ladą stałem do piętnastej. Potem zamknąłem sklep na kwadrans, żeby wyjaśnić Saszy, co ma robić. Wałkowaliśmy kilkanaście razy obsługę kasy fiskalnej, nabijanie towaru, płatność kartą i pozostałe ruchy niezbędne do prowadzenia sklepu. Nie wiem, czy coś zrozumiał.

– Dam radę – powtarzał w kółko bez przekonania. Sam w podobny sposób nieraz próbowałem pokazać nauczycielom, że kumam, o co im chodzi, choć w rzeczywistości nie miałem zielonego pojęcia. Na koniec Sasza zażądał dodatkowej stówki za milczenie. – Jak szef mnie przyłapie, stracę robotę. Ty co najwyżej dostaniesz pasem po dupie. Ryzyko kosztuje – stwierdził, wyciągając łapsko po szmal.

Przystałem na jego warunki. W kwestii randki z Luizą obowiązywała wersja no limit. Kasą zamierzałem martwić się później.

Pod dom Luizy przyjechałem punktualnie. Wysłałem jej krótkie „jestem” i czekałem, aż wyjdzie. Stojąc pod jej domem, zacząłem się zastanawiać, co ja tu robię w starej alfie, z trzema stówkami w portfelu. Jej rodzina musiała być srogo zarobiona. Chata prezentowała się imponująco. Piętrowy zameczek, tylko w rozmiarze XS. Nowoczesne budownictwo, żółta elewacja, kawał terenu. Idealne miejsce do bycia nastoletnią laską wiodącą beztroskie życie. Aż mnie ciarki przeszły na myśl, że w podobnym raju mieszkała Marysia Trelecka, a jednak ten raj nie uchronił jej przed zniknięciem.

Złe myśli wyparowały wraz z otwierającą się furtką. Zapomniałem o problemach, jakie na mnie spadną po powrocie do sklepu, i o tym, że właśnie umawiam się z dziewczyną grającą w zupełnie inne lidze. Wystarczyło na nią spojrzeć, żeby nabrać przekonania, że nieosiągalne nie istnieje. Luiza wyglądała obłędnie. Szara, przylegająca do ciała sukienka ze sznurkami na dekolcie kończyła się tuż nad kolanami. Kręcone włosy opadały na prawe ramię, usta pomalowała na wściekle czerwony kolor. Sportowe buty kontrastowały z wyzywającym wyglądem i robiły za lekką domieszkę niewinności.

– Cześć, Why so serious – powiedziała, wsiadając do auta. Wnętrze natychmiast wypełnił delikatny zapach waniliowych perfum. – Przeczytałam twoje opowiadania, mrożą krew w żyłach. – Nachyliła się i pocałowała mnie w policzek. – Martwe piękno zdecydowanie najlepsze. – Miała na myśli historię dziewczyny, którą porwał nastoletni syn grabarza, żywcem zatopił w formalinie, a potem traktował jej zwłoki niczym żonę. Chłopak uważał, że była zbyt piękna, żeby się zestarzeć.

– Gotowa na podbój Miasta Aniołów? – błyskawicznie zmieniłem temat. Rozmowa o opowiadaniach za bardzo mnie krępowała.

– Gotowa i nakręcona. – Klasnęła w dłonie. – Jedziemy!

Przekręciłem kluczyk w stacyjce.

– Wiem, że to nie najlepsza okazja, ale skoro trzymamy się mrocznych klimatów, słyszałeś o Marysi Treleckiej? Niezła jazda w tym naszym mieście. – Luiza zdawała się mieć z góry nakreślony plan konwersacji.

– Taaa, sezon na nastolatki… – powiedziałem od niechcenia, gdy minęliśmy kolejny słup z przyklejonym plakatem. Przyszło mi na myśl, że rodzice Marysi musieli mieć świetne układy w drukarni i dodatkowo prowadzili jakąś sektę. Tyle plakatów i ludzi do darmowej roboty w sobotę i niedzielę? Aż się wierzyć nie chciało.

Luiza na moment zamilkła. Już miałem zmienić temat i podpytać, czemu nie poszła na studia, kiedy wnętrze auta wypełnił głośny elektroniczny pisk przypominający PC Speakera, najstarszy system dźwiękowy w pecetach. Kierownica z leciutkiej jak piórko zrobiła się ciężka niczym głaz. Ledwie ją opanowałem na zakręcie. Konsolka przy licznikach rozbłysła czerwonymi diodami alarmowymi. Z trudem zjechałem na przystanek autobusowy.

– Co się stało? – spytała wyraźnie zdezorientowana dziewczyna.

Wiedziałem, co się stało – wypad do Miasta Aniołów został anulowany. Randka moich snów dobiegła końca po niecałym kilometrze.

– Kurwa! Niech cię szlag trafi! Jebana alfa! – Zamiast odpowiedzieć Luizie, darłem się wniebogłosy, opierniczając samochód. Alfa wybrała najgorszy moment na zepsucie się. – Głupi, pieprzony rzęch! – Swoją złość podkreśliłem, uderzając nawiewy klimatyzacji.

– Uspokój się. – Poczułem delikatną dłoń Luizy na ramieniu. – Tracisz zimną krew.

Wyobraziłem sobie, że ta sama dłoń mogła mnie dotykać przez pięćdziesiąt kilometrów jazdy, kilka godzin w centrum rozrywki i kolejne pięćdziesiąt kilometrów z powrotem. Dostałem szału niemocy.