Historia, która zabija. Polityka historyczna putinowskiej Rosji - Gajos Bartłomiej - ebook
NOWOŚĆ

Historia, która zabija. Polityka historyczna putinowskiej Rosji ebook

Gajos Bartłomiej

0,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Historia w rękach polityków potrafi stać się narzędziem zbrodni. Nie dlatego, że sama zabija – ale dlatego, że potrafi nadawać sens zabijaniu

Autor pokazuje, jak współczesna rosyjska elita polityczna konstruuje własny historyczny świat dogmatów, mitów i uzasadnień – i skąd biorą się idee, które pozwalają Kremlowi przedstawiać agresję jako „sprawiedliwość dziejową”, podboje jako „odzyskiwanie historycznych ziem”, a przemoc jako „naprawianie krzywd”.

Książka odsłania mechanikę działania rosyjskiej polityki historycznej: od narracji dotyczących Krymu, Ukrainy i Polski, przez genealogie imperialnego myślenia, aż po analizę tego, jak powstają teksty historyczne publikowane przez Kancelarię Prezydenta Federacji Rosyjskiej – dokumenty, które później stają się podstawą propagandy i edukacji oraz uzasadnieniem zbrojnych działań.

To opowieść o tym, jak historia stała się częścią systemu, dla którego przemoc jest naturalną metodą działania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 357

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja: Ilona Kisiel

Korekta: Maria Żółcińska

Skład i łamanie: Tomasz Gąska | 7colors.pl

Opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser |

Projekt okładki: Sebastian Cabaj | instagram.com/pan_cabaj/

Ilustracje wykorzystane w grafice: Wikipedia, kremlin.ru

Copyright © 2026 by Bartłomiej Gajos

All rights reserved.

This edition copyright © 2026 by Poltext Sp. z o. o.

All rights reserved Warszawa 2026

No part of this publication may be used for data mining or machine learning purposes.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być wykorzystywana do uczenia maszynowego ani trenowania systemów sztucznej inteligencji.

Warszawa 2026

Wydanie pierwsze

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

Poltext Sp. z o.o.

wydawnictwoprzeswity.pl

[email protected]

ISBN 978-83-8175-796-6 (epub)

ISBN 978-83-8175-797-3 (mobi)

WstępPo co i jak badać politykę historyczną

Historycy zazwyczaj piszą historie wojen. O wiele rzadziej powstają publikacje dotyczące tego, jak spreparowana wizja przeszłości prowadzi do wojny. Dlatego postanowiłem napisać książkę o politycznym wykorzystaniu historii przez rosyjską elitę. Jeśli ktoś jednak oczekuje, że będzie to spis fałszerstw i półprawd zestawionych z ustaleniami historyków, to od razu uprzedzam, że nie taki jest mój cel.

Z historią jest jak ze statystyką: ludzie kłamią na jej temat. Kłamstwo jest jednak pojęciem względnym i nader problematycznym w kontekście przeszłości. Nie tylko ze względu na toczące się co najmniej od XIX wieku dyskusje dotyczące możliwości odkrycia przez badaczy „prawdy historycznej”. Przede wszystkim dlatego, że kłamiący musi mieć świadomość, że kłamie. W przypadku wypowiedzi Władimira Putina na temat przeszłości mam jednak wątpliwości, czy prezydent Rosji spełnia ten warunek. Szczególnie kiedy mówi o roli ZSRR w trakcie II wojny światowej. Dlaczego? Postaram się to dalej wyjaśnić.

Będziemy się jeszcze długo spierać, dlaczego akurat 24 lutego 2022 roku Putin zdecydował się rozpocząć pełnowymiarową inwazję na Ukrainę, kiedy Rosja na poważnie zaczęła wojskowe przygotowania do konfliktu oraz o to, co ostatecznie skłoniło rosyjskiego przywódcę do takiej decyzji. Te dyskusje będą tym dłuższe, im dłużej będą dla nas niedostępne kremlowskie archiwa.

Piszę to z przymrużeniem oka, ale jeśli magia liczb rzeczywiście istnieje, to pierwsze dokumenty powinniśmy dostać około roku 2030. Tak się bowiem złożyło, że od 1917 roku, kiedy bolszewicy masowo ujawnili tajne carskie akta, średnio co 40 lat najpierw Związek Sowiecki, a następnie Rosja zaskakiwały nas kolejnymi otwarciami archiwów lub kontrolowanymi przeciekami. W 1956 roku był Chruszczow i jego słynny tajny referat, w którym ujawnił część prawdy na temat zbrodni stalinowskich. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się więcej o Wielkim Terrorze. Upadek ZSRR 35 lat później, w 1991 roku, sprawił, że historycy dostali taki dostęp do dokumentów, o jakim nawet nie marzyli.

Archiwalne eldorado trwało niestety krótko. Od drugiej połowy lat 90. badacze ponownie zaczęli napotykać ograniczenia. Coraz więcej teczek ponownie opatrywano klauzulą „tajne” lub informowano historyków, że są one niedostępne. W 2003 roku Rudolf Pichoja, szef rosyjskich archiwów w latach 1990–1996, oceniał, że badacze nie mieli dostępu do około 20% dokumentów proweniencji państwowej i ponad 90% dokumentów wytworzonych przez partię komunistyczną[1]. Nie wynikało to jedynie z ponownego utajniania. Część dokumentacji została bezpowrotnie utracona. W okresie sowieckim popularne były „kampanie makulaturowe”, czyli masowe niszczenie dokumentów partyjnych. Na przykład w 1959 roku do utylizacji przeznaczono niemal 90 milionów teczek. Archiwalia osobiście niszczyli także dygnitarze komunistyczni. Po śmierci Stalina nad chruszczowowską daczą unosił się dym. Przyszły I sekretarz Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego palił dokumenty zabrane ze stalinowskiego mieszkania na Kremlu. To tam znajdowało się archiwum VI sektora, czyli papiery Politbiura – najważniejszego sowieckiego ośrodka decyzyjnego. Chruszczow doskonale wiedział, co robi: w okresie Wielkiego Terroru sam miał unurzane ręce we krwi.

Jeśli w dzisiejszej Rosji dojdzie do zmiany systemowej, to wielce prawdopodobne, że archiwa (w większości zapewne w formie elektronicznej) dotyczące rządów Putina ponownie staną się, mam nadzieję, szeroko dostępne dla badaczy. Jego następcy w takiej sytuacji będą zapewne zainteresowani wykorzystaniem tych materiałów, by skompromitować obecny reżim i zdobyć zaufanie na arenie międzynarodowej oraz w oczach swoich obywateli. Niewykluczone także, że kolejny lider Rosji, nawet jeśli będzie pochodził z otoczenia Putina, będzie zainteresowany przynajmniej kosmetycznym zdystansowaniem się od swojego poprzednika. Wówczas również mogą się zdarzyć kontrolowane przecieki. Trzeba się jednak również liczyć z tym, że współpracownicy obecnego prezydenta zrobią – jak Chruszczow – wszystko, by kompromitujące ich dokumenty zniknęły na zawsze. Możemy mieć tylko nadzieję, że im się to nie powiedzie.

Czy w świetle powyższych trudności da się dzisiaj napisać o Rosji coś, co nie jest opatrzone zastrzeżeniem „prawdopodobne” lub „bardzo możliwe”? Uważam, że jako historycy, dziennikarze i analitycy nie pozostajemy bezbronni. W przeciwieństwie do polskich sowietologów między I a II wojną światową, takich jak Stanisław Swianiewicz i Włodzimierz Bączkowski, czy badaczy ZSRR po 1945 roku, jak George Kennan, Merle Fainsod czy Zbigniew Brzeziński, mamy nieporównywalnie większą ilość materiału do analizy. Wszystko za sprawą nie tylko gargantuicznych zasobów internetowych, ale też tego, że Rosja przez ostatnie 30 lat pozostawała – wbrew pozorom – krajem względnie otwartym dla obcokrajowców, w tym dla badaczy. Osobiście tego doświadczyłem, jeżdżąc regularnie do Moskwy, Petersburga, Tambowa i Tiumeni.

Szczególnie dobrze wspominam swoją wizytę na Syberii. W Tiumeni, w trakcie zwiedzania przeze mnie tamtejszego Muzeum Krajoznawczego, pracownica stojąca na straży eksponatów w jednej z sal po tym, jak dowiedziała się, że jestem z Polski, zapytała, czy nie chciałbym potrzymać w ręku zęba mamuta sprzed 30 tysięcy lat i zrobić sobie z nim zdjęcia. Jako fan paleontologii, w tym przede wszystkim dinozaurów, odpowiedziałem, że oczywiście. Ku mojemu dalszemu zdziwieniu pani wcale nie otworzyła jednej z gablot i nie wyjęła stamtąd zęba. Zamiast tego sięgnęła za firankę i podała mi leżącą na parapecie skamielinę. Mało prawdopodobne, by podobna sytuacja była możliwa w Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku lub Londynie. Zdjęcie zrobił mi wówczas mój najlepszy kolega z Rosji. Szczęśliwie udało mu się wyjechać z kraju po pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę. Należy on do grona tych Rosjan, niestety będących w mniejszości, którzy sprzeciwiają się agresywnej polityce Kremla.

W Moskwie z kolei miałem szansę mieszkać przez miesiąc w akademiku mieszczącym się w głównym budynku Moskiewskiego Państwowego Uniwersytetu (MGU), którego o wiele mniejsza kopia stoi w okolicach Dworca Centralnego w Warszawie. Mieszkając tam, czułem się jak antropolog przeprowadzający obserwację uczestniczącą. Od miejscowych dowiedziałem się, że ostatni remont tego gmachu miał miejsce w związku z organizacją Letnich Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku. Dotykałem mebli pamiętających czasy późnego Leonida Breżniewa. Jeśli starożytni Egipcjanie opanowali do perfekcji mumifikację ciał, to rozwinięty socjalizm osiągnął mistrzostwo w konserwacji zapachu. Przypuszczam, że woń zaklęta w tapicerce wersalki była uniwersalna: tak musiały pachnieć wszystkie pokoje w Związku Sowieckim, włącznie z tym I sekretarza.

Całość miała w sobie coś z mistycznego doświadczenia pomieszanego z uczestnictwem w rekonstrukcji historycznej. Utwierdzała mnie w tym obecność na każdym piętrze tak zwanej dyżurnej, czyli pani siedzącej za biurkiem i pilnującej porządku. Wnętrza budynku – poza tym, że przestarzałe – były niepraktyczne i przesadzone w swoim monumentalizmie. Ale nie budowano ich dla mnie: człowieka urodzonego rok po upadku ZSRR i dorastającego w kraju, który chciał jak najszybciej wyrwać się z socrealizmu i zaadaptować to, co z niego zostało, do współczesności. Gmach MGU musiał robić ogromne wrażenie na studentach przyjeżdżających na studia z sowieckich wsi – takich jak na przykład Michaił Gorbaczow. Musimy pamiętać, że mieszkali oni w drewnianych domach, a toalety, w jakie wyposażone jest dzisiaj każde mieszkanie w bloku w Rosji, stanowiły rzadki luksus. Ich reakcja na widok budynku liczącego 36 pięter musiała być mniej więcej taka, jak my zareagowaliśmy na możliwości, jakie daje nam ChatGPT.

Z tego pobytu w Moskwie zapamiętałem także skrzywienie na twarzy jednego z profesorów historii, uznanego specjalisty zajmującego się naszym regionem świata. Grymas wywołało jedno ze słów, których użyłem, pytając go, jak wyglądają polsko-rosyjskie relacje uniwersyteckie po aneksji Krymu przez Rosję w 2014 roku. Chodziło oczywiście o „aneksję” oznaczającą nielegalne zagarnięcie siłą terytorium innego państwa. Mój rozmówca był – i jak sądzę, pozostaje – zwolennikiem teorii „wossojedinienia”, czyli ponownego zjednoczenia półwyspu z Rosją. Oczywiście pokojowego i dokonanego zgodnie ze znanymi tylko jemu zasadami prawa międzynarodowego i dobrego obyczaju.

Tego rodzaju częste wizyty w Rosji pozwoliły mi na lepsze poznanie naszego wschodniego sąsiada i uzupełnienie wiedzy zapisanej w książkach. Nie byłem oczywiście przez ostatnie 30 lat jedyny w swoich podróżach. Jeździli też inni. W tym czasie powstała także liczba publikacji nie do ogarnięcia przez jednego człowieka. Dzięki temu wszystkiemu wciąż możemy analizować Rosję, jej społeczeństwo i politykę. Co więcej, po 24 lutego 2022 roku Rosja nie stała się Koreą Północną czy Albanią z okresu komunistycznego dyktatora Envera Hodży – niemalże w pełni odizolowanym krajem, który wydaje tylko oficjalne rządowe komunikaty. Rosyjscy politycy nie zamilkli, propaganda tego kraju działa pełną parą, a społeczeństwo, w tym nieliczna garstka tych, którzy są przeciwko, nie milczy. Dostęp do rosyjskich elit, sądząc po pojawiających się od czasu do czasu przeciekach w prasie, również nie został utracony.

Za takie materiały z pewnością wiele by dali jedni z pierwszych odwiedzających Rosję w okresie nowożytnym, gdy ta była dla nich równie egzotyczna jak Indie czy Ameryka Północna, tacy jak: Siegmund von Herberstein – poseł Świętego Cesarstwa Rzymskiego do Wielkiego Księstwa Moskiewskiego w XVI wieku, tajemniczy Francuz Foy de la Neuville opisujący Rosję końca wieku XVII czy Cornelius de Bruyn – holenderski podróżnik, który pozostawił po sobie opis architektury Moskwy początku XVIII wieku. Autorzy Harwardzkiego Projektu o Sowieckim Systemie Społecznym (The Harvard Project on the Soviet Social System), chcący dowiedzieć się czegoś o opinii publicznej w Związku Sowieckim po II wojnie światowej, daliby wiele za możliwość dostępu do badań opinii publicznej, artykułów prasowych, książek, wpisów w mediach społecznościowych czy wywiadów, jakimi dysponujemy dzisiaj. Wszystkie wspomniane materiały były dla mnie najważniejszymi źródłami, jakie wykorzystałem w książce. Ale to nie wszystko.

Postanowiłem porozmawiać także z osobami, które miały bezpośredni kontakt z ludźmi tworzącymi system putinowski lub miały szansę spotkać prezydenta Rosji. Dlatego w książce znalazły się wypowiedzi następujących postaci: doktora Sławomira Dębskiego – wieloletniego dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, członka Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych, obecnie współprowadzącego program Ground Zero w Kanale Zero, doktor Evelyn Farkas – zastępczyni asystenta Sekretarza Obrony ds. Rosji, Ukrainy i Eurazji w administracji Baracka Obamy (2012–2015), a obecnie dyrektorki Instytutu McCaina, profesora Adama Daniela Rotfelda – ministra spraw zagranicznych Polski (2005) i przewodniczącego Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych (2008–2015), Andrija Deszczycy – ministra spraw zagranicznych Ukrainy w 2014 roku i późniejszego ambasadora Ukrainy w Polsce (2014–2022), Pawła Klimkina – ministra spraw zagranicznych Ukrainy (2014–2019), Roberta Pszczela – dyrektora Biura Informacji NATO w Moskwie (2010–2015), Dana Frieda – ambasadora USA w Polsce (1997–2000) oraz późniejszego Koordynatora ds. Polityki Sankcyjnej w administracji Obamy w związku z aneksją Krymu przez Rosję (2013–2017), Hannu Himanena – ambasadora Finlandii w Rosji (2012–2016), Michela Duclos – francuskiego dyplomaty z bogatym portfolio, obecnie analityka Instytutu Montaigne, który pracował we francuskiej ambasadzie w Moskwie w latach 1987–1991 oraz sir Lauriego Bristowa – ambasadora Wielkiej Brytanii w Rosji w latach 2016–2020. Pytałem ich przede wszystkim o to, czy w ich licznych kontaktach z Rosjanami miały miejsce sytuacje, gdy rosyjscy rozmówcy używali historycznych argumentów, by przekonać ich do swojego punktu widzenia. Interesowała mnie także ich recepcja i to, co sami uważają o polityce historycznej Kremla. Ich wypowiedzi – często pełne barwnych anegdot – są znakomitą ilustracją, że przeszłość odgrywa istotną rolę w bieżących relacjach międzynarodowych. Lista osób, z którymi chciałem porozmawiać, była oczywiście zdecydowanie dłuższa, niestety nie do wszystkich zdołałem dotrzeć.

Zacząłem wstęp od historii, bo też o tym będzie ta książka. Interesuje mnie przede wszystkim to, jaką wersję przeszłości kultywuje rosyjska elita i jak wiara w tę przeszłość popychała ją w kierunku rozpętania największego konfliktu zbrojnego w Europie od czasów II wojny światowej. Piszę o trudnej relacji pomiędzy historią jako dyscypliną naukową, która stawia sobie za cel – mimo wszystkich ludzkich ułomności – zrekonstruowanie przeszłości i odpowiedzenie na pytanie, dlaczego coś się wydarzyło, a tym, co badacze nazywają pamięcią zbiorową i polityką historyczną.

Moja książka ma jeden nadrzędny cel. Chciałbym nią zwrócić uwagę, że historia to – wbrew pozorom – rzecz śmiertelnie poważna. Szczególnie w rękach polityków. Te słowa w Polsce, gdzie jesteśmy bardzo wyczuleni na to, co się mówi o przeszłości, brzmią jak banał. Jednak moje doświadczenie rozmawiania o polityce historycznej Rosji poza granicami naszego kraju uzmysłowiło mi, że ten pogląd nie jest powszechny.

Powinniśmy być bardzo uważni, co i w jaki sposób o przeszłości mówią liderzy państw. Za tymi słowami kryją się konkretne polityczne intencje i marzenia. Rozszyfrowanie tych intencji i marzeń powinno być z kolei pierwszym odruchem badaczy i analityków. Ustalenie tego, czy te wypowiedzi są zgodne z ustaleniami profesjonalnych historyków, jest natomiast kwestią pomocniczą. Nie powinno jednak stanowić celu samego w sobie, jeśli jesteśmy oczywiście zainteresowani badaniem polityki historycznej, a nie sporządzaniem katalogu historycznych błędów.

Pamięć zbiorowa

Co rozumiem pod pojęciami „pamięć zbiorowa” i „polityka historyczna”?

Pierwsze z nich doczekało się ogromnej liczby definicji. Nieraz wzajemnie się wykluczających. Gdyby je wszystkie zebrać i wydrukować, to pewnie niewiele brakowałoby im do objętości 56 tomów Dzieł wszystkich Włodzimierza Lenina[2].

Nie chcąc zatem nikogo zanudzać sporami pomiędzy naukowcami, które potrafią być niemniej emocjonujące niż awantura w mediach społecznościowych, odwołam się do słów rosyjskiego poety Antona Czechowa. Zapisał on swego czasu, że: „To, w co człowiek wierzy, istnieje”[3]. Z pamięcią zbiorową jest bardzo podobnie: to nic innego jak wiara ludzi, że coś się rzeczywiście w przeszłości wydarzyło. Dlatego bardzo często więcej w niej irracjonalizmu niż racjonalizmu.

Chcąc najprościej przekazać, co mam na myśli, posłużę się przykładem. Manifestacją pamięci zbiorowej jest przekonanie większości Polaków, że na banknocie dziesięciozłotowym znajduje się faktyczna podobizna pierwszego historycznego władcy Polan Mieszka I. W rzeczywistości jednak jest to jedynie wytwór wyobraźni artysty tworzącego banknotowe grafiki. Nie dysponujemy bowiem żadnym źródłem historycznym z X wieku, na którym znajdowałby się portret ojca Bolesława Chrobrego. Ba! Sam fakt rozpoznania przez Polaków księcia Polan jest już manifestacją pamięci zbiorowej. Mało prawdopodobne, by Amerykanin, Australijczyk, Chińczyk czy Nigeryjczyk byli w stanie zidentyfikować brodatego mężczyznę jako Mieszka I.

Dlatego tak ważny jest występujący obok słowa „pamięć” przymiotnik „zbiorowa”. Sugeruje on, że dzięki znajomości tej postaci mamy ze sobą – jako Polacy – coś wspólnego, co pomaga nam istnieć jako naród, czyli zbiorowość. W przypadku Rosji i wojny, którą rozpętała na pełną skalę w 2022 roku, jednym z przejawów pamięci zbiorowej, choć mającym kompletnie inne znaczenie i funkcje, jest przekonanie, że Chruszczow rzekomo samodzielnie podarował Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej Krym w 1954 roku.

Jak to się dzieje, że ludzie do pewnych wizji przeszłości – często sprzecznych z naukowymi ustaleniami – dają się zbiorowo przekonać, a inne wizje odrzucają? Kto lub co ich do tego przekonuje? To najczęstsze pytania zadawane przez przedstawicieli nauk humanistycznych i społecznych zajmujących się badaniami nad pamięcią (Memory Studies).

Kluczowym założeniem jest to, że poza naszą indywidualną możliwością zapamiętywania, zależną od kwestii biologicznych i mózgu, istnieje druga pamięć. Jest ona nazywana najczęściej zbiorową lub społeczną, dlatego że jej powstawanie (czasownik w tej formie nie jest przypadkiem, to ciągły proces!) warunkowane jest wpływem społeczeństwa i uczestnictwem w naszym życiu społecznym. Jest ona aktualizowana pod wpływem bieżących wydarzeń. Bez niej każdy z nas przypominałby zapewne Kaspara Hausera, czyli postać, która pojawiła się nagle na ulicach Norymbergi w 1828 roku i która przez ostatnie 16 lat swojego życia egzystowała w odosobnieniu, zamknięta w małej celi. Nie znał on żadnych konwencji społecznych, obca była mu religia czy kultura. Nie potrafił czytać ani pisać. Był niedostosowany do żadnych norm. Nie znał historii i nie posiadał pamięci zbiorowej, bo też nie był członkiem żadnej zbiorowości. Ofiara przemocy i najprawdopodobniej chory umysłowo Hauser stał się mitem, największą zagadką XIX wieku i wdzięcznym dla psychologów przykładem tego, jak wielką rolę w ukształtowaniu człowieka ma społeczeństwo. Co to jednak znaczy, że Hauser nie miał pamięci zbiorowej?

Społeczeństwo według najprostszej definicji jest zbiorem ludzi mających ze sobą coś wspólnego. Wspólny może być język, kultura, zamieszkiwane terytorium. Wspólne może być także wyobrażenie o losie historycznym społeczeństwa czy wspólnoty, do której dany człowiek należy. To wszystko z kolei tworzy zestaw cech, które w takiej czy innej konfiguracji znajdziemy w każdym encyklopedycznym opisie hasła „naród”. Naród, mający genealogię sięgającą czasów średniowiecznych, w swojej nowoczesnej, demokratycznej formie zaczął się rodzić w XIX wieku. Jednym z jego kluczowych założeń było podważenie istniejącego od czasów średniowiecza społeczeństwa klasowego, czyli takiego, w którym chłop wedle prawa mógł mniej niż szlachcic. Zwolennicy idei narodowej głosili rzecz rewolucyjną: wszyscy przynależni do tego samego narodu są wobec siebie równi. Do tego odwoływało się słynne hasło francuskiej rewolucji 1789 roku: „Wolność, równość, braterstwo” (Liberté, égalité, fraternité). Idea narodowa stawała się synonimem równości.

Dlatego też wszystkie ówczesne monarchie, włącznie z rosyjską, nie przepadały za tym hasłem. W imperialnej Rosji spapugowano francuskie hasło i zaadaptowano do tamtejszych warunków. Slogan ukuty przez ministra oświaty Siergieja Uwarowa brzmiał: „Prawosławie, samodzierżawie i narodnost’”[4]. Drugie z tych słów odnosiło się w największym skrócie do nieograniczonej władzy cara. Z kolei ostatnie – narodnost’ – trudno przetłumaczyć na polski. Zostało wymyślone przez Piotra Wiaziemskiego, rosyjskiego urzędnika, pisarza i intelektualistę zafascynowanego Polską, który część swojego życia spędził w Warszawie. Była to próba pogodzenia dawnych monarchicznych porządków z nastaniem ery nowoczesnych narodów. Narodnost’ stanowiła wyobrażenie wspólnoty poddanej samodzierżcy – carowi. Łączyło w sobie dwa francuskie słowa: populaire – to, co ludowe, w przypadku Rosji odnoszące się do chłopów jako kluczowej podstawy władzy samodzierżcy; oraz national, czyli to, co narodowe – właściwe wszystkim poddanym cara niezależnie od statusu. Ta wspólnota miała być podporą jego rządów. Im jednak dłużej trwał wiek XIX, tym bardziej przedstawiciele tych wspólnot zaczynali się domagać realizacji narodowych interesów, czyli wpływu na politykę. Jednocześnie im dalej w XIX stulecie, tym częściej sam carat dostrzegał siłę idei narodowej i sięgał po nacjonalistyczną, wielkoruską retorykę[5].

W związku z popularnością idei narodowej w XIX wieku pojawił się ogromny popyt na przeszłość. Każdy naród jej potrzebował z dwóch powodów. Po pierwsze po to, by lepiej zintegrować wspólnotę postrzeganą jako narodową i wytworzyć więź pomiędzy ludźmi, którzy osobiście się nie znają. Drugi cel wynikał z prostej logiki: skoro naród istnieje w teraźniejszości, to musiał także istnieć w przeszłości. Gdyby nie posiadał przeszłości, to nie byłoby go w teraźniejszości. Innymi słowy: przeszłość służyła jako usprawiedliwienie istnienia narodu tu i teraz. Z tej logiki wynikała z kolei ogromna presja i pragnienie stworzenia genealogii narodowych sięgających jak najgłębiej w przeszłość. Do tego niejednokrotnie przykładali rękę historycy, tworząc często nieistniejące historyczne byty. Przykładem tego jest Nikołaj Karamzin. Jeden z najważniejszych rosyjskich historyków XIX wieku w swoim najważniejszym dziele Historia państwa rosyjskiego dokonał manipulacji, której celem było podkreślenie długowieczności państwa rosyjskiego. Według niego książę Oleg (845–912) miał na brzegu Dniepru, w miejscu, gdzie założono Kijów, powiedzieć: „To będzie matka grodów rosyjskich!”[6]. W latopisie, który rosyjski badacz doskonale znał, jego autor nie użył jednak słowa „rosyjskich”, lecz „ruskich”. Słowo to odnosiło się do Rusi, a nie do Rosji. Choć Karamzina – jako wiernego sługę cara – interesowało państwo oraz monarchia i trudno go uznać za zwolennika idei narodowej z krwi i kości, to ugruntowane przez niego przeświadczenie o tysiącletniej państwowości rosyjskiej stało się jednym z najistotniejszych składników rosyjskiej idei narodowej.

Książki tego historyka i podobnych jemu badaczy w innych krajach mogły czytać jednak tylko elity. Wszystko z powodu bariery: większość społeczeństwa w XIX wieku stanowili niepiśmienni chłopi. Można ją było przezwyciężyć jedynie przez bezpośredni kontakt i wyjaśnianie, że są Polakami, Francuzami, Czechami, Węgrami, Rosjanami, ponieważ mówią mniej więcej tym samym językiem i posiadają wspólną narodową genealogię. Wykorzystywano przy tym bardzo różne metody. Bardzo istotną rolę odegrało malarstwo. By łatwiej sobie wyobrazić przodków, zaczęto ich po prostu przedstawiać na płótnie. Stąd między innymi kultowa w Polsce rola Jana Matejki.

Drugim i zdecydowanie skuteczniejszym sposobem przekonywania do danej idei narodowej okazała się jednak powszechna szkoła i armia. W ten sposób zaczęła się pojawiać sieć wyobrażeń o przeszłości, która łączyła ludność odczuwającą przynależność do danej wspólnoty narodowej[7]. Tę sieć nazywamy właśnie pamięcią zbiorową.

Skupiłem się w tym krótkim opisie na narodzie, bo to przez jego pryzmat najłatwiej uchwycić interesujące mnie zjawisko. Nie jest ono jednak dla niego zarezerwowane. Pamięć zbiorowa działa jak lustro, w którym każda społeczność przegląda się i wyobraża sobie siebie jako wspólnotę. Poprzez wybór wydarzeń i postaci do upamiętnienia odtwarza własny heroizm i cierpienie, sukcesy i porażki. Robi to przede wszystkim po to, by potwierdzić swoje istnienie – zarówno wobec siebie, jak i wobec innych.

W ten sposób funkcjonują niemal wszystkie grupy, niezależnie od swoich celów, wartości czy pozycji społeczno-politycznej: środowiska LGBTQ+, ruchy feministyczne i klimatyczne, organizacje konserwatywne czy wspólnoty religijne. Każda z nich szuka dla siebie miejsca w historii i symbolicznego zakorzenienia. Joanna d’Arc jest uznawana przez niektórych we Francji za jedną z najważniejszych przedstawicielek transgenderyzmu. Z kolei ruchy pro-life w USA bardzo często powołują się na ojców założycieli – Jamesa Madisona czy Thomasa Jeffersona. Możemy podać także przykład odwrotny tej sytuacji: jedną z kluczowych tez rosyjskiej propagandy jest stwierdzenie, że Ukraina nie ma historii. W ten sposób odbiera się jej prawa do istnienia: skoro Ukraina nie posiada historii, to nie powinna istnieć jako państwo.

Za każdym razem jednak w tym zwierciadle pamięci zbiorowej widać inne wydarzenia i postaci. Wszystko przez to, że jest ona aktualizowana, dopasowywana do bieżących wyzwań i instrumentalizowana.

W tym miejscu najczęściej dochodzi do napięć zarówno w relacjach międzypaństwowych, jak i wewnątrz wspólnot narodowych. Znamy to doskonale z debat na temat Holokaustu oraz roli polskiego społeczeństwa. Kiedy zwolennicy jednej ze stron mówią o największej liczbie Polaków uhonorowanych odznaczeniem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, odnoszą się oczywiście do ustaleń historycznych, ale sygnalizują przede wszystkim to, jak postrzegają siebie dzisiaj jako wspólnotę. Zwolennicy odmiennego poglądu, koncentrując się na sprawcach wśród polskich obywateli i wskazując, że była to o wiele częstsza postawa niż ratowanie, chcą w ten sposób wykazać, że sam fakt przynależności do narodu polskiego nie impregnuje przed popełnianiem zbrodni. To dyskusja nie tyle w pierwszej kolejności o historii, ile o tym, czym była i powinna być polskość jako idea narodowa.

To wszystko nie tłumaczy jednak tego, dlaczego same badania nad pamięcią (Memory Studies) są bardzo młodą dziedziną łączącą badaczy różnych nauk: antropologów, literaturoznawców, historyków, socjologów. Jest to rezultatem dwóch bardzo istotnych zjawisk. Dotyczą one materii bardzo delikatnej: relacji pomiędzy pamięcią zbiorową oraz historią jako dyscypliną naukową.

Po pierwsze, popularność badań nad pamięcią jest rezultatem kryzysu przekonania, że historia może dać nam odpowiedź na pytanie, jak to naprawdę było, nawiązując do słynnych słów klasyka historiografii Leopolda von Rankego. To podejście często skrótowo nazywa się postmodernistycznym. Jego zwolennicy przekonują, że pisarstwo historyczne tak naprawdę jest odmianą literatury. Twierdzą także, że historycy na podstawie artefaktów z przeszłości są w stanie jedynie stworzyć opowieść. Badacz przeszłości jest maszynką narracyjną. Co więcej, tworzona przez niego opowieść nie odzwierciedla jednak obiektywnej przeszłości. Ona pozostaje poza zasięgiem poznania. Między innymi dlatego, że źródła, którymi badacze dysponują, są ograniczone i same w sobie stanowią interpretację przeszłości. Postmodernizm sprowadza rolę historyka do twórcy tekstu – narracji – o historii. Ważniejsze jest więc to, w jaki sposób pisze się o przeszłości, a nie sama przeszłość[8].

Konieczne w tym miejscu jest zwrócenie uwagi na konstruktywistów – przedstawicieli jednego z nurtów postmodernizmu. Wyznają oni pogląd, że rzeczywistość, którą człowiek odbiera, nie jest obiektywna. Każdy z nas przetwarza ją przez swoje filtry, w tym przede wszystkim kulturowe, i konstruuje ją zgodnie z nimi. Podobnie jest z przeszłością poznawaną poprzez to, co z niej pozostało. Historyk konstruuje na tej podstawie przeszłość, ale jako takiej nie jest w stanie jej poznać. Bazując na tych założeniach, niektórzy, jak Benedict Anderson, twierdzili, że sam naród jest konstruktem wyrosłym w realiach XIX wieku, a nie obiektywnym bytem[9].

Te założenia miały bardzo poważne konsekwencje. Podważały podstawowe teoretyczne założenia związane z wywodzącą się z XIX wieku metodą pracy historyków. Ta metoda zakładała, że możemy odtworzyć przeszłość i tym samym za pomocą źródeł historycznych poznać niemal co do nanosekundy to, co ona nam pozostawiła. To porównanie do jednostki miary nie jest przypadkowe. Wierzono, że tak jak matematyk czy chemik jest w stanie coś zmierzyć, zważyć, policzyć i wysnuć z tego wniosek naukowy, tak samo jest z rzeczywistością społeczną. Jednocześnie postmoderniści poprzez swoją krytykę sformułowali istotny postulat badawczy. Ich słowa można było odczytać jako nawoływanie nie do badania historii jako takiej, ale tego, w jaki sposób i w jakim celu dane obrazy przeszłości – niezależnie od ich prawdziwości – funkcjonują w społeczeństwach.

Z tej krytyki historii jako nauki wynikał drugi – moim zdaniem ważniejszy – powód pojawienia się i popularności badań nad pamięcią zbiorową. W pewnym momencie dostrzeżono, że pomimo ogromnych wysiłków rzeszy badaczy wiele z mitów, które zdołali zdemistyfikować, wciąż ma się bardzo dobrze wśród społeczeństw. Co gorsza, w miejsce tych zdemistyfikowanych zaczynają pojawiać się kolejne mity, niejednokrotnie tworzone przez samych historyków. Wiara w to, że wystarczy wydana w trzystu egzemplarzach i najlepiej mająca średnio po pięć przypisów na stronę praca naukowa, by społeczeństwa rozstały się z fantasmagoriami o Persach walczących z biegającymi z gołymi torsami Spartanami, którym do stania się crossfitowymi influencerami brakuje tylko tatuaży, jest, mówiąc delikatnie, urocza w swojej naiwności. Ale my – piszę my, bo sam czuję się historykiem i sam niejednokrotnie zgrzytam zębami na widok różnych historycznych przetworów popkultury i streamerów – nie zamierzamy rozstać się z naszym monograficznym idealizmem. Bo też – wbrew temu pesymistycznemu tonowi – badacze przeszłości mają wpływ na to, co ludzie myślą na temat tego, co było.

Daleko mi do kategorycznego stwierdzenia, że historii nie można poznać. Gdyby poważnie potraktować twierdzenia postmodernistów, to masowe zbrodnie popełniane w XX wieku należałoby sprowadzić jedynie do opowieści i tym samym zaprzeczyć realnemu doświadczeniu historycznemu. Jednocześnie uważam, że historycy mogliby sobie wziąć do serca powyższe rozważania na temat tego, w jaki sposób o przeszłości się pisze i mówi. Dobrze byłoby, gdyby także docenili wkład modernistów w zwrócenie uwagi na rolę przeszłości, jaką odgrywa tu i teraz.

Dotykamy tutaj kwestii kluczowej, co do której nie istnieje zgoda wśród badaczy: relacji pomiędzy historią a pamięcią zbiorową. Najczęściej podawane odpowiedzi na to pytanie można podzielić na trzy kategorie. Zwolennicy pierwszego poglądu – będący najczęściej historykami z zawodu – uważają, że historia i pamięć zbiorowa to dwa całkowicie odmienne i niemożliwe do pogodzenia ze sobą byty. Druga grupa badaczy (najczęściej socjologów) twierdzi natomiast, że pamięć zbiorowa i historia są tym samym. Według nich profesjonalna historiografia jest jedynie specyficzną manifestacją pamięci zbiorowej. Wreszcie trzeci, najbliższy mi pogląd, mówi, że historia i pamięć zbiorowa są dwoma odmiennymi sposobami interpretacji i postrzegania przeszłości. Czasem pozostają one w synergii. Częściej chyba jednak bywa tak, że są one w sprzeczności.

Skoro jednak pamięć zbiorowa jest zapisem obrazów z przeszłości aktualizowanym pod wpływem bieżących wydarzeń, to kto ma na tę aktualizację największy wpływ?

Polityka historyczna

Pamięć zbiorową kształtuje wiele osób i instytucji, ale szczególną rolę odgrywają politycy. Ich podstawowym zajęciem nie jest oczywiście zgłębianie tajemnic historii, a zdobycie władzy, jej utrzymanie oraz realizacja swoich planów. Odwołania do przeszłości, uczestnictwo w uroczystościach upamiętniających lub samodzielne ich inicjowanie są jednym z narzędzi, by to osiągnąć. Naukowcy i tym razem nie zawiedli: to zjawisko także doczekało się licznych nazw i definicji. Uważam, że ze wszystkich zaproponowanych najlepiej jego istotę oddaje sformułowanie polityka historyczna[10].

Skoro – według Arystotelesa – polityka jest sztuką rządzenia państwem, to politykę historyczną należałoby określić jako sztukę wykorzystania historii w celu zdobycia, sprawowania i zachowania władzy. Może to przybierać różne formy: od działań na rzecz kształtowania pamięci zbiorowej w takim duchu, by wizja przeszłości promowała interes danej grupy, poprzez użycie argumentów odnoszących się do przeszłości, by przekonać do swoich racji, po umiejętne odwoływanie się do symboli historycznych, by wywołać pożądaną reakcję wśród odbiorców. To ostatnie najczęściej przybiera formę historycznych analogii wykorzystywanych do projekcji scenariuszy przyszłości.

Chcąc zilustrować powyższe teoretyczne rozważania, najlepiej znów posłużyć się przykładem. Thomas Paine – zwolennik niepodległości kolonii brytyjskich w Ameryce Północnej – w swoim najbardziej znanym pamflecie Zdrowy rozsądek[11] w celu dyskredytacji monarchii brytyjskiej – największego wroga – sięgnął głęboko do przeszłości. Określił Wilhelma Zdobywcę – uważanego za symbol brytyjskiej monarchii – jako „francuskiego bękarta”, który wraz z „uzbrojonymi bandytami” podporządkował sobie Anglię i ogłosił się królem wbrew woli miejscowych. Z częścią powyższych słów – jeśli chodzi o warstwę faktograficzną – profesjonalni historycy mogliby się zgodzić. Ten przykład pokazuje, że polityka historyczna niekoniecznie musi być synonimem propagandy i manipulacji. Kluczem jednak jest dostrzeżenie, że Paine’owi nie chodziło o przekazanie wiedzy o wydarzeniach sprzed 700 lat. To byłoby rolą historyka. Celem zwolennika amerykańskiej niepodległości było osłabienie wizerunku monarchii brytyjskiej. Dostrzeżenie motywacji i interesu stojącego za takimi działaniami jest najważniejszą kwestią przy analizie każdej polityki historycznej.

Politykom w takich sytuacjach, jak opisana powyżej, zależy na stworzeniu wrażenia, że przedmiotem debaty jest historia ciesząca się autorytetem dyscypliny naukowej. Niejednokrotnie rzeczywiście przemawiają językiem badaczy, prosząc uprzednio historyków i historyczki o przygotowanie ekspertyzy na dany temat, respektując tym samym ich dokonania i uznając ich sprawczość.

W ten sposób pojawia się spora przestrzeń do działania dla specjalistów. Posiadają oni wiedzę dziedzinową i dzięki niej oraz swojemu autorytetowi są atrakcyjni dla polityków. Badacze tym samym uzyskują realny wpływ na politykę w zależności od tego oczywiście, na ile dany polityk będzie skłonny wykorzystać otrzymany materiał. To jest ten moment, w którym najczęściej to, co polityczne, wchodzi w konflikt z tym, co naukowe. Jest to także moment, który pokazuje, że polityka historyczna niekoniecznie musi być – jak to się często postrzega – synonimem manipu­lacji lub propagandy.

Częściej niż rzadziej zdarza się jednak, że polityk bierze z przygotowanego tekstu to, co mu potrzebne. Następnie przerabia to, dopasowując całość do swoich wartości, celów oraz światopoglądu elektoratu. Co jest całkowicie zrozumiałe: nie jest jego celem wygłoszenie referatu i przekazanie swoim odbiorcom informacji na temat najnowszego stanu badań. Co więcej, nie musi on nawet znać szczegółów panowania władcy, którego przywołuje, lub genezy danego wydarzenia. Wystarczy, że wie, co w danej kulturze symbolizuje dane historyczne sformułowanie. Kiedy polityk w Polsce mówi o Targowicy, to chce powiedzieć ni mniej, ni więcej, że ktoś dopuścił się zdrady narodowej. To, czy jego odbiorcy i on sam wiedzą, gdzie leży miejscowość o tej nazwie (uprzedzam – nie chodzi o wieś w województwie dolnośląskim!) i co tam się wydarzyło w końcu XVIII wieku, ma trzeciorzędne znaczenie.

Nie chciałbym jednak budować tutaj pomnika historykom i historyczkom jako tym, którzy stanowią ideał bezstronności i obiektywności. Oni również nie są bez wad, a na ich prace mają wpływ poglądy, wyznawane wartości oraz błędy poznawcze, które popełnia każdy z nas. Niejednokrotnie sami – nie zawsze świadomie – zamieniają w locie profesję badacza na polityka. Wówczas pryncypia, według których powinno się studiować przeszłość, schodzą na plan dalszy. O wiele ważniejsze staje się osiągnięcie bieżącego politycznego, a nie naukowego celu. Przykładem takiej zamiany profesji historyka na propagandystę na gruncie rosyjskim jest profesor Jurij Borysionok, współautor książki Czarna księga. Krótka historia polskiej rusofobii[12] i wysoce prawdopodobne, że również ghostwriter przynajmniej jednego wymierzonego przeciwko Polsce pseudohistorycznego tekstu z 2023 roku byłego prezydenta Federacji Rosyjskiej Dmitrija Miedwiediewa.

Czy jest coś, co łączy wszystkich historyków i polityków? Tak. To przekonanie, że przeszłość ma znaczenie tu i teraz, które niejednokrotnie pcha ludzi do pożądanego przez nich działania. To znaczenie najczęściej wyraża się cyceronowską sentencją, że historia jest nauczycielką życia. W tym kryje się, jak sądzę, największa różnica pomiędzy paleontologią a historią – dziedzinami zajmującymi się wszak przeszłością. Odkrycia paleontologów – z całym szacunkiem dla ich fascynującej profesji – mają u podstaw motywację będącą gatunkową cechą człowieka, czyli ciekawość. U historyków, poza samą ciekawością, tli się również chęć jakiejś, choćby minimalnej, sprawczości.

Skuteczność polityki historycznej zależy od trzech czynników.

Po pierwsze, nie może ona pozostawać w oderwaniu od pamięci zbiorowej i doświadczeń ludzi, do których jest kierowana. Chodzi o rzecz najprostszą: nadanie sensu i wyrażenie słowami tego, co ludzie rzeczywiście czują.

Gdybym pisał tę książkę kilkanaście lat temu, to jako drugi czynnik podałbym dążenie do zachowania możliwie jak największej zgodności z ustaleniami profesjonalnych badaczy. Dzisiaj jednak – w świecie popandemicznym, sztucznej inteligencji i dominacji internetu – o sukcesie polityki historycznej bardziej decyduje liczba wyświetleń, reakcji i komentarzy. Autorytet nauki zastępuje się autorytetem widoczności.

Wiedza naukowa – jeśli nie zgadza się z „demokratyczną opinią internetowej większości” (niejednokrotnie sztucznie wytwarzanej i samozwańczo obwoływanej) – coraz częściej bywa traktowana jako narzędzie opresji. Właśnie na tym polega jeden z najbardziej niebezpiecznych paradoksów XXI wieku: internet dał nam rzeczywiście niespotykaną w historii ilość wiedzy. Jednocześnie jednak zachęca nas on do tego, by wybierać wyłącznie tę wiedzę – lub, co gorsza, opinię przebraną za wiedzę – która nie wymaga od nas żadnej zmiany myślenia.

Algorytmy mediów społecznościowych proponują treści nie według ich jakości, lecz według ich zdolności do wywoływania emocji. Wraz z permanentnym przeciążeniem informacyjnym użytkownicy zaczynają częściej poszukiwać ulgi, a nie prawdy: ulgi przed dysonansem poznawczym, ulgi przed koniecznością korekty własnych poglądów, ulgi przed faktem, że otaczający nas świat często nie jest taki, jak podpowiada nam nasza intuicja.

Najczęstszym odruchem w takim przypadku jest agresja słowna (hate) połączona z głębokim badaniem (deep research) kciukiem, czyli impulsywnym grzebaniem w sieci w poszukiwaniu opinii (najlepiej potwierdzonej tytułem naukowym) zgodnej z naszymi przekonaniami. Gdy wreszcie taka opinia zostanie odnaleziona, przychodzi uczucie błogiej ulgi. Zaspokojona zostaje neurotyczna potrzeba psychologicznego efektu potwierdzenia – preferowania tego, co odpowiada naszym oczekiwaniom.

Internet stał się supermarketem światopoglądów: każdy może sobie wybrać dokładnie taką wersję rzeczywistości, jaka jest mu emocjonalnie wygodniejsza. Profesjonalna nauka tej wygody nie dostarcza i dlatego jest traktowana jako „elitarna”, „opresyjna” albo „skażona ideologicznie”. Do tego w krajach autorytarnych – takich jak Rosja – dochodzi logika polityczna. Presja polityczna jest często silniejsza niż presja algorytmów: nawet jeśli ktoś chciałby opublikować coś wiralowego, to nie może tego zrobić ze względu na różne cenzuralne i systemowe ograniczenia[13]. Powyższe realia muszą brać pod uwagę wszyscy kształtujący polityki historyczne.

Wreszcie ostatnia, niemniej ważna kwestia. Mawia się, że historię piszą zwycięzcy. To powiedzenie należałoby jednak przeformułować zgodnie z propozycją profesora Macieja Górnego: historię piszą ci, którym bardziej na tym zależy. Innymi słowy: by polityka historyczna była skuteczna, trzeba się nią po prostu zainteresować i zainwestować w nią czas oraz pracę. Znamy oczywiście mnóstwo przykładów z XX wieku, kiedy fałszerstwo historyczne stawało się państwowym dogmatem, lecz skuteczność tego rodzaju polityki zależała od represyjności i siły samego systemu. Dziś w przypadku Rosji sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Kreml stara się nie posługiwać jawnym fałszerstwem. Raczej pomija lub marginalizuje fakty, które nie pasują do jego opowieści.

Za każdą polityką historyczną stoją także określone wartości i motywacje. Putin – poprzez odwołania do przeszłości – przekonuje swoich obywateli do niewinności państwa, którego są obywatelami, do moralnej wyższości Rosji oraz do tego, że państwo powinno być jedną z priorytetowych wartości każdego z nich. Z kolei świat chciałby utwierdzić w przekonaniu, że lepiej już było i jeśli nie wrócimy do starych rozwiązań, to będzie tylko gorzej. 24 lutego 2022 roku postanowił przekonać nas do tego siłą.

Dlatego mniejsze znaczenie ma dla mnie określenie zgodności ustaleń profesjonalnych badaczy historyków z wypowiedziami Putina i jego współpracowników. O wiele ważniejsze są następujące pytania: jakie elementy tworzą pamięć zbiorową rosyjskiej elity i co miało wpływ na jej ukształtowanie? Do jakiej wersji przeszłych wydarzeń chce przekonać Rosjan Kreml i jakie cele się za tym kryją? Jak Putin i jego współpracownicy radzą sobie z tym, co w pamięci zbiorowej Rosjan – w tym ich własnej – pozostawiły po sobie epoka sowiecka i imperialna? I wreszcie: czy rosyjscy dyplomaci w rozmowach w cztery oczy ze swoimi odpowiednikami z innych państw używają argumentów historycznych, by przekonać ich do swoich racji?

Dlaczego jednak, będąc historykiem, piszę książkę o teraźniejszości? Od tego są wszak inni specjaliści. Jestem przekonany, że słowa wypowiedziane niegdyś w Warszawie przez jednego z najważniejszych badaczy przeszłości, Fernanda Braudela, nie straciły swej aktualności. Nad przedstawicielami innych nauk społecznych i analityków pracujących w licznych think tankach, często przekonanych, że świat narodził się dopiero wczoraj, historycy mają tę przewagę, iż potrafią dostrzec „te głębokie pasma przeszłości, które przenikają w teraźniejszość”[14]. Mam nadzieję, że koleżanki i koledzy niehistorycy nie obrażą się na mnie za tę uwagę.

W pierwszym rozdziale wyjaśniam szczegółowo, dlaczego dla reżimu putinowskiego historia stała się tak istotna i dlaczego uważam obecny rosyjski reżim za rewolucyjny.

W kolejnej części odpowiadam na pytanie, czy Putin jest dobrym historykiem. Jest ono oczywiście ironiczne, ale chciałbym, by zostało potraktowane poważnie. Interesuje mnie to, co sprawiło, że pielęgnuje on taką, a nie inną wizję przeszłości. To będzie szkic intelektualnego portretu pokolenia ludzi urodzonych w ZSRR w latach 50., którzy w dorosłość zaczęli wkraczać pod koniec lat 60. i na początku 70.

W trzecim rozdziale przechodzę do tego, od czego zaczęła się rosyjska agresja na Ukrainę, czyli do Krymu. Chciałbym uwrażliwić na pewne uniwersalne zjawisko, które w żadnym stopniu nie jest specyficznie rosyjskie. Zazwyczaj każde państwo, które znalazło się w posiadaniu nowego terytorium – czy to na drodze podboju, czy też decyzji dyplomatycznych – chce to terytorium „oswoić”. Nie tylko przez ustanowienie własnej administracji, zakładanie szkół, inwestycje gospodarcze. Niemniej ważne jest „oswojenie” mentalne: wpisanie danego obszaru w pamięć zbiorową. Dlatego, gdy Półwysep Krymski stał się pierwszy raz rosyjski w 1783 roku, to aby połączyć jego los z losem imperium, sięgnięto aż do czasów starożytnej Grecji. W tym rozdziale wskazuję także, że to nie Chruszczow samodzielnie zmienił przynależność terytorialną Krymu – jak twierdzi Putin. Była to kolektywna decyzja całego kierownictwa sowieckiego. Jest to najbardziej „historyczny” ze wszystkich rozdziałów. Pokazuję w nim również zaskakująco wysoką podatność opinii publicznej w wielu krajach i niespecjalistów na argumenty oparte na prostej logice: „Skoro od dawien dawna to terytorium należało do Rosji, to powinno do niej należeć i dzisiaj”. Przykładem tego rodzaju myślenia jest Elon Musk. Dla szerokiego audytorium o wiele mniejsze znaczenie mają argumenty oparte na prawie międzynarodowym. Ludzie lubią zadawać sobie pytanie: „Do kogo to w przeszłości należało?” i wysuwać z tego polityczne wnioski.

W kolejnym rozdziale piszę o najważniejszym wydarzeniu historycznym dla obecnych władz rosyjskich: II wojnie światowej. Wielka Wojna Ojczyźniana odgrywa dzisiaj rolę świeckiej religii i jest najsilniejszym elementem spajającym społeczeństwo rosyjskie. Jest także najczęściej eksploatowanym wątkiem przez rosyjską propagandę w kontekście trwającej agresji na Ukrainę. Kreml przekonuje, że walka z faszyzmem nie zakończyła się w 1945 roku i każdy, kto dołączy do rosyjskiej armii, będzie jak jego przodkowie walczący przeciwko Niemcom przed laty. Łączy to w sobie popkulturę, rekonstrukcję historyczną i działania influencerskie: jest niezwykle perswazyjne i zachęca do zmiany trybu życia. W realiach propagandowych stymuluje do spełnienia historycznego obowiązku i dorównania heroicznym przodkom. A w rzeczywistości mobilizuje do najechania sąsiedniego kraju i zabijania jego obywateli. Wielka Wojna Ojczyźniana stała się tym samym potwierdzeniem tego, o czym przestrzegał przed niemal dwustu laty Friedrich Nietzsche: nadprodukcja przeszłości może sprawić, że ta przeszłość stanie się rzeczywistością[15]. W tym rozdziale pokazuję również przesłanki pozwalające twierdzić, że rosyjska elita zdaje się przeżywać „specjalną operację wojskową” – agresję przeciwko Ukrainie – jako własną, współczesną wersję Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Nie potrafi jednak przy tym wymyślić nowego języka upamiętnień i wciąż sięga po symbole związane z II wojną światową.

W rozdziale piątym skupiam się na pojęciu bardzo często stosowanym przez rosyjskiego prezydenta i jego współpracowników: „historyczna Rosja”. Czy „historyczna Rosja” ma konkretne granice? Czy Putin chciałby podbić całe terytorium dawnego Związku Sowieckiego albo Imperium Rosyjskiego? Jak rozumieć to sformułowanie i co ono oznacza dla samej Ukrainy?

Całość zamykam rozdziałem poświęconym Polsce i miejscu naszego kraju w polityce historycznej Kremla. Robię to jednak w specyficzny sposób: przypominam jeden z najważniejszych polskich tekstów politycznych napisanych przez Juliusza Mieroszewskiego, starając się rozstrzygnąć, które z jego obserwacji wytrzymały próbę czasu, a które należałoby zaktualizować.

Na koniec jedno zastrzeżenie: moja książka nie jest monografią naukową. Poszczególne rozdziały napisane są w formie swobodnego eseju. Osoby znające moje naukowe i popularnonaukowe teksty prasowe z ostatnich lat mogą w nich odnaleźć znajome cytaty. Chciałbym jednak zapewnić, że żaden z rozdziałów nie był nigdzie wcześniej publikowany. Wyboru tematów dokonałem na podstawie jednego kryterium: aktualności, czyli tego, co w polityce historycznej Rosji pojawiło się w ostatnich 2–3 latach. Dlatego na przykład nie ma tutaj odpowiedzi na pytania, dlaczego Putin w trakcie pierwszych dwóch kadencji był skłonny podkreślać historyczny wkład Rosji w integrację europejską[16] czy uwypuklać pozytywną rolę carycy Katarzyny II dla USA jako tej, która odmówiła brytyjskiemu królowi Jerzemu III wysłania swoich żołnierzy do brytyjskich kolonii w celu stłumienia rewolucji[17]. Ci, którzy pozostaną niezaspokojeni, mogą poszerzyć swoją wiedzę, sięgając do książek, które odnotowuję w przypisach. Starałem się jednak ograniczyć je do niezbędnego minimum.

[1] R. Pichoja, Nie popast’ w istoriju, „Kommersant”, 30 listopada 2003, https://www.kommersant.ru/doc/2292441?fbclid=IwAR3Q4TXCk8maIqYZsh3kpgsJK-EXEhocN579_hVCx8icjLIeS3z1blsS29M (dostęp: 11 listopada 2025). W całej książce zastosowano transkrypcję według zasad PWN.

[2] Rozważania teoretyczne na temat pamięci zbiorowej mają ogromną literaturę. Zainteresowanych krótkimi hasłowymi wyjaśnieniami różnych pojęć zachęcam do sięgnięcia po: Modi memorandi. Leksykon kultury pamięci, red. M. Saryusz-Wolska, R. Traba, J. Kalicka, Warszawa 2014. Jeśli ktoś chciałby z kolei zobaczyć zastosowanie tego podejścia na przykładzie studiów przypadku, najlepiej wybrać któryś z tomów: A Cultural History of Memory. Vol. 1–6, ed. S. Berger, J.K. Olick, Bloomsbury Academic 2020.

[3] A. Czechow, Połnoje sobranije soczinienij i pisiem w 30-ti tomach, t. 17, Moskwa 1987, s. 94. Autor dziękuje dr. Igorowi Greckiemu za pomoc w znalezieniu źródła tego cytatu.

[4] M. Heller, Historia Imperium Rosyjskiego, Warszawa 2002, s. 556–557.

[5] A. Miller, Istorija poniatija „nacyja” w Rossii, „Otieczestwiennyje zapiski” 2012 (1), https://strana-oz.ru/2012/1/istoriya-ponyatiya-naciya-v-rossii#_ftn31 (dostęp: 11 listopada 2025).

[6] N. Karamzin, Istorija gosudarstwa rossjiskogo. Połnoje izdanije w odnom tomie, Moskwa 2017, s. 55.

[7] M. Łuczewski, Odwieczny naród. Polak i katolik w Żmiącej, Toruń 2012.

[8] H. White, Poetyka pisarstwa historycznego, Kraków 2000. Zob. także: E. Domańska, Maska przeszłości (O postmodernistycznej filozofii historii), „Teksty Drugie” 1993 (1), s. 107–113.

[9] B. Anderson, Wspólnoty wyobrażone: rozważania o źródłach i rozprzestrzenianiu się nacjonalizmu, Kraków 1997.

[10] O polskim kontekście użycia tego słowa w duchu koselleckowskiej historii pojęć najlepszy tekst napisał Michał Łuczewski. Wyjaśnia on wiele kontrowersji związanych ze sformułowaniem „polityka historyczna” w Polsce: M. Łuczewski, Kontrrewolucyjne pojęcie „polityka historyczna” w Polsce, „Stan Rzeczy” 2016 (1), s. 221–257. Krótka i praktyczna definicja pojęcia: E. Wolfrum, Erinnerungskultur und Geschichtspolitik als Forschungsfelder, w: Reformation und Bauernkrieg. Erinnerungskultur und Geschichtspolitik im geteilten Deutschland, red. J. Scheunemann, Leipzig 2010, s. 13–47. Zob. także: G. Kasianov, Memory Crash. Politics of History in and around Ukraine, 1980s–2010s, Budapest 2022, s. 3–23.

[11] T. Paine, Common Sense and Selected Works of Thomas Paine, Canterbury Classics 2014, s. 15.

[12] J. Borisienok, M. Miagkow, Czornaja kniga. Kratkaja istorija polskoj rusofobii XX–XXI ww., Moskwa 2025. D. Miedwiediew, Rossija i Polsza: zamietki k 4 nojabria, https://rg.ru/2023/11/02/rossiia-i-polsha-zametki-k-4-noiabria.html (dostęp: 11 listopada 2025).

[13] T. Nichols, The Death of the Expertise, Oxford University Press 2017. J. Haidt, Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka, Zysk 2024.

[14] F. Braudel, Historia i trwanie, Warszawa 1971, s. 346.

[15] F. Nietzsche, O pożytkach i szkodliwości historii dla życia, w: F. Nietzsche, Niewczesne rozważania, przeł. M. Łukasiewicz, Kraków 1996, s. 84–168.

[16]Połwieka jewropiejskoj intiegracyi i Rossija, http://kremlin.ru/events/president/transcripts/24094 (dostęp: 11 listopada 2025).

[17]Wystuplenije pieried priedstawitielami obszczestwienno-politiczeskich i diełowych krugow SSZA, http://kremlin.ru/events/president/transcripts/21398 (dostęp: 11 listopada 2025).