Historie równoległe: Nieme imperium - Péter Nádas - ebook
NOWOŚĆ

Historie równoległe: Nieme imperium ebook

Peter Nadas

0,0

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Otwarcie monumentalnego, trzytomowego cyklu Pétera Nádasa Historie równoległe, uznawanego za jedno z najważniejszych osiągnięć współczesnej prozy europejskiej. Pierwszy tom wprowadza główne postaci i podstawowe linie narracyjne: od Berlina 1989 roku, gdzie w parku zostaje znalezione ciało nieznanego mężczyzny, po budapeszteńskie mieszkania, baraki, gabinety i sypialnie, w których historia zapisuje się w ciałach i relacjach. Nádas łączy rodzinny fresk, powieść inicjacyjną i kryminał, tworząc gęstą, zmysłową prozę o pamięci, pożądaniu, przemocy oraz milczeniu. Nieme imperium odsłania skalę i ambicję całego projektu: Europę widzianą z bliska, przez relacje i ciało, zamienioną w prawdziwe laboratorium losów XX wieku. W przekładzie Elżbiety Sobolewskiej ta wielowarstwowa narracja zachowuje swoją precyzję i rytm, otwierając przed polskim czytelnikiem pełnię stylu pisarza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 613

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PROZA 80

PÉTER NÁDAS: Historie równoległe: Nieme imperium przekład z węgierskiego ELŻBIETA SOBOLEWSKA

REDAKCJA I KOREKTA • Joanna Mueller

PROJEKT TYPOGRAFICZNY • Artur Burszta

PROJEKT OKŁADKI • Julia Koźmin

SKŁAD • Mateusz Martyn

Copyright © 2005 by Péter Nádas First published under the original Hungarian language titlePárhuzamos történetek, Vol 1: A néma tartomány Jelenkor Kiadó, 2005 Copyright © by Elżbieta Sobolewska, 2025 Copyright © by Julia Koźmin, 2025 Copyright © by Biuro Literackie, 2025

BIURO LITERACKIE

[email protected]

www.biuroliterackie.pl

ISBN 978-83-68310-62-7

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Jelen mű kiadása a Magyar Kultúráért Alapítvány magyar irodalmat népszerűsítő célkitűzése szerinti együttműködés keretén belül valósult meg Publikacja książki została zrealizowana w ramach współpracy z Fundacją Kultury Węgierskiej, odpowiedzialną za promocję literatury węgierskiej

Podziękowania dla Węgierskiego Domu Przekładu za wsparcie udzielone podczas prac translatorskich.

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wspólne jest to, skąd wyruszam: docieram w to samo miejsce.

Parmenides

Chciałbym dodać, że czytelnik nie trzyma w ręku opracowania historycznego, lecz powieść, zatem każde nazwisko, wszystkie postacie i okoliczności są jedynie dziełem wyobraźni autora.

Składam też podziękowania berlińskiemu Wissenschaftskolleg, moja szczególna wdzięczność należy się pracownikom wspaniałej biblioteki, którzy z oddaniem służyli w mojej pracy pomocą i cennymi radami.

P.N.

Ojcobójstwo

Tamtego pamiętnego roku, kiedy runął mur berliński, nieopodal poszarzałego marmurowego pomnika królowej Luizy znaleziono ludzkie zwłoki. Zdarzenie miało miejsce kilka dni przed Bożym Narodzeniem.

Zmarłym był około pięćdziesięcioletni, zadbany, elegancko ubrany mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wyglądał na szacownego przedstawiciela klasy średniej, bankowca albo menadżera. Wokół lśnił padający powoli śnieg, ale nie było dość zimno, więc natychmiast topił się na parkowych ścieżkach, a pozostawał tylko na źdźbłach trawy. Policjanci, którzy przyjechali na oględziny, postępowali zgodnie z procedurami i ze względu na warunki pogodowe trochę się spieszyli. Zamknięto całą okolicę i dokładnie ją przeszukano, posuwając się spiralnie, zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara, tak aby zabezpieczyć wszystkie ślady. Denata ostrożnie rozebrano za prowizorycznym parawanem z czarnego plastiku, ale nie dostrzeżono niczego, co mogłoby wskazywać na to, że do śmierci mężczyzny przyczyniły się osoby trzecie. Na ofiarę natknął się student, który biegał tu każdego poranka. Był jedyną osobą, której mogli zadać parę pytań. Kiedy zjawił się, by pobiegać, panowała jeszcze zupełna ciemność, biegł tą samą drogą co zawsze i o tej samej porze.

Gdyby było inaczej, gdyby nie zadziałały rutyna i przyzwyczajenia, gdyby nie pamiętał dokładnie każdego kamienia czy cienia, zapewne nie dostrzegłby zwłok. Światła odległych latarni ledwie tu docierały. I zauważył ciało zwisające z ławki – tłumaczył nerwowo policjantom – ale tylko dlatego, że na ciemnym płaszczu zostało trochę śniegu.

Biegł równym krokiem, kiedy z boku coś nagle błysnęło – wyjaśniał zbyt gromkim głosem.

Mężczyzna ciągle mówił, wewnątrz kordonu pracowało coraz więcej funkcjonariuszy. Działali w idealnych wręcz warunkach, w tych godzinach bowiem poza nimi w parku nie było żywej duszy, nawet gapiów. Jeden z nich przy użyciu lampy błyskowej fotografował coś na gołej, mokrej ziemi, coś, co dwóch techników zdążyło już oznaczyć cyframi.

Kiedy zaczął po raz trzeci, zauważył z niepokojem, że już wszystkie ślady zostały opatrzone numerami, i ogarnął go strach, jak gdyby to nie on odkrył zwłoki, nie on zawiadomił policję, ale sam był sprawcą, którego niebawem skonfrontują ze śladami zbrodni.

Był jak ostrze, nie umiałby powiedzieć, jak ostrze czego, może żyletki albo lodowatej myśli, ale o tym nie mówił.

Istotnie, w pierwszej chwili przeszyła go myśl, że zabił własnego ojca. Nie wiedział, dlaczego przyszło mu to do głowy, dlaczego życzy mu śmierci, ale tego też nie wyjawił policjantom.

Pozostało niewiele spraw, o których mógł otwarcie mówić.

Oni jednak zbytnio się nim nie interesowali, policjanci w cywilu oraz w mundurach przychodzili i odchodzili, czasami szeptali między sobą zdania, których nie rozumiał.

Nie chcieli dłużej go zatrzymywać, swoje dane zdążył podać już dwa razy, odnotowali w protokole, że będzie zeznawał jako świadek, mimo to nie potrafił stamtąd odejść.

Policjanci wymieniali się co chwilę.

Kiedy biegnie, naprawdę na nic nie patrzy, na nic – powtarzał nerwowo – wtedy po prostu nie myśli. Z punktu widzenia psychosomatyki to podstawowy warunek równomiernego biegu – wyjaśniał. Ale kiedy po dwudziestu minutach drugi raz przebiegł obok leżącego na ławce ciała, przemknęło mu przez myśl, że tylko na wystygniętych zwłokach śnieg się nie topi.

Gdzieś o tym czytał. I wtedy przystanął, by przyjrzeć się z bliska.

W berlińskim Tiergarten, w Zwierzyńcu, działy się różne rzeczy, a mówiąc ściślej, nie bardzo mogło zdarzyć się coś, co się jeszcze nie zdarzyło. Policjanci obojętnie słuchali jego zeznań, jeden z nich dyskretnie odszedł na bok z plastikowymi woreczkami, by kontynuować pracę, po chwili dołączył do nich trzeci, którego zostawili sam na sam z młodym mężczyzną. Ten wciąż nie mógł się uspokoić. Opowiadał o zajściu temu nowemu w taki sposób, jakby każdy szczegół krył w sobie sto kolejnych, jakby wszystko wymagało wyjaśnienia, jakby swoimi objaśnieniami odkrywał jakąś nieziemską tajemnicę, podczas gdy przemilcza własną.

Nie było mu zimno, jednak drżał na całym ciele. Policjant w cywilnym ubraniu podsunął mu pled – niech pan się okryje – ale tamten ze złością odrzucił pomoc, jakby własne zdrowie, na przykład to, że się przeziębi albo że się dziwacznie trzęsie, ani trochę go nie interesowało. Pewnie z nerwów dostał gorączki, co dla funkcjonariuszy nie jest zjawiskiem nieznanym. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie wywiera na nich wrażenie. A dobrego nie wywierał, poniekąd tak czuł, to zaś sprawiło, że chciał opowiedzieć o wszystkim jeszcze bardziej szczegółowo. Policjant tymczasem miło, niemal z sympatią, przypatrywał się jego twarzy zdradzającej wzburzenie, a także całemu ciału, nogom i rękom, gestykulacji, rozważał, czy jest cholerykiem, czy może ascetą, człowiekiem o wysokiej inteligencji i wrażliwym, czy też zwyczajnym miejskim idiotą, którego nie obchodzi nic poza nim samym.

Tak bardzo spragnionym rozmowy, że będzie gadał do jutra. Jak ktoś, komu nigdy nie przydarzyło się nic ważnego, a teraz trafiła mu się wielka przygoda. Któremu powierzono tajemnicę wszechświata.

Wzbudzał w nich raz litość, raz niepokój. W końcu mógł mówić już tylko do tego jednego policjanta, wręcz zniewolił go swoją gorączkową opowieścią, przytłoczył swoim niezrozumiałym sposobem zachowania, gwałtownością ruchów, które jakby łamały się pod presją samodyscypliny.

Policjant metodycznie lustrował sylwetkę, a także wszystkie detale ubioru młodego człowieka o tak przeciętnej prezencji, że trudno było ocenić jego pozycję społeczną, zapytał, co ten studiuje i na jakiej uczelni, chytrze zapewniając, że nie pyta o to służbowo, lecz z czystej ludzkiej ciekawości. Takiego pytania bowiem w zasadzie nie wolno mu było zadać. Wiedział z doświadczenia, że kilka niewinnych słów może zatrzymać ten bezsensowny, chorobliwy potok zdań. Śmierć choćby obcej osoby potrafi doprowadzić do histerii nawet najbardziej zrównoważonego człowieka. Zresztą spytał nie po to, żeby uczynić zadość formalnościom, po prostu interesowało go, czy swoim zaciekawieniem zdoła powstrzymać tę lawinę samouwielbienia. I czy ma do czynienia z wiarygodną osobą. Był doskonale wyszkolonym śledczym, którego nie zmylą nieoczekiwane mocne wrażenie czy wybujała wyobraźnia, ale nie umiał się powstrzymać, by nie rzucić przynajmniej jednego podchwytliwego pytania.

Trudno było jednak choć na chwilę nie stracić spokoju, czy to w pierwszych godzinach śledztwa, które policja, używając złodziejskiego żargonu, nazywa maglowaniem, czy też w jego kulminacyjnym momencie, kiedy wynik jest wprawdzie jeszcze niepewny, ale wszystko już zaczyna składać się w całość. Czasami zastawiał małe pułapki. Tacy śledczy jak on zawsze uważają swoje pomysły za bardziej skuteczne niż rozwiązania powszechnie stosowane w kryminalistyce przez mniej odważnych kolegów. Jego podejście było pomysłowe, a metody stosował niekonwencjonalne. Używając branżowego języka: zamiast schematem sylogistycznym posługiwał się metodą heurystyczną, co czasami prowadziło nawet do tego, że naruszał przepisy.

Młody mężczyzna pod wpływem beznamiętnych pytań przestał wyrzucać z siebie potoki słów; studiuję filozofię i psychologię – odpowiedział zaskoczony. A mówiąc to, zastanawiał się, na co policjant zwraca uwagę i co może mu się w nim rzucić w oczy.

Tak myślałem – odpowiedział śledczy obojętnym tonem.

Co tamten dostrzega na jego szyi, na koszulce czy dresie.

Wreszcie przestał mówić. Jakby zdał sobie sprawę, że to wszystko, o czym opowiada, nikogo nie ciekawi. Pozostałych policjantów i śledczych interesowały inne szczegóły zajścia.

Nie obchodził ich ani on, ani jego zeznania.

Od pewnego czasu biegał w błyszczących obcisłych spodenkach, żółtych albo czerwonych. Wzrok śledczego błądził po jego udach i przyrodzeniu. Ten wzrok był tak natarczywy i przeszywający, że w końcu musiał przyjrzeć się mężczyźnie, który stał przed nim w pustym o porannej porze parku, pośród leniwie padających płatków śniegu. Jego ustom, oczom, wyjątkowo gęstym, wysoko osadzonym brwiom, wszystkiemu, co przecież dotychczas też widział, czołu, niesfornym kręconym włosom. Miał przed sobą człowieka o łagodnym usposobieniu, który patrzył na niego przenikliwie i niemal ze smutkiem, jakby już wszystko o nim wiedział i teraz po kolei wyciągał z jego przeszłości najskrytsze tajemnice, a nawet mu współczuł. A przecież roztargnionemu śledczemu przypomniało się jedynie, co kilka dni wcześniej przeczytał w jakimś durnym kolorowym piśmie, kiedy czekał w klinice stomatologicznej na swoją kolej – że w Niemczech co roku siedemnaście tysięcy maturzystów zapisuje się na filozofię, a dwadzieścia dwa tysiące na psychologię. Co oznaczałoby, że za życia jednego pokolenia dziesięć milionów osób zajmuje się kondycją ducha i duszy, to wielka liczba, aczkolwiek handlem, finansami czy wojskowością trudni się kilka razy więcej.

Młody człowiek zamilkł, czuł, że śledczy ma go za nic i lekceważy jego naukowe zainteresowania. Stał tam w przepoconym dresie i nie przestawał drżeć.

Co czyniło go bezbronnym.

Funkcjonariusz tymczasem, starszy o jakieś dziesięć lat prawnik z wykształcenia, w ciszy, która nagle zapadła, spytał, czy mają go odwieźć do domu, i szybko dodał, że chętnie to zrobią. Skoro nie chce pledu. Woleliby, żeby jedyny świadek zajścia się nie przeziębił. Używał liczby mnogiej niczym tarczy: to nie on mówi, nie on składa tę propozycję, lecz organ. Aczkolwiek z namaszczenia tego organu to właśnie on raz po raz omiatał mężczyznę przenikliwym spojrzeniem. Jakby badał podejrzaną dla kryminalnych okolicę. Albo zdjąwszy okulary śledczego, wreszcie uważnie przyglądał się człowiekowi z tłumu.

Nic dziwnego, że młody mężczyzna nie przyjął propozycji.

Ten człowiek niepostrzeżenie coś z nim zrobił, ocenił go i zaszufladkował, więc za chwilę może postąpić z nim, jak zechce. Widział jego jasne czoło, ciemne, kręcone włosy, jakby przytrzymujące wzrok, i duże, pełne, miękkie wargi. Musiał mieć się na baczności.

Jednym gestem, w sumie dość obcesowo, odrzucił propozycję, myślał tylko o tym, aby stąd pójść, ale jego głos nie zdradzał emocji.

Powiedział jedynie, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to w święta na pewno nie, lecz zaraz potem będzie do ich dyspozycji.

Policjant jednak nie okazał zainteresowania tą ofertą. Z pewnością łaskawiej by ją potraktował, gdyby tamten nie odrzucił jego propozycji. Spisali dane studenta, nagrywając zeznania, utrwalili jego głos, niestety nie miał przy sobie żadnego dokumentu potwierdzającego tożsamość. Zresztą wobec braku poszlak przeciwko niemu nie mieli prawa go legitymować.

Jutro muszę jechać do domu – powiedział młody mężczyzna z zakłopotaniem.

Zdał sobie sprawę, że przy każdym słowie szczęka zębami.

To znaczy, że mieszka pan w Berlinie – zauważył dobrotliwie śledczy – ale pański dom jest gdzie indziej.

Nie pojmował, że ciało potrafi tak zawieść i poniżyć człowieka.

Śledczy może jednak coś z tego wszystkiego zrozumiał, podziękował studentowi za uprzejmą pomoc, po czym skinęli do siebie głowami.

W Berlinie mieszkam tymczasowo – rzucił student, starając się zapanować nad szczęką, czuł, że za tyle wyrozumiałości winien jest wdzięczność.

Z jakiejś przyczyny jakby nie potrafili się pożegnać.

Moi rodzice mieszkają w Pfeilen, tam się urodziłem. Fakt, że trochę za miastem.

Co to za miasto – zapytał policjant i przez chwilę patrzyli na siebie nieufnie.

Na północy – wskazał palcem i dodał: – Niederrhein.

Nigdy o nim nie słyszałem, ale z pewnością to moja wina.

Od dawna mamy tam letni domek, jednak rodzice mieszkają w mieście. To mała mieścina, nie musiał pan o niej słyszeć.

Młody człowiek próbował uprzejmie się uśmiechnąć, ale przypominało to raczej grymas.

Nie wiadomo, który z nich pierwszy wyciągnął dłoń. Podali sobie ręce, a ten uścisk dłoni obydwu wprawił w zakłopotanie.

Policjant przedstawił się: doktor Kienast – powiedział niepewnie.

Tytuł doktora zawisł pomiędzy nimi. W dotyku dłoni pełnych wypukłości było coś uderzająco cielesnego. Tytuł doktora kojarzył się raczej z leczeniem. Mniej więcej coś takiego obiecywał. I wyróżniał go z nieprzebranego tłumu, do którego obaj należą. Młodego człowieka wręcz zmroziła intymność tego gestu, nieśmiały, acz wiele obiecujący sposób, w jaki tamten się przedstawił. Nie odpowiedział.

Jeżeli ten drugi będzie ciekaw jego danych, sprawdzi sobie w protokole, który przed chwilą spisał ich umundurowany kolega. I w przekonaniu, że już bez przeszkód może wrócić do biegania, ruszył przed siebie.

W końcu nic się nie stało.

Po kilku chwilach jednak zrozumiał, że błędnie ocenił sytuację i własne możliwości. Znów spodziewał się po sobie więcej, niż mógł osiągnąć. Bo zaiste stało się coś ostatecznego, nad czym trudno będzie przejść do porządku dziennego. Jeśli w ogóle uda mu się uratować własną skórę. Zdradziło go gadulstwo, po co wypaplał, dokąd jedzie, czemu z własnej woli się tłumaczył. Zwolnił kroku, po czym zmieniając rytm biegu, spróbował znów przyspieszyć, ale drżały mu uda i kolana, nie mógł złapać oddechu, a przede wszystkim czuł na plecach spojrzenie tego przeklętego policjanta.

Ten długo odprowadzał go wzrokiem, po czym polecił technikowi, żeby zabezpieczył ślady stóp. Na jego dłoni pozostał dotyk ręki drugiego człowieka, jej ciepło wniknęło w skórę i pomiędzy mięśnie, i było to więcej niż przyjemne, aczkolwiek ocena tego dotyku niewątpliwie stanowiła element śledztwa. Kienast, który swój doktorat poświęcił dziejom czynności dochodzeniowych – okresowi magicznemu, mitycznemu i racjonalnemu – w oczach swoich kolegów dbających o naukową ścisłość i przestrzegających surowych urzędowych procedur jawił się jako fantasta. I gdyby nie jego wyjątkowa spostrzegawczość oraz godna zaufania wiedza merytoryczna, chętnie podważyliby stosowane przez niego metody.

Powoli świtało, w świetle odległych latarni wciąż jeszcze było widać padający śnieg.

W uścisku dłoni tamtego poczuł wielką siłę i dziwne drżenie, we wzajemnej dysharmonii. Pomyślał, że może chłopak bierze narkotyki, a kiedy jest na głodzie, jego twarz wydaje się nerwowa, zmęczona i przedwcześnie postarzała.

Ciągle jeszcze widział jego smukłą sylwetkę w padającym śniegu, między drzewami.

To beznadziejne – pomyślał, choć nie umiałby powiedzieć, kogo lub co miał na myśli.

Jakby dostał mu się kolejny beznadziejny przypadek. Zawdzięczał to okoliczności, że nikt go nie zmienił podczas służby. I jakby nadchodzące święta Bożego Narodzenia tylko temu miały służyć, by wszystko pogmatwało się jeszcze bardziej. Choć w tej sprawie miał ustalić właściwie dwie proste kwestie: tożsamość mężczyzny oraz to, czy do jego śmierci nie przyczyniły się osoby trzecie. Przeczuwał, że choć rzecz jest prosta jak kij od szczotki, nie będzie umiał załatwić jej należycie. Ten chłopak namieszał w sprawie. Ciekawszy był drugi beznadziejny przypadek, którym zajmował się od niemal dwóch miesięcy. Ojcobójstwo, do którego przyznała się matka, żeby chronić współżyjącą z ojcem nieletnią córkę.

Po nocnym dyżurze często odczuwał przygnębienie, do którego dołączał strach, skądinąd uzasadniony. Naturalne ludzkie lenistwo w ten sposób znajduje sobie pretekst czy wytłumaczenie. Kienast był jak wielki kot, lubił wszystko, co miękkie, ciepłe i wygodne.

Już choćby z tego powodu upłynęło sporo czasu, nim zidentyfikowano zwłoki, ofiary nikt nie szukał, nawet po świętach.

Zanim ciało umieszczono w chłodni, koroner dokonał pierwszych, najbardziej niezbędnych oględzin. Technicy kryminalni dokładnie zbadali rzeczy denata. I nawet wtedy nie dostrzeżono ani na jego ciele, ani na ubraniu śladów, które mogłyby wskazywać na jakąkolwiek przemoc. Prawdopodobnie mężczyzna doznał na ławce zawału serca.

Nie uszło jednak uwagi Kienasta, że na wszystkich częściach garderoby zmarłego brakuje wszywek z markowym logo. Kiedy trudno ustalić czyjąś tożsamość, takie wszywki są bardzo pomocne. Trzeba je poddawać rutynowym oględzinom: wywrócić na lewą stronę płaszcz, marynarkę i sprawdzić podszewkę. W przypadku koszuli albo swetra wszywki należy szukać na kołnierzu lub na karku, w spodniach – po wewnętrznej stronie paska. Czasami, na skarpetach albo bieliźnie, logo marki jest wyhaftowane, na tańszych tekstyliach znajduje się zwykły nadruk. Takie wskazówki bywają cenniejsze niż bertillonage, czyli jedenaście danych potrzebnych do identyfikacji ciała, lądujących najczęściej w czeluściach biurek i banków danych. Zmarły nie nosił tanich ciuchów. Doktor Kienast oglądał już trzecią czy czwartą sztukę, dłońmi w rękawiczkach wyjmował z opisanych plastikowych woreczków poszczególne części ubrania, i kiedy po raz kolejny zobaczył, że miejsce, gdzie było logo, jest puste, aż zasyczał z zaskoczenia.

Był sam, jego syknięcie odbiło się echem od wyłożonych kafelkami ścian sali.

W porządku, kiedy wszywka wydaje się komuś zbyt jaskrawa, drażni skórę albo denerwuje go, że w ogóle tam jest, wypruwa ją z płaszcza czy z marynarki. Można zrozumieć, kiedy usuwa logo ze swetra lub z koszuli, bo drapie go w szyję, ale po co, do cholery, wycina ją z paska spodni, skoro akurat tam, po jego wewnętrznej stronie, jest zupełnie niewidoczna. To mania, ale jaki może mieć sens? Stał nad zwłokami, a złościł się, jakby miał do czynienia z żywym człowiekiem.

Co za maniak usuwa z ubrania wszystkie elementy mogące służyć identyfikacji? Inni w ogóle nie zauważają tych wszywek albo nawet je lubią, bo są dumni ze swoich markowych rzeczy. Racjonalna odpowiedź nasunęła się sama. Mania prześladowcza, przymus ukrywania się, uzasadniony albo nieuzasadniony lęk, pragnienie, by nie zostawiać po sobie śladów. Po prostu zniknąć. Przyglądał się zwłokom i ubraniu.

Na zaskakująco małych, przeźroczystych, wykonanych z lekko błyszczącego materiału spodenkach dostrzegł sporą plamę spermy. W każdym razie lubił kolor niebieski, wszystkie jego odcienie.

Mężczyzna, który białe prążki na niebieskim tle tolerował tylko w przypadku koszuli.

Trochę za wiele tego niebieskiego, za wiele.

To nudny człowiek.

Ta monotonna elegancja musiała służyć mu za maskę, a tak naprawdę cierpiał na nerwicę natręctw albo jakąś manię. Wymagający człowiek, w którym buzowały namiętności, dbał o siebie, ale był nie do zniesienia. Na cienkich, granatowych skarpetach z delikatnej bawełny też nie było logo marki. Wypruto je również ze szwu srebrzyście połyskujących slipów w kolorze śliwki, został tylko wystrzępiony skrawek. To były wyjątkowe spodenki. Takie noszą zamożni fetyszyści. Przyjrzał się widniejącej na nich wielkiej plamie spermy. Pozostałości po bezustannej erekcji, wycieku spermy albo niewielkiej ejakulacji. Będzie czego szukać na materiale spodni. Już widział spiczaste, wyjątkowo ostre nożyczki do wycinania skórek, którymi jednym ruchem wycięto wszywkę.

Ten człowiek maniacko się ukrywał i chyba w każdej godzinie życia liczył się ze śmiercią.

Na jego szczupłych, kościstych nadgarstkach nie dostrzegł śladu po zegarku, obrączki też chyba nie nosił. A jednak Kienast sądził, że był żonaty. Jako kawaler miałby więcej śmiałości i zamiast slipek pod eleganckim ubraniem nosiłby jockstrap z białej albo czerwonej satyny. W jego czarnym portfelu z miękkiej skóry znaleziono zaskakująco wysoką kwotę pieniędzy, ale nie było w nim nic osobistego. Co też sugerowało, że szukał szybkiej okazji do płatnego seksu, i dostał go znacznie taniej, niż się spodziewał. Wreszcie czarne sznurowane półbuty – jedyny element jego garderoby, który o czymś informował, nie tyle o właścicielu, ile o nich samych; solidne włoskie buty, jednej z najlepszych marek, jakie można kupić tylko w Londynie. I było coś jeszcze, z czym doktor Kienast nie wiedział, co począć. Zapach tego ciała. Otóż wcale nie przykry, wręcz przeciwnie. Jakby duszący damski zapach, który Kienast całkiem niedawno poczuł gdzieś z bliska i wydał mu się przyjemny.

Już się z nim zetknął przelotnie i nie uznał go za odrażający. Możliwe, że przypominał mu jakiś inny zapach, i dlatego wydał mu się znajomy, ale tamtego już nie potrafił sobie przypomnieć. Sądził, że to zapach damskich perfum, bo był cięższy i słodszy niż woń wody po goleniu, męskich perfum czy dezodorantów. Pachniało nie tylko ubranie, ale także ciało. Zwłoki potrzebowały jeszcze pół godziny, żeby wystygnąć; tyle utrzymuje się zapach ludzkiego ciała. Doktor Kienast czuł nieodpartą chęć, żeby je obwąchać jak pies policyjny. Nie miał odwagi, ale martwe ciało niezmiennie budziło jego zawodową ciekawość. Powąchał powietrze, wydało mu się, że przez intensywną woń pachnidła przebija stęchła, gorzka woń tytoniu. Jak gdyby nieboszczyk stronił jednak od perfum. W gruncie rzeczy Kienasta bawiło własne tchórzostwo.

Tak, nie ulegało wątpliwości, na palcach zmarłego widniały brązowe przebarwienia świadczące o nałogu tytoniowym.

Tymczasem nie znaleziono przy nim ani papierosów, ani zapalniczki, ani zapałek.

Jedynie klucze w czarnym skórzanym futerale, pod ławką.

Ciało było czyste i nietknięte. „Nietknięte” – to pierwsze słowo, które przyszło mu do głowy, kiedy jeszcze w parku rozbierano zwłoki, a on w świetle reflektorów zaczął oglądać ostrożnie zdejmowane ubrania. Dlatego ten zapach wydawał się tak uderzający. Leżało przed nim ciało człowieka, który prawdopodobnie nie lubił niczego ani nikogo dotykać. To częste zjawisko wśród fetyszystów. Ulegają tylko swoim najsilniejszym skłonnościom albo temu, co ich bez reszty pociąga. Wchodzą w relację nie ze sobą nawzajem, nie z kimś, lecz z symbolicznymi przedmiotami, które stykają się z czyimś ciałem. W tym sensie ci ludzie pod każdym względem odróżniają się od pospolitych wielkomiejskich egoistów, którzy nawet w obecności drugiej osoby są zajęci wyłącznie sobą.

Kiedy Kienast przyglądał się niemal pozbawionemu owłosienia, gładkiemu, proporcjonalnemu ciału, pomyślał, że ten człowiek był suchy. Z takim pojęciem jak suchość bądź wilgotność ciała pierwszy raz spotkał się na uczelni, kiedy studiował antyczne techniki śledcze i czytał oryginalne teksty na temat greckiej medycyny. Taka śmierć nie pasuje do suchego człowieka. Według Galena śmierć na atak serca jest typowa dla osobników wilgotnych albo mokrych.

I pomyślał też, że to nie jego zapach, nie pasuje do niego, że w ostatnich godzinach życia przeszedł nań z ciała innej osoby.

Ktoś, kto zdradza, za każdym razem przynosi do domu obcą woń. I nic nie pomogą prysznic, mydło ani szorowanie, te obce zapachy, bez względu na to, czy ładne, czy wręcz odrażające, okazują się niewiarygodnie trwałe.

Czasami są wyczuwalne nawet na drugi dzień, jakby osiadły na włoskach w nosie, i niewierny nie ma innego wyjścia, jak ulec grzesznym myślom i wrócić do ich źródła. Doktor Kienast bardzo młodo się ożenił i równie młodo rozwiódł, właśnie z powodu swojej niewierności. I kiedy teraz, powodowany takimi uczuciami, bezsprzecznie miłymi, z rozmarzeniem wspominał w towarzystwie nieboszczyka tamte słodkie powroty, przypomniała mu się mądra kobieta o ochrypłym głosie, o której nikt by nie powiedział, że skrycie prowadzi szaleńczą, zawziętą, namiętną walkę z własną brzydotą i z tej przyczyny szafki jej przestronnej łazienki skrywają cały arsenał perfum, kremów, mleczek do twarzy, pianek do kąpieli, szminek oraz pudrów, mimo że była senselierką i powinna wykazywać wobec kosmetyków więcej powściągliwości. Wiedziała, że niewiele dzięki nim osiągnie. Ona mogłaby wiedzieć. Rozpoznałaby ten ciężki zapach z cierpką nutą w głębi – pomyślał, i ta nagła myśl kazała mu podnieść do nosa granatowy sweter zmarłego. A nuż rozpozna ten zapach.

Może tamta kobieta przypomniała mu się, bo podobnie pachniało jej ciało.

Miał wrażenie, że czuje napięcie i lekkie, powstrzymywane drżenie jej mięśni.

Ciało nie zapomina.

Kobieta szczytowała w milczeniu, z otwartymi ustami, krzyczała dopiero chwilę później, po orgazmie, ale i wtedy próbowała dławić w sobie ten krzyk. Jednak nie, na granatowym swetrze zapach perfum był ledwie wyczuwalny, silniej pachniał papierosowy dym.

Czyli woń perfum pochodziła z jego ciała.

Z sali oświetlonej zimnym światłem jarzeniowym prowadziły na korytarz dwie pary drzwi wahadłowych. Przez jedne przywożono denatów, przez drugie wywożono ich do chłodni i stamtąd transportowano na sekcję zwłok. Skrzydła drzwi cicho stukały, zapewne gdzieś zostawiono otwarte okno.

Kienast nie słyszał odgłosu kroków na korytarzu. Kiedy nadstawił ucha, na biurku obok zadzwonił telefon. Doktor lekko zadrżał, telefon nadal dzwonił, nie odbierał go.

Z powodu zawodowej ciekawości nie pierwszy raz znalazł się w krytycznej sytuacji i musiał postąpić wbrew zasadom dobrego wychowania czy nawet przepisom prawa. W przeciwnym razie nie umiałby podążać za sposobem myślenia przestępców i nie wybrałby takiego zawodu. Odłożył sweter, wziął do ręki koszulę w biało-niebieskie paski i zyskał całkowitą pewność, że mężczyzna najprawdopodobniej nie w tym swetrze i nie w tej koszuli spędził ostatni dzień swojego życia, ale przebrał się po południu albo – szybko zmienił zdanie – wczesnym wieczorem. To bardzo proste. Na ubraniu czuć było jeszcze zapach proszku do prania i płynu do płukania, a może nawet pachnidełka umieszczonego w szafie. A ostatnie godziny spędził w pomieszczeniu pełnym papierosowego dymu, w gospodzie, barze, taniej restauracji, w miejscu niegodnym jego pozycji społecznej.

Perfumy wyczuwało się jedynie na dole koszuli i na spodenkach, które wydzielały też woń szybko rozkładającej się spermy. Telefon ciągle dzwonił, poza tym nie było słychać żadnych odgłosów. Kienast podszedł do nóg nieboszczyka i, jakby prosząc ziemskie szczątki bliźniego o wybaczenie, dotknął jego stóp, po czym pochylił się nad genitaliami. Telefon umilkł, znów dało się słyszeć, jak skrzydła drzwi obijają się o siebie w przeciągu. Przymknął oczy, chyba bezwiednie, by nie patrzeć z tak bliska. Uderzył go przenikliwy zapach penisa. Wszystko wskazywało na to, że jego przypuszczenia są słuszne. Mężczyzna uprawiał co najwyżej seks oralny, na pewno nie waginalny czy analny, sekcja zwłok pozwoli na bardziej szczegółową ocenę. Ciężki zapach perfum osiadł na gęstym owłosieniu łonowym i rzadszym, już mocno posiwiałym na podbrzuszu, stąd rozchodził się po sali. Kienast nie chciał stracić ani chwili. Usłyszał kroki. Dopóki jeszcze nie przyszedł koroner, musiał kontynuować oględziny. Ani na klatce piersiowej, ani pod pachami, ani za uszami nie wyczuł zapachu. To były ostatnie wątpliwe miejsca, uznał, że już naprawdę zrobił wszystko, co mógł, i wszystkiego się dowiedział. Na ciele pozostał zapach obcych perfum.

Skrzydła drzwi wahadłowych otworzyły się w chwili, kiedy Kienast podnosił głowę.

Jakby przed chwilą całował się z trupem.

Szybko się odwrócił i powiedział, że jeśli idzie o niego, jest gotów.

Znalazłeś coś ciekawego? – zapytał wesoło koroner. Był w Instytucie Medycyny Sądowej dyżurnym lekarzem, z którym śledczy pozostawał w miłych, codziennych kontaktach. Co oznaczało, że od czasu do czasu dochodziło między nimi do większych czy mniejszych tarć, ale, jak to się mówi, umieli z tym żyć.

Zostawię to raczej tobie – powiedział Kienast tonem pełnym kurtuazji – ale byłbym niezmiernie wdzięczny – dodał bez odrobiny zażenowania – gdybyś ty też powąchał jego brzuch i owłosienie łonowe. To jakieś perfumy, pachnące mydło, ale nie wiem, ki diabeł.

Może rozpoznasz – dodał.

Koledzy doktora Kienasta bronili się czasem, udając, że nie słyszą, co mówi, o co prosi czy czego sobie życzy. I to nie tylko ci, którzy rzadko z nim pracowali, ale także jego bezpośredni podwładni. W tym środowisku zazwyczaj wszyscy zwracali się do siebie po imieniu, ale starali się trzymać z dala od niego i jego manii. Uchodził za dziwaka, któremu należy pozwolić na to i owo, stopując go jednak, nim wciągnie człowieka w swoje ciemne, nieczyste sprawy. Teraz było podobnie. Doktor Kienast czekał, aż koroner zrobi to, o co go prosił – ale tamten nie zareagował. I wcale nie dlatego, że nie pochwalał takich metod, po prostu nie usłyszał owej prośby.

Zdziwiony Kienast tylko burknął pod nosem.

Nie mógł zrozumieć, jak to jest, że ludziom wystarczy tak niewiele, i gdzie się podziewają ich ludzka ciekawość czy zawodowe zainteresowanie.

Skończywszy rutynowe oględziny, koroner stwierdził, że nieznany z nazwiska, około pięćdziesięcioletni, zadbany i z wyglądu zdrowy mężczyzna zmarł najprawdopodobniej kilka minut przed pojawieniem się parkowego biegacza.

Choć niewykluczone, że śmierć nastąpiła trochę później.

Można sobie nawet wyobrazić – wtrącił doktor Kienast nie bez złośliwości – że on wciąż żyje.

To są bardzo świeże zwłoki – odparł koroner lekko urażonym tonem – zobacz, proszę.

Podniósł rękę zmarłego, wskazał na paznokcie i ją opuścił. I jakby tego nie było dość, wcisnął palec w udo nieboszczyka.

Całkiem możliwe – wyjaśniał – że skonał właśnie wtedy, kiedy karetka i wy dotarliście na miejsce. Gdyby ten poranny biegacz znalazł go chwilę wcześniej albo szybciej zawiadomił policję, albo gdybyście się nie guzdrali, lekarze z pogotowia pewnie przywróciliby go do życia.

Doktor Kienast zapytał, czy ciało nie jest w zbyt dobrym stanie, by podejrzewać zawał jako przyczynę śmierci.

Koroner roześmiał się z ulgą. Niech nie zadaje takich durnych pytań, jak jakiś dyletant.

Nie, nie – Kienast zaczął się usprawiedliwiać – pytam o to tylko dlatego, że się zastanawiam, czy nie powinniśmy pójść całkiem innym tropem.

Gdybym chciał być drobiazgowy – odparł koroner, nie rozumiejąc, do czego zmierza Kienast – powiedziałbym, że na pierwszy rzut oka w istocie można by tak sądzić, ale to za mało, by cokolwiek ustalić.

Trzeba poczekać na sekcję – dodał po chwili.

To nie są zwłoki schorowanego człowieka – upierał się doktor Kienast.

Spójrz na jego nogi i na klatkę piersiową. Brzucha też nie ma, musiał pływać albo grać w tenisa, nie wiem, w każdym razie uprawiał jakiś sport. Trzeba by pobrać próbki z brzucha i przyrodzenia – dodał – na slipach są ślady spermy, i próbkę z odbytu, bardzo cię proszę.

Kto wie, może to wcale nie jego sperma. I dowiedzieć się czegoś o sposobie ostatniego współżycia. Wygląd członka nie wskazuje na stosunek analny ani waginalny.

Przykro mi – odparł koroner zniecierpliwionym tonem – ale nie mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć nic więcej ani wydać innej opinii. Trzeba ustalić wszystkie szczegóły, żeby dowiedzieć się, co zaszło. I dokładnie zbadać spermę. Z pewnością, jak zwykle, otrzymam od doktora listę ze wszystkim, czego potrzebuję. A co do wyglądu nóg denata czy uprawiania przezeń sportów wysiłkowych, to prawdopodobnie w młodości jeździł na rowerze.

Śledczy był zaskoczony. Nie przyszło mi to do głowy – zawołał.

Nabrzmiałe żyły, to jasne, jeździł na rowerze.

Potem już wszystko szło utartym torem.

W tych szalonych dniach wiele osób zmarło z powodu udaru czy ataku serca, nagle, nieoczekiwanie, ale wszystkie miały przy sobie dokumenty.

Czasem ocieplało się, jakby nadchodziła wiosna, to znów temperatura spadała i robiło się potwornie zimno. Było mroźnie i sucho, padał śnieg. Jak gdyby pogoda też dokładała swoje do panującego zamieszania.

Zwłoki wywieziono przez drugie drzwi do pomieszczenia, gdzie, lekko wychłodzone, miały czekać, aż prokurator wyda zezwolenie na sekcję i pobranie tkanek. Zmarły miał na szyi małą plamkę. Możliwe, że ktoś znienacka objął go od tyłu i wessał się albo ugryzł, zostawiając, jak to się mówi, malinkę i drobne podskórne wylewy. Ktoś, kto być może nie widział go od dawna. Nie mówili o tym, ale obaj wiedzieli, że ten ślad należy natychmiast zabezpieczyć. Robi się to za pomocą wosku stomatologicznego: trzeba nałożyć go na to miejsce, a następnie negatyw wypełnić gipsem, w ten sposób powstaje odcisk warg czy zębów nieznanej osoby, podejrzanego albo ostatniego świadka. Dotychczas jednak nikt nie skonfrontował zeznań studenta z opinią koronera.

Nikt nie zadał sobie pytania, co ów dobrze sytuowany dżentelmen mógł robić w nocy czy o świcie w osławionym parku, nikt nie spytał o to, jakim cudem na jego ramionach i rękach jest tyle śniegu, skoro zmarł niedawno. Tak czy siak śledczy miał mnóstwo roboty w sprawie dziewczyny podejrzanej o ojcobójstwo. I wiedział, że dopóki nie dostanie wyników od techników kryminalistycznych, nie warto nad czymkolwiek się zastanawiać. Matka przyznała się do zabójstwa nie z samopoświęcenia. To była dla niej jedyna szansa na uniewinnienie. Gdyby do winy przyznała się córka, matkę pewnie skazano by za współudział w przestępstwie. Niekiedy było lepiej, gdy Kienast odkładał sprawy na bok i pozwalał im dojrzeć. Po południu półprzytomny z niewyspania z trudem zebrał siły i kiedy w pośpiechu szykował dokumenty dla prokuratury i federalnego urzędu śledczego, jego wzrok znów zatrzymał się na nazwisku młodego mężczyzny: Döhring.

Ciekawe, że takie mocno neurotyczne osoby, jeśli tylko mogą, idą studiować psychologię albo filozofię. Co raczej utrudnia im życie, niż ułatwia. Podczas tych kilku lat stają się wprawdzie mądrzejsze, ale to wcale nie znaczy, że dowiadują się czegoś więcej o swoich problemach.

Wybuchł śmiechem i kiedy odczytał adres studenta, Fasanenstrasse, pokiwał głową z zadowoleniem. Chłopak ma beztroskie życie, może spokojnie studiować, nie musi obawiać się biedy – pomyślał, po czym świeżo założone dossier szybko włożył do koperty jako dokumentację jednej ze spraw bieżących.

A student nazajutrz o świcie, tak jak sobie zaplanował, wyjechał z miasta.

Stwórca tak chciał

Zawsze opuszczał miasto z poczuciem, że z czegoś rezygnuje i bezpowrotnie coś traci. Nie traktował zbyt poważnie swoich odczuć, bo te przelotne emocje, aczkolwiek nigdy nie umykały jego uwagi, były sprzeczne z zasadami, którymi kierował się w życiu.

Gardził ludźmi sentymentalnymi, w ogóle nie uznawał uczuć. Nie mówiąc już o tym mimowolnym, niepowstrzymanym drżeniu, które całkowicie wytrąciło go z równowagi. Przypomniało o chaosie i gniewie, które skrupulatnie wymazał z pamięci. Nie wiedział, skąd brało się to drżenie w jego mięśniach i kościach, ani tego, w jaki sposób potem ustąpiło, w końcu uznał, że poprzedniego dnia zbyt wiele przeżył i lepiej będzie, jak o wszystkim szybko zapomni. Ale zapominaniem też nie chciał się zajmować. Mówiąc ściślej, zajmował się zapominaniem o zapominaniu.

Z tego miejsca miasto wyglądało jak niekończąca się, pusta stacja przeładunkowa. W oddali pociąg toczył się przez zwrotnice, a pomiędzy nieużywanymi szynami rosły brzozy.

Gdyby traktował swoje uczucia poważnie, gdyby ich nie wypierał, musiałby skonfrontować się z własną goryczą i samotnością – z tym, co sprawiało, że czuł się nieszczęśliwy, a tego nie chciał ani nie potrafił przyjąć do wiadomości.

Mieszkał w tym mieście już dwa lata, mimo to nie miał znajomych ani tym bardziej przyjaciół. Przyczyną takiego stanu rzeczy nie było zaś nic innego, jak jego własna decyzja.

Nie mówił: tak, jestem smutnym, przedwcześnie zgorzkniałym człowiekiem i wybrałem ten kierunek studiów, by uodpornić się na ciągłe cierpienie oraz dać umysłowi narzędzie do walki z nudą wątpliwości czy też odkryć przyczynę swoich cierpień.

Ludzie – mógłby krzyczeć – przecież ja od rana do wieczora udaję, że wszystko jest w porządku, i przez to cierpię jeszcze bardziej. Pomóżcie mi, niech ktoś tu przyjdzie, niech nie puka, niech się do mnie włamie, kiedykolwiek. Nie, on postępował na odwrót i na odwrót myślał. A uczucia dopuszczał do świadomości tylko dlatego, by jego mózg umiał pokonać duchowe udręki. Tak właśnie żył. Powiedział sobie: człowiek z natury jest istotą samotną, każdy jest samotny, a ludzie siebie oszukują, najbardziej wtedy, kiedy pod pretekstem zaspokojenia instynktu rozrodczego rozglądają się za towarzyszem życia, przekonani, że w drugim człowieku odnajdą osławione szczęście. No więc sami się przekonają. Znajdą, ale to będzie największy powód do smutku. Wiedzą o tym, a jednak próbują. On w porównaniu z nimi jest szczęściarzem, bo nie chce siebie oszukiwać. Widzi, jak całymi dniami nic, tylko tęsknią za sobą i nienawidzą się nawzajem, pragną, uwielbiają, zawłaszczają, on tymczasem nikogo nie pragnie, nikogo mu nie brakuje, dobrze mu z samym sobą, nie ma więc kogo zadręczać ani nienawidzić. To zbawienna sytuacja, może bezstronnie obserwować, co ci nieszczęśnicy wystawieni na własną albo czyjąś łaskę i niełaskę ze sobą wyprawiają.

I wcale mu ich nie żal.

Döhring miał tak chłodny i nieprzyjemny sposób bycia, że nikt nie chciał zawrzeć z nim bliższej znajomości, o jego wyglądzie zaś dało się powiedzieć tylko tyle, że nic w nim nie odbiegało od normy, był nijaki, ani pociągający, ani ciekawy. W gruncie rzeczy Döhring wszystkimi pogardzał, włącznie z nieżyjącymi autorami, których chętnie czytywał. Życie tych twórców także obfitowało w odrażające i mroczne sprawy, które trafiały na karty ich wiekopomnych dzieł. On nie zamierzał wchodzić na tę drogę, lecz o tym wszystkim, o czym tak namiętnie rozmyślał, nie miał z kim porozmawiać, nikt nigdy go nie zagadywał, by zamienić kilka słów na ten czy inny temat, nikt nie potrzebował jego czułości.

Wyglądał przez okno, dopóki pociąg nie opuścił miasta.

Zachowywał się jak ktoś, kto próbuje się przed czymś powstrzymywać albo ma nadzieję, że targane wiatrem ogrody, brudne ściany kamienic, markotne dworce i ciemne podwórka przykują jego wzrok. Jakże było dla niego typowe, że przez cały czas trzymał na kolanach otwartą książkę, którą zamierzał czytać. Jakby próbował zamanifestować, że jest człowiekiem zajętym i nie życzy sobie, aby mu niepotrzebnie przeszkadzano.

Nie potrafił odwrócić głowy, nie chciał stracić kontaktu z miastem.

Obawiał się, że oskarżą go o coś, kiedy wyjedzie, gdy go tutaj nie będzie. Nie rozmyślał o tym, co zrobił albo czego nie zrobił, co się z nim dzieje albo co wyprawia z nim jego wyobraźnia, lecz o tym, że chyba coś źle powiedział temu śledczemu. Mało, że nie chciał się okryć, to jeszcze swoim gadulstwem mógł sprowadzić na siebie mnóstwo nieprzewidzianych, przykrych konsekwencji. Wczorajsza gorączka nerwowa minęła bez śladu, miał jedynie lekki katar i siąpił nosem. Kto na niego patrzył, widział zrównoważonego, rosłego mężczyznę o spokojnej twarzy, który akurat trochę się zadumał, ale ta gorączka rozniosła się po wszystkich jego tkankach, zalała i zatruła istotny ośrodek jego mózgu. Zburzyła osobliwą, delikatną konstrukcję jego świata wewnętrznego, w którym do tej pory żył z dala od innych; wyolbrzymiła i rozdęła przedmioty istniejące w jego pamięci i wyobraźni, niewiele miejsca zostawiając dla świata zewnętrznego. Kiedy o świcie wsiadł do pociągu i otworzył drzwi przedziału, lakonicznie przywitał się z siedzącymi tam pasażerami, a gdy kilka godzin później wstał, równie lakonicznie się z nimi pożegnał.

Swoim bezruchem Döhring zrobił wielkie wrażenie na jednej z pasażerek, wręcz przykuwał jej wzrok, ale nawet na tę młodą kobietę nie zwracał uwagi.

Wysiadł w Düsseldorfie, gdzie miał czekać na swoją siostrę bliźniaczkę jadącą z Frankfurtu, ale do przyjazdu jej pociągu zostały jeszcze cztery godziny.

Potężna hala dworcowa i odnogi korytarzy aż dudniły od zgiełku odrażającego tłumu zadyszanych, agresywnych pasażerów.

Rzadko jeździli do domu, ale te podróże odbywały się według stałego rytuału, którego nigdy dotąd nie zaniedbał. Godziny spędzone w Düsseldorfie były takie, jakby rodzina i cała okolica, wszystko, co znane, znów przyjmowały go do siebie. Mimo że wcale nie chciał, aby go powtórnie przyjmowano. Bał się siostry bliźniaczki, mało, że była dziewczyną, to na domiar złego zbyt bliską mu osobą, a on nie akceptował swojej rodziny. Chciał się z niej wyrwać, ale nie wiedział dokąd. Wyrwać się z rodzinnej pułapki, która go więzi i wiecznie do siebie wabi, uciec jak najdalej od kobiet. W obiektywach kamer przemysłowych podróżni chodzili pomiędzy rzędami skrytek bagażowych i wyglądali bardzo śmiesznie. Każdy szukał najbezpieczniejszej szafki, z której z całą pewnością nikt nie wykradnie walizek. Demonstracyjnie podszedł do pierwszej z brzegu. Pod jego stopami zachrzęściło szkło z potłuczonej butelki po piwie, w kącie leżał cuchnący bezdomny, zapewne to on ją upuścił na ziemię, a teraz spał zmorzony alkoholem.

Wreszcie Döhring ruszył tą samą co zawsze drogą, prosto do mieszkania ciotki, która czekała na niego z obfitym śniadaniem.

To były te ich wspólne godziny, do których obydwoje szykowali się w milczeniu.

Szedł około dziesięciu minut, ale nie skręcił w uliczkę ciotki.

Tym samym przerwał odwieczną zabawę, której początki sięgały mroków jego nieświadomego dzieciństwa. Zabawa polegała na tym, że piękna ciotka jest jego ulubioną ciotką, i oboje, w przeciwieństwie do ich prymitywnej i pospolicie drobnomieszczańskiej rodziny, przepadają za sobą, ani trochę tego nie kryjąc. Jak gdyby oczekiwała od niego, by w obronie swojej niezależności uwielbiał ją na przekór swojej siostrze. Ciotka była naprawdę zjawiskową kobietą, zabawną, wesołą, zamożną pięćdziesięciolatką, pracowała w branży modowej, od kilkudziesięciu lat jako przedstawicielka renomowanej, znanej na świecie włoskiej firmy, a prywatnie prowadziła surowe, niemal ascetyczne, choć mimo to dość swobodne życie. Podróżowała po całym kontynencie i w najdalszych jego zakątkach zatrudniała osoby oddające się rzadkim zajęciom: nawlekaczki koralików, prządki lnu, koronkarki czy szydełkarki. Prawdopodobnie to ona potrzebowała jego, ulubionego siostrzeńca, w którym mogłaby pokładać wielkie nadzieje, a który nie będzie takim zobowiązaniem jak własne dziecko, skoro więc w młodości nie miała zamiaru rodzić dzieci, wciągnęła go w tę niekończącą się zabawę. I odsunęła od siostry bliźniaczki. Zaofiarowała chłopcu intelektualne i finansowe wsparcie, co pozwoliło mu wyrwać się z rodzinnego gniazda, uwolnić z więzów plemiennych i wypłynąć w świat.

W każdym razie grali w tę niebezpieczną grę, że coś takiego byłoby możliwe.

Ciotka mieszkała w okolicy Hofgarten, w bardzo drogim mieszkaniu, z trzech wysokich okien jadalni roztaczał się widok na stary ogród z potężnymi drzewami. Tamtego dnia w Düsseldorfie nie było zbyt zimno, ale niebo zasnuwały ciemne chmury, a wśród ogołoconych z liści drzew hulał wiatr. Döhring wszedł do parku. Zapomniał o siostrze, o której z powodu spisku skierowanego przeciw rodzinie zawsze myślał z niechęcią, zapomniał o ciotce, o wytwornym śniadaniu, o terminach i zobowiązaniach, czy, mówiąc ściślej, wszystko to usunęło się na margines jego świadomości, tak że niemal stracił do nich dostęp. Interesowała go tylko jedna rzecz: martwy człowiek, jego śmierć, albo śmierć sama w sobie, to, co zdarzyło się na jego oczach, i o czym nikomu nie może powiedzieć. Szedł beztrosko i było mu z tym dobrze. Wiedział, gdzie jest i co powinien robić, a cała reszta była mu obojętna. A może raczej, niezależnie od tego, o czym akurat myślał, zajmowało go tylko jedno: czy na ławce, pod krzakami albo między drzewami nie zobaczy martwego człowieka. Ale widział tylko wiewiórki i kilka przestraszonych zajęcy. Jakby zmarły miał jeszcze szansę, a szansa ta zależała tylko i wyłącznie od spostrzegawczości Döhringa. Jakby to jemu powierzono wszystkie wyludnione parki i miał za zadanie je przeszukać. Był ciekaw, jak ów martwy człowiek odnajdzie swoich bliskich lub raczej – jak oni odnajdą jego. Czy w ogóle ma bliskich. I czy jego los zmieni się na lepsze, skoro musiał odejść z tego świata w tak okropnych okolicznościach, samotny, w miejskim parku, i czym sobie na to zasłużył. I co to znaczy śmierć? Jak mógłby naprawić to, co zrobił? Albo to, czego nie zrobił. Intrygowało go i zarazem dręczyło pytanie, czy mógłby jeszcze coś uczynić, coś, co bez przerwy mu umyka, bo albo go tam nie ma, albo jest już za późno i nie sposób niczego cofnąć, albo inni robią za niego to, co jest jego powinnością.

Nie powinien był go tak zostawić.

Jednocześnie wiedział, że te pytania są niebezpieczne i najlepiej byłoby o wszystkim jak najszybciej zapomnieć. Przecież nie codziennie znajduje w parku ludzkie zwłoki. A jeżeli natknął się na trupa w tamtym parku, to w tym z całą pewnością tak się nie stanie. Katastrofa zawsze jest jednorazowa, nie zdarza się dwa razy. Aczkolwiek nie istnieje też żadna zasada, zgodnie z którą jedna katastrofa nie mogłaby rodzić kolejnej. Nie tracił nadziei, że wreszcie o wszystkim zapomni, bo chce zapomnieć, po to tu przyjechał, żeby zapomnieć. Chce tego. Najwyżej znajdzie kolejne zwłoki, jakieś najzupełniej obce zwłoki. Nie czuł własnych kroków chrzęszczących na żwirowej ścieżce, jakby wiatr wymiatał je spod jego stóp. Zauważył jednak, że nie potrafi zajmować się niczym poza znajomymi zwłokami, ponieważ bez przerwy stara się o nich zapomnieć. Cały czas analizował, co i jak się stało, co zrobił, a czego nie zrobił, by jak najdokładniej przypomnieć sobie wszystko, co chciał wyrzucić z pamięci, a co powinien był powiedzieć śledczemu. W ten sposób świat wokół niego zapełnił się trupami, na które niebawem miał się natknąć. Nie rozumiał, co zrobił i dlaczego, nie miał nawet pewności, czy to on zrobił to, co zrobił, i czy przypadkiem znów coś mu nie umyka. Nic z tego nie rozumiał, tylko widział siebie jak na filmie, który czasem się urywa, a czasem wyświetla od końca wstecz.

A wtedy, w huczącym od wiatru, ogołoconym z liści zimowym parku zaświtała mu szalona myśl, i kazała się zatrzymać.

Nawet nie zauważył, że musi przystanąć, myślał jedynie o tym, że zapewne stwórca tak chciał.

Jestem jego najwierniejszym tropicielem.

Nigdy dotąd nie przyszło mu do głowy, że być może ma stwórcę albo że świat ma stwórcę, którego on zna bądź nie zna. Ani to, że ów stwórca może czegoś od niego chcieć. Nikt poza mną tego nie załatwi. Doskonale wiedział, co ma załatwić, i na tę myśl poczuł się lekki, a nawet trochę szczęśliwy, doprawdy odetchnął z ulgą. Rola tropiciela przypadła mu do gustu, węszenie, sapanie, obsikiwanie. Wdychał zapach rzeki. Bądź też z jakiegoś niejasnego powodu bliskość wielkiej wody, wielkiej rzeki, Renu, którego stąd nie mógł widzieć, nagle nabrała znaczenia, a porywisty wiatr wtłaczał mu w nozdrza jego zimną woń. Z trudem oddychał, jakby zachłysnął się powietrzem. Wreszcie położył kres tym rozmyślaniom i niepokojom. Wiedział, co powinien zrobić, i poczuł, że jest wspaniały, delektował się sobą tak samo jak zapachem powietrza. Nie ma wyboru, musi wszystko szczegółowo wyjaśnić, do wszystkiego się przyznać, i tak właśnie zrobi. Czuł, że to jego misja. Widział siebie, jak ze schwytaną zwierzyną w pysku pędzi do swojego pana albo, kto wie, do swojej pani, przecież to stwórca, a stwórca jest bezcielesny. Wszystko rozważył i uznał, że aby wykonać zadanie, będzie potrzebował siły, a to pozostaje w bezpośrednim związku z przenikliwą wonią rzeki, z zapachami, buzowaniem krwi i nadmiarem powietrza.

Musi zdobyć swój łup. To tak, jakby sobie powiedział, że musi zdobyć rzekę.

Stał na środku żwirowej ścieżki, pod zamykającym się i z nagła otwierającym sklepieniem chmur. Musi się poddać. I choć nic nie mogło zmienić jego decyzji, bolał nad tym. Trzeba nadstawić pierś. Bał się, że znów poczuje na sobie badawcze, nieco melancholijne, prowokujące spojrzenie doktora Kienasta. Mimo wszelkich zagrożeń w jakimś sensie pożądał ciała tego obcego człowieka. Nie potrafił uwolnić się od jego wesołych, wzbudzających zaufanie brązowych oczu, tak samo jak od widoku obcego nieboszczyka, od połyskującego bielą ostrza, od magicznego chłodu swojego odkrycia. Leżał na ławce, jeszcze oddychał, na bezwładnym ramieniu osiadał śnieg.

Döhring ruszył w stronę rzeki, ale przed jezdnią zatrzymał się, nie zszedł na brzeg, chciał tylko popatrzeć z daleka. To był dla niego znak, że jeszcze nie wszystko skończone, że zbiera siły, to tylko stan tymczasowy, ma teraz inne, ważniejsze sprawy. Dopiero stąd było widać, jak wśród bezkresnej pustki pod wielkim niebem umościło się miasto. Gdzie okiem sięgnąć, wszędzie pustka, chmury sunęły swoimi ścieżkami przez pustkę nieba. Przez ziemskie pustkowia w dwóch kierunkach pędziły samochody, po wodzie dostojnie płynęły głęboko zanurzone, obładowane barki. Rzeka niemal występowała z brzegów, jej tafla smagana wiatrem lśniła ołowianym blaskiem. Długo stał na wietrze nieświadom upływającego czasu. Ciotka czeka na niego już od półtorej godziny, a on sobie łazi i rozmyśla, przekonany, że mijają zaledwie minuty. Rozkoszował się pełnią szumiącego, głośnego, pustego, gęstego, płaskiego świata. Wiatr wiał od strony rzeki, smagał go po plecach, targał nagimi drzewami. Przez jego rytmiczne poszumy przedzierał się monotonny zgiełk miasta, od czasu do czasu przetykany żałosnym porykiwaniem holowników. Jeszcze długo niosło się ono pod sklepieniem przepływających jedne nad drugimi, niemych chmur, a światło w szczelinach między nimi zostawiało po sobie na ziemi kilka szybkich albo leniwych błysków. Jak gdyby ktoś zapalił reflektor i omiatał równinę pasmem światła, które po chwili gasło. Nagle zapadał mrok niczym o zmierzchu, a potem na chwilę niebo znów rozbłyskiwało, pulsowały woda i ziemia, lśniły pancerze pojazdów i ponownie zapadły ciemności. Nic się nie skończyło. Pewnie to głód ostrzegał go, że już czas, by wcielił swoje plany w czyn. Przypomniał mu się nakryty do drugiego śniadania stół u ciotki. Odwrócił się i ruszył z powrotem, tym razem nie aleją pod drzewami, lecz cichą uliczką, gdzie spoglądały na park wytworne wysokie okna. Znał okolicę, pamiętał, gdzie znajdzie budkę telefoniczną. Nikogo po drodze nie widział, nikogo nie spotkał.

Najpierw zadzwonił do informacji, ale nie miał ani czym, ani w czym zapisać telefonu komendy policji, więc paznokciem, ku pamięci, wydrapał numer na żółtej lakierowanej okładce książki. Nie udały mu się jednak ani czwórka, ani ósemka, wahał się chwilę i wybrał inny numer. Chciał mieć to szybko za sobą.

I jak to zwykle bywa, nie spodziewał się właśnie tego, czego powinien był się spodziewać.

Ciotka zobaczyła go z góry.

Rozeźlona czekaniem, od półgodziny bezsilnie chodziła w tę i we w tę po mieszkaniu, i zatrzymała się przy oknie w jadalni akurat w chwili, kiedy spieszący do budki telefonicznej Döhring pojawił się po przeciwnej stronie ulicy. Zaskoczona ciotka stuknęła głową w szybę, na której został nawet ślad po karminowej szmince. Nie rozumiała, dlaczego siostrzeniec nadchodzi stamtąd, skoro idzie z dworca, powinien nadejść z przeciwnego kierunku, poza tym brama do jej domu znajduje się nie od strony parku. A jeśli już, taki spóźniony, wreszcie tu jest, to po cholerę wchodzi do budki. Widziała, jak znika w środku, ale patrząc z wysokości trzeciego piętra, pod kątem ostrym, niczego więcej nie dostrzegła. Przez kilka chwil czekała przy oknie, aż odezwie się telefon. Doprawdy rzadko kto pozwalał sobie na coś takiego – by musiała tak czekać.

Kiedy nic się nie wydarzyło, nie odezwał się zbawienny dzwonek telefonu, wróciła do pięknie nakrytego stołu, który tymczasem stracił sens.

Próbowała się opanować, ale jej wysokie obcasy groźnie stukały na podłodze.

Z roztargnieniem popijała zimną herbatę. Człowiek bez przerwy musi wymyślać sobie jakieś zajęcia. Chyba już dawno temu zapomniała, że ją też można dotknąć.

W wielkim mieszkaniu panowała grobowa cisza. Ciotka trzymała w dłoniach zimną filiżankę, nie odstawiała jej na spodeczek, żeby nie usłyszeć tępego stuknięcia. Przez otwarte na oścież drzwi widać było pokoje w amfiladzie. Wysokie okna skutecznie tłumiły świst wichury, na przeciwległej ścianie kołysały się blade, zimowe cienie gałęzi.

To były lata, kiedy zamożni ludzie już dawno opróżnili swoje mieszkania z gromadzonych przez dziesięciolecia przedmiotów. Zostały po nich puste przestrzenie. Nie bez znaczenia były też ogrom wojennych zniszczeń i zrujnowane niemieckie miasta. Puste, śnieżnobiałe ściany, lśniące deski albo parkiety, kilka lamp rzucających zimne, sztuczne, niemal szpitalne światło, parę przypadkowo pozostawionych mebli. Ciotka też nie miała w jadalni niczego poza długim, pustym stołem oraz prostymi krzesłami bez obić i zdobień. Zgodna z panującym trendem surowość stylu nie była jedynie modą. Jakby ludzie żyli teraz nie w przestrzeni, lecz w czasie. I nie byli do niczego prawdziwie przywiązani, ani do miejsca, ani do przedmiotów. Ciotka latała pomiędzy najróżniejszymi miejscami, wszędzie miała jakieś sprawy, najważniejsze były terminy, spała w hotelach, miała mieszkania i domy letnie, w których nie mieszkała ani nie spędzała urlopu.

Kiedy nie wydawała kolacji albo nie spała w swoim mieszkaniu, niewiele miała tutaj do roboty. Pokoje wprawdzie zachowały swoje nazwy, ale straciły dawną funkcję. Na przykład pomiędzy tak zwanym gabinetem a tak zwanym stołowym znajdował się piéce de dégager, przechodni pokój, niegdysiejsza palarnia, w którym nie było nic poza starym chińskim dywanem i obłędnym barokowym żyrandolem; te dwa przedmioty nijak nie pasowały ani do siebie, ani do wymiarów stosunkowo niewielkiego pokoju, nie miały też żadnego praktycznego zastosowania, a mimo to jakoś żyły w zgodzie: patrzyły na siebie z kosmicznej odległości, ale nie miały sobie nic do powiedzenia, tak bardzo dzielił je ich ogląd świata. I taka relacja doskonale odpowiadała stylowi tamtych czasów. Ciotka, tak na marginesie, od zawsze mieszkała sama, nie miało więc dla niej większego znaczenia, że przebywa bez towarzystwa w tym pustym mieszkaniu.

Kilka dni po czterdziestych urodzinach zostawił ją wieloletni przyjaciel, z którym zresztą nigdy nie mieszkała pod jednym dachem. Spędzali razem kilka godzin w łóżku, od czasu do czasu, kiedy mieli kaprys, na przykład w weekendy. Potem już nikogo nie miała, aczkolwiek z jednym ze swoich współpracowników, agentem z Paryża, niekiedy szła do łóżka, i tego zwyczaju trzymali się przez długie lata. Jej prawdziwą i ukrywaną namiętnością było zbieranie obrazów, a nie damska moda czy mężczyźni. Kupowała dzieła kilku wybranych malarzy, wyłącznie żyjących.

Umarli przestawali dla niej istnieć, bo wraz z ich śmiercią gasły emocje chwili. Nie miała ani jednego cennego obrazu olejnego, jedynie tempery, gwasze, szkice tuszem, akwarele, nic więcej, żadnych rysunków czy grafik. W jej mieszkaniu trudno było dopatrzyć się oznak tej wyrafinowanej, aczkolwiek ograniczonej biznesowym podejściem namiętności. Wisiało tam tylko kilka olejów o niewielkiej wartości, a spośród dzieł, które kolekcjonowała z prawdziwą pasją, zaledwie jedno czy dwa, i to niekoniecznie te najważniejsze. Zależnie od nastroju wymieniała jedne obrazy na drugie, czego niewprawne oko nie mogło spostrzec, już choćby dlatego, że bez względu na ich twórców były do siebie dość podobne. Pełną kolekcję trzymała zaś w klimatyzowanym sejfie jednego z banków w Düsseldorfie, o czym wiedzieli tylko jej adwokat i przygotowujący umowy sprzedaży paryski agent. Właściwie był to Flamandczyk pochodzący z Luksemburga, który mieszkał w Paryżu, gdzie jest najlepszy dostęp do rynku, niemniej ciotce marzyło się, by mieć jeszcze agentów w Tokio i w Nowym Jorku. Do tego jednak musiałaby dysponować pokaźniejszymi finansami albo po prostu większą odwagą.

Zimna herbata zostawiła na ściankach filiżanki lepkie smugi. Kiedy w stołowym wreszcie odezwał się telefon, ciotka odczekała kilka dzwonków. Powoli odstawiła filiżankę, na jej nadgarstku pobrzękiwały srebrne bransolety.

Dziesięć lat temu postanowiła, że będzie się ubierać wyłącznie w czerń i o każdej porze roku nosić tylko srebrną biżuterię. Usta i paznokcie malowała na ciemnoczerwono, przesadnie, grubo, głowę owiązywała chustką, która zakrywała włosy. Wyglądała w niej tak, jakby cały czas szykowała się do zrobienia makijażu. Miała setki apaszek we wszystkich odcieniach bieli i czerni. Za ich pomocą jakby obnażała swoją przypominającą wyjątkowy owoc twarz o regularnych rysach i gładkie, wypukłe czoło. Te czarne i białe chustki, spod których wystawały kosmyki ciemnych, zapewne już farbowanych włosów, były niczym znak firmowy, obwieszczający światu wyjątkowość ich właścicielki. Jej palców i przedramion niemal nie było widać spod niezliczonych srebrnych pierścionków i bransoletek. Głos ciotka miała głęboki, niski i donośny, nawykły do wydawania rozkazów. Nad jego tonem instynktownie próbowała zapanować tylko w rozmowie ze swoim siostrzeńcem albo z paryskim agentem, przystojnym, łysym mężczyzną.

Jednak jej silna osobowość dawała o sobie znać bez względu na owe próby zapanowania nad własną ekspresją.

W każdym razie wobec nich zachowywała się z większą ostrożnością, nie ryzykowała i starała się nie dopuścić do najmniejszych nieporozumień.

Döhring – odezwała się cichym, ale zdecydowanym głosem, idąc z telefonem do okna.

A tu drugi Döhring – odpowiedział młody mężczyzna po drugiej stronie linii.

Ciotka milczała, w przekonaniu, że lepiej zrobi, jeśli przyjmie wyczekującą postawę.

Tak długo dzwoniłem, już myślałem, że nie odbierzesz – dodał młody człowiek.

A dlaczego miałabym nie odebrać – zapytała ciotka chłodnym, opanowanym tonem – co się stało?

Już chciałem odłożyć słuchawkę – powiedział zdenerwowany. – Myślałem, że gdzieś wyszłaś.

Dokąd miałabym wyjść – odpowiedziała ciotka, teraz już z irytacją – czekam na ciebie od półtorej godziny.

Pytam tylko dlatego – wydukał młody człowiek – że bardzo długo nie odbierałaś.

Może nie mówmy o tym, kiedy odebrałam albo nie odebrałam, powiedz lepiej, co się stało, oczekuję wyjaśnień.

Nic szczególnego się nie stało – żachnął się Döhring – po prostu zaspałem. Bardzo mi przykro, że kazałem ci czekać.

No ładnie – powiedziała ciotka z urazą w głosie.

A więc zaspałeś – dodała powoli, jakby chciała zyskać na czasie i zrozumieć sytuację.

Pewnie zbyt późno się położyłeś.

Właściwie nie potrafiła powiedzieć, czego nie rozumie, ale czegoś tu nie rozumiała. Zwłaszcza tego, co ma sądzić o dziwnie tępym, przytłumionym tonie jego głosu, zdenerwowaniu czy wymuszonym sposobie mówienia. Nie spuszczając oka z budki telefonicznej, znów przycisnęła czoło do szyby. Pociągi z Berlina przyjeżdżają co godzinę. Skoro zaspał, to dlaczego nie zadzwonił wcześniej, i z jakiego powodu przyszedł aż tak spóźniony, w dodatku z przeciwnego kierunku.

Słyszała jego pulsujący głos, jakby na granicy obłędu. Te kilka zdań wystarczyło, by się jej udzielił.

Musiała się bronić.

Na dworze wyginały się i kołysały w milczeniu nagie, błyszczące gałęzie drzew; okno tłumiło odgłosy chłodnych podmuchów zimowego wiatru, słyszalnego jednak w słuchawce. Drażniąco szumiał gdzieś w tle. Być może naprawdę zaspał, tyle że gdzie indziej, przyjechał z innego miasta, i wcale nie pociągiem, ktoś przywiózł go samochodem i wysadził na rogu Inselstrasse.

Zapewne ma jakiś powód, żeby kręcić.

W ruchliwym życiu młodego mężczyzny wszystko można sobie wyobrazić. Tylko że jej siostrzeniec nie prowadził ruchliwego życia, nie prowadził żadnego życia. To właśnie przysparzało jej ciągłych zmartwień. Nie potrafiła zrozumieć, co się z nim dzieje, a raczej jak to jest, że nic się u niego nie dzieje.

Carlino – odezwała się ciotka strapionym głosem, nim siostrzeniec zdążył cokolwiek odpowiedzieć. – Ja naprawdę wiele mogę zrozumieć i zaaprobować, i ani trochę nie jestem wścibska, ale tym razem zdradź mi, proszę, skąd przyjechałeś.

Z niczego nie musisz się tłumaczyć, choć wybacz, trochę mnie to interesuje.

Młody mężczyzna, który nazywał się Carl Maria Döhring, a jego imię zdrabniała z włoska tylko ciotka, skupił się bez reszty na tym, by ich rozmowa była możliwie najkrótsza. I żeby nie zapomnieć numeru telefonu, który paznokciem wyskrobał na żółtej okładce książki telefonicznej, ale cyfry powoli, nieubłaganie bladły na jego oczach. Przez nieuwagę opacznie zrozumiał pytanie. Odpowiedział, że oczywiście, gdzie miałby być, jak nie w Berlinie, i ma szczerą nadzieję, że zdąży na następny pociąg.

Na następny pociąg – zapytała, niemal krzycząc z bezradności i zaskoczenia – jaki następny pociąg – co mężczyzna na drugim końcu linii zrozumiał tak, że ciotka zna rozkład jazdy i przejrzała jego krętactwa.

Pod warunkiem – dodał szybko, by się wywikłać – że natychmiast, ale to natychmiast skończymy rozmowę.

Zadzwonił tylko po to, żeby ją przeprosić.

A teraz musi biec, bo naprawdę chciałby zdążyć na ten pociąg.

Już do niej nie zajrzy, ale jak dojedzie do Pfeilen, do domu, od razu zadzwoni.

I ma nadzieję, że w święta uda się im spotkać. Na to ciotka cicho i uroczyście przypomniała mu, że święta spędza w Paryżu, a teraz cierpliwie do końca wysłucha tych jego żartów. I jakby sama też powiedziała coś nadzwyczaj zabawnego, zaśmiała się do słuchawki na cały głos. Chciała dać mu do zrozumienia, że wie, o co chodzi: o kobietę. Umiała się serdecznie śmiać. Ale ten śmiech, cóż za nieostrożność, wywołał całkowity chaos komunikacyjny. Carlino nie wiedział, czego ciotka nie może pojąć, co jeszcze powinien powiedzieć, żeby coś zrozumiała i przyjęła to do wiadomości, a poza tym jej perlisty śmiech złościł go i obrażał, trafiając w jego czuły punkt.

Nikogo nie miał. Jeszcze nigdy nikogo nie miał. I wcale do tego nie dążył.

Tymczasem ciotce nie mieściło się w głowie, dlaczego siostrzeniec upiera się przy takich nonsensach, a skoro jest tu, w Hofgarten, to nawet jeśli na rzeczy jest kobieta, po co te łgarstwa i cały ten cyrk.

Nic z tego nie rozumiała, ale oczywiście to ona była bardziej skłonna do ustępstw.

Carlino, mój drogi, na świecie jest wiele spraw, które powinnam zrozumieć, i doprawdy staram się – zawołała łagodnym głosem, ciągle jeszcze się śmiejąc – jednak o ile dobrze myślę – dodała niepewnie, po czym jej głos przybrał na sile – jesteś w dwóch miejscach naraz.

W jakich dwóch miejscach, o czym ty mówisz – zapytał Döhring z irytacją, a jego ton kazał ciotce sądzić, że siostrzeniec rzeczywiście nie wie, co miała na myśli – nie rozumiem cię, przecież mówię, że muszę jechać na dworzec.

Dobre sobie – odpowiedziała ciotka podniesionym głosem, nie próbując się już mitygować – dzwonisz z budki pod moim oknem i podobno śpieszysz się na pociąg odjeżdżający z Berlina.

Doprawdy niesłychane.

Aleś ty głupi, wydaje ci się, że ciotkę tak łatwo oszukać.

W odpowiedzi na żartobliwe słowa dostała szybką i zdecydowaną odpowiedź, jakiej nie mogła się spodziewać.

Döhring wreszcie zrozumiał, jak nieostrożnie postąpił. Co oznaczało, że znów to on jest tym słabszym, przegranym i głupim, któremu nigdy nie uda się nikogo pokonać. I zaczął rozpaczliwie wrzeszczeć, ryczał z bezsilności, tak że ciotka oderwała czoło od szyby i oddaliła słuchawkę od ucha.

Wrzeszczał, że jeśli chce wiedzieć, co się stało, to powie, nie ma problemu. Wczoraj zabił człowieka. Tak – pomyślał – pomogłem stwórcy w powszednim dziele niszczenia. I żałował, że nie ma odwagi powiedzieć tego na głos.

Sprawiało mu rozkosz, że stoi w budce telefonicznej, na zewnątrz huczy wiatr, a on obwieszcza światu przynajmniej tę część cisnących mu się na usta wyznań, która nadaje się do ujawnienia.

Nie przyznał się, bo myślał, że mu ujdzie bezkarnie – wrzeszczał – ale nie ujdzie mu, bo nie chce, żeby mu uszło.

Nie wszystko może ujść bezkarnie.

To zdanie wystraszyło go, zadrżał, aczkolwiek nie tak jak dzień wcześniej, nie do samych trzewi i kości, poczuł to tylko w cebulkach, w mieszkach włosowych, i dostał gęsiej skórki.

Nie ma zamiaru unikać odpowiedzialności. Owszem, teraz wróci do Berlina, właśnie tak. I wycofa poprzednie zeznania. I ma w dupie święta Bożego Narodzenia. Nie będzie na nic czekał, wtedy już czuł nie tylko ciarki na skórze, ale cały się trząsł, ze strachu i z rozkoszy. Nie zniosę tego czekania, nie zniosę – wrzasnął i poczuł, że drżenie w nieoczekiwany i niezrozumiały sposób dochodzi już do samego rdzenia kręgowego, a jego penis sztywnieje.

To było boleśnie upokarzające, o taki stan przyprawiła go ciotka: jej ton i skandaliczne zachowanie. Nie tylko jej śmiech, ale cała ta kokieteryjna gra, którą prowadzili od najwcześniejszych lat jego dzieciństwa. I zaczął wrzeszczeć już bez opamiętania. Döhring mieszkał w berlińskim mieszkaniu ciotki, to ona finansowała jego studia. Tak właśnie ryczy ranne zwierzę, gotowe do ataku i obrony, niewiedzące, co to wdzięczność ani zobowiązania.

A ciotka po drugiej stronie linii odczytała jego krzyk jako wołanie o pomoc.

Mam w dupie całą rodzinę – wrzeszczał oszalały Döhring, jakby krzyczał, że ma w dupie ciotkę, jej pieniądze, mieszkanie i całą kolekcję obrazów. Nadszedł czas, by wyznać winy.

Niedługo będzie wiadomo, co się z nim stało.

I tak jak to często bywa w niebezpiecznych sytuacjach, te dziwne, odbiegające od tematu, w pierwszej chwili niezrozumiałe i nieuchwytne akustycznie, bo wypowiadane zbyt głośno, bez ładu i składu zdania wywarły na ciotce wręcz przeciwnie wrażenie, niż w tych okolicznościach można było się po niej spodziewać. Ciotka chyba nawet nie zrozumiała ich sensu, w przeciwnym razie na pewno by się przestraszyła, poczułaby się bezsilna; czy raczej zrozumiała, lecz nie potraktowała ich dosłownie, bo nie wierzyła, że jej siostrzeniec mógłby zamordować człowieka, a wobec tego nie interesowało jej, kogo zamordował. Nikogo.

Nie obchodziły jej wykrzykiwane zdania, a jednak przejrzała go na wskroś, wszystko zrozumiała i wiedziała, co powinna zrobić. Pojęła ich emocjonalny ładunek i natychmiast, instynktownie, też zaczęła krzyczeć.

Miała mocniejszy głos.

Ryknęła niczym zwierzę, jak gdyby tym rykiem chciała otumanić, ogłuszyć, obezwładnić, sparaliżować tę drugą bestię.

Nigdzie nie pojedziesz, rozumiesz? Zostaniesz tam, gdzie jesteś, jasne? I nawet nie ruszysz się z miejsca, rozumiesz? I beze mnie nie będziesz składał żadnych zeznań.

Jej wrzaski dobywały się z głębi klatki piersiowej i brzucha, głoski nie powstawały w jej głowie ani w gardle, dlatego miały takie mocne brzmienie, głębokie i niskie, huczały i grzmiały.

Krzycząc, czuła jednak, że w jej duszy panują chłód i obojętność, że ten krzyk jest wyrazem braku jakichkolwiek emocji.

Doświadczała złowrogiego braku.

Nie ulegało kwestii, że postępuje słusznie, ale nie umiała zaangażować się w ten krzyk. Jakby udawała inną osobę. Kto wie, od kiedy na nikogo nie krzyczała. Może nawet nigdy, nie znała tego wrzasku. To wszystko całkowicie wytrąciło ją z równowagi, miała świadomość, że ani zawiłe i groźne wyznanie siostrzeńca, ani jej nieustępliwy krzyk nie trafiają w sedno.

Coś dostrzegła, jakąś zmianę, która dotykała ją do żywego, coś, czego jeszcze nigdy nie doświadczyła, dotkliwy deficyt, bolesny jak otwarta rana.

Wtedy jej krzyk zaczął pobrzmiewać rozpaczą, i przestraszyła się sama siebie.

A teraz coś ci powiem – krzyczała – i masz mnie uważnie słuchać.

W tym momencie połączenie się przerwało.

Z głębi wielkiego mieszkania dało się słyszeć, że ktoś biegnie przez puste, otwarte w amfiladzie pokoje.

Ines – zawołała ciotka ze słuchawką w dłoni, słysząc pośpieszne kroki portugalskiej gosposi, która dotychczas prasowała w którymś z dalej położonych pokoi.

Nie mogła odejść od okna.

Czekała, aż drzwi budki otworzą się, a Carlino pobiegnie przez park.

Ines – zawołała drugi raz.

I wtedy dostrzeże go w parku albo na dworcu, gdzieś go dostrzeże, więc nie może stracić z oczu widoku z okna.

Ale drzwi budki się nie otwierały.

Döhring wciąż tam stał, bez ruchu, ze spuszczoną głową, upokorzony jak nigdy. Zakrywał dłonią słuchawkę, tak samo jak chwilę wcześniej, kiedy już nie chciał słyszeć głosu ciotki, w końcu ostrożnie, ale stanowczo, odwiesił słuchawkę na widełki.

Nagle na swoich stopach odkrył coś przerażającego; to były drogie, angielskie skórzane buty. Głos ciotki rzeczywiście go oczarował, a nieprzyjemnie silna erekcja oszołomiła.

Nie wiedział, co z tym zrobić.

W takim stanie nie odważyłby się zadzwonić do doktora Kienasta.

Sięgający kolan płaszcz Döhringa był rozpięty, ale na szczęście na spodniach prawie nie było widać, co się z nim dzieje. Czekał, aż erekcja ustąpi, a to oznaczało, że może patrzeć wszędzie, byle nie tam. Zdołał, choć z wielkim trudem, odciąć się od ciotki, żeby nie słyszeć jej, nie przyjmować do wiadomości, czego od niego oczekuje, ale względem tego, co dzieje się z jego podbrzuszem, wszelkie wysiłki zdawały się na nic. Mógł co najwyżej czekać, aż jego ciało samo się opamięta.

Nie powinien tak jednak ryzykować, kiedy bowiem ciotka włoży płaszcz, nie zostanie mu zbyt wiele czasu.

Döhring nie przywiązywał wagi do ubioru i elegancji. Dwie pary lepszych, ręcznie szytych butów, trochę niezgrabnych, ale niezniszczalnych i bardzo wygodnych, oraz ciemnozieloną wiatrówkę z wełnianą podszewką w kratkę też dostał kiedyś od ciotki. Na co dzień nosił dżinsy i niewyprasowaną koszulę, pod nią golf, jak bohaterowie amerykańskich filmów, a sweter tylko wtedy, kiedy robiło się naprawdę zimno.

Miał jednak pewną sekretną słabość – slipy, kąpielówki i spodenki do biegania. Czasami wkładał któryś ze swetrów tylko dlatego, że zrobiła je na drutach macocha. Nie chciał, żeby porzuciła ten zwyczaj.