Inna - Max Czornyj - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

„Jestem porywaczem, a może również mordercą”.

Mikołaj Popławski budzi się w luksusowej rezydencji nad Bałtykiem. Poza swoim imieniem i nazwiskiem nie pamięta niemal niczego. W piwnicy odnajduje skrępowaną kobietę. Czy to możliwe, że jest porywaczem? Czy odważy się zdjąć knebel z ust dziewczyny, aby usłyszeć o sobie prawdę?

Kilka rezydencji dalej, matka czeka na powrót swojej córki. Być może nie ma się o co martwić. Może wszystko jest w porządku, a niewinna zabawa trwa w najlepsze.
Ale matka wie. Matka czuje i wie.

Na bezpiecznym, luksusowym osiedlu Baltic Resort doszło do potwornej zbrodni.
Ale nikt o tym jeszcze nie wie. I może nigdy się nie dowie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 264

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Aleksandrze, która tchnęła życie w ten tytuł

Jedyny sposób, żeby uwolnić się od pokusy, to jej ulec.

George Bernard Shaw

A ci, którzy tańczyli, zostali uznani za szalonych

przez tych, którzy nie słyszeli muzyki.

Fryderyk Nietzsche

Wyobraź sobie, że się budzisz i nie pamiętasz ostatnich lat własnego życia. Co przez ten czas robiłeś, gdzie pracujesz ani – z kim przestajesz. Skonsternowany, przytłoczony milionem pytań, włóczysz się po wielkiej rezydencji i trafiasz na przerażający widok. Na piękną nagą kobietę. Nie, to nie ona jest przerażająca, ale fakt, że została skrępowana, a w usta ma wciśnięty wymyślny knebel.

Teraz przychodzi czas na prawdziwe pytania.

Czy jesteś mordercą? Zwykłym porywaczem? A może to wszystko jest tylko seksualną zabawą?

Odważysz się zdjąć knebel, aby usłyszeć prawdę o sobie?

Czy raczej dasz się ponieść instynktom?

OSIEDLE BALTIC RESORT, GDZIEŚ, DZIŚ, PRZED CHWILĄ

Od dwóch dni leje. Jak to nad polskim morzem.

Przesuwam po biurku maszynę do pisania: najnowszy model laptopa, marki… no, mniejsza z tym. Patrzę przez okno. Podobne do wszystkich okien na tym osiedlu, podzielone jednym szprosem pionowym i dwoma poziomymi. Przez sześć kawałków szyby gapię się na nasączony jak gąbka trawnik. Chyba niedawno go kosiłem, lecz już widzę niedoskonałości. Cholernie nierówne pasy. Zboczenia.

Miejsc, w których straciłem równowagę, nie da się ukryć. Nie da się również ukryć poprawek i drugich podejść. Koła kosiarki zawsze pozostawiają ślady. Wyryte w mózgu głębokie koleiny na trasie, którą się pokonało. Wzdłuż czy wszerz? Z tym zawsze mam problem.

Zerkam na leżącą obok książkę i od razu przypominają mi się słowa ciotki.

„Używaj zakładek. Jeśli będziesz zostawiał książki w ten sposób, porozklejają się, a potem na pewno rozpadną”.

Nieważne, dlaczego je pamiętam, ale prześladują mnie przez całe życie. Dobrze, ciociu.

Wyciągam z podajnika drukarki kartkę i od linijki odrywam jej równy kawałek. Kawałki muszą być równe. Wkładam jeden z nich do książki, sprawdzam, czy nie ma rozklejeń, i spokojnie odkładam ją na bok. Nie rozkleiła się. Jeszcze nie tym razem.

Za oknem bez przerwy ulewa. Deszcz bębni o rynny, o blaszany parapet i o solidną dachówkę. Sennie jest. Wakacyjnie i bardzo sennie. W kominku trzaska drewno, aromatyczna lipa. Lubię aromat sosny, ale sosna zawsze obkleja palenisko żywicą. Lipa musi więc wystarczyć.

Właściwie obyłoby się bez palenia, aż tak zimno na dworze przecież nie jest, ale lubię odrywać się od pracy i patrzeć w ogień. To podobno pierwotne, atawistyczne uczucie. Prapradziadowie naszych pradziadów siadali w jaskiniach wokół ognisk, snując pradawne opowieści. Widać byli bardziej odporni na zaczadzenia niż dzisiejsza młodzież zamykająca się romantycznie w garażach.

Patrzenie w ogień to atawistyczne uczucie. Podobnie jak to, że opowiadaną historią mogę przesłać wprost do Twojej wyobraźni. To, co właśnie wystukuję na klawiaturze laptopa i co jest obrazem w moim umyśle, teraz staje się również Twoim wyobrażeniem. Jeszcze nie wiem, do kogo trafi ten dziennik. Jeszcze nie mam co do tego koncepcji ani zielonego pojęcia.

Ale wkrótce będę miał.

Za oknem jest ta sama pora co u Ciebie. Przecież nie ma znaczenia, czy określę ją środkiem nocy, czy dniem. Ja siedzę tu, a Ty tam.

Oprócz zapachu palonego drewna lubię również aromat kawy. Nie znoszę za to jej smaku. Lubię stawiać przed sobą na biurku filiżankę z espresso, lubię się nią inhalować, ale na samą myśl o przełknięciu napoju robi mi się niedobrze. Kawa smakuje zaszczanym węglem. Dla jasności, nigdy nie jadłem zaszczanego węgla, lecz jestem przekonany, że ma identyczny posmak.

Dość o tym, bo zaraz zwrócę obrzydliwą, tłustą jajecznicę na boczku, której nie lubię tylko wtedy, gdy się nią przejem. A mam wrażenie, że ile razy najdzie mnie na nią ochota, dorzucam jeszcze dwa jajka. A potem kolejne dwa. W końcu łapczywie pochłaniam całą misę doskonale wymieszanej jajecznej papki. Nie lubię też, gdy żółtka są oddzielone od białek.

Ogień powoli dogasa, ostatnie polana z trzaskiem pękają i rozpadają się na żarowy miał. Trudno. Trzeba zejść do piwnicy. Trzeba zejść na dół.

Wstaję, choć wstawać teraz wcale nie mam ochoty. Wolałem ciszę, stukot deszczu i trzask drewna. Zostawiam to tylko na chwilę.

„Od każdej miłości trzeba odpocząć” – powiedział ktoś całkiem filozoficznie.

Chyba miał rację.

Z laptopa muszę się przenieść na telefon. Muszę dalej pisać, żeby w chwili, kiedy zapomnę, móc wrócić do swojego początku. Prawdę mówiąc, nie mam bladego pojęcia, dlaczego to robię.

[→ notatka przeniesiona na telefon komórkowy]

[→ notatka kontynuowana na telefonie]

Właściwie to dobrze, że nie ciągam się z tym całym sprzętem. Komórkę wymyślił ktoś mądry, ale udoskonalił – ktoś naprawdę wybitny. Mogę wciąż pisać, robić notatki, a przy tym oświetlać sobie drogę latarką.

Podważam rant płytki i delikatnie ją odsuwam. Tak by nie została żadna rysa. Żaden widoczny ślad.

To bardzo ważne.

Jeszcze ważniejsze od tego, żeby przy koszeniu starać się unikać jakichkolwiek poprawek, o czym ciągle zapominam. Muszę gdzieś umieścić karteczkę samoprzylepną.

Odciągam ukryty właz do schronu przygotowanego na wypadek, gdyby nad Bałtykiem pojawiły się huragany podobne do tych pustoszących amerykańskie wybrzeża. Opowiadał mi o tym poprzedni właściciel, ale to także pamiętam jak przez mgłę. Jak przez okno, w którym jest więcej szprosów niż szkła.

Schodzę na dół ostrożnie, zapisując to zdanie dokładnie w pół drogi. Stopni jest siedem, więc stoję na czwartym, licząc zarówno od góry, jak i od dołu.

Czas ruszać dalej.

W piwnicy śmierdzi wilgocią, rdzą i mokrym kamieniem. To przez tę cholerną ulewę. Woda nasącza trawnik, a potem wsiąka w chropawe mury fundamentów. Jeszcze kilka dni, a wilgotność wzrośnie na tyle, że do rozpalenia kominka będę potrzebował benzyny. Rozpalanie benzyną daje przykry aromat, który utrzymuje się stanowczo zbyt długo.

Do tego, u licha, mamy wakacje! Sto metrów stąd, na plaży, zamiast kałuż powinny znajdować się bicepsy i piersi. Ale chrzanić to. Nie mój cyrk, nie moje małpy.

Oświetlam latarką pierwsze pomieszczenie. Znajduję się dokładnie pod kuchnią, o czym przypomina mi szereg przestarzałych zaworów. „Teraz tak się nie buduje, ale to porządna metoda” – powiedział mi agent nieruchomości, gdy kupowałem ten dom. Nie wiedział, że wcześniej właściciel zdradził mi, ile majstrował przy swoim schronie.

To są wspomnienia sprzed lat. Nie muszę ich spisywać, bo choć schowane za mgłą, przynajmniej istnieją.

Mijam metalową szafkę z narzędziami, ze sprzętem ogrodowym, szlauchem i szpargałami, których nigdy nie miałem czasu przejrzeć. Dotykam zimnej, lodowatej tafli stalowych drzwi. No tak, zapomniałem o kłódce.

Szukam klucza, bo gdzieś z tyłu głowy przewija się myśl, że noszę go zawsze przy sobie. W kieszeniach spodni? Nie. W małej kieszonce na piersi? Również nie.

Znajduję go przez przypadek. Jest tak mały, że w ogóle go nie czułem, a pewnie też dlatego nie schowałem go do kieszeni. W załamaniach materiału mógłby się po prostu zgubić. Dlatego przytroczyłem go sznurkiem do szlufki i przywiązałem do klamry paska.

Sprytna metoda, choć efekt nie rzuca się w oczy tak, jak bardzo bym chciał.

Wkładam klucz do dziurki, powoli przekręcam i z radością wyczuwam, że mechanizm ustępuje. Tam jest drewno. Tam jest materiał na moje domowe ognisko, przy którym będę mógł spisywać historie.

Popycham ciężkie drzwi i oświetlam małe, pomalowane na biało pomieszczenie. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że to nie farba pokrywa ściany. Zostały one starannie wyłożone grubą warstwą styropianu, z którego łączeń wypłynął czerwony klej. Przypomina krew skapującą z czaszki po trepanacji.

Boże!

W kącie tej nory siedzi naga, skulona dziewczyna. Mruży oczy, zasłania je dłońmi, odwraca głowę, jej spojrzenie ucieka, ucieka... Ma zmierzwione lisie włosy, opuchnięty policzek i małe, naprawdę małe, niemal dziewczęce piersi. Nagle wszystko sobie przypominam.

Szczapy drewna trzymam w altance na podwórzu, a tutaj jest miejsce tylko dla niej. To jej prywatne królestwo.

– Cześć, Izabel, moja najdroższa – witam się z nią ze łzami w oczach, szczęśliwy, że na moment odzyskałem wspomnienia. – Tak bardzo cię kocham...

OSIEDLE BALTIC RESORT, GDZIEŚ, DZIŚ, PRZED CHWILĄ

Życie to gra dwustronna. Nie jak szachy, ale jak te kurtki, które można założyć puchem do środka lub na wierzch. Przynajmniej ja widzę je właśnie w ten sposób.

– Jak bardzo mnie kochasz, Izabel? – pytam niemal szeptem, żeby jej nie przestraszyć. Nie chcę, żeby się bała.

– Wypuść mnie! Proszę! Przecież nic ci nie zrobiłam...

Skomle. A ja nie lubię skomlenia. Jedną dłonią wystukuję tekst, a drugą nerwowo masuję się po udzie. Nie pamiętam, skąd się wzięła długa, chaotycznie zszyta rana. Choć przy Izabel pamiętam więcej niż wcześniej, to jednak i tak nie wszystko.

Szwy zaczynają swędzieć, a przecież nie swędziały. Szlag. Szlag. Szlag.

– Powiedz, że mnie kochasz.

– Kocham cię, kocham, tylko...

– Ciii... Żadnego tylko.

Przyzwyczaiła się już do światła na tyle, żebym mógł świecić prosto na nią. Nie krzywi się i nie mruży oczu. Wie, że machnięcia latarką są jak machnięcia batutą. Nie można ich przerywać.

– Wstań – proszę, a może też trochę jej każę. – Wstań, kochanie.

Najpierw niepewnie się odsuwa, dotyka pokrytego utwardzaczem styropianu i zastyga w bezruchu. Sprawdza mnie. Sprawdza, czy może mi zaufać.

– Nie bój się. Śmiało, wstawaj – zachęcam ją coraz bardziej niecierpliwie. Nie wiem, na jak długo starczy mi baterii telefonu. Czerwone dziewięć procent. To chyba dość mało. Gdybym pamiętał, jak długo trzyma ten model. Ale znam go tak naprawdę dopiero od paru godzin.

Izabel podnosi się opieszale, rozciągając ścięgna i mięśnie.

– Chyba mówiłem, żebyś nie siedziała tak długo w jednym miejscu. Cała drętwiejesz.

Chyba mówiłem, bo nie do końca to pamiętam.

– Mówiłem? – dopytuję.

– Tak, tak – zapewnia, a ja, nie wiedzieć czemu, niezbyt jej wierzę.

Stoi naprzeciwko mnie, nieco dalej niż na długość ramienia, i jedną ręką zakrywa maleńkie piersi, a drugą – łono. Mierzy jakieś pięć i pół stopy, czyli po ludzku ma nieco ponad metr sześćdziesiąt wzrostu, kruchą budowę ciała i długie nogi. Pępek ma mocno wklęśnięty, żebra – odsłonięte, a brzuch – zapadnięty. Kiedy jadła? Kiedy ją karmiłem? Szlag by to trafił, ale nie jestem pewny.

W kącie, obok łańcucha, który prowadzi do jej nogi, leży metalowa psia miska. Jest pusta. Przenoszę na nią światło latarki, upewniam się, ale – bez dwóch zdań – w środku nie ma nawet śladu jedzenia. W drugiej, nieco mniejszej, widzę skrzącą się wodę. Świeżą?

– Nie ruszaj się – nakazuję.

Podchodzę do miski, nachylam się i wącham. Cuchnie. Ale to nie woda cuchnie, tylko kał, bo biedna Izabel właśnie popuściła. Czyli coś jadła. Oświetlam ją i przyglądam się, jak się kuli, ze strachu, ale chyba też nieco ze wstydu.

– Nic się nie stało, kochanie. – Szukam w kieszeniach chusteczek, ale znajduję tylko dwie monety. Zdążyłem o nich zapomnieć, odkąd przetrząsałem ubranie w poszukiwaniu klucza. – Nic się nie stało. Nie krępuj się, to przecież całkiem normalne. Miłość jest od zawsze odporna na obrzydzenie, na chorobę, ból i problemy. Nie możemy się siebie wstydzić. Na starość być może będziemy musieli sobie podcierać pośladki, wkładać czopki, a może nawet – wyciskać krosty. Choć chyba nie. Krosty, zdaje się, to problem dzieciństwa?

Izabel nie wygląda na rozbawioną tym prostackim dowcipem. Jeszcze się przyzwyczai. Raczej nie będzie miała innego wyjścia, choć zdaję sobie sprawę, że słuchanie w kółko tych samych żartów może być męczące.

– Na starość może będziemy musieli... – Rozbawiony, chciałem powtórzyć to, o czym mówiłem przed chwilą, ale widzę, że Izabel drży.

Z jej oczu płyną łzy, a pod nosem zbierają się smarki.

– Zimno ci?

– T-tak.

– T-tak, t-tak – powtarzam, chcąc ją rozluźnić.

Telefonom komórkowym brakuje jeszcze tylko termometrów. Choć z pewnością są już i tak wyposażone modele, ale mój aparat, siłą rzeczy, był ze średniej półki. A średniacy najwidoczniej termometrów nie potrzebowali.

Rozpinam kołnierz koszuli, wyciągam głowę do góry i odsłaniam szyję. Szyja jest najbardziej wrażliwą częścią ludzkiego ciała. Wiem o tym, lecz nie mam pojęcia skąd. Coś mi podpowiada, że nie jest to jedynie wiedza książkowa, ale być może nigdy już tego nie ustalę. Szkoda. Naprawdę szkoda, jak wiele informacji ulatuje mi przez pałce. Tfu. Przez palce. Jestem pewien, że prawie nikt nie zauważyłby tej różnicy.

Izabel nieudolnie stara się obetrzeć dłonią kał z nogi. Jednak jedynie go rozsmarowuje i smród się wzmaga.

– Na Boga, nie mamy tu wentylacji – warczę. Nie chciałem, żeby to zabrzmiało niegrzecznie, lecz ze smrodem naprawdę może być problem. Jeśli wsiąknie w styropian, trzeba będzie zrywać całą warstwę. Na szczęście preparat usztywniający nieco temu zapobiega.

Nie pamiętam, po co rozpiąłem kołnierzyk koszuli. Nie pamiętam, czy zanotowałem, dlaczego to robię.

Muszę cofnąć się parę zdań...

Uf.

Dobrze jest notować wszystko, dokładnie, krok po kroku. To pozwala uporządkować sobie życie i nabrać do niego zdrowego dystansu. Naprawdę gorąco polecam.

Nie jest tak zimno, jak się mogło zdawać, skoro tak cholernie pada i wieje. Mamy w końcu sierpień. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Piwnica została dobrze odizolowana przez warstwę betonu, która ma chronić ją w trakcie ataku El Chapo, „Schleswiga-Holsteina” albo innego tajfunu. O tym też opowiadał mi poprzedni właściciel. Dziwne, że tyle pamiętam.

Na szyi nie czuję zimna, a to znaczy, że nie potrzeba dodatkowego grzania.

– Mógłbym ci przynieść kozę – mruczę trochę do Izabel, a trochę do siebie. – Ale boję się, że mogłabyś narozrabiać. Nie potrafisz się nawet załatwić do nocnika.

Oświetlam ją raz po raz, jakby była tancerką w klubie ze striptizem. Jednak ona się nie porusza. To znaczy porusza się tylko nieznacznie, dygocąc i chlipiąc. Wiodę latarką po podłodze piwnicy. Byłem pewny, że dałem jej nocnik i, oczywiście, się pomyliłem. Musiałem zapomnieć. Oprócz rzadkiego gówna, które obkleja jej nogi, w kącie widzę plamy moczu. Czuję też jego kwaśny...

– Wypuść mnie. Błagam. Nikomu o niczym nie powiem!

Niech to szlag. Podchodzę do Izabel kilkoma sztywnymi krokami i chwytam ją za włosy. W ostatniej chwili powstrzymuję się przed szarpnięciem, i to tylko dlatego, że boję się, że telefon wypadnie mi z ręki.

– Nigdy mi nie przerywaj, kiedy coś zapisuję – dyszę ciężko. – Nigdy! Rozumiesz?

Staram się uspokoić. Pisanie dobrze robi na emocje. Szczególnie jeśli trzeba trafić w małe, maleńkie klawisze i pilnować, żeby słownik nie poroże stawa, o właśnie, nie przekręcał słów. Z moją pamięcią byłoby to samobójstwo.

Izabel kuli się w samym rogu piwnicy. Łańcuch jest naprężony, ogniwa brzęczą. To piękny dźwięk, choć nie wiem, z czym mi się kojarzy.

– Nigdy, proszę, nie przerywaj mi, kiedy notuję – odzywam się całkowicie łagodnym tonem. – Kocham cię, bardzo cię kocham, ale każda pieprzona miłość ma swoje granice. Nie chcę cię zabić, kochanie. Naprawdę nie chcę.

Pięć procent.

Muszę spadać.

OSIEDLE BALTIC RESORT, GDZIEŚ, DZIŚ, PRZED CHWILĄ

Nie pamiętam prawie niczego.

Zegarek. Szybko szukam zegarka. Wiem, że muszę pisać. Zapisywać wszystko, choć nie jestem pewny, w jakim celu. To tak cholernie boli. Rozmasowuję udo, wyczuwam szew, piszę, bo laptop leży przede mną. Ostatni wpis, ostatnia linijka pochodzi sprzed prawie sześciu godzin.

[→ notatka przeniesiona na urządzenie mobilne]

Co jest, do cholery?!

Urządzenie mobilne. Na biurku, obok laptopa leży komórka – i muszę zapamiętać tę nazwę. Dwu-, może trzyletni blackberry, choć nie mam pojęcia, w jaki sposób mogę cokolwiek datować. Który mamy rok? Osiemnasty? A może już dwudziesty?

Albo jeszcze gorzej...

Dotykam klawiatury, przerażony, że przecież nie pamiętam żadnego PIN–u, ale niczego nie trzeba wpisywać. Ekran od razu się rozjaśnia i wyświetla się długa notatka.

Zaraz, chwila, muszę się wstrzymać, nim zacznę czytać. To jakieś szaleństwo. Obłęd.

Patrzę na kominek, w którym tylko na dnie paleniska hulają pojedyncze iskierki żaru. Musiałem go rozpalać dawno, co najmniej pół doby temu. Przez cały ten czas spałem? Chyba nie bardzo, bo nie czuję się przesadnie wyspany. Powieki lekko mi się kleją, a z tyłu głowy i na karku ktoś zamontował ciężarki.

Łupie mnie.

Rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów, jakichkolwiek wskazówek, co się dokładnie stało, ale doskonale wiem, że wszystko jest zapisane na telefonie. Tyle że ja nie chcę czytać. Boję się. Naprawdę bardzo się boję tego, co mogę tam znaleźć.

Pokój jest taki przytulny. Niewielki kominek, nad nim lustro w złoconej ramie, po bokach dwa wielkie obrazy ze scenkami morskimi oraz z ubogim portem. To mi przypomina, że jestem w Baltic Resort lub Resort Baltica, będę się jeszcze musiał upewnić. Za podzielonymi na sześć części oknami leje deszcz. Monotonnie, jednostajnie i dosadnie. Ulewa wali w parapet, w rynny, w dach, który jest pewnie omszały i ceramiczny, w kolorze płomiennej czerwieni. Właśnie ten odcień przewija się w jakimś wspomnieniu, ale może dotyczyć czegoś całkiem innego. Auta? Ścian w sypialni?

Krwi?

Na biurku są laptop, telefon, opróżniona szklanka i blok kartek. Obok – książka założona papierkiem. Nieco dalej drukarka, a przy niej linijka. Wiem, że do czegoś całkiem niedawno była mi potrzebna, lecz... Nieważne. Przy krześle, na którym siedzę, leży podwójne opakowanie papieru toaletowego.

Niech to szlag.

Szedłem do kibla się wysrać i nagle wszystkiego zapomniałem? Nie, to raczej niemożliwe. Tym bardziej że nie siedzę na górze gówna.

Musisz pisać.

Cholerny wewnętrzny głos, który molestuje mnie tym jednym rozkazem jak zepsuty gramofon. A jeśli nie będę pisał? Jeśli rzucę ten laptop w kąt i go zdepczę? Co się niby wtedy stanie?

Boję się. Tak bardzo się boję, że jeśli przestanę pisać, coś się wydarzy. Ale co? Nie przestanę, to z całą pewnością, będę pisał, pisał, pisał, choćbym nie wiedział, co i dlaczego. W pokoju są jeszcze piękny żyrandol i perski dywan w kolorze zgniłego mięsa, a oprócz tego na panoplium wisi interesująca kolekcja broni. Skrzyżowane szabla i pałasz oraz kilka pistoletów. To wszystko moje?

Chciałbym wstać, ale gdy wstanę, przestanę pisać. Chociaż… zaraz...

Przecież właśnie do tego musi mi służyć ta cholerna komórka. To mój przenośny respirator. Rozrusznik serca na wypadek, gdybym zapomniał. O czym? Oblewa mnie zimny, lodowaty pot. Spływa po karku i wzdłuż kręgosłupa, przeszywają mnie dreszcze. To chyba niepokój.

Kładę dłoń na blacie. Lewą, żeby prawą wciąż stukać. A teraz zamieniam je rolami. Nic. Żadnych śladów. Staram się dostrzec swoje odbicie w ekranie laptopa, ale kontrast jest zbyt mocny i widzę tylko niewyraźny zarys. Boże. Ile mam lat? Dłonie, odkąd je pamiętam, niby nic się nie zmieniły, włosy wciąż są ciemne, niepoprzetykane siwizną.

Muszę to zrobić.

Z obawą najeżdżam na ikonkę kalendarza w dole ekranu.

Dzisiaj. Teraz.

Wyświetlają mi się tylko te dwa słowa.

– Kurwa mać – nie powstrzymuję przekleństwa. – To jakiś obłęd.

Gładzę się po policzkach i wyczuwam jedynie delikatną szorstkość. To znak, że goliłem się nie wcześniej niż sześć godzin temu. Po dwunastu moja twarz przypomina papier ścierny. Po dwóch dobach muszę używać maszynki elektrycznej. Tyle wiem. Golenie...

Wydaje mi się, że niedawno kosiłem trawnik, i rzeczywiście wygląda na równy. Dość równy, ale nie całkiem. Za nim jest mur, kamienny, łączony grubą zaprawą. Nie widzę bramy. Furtki też nie. Główne wejście i podjazd muszą się znajdować z drugiej strony domu. Czy mam samochód? Czy tylko jeden?

O właśnie, czy tylko jeden, bo może mam żonę?

Obrączki brak, ale przecież są różne sytuacje. Są narzeczeństwa, związki partnerskie, relacje nieformalne – to wszystko wiem. W głębi duszy czuję, że kogoś kocham i że ten ktoś jest gdzieś blisko. Muszę się skupić. Zamyślić. Na chwilę odsunąć ten laptop.

Pamiętam.

Dzięki Bogu pamiętam jej imię.

Izabel.

To tobie wszystko zawdzięczam.

Tak bardzo cię kocham.

Gdzie jesteś?

No dobrze. Muszę sięgnąć po telefon. Od tego się nie ucieknie, a wiem też, że nie jestem tchórzem. Nie jestem. Tchórzem.

Automatycznie zerkam na wskaźnik baterii – dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Tuż obok rząd cyfr: 1.01.2001. To chyba automatyczna data. Razem z nią pulsuje wyświetlacz godziny. 00:00. Przewijam ekran szybkimi ruchami palca, przewijam długą, bardzo długą notatkę, a potem znów wracam do laptopa. Moje oczy zachodzą mgłą.

Boże, to jakieś piekło!

[Tę wiadomość, ten wpis, możesz wykasować albo ustawić jako codzienne przypomnienie – zdecyduj potem]

OSIEDLE BALTIC RESORT, GDZIEŚ, DZIŚ, PRZED CHWILĄ

Czeka cię dokładnie czterdzieści osiem godzin jasności. 48 h. Zapamiętaj!

Ten klarowny komunikat napisałem umyślnie inną czcionką. Pulsuje na ekranie laptopa jak przestroga, ale i tak ostatnim razem musiałem go przegapić. Nie przeczytałem wszystkiego od początku i tak się skończyło. Nie poznałem jednego pełnego dnia. Zresztą może wtedy nie chciałem go poznać. Może zacząłem wszystko inaczej, bo świadomość spłynęła na mnie, gdy robiłem krok lewą nogą.

Teraz wiem znacznie więcej.

Chyba nie muszę się spieszyć.

Sprawdzam, czy telefon ma dostęp do internetu, ale to, oczywiście, jest wykluczone. W domu nie ma routera. Lepiej, żeby listonosz nie pojawiał się tu z rachunkami zbyt często. Płatności elektroniczne też nie byłyby specjalnie wskazane. Wskazane jest za to nie mieć konta bankowego ani karty kredytowej i nie zostawiać śladów. To zwykła profilaktyka.

Powinienem umieścić tę informację jako jeden z najważniejszych komunikatów. W moim przypadku to ważniejsze niż dekalog. Tak jak pisanie, jest nieco natręctwem, bo zdaje się, że wiem do czego zmierza. Ale pisanie przede wszystkim porządkuje. Pozwala okiełznać strumień myśli.

Biorę komórkę i wybieram pierwszy lepszy numer. Kołacze mi się w głowie, lecz oczywiście nie mam pojęcia, do kogo należy. Może do mojej matki? Może do sklepu mięsnego za rogiem.

[Brak środków na koncie].

Szlag by to.

Muszę ustalić wszystko, co wiem. To powinno posłużyć za wytyczne do kolejnych razów, gdyby mi się teraz nie udało. Tylko nie mam pojęcia, co ma mi się udać. Mam ogromny mętlik w głowie.

1. JESTEM MORDERCĄ? PORYWACZEM? To raczej na pewno.

2. Co 48 h tracę świadomość i nie pamiętam niczego.

3. W piwnicy jest dziewczyna o imieniu Izabel. To chyba MOJA dziewczyna.

4. Muszę ją karmić, dawać jej środki higieniczne i u niej sprzątać.

5. Muszę pisać o wszystkich swoich doznaniach, myślach i spostrzeżeniach. Dzięki temu podobno uporządkuję wspomnienia. Doktor Boston twierdzi, że tylko w ten sposób mogę je odzyskać. Kim jest doktor Boston?

6. Co 12 h na dom napływa zło. Ale czym jest zło?

W tych starych relacjach upchnąłem zbyt wiele poetyckości. Zbyt wiele pustych rozważań i zboczeń. Z tematu, oczywiście.

7. W domu są zapasy jedzenia i picia na wiele dni. Znajdują się w spiżarce, która znajduje się... Przyznaję się. Teraz nie mam pojęcia gdzie.

Staram się opanować i zebrać myśli. Ciągle wracają do opisu Izabel i choć zdaje się, że jak cień przemyka mi gdzieś tuż za plecami, wiem o niej jeszcze mniej niż o sobie. Izabel, Izabel, Izabel... Na jej wspomnienie czuję się lepiej. Uspokaja mnie. Odpręża. To dzięki niej wiem, że ten dom to mój dom. Trzymam ją w piwnicy dla naszego wspólnego dobra, a ona to może nawet rozumie.

Okłamuję się.

8. Izabel nie ma pojęcia, dlaczego jest zamknięta w piwnicy. Ja chyba też nie, ale obawiam się, że gdybym puścił ją wolno, to stałoby się coś złego.

9. Muszę być u niej co najmniej raz na 48 h, żeby wpuścić świeże powietrze. Plus donieść jedzenie. I środki higieniczne.

Patrzę po drukarce, linijce, pliku kartek, ale wszystko to jakieś martwe, sztuczne i niemal nieużywane. Otacza mnie fikcja?

Przesuwam laptop na podkładce tak, żeby linie się zgadzały. Krawędź ekranu musi tworzyć kąt prosty z przedłużoną krawędzią drukarki. Do tego...

Książka. Jedynym żywym elementem jest książka, z której wystaje zakładka, znajdująca się prawie przy końcu, więc musiałem to czytać. Być może ma jakieś znaczenie, a może pomaga uporządkować wspomnienia. To również, w razie wątpliwości, powinienem dopisać do listy. Do dekalogu wciąż brakuje przecież jednego punktu.

Sięgam po książkę i przegładzam dłonią okładkę. Max Czornyj. O miłości.

Boli. Mózg chyba boleć nie może, a mnie strasznie ściska w głowie. Nieprawdopodobny, niewygodny ból.

Mrużąc oczy i kuląc się, otwieram książkę w założonym miejscu. Nagle jej cała treść wskakuje tam, gdzie powinna, i wiem, że czytanie przerwałem ledwie kilka godzin temu. Wiem nawet, w którym momencie.

Teraz jednak zdaję sobie sprawę, że skoro to wszystko wiem, to lektura może zaczekać. Te wspomnienia, które miała uporządkować, już uporządkowała. Z całą resztą muszę sobie poradzić.

Jeszcze raz patrzę na okładkę i odkładam książkę tuż przy drukarce. Trumnę w trumnę wetknąłem, jakby napisał autor. Najwyższy czas wracać do tego, co już zaczęte. Czas wracać do prawdziwej miłości.

Do Izabel.

Ona na pewno udzieli mi odpowiedzi na część pytań.

Wcześniej muszę zrobić tylko jedno, choć raczej nie nastraja mnie to optymistycznie. Ustawiania telefonu, niestety, nie działają, podobnie jak ustawienia laptopa, na które założone jest hasło, a ja nie mam ani ochoty ani pomysłu na jego rozkodowywanie. Ale to nic. Hasło: HASŁO nie działa, 1234 też nie.

To nic.

Nic to.

Odłączam na chwilę laptop od ładowarki i podchodzę z nim do kominka. Na gzymsie stoi niewielki zegar z przeszklonym mechanizmem. Jego wskazówki, oczywiście, są zatrzymane na dwunastej, ale to też nieistotne. Ważne, że obok leży kluczyk. Jakby zostawiono go specjalnie dla mnie, bo wiem, że to nie ja go tu położyłem. Leży nierównolegle do niczego. Krzywo.

Otwieram drzwiczki i powoli nakręcam zegar. Tryby rzężą, zgrzytają, ale po chwili czas rusza.

Kiedy się ocknąłem? Pół godziny temu? Trzy kwadranse?

Przesuwam wskazówki na za piętnaście pierwszą. Mniej więcej.

00:45.

Czas start.

CZAS START

GODZINA 8.

Laptop trzymam na drżących z nerwów kolanach. Tekst już zniknął, bo zacząłem go nadpisywać od początku. To opowiadanie? Początek powieści? Nie sądzę, żebym był pisarzem, a całkowity brak pamięci mógł tłumaczyć przedawkowaniem jakiegoś syfu. Coś jednak rzeczywiście każe mi ciągle pisać.

Muszę pisać.

Laptop na moich kolanach jest podłączony do prądu. Opis pomieszczenia się zgadza. Zegar na kominku wskazuje 8:08, za oknem jest jeszcze dzień, choć raczej już jego końcówka. Popołudnie lub wieczór.

Co mi się stało? Przedawkowałem jakieś chemiczne gówno, miałem wypadek czy po prostu mam nierówno pod sufitem? Nie rozumiem, o co chodzi z tą potrzebą pisania, ale oderwanie dłoni od klawiatury za każdym razem przyprawia mnie o mętlik w głowie. Jakbym odcinał się od przenośnego respiratora...

Raz po raz staram się odświeżyć szczegóły tekstu, który właśnie skończyłem czytać. To absurd. Nie wierzę, żebym mógł sam do siebie stworzyć tak kretyński list z jakiejś innej rzeczywistości. No a przede wszystkim, co to za bajka z Izabel? Nie kojarzę nikogo o takim imieniu. Nieważne, że nie kojarzę w tej chwili praktycznie nikogo, ale nie jestem przecież pieprzonym świrem. Nie jestem.

Prawda?

Ten cholerny przymus pisania da się jakoś wyjaśnić. Więzienie w piwnicy dziewczyny – już raczej nie. To musi być żart. To musi być idiotyczny żart któregoś z moich kumpli. Dlaczego teraz nie pamiętam imienia żadnego z nich? Piotrek, Paweł i Dawid. Ale to kumple z piaskownicy i chyba ze szkoły. Czy dalej się przyjaźnimy?

Poprawiam mankiety koszuli, bo są okropnie wywinięte. Oderwanie obu rąk od klawiatury sprawia mi fizyczny ból i staram się wszystko robić jak najszybciej.

Zerkam za okno. Wbrew temu, co czytałem, świeci słońce. Wali prosto w szyby, a jego wieczorny, czerwonawy blask rozlewa się po pomieszczeniu. Świetlne plamki pogrywają na ścianie z panoplium. To pierwsza rozbieżność, którą widzę, i pewnie jedna z wielu w tym steku bzdur.

Boże, niech wróci mi pamięć!

Jak przez mgłę pamiętam fragmenty tego, co się wydarzyło całkiem niedawno. Upływ czasu ocenia się za pomocą jakiegoś dzikiego instynktu. Szczątki rozmowy, rzucane przeze mnie groźby, ironiczny śmiech... Nie. To równie dobrze mogą być urywki snu albo filmu, który obejrzałem.

Komórka leży tuż obok. Przynajmniej pamiętam, żeby nie nazywać jej urządzeniem mobilnym, choć dwudziesty wiek chyba już dawno za nami. Pamiętam... Właściwie całkiem sporo. Jeżeli mamy dwa tysiące dziewiętnasty rok, wiem, kto jest premierem, prezydentem, wiem, kto ostatnio umarł, pamiętam nawet reportaż o suszy i nadciągającym załamaniu pogody.

Ale teraz znów mamy słońce. Lato, na drzewach – zielone liście (choć nie da się ukryć, że poprzetykane żółtawymi – co jest na pewno winą suszy), wypalony trawnik, przyjęcie w ogródku tych nadętych buców, Lipickich. Pamiętam ich nazwisko. Ponad murem widzę przesuwające się sylwetki i mimo zamkniętych okien dolatują mnie sztuczne śmiechy i szczekanie drażnionego przez dzieci psa. Przeniosłem się tu całkiem niedawno, ale wspomnienia są poszatkowane. Nawet nie wiem, czy to mój dom.

Co mi się stało?

Nie. Z całą pewnością nie jestem popieprzonym sadystą. Jeżeli to idiotyczne wygłupy, to naprawdę mam dość! Ja pierdolę!

Vzczx

knbzz

Walę w klawiaturę, żeby pisać cokolwiek. Afassdfasadf!!

Chwila. Muszę się uspokoić. Przyspieszone klepanie przekleństw w niczym mi nie pomoże. Jak się nazywam?

Mikołaj Popławski. Swojego imienia nigdy nie zapomnę, podobnie jak tego, że przez całą podstawówkę dzieciaki wołały za mną, żebym im natychmiast dawał prezenty.

Ile mam lat?

Nie wiem. Chyba dwadzieścia dziewięć, ale to przy założeniu, że pamięć urwała mi się nie dawniej niż przed paroma miesiącami.

Boże. To brzmi jak... Nieważne.

Nazywam się Mikołaj Popławski, powinienem mieć dwadzieścia dziewięć lat i (to bez dwóch zdań) mam solidną dziurę w mózgu. Nie mam nawet żadnego konkretnego ostatniego wspomnienia. Zdaje się, że prowadziłem własną firmę zajmującą się marketingiem, reklamą, chyba też – fotografią. Może mam ją zresztą nadal? MePopU. Zwykłe pogrubienie czcionki upewnia mnie, że tak się właśnie nazywa. Pisałem też scenariusze, z których dwa zrealizowano niedawno na Zachodzie.

Niedawno – jak złudne to określenie.

Do Baltic Resort / Resort Baltica przyjechałem wypocząć. Na tydzień? Dwa? Miesiąc? Może na całe życie?

[→ przełączenie się na komórkę]

Odłączam telefon od ładowarki i wiem, że jest tylko jedna rzecz, którą muszę zrobić. Tylko w jeden sposób udowodnię sobie, że to wszystko to.... Znowu brakuje mi słów. Najpierw idę jednak do łazienki. Znajduje się po lewej stronie krótkiego korytarzyka. Oddaję mocz, który rozbryzguje się na desce, ale nie zawracam sobie głowy wycieraniem. Z telefonem w ręce to utrudnione. Mógłbym go przez przypadek upuścić.

Oderwanie rąk od klawiatury na czas mycia przyprawia mnie o dreszcze, kołatanie serca i skok ciśnienia. Przynajmniej izopropanol pozwala mi poczuć się czyściej. Fizycznie. Bo przecież nie na duszy.

Wychodzę z łazienki i szybkim krokiem idę do kuchni. Podważam rant terakotowej płytki, a ona... Właśnie rozłamała mi paznokieć. Trudno. Nie mogę się teraz tym przejmować, bo z każdą sekundą zaczynam wariować coraz bardziej. Płytkę podnoszę przy pomocy przywiązanego sznurkiem do szlufki klucza.

Udało się.

Uderza mnie ostry zapach wilgoci, zgnilizny i rdzy. Skąd ja to znam...

Jeden, trzy, siedem stopni – jak dotąd wszystko się zgadza. Znajduję się w piwnicy, mijam stojak z narzędziami, a moje kroki szurają o betonowe podłoże. Metalowe drzwi są zamknięte, przez skobel przeciągnięta jest solidna kłódka. Wcale mnie nie cieszy, że wiem, gdzie schowałem klucz. Wcale mnie to, kurwa, nie cieszy. Powinienem go wsunąć do zamka i nie zwlekać. Ale nie chcę. Wolę tu zostać, zawrócić do kuchni albo...

Podnoszę kartkę, która w świetle latarki wydaje się wyrwana ze starego zeszytu, lecz w rzeczywistości pewnie jest śnieżnobiała. Słowa na niej wydrukowane są pogrubioną czcionką. Do tego nie mam pojęcia, co znaczą.

To niemożliwe...

GABRIELA KRAUS

– Nie powinnaś się o nic martwić. – Elwira zawsze jest optymistką. Kiedy przed trzema laty doznałam paraliżu połowy ciała, też powtarzała, że to tylko chwilowy niedowład. „Tyle w życiu się narobiłaś, że jedna druga Krausa postanowiła odpocząć”.

Nie znoszę, gdy mówi do mnie per „Krausie”. Ale ten typ tak ma, więc szkoda polemizować.

– Teraz napijemy się wina? Nalewki?

Zatrzymuję się przy rozległej wyspie i opieram się na blacie lewą dłonią. Elwira, pocieszając mnie, miała trochę racji. Po roku rehabilitacji osiągnęłam stan jako takiej używalności. Mogę samodzielnie chodzić (choć najlepiej asekurując się laską), ubrać się, a nawet jeździć samochodem. Przed paroma miesiącami z przerażeniem wybrałam się na pierwszą przejażdżkę nowiuteńkim volvo z automatem i muszę powiedzieć, że poszło mi naprawdę dobrze. Wygodniej byłoby prowadzić auto z kierownicą po prawej stronie, ale wtedy każde wyprzedzanie groziłoby czołówką. Powiedziałam, że przywrócono mnie do stanu jako takiej używalności, a nie, że zostałam gimnastyczką.

– Może być wino.

– Coś konkretnego?

Win mam pod dostatkiem. W życiu sprzed „incydentu”, jak kazał mi to nazywać terapeuta, alkohol stanowił taką samą walutę jak pieniądze. A może nawet lepszą, bo mniej pretensjonalną. Dlatego poza dwiema szafkami ze specjalnie przystosowanymi półkami miałam jeszcze pełną piwniczkę.

– Tylko błagam cię, wybierz coś, co mam tutaj. – Celuję w Elwirę palcem i staram się nie okazać zdenerwowania. – Za każdym razem, gdy złażę na dół, mam wrażenie, że już stamtąd nie wrócę.

– Cokolwiek. Byle kopało.

No tak. Mogłam się spodziewać tej odpowiedzi. Wyciągam trzyletniego cabernetisa z winnicy Equus, którym zachwyciłam się w poprzednie wakacje. Stawiam butelkę na stole i kładę przy niej korkociąg.

– Polskie i dobre. – Staram się uśmiechnąć. – Otwieraj, jeśli nie chcesz wszystkiego zaraz ścierać z podłogi.

Do pewnych czynności nadal potrzebuję pomocy. Na upartego dałabym radę, ale przez trzy lata można się nauczyć, że dawanie rady potrafi przede wszystkim dać w kość. A z sadomasochizmu wyleczyłam się już dawno temu.

–