Homer na nasze czasy - Marek Węcowski - ebook + audiobook + książka

Homer na nasze czasy audiobook

Marek Węcowski

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Kim był Homer? Czy w ogóle istniał? I dlaczego, po upływie trzech tysięcy lat, wciąż czytamy „Iliadę” i „Odyseję?

Przez stulecia uczeni spierali się o niego, spekulowali na jego temat i popadali w obsesje. Szukali go starożytni filologowie i romantyczni nacjonaliści, którzy widzieli w nim duszę narodu. Mickiewicz i Tołstoj czerpali z niego garściami, pisząc swoje epokowe dzieła. Psychiatrzy leczyli „Iliadą” weteranów wojennych. A sam Homer przez lata towarzyszył żołnierzom na wojnach, również tych współczesnych zagrzewał ich do walki w okopach Gallipoli i w ruinach Mariupola i pomagał zrozumieć, jak przemoc wpływa na człowieka.

„Iliada” i „Odyseja” powracają do nas w najkrytyczniejszych momentach dziejów. Dziś także mają szczególne znaczenie.Bo okazuje się, że nigdy nie wróciliśmy spod Troi, Achilles wciąż ginie przedwczesną śmiercią, Odyseusz nadal szuka drogi do domu, a bogowie przyglądają się nam z Olimpu z mieszaniną rozbawienia i troski.

Co jeszcze chcą nam powiedzieć starożytni?

I jak mogą nam pomóc?

To erudycyjna i porywająca historia – pełna odkryć, napisana z przekonaniem, że antyczne eposy są doskonałą odpowiedzią na nasze czasy.

*

Marek Węcowski, polski badacz starożytności, autor nominowanej do nagrody Nike książki „Tu jest Grecja! Antyk na nasze czasy”,zabiera czytelnika w podróż godną Odysa. To epicka wędrówka śladami Homera, śledztwo skupione wokół jego osoby i uważna lektura opowieści, które stały się rdzeniem europejskiego myślenia, działania, polityki i literatury.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 47 min

Lektor: Mateusz Drozda

Data ważności licencji: 6/23/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Marek Węcowski

Projekt okładkiMichał Jakubik

Mapy w książceDAKA Studio graficzne | Dawid Kwoka

Źródła zdjęć we wkładce zdjęciowejnr 3: © Haidelberg University Library (dostępna w zdigitalizowanej wersji czasopisma); nr 4: PHOT 19.31 Dervorguilla Society 1908, za zgodą Master and Fellows of Balliol College; nr 7: © BE&W; nr 11: © Nomos AG; nr 20: zdjęcie dzięki uprzejmości Kolekcji Literatury Ustnej im. Milmana Parry’ego na Uniwerystecie Harvarda; nr 21: cyt. za Bessios, Tzifopoulos, Kotsonas Μεθώνη Πιερίας I: Επιγραφές, χαράγματα και εμπορικά σύμβολα στη γεωμετρική και αρχαϊκή κεραμική από το „Υπόγειο”, Thessaloniki: Centre for the Greek Language, s. 337–339; nr 26: © PAP/EPA. Pozostałe ilustracje pochodzą z domeny publicznej. Wydawca dołożył wszelkich starań, żeby pozyskać prawa do publikacji wszystkich materiałów.

Redaktor inicjującyPaweł Goźliński

Redaktorka prowadzącaDominika Ziemba

RedakcjaPaweł Goźliński

AdiustacjaPaweł Cieślarek

KorektaJakub Kornacki

IndeksJakub Kornacki, Alicja Rybak

Koordynatorka produkcjiMaria Król

Opieka promocyjnaMonika Frankiewicz

ISBN 978-83-8427-280-0

Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znakul. Kościuszki 37, 30-105 KrakówDział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Tadeuszowi Sobolewskiemu

Niemożliwe jest, by bez bożego zrządzenia, bez natchnienia Muz i Apollona, powstała poezja tak wzniosła i tak wspaniała, a do tego tak pełna słodyczy, żeby tak długo urzekała nie tylko ludzi tego samego języka i mowy [co Homer], ale też wielu spośród barbarzyńców […], nawet niektórych mieszkających bardzo daleko. […] Myślę też, że wielu jeszcze bardziej nieuczonych barbarzyńców słyszało imię Homera, chociaż nie wiedzą dokładnie, czy idzie o jakieś zwierzę, roślinę czy o coś innego.

Dion Chryzostom, O Homerze, 6–8

Być może niektórym ludziom wyda się czymś zbytecznym deliberowanie nad Homerem: […] skoro on sam nie uważał za właściwe powiedzieć cokolwiek o sobie, a nadto był aż tak wstrzemięźliwy, że nawet nie wymienił własnego imienia.

Pseudo­-Plutarch, O Homerze 1.1 (przeł. W. Appel)

Mówi się, że każdy badacz starożytności chciałby napisać książkę o Homerze, a każdy inny chciałby go lub ją przed tym powstrzymać.

Anthony Snodgrass, Homer and the Artists, 1998

Kiedy wykluczymy niemożliwe, to, co pozostaje, nawet nieprawdopodobne, musi być prawdą.

Arthur Conan Doyle, Znak czterech, 1890

Homer i beczka Pandory

Pewnego zimowego wieczora wiele lat temu wracałem z pracy warszawskim Nowym Światem. Panowało przejmujące zimno, ale jeszcze bardziej zmroził mnie napis reklamowy: „Pandora. Wkrótce wielkie otwarcie!”. Pewnie podświadomie poczułem, że właściciele sklepu dysponowali już informacjami, których nie mieli jeszcze inni śmiertelnicy.

W poemacie Hezjoda z końca VIII wieku p.n.e. zatytułowanym Prace i dni dowiadujemy się, że wysłana przez bogów Pandora nieopatrznie otworzyła wielką beczkę (w. 100–104). Z powodu drobnej pomyłki renesansowego humanisty Erazma z Rotterdamu (1466–1536 n.e.; il. 1) błędnie mówimy o skromnej „puszce Pandory”, ale Hezjod miał na myśli niepokojąco duże naczynie. Był to podstępny dar Dzeusa dla całej ludzkości. Od tamtej pory

[…] nieprzeliczone smutki wędrują wśród ludzi –

pełna jest nieszczęść ziemia, pełne jest także ich morze;

dniem pośród ludzi choroby, inne zaś znowu nocą,

gdy tylko chcą, wędrują, nieszczęścia niosąc śmiertelne

w ciszy, bowiem głos im odebrał Dzeus wielce mądry.

Tak to uniknąć nie można nigdy Dzeusowych zamiarów.

Dzisiaj wiemy, że po krótkiej przerwie przytulnego „końca historii”, którą zawdzięczaliśmy demokratycznemu przełomowi roku 1989 – europejskiego, a zwłaszcza polskiego annus mirabilis – w bieżącym ćwierćwieczu z beczki Pandory wyszły po kolei światowy terroryzm i wynikające z niego konflikty zbrojne oraz inne, następujące po sobie kataklizmy. Globalne i lokalne kryzysy gospodarcze, międzykontynentalne migracje cierpiących uchodźców, coraz wyższe fale antydemokratycznego populizmu, ekscentryczny angielski brexit, śmiercionośna pandemia koronawirusa, okrutna wojna w granicach Europy, a także, co jeszcze wczoraj wydawało się zupełnie niewyobrażalne, rozpad politycznej wspólnoty łączącej obie strony Atlantyku. I co może najbardziej zaskakujące – na naszych oczach wraca świat, w którym to nie tyle bolesne procesy gospodarcze czy wielkie, agresywne ideologie, ile niezważające na nic plany i osobiste ambicje pojedynczych ludzi zagrażają losom milionów zwykłych śmiertelników. W gruncie rzeczy wracamy w ten sposób do dziejowej normal­ności, w której niepewność jutra albo wręcz przeczucie możliwej katastrofy staje się normą, a nie dziwacznym wyjątkiem, lekceważonym przez większość głosem Wernyhory czy Kasandry.

To dobry moment, żeby wrócić do Homera.

***

W minionych belles époques, czyli „pięknych epokach” – przed pierwszą wojną światową albo przed naszym ogólnoświatowym zamętem sto lat później – mogło się wydawać, że uważna lektura antycznych eposów należy do mijającego świata „wysokiej kultury”. Służy w najlepszym razie estetycznej przyjemności elit, niekiedy zdolnych z Homerem obcować w greckim oryginale, wykształconych w najlepszych szkołach Europy i obu Ameryk. Oczywiście Iliada i Odyseja zawsze były używane w naszym kręgu kulturowym do przepracowania indywidualnych doświadczeń wojny, uchodźctwa, obcości, żałoby, cierpienia, choroby czy po prostu – nieubłaganie przemijającego ludzkiego życia. W porywczym, młodzieńczym Achillesie i w skrytym, starzejącym się Odysie rozpoznawały się pokolenia antycznych Greków i Rzymian, a po nich Włochów, Francuzów, Niemców, Anglików, Holendrów, Polaków i każdego innego ludu szeroko rozumianej Europy i obszarów daleko poza nią. Kilka lat temu Jonas Grethlein, błyskotliwy niemiecki filolog klasyczny z Heidelbergu, opisał swoje ciężkie zmagania z nowotworem w znakomitej książce Mein Jahr mit Achill. Die Ilias, der Tod und das Leben (Grethlein 2022; „Mój rok z Achillesem. Iliada, śmierć i życie”). Cieszyła się ona w Niemczech sporą popularnością.

Moja książka zakłada jednak coś więcej. Wyrasta z przekonania, że Iliada i Odyseja najmocniej działały w kulturze w momentach szczególnych, przełomowych, gdy całe społeczności czuły, choćby podświadomie, potrzebę poszukiwania nowej drogi, innej tożsamości, konieczność zbiorowego, wspólnego przetrwania szczególnie brutalnych dziejowych sztormów wraz z ich praktycznymi, ale przede wszystkim moralnymi wyzwaniami. I może nie jest to przypadek. Zobaczymy, że Iliada i Odyseja powstały w podobnych czasach. Czy dzięki temu Homer może się nam przydać właśnie dzisiaj? Nie jako publicystyczne lustro, w którym oglądamy własne lęki, lecz jako rozmówca, który już dawno temu starał się odpowiedzieć na najtrudniejsze pytania, jakie dręczą nas również dziś.

U Hezjoda, którego jeszcze wielokrotnie spotkamy w tej książce – Grecy nieustannie łączyli jego imię z Homerem – niedbała, a może wyrachowana Pandora zatrzasnęła pokrywę swojego przeklętego naczynia zbyt szybko, żeby wypuścić z niej Nadzieję (w. 96–99). Czytelnicy Prac i dni zastanawiają się, co to znaczy. Czy bogowie po prostu pozbawili ludzkość jedynej pomocy w jej niezliczonych nieszczęściach? Czy może przeciwnie, Nadzieja wciąż mieszka wśród ludzi, pod warunkiem jednak, że potrafimy ją sami odnaleźć?

Bliższa jest mi ta druga interpretacja. W innym poemacie, zatytułowanym Narodziny bogów lub Teogonia (gr. Theogonía), Hezjod dał Grekom szczegółową mapę rodzinnych i towarzyskich związków pomiędzy bóstwami. Gdyby za jego przykładem spekulować na temat najbliższej rodziny Nadziei (gr. Elpís), trzeba by ją uznać za rodzoną siostrę Homera, choć relacje między nimi, jak to w rodzeństwie, bywają napięte. Po tej lekturze zrozumiemy dlaczego.

***

Układ książki wymaga kilku słów wyjaśnienia. Starałem się napisać ją tak, by krok po kroku dojść do końcowych wniosków, ale każdą z jej części można czytać osobno, zależnie od zainteresowań, a nawet nastroju chwili.

Część pierwsza zaczyna się od współczesnych wojen i cofa w czasie do Grecji archaicznej, by odpowiedzieć na pytanie, jak kształtowała się legenda Homera. Pokazuje też, jak Iliady i Odysei używano w europejskiej tradycji: w okopach Gallipoli i gabinetach propagandystów, w pracach psychiatrów leczących weteranów i w wierszach poetów umierających na froncie.

Część druga to historia ludzi, którzy Homera szukali – od aleksandryjskich filologów po romantycznych nacjonalistów i dwudziestowiecznych uczonych. Opowieść o sporach zakorzenionych często nie w nauce, lecz w polityce i ideologii.

W części trzeciej proponuję własne odczytanie obu poematów – prywatne i ryzykowne. To próba zrozumienia, o czym Homer naprawdę myślał: co chciał powiedzieć swoim słuchaczom o wojnie, śmierci, powrocie do domu i miejscu człowieka w świecie.

Część czwarta jest najbardziej hipotetyczna. Staram się w niej odtworzyć historyczne i intelektualne tło, w którym Homer tworzył, a więc świat rodzących się greckich miast­-państw, poleis, i pierwszych wielkich pytań o to, jak ludzie mają żyć razem, niepoddani władzy jednostki ani bóstwa. To tu, jak sądzę, kryją się źródła zarówno sukcesu Iliady i Odysei w świecie greckim, jak i zdumiewającej ich aktualności w naszym. Pewności jednak nie ma, bo jak słusznie zauważył Lukian z Samosat, błyskotliwy grecki pisarz z czasów Marka Aureliusza, wiarygodne odpowiedzi uzyskamy dopiero wtedy, gdy będziemy mogli zapytać Homera osobiście. Bohater jego satyry Historia prawdziwa (2.20) znalazł Poetę na Wyspach Szczęśliwych pośrodku Atlantyku, a więc pewnie gdzieś na dzisiejszej Maderze. Homer oznajmił mu wówczas, że pochodzi z Babilonu, nie jest ślepcem i tak naprawdę nazywa się Tigranes. Trudno powiedzieć, czy nas Poeta w zaświatach potraktuje kiedyś poważniej.

Część piąta, ostatnia, wraca do teraźniejszości. Staram się w niej pokazać, że okoliczności, w których Homer tworzył, i sprawy, które go trapiły, nie są wcale tak odległe od naszych. Że Iliada i Odyseja powstały w świecie pełnym niepewności, politycznych wstrząsów i pytań o podstawy wspólnoty – i że właśnie dlatego przemawiają do nas dzisiaj, gdy nasza beczka Pandory znowu została otwarta.

***

Zanim dojdziemy do ostatniego etapu tych poszukiwań, będę używał imienia Homera na określenie poety albo poetów odpowiedzialnych za powstanie Iliady i Odysei. Dla urozmaicenia czasem „Homera” zastąpię „Poetą” – pisanym wielką literą. To na razie tylko skrót myślowy albo wygodna konwencja, ale stoi za nią wiele wieków funkcjonowania tych poematów w naszym świecie. Myślę zatem, że do pewnego momentu możemy się nią wspólnie posługiwać.

Dalej wrócimy jeszcze do poniższych, mocno złośliwych słów Jana Parandowskiego na temat studiów nad Homerem (Parandowski 1994: 29). Tutaj posłużą mi one za usprawiedliwienie:

Z przerażającym uporem miriady umysłów krzątały się w tym zaułku wiedzy. Ani jeden heksametr [wers epicki Homera – M.W.] nie uniknął osobnej rozprawy albo artykułu w czasopiśmie naukowym, a jeśli przez parę pokoleń udało mu się ukryć przed okiem powag uniwersyteckich, stawał się w końcu łupem nauczycieli prowincjonalnych, którzy, na kształt kłusowników, szli śladami wielkich łowów […]. Literatura o Homerze rosła jak rafa koralowa, przez taki sam proces krótkotrwałego życia i mineralnej śmierci; książki i broszury mnożyły się, pożerały wzajemnie i marły na półkach bibliotek, wyczerpawszy w rok, w miesiąc, niekiedy w parę dni swe bezużyteczne istnienie.

Ograniczę zatem do minimum stosowany przez specjalistów aparat naukowy, wspominając w tekście tylko szczególnie dla mnie ważnych uczonych (propozycje dalszych lektur można znaleźć na końcu książki). Zresztą smutek badań homeryckich polega właśnie na tym, że nawet gdy chcemy powiedzieć o Homerze coś nowego, nie mamy pewności, że ktoś już tego nie napisał w niezliczonych „książkach i broszurach”, które przez wieki obumarły w rafie koralowej nauki.

Jeśli nie podaję nazwiska tłumacza lub tłumaczki tekstu starożytnego albo nowożytnego, to znak, że odpowiedzialność za przekład wziąłem na siebie. Wyjątkiem będą eposy Homera i Hezjoda. Jeżeli nie zaznaczę inaczej, będę posługiwał się przekładami Kazimiery Jeżewskiej dla Iliady (Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1986 [„Biblioteka Narodowa” t. 14]), Jana Parandowskiego dla Odysei (wyd. 2, Czytelnik, Warszawa 1956), a Jerzego Łanowskiego dla Teogonii oraz Prac i dni Hezjoda (Narodziny bogów (Theogonia). Prace i dni. Tarcza, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999).

I jeszcze jedno. W książce maksymalnie uprościłem zasady transkrypcji i transliteracji słów greckich. Gdy to naprawdę konieczne, by pokazać różnicę w stosunku do naturalnej polskiej wymowy, zaznaczam akcent słowa, a jeszcze rzadziej długość greckich samogłosek.

Warszawa–Rzeszów–Ateny

30 grudnia 2024 – 18 marca 2026

Część 1

Legenda Homera

Homer naszych wojen*

Ale już Hektor Patrokla o wielkiej duszy zobaczył,

gdy ten się cofnął, i nagle cisnął weń ostrzem spiżowym,

szybko skoczywszy do niego z bliskich szeregów. Grot włóczni

nisko w podbrzusze ugodził, na wskroś przeorał je spiżem.

Padł w proch Patroklos z łoskotem. Żal straszny przejął Achajów.

[…]

[…] i śmierć go natychmiast, co kończy wszystko, okryła.

Dusza zaś z ciała pierzchnęła, wzleciała za bramy Hadesu,

płacząc na gorzki swój los, że męskość porzuca i młodość.

(Il.,XVI 816–857)

Patroklos zginął, bo poszedł za daleko. W zbroi swego przyjaciela Achillesa, uskrzydlony bitewnym sukcesem, znalazł się pod murem Troi, choć nie było mu to pisane przez Los. Ogłuszony przez Apollona, padł z rąk Hektora. Ta śmierć – heroiczna, piękna i niesprawiedliwie przedwczesna – stała się archetypem każdej wojennej śmierci na polu walki. I wciąż nim pozostaje.

Kuźnia narodów

W finale filmu Gallipoli Petera Weira (1981) młodziutki sprinter Archy Hamilton rusza biegiem z okopów. Jest ochotnikiem, kowbojem z dalekiej farmy w Australii. Żeby trafić do wymarzonego wojska sfałszował swoją metrykę urodzenia. Za chwilę dosięgną go kule, zginie podobnie jak ponad dwadzieścia tysięcy takich jak on. Pod ogień tureckiej broni maszynowej i artylerii pchał ich upór i chorobliwie ambitna strategia Winstona Churchilla, pierwszego lorda admiralicji, który jednym śmiałym manewrem chciał zagrozić Stambułowi i wyeliminować z wojny Imperium Osmańskie. Za klęskę Churchill zapłacił pierwszą, choć nie ostatnią, utratą stanowiska w rządzie. Łączne straty po obu stronach – liczone w zabitych, rannych i ciężko chorych – wyniosły około czterystu tysięcy żołnierzy.

To była jedna z najbardziej bezsensownych jatek pierwszej wojny światowej. Trwała niemal rok – od 19 lutego 1915 roku do 9 stycznia roku 1916. A jednak to właśnie tam, w ogniu wyniszczających walk na wąskim skrawku lądu u wejścia do cieśnin tureckich, na półwyspie Gallipoli w Dardanelach, ukształtowało się kilka nowoczesnych nacjonalizmów.

Pod dowództwem Mustafy Kemala, późniejszego Atatürka („Ojca Turków”), wykuwały się zręby współczesnej tureckiej świadomości narodowej.

Dla Australii i Nowej Zelandii 25 kwietnia – rocznica lądowania wojsk ANZAC (Australian and New Zealand Army Corps) na półwyspie w 1915 roku – do dziś jest najświętszym dniem pamięci narodowej.

Inaczej było w przypadku Niemiec. Początki nowoczesnego niemieckiego nacjonalizmu sięgają epoki wojen napoleońskich, niemal sto lat wcześniej. I tam właśnie zaczyna się nasza historia – bo wtedy jesteśmy świadkami niezwykłej wojennej kariery germańskiego alter ego Homera.

A z helleńskim Homerem w Dardanele jeszcze wrócimy.

Niemiecka Iliada

W pierwszych latach XIX wieku, po kolejnych upokarzających klęskach Prus i Austrii z rąk Napoleona, niemiecka elita intelektualna szukała nowych symboli wspólnoty. Właśnie wtedy wielki romantyk August Wilhelm Schlegel (1767–1845) ogłosił, że odnaleziona pół stulecia wcześniej starogermańska Pieśń o Nibelungach jest „niemiecką Iliadą”.

Prawią nam stare pieśni o przeszłości cudach:

O bohaterach słynnych, o znojach, o trudach,

O godach i rozkoszy, o łzach i boleści,

O bojach i zapasach – słuchajcie powieści!

Niegdyś w Burgundii śliczne dorastało dziecię

Krwi królewskiej, – Krymhilda. Żadna jej na świecie

Nie dorówna urodą, co z latami rosła –

A potem mężom tylu zagładę przyniosła.

Niejeden chrobry rycerz na ślubne kobierce

Pragnął ją poprowadzić, pozyskać jej serce,

Bo urocza jej krasa każde oko pieści

A cnoty zdobić mogą cały ród niewieści.

(Pieśń o Nibelungach, I 1–12; przeł. L. German)

To początek średniowiecznego eposu, w którym chwała od pierwszych wersów splata się z zapowiedzią zagłady, a jej ostatecznym „narzędziem” – jak Helena w Iliadzie – będzie najpiękniejsza kobieta świata. Nibelungów rozsławił później w swojej tetralogii Pierścień Nibelunga Ryszard Wagner. Jednak akcja jego czterech „dramatów muzycznych” (Złoto Renu, Walkiria, Zygfryd i Zmierzch bogów), wystawionych w 1876 roku w teatrze operowym w bawarskim Bayreuth, nie ma wiele wspólnego z treścią Pieśni. W swojej pierwotnej wersji epos opowiadał o świecie bohaterów rządzonym przez honor, wierność i zemstę: o niezwyciężonym herosie Zygfrydzie, zdradzonym przez własnych sprzymierzeńców, oraz o Krymhildzie, żonie Zygfryda, która po jego śmierci podporządkowuje całe swoje życie bezlitosnej sprawiedliwości.

Dla Schlegla Pieśń o Nibelungach to – podobnie jak jego zdaniem Iliada dla starożytnych Greków – pradawna, ludowa poezja wyrażająca nieskażone cnoty oraz pierwotnego ducha narodu. Od tego momentu w kulturze i nauce niemieckiej XIX wieku pojęcie „niemieckiej Iliady” trzeba traktować niemal dosłownie. Dość powiedzieć, że jeden z największych badaczy Homera oraz twórców nowoczesnej filologii klasycznej Karl Lachmann (1793–1851; spotkamy go jeszcze w tej książce) zajmował się jednocześnie Pieśnią o Nibelungach.

Schleglowi chodziło jednak o coś więcej niż literacką analogię. Chciał uczynić z eposu oręż w walce z tyranią cesarza Francuzów, z którym ówczesnym Niemcom mieli kojarzyć się dzicy Hunowie z Pieśni o Nibelungach. Przeciwko takiemu uwspółcześnianiu eposu protestował Wilhelm Grimm. Ironizował na temat idei „niemieckiej Iliady”, przekonując, że Nibelungowie są dla większości Niemców równie obcy jak sam Homer. Mało kto podzielał jednak jego zdanie.

Dla wielu niemieckich intelektualistów propagowanie Pieśni o Nibelungach i wprowadzenie jej do lektur szkolnych w Prusach miało przywołać ze średniowiecznych zaświatów „niemieckiego ducha bohaterskiego”. Tak rozumianą misję realizował między innymi Johann August Zeune (il. 2), który w 1813 roku, już po klęsce Napoleona w Rosji, gromadził w Berlinie tłumy słuchaczy wykładami wymierzonymi w rewolucyjne „francuskie bałwochwalstwo” i poświęconymi prastarym wartościom Nibelungów. W romantycznym zapale planował nawet posyłać w teren rzesze niewidomych uczniów swojej berlińskiej szkoły. Chciał, by na wzór ślepego barda Homera wędrowali po niemieckich wsiach i miasteczkach, recytowali Pieśń o Nibelungach i budzili w ten sposób niemiecki patriotyzm.

Zeune wydał też tłumaczenie na współczesny niemiecki archaicznego przecież eposu (zapisanego w dialekcie średnio­-wysoko­-niemieckim). Wkrótce ukazało się ono ponownie, tym razem w ogromnym nakładzie, w „polowym i obozowym” formacie kieszonkowym. Pruska młodzież miała nieść Nibelungów ze sobą jak potężny talizman, gdy ruszała na zachód, by latem 1815 roku wraz z Anglikami dopaść Napoleona pod Waterloo. Wśród tych, którzy na ochotnika dołączyli wówczas do niemieckiej „wojny wyzwoleńczej”, znalazł się i Karl Lachmann, i wielu innych zwolenników ruchu oczyszczenia języka niemieckiego oraz odrodzenia niemieckich studiów klasycznych z jego pokolenia.

Kolejna fala popularności eposu napłynęła wraz z wojną francusko­-pruską (1870–1871) i utrzymała się w latach bezpośrednio po niej. Bywało wówczas, że niemieccy czytelnicy otrzymywali kilka nowych wydań Nibelungów rocznie. Tragiczni bohaterowie eposu – Zygfryd i jego zabójca Hagen – weszli razem do panteonu narodowych świętych, a „niemiecka Iliada” znalazła stałe miejsce w duchowym arsenale niemieckiego militaryzmu. Niemiecką linię obronną we Francji w czasie pierwszej wojny światowej nazwano „Fortyfikacją Zygfryda”**, a w 1945 roku, zaledwie na miesiąc przed kapitulacją Trzeciej Rzeszy, w akcie ostatecznej desperacji z resztek różnych rozbitych oddziałów sformowano ostatnią frontową jednostkę SS. Ta 38 Dywizja Grenadierów nosiła nazwę „Nibelungowie”***.

Tymczasem przed pierwszą, a nawet drugą wojną światową w niemieckim gimnazjum klasycznym, szczytowym osiągnięciu dziewiętnastowiecznego systemu edukacji, pomimo obecności „niemieckiej Iliady”, niepodzielnie władały prawdziwe eposy Homera. To one dla kolejnych pokoleń niemieckich humanistów były szkołą wyobraźni, estetyki, literackiej wrażliwości, a nawet etyki. Można wręcz powiedzieć, że grecka Iliada stworzyła nowoczesne Niemcy w o wiele większym stopniu niż Pieśń o Nibelungach. Ówczesnym niemieckim elitom było zresztą po drodze nie tylko z Homerem jako wzorcem surowego, antycznego piękna. Również jako z prapoetą dumnych, „aryjskich”, rzekomo jeszcze „czystych rasowo” – i dzięki temu wojowniczych oraz zwycięskich – Hellenów.

Nowożytna kariera wojenna Iliady była jednak zupełnie inna niż Nibelungów. A w każdym razie o wiele bardziej skomplikowana.

***

Zacznijmy od karykatur z czasów pierwszej wojny światowej. W czo­łowym berlińskim piśmie humorystycznym „Kladderadatsch” pojawiały się wtedy regularnie patriotyczne rysunki satyryczne nawiązujące do Iliady. Niektórym z nich towarzyszyły wierszowane, propagandowe parafrazy odpowiednich wersów poematu.

W lutym 1915 roku Achilles – największy z herosów Homera – strzeże wraz z niezłomnym niemieckim żołnierzem zimowych okopów na froncie zachodnim we Flandrii. Ale już w kwietniu, w pierwszych miesiącach walk na półwyspie Gallipoli, na okładce „Kladderadatsch” Trojanie i Achajowie salutują szefowi niemieckiej misji wojskowej w Turcji, baronowi Colmarowi von der Goltzowi (1843–1916). Na okładce z początku maja Dzeus, Atena i Hermes patrzą z Olimpu na kampanię dardanelską – owoc ohydnej chciwości Johna Bulla, karykaturalnego uosobienia Anglii i najgorszego szwarccharaktera niemieckiej prasy tego czasu. Nieco później, w maju 1915 roku, John Bull, w swojej ulubionej roli władcy mórz Posejdona, jest już spychany do wody przez tureckich żołnierzy. Jego trójząb wydaje się bezsilny wobec, jak głosi podpis, „bagnetów Allaha”. W lipcu zaś ukazała się niezwykle bogata w symbole karykatura zatytułowana „Bitwa przy okrętach. Z nowej Iliady” (il. 3). Oto w przerwie meczu tenisa albo krykieta osobnik o imieniu „Churchilles” – zblazowany angielski arystokrata w sportowym stroju – gnuśnieje w namiocie z papierosem w dłoni i przy szampanie. Tymczasem jego armia (w szkockich kiltach!) załamuje się na dardanelskim brzegu pod naporem obrońców Troi niczym Achajowie w XII pieśni Homera pod nieobecność Achillesa skłóconego z Agamemnonem. Turecki Hektor jest już tylko o krok od spalenia okrętów najeźdźcy.

Po drugiej zaś stronie Dardaneli Homer nie był narzędziem wojennej propagandy. Czekała go rola znacznie poważniejsza.

Achilles i poeci

„Powiedz mi, Achillesie, / Czy trudno umierać ci przyszło?” – Patrick Shaw­-Stewart (il. 4) napisał te słowa w 1915 roku na wyspie Imbros, podczas trzydniowej przepustki. Przed wojną był błyskotliwym oksfordzkim klasykiem, najlepszym studentem swojego rocznika – porzucił jednak karierę akademicką, by zostać najmłodszym w dziejach dyrektorem jednego z szacownych londyńskich banków. Gdy wybuchła wielka wojna, zgłosił się na ochotnika – jak niemal wszyscy jego koledzy. Z Imbros mógł teraz patrzeć i na półwysep Gallipoli, i na Troadę.

Po tamtej stronie wody walczył kiedyś Achilles. Ale Shaw­-Stewart nie szukał w nim wojennego heroizmu. Szukał odpowiedzi na pytanie, czy da się umrzeć tak, jak umierali bohaterowie Homera – z sensem, z wyboru i ze świadomością ceny.

Achilles in the Trench

I saw a man this morning

Who did not wish to die;

I ask, and cannot answer,

if otherwise wish I.

Fair broke the day this morning

Upon the Dardanelles:

The breeze blew soft, the morn’s cheeks

Were cold as cold sea­-shells.

But other shells are waiting

Across the Aegean Sea;

Shrapnel and high explosives,

Shells and hells for me.

Oh Hell of ships and cities,

Hell of men like me,

Fatal second Helen,

Why must I follow thee?

Achilles came to Troyland

And I to Chersonese;

He turned from wrath to battle,

And I from three days’ peace.

Was it so hard, Achilles,

So very hard to die?

Thou knowest, and I know not;

So much the happier am I.

I will go back this morning

From Imbros o’er the sea.

Stand in the trench, Achilles,

Flame­-capped, and shout for me.

1915

Stań w okopie, Achillu

Spotkałem dziś człowieka,

Co ginąć nie chciał wcale.

Czy ja chęć taką miałem,

Sam siebie spytać się bałem.

Nad Dardaneli cieśniną

Wstawał już dzień pogodny,

Jak muszli morskich łusek

Dotyk wiatru był chłodny.

Tam za Egejskim Morzem

Inne czekają mnie łuski –

Pociski, bomby, szrapneli

Piekielnych ogni rozbłyski.

O, piekło miast i okrętów,

Piekło, jak ja, szarych ludzi,

Dlaczego nowa Heleno,

Me pożądanie wciąż budzisz?

Achilles przybył pod Troję,

Pod Chersonezem ja będę tkwił;

On zmienił gniew na walkę, ja

Na wojnę pokoju trzy dni.

Powiedz mi, Achillesie,

Czy trudno umierać ci przyszło?

Tyś wiedział, a ja nie wiem,

Taką nad tobą mam wyższość.

Jutro znów będę w okopie,

A ty, Achillu, daj słowo,

Że staniesz tam razem ze mną

W wieńcu z płomieni nad głową.

1915

(przeł. T. Sławek)

Tragedia bankiera­-poety zaczyna się od obserwacji banalnej i druzgocącej zarazem: istnieją ludzie, którzy na wojnie nie chcą umierać. Homer nie jest tu ozdobą ani literacką aluzją. Jest wspólnym językiem poety i jego czytelników. I jest też naturalnym punktem odniesienia w egzystencjalnym rachunku, który próbuje przeprowadzić Shaw­-Stewart. Was it so hard, Achilles, / So very hard to die? – Achilles znał odpowiedź. Wyruszył pod Troję z pełną świadomością, że dla nieśmiertelnej sławy musi tam młodo zginąć. Shaw­-Stewart tej pewności chyba nie ma.

Wiersz ten ma jednak również konkretny, biograficzny rdzeń. Gdy Shaw­-Stewart stacjonował na greckiej wyspie Skyros, przewodniczył wojskowej ceremonii pogrzebu swojego Patroklosa – zmarłego tam przyjaciela, wojennego poety Ruperta Brooke’a, nazwanego przez W.H. Audena „najpiękniejszym mężczyzną Anglii”. W opublikowanym pośmiertnie niedokończonym wierszu Brooke widział siebie jako jednego z wielu poległych bohaterów, których bracia Sen (gr. Hypnos) i Śmierć (gr. Thanatos) uniosą do ojczyzny z pola bitwy w Dardanelach – niczym herosa Sarpedona spod Troi w Iliadzie (Il., XVI 681–683).

Doświadczenie śmierci przyjaciela musiało ciążyć, gdy Shaw­-Stewart pisał ostatnią strofę swojego liryku. Wezwanie skierowane do Achillesa, by stanął obok w okopie, w wieńcu z płomieni nad głową, jest zarazem wezwaniem do umarłych, żeby towarzyszyli żywym.

Wiersz szybko stał się symbolem – i to nie tylko przez okoliczności powstania. Ze względu na dobry francuski – wyniesiony z Eton – Shaw­-Stewart służył później jako oficer łącznikowy Royal Navy z oddziałami francuskimi w różnych punktach Morza Egejskiego; otrzymał najwyższe odznaczenia wojskowe Trzeciej Republiki. Uparcie starał się jednak o przeniesienie na front zachodni. Gdy wreszcie to osiągnął, powierzono mu tymczasowo dowództwo batalionu piechoty. Mniej więcej w tym samym czasie na stanowisko dowódcy innego batalionu we Francji uciekał, ratując swoją chwilowo skompromitowaną karierę, mózg operacji pod Gallipoli – Winston Churchill.

Komandor porucznik Patrick Shaw­-Stewart zginął w błocie francuskiego okopu trafiony w usta odłamkiem szrapnela przedostatniego dnia 1917 roku. Mniej więcej tak, jak pisał.

Jego wiersz – i on sam, przeczuwający nieuchronny koniec – okazali się przedstawicielami całego pokolenia. Bohaterska śmierć dała poecie nową, trwałą sławę, o wiele trwalszą niż ta, którą wcześniej zapewniała mu londyńska prasa brukowa jako członkowi skandalizującej „zepsutej koterii” (ang. The Corrupt Coterie) – grupy modnych intelektualistów i arystokratycznych utracjuszy płci obojga.

Sięgający po Greków młodzi „poeci wojenni”, którzy tworzyli i ginęli w czasie pierwszej wojny światowej, to w świadomości Brytyjczyków fenomen niemal równie ważny, co w Polsce młodzieńcza poezja okupacyjnego „pokolenia Kolumbów”, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego czy Tadeusza Gajcego. W pięknej scenie otwierającej film Rydwany ognia Hugh Hudsona (1981) – z niezapomnianą muzyką Vangelisa – rektor Gonville and Caius College w Cambridge zwraca się do powojennego rocznika studentów, wspominając ich poległych w „Wielkiej Wojnie” starszych kolegów: „teraz tragicznym zrządzeniem losu ich marzenia stały się waszymi marzeniami”. Krainom mniej szczęśliwym niż stara Anglia nie były dane nieustanna odnowa i ciągłość pokoleń ponad dziejową katastrofą. Dlatego Achilles, przedwczesna ofiara wojny przecinającej jego szlachetny i obiecujący żywot, musiał wziąć na siebie ciężar personifikacji całych narodów.

***

Tylko czy w ogóle traktowanie Achillesa jako figury nowoczesnego heroizmu ma sens? Takie wątpliwości miał już Karol Marks. W Ideologii niemieckiej (1845–1846) trzeźwo pytał, „czy możliwy jest Achilles w dobie prochu strzelniczego i ołowiu” (oraz w ogóle Iliada w czasach maszyn drukarskich). Robert Graves, autor słynnych Mitów greckich, a w młodości jeden z „poetów wojennych” lat pierwszej wojny światowej, w 1941 roku stwierdził, że „silnik spalinowy nie sprzyja poezji”. A jednak w czasie bitwy o Anglię i później opinia publiczna wciąż karmiona była opowieściami o rycerskich lotnikach, wśród których znajdowali się też obiecujący młodzi artyści. Dwaj poeci, współpracownicy biura public relations Ministerstwa Sił Powietrznych, wydali nawet antologię Air Force Poetry (London 1944; „Poezja sił powietrznych”), zbierającą wiersze napisane przez pilotów oraz personel latający i naziemny RAF****.

W niezwykłym, wyprzedzającym swoją epokę filmie Sprawa życia i śmierci Michaela Powella i Emerica Pressburgera (1946) wyobrażenia te sięgają aż do poczekalni Wydziału Lotniczego w raju. Szczęśliwie polegli w ostatnich dniach wojny alianccy piloci niecierpliwie czekają tam na przyjęcie do grona aniołów. Jeden z nich, były student Oksfordu, zakochał się w głosie radiotelegrafistki, który towarzyszył mu w ostatnich chwilach przed śmiercią. W wyniku niebiańskiej pomyłki pozostał wśród żywych i stał się ideałem subtelnego, szlachetnego poety w służbie RAF.

W wojennej rzeczywistości grany przez Davida Nivena pilot czterosilnikowego ciężkiego bombowca Avro Lancaster, przenoszącego ponad sześć ton bomb zapalających, zapewne wracał z nocnego nalotu dywanowego na Drezno albo Hamburg. Jego ofiarami były więc tysiące cywilów. Część brytyjskiej publiczności musiała zdawać sobie z tego sprawę. Stąd już tylko krok do pytania, które zapewne i tak zadaje sobie większość dzisiejszych czytelników Iliady – zwłaszcza kiedy heros Achajów podrzyna gardła dwunastu trojańskim jeńcom, by uczcić pamięć poległego przyjaciela Patroklosa (Il., XXIII 175–182) – czy młodzieńczy Achilles, który pod Troją w wolnych chwilach śpiewa poezję, grając na pięknej formindze (Il., IX 186–189; il. 5), może być jednocześnie zbrodniarzem wojennym?

Homer w Ameryce

Pół wieku po Gallipoli Achilles powrócił do okopów, tym razem w Indochinach.

Jonathan Shay, bostoński psychiatra kliniczny pracujący z amerykańskimi weteranami wojny w Wietnamie cierpiącymi na PTSD, sięgnął po Iliadę, by opisać doświadczenie, dla którego współczesny język medycyny okazywał się niewystarczający. Tak powstała książka Achilles in Vietnam. Combat Trauma and the Undoing of Character (1994; „Achilles w Wietnamie. Trauma bojowa i degradacja osobowości”), której znaczenie w Stanach Zjednoczonych jeszcze wzrosło po 11 września 2001 roku, w czasie wojen w Iraku i Afganistanie. W kolejnej pracy, Odysseus in America. Combat Trauma and the Trials of Homecoming (2002; „Odys w Ameryce. Trauma bojowa i wyzwania powrotu do domu”), Shay do tego projektu dołączył Odyseję.

Homer stał się dla Shaya nie tyle historycznym punktem odniesienia, ile przewodnikiem po doświadczeniu wojny i jej długim cieniu – po tym, co dzieje się z człowiekiem po powrocie z frontu. Tym samym próbował on opisać i leczyć to, co amerykańskiej publiczności wcześniej przekazywało kino: Łowca jeleni Michaela Cimino, Czas apokalipsy Francisa F. Coppoli, Pluton Olivera Stone’a czy Full Metal Jacket Stanleya Kubricka, a w lżejszej, jawnie terapeutycznej formie także Forrest Gump Roberta Zemeckisa. Sięgając po Iliadę i Odyseję, Shay mierzył się jednak nie tylko z doświadczeniem swoich pacjentów. Dotykał czegoś głębiej zakorzenionego, jednego z fundamentów współczesnej amerykańskiej kultury masowej. Traumy nie tylko indywidualnej, lecz niemal narodowej, która wciąż wpływa na stosunek Ameryki do wojen zamorskich. Nieprzypadkowo więc również w znakomitej książce Elliota Ackermana, byłego oficera piechoty morskiej i weterana walk afgańskich, poświęconej katastrofalnemu odwrotowi z Afganistanu w 2021 roku, naturalnym punktem odniesienia dla refleksji nad amerykańską wojną i jej niepowodzeniami ostatnich dekad pozostaje właśnie Iliada (Ackerman 2022).

Stworzona przez Shaya koncepcja „urazu moralnego” przekracza doświadczenie PTSD. Chodzi o przemianę osobowości wywołaną naruszeniem własnych zasad moralnych w sytuacji skrajnego zagrożenia – najczęściej w ogniu walki. Szczególnie u tych, którzy ponoszą odpowiedzialność za innych. Najważniejsze są nie tyle o strach czy stres, ile o doświadczenie zdrady samego siebie: decyzji podjętych, granic przekroczonych, winy, której nie da się łatwo unieważnić.

Zarówno Achilles, jak i Odyseusz nadają się wyjątkowo dobrze na patronów pracy z takimi weteranami. Achilles, owładnięty gniewem i żądzą zemsty, przez wiele dni bezcześci ciało zabitego wroga, a wcześ­niej – urażony – porzuca towarzyszy broni na polu walki. W tej figurze gniewu, który odcina od wspólnoty, a osoba nim owładnięta przekracza dopuszczalne granice, kryje się doświadczenie znane wielu weteranom. Odyseusz z kolei – już po wygranej wojnie, w drodze powrotnej do domu – przez pychę i nierozwagę doprowadza do śmierci wszystkich swoich podkomendnych.

Shay szuka u Homera nie tylko przydatnych analogii, lecz także psychologicznych, społecznych i filozoficznych sensów dla doświadczeń swoich pacjentów. Mamy więc do czynienia ze swoistym zapisem dwutorowego procesu – klinicznego i literackiego zarazem, w którym wypowiedzi amerykańskich weteranów krzyżują się z wersami Homera czytanego tak, jakby jego poematy były wspomnieniami z czasów wojny.

Trzeba przyznać, że taka lektura często prowadzi do daleko idącej instrumentalizacji dzieła Poety. O wiele lepiej na tym tle wypada ważny projekt społeczny inspirowany pracami Shaya: Ancient Greeks/Modern Lives („Starożytni Grecy – Współczesne losy”). Nowojorski Aquila Theatre postanowił za jego pomocą połączyć społeczność weteranów wojennych z amerykańskim społeczeństwem. Na ponad stu scenach w całych Stanach Zjednoczonych pod kierunkiem badaczy literatury greckiej czytano publicznie na głos wybrane tragedie i eposy, przede wszystkim Iliadę, w obecności weteranów, ich rodzin i członków wspólnot lokalnych. To była nie tyko zbiorowa terapia. Niektóre z tych przedstawień okazały się dużymi artystycznymi sukcesami.

Druga książka Shaya, „Odys w Ameryce”, ukazała się wkrótce po zamachach z 11 września 2001 roku i zbiegła z początkiem politycznej i militarnej odpowiedzi na ten atak. Nie jest przypadkiem, że przedmowę do niej napisało wspólnie dwóch najsłynniejszych amerykańskich weteranów tego czasu – dwaj senatorowie z obu stron politycznej barykady: demokrata Max Cleland (1942–2021) i republikanin John McCain (1936–2018). Zarówno oni, jak i sam autor potraktowali tę książkę jak swoisty manifest, coś w rodzaju eksperckiej rekomendacji dla niezbędnej odnowy amerykańskich sił zbrojnych. Shay w przenikliwy sposób występuje przeciwko wizji armii jako „machiny wojennej” w dosłownym sensie tego sformułowania. Jego własne doświadczenie każe patrzyć na nią inaczej – z ludzkiego, psychologicznego punktu widzenia, a przede wszystkim nieustannie zadawać pytanie, „co dalej” z wykorzystanymi już, a czasem zużytymi trybami tej maszyny.

Straszliwie okaleczony w Wietnamie Cleland oraz torturowany w niewoli, długoletni jeniec wojenny McCain w pełni podzielali punkt widzenia i rekomendacje „Odysa w Ameryce”. Nie w imię pięknych moralnych ideałów, ale dla skuteczniejszego funkcjonowania zarówno amerykańskich wojsk, jak i amerykańskiego społeczeństwa mierzącego się z doświadczeniem nowych czasów – permanentnej w życiu Ameryki obecności wojny i ludzi nią dotkniętych. Dziś widzimy, że nie jest to wyłącznie amerykańskie doświadczenie.

Wyspa Węży

Wróćmy po raz ostatni na półwysep Gallipoli. Jeden z jego południowych przylądków, do których nigdy nie dotarli masakrowani przez turecką obronę alianci pierwszej wojny światowej, antyczni Grecy określali mianem „Grobowca Suki” (gr. Kynossēma). Widoczny w starożytności kopiec można uznać za miejsce symbolicznego domknięcia opowieści trojańskiej. Według legendy właśnie tam pochowano bowiem Hekabe, królową Troi, matkę bohaterskiego Hektora.

W wojnie z Grekami zginęło wiele królewskich synów i córek. Najmłodszą z tych ostatnich, Poliksenę, Achajowie już po złupieniu Troi zabili na ołtarzu niczym zwierzę ofiarne. Z kolei najmłodszy z synów Hekabe i Priama miał pozostać bezpieczny. Przed inwazją wysłano go do Polymnestora, przyjaciela rodziny. Był on królem pobliskiego Chersonezu Trackiego, a więc – Gallipoli. Polymnestor połasił się jednak na trojańskie bogactwa, które mu powierzono wraz z dzieckiem. Zabił chłopca. Gdy morze wyrzuciło trupa na brzeg Troady, Hekabe (łac. Hecuba) miała oszaleć. Zdążyła jeszcze podstępnie zemścić się na mordercy, zanim bogowie z litości zamienili ją w sukę. Odtąd błąkała się wśród ludzi, żebrząc o ochłap jedzenia i rozpaczliwie wyjąc. To dlatego w tradycji europejskiej ucieleśnia ona bezbrzeżną żałobę po ofiarach wojny.

A co z Achillesem? Po śmierci pod Troją wraz ze swym przyjacielem Patroklosem miał spocząć pod okazałym kurhanem na wybrzeżu Troady, po drugiej stronie Dardaneli. Niektórzy Grecy dodawali do tego akt ostatecznego okrucieństwa herosa: już zza grobu miał zażądać śmierci pięknej Polikseny, by móc cieszyć się nią w zaświatach. W Odysei natomiast jego los pośmiertny jest godny pożałowania. Chociaż w Hadesie odbiera cześć jako największy z herosów, to oddałby całą swoją chwałę za choćby najmizerniejszy żywot na ziemi (Od., XI 488–491). W tym miejscu Homer radykalnie podważa cały wpisany w Iliadę system wartości. Przecież Achilles sam wybrał tam wczesną śmierć w zamian za nieśmiertelną sławę. Pewne wersje mitu próbowały pogodzić ze sobą oba te ideały: wieczną chwałę i doczesne szczęście. Zgodnie z nimi boska Tetyda, matka Achillesa, zdołała unieść ciało syna w północne krainy, by tam cieszył się życiem, którego nie zdążył w pełni zakosztować. Pauzaniasz, grecki pisarz i podróżnik z czasów cesarstwa rzymskiego, dodawał w Wędrówkach po Helladzie, że Achilles miał tam bawić w towarzystwie najpiękniejszej kobiety wszechczasów – samej Heleny (Paus., III 19.13). Byłoby to godne, choć mocno ironiczne podsumowanie tragedii wojny trojańskiej.

***

Nieco ponad dwieście lat temu, w 1823 roku, kapitan­-lejtnant carskiej floty czarnomorskiej N.D. Krickij na niewielkiej wyspie w północno­-zachodnim zakątku Morza Czarnego odkrył i udokumentował szczątki greckiej świątyni. W starożytności Grecy nazywali tę niezamieszkaną wyspę Leuké, czyli Białą. Niektórzy mówili o niej: Wyspa Achillesa. Ten izolowany skrawek lądu nadawał się doskonale na miejsce kultu tego bohatera, którego zresztą czczono w różnych greckich miastach obficie oblepiających w starożytności wybrzeża Morza Czarnego. Zwłaszcza na terytorium Olbii, czyli Miasta Szczęśliwego nad limanem Bohu, nieco na południe od dzisiejszego Mikołajowa w Ukrainie. W tym regionie Achillesa nazywano Władcą Białej Wyspy albo wręcz Władcą Scytii, czyli całej krainy na północ od morza. Na wysepkę przybywali żeglujący tamtędy kupcy, by złożyć herosowi ofiary i dary wotywne. W ten sposób chcieli zapewnić sobie jego opiekę na burzliwych wodach i jeszcze niebezpieczniejszych terytoriach wojowniczych Scytów.

Wyspa Achillesa prawdopodobnie była przez długi czas kontrolowana przez Olbię, miała bowiem już w starożytności duże znaczenie strategiczne w regionie. Pozostało tak do dzisiaj. Pierwszego dnia inwazji Rosji na Ukrainę, 24 lutego 2022 roku, rosyjska flota czarnomorska zaatakowała ten skrawek lądu, nazywany dzisiaj Wyspą Węży. Ultimatum wystosowane przez załogę krążownika rakietowego Moskwa spotkało się ze znaną wszystkim odpowiedzią garstki obrońców. Po stu kilkudziesięciu dniach okupacji, podczas których wspomniany okręt został zatopiony ukraińską rakietą Neptun, Ukraińcy odzyskali wyspę.

Achilles jednak na razie nie zazna spokoju. Wyspa Biała podobno wciąż bywa bombardowana, a ruiny Olbii, niegdyś wspaniały park archeologiczny, w którym pracowali również polscy archeolodzy z Muzeum Narodowego w Warszawie, są celem regularnych ataków. Na wciąż okupowanych terenach na południowy wschód od Dniepru daleko w głąb Morza Czarnego wybiega długi, płaski półwysep zwany Kosą Tendrowską. To obszar ciężkich walk sił specjalnych Ukrainy. W starożytności była to legendarna „bieżnia Achillesa”. Umieszczano tam miejsce sportowych treningów herosa, opatrywanego przecież w Iliadzie epitetem „szybkonogi”. Tuż obok przebiega dziś linia południowego frontu strasznej wojny. Liczmy wszyscy na pomoc potężnego Achillesa, Władcy Scytii, w jej rozstrzygnięciu.

***

W powieści Szczepana Twardocha Null (Marginesy, Warszawa 2025) bezsilna, półnaga Poliksena z płaskorzeźby na sarkofagu (il. 6) staje się figurą kobiet brutalnie skrzywdzonych przez rosyjską inwazję. Całej tej wstrząsającej powieści wojennej patronuje jednak od początku sam Achilles z IX pieśni Iliady. Achilles, który jedyny raz w całym poemacie na poważnie stawia przed sobą alternatywę: żyć długo, wróciwszy do domu, czy zginąć młodo, walcząc pod Troją (w. 410–416).

Czy jednak Homer ma w ogóle jakieś znaczenie w obliczu prawdziwych, a nie literackich okropności wojny? Ukraiński prozaik i żołnierz Ołeksandr Myched, którego rodzina pochodzi z Buczy pod Kijowem, tak pisze w swojej reporterskiej książce Kryptonim dla Hioba. Kroniki inwazji (przeł. J. Czech, Czarne, Wołowiec 2025: 332–333):

Literatura nie ocala. Po inwazji na pełną skalę trudno mi się skupić na czytaniu i wsłuchiwaniu się w tony moralizatorstwa wielkiej literatury […]. Literatura i kultura nie obroniły mnie ani mojej ojczyzny […]. Wiarę w literaturę przywraca mi strach okupantów rosyjskich, który budzą w nich nasze książki i w ogóle nasza kultura. Na terenach okupowanych od razu zmieniają nazwy miejscowości na rosyjskie, przywracają symbole radzieckie i urządzają filtrację. Zwłaszcza bibliotek. Szukają „szkodliwych” książek, jakby stanowiły takie samo niebezpieczeństwo jak „elementy wywrotowe” z ciała i krwi.

Ofiarą takiej „filtracji” mógłby, a nawet powinien stać się dzisiaj również Homer. Tymczasem na głęboko symbolicznym zdjęciu agencji prasowej Reuters z Mariupola (il. 7) z początku wojny widzimy ruiny Teatru Dramatycznego, który zbombardowano 16 marca 2022, gdy przebywały w nim setki cywilów – mężczyzn, kobiet i dzieci. Przed wyburzeniem budynku ostatnie ślady tej zbrodni zamaskowano rusztowaniami, z których patrzą na nas wielcy rosyjscy pisarze: Puszkin, Tołstoj, a obok nich Gogol oraz zrusyfikowany na tę okoliczność ukraiński wieszcz Taras Szewczenko. W odbudowanym gmachu okupacyjne władze rosyjskie z okazji oddania teatru do ponownego użytku zorganizowały w grudniu 2025 roku dyskotekę.

* Rozdział Homer naszych wojen został we wcześniejszej wersji opublikowany w „Przeglądzie Politycznym”, zob. M. Węcowski, Homer naszych wojen, „Przegląd Polityczny” 190 (2025), a po angielsku w magazynie internetowym „Antigone”: antigone­journal.com/2026/03/homer-of-our-wars.

** Alianci nazywali ją „Linią Hindenburga”. „Linia Zygfryda” z drugiej wojny światowej to z kolei aliancka nazwa niemieckiego Westwall (dosł. „Zachodni Mur”).

*** Na temat zawłaszczania kultury klasycznej, w tym Homera, przez niemiecki nacjonalizm i hitleryzm zob. ostatnio Chapoutot 2016.

**** O obrazie pilotów w kulturze brytyjskiej w czasie drugiej wojny światowej pisze ciekawie Francis 2008: 153–180.

Wymyślanie Homera

Homer przeżył z nami wiele wojen. Był w okopach Gallipoli i w Wietnamie, był na Wyspie Węży. Ale kim tak naprawdę był – jeśli w ogóle istniał?

Urodził się zaraz po wojnie trojańskiej albo wiele pokoleń później, na pewno gdzieś w Jonii lub w Eolii, w Smyrnie, a może w Kyme, na Chios albo we wszystkich tych miejscach po trochu. Jego ojcem był bóg rzeki Meles albo sam Apollo, a może zupełnie zwyczajny człowiek, o którym tradycja wolała dyskretnie zapomnieć. Matka zaszła w ciążę w okolicznościach kłopotliwych, więc musiała opuścić rodzinne miasto, by uniknąć skandalu. Homer wędrował potem jako śpiewak, od miasta do miasta, żyjąc z gościny i nagród – albo wcale nie wędrował. Został poetą, bo natchnęły go Muzy albo dlatego, że oślepł i w zamian zyskał dar widzenia tego, czego inni śmiertelnicy nie dostrzegają. Sławę zyskał ogromną, lecz jak to z poetami bywa nie przekładała się ona na zysk materialny. Wygrywał rywalizację z innymi artystami, choć czasem odnosił tylko moralne zwycięstwa. W końcu trafił na wyspę Ios, gdzie banda dzieciaków zadała mu śmiertelną zagadkę. Nie potrafił na nią odpowiedzieć. Zachorował. Umarł. Tak skończyło się życie Poety, wybrańca Muz, którego pokonała dziecięca łamigłówka.

A może wcale tak nie było? Może Homera nigdy nie było? Skąd więc to wszystko wiemy – i jak właściwie rodziła się jego legenda?

Apoteoza Homera

W Muzeum Brytyjskim w Londynie (nr inw. 1819,0812.1) znajduje się niezwykły relief wykonany najprawdopodobniej w egipskiej Aleksandrii w końcu III wieku p.n.e. Podpisany z imienia artysta – Archelaos, syn Apolloniosa z Priene – wyrzeźbił na nim niezwykle bogatą scenę. To apoteoza Homera (il. 8). Dzięki opisującym poszczególne postaci inskrypcjom możemy dokładnie zrozumieć każdy detal.

W centrum płaskorzeźby, z berłem w dłoni, siedzi sam Poeta. Przypomina tronującego Dzeusa, najwyższe bóstwo Hellenów. Za odbierającym kult heroiczny Homerem stoją boskie personifikacje: zamieszkały Świat (gr. Oikoumene), jako kobieca postać uosabiająca zarazem całą ludzkość, oraz skrzydlaty Czas (gr. Chronos). Para bóstw, którą na tym przedstawieniu utożsamia się niekiedy z hellenistycznymi władcami Egiptu Arsinoe III i Ptolemeuszem IV (panował w latach 221–205 p.n.e.), nakłada na głowę Poety wieniec. Po obu stronach tronu klęczą personifikacje Iliady i Odysei – przedstawione jako dzieci. Przed nim stoi Mit, wyobrażony jako mały chłopiec. Asystuje przy ołtarzu, na którym za chwilę zostanie złożona Homerowi ofiara z byka.

Po drugiej stronie ołtarza Mitowi w dopełnieniu obrzędu pomaga Historia. Za nią widzimy procesję ofiarników pozdrawiających Poetę wzniesionymi rękami i pochodniami. Są wśród nich Poezja, Tragedia i Komedia. Za nimi kroczy Natura (gr. Physis), a potem Cnota (gr. Areté), Pamięć (gr. Mnēmē), Wierność (gr. Pistis), wreszcie Mądrość (gr. Sophía). Powyżej, na zboczu góry Helikon, widzimy dziewięć Muz oraz ich „przodownika” Apollona. Na szczycie tronuje Dzeus trzymający berło. Towarzyszy mu jego boski posłaniec – orzeł, a także wymieniająca z nim spojrzenia bogini Mnemosyne, matka Muz i bóstwo pamięci, patronka wszystkich sztuk i nauk.

Niżej, na wysokości Muz i Apollona, nieco na uboczu stoi anonimowy dla nas mężczyzna. Sam Goethe jako pierwszy rozpoznał w nim artystę i fundatora, który uczcił płaskorzeźbą swój triumf w jakimś konkursie poetyckim. Zapewne w Aleksandrii, być może w przybytku kultowym Homera­-herosa, tak zwanym Homerejonie. Jegomość ten nieco nieskromnie porównuje się zatem z samym Poetą, co widać nawet w szczegółach. Obaj w prawych dłoniach trzymają zwój papirusowy swojego dzieła.

Jak widzimy, płaskorzeźba jest tak pedantyczna, że zrozumienie dokładnego jej przesłania nie wymaga żadnego wysiłku. W greckim świecie ducha i sztuki Homer jest ubóstwionym – albo lepiej: heroizowanym – odpowiednikiem Dzeusa, czczonym przez całą ludzkość i po wszystkie czasy. Hołd oddaje mu nawet sama Natura. To od niego wywodzą się wszystkie formy greckiej literatury, to on uczy Hellenów najważniejszych cnót i wartości. Mitologia, ale i piśmiennictwo historyczne Greków, na równi z Iliadą i Odyseją, są jego rodzonymi dziećmi. Apollon i Muzy wraz z najwyższym bogiem patronują mu z Olimpu i Helikonu.

W tej skomplikowanej całości dobrze widać rolę, jaką w czasach powstania reliefu przypisywano Homerowi w greckiej kulturze. Zanim jednak do tego doszło, minąć musiały całe wieki wymyślania Poety, owijania go w kolejne warstwy szczegółowej legendy i w kolejne znaczenia.

Świat bez Autora

W naszych rozplotkowanych czasach trudno wyobrazić sobie dzieło bez twarzy, biografii i anegdoty. W kulturze tradycyjnej było inaczej. Przez długie lata, czasem stulecia, utwory krążyły podpisane jedynie imieniem przekazanym przez tradycję. A często po prostu anonimowo, bo nawet to tradycyjne imię autora nie było nikomu do niczego potrzebne. Na przykład w starożytnej tradycji bliskowschodniej dziełom literackim spisanym na glinianych tabliczkach towarzyszyły niekiedy co najwyżej imiona skrybów, którzy wykonali daną kopię utworu. Dopiero z czasem, jeśli w ogóle, przyszło erudycyjne zaciekawienie człowiekiem stojącym za dziełem sztuki.

W Grecji taka ciekawość na większą skalę pojawiła się na dobre w dojrzałej epoce klasycznej. A więc w czasach Sofoklesa i Sokratesa, to jest w drugiej połowie V wieku p.n.e. Od tamtej pory zapamiętywano lub notowano wiadomości, faktyczne albo anegdotyczne, na temat poetów i pisarzy. Pojawią się też wtedy pierwsze greckie biografie, a już za życia Peryklesa powstanie nawet najwcześniejszy europejski utwór autobiograficzny. To Podróże (gr. Epidemíai) wszechstronnego poety i pisarza Iona z wyspy Chios, dziś niestety zaginione.

W tamtym okresie od czasu do czasu do obiegu trafiały jakieś informacje o dawnych poetach: imię, rodzinna wyspa, epizod z życia. Najczęściej ta szczątkowa wiedza była najżywsza tam, skąd poeci mieli pochodzić – w rodzinnej polis, w okolicznych miejscowościach, w kręgu lokalnej tradycji. Tam łatwiej było o anegdotę, o opowieść przekazywaną z pokolenia na pokolenie, czasem nawet o kult poety wyniesionego do rangi herosa, jak w przypadku Archilocha z Paros, któremu poświęcono specjalne sanktuarium.

Gdy taka pamięć już istniała, starożytni chętnie „doczepiali” do znanego imienia kolejne utwory. Teksty, które krążyły samodzielnie, przypisywano znanym poetom, nie troszcząc się zbytnio o dowody. Nie było zresztą narzędzi, by takie przypisania rzetelnie weryfikować – ważniejsze było to, żeby wiersz miał autora z imieniem i miejscem pochodzenia, niż to, czy ten wybór da się uzasadnić.

Najczęściej jednak tradycja przechowywała co najwyżej imię i nazwę ojczyzny dawnego twórcy. A co z jego biografią? Trzeba ją było po prostu wymyślić na podstawie starych i nowych legend oraz strzępów niepewnych informacji. Albo po prostu siłą wyobraźni ludzi epoki klasycznej, karmionej interpretacją tych miejsc w dziełach, w których można było dopatrywać się osobistych doświadczeń archaicznych poetów.

Ale czasami dane autobiograficzne można rzeczywiście odnaleźć. Chociażby w poezji wspomnianego już Archilocha. W swoich wierszach sam opowiada nam on o swojej karierze najemnika, archaicznego greckiego „psa wojny”, a może nawet właściciela całej grupy najemników. Jego zaś wzmianka o całkowitym zaćmieniu słońca (zapewne z 6 kwietnia 648 roku p.n.e.) wygląda na relację naocznego świadka – a to pozwala nam datować jego aktywność bardzo dokładnie. Zazwyczaj jednak próżno szukać w poezji tego rodzaju pewnych informacji.

Mimo to w następnych epokach Grecy będą tę pseudobiograficzną tradycję przyjmowali z pełnym zaufaniem. Będą też na jej podstawie mnożyli dalsze spekulacje i pisali coraz bardziej rozbudowane żywoty dawnych twórców. Zwłaszcza że w epoce hellenistycznej – po śmierci Aleksandra Wielkiego – i później, już w czasach rzymskich, stare greckie miasta funkcjonowały w ramach wielkich, wieloetnicznych imperiów. A wtedy duma z własnej kultury, w tym szczególnie ze swoich wielkich rodaków z dawnych czasów, pozwalała wyróżnić się na tle innych poddanych Aleksandra, jego następców czy Imperium Romanum. Paros szczycić się będzie swoim Archilochem tak jak małoazjatycki Halikarnas historykiem wojen perskich Herodotem (il. 9).

Tak było również w wypadku Homera. A dokładniej: w wypadku Homera było znacznie gorzej. Chociażby dlatego, że w czasach, kiedy zaczęła się kształtować grecka biografistyka, a więc w V wieku p.n.e., miał on już więcej niż jedną ojczyznę – kilka różnych miast spierało się o jego pochodzenie. W późniejszej wersji było ich aż siedem: Smyrna, Chios, Kolofon, Argos, Salamina Cypryjska, Ateny i Rodos. W czasach rzymskich dodawano do nich nawet Rzym.

Jednocześnie Poeta był już wówczas w pewnym sensie bezimienny. Słowo „Homer” nie było przecież prawdziwym imieniem greckim. To termin pospolity oznaczający „zakładnika” albo „gwaranta” jakiegoś układu. Biografowie Homera musieli zatem je wyjaśnić – co czynią zresztą do dzisiaj – często proponując inne niż zwyczajne rozumienie rzeczownika homēros. Hipotez takich przez dwa i pół tysiąclecia narosło bardzo wiele.

Zanim jednak zobaczymy, w jaki sposób wymyślano Homera w czasach, gdy już zajmowano się autorami dzieł literackich, musimy poczynić ważne zastrzeżenie. Brak zainteresowania osobą autora i jego biografią nie oznaczał, że grecki epos był postrzegany jako zbiór luźnych pieśni bez twórcy i kształtu. Przeciwnie: istniała wyraźna idea eposu jako całości. Choć była to całość ruchoma i niestabilna.

Jak pokażemy dalej, wpływowa szkoła badań nad Homerem do dziś utrzymuje, że epos był przez stulecia żywym organizmem. Zmieniał się z występu na występ, podlegał ciągłej rekompozycji, zależał od pamięci i kunsztu śpiewaka. Jako zamknięty, ustalony tekst wyłonił się bardzo późno. W przypadku Iliady i Odysei być może dopiero w Atenach od końca VI wieku p.n.e., przy okazji konkursów panatenajskich. Taka perspektywa sprawia, że pytanie o Poetę z krwi i kości traci sens. Na szczęście nie jest jedyna.

Portretując Homera

Poszukując najstarszych materialnych śladów legendarnej biografii Poety nie uda się nam cofnąć dalej niż do drugiej ćwierci V wieku p.n.e. A i to dzięki świadectwu młodszemu o kilkaset lat. Oto bowiem Pauzaniasz – grecki podróżnik z czasów cesarstwa rzymskiego – opisał pewną grupę rzeźbiarską z Olimpii, w jego czasach już zresztą rozproszoną po te­renie całego sanktuarium Dzeusa (Paus., V 26.2–6). Podarował ją bogom niejaki Mikythos pochodzący z Regionu, greckiej kolonii w dzisiejszej włoskiej Kalabrii. Część z wotywnych posągów, ofiarowanych w intencji ozdrowienia dotkniętego chorobą syna Mikythosa, miał później wywieźć do Rzymu sam cesarz Neron. W 66 i 67 roku n.e. odbywał on swoje żenujące śpiewacze i aktorskie tournée po Grecji, a przy okazji łupił skarby helleńskiej kultury*. Pośród ocalałych do czasów Pauzaniasza rzeźb ufundowanych przez Mikythosa znalazły się również posągi poetów: Hezjoda i Homera. To najstarsze – choć znane nam tylko z literackiej wzmianki – przedstawienie Poety w sztukach plastycznych. A ponieważ w Dziejach Herodota (VII 170.4) znajdziemy informację, że Mikythos został wygnany z Italii i osiadł na Peloponezie na początku lat 60. V wieku p.n.e., możemy datować rzeźby niewiele później.

Obok nich znalazła się też rzeźbiarska personifikacja konkursu – bóstwo o imieniu Spór czy też Rywalizacja (gr. Agon). Starając się połączyć kropki, możemy przypuścić, że grupa przedstawiała pierwotnie konkurs poetycki, w którym występowali i Homer, i Hezjod (il. 10). Zawody najprawdopodobniej odbywały się na Olimpie, a sędziami byli bogowie i boginie pod okiem samego Dzeusa. Pomagał im w tym mityczny śpiewak Orfeusz, którego posąg również należał do grupy Mikythosa.

Na północ od ruin świątyni Dzeusa w Olimpii archeolodzy odnaleźli niektóre bazy tych posągów. Same figury zaginęły jednak bez śladu. Dlatego historycy sztuki starożytnej od stulecia zaciekle próbują połączyć zaginione posągi bóstw oraz Homera ze znanymi nam kopiami rzymskimi z europejskich i amerykańskich muzeów. Na próżno.

Niewiele wcześniej pojawił się inny przykład monumentalnej sceny rzeźbiarskiej, której forma pomaga nam lepiej zrozumieć sens grupy Mikythosa. Jej autorem był Myron, twórca słynnego Dyskobola. W niezachowanym dziele z sanktuarium Hery na wyspie Samos przedstawił on Heraklesa, który zostaje wprowadzony przed tron Dzeusa na Olimpie przez Atenę, jego boską opiekunkę. W nagrodę za wykonanie nadludzkich prac bohater otrzymuje status boga olimpijskiego, a za żonę Hebe, boginię młodzieńczego piękna. Była to więc rzeźbiarska apoteoza – scena ubóstwienia śmiertelnika.

Nie wiemy, jak dokładnie wyglądało to dzieło Myrona. Wiemy jednak, że sam motyw apoteozy był w V wieku p.n.e. czytelny i nośny. Dlatego właśnie w tym samym duchu – jako wizualną opowieść o wyniesieniu do boskiego porządku – można próbować rozumieć także grupę ufundowaną w Olimpii przez Mikythosa, z Homerem pośród postaci o mitycznej randze. A więc najpóźniej w pierwszej połowie V wieku p.n.e. istniała już legenda, zgodnie z którą dzięki mistrzostwu swojej poezji Homer dostąpił zaszczytu obcowania z bogami. Może nawet został przez nich podniesiony do rangi herosa, któremu ludzie winni są cześć i kult ponadludzki.

Potwierdzają to najstarsze zachowane do naszych czasów wizerunki Homera na pięknych srebrnych monetach o wartości dwu drachm (od gr. drachme, dosł. „garść”), czyli didrachmach (il. 11). Monety te bite były w latach 350–320 p.n.e. przez Ios, niedużą wyspę na Cykladach. To ważne miejsce w homeryckiej legendzie. Stamtąd pochodzić miała matka Poety, a według niektórych wersji opowieści tam też miał on zostać pochowany. Nie dziwi nas zatem to, że obywatele wyspy szczycili się Homerem na swoich monetach. Przedstawiona z profilu głowa została opisana jego imieniem. Na odwrocie widać zwycięski laurowy wieniec i napis: „[należę do] obywateli Ios”. Co ciekawe, Homer wyraźnie nie jest tu ślepym bardem, jak w dominującym nurcie późniejszej tradycji. Jego oczy patrzą przenikliwie przed siebie.

Kolejne wyobrażenia Poety znamy wyłącznie dzięki rzeźbom z czasów rzymskich, kamiennym kopiom naśladującym zaginione, wykonane z brązu greckie oryginały. Był to zbyt cenny metal, by w późniejszych epokach przychodzące po sobie kolejne pokolenia barbarzyńców nie przetopiły takich dzieł sztuki. Badacze dzielą owe kopie na kilka grup, z których żadna nie może pochodzić z oryginału wcześniejszego niż koniec V wieku p.n.e. Ale oryginały te mogły mieć oczywiście wcześ­niejsze pierwowzory, na przykład we wspomnianej grupie Mikythosa. Tylko niektóre z nich ukazują Homera z pustymi oczami ślepca (il. 12). Wszystkie natomiast zdaje się łączyć jedno. Homerowie rzymskich kopii mają na głowie, tak jak Poeta z monety Ios, opaskę, diadem, niekiedy specjalną siatkę na włosy. A jego twarz dojrzałego albo starego już mężczyzny mocno przypomina greckich bogów, nawet samego Dzeusa. To kolejny dowód niemal boskiej pozycji, jaką przypisywano Homerowi.

Dalsza część w wersji pełnej

* Warto na marginesie dodać, że Neron skomponował zaginiony dzisiaj poemat Troiká (znaczy to mniej więcej tyle co „opowieść trojańska”), a wredna antyczna plotka, powtórzona przez Henryka Sienkiewicza w Quo vadis, przypisała mu aktorską deklamację poematu Zdobycie Troi w czasie wielkiego pożaru Rzymu w lipcu 64 roku n.e.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Homer i beczka Pandory

Część 1. Legenda Homera

Homer naszych wojen

Kuźnia narodów

Niemiecka Iliada

Achilles i poeci

Homer w Ameryce

Wyspa Węży

Wymyślanie Homera

Apoteoza Homera

Świat bez Autora

Portretując Homera

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji