Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
To książka, która zyskała miano kultowej, przełomowej, którą kserują kolejne roczniki kierunków gender studies i do której odwołują się kolejne pokolenia autorek i autorów piszących o kobietach i macierzyństwie. Od lat była białym krukiem.
Maria Janion pisała w eseju Niańka i kowboj poświęconym Élisabeth Badinter, że feminizm francuskiej filozofki uznawano za „oświecony, reformistyczny, tolerancyjny”, a mimo to swoimi rozważaniami o tym, czy instynkt macierzyński jest wrodzony i czy każda kobieta go czuje, włożyła kij w mrowisko. „Sądząc z gwałtownych reakcji, jakie wywołała ta książka, macierzyństwo jest dziś ciągle tematem tabu” – stwierdziła Badinter.
Dlaczego? Bo ośmieliła się powiedzieć, że „kobieta może być »normalna«, nie będąc matką, i że nie każda matka ma nieodparty pociąg do zajmowania się urodzonym przez siebie dzieckiem”. Ponadto podkreśliła, „do jakiego stopnia pragnienie posiadania dziecka jest złożone, trudne do określenia i do oderwania od całej sieci czynników psychologicznych i społecznych”, które na przestrzeni wieków – od XVII do XX – nie ułatwiały kobietom bycia matkami.
Temperatura tej dyskusji nie jest w dzisiejszej Polsce doby kryzysu demograficznego niższa, niż była niemal pięćdziesiąt lat temu we Francji. I chociaż przeszliśmy długą drogę od odsyłania osesków w powijakach do mamek, oddawania kilkulatków pod opiekę instytucjom państwowym czy od niepodważalnie dominującej pozycji ojca w procesie wychowania, to nadal brak chęci posiadania dziecka przez kobietę napawa nie tylko lękiem, ale również pozostawia nas – społeczeństwo – w bezradności. W świecie chaosu relacja matka–dziecko ma rzekomo być tą niepodważalną, stałą, pewną. Bez niej jesteśmy sierotami. Kobiety pytają jednak: ale w imię czego mamy rodzić i wychowywać dzieci? Za co? Dlaczego? Na mocy jakiego prawa?
Już w przedmowie Badinter zachęca: „Spróbujmy na nowo sformułować naszą definicję miłości macierzyńskiej, a zyskamy w ten sposób lepsze – z korzyścią zarówno dla kobiety, jak i dla dziecka – zrozumienie macierzyństwa. Zapraszam wszystkie kobiety – czy są matkami, czy nie – do wzięcia udziału w tej ważnej dyskusji filozoficznej. Do nich teraz należy dawać świadectwo, słuchać i sądzić…”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 441
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Élisabeth Badinter Historia miłości macierzyńskiej Warszawa 2026
Wydanie drugie, przejrzane, uzupełnione
Tytuł oryginału: L’amour en plus. Histoire de l’amour maternel (XVIIe–XXe siècle)
Copyright © Flammarion, 1980, 2010
Copyright © for the Polish translation by Krzysztof Choiński 1998, prawa do tłumaczenia Alicja Choińska 2026
Copyright © for Niańka i kowboj by Maria Janion
Copyright © for this edition by Fundacja Instytut Reportażu, 2026
OPIEKA REDAKCYJNA
Julianna Jonek-Springer
KOREKTA
Justyna Tomas
PROJEKT OKŁADKI, OPRACOWANIE GRAFICZNE
Dominika Jagiełło/OneOnes Creative Studio/
www.behance.net/OneOnes
OBRAZ NA OKŁADCE
Andrzej Wróblewski, (Kitek pod krzesłem)
niedatowana; akwarela, gwasz, papier; 127 × 100 cm;
kolekcja prywatna © Fundacja Andrzeja Wróblewskiego/
www.andrzejwroblewski.pl
SKŁAD I ŁAMANIE
Michał Wysocki
ISBN 978-83-66778-95-5 (EPUB); 978-83-978349-0-3 (MOBI)
Wydanie elektroniczne 2026
Wydawnictwo Dowody
Imprint Fundacji Instytut Reportażu
Gałczyńskiego 7, 00-362 Warszawa
www.dowody.com
[email protected], [email protected]
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Niniejsza książka jest wynikiem seminarium, prowadzonego przeze mnie przez dwa lata w Szkole Politechnicznej, co oznacza, że wiele zawdzięcza ona cierpliwości i poczuciu humoru moich studentów. Dedykuję im więc to dzieło, któremu wraz ze mną długo matkowali.
Sądząc z gwałtownych reakcji, jakie wywołała ta książka – a które, przyznam, zaskoczyły mnie – macierzyństwo jest dziś ciągle tematem tabu. Miłość macierzyńską nadal trudno zakwestionować, a matka pozostaje w naszej nieświadomości zbiorowej tożsama z Marią, symbolem wiecznotrwałego poświęcenia w miłości.
O ile wielu czytelników okazało mi sympatię, a część specjalistów zajmujących się tym tematem wyraziła swoje zainteresowanie lub aprobatę, to jednak otrzymałam pewną liczbę listów krytycznych, a wszystkie dotyczyły tego samego problemu: czy filozof ma prawo decydować o istnieniu bądź nieistnieniu jakiegokolwiek instynktu? Czy nie należałoby raczej pozostawić troski o odpowiedź biologom? Niektórzy, pamiętając o tym, że wybitni biolodzy uznali konieczność totalnej rewizji poglądów na problematykę instynktu u człowieka, dali mi do zrozumienia, jakoby moja praca nie miała wielkiej wagi. W przeciwieństwie do nich ci, dla których problem nadal nie jest rozwiązany, uznali, że nie można się nim zajmować, nie interesując się dwoma hormonami macierzyństwa: prolaktyną i oksytocyną. Wreszcie jeszcze inni uznali za niedopuszczalne, żeby posługiwać się historią dla udowodnienia tezy, która nie leży w kompetencjach ani filozofa, ani historyka. Wszyscy ci krytycy wypominali mi zatem, że w niedopuszczalny sposób przekroczyłam granice swojej dyscypliny.
Ale jakie są właściwie granice filozofii? I do czego służy ten dyskurs, niewyspecjalizowany w niczym a wtrącający się do wszystkiego, jeśli właśnie nie do ponownego kwestionowania prawd powszechnie przyjętych i analizowania wszelkich systemów myślowych? Czy można zabronić filozofowi refleksji nad podstawowymi założeniami biologii czy historii, podczas gdy dobrze wiemy, że właśnie tu splata się problematyka natury i kultury? Czemu miałby uznać siebie za niezdolnego do odczytania historii i do interpretacji zachowań, skoro dysponuje tymi samymi materiałami co historyk?
Zapewne filozof nie przyczynia się do postępu nauki poprzez dostarczanie społeczności naukowej nowych dokumentów czy faktów, ale czy należy uznać jego pracę za całkowicie pozbawioną znaczenia, wręcz nieistniejącą, gdy – nieco skromniej – stara się ograniczać przesądy?
Równocześnie jednak niektóre z kierowanych pod moim adresem krytyk wydały mi się potrzebne i konstruktywne. Zgrzeszyłam niekiedy brakiem precyzji lub przeoczeniem. Czy należało na przykład ulec pokusie zatytułowania pierwszej części Miłość nieobecna? Tylu czytelników – nawet spośród najlepiej usposobionych – dało się temu zmylić, że rzeczywiście muszę uderzyć się w piersi. Nigdy nie napisałam, że miłość macierzyńska to wynalazek XVIII wieku; podkreślałam nawet kilkakrotnie w niniejszej książce, że jest przeciwnie. Ale przy pospiesznej lekturze tytuł mógł sprawić wrażenie, że taka była moja intencja. Chciałam tylko powiedzieć, że w społeczeństwie, które nie przypisuje wartości jakiemuś uczuciu, może ono zostać zduszone albo przytłumione tak dalece, że w wielu sercach ulegnie całkowitemu unicestwieniu. Nie twierdziłam jednak, że społeczeństwo takie czyni wszelką miłość macierzyńską niemożliwą: byłoby to absurdem.
Popełniłam błąd, nie podkreślając wystarczająco mocno w odniesieniu do pojęcia instynktu jego aspektu z góry określonego, uniwersalnego i koniecznego. Powinnam była przypomnieć definicje zawarte w dwóch najpopularniejszych słownikach. Nie po to, by znaleźć tam ostateczny wyraz naukowych teorii, lecz raczej po to, by przypomnieć rozpowszechniony pogląd na ten temat. O ile bowiem wielu uczonych wie dobrze, że pojęcie instynktu jest przestarzałe, o tyle coś w nas samych, coś silniejszego od rozumu, nadal każe nam myśleć o macierzyństwie w kategoriach instynktu. Należało zatem przytoczyć definicję ze słownika Paula Roberta („wrodzona i potężna skłonność, wspólna w s z y s t k i m[1] istotom żywym lub w s z y s t k i m osobnikom należącym do tego samego gatunku”), skoro kwestionuje zarazem „wrodzony” charakter uczucia macierzyńskiego, jak i fakt, że jest ono udziałem wszystkich kobiet.
Należało też powrócić do jeszcze bardziej obciążonej aprioryzmem ideologicznym definicji ze słownika Larousse’a (Nouveau Petit Larousse z roku 1971), która określa instynkt macierzyński jako „pierwotną skłonność, wzbudzającą u k a ż d e j n o r m a l n e j k o b i e t y pragnienie macierzyństwa i posiadania potomstwa, popychającą ją do sprawowania nad dzieckiem opieki fizycznej i moralnej”, ponieważ uważam, że kobieta może być „normalna”, nie będąc matką, i że nie każda matka ma nieodparty pociąg do zajmowania się urodzonym przez siebie dzieckiem.
Powinnam była z pewnością wyraźniej sformułować postulaty filozoficzne, na których opiera się niniejsza praca. Oczywiście nie chciałam ich ukrywać i występować „w masce”. Ale nie wydawało mi się rzeczą pożyteczną powracać do sporu, który od tak dawna przeciwstawia esencjalistów filozofom przypadku, tych, którzy wierzą w wyższość „treści”, tym, którzy skłaniają się do przyznawania wyłącznej rzeczywistości formie... I tu się myliłam, bo moi zagorzali krytycy mogli pomyśleć, że nie byłam świadoma swojej własnej filozofii, którą zresztą sprowadzali często do poziomu nieskomplikowanej mentalności działaczki, podczas gdy samych siebie uznali za wolnych od wszelkich wpływów filozoficznych, przypisując tym samym wyłącznie sobie przywilej obiektywizmu naukowego.
Ujawniło się to w sposób szczególnie wyraźny, gdy niektórzy historycy zarzucili mi anachronizm w rozumowaniu, to znaczy, że osądzam minioną rzeczywistość z dzisiejszego punktu widzenia, w imieniu wartości, które wówczas nie były obowiązującymi. Spór wręcz klasyczny, a nawet przebrzmiały... Minęło już sporo czasu, od kiedy przyznano, że żaden obserwator, choćby był niezwykle przenikliwy i ostrożny, nie jest w stanie uwolnić się od własnego systemu wartości i własnych namiętności tak, aby patrzeć na innych z pełnym obiektywizmem. Tę podstawową prawdę przypomniał niedawno swoim kolegom po fachu Georges Duby. Według niego zastosowanie w historii informatyki i rozwój metod ilościowych pozwalają nam uzyskać dokładniejsze dane, ale historyk wykorzystuje je w imię własnych pasji i wyznawanej przez siebie ideologii[2].
Skoro wszyscy dysponujemy tymi samymi informacjami, jak inaczej wyjaśnić rozbieżność interpretacji, jeśli nie odmiennością naszych filozofii, ideologii czy namiętności? Weźmy przykład oddawania dzieci do mamek w XVIII wieku. Nikt nie kwestionuje ani przytaczanych liczb, ani zasięgu zjawiska w średnich czy dużych miastach.
Ale przecież dochodzimy do interpretacji przeciwstawnych. Jedni uważają, że matki z miasta, które wysyłały swoje dzieci na wieś, dawały w ten sposób najwyższy dowód miłości macierzyńskiej. Przekonane o dobroczynnym wpływie wiejskiego powietrza i szkodliwości atmosfery miast, miały w myśl tej teorii poświęcić własne pragnienie matkowania na ołtarzu zdrowia dziecka. W świetle takiej interpretacji odesłanie do mamki nie jest więc oznaką braku zainteresowania dzieckiem, lecz przeciwnie, ostatecznym przykładem najczystszego altruizmu. W ten sposób miłość macierzyńska zostaje ocalona. Twierdzi się nawet, że wychodzi z tej próby moralnie wzmocniona. Uczucie to nie może zatem ulec zanikowi i od tej chwili nic nie pozwala kwestionować instynktu noszącego tę samą nazwę.
Moja interpretacja – którą podziela także kilka innych osób – nie wyraża podobnego optymizmu. Jeżeli można przyjąć, że oddanie do mamki było u niektórych matek przejawem miłości do dziecka, to mamy prawo wątpić, czy było tak w każdym z pozostałych przypadków. Fakt, iż wszystkie klasy społeczności miejskiej – łącznie z mieszkańcami małych miast, mniej „zatrutych” niż wielkie – uciekały się do usług płatnych mamek i akceptowały długą rozłąkę z dziećmi, powinien być, moim zdaniem, interpretowany inaczej.
Podobny konflikt interpretacyjny powtarza się na innych płaszczyznach mojej analizy. Niektórzy przypominali mi – co było naprawdę zbędne – że matki ancien régime’u nie znały statystyk śmiertelności dzieci powierzonych mamkom, a zatem nie mogły ocenić rozmiarów spustoszenia, jakiego dokonywał ten zwyczaj. Ale jak pominąć osobiste doświadczenia poszczególnych kobiet albo doświadczenia ich bliskich? Jak wytłumaczyć, że kobieta, która utraciła już w ten sposób dwoje lub troje dzieci, wysyłała następne do tej samej mamki? Dzieje Marii Céleste Lachièvere i historycy obyczajów znają dokładnie przypadek Marie Bienvenue, niedbałej mamki, która w ciągu czternastu miesięcy pozwoliła umrzeć trzydzieściorgu jeden dzieciom... Co myślały o tym ich matki, które pochodziły często z tych samych osiedli?...
Ale czy twierdząc, że inne były obyczaje, że matki nie wiedziały i że każda z nich sądziła, iż działa w najlepszym interesie swego dziecka, nie chcemy za wszelką cenę odpuścić kobietom „grzechu” szczególnie ciężkiego: grzechu braku zainteresowania dzieckiem? W tym cały problem. W oczach niektórych ludzi nie kochać własnego dziecka oznacza popełnić zbrodnię niewybaczalną. I ktokolwiek próbuje wykazać, że miłość macierzyńska nie jest rzeczą oczywistą, natychmiast naraża się na podejrzenie bądź o obłęd, bądź o chęć niesprawiedliwego oskarżania kobiet z minionych epok, bądź wreszcie o interpretację ich słów i zachowań w duchu obecnego systemu wartości. Jednym słowem, o ignorowanie rygorów naukowych, które rzekomo zabraniają wnioskować z zachowań o istnieniu lub nieobecności jakiegoś uczucia. Zupełnie rewelacyjne jest jednak to, że o ile nie wolno stwierdzać braku miłości macierzyńskiej w takim czy innym przypadku, to nie jest zabronione automatyczne zakładanie jej istnienia i trwałości.
Wydaje się, że nieporozumienie ma przede wszystkim charakter metafizyczny. Od filozofii należy zatem żądać wyjaśnienia tego konfliktu. Ci, którzy nie chcą oceniać jakiegoś uczucia na podstawie zachowań, są zwolennikami filozofii dualistycznej. To ci sami, którzy radykalnie rozróżniają esencję i egzystencję, rzeczywistość i pozory, treść i formę. W ich oczach formy mogą się istotnie zmieniać, nie naruszając tym samym „treści” czy „esencji”. Jeżeli zachowania macierzyńskie (formy) przybierają rozmaite oblicza, w miarę upływu czasu nawet ze sobą sprzeczne, to nie naruszają one głębokiej „istoty” tej miłości, która jest w pewnym sensie hipostazą.
Z takiego punktu widzenia określenie istoty uczucia staje się rzeczą bardzo trudną. Jeżeli bowiem może się ono „objawiać” w formach sprzecznych ze sobą na wszelkie możliwe sposoby – to trzeba z pewnością przyznać, że jego esencja pozostaje tajemnicą, czyli czymś niedefiniowalnym. Wydaje mi się jednak, że można osiągnąć porozumienie co do pewnego minimum definicji miłości. Czyż nie jest to zawsze życzliwa troska o kogoś drugiego, wyrażająca się w myśli i geście? Oczywiście nie można zaprzeczyć, że chcąc czynić dobro, możemy mijać się z celem i mimo woli wyrządzić komuś krzywdę. Byłby to właśnie, jak mi mówiono, przypadek owych pełnych dobrych intencji matek, wysyłających swoje dzieci do mamek i niezdolnych wyobrazić sobie, że często posyłają je na śmierć. Jeżeli nawet uznam to rozumowanie, czy mam również uwierzyć, że miłość macierzyńska istnieje, gdy matka nie troszczy się zupełnie o dziecko odizolowane od niej przez okres kilku lat?
Czy niemożliwe jest przypuszczenie, że nawet jeżeli jakaś miłość macierzyńska zaistniała w chwili porodu, to marniała wskutek braku dbałości o nią? Czy to absurd uważać, że jeżeli zabraknie okazji do powstania bliskich więzów, uczucie po prostu nie może się narodzić? Usłyszę zapewne w odpowiedzi, że to ja z kolei formułuję dyskusyjną tezę, w myśl której miłość macierzyńska nie jest czymś wrodzonym. To prawda: uważam, że miłości tej nabywa się w miarę upływu dni spędzanych z dzieckiem i dzięki staraniom, jakimi je otaczamy. Możliwe, że nieobecność ukochanej osoby pobudza nasze uczucia, ale konieczne jest jeszcze, by one najpierw zaistniały i by rozłąka nie trwała zbyt długo. Wszyscy wiemy, że miłość nie objawia się bez przerwy i może trwać w stanie utajonym. Ale jeśli nie będziemy czujni, może tak osłabnąć, że zaniknie. Jeżeli zabraknie okazji do wyrażania miłości, jeśli objawy zainteresowania drugą osobą są zbyt rzadkie, ryzykujemy wówczas poważnie, że uczucie umrze.
Jakich uczuć macierzyńskich mogły doznawać matki po powrocie dzieci do domu, jeśli wcześniej pozostawały z dala od nich przez trzy lub cztery lata?
Uważam wreszcie, jak psychoanalitycy, że nie ma miłości bez jakiegoś pożądania i że brak możliwości dotykania, pieszczenia czy całowania słabo sprzyja rozwojowi uczucia. Jeżeli dziecko nie znajdzie się w zasięgu rąk matki, jak będzie mogła je kochać? Jak zdoła się do niego przywiązać?
Dokładniej rzecz ujmując, zwolennicy teorii miłości macierzyńskiej jako uczucia „niezmiennego w swej istocie” to w oczywisty sposób ci, którzy postulują istnienie natury ludzkiej, zmieniającej się tylko „powierzchownie”, i kultury będącej już jedynie epifenomenem. W ich oczach macierzyństwo i towarzysząca mu miłość są od zawsze wpisane w naturę kobiecą. Z tego punktu widzenia kobieta została stworzona do roli matki, co więcej – dobrej matki. Każde odchylenie od takiej normy jest nieuchronnie rozpatrywane w kategoriach patologicznego wyjątku. Matka obojętna na wyzwanie rzucone przez naturę to ktoś w najwyższym stopniu anormalny.
W zasadzie prawo naturalne nie zna wyjątków. Nawet jeśli zastąpimy pojęcie reguły (czegoś ogólnego) pojęciem prawa (czegoś powszechnego), trzeba będzie stwierdzić, że istnieje za wiele wyjątków od reguły miłości macierzyńskiej, byśmy nie byli zmuszeni zakwestionować samej reguły. Po prostu miłość nie jest w królestwie człowieka normą. Działa zbyt wiele czynników, które drwią sobie z niej. Inaczej niż w królestwie zwierząt, zanurzonym w naturze i poddanym działaniu właściwego mu determinizmu, istota ludzka, w naszym przypadku – kobieta, jest bytem historycznym, jedynym żyjącym stworzeniem obdarzonym zdolnością tworzenia symboli, wynoszącą je ponad sferę wyłącznie zwierzęcą. Ta doznająca pożądań istota różni się zawsze od wszystkich innych. Niech biolodzy wybaczą mi tę śmiałość, ale należę do tych, którzy uważają, że nieświadomość kobiety w znacznej mierze góruje nad jej procesami hormonalnymi. Wiemy zresztą wszyscy, że karmienie piersią i krzyki noworodka nie wywołują – daleko im do tego – jednakowych reakcji u wszystkich matek.
Wydaje mi się, że trzeba pozostawić powszechność i konieczność zwierzętom i przyznać, że domeną człowieka jest przypadkowość i to, co szczególne. Przypadkowość zachowań i uczuć ciąży mu, a zarazem jest jedynym wyłomem, który pozwala objawić się jego wolności. Dzisiaj kobieta może nie pragnąć zostać matką; czy jest wówczas kobietą normalną, realizującą swoją wolność, czy też z punktu widzenia norm naturalnych osobą chorą? Czy nie nazbyt często mamy skłonność do mylenia determinizmu społecznego z imperatywem biologicznym? Wartości przyjęte przez społeczeństwo bywają czasem tak opresyjne, że ciążą na naszych pragnieniach z siłą niedającą się zmierzyć. Czemu nie mielibyśmy uznać, że kiedy miłość macierzyńska nie jest waloryzowana przez społeczeństwo, które tym samym nie dowartościowuje matek, automatycznie przestaje być ona kobiecym pragnieniem?
Wezwanie brzucha? Ależ dopiero dziś odgadujemy, do jakiego stopnia pragnienie posiadania dziecka jest złożone, trudne do określenia i do oderwania od całej sieci czynników psychologicznych i społecznych.
Od idei „natury kobiecej”, którą rozumiem coraz słabiej, wolę ideę mnogości kobiecych doświadczeń, różniących się od siebie, chociaż mniej czy bardziej zależnych od wartości społecznych, z których potęgi zdaję sobie sprawę. Różnica między samicą a kobietą leży właśnie w tym „mniejszym” czy „większym” poddaniu się determinizmom. Natura nie znosi podobnej przypadkowości i owej oryginalności, która jest nam właściwa.
Przetrwanie gatunku wymaga oczywiście, żebyśmy płodzili dzieci, ale kto może nas zmusić do posłuszeństwa wobec świętej natury? Samica nie ma wyboru... Tymczasem to, że kobieta musi rodzić dzieci, nie jest już dziś samo przez się zrozumiałe. Ani nawet to, że musi je kochać, skoro już wydała je na świat. Co z kolei nie stanowi żadnej nowości, chociaż dzisiaj odbierane jest jako skandal.
Skandal – z punktu widzenia popularnej idei, że natura jest „dobra”, że niczego nie czyni na próżno i tym podobne. Pogląd ten odsyła do filozofii finalistycznej, która z kolei znajduje dopełnienie w określonej teodycei, nawet jeżeli nie nazywa się jej wprost. Twierdzić bowiem, że natura dobrze wszystko urządziła, to rzecz niełatwa. Jej dzieło nie jest pozbawione wad, więc chcąc przekonać oponentów, trzeba twardo bronić własnej sprawy, a dla wielu jest ona sprawą Boga. Cały problem polega na udowodnieniu, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów, co w końcu nie jest tak bardzo oczywiste.
To w imię tej „dobrej natury” konstruuje się następujący sylogizm: skoro rodzaj ludzki trwa, a miłość macierzyńska jest niezbędna dla tego przetrwania, istnieje ona w sposób konieczny. Jestem przekonana, że miłość macierzyńska istnieje od najdawniejszych czasów, ale ani nie uważam, że bezdyskusyjnie występuje u wszystkich kobiet, ani nawet że tylko dzięki niej rodzaj ludzki jest w stanie przetrwać. Przede wszystkim dziecko może „wykarmić” każda inna osoba poza matką (ojciec, mamka i tak dalej). Poza tym do wypełnienia „obowiązków macierzyńskich” kobietę zmusza nie tylko miłość. Moralność, wartości społeczne czy religijne mogą stanowić bodźce równie potężne, jak jej własne pragnienia. Prawdą jest, że zależny od płci pradawny podział pracy poważnie zaważył na obarczeniu kobiety zadaniem „wykarmienia”; prawdą jest także, że do wczoraj wydawał się on najczystszym produktem natury. Czy trzeba tu przypominać, że w innych społeczeństwach – i to wcale nie najmniejszych – „dobra natura macierzyńska” tolerowała zabijanie dzieci płci żeńskiej zaraz po urodzeniu?
O ile jest rzeczą niepodważalną, że dziecko nie może przeżywać i rozwijać się harmonijnie bez opieki i czujności macierzyńskiej, o tyle nie jest pewne, czy wszystkie matki należące do rodzaju ludzkiego są predystynowane do obdarzania dziecka miłością, której ono potrzebuje. Nie wydaje się, by istniała jakakolwiek z góry dana harmonia czy nieuchronna interakcja między potrzebami dziecka i odpowiedzią matki. W tej dziedzinie każda kobieta stanowi odrębny przypadek. Jedne słyszą, rozumieją owe potrzeby, inne mniej, jeszcze inne wcale. Oto właśnie – być może – owo zło metafizyczne, jedna z podstawowych przyczyn nieszczęścia ludzkiego. Czy należy jednak uznać, że można go uniknąć poprzez zanegowanie jego istnienia?
Prawdą jest, że przypadkowy charakter miłości macierzyńskiej wywołuje w nas wszystkich straszliwy lęk. Ta nieznośna niepewność stawia pod znakiem zapytania naszą ideę natury albo naszą wiarę w Boga. Jakże najlepszy ze światów może nieść w sobie poza złem fizycznym, moralnym i metafizycznym możliwość braku miłości macierzyńskiej? Ludziom wierzącym oraz wielbicielom naturalnego determinizmu i towarzyszącego mu porządku niełatwo dopuścić taką myśl.
Tymczasem czyż nie nadszedł już czas, by otworzyć oczy na zakłócenia tego porządku, przeczące normie? Jeśli nawet takie uświadomienie sobie przypadkowości zagraża naszemu komfortowi psychicznemu, czy nie należy w końcu wziąć jej pod uwagę i na nowo sformułować naszą definicję miłości macierzyńskiej? Zyskamy w ten sposób lepsze zrozumienie macierzyństwa z korzyścią zarówno dla kobiety, jak i dla dziecka.
Zapraszam wszystkie kobiety – czy są matkami, czy nie – do wzięcia udziału w tej ważnej dyskusji filozoficznej. Do nich teraz należy dawać świadectwo, słuchać i sądzić...
Élisabeth Badinter
Rok 1780: namiestnik policji Lenoir stwierdza nie bez goryczy, że z dwudziestu jeden tysięcy dzieci rodzących się corocznie w Paryżu zaledwie tysiąc jest karmionych przez matki. Tysiąc innych, uprzywilejowanych, karmią mamki sprowadzone do domu. Cała reszta odstawiana jest od piersi matczynej, aby znaleźć się u mieszkającej blisko lub daleko płatnej mamki.
Wiele dzieci umrze, nie zaznawszy spojrzenia matki. Te, które po kilku latach wrócą pod rodzinny dach, ujrzą obcą osobę: tę, która wydała je na świat. Nic nie świadczy o tym, że spotkania takie przeżywane były radośnie ani że matka starała się ze zdwojoną energią zaspokoić potrzebę czułości, która dziś wydaje się nam tak naturalna.
Wobec liczb przytaczanych przez namiestnika stołecznej policji trudno nie zadać sobie pewnych pytań. Jak wyjaśnić porzucanie niemowlęcia w okresie, w którym mleko matki i jej opieka dają mu większą szansę przeżycia? Jak wytłumaczyć podobny brak zainteresowania dzieckiem, jakże sprzeczny z naszym obecnym systemem wartości? Czy kobiety z czasów ancien régime’u zawsze tak postępowały? Z jakich przyczyn obojętna rodzicielka osiemnastowieczna przekształciła się w matkę pelikana XIX i XX stulecia? Dziwne to zjawisko, owe przemiany postaw macierzyńskich, zaprzeczające rozpowszechnionemu poglądowi o instynkcie wspólnym samicy i kobiecie!
Tak długo mówiono o miłości macierzyńskiej jako o czymś instynktownym, że chętnie wierzymy, iż podobne zachowanie jest głęboko zakorzenione w naturze kobiety niezależnie od czasu i przestrzeni. W naszych oczach każda kobieta, stając się matką, znajduje w sobie wszelkie odpowiedzi na zadania stawiane jej przez nową sytuację. Zupełnie tak, jakby jakieś siły preegzystencjalne, działające automatycznie i w sposób konieczny, czekały tylko okazji, aby się ujawnić. Ponieważ prokreacja jest aktem naturalnym, wyobrażamy sobie, że biologicznemu i fizjologicznemu zjawisku ciąży musi odpowiadać z góry określona postawa macierzyńska.
Prokreacja nie miałaby sensu, gdyby matka nie dążyła do dokończenia swego dzieła poprzez zapewnienie możliwości przeżycia płodu i przekształcenia go w dojrzałą jednostkę ludzką. Wiarę w tak sformułowany sens macierzyństwa umacnia dwuznaczne używanie tego pojęcia, odsyłające zarówno do chwilowego stanu fizjologicznego – ciąży, jak i do długotrwałego procesu: opieki i wychowania. W skrajnym przypadku funkcja macierzyństwa dobiegałaby końca dopiero wtedy, gdy matka „urodzi” wreszcie dorosłego człowieka.
Z takiego punktu widzenia trudno wytłumaczyć zaburzenia miłości macierzyńskiej: na przykład ów chłód uczuciowy czy skłonność do porzucania niemowląt, patologie, które pojawiają się we francuskich miastach XVII wieku i nabierają charakteru powszechnego w następnym stuleciu. Zjawisko to, szeroko już opisane przez historyków, znalazło liczne wyjaśnienia ekonomiczne i demograficzne. Inaczej mówiąc, stwierdzono, że instynkt życia zwycięża instynkt macierzyński. Przyznawano co najwyżej, że ten ostatni jest plastyczny i ulega przyćmieniu.
To ustępstwo wywołuje liczne pytania: cóż to za instynkt, który u jednych się objawia, a u innych nie? Czy wszystkie nieznające go kobiety należy uznać za „nienormalne”? I co mamy myśleć o zachowaniu patologicznym, które staje się udziałem tak wielu kobiet z różnych środowisk i trwa przez tyle stuleci?
Minęło już trzydzieści lat od chwili, kiedy kobieta filozof[1], Simone de Beauvoir, zakwestionowała instynkt macierzyński. Pewna liczba psychologów i socjologów, głównie kobiet, uczyniła to samo. Ale ponieważ kobiety te były feministkami, na pozór wierzono, że czerpią one natchnienie bardziej z ducha walki o swoje prawa niż z nauki. Zamiast dyskutować nad ich pracami, wielu ironizowało na temat zamierzonej bezpłodności pierwszej z nich oraz agresywności i męskiego usposobienia pozostałych.
Jeżeli chodzi o studia nad społeczeństwami „prymitywnymi”, starannie unikano oczywistych wniosków. Były to społeczeństwa tak odległe, tak małe, tak archaiczne! Odkrycie, że w niektórych z nich ojciec jest bardziej macierzyński od matki albo że matki są obojętne, a nawet okrutne, nie wpłynęło w istotny sposób na zmianę naszej wizji świata. Nie umieliśmy albo nie chcieliśmy wykorzystać tych wyjątków do zakwestionowania naszej własnej normy.
Prawdą jest, że od pewnego czasu pojęcia instynktu i natury ludzkiej mają złą prasę. Rozważając rzecz dokładniej, trudno znaleźć postawy powszechne i konieczne. A skoro nawet etolodzy, mówiąc o człowieku, przestali posługiwać się kategorią instynktu, wytworzył się wśród intelektualistów konsensus, pozwalający wyrzucić sam termin na śmietnik pojęć. Instynkt macierzyński przestał więc być modny. A jednak po usunięciu słowa pozostała niezwykle żywotna idea macierzyństwa, która do złudzenia przypomina porzucone pojęcie.
Na próżno przyznajemy, że postawy macierzyńskie nie są związane z instynktem, ponieważ i tak zawsze myślimy, że miłość matki do dziecka – tak silna i prawie powszechna – musi chociaż trochę czerpać z natury. Zmieniliśmy słownik, ale nie porzuciliśmy złudzeń.
Wsparcia dostarczyły nam zwłaszcza badania etologów nad zachowaniem naszych kuzynek – samic małp wyższego rzędu – wobec ich młodych. Wielu uznało, że można stąd wyciągać wnioski na temat postaw kobiecych. Skoro te małpy są tak do nas podobne, należy przyjąć, że jesteśmy jak one...
Niektórzy zaakceptowali to kuzynostwo z radością, tym bardziej że zastępując pojęcie instynktu (który pozostawiali małpom) pojęciem miłości macierzyńskiej, udawaliśmy, że oddalamy się od zwierzęcości. Uczucie macierzyńskie wydaje się mniej mechaniczne i mniej automatyczne od instynktu. Nie dostrzegając, że miłość nabiera w zamian charakteru przypadkowego, zaspokoiliśmy naszą dumę humanoidów.
W rzeczywistości sprzeczność nigdy nie była większa, porzucając bowiem instynkt na rzecz miłości, przyznajemy mu jej cechy. Nasz umysł, a raczej nasze serce nadal traktuje miłość macierzyńską w kategoriach konieczności. Mimo intencji liberalnych matka, która nie kocha swego dziecka, jest dla nas ciągle zjawiskiem patologicznym lub skandalem. Jesteśmy gotowi raczej wszystko wyjaśnić i wszystko usprawiedliwić, niż uznać fakt w jego brutalnej nagości. W głębi duszy myśl, że miłość macierzyńska może nie być wiecznotrwała, jest dla nas odpychająca. Być może dlatego, że odmawiamy zakwestionowania miłości naszej własnej matki...
Historia zachowań macierzyńskich Francuzek w ciągu minionych czterech stuleci nie podnosi bynajmniej na duchu. Wskazuje nie tylko na ogromną różnorodność postaw i natężenia miłości, lecz także na długie okresy milczenia. Niektórzy powiedzą może, że słowa i zachowania nie ujawniają w całości tajemnic serca i że zawsze pozostaje coś niewypowiadalnego, co nam umyka. Mamy ochotę odpowiedzieć im cytatem z Rogera Vaillanda: „Nie ma miłości, są tylko jej dowody”. A zatem, skoro dowody nam się wymykają, czemu nie wyciągnąć z tego wniosków?
Miłość macierzyńska to tylko ludzkie uczucie. Jak każde uczucie jest niepewna, krucha i niedoskonała. Wbrew przyjętym poglądom być może nie jest głęboko wpisana w naturę kobiecą. Obserwując postawy macierzyńskie, stwierdzamy, że zainteresowanie dzieckiem i oddanie mu albo się manifestują, albo nie. Czułość jest albo jej nie ma. Rozmaite sposoby wyrażania miłości macierzyńskiej rozciągają się od „więcej” do „mniej” z uwzględnieniem tego, co kryje się pod „nic” albo „prawie nic”.
W przekonaniu, że dobra matka jest zjawiskiem jednym z wielu, wyruszyliśmy na poszukiwanie rozmaitych postaci macierzyństwa, łącznie z tymi, które dzisiaj – przypuszczalnie dlatego, że nas przerażają – odrzucamy.
Aby zbadać ewolucję postaw macierzyńskich i spróbować zgłębić jej przyczyny, nie wystarczy ograniczyć się do statystyk śmiertelności dzieci czy świadectw różnych ludzi. Matka w przyjętym znaczeniu tego słowa (to znaczy kobieta zamężna obdarzona prawowitym potomstwem)[1] jest postacią względną i trójwymiarową. Względną, bo daje się pojmować tylko w stosunku do ojca i do dziecka. Trójwymiarową, bo poza tym podwójnym układem jest także kobietą, czyli odrębną istotą ludzką, obdarzoną własnymi aspiracjami, które często nie mają nic wspólnego z dążeniami ojca czy pragnieniami dziecka. Wszelkie badania zachowań macierzyńskich muszą brać pod uwagę te rozmaite zmienne.
Nie można zatem zajmować się jednym z członków rodzinnego mikrospołeczeństwa, nie wspominając o dwóch pozostałych. Relacja trójstronna jest faktem nie tylko psychologicznym, lecz i społecznym.
Role ojca, matki i dziecka są określane przez potrzeby i wartości dominujące w danym społeczeństwie. Kiedy latarnia panującej ideologii oświetla tylko mężczyznę ojca, obdarzając go wszelką władzą, matka schodzi w cień i jej status upodabnia się do statusu dziecka. I odwrotnie, kiedy społeczeństwo interesuje się dzieckiem, jego przetrwaniem i wychowaniem, światło jest skierowane na matkę, która staje się postacią główną na niekorzyść ojca. Zmiana sytuacji przekształca jej zachowanie wobec dziecka i małżonka. Zależnie od tego, czy społeczeństwo ceni, czy też deprecjonuje macierzyństwo, kobieta jest lepszą lub gorszą matką.
Jednak poza naporem dominujących wartości i imperatywów społecznych zarysowuje się jeszcze inny czynnik, niemniej ważny dla historii zachowań macierzyńskich. Czynnikiem tym jest skryta wojna płci, która przez tak długi czas przybierała formę dominacji jednej z nich nad drugą. W tym konflikcie między mężczyzną i kobietą dziecko odgrywa rolę zasadniczą. Ten, kto nad nim panuje i ma je po swojej stronie, może liczyć na zwycięstwo, jeśli społeczeństwo odnosi z tego jakąś korzyść. Tak długo, jak dziecko było poddane władzy ojcowskiej, matka musiała zadowolić się rolą drugoplanową. Zależnie od epoki i klasy społecznej kobieta cierpiała na tym lub – korzystała, uchylając się od obowiązków matki i umykając spod jarzma małżeńskiego.
W sytuacji przeciwnej, gdy dziecko jest przedmiotem pieszczot macierzyńskich, żona góruje nad mężem, przynajmniej w kręgu ogniska domowego. A kiedy dziecko stanie się królem rodziny, pojawi się – za cichą zgodą ojca – wymaganie, by matka wyzbyła się swych aspiracji kobiecych. Tak więc, ulegając wbrew sobie wpływowi wartości męskich, triumfująca matka będzie umiała najskuteczniej sprostać aspiracjom kobiety do autonomii, tak niewygodnym zarazem dla dziecka i dla męża. W tym przypadku dziecko stanie się nieświadomie rzeczywistym sojusznikiem mężczyzny ojca. Ale nie wybiegajmy naprzód...
Przedmiotem pierwszej części niniejszej książki jest wzajemne usytuowanie poszczególnych dramatis personae historii macierzyństwa i wyjaśnienie, dlaczego przez prawie dwa stulecia zachowanie matek oscylowało tak często między obojętnością a odrzuceniem potomka.
Byłoby niesprawiedliwe, a nawet okrutne, gdybyśmy ograniczyli się ściśle do zachowań matki, nie wyjaśniając ich motywacji. Dlatego też, zanim zajmiemy się matką, zatrzymamy się przy ojcu i dziecku, aby określić, jakie funkcje pełnił pierwszy i jaki status przyznawano drugiemu z nich.
[...]
