Hiroszima 1945 - Chris Wallace, Mitch Weiss - ebook

Hiroszima 1945 ebook

Chris Wallace, Mitch Weiss

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Hiroszima 1945 to trzymająca w napięciu prawdziwa historia burzliwych dni, tygodni i miesięcy prowadzących do 6 sierpnia 1945 roku, kiedy Truman wydał rozkaz zrzucenia bomby na Hiroszimę.

W swojej książce Chris Wallace przedstawia czytelnikom różne motywacje najsłynniejszych postaci, które wniosły wkład w historię bomby – wśród nich są legendarny Albert Einstein, który miał później nazwać swoje publiczne poparcie dla broni atomowej jedynym wielkim błędem, jaki popełnił w życiu, kierujący badaniami J. Robert „Oppie” Oppenheimer oraz potajemnie infiltrujący jego zespół sowieccy szpiedzy, zacięcie rywalizujący ze sobą piloci samolotu wybranego do zrzucenia bomby i wielu innych.

Hiroszima 1945 to jednak przede wszystkim historia niesprawdzonego nowego prezydenta, który musi zmierzyć się z decyzją mającą na zawsze zmienić świat, i zdaje sobie sprawę z jej wagi. W ciągu tych 116 dni Truman przebywa dramatyczną drogę: od szoku, gdy dowiaduje się o istnieniu bomby, przez sprzeczne rady otrzymywane od generałów, takich jak Dwight D. Eisenhower i George Marshall, po rozterki dotyczące potwornej masakry, która nastąpi, jeżeli wyda rozkaz użycia pierwszej amerykańskiej broni masowego rażenia.

Opowiedziana z werwą i inteligencją, a zarazem wrażliwością Hiroszima 1945 jest niesamowitą relacją z jednego z najważniejszych momentów w historii.

Powyższy opis pochodzi od wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 403

Data ważności licencji: 10/21/2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla Lorraine –każda przygoda jest piękna dzięki Tobie

ODLICZANIE: 116 DNI

12 kwietnia 1945 rokuWaszyngton

Harry Truman miał ochotę się napić. Był wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych od osiemdziesięciu dwóch dni i popołudnie spędzał jak zwykle w sali obrad Senatu. Tego dnia debata dotyczyła traktatu z Meksykiem w sprawie zasobów wodnych. Słuchając jednym uchem nudnych wystąpień senatorów, myślami przeniósł się na starą rodzinną farmę w Grandview w stanie Missouri, gdzie nadal mieszkały jego matka i siostra. Nie zważając na to, że zasiada na podwyższeniu nad senacką mównicą, wziął do ręki kartkę i pióro.

„Droga Mamo i Mary! – zaczął. – Nadęty senator z Wisconsin gada bez końca na temat, o którym nie ma żadnego pojęcia”1. Prowadzenie takich posiedzeń należało do obowiązków Trumana jako przewodniczącego Senatu, lecz nie mógł się doczekać końca. Chciał już być gdzie indziej. Nawet nie podejrzewał, że za moment jego życie nieodwracalnie się zmieni.

Tuż przed piątą ku uldze wiceprezydenta obrady odroczono do następnego dnia. Truman ruszył przez budynek Kapitolu samotnie, bez ochrony Secret Service. Przeszedł przez skrzydło senackie, po czym minął rotundę i salę z rzeźbami przedstawiającymi znamienitych Amerykanów, dochodząc wreszcie do skrzydła Izby Reprezentantów. Jak zwykle elegancki w dwurzędowym szarym garniturze z białą poszetką i ciemną muszką w kropki, Truman nieustannie gdzieś się spieszył, w związku z czym chodził szybkim krokiem.

Z głównego holu zbiegł schodami na parter do stanowiącego prywatną kryjówkę spikera Izby Reprezentantów Sama Rayburna pokoju numer 9, oficjalnie zwanego siedzibą Rady do spraw Edukacji2. Do tego najbardziej ekskluzywnego pomieszczenia w całym Kapitolu wstęp dawało tylko osobiste zaproszenie od Rayburna. Członkowie Kongresu spotykali się tu zazwyczaj po godzinach, żeby omówić strategię działania, wymienić się plotkami i „wznieść toast za wolność”, czyli wypić drinka albo dwa. Truman był stałym bywalcem pokoju numer 9, a jego ulubionym napojem był burbon z wodą.

Siedziba Rady do spraw Edukacji wyglądała jak typowe miejsce wypoczynku wybrańców narodu – w długim na jakieś sześć metrów pomieszczeniu stały duże skórzane fotele, kanapa i szerokie mahoniowe biurko, które skrywało barek z alkoholem. Jedynym niepasującym elementem wystroju było ozdobne sklepienie pokryte wizerunkami ptaków, zwierząt i roślin. Rayburn zlecił domalowanie na jednym z jego krańców samotnej gwiazdy, czyli symbolu Teksasu.

Zaraz po jego wejściu Rayburn, na którego mówiono „pan Sam”, poinformował Trumana, że był do niego telefon z Białego Domu:

– Steve Early prosił, żebyś natychmiast do niego oddzwonił. – Mówił o wieloletnim sekretarzu prezydenta Roosevelta.

Truman nalał sobie drinka, po czym usiadł i wykręcił numer centrali Białego Domu: National 1414.

– Z tej strony wiceprezydent – przedstawił się.

Gdy go połączono, w głosie Early’ego usłyszał napięcie. Sekretarz miał do przekazania krótki, bezpośredni komunikat. Powiedział mu, że ma przybyć do Białego Domu „tak szybko i po cichu”, jak to możliwe, i wejść głównym wejściem od Pennsylvania Avenue. Rayburn przyglądał się uważnie Trumanowi – zawsze wydawał mu się blady, a teraz „zbladł jeszcze bardziej”3.

– Na Chrystusa i generała Jacksona! – wykrzyknął Truman, odłożywszy słuchawkę. Był zbyt zszokowany, by to ukryć. Usiłował jednak zachować spokój.

Obecnym w pokoju powiedział, że dostał nagłe wezwanie do Białego Domu. Potem od razu wstał i podszedł do drzwi. Kładąc dłoń na klamce, zatrzymał się jeszcze i odwrócił.

– Chłopcy, niech to nie wyjdzie poza ten pokój. Musiało się coś wydarzyć – rzekł.

Zamknął za sobą starannie drzwi, po czym ruszył biegiem – tym razem przez prawie pusty już Kapitol. Jego kroki niosły się echem po marmurowych korytarzach, kiedy mijał posągi generałów i polityków, a potem senacki salon fryzjerski. Wbiegając po schodach prowadzących do jego gabinetu, był już zdyszany. Chwycił kapelusz, pracownikom swojego biura mówiąc tylko, że jedzie do Białego Domu. Nie miał czasu na wyjaśnienia, a poza tym sam tak naprawdę wiedział niewiele więcej.

Padał deszcz. Wiceprezydent wsiadł do służbowego czarnego mercury’ego i wydał polecenia swemu szoferowi Tomowi Harty’emu. Ponownie nie wziął ze sobą ochrony. Ze względu na pogodę i ruch uliczny droga do Białego Domu zajęła im ponad dziesięć minut. Przez cały ten czas Truman zastanawiał się, co się stało.

Prezydent Roosevelt miał przecież nadal przebywać w Warm Springs w stanie Georgia, gdzie spędził ostatnie dwa tygodnie, odpoczywając po wyczerpującej konferencji wojennej w Jałcie z udziałem brytyjskiego premiera Winstona Churchilla i sowieckiego przywódcy Józefa Stalina.

Może jednak Roosevelt wrócił już do Waszyngtonu. Przed południem w stolicy chowano jego starego przyjaciela Juliusa Atwooda, emerytowanego biskupa Kościoła episkopalnego. Być może prezydent uczestniczył w pogrzebie i teraz chciał zobaczyć się z Trumanem. Jednakże w ciągu niemal trzech miesięcy od objęcia przez niego urzędu wiceprezydenta prywatnie spotkali się tylko dwa razy. Dlaczego właśnie teraz?

O 17.25 samochód Trumana skręcił w Pennsylvania Avenue, wjechał przez północno-zachodnią bramę Białego Domu i zatrzymał się przed północnym wejściem. Przy drzwiach frontowych wiceprezydenta powitali woźni, którzy zabrali jego kapelusz i zaprowadzili go do niewielkiej, wyłożonej dębową boazerią windy prezydenckiej.

Pierwsza Dama Eleanor Roosevelt czekała na niego w swoim gabinecie na piętrze wraz z córką Anną i zięciem – podpułkownikiem Johnem Boettigerem. Był tam też Steve Early. Obie kobiety były ubrane na czarno.

Pierwsza Dama podeszła do Trumana, położyła dłoń na jego ramieniu i powiedziała:

– Harry, prezydent nie żyje.

Truman był zbyt oszołomiony, by odpowiedzieć. Przed momentem spieszył się do Białego Domu, by zobaczyć się z prezydentem, a nagle się dowiaduje, że to on nim został.

Potrzebował chwili, by dojść do siebie. Jego pierwsze pytanie do pani Roosevelt brzmiało:

– Czy mogę coś dla was zrobić?

– Zapytaj raczej: czy my możemy coś zrobić dla ciebie? – odrzekła. – Bo to ty znalazłeś się teraz w tarapatach.

Kilka minut później, o 17.47, depesza agencyjna obiegła cały kraj i świat. Franklin Delano Roosevelt – człowiek, który przewodził narodowi przez ostatnich dwanaście lat, przeprowadził go przez Wielki Kryzys i Pearl Harbor, by stanąć wraz z nim u progu zwycięstwa w II wojnie światowej w Europie – zmarł wskutek wylewu krwi do mózgu w wieku sześćdziesięciu trzech lat.

Biały Dom – pod nieobecność Roosevelta niemal opustoszały – nagle obudził się do życia. Na 18.15 zwołano posiedzenie gabinetu. Truman polecił, aby zaproszono na nie przywódców Kongresu. Do Białego Domu wezwano też prezesa Sądu Najwyższego Harlana Stone’a, który miał odebrać przysięgę prezydencką. Truman musiał teraz zrobić jeszcze jedną rzecz.

O 18.00 zadzwonił do swojego skromnego trzypokojowego mieszkania przy Connecticut Avenue, żeby porozmawiać z żoną Bess. Telefon odebrała ich córka, Margaret, która o niczym jeszcze nie wiedziała, i jak zwykle zaczęła z nim żartować. Przerwał jej szybko i polecił, aby poprosiła do telefonu matkę.

Truman zazwyczaj dzielił się z Bess wszystkim, ale teraz nie było na to czasu. Powiedział jej tylko, że prezydent Roosevelt nie żyje, a on wysyła samochód po nią, Margaret i teściową Madge Wallace, która mieszkała z Trumanami. Chciał, by były przy nim, gdy będzie składać przysięgę.

Potem odłożył słuchawkę. Wiedział, że ta rozmowa wstrząsnęła jego żoną. Odkąd poprzedniego lata przyjął nominację na wiceprezydenta, najbardziej bała się właśnie tego – śmierci Roosevelta przed końcem jego czwartej kadencji. A teraz on i cała rodzina stanęli w obliczu dokładnie tej sytuacji.

Truman przybył do Sali Gabinetowej jako pierwszy i zasiadł przy wielkim stole4. Pomieszczenie wkrótce się wypełniło. Jeden ze współpracowników Roosevelta mówił potem, że wiceprezydent wyglądał jak „mały człowieczek, który czeka, siedząc w wielkim skórzanym fotelu”5. Kiedy jednak na miejsce dotarli wszyscy członkowie gabinetu, którzy byli w Waszyngtonie, Truman wstał.

– Chcę, aby każdy z was pozostał na stanowisku i kontynuował swoją pracę – powiedział im. – I chcę zrobić wszystko tak, jak sobie tego życzył prezydent Roosevelt.

Uroczystość opóźniała się, gdyż czekali na przybycie prezesa Sądu Najwyższego, a rodzina Trumana musiała przebić się przez tłum, który zebrał się pod ich domem. Był też problem z Biblią; w końcu w biurku głównego woźnego Białego Domu udało się znaleźć egzemplarz wydany przez gedeonitów.

O 19.09 Truman i sędzia Stone stanęli przed kominkiem na końcu Sali Gabinetowej, a rodzina wiceprezydenta oraz najwyżsi urzędnicy utworzyli wokół nich półokrąg. Sędzia rozpoczął ceremonię zaprzysiężenia.

– Ja, Harry Shipp Truman... – zaczął, sądząc, że inicjał „S” po imieniu Trumana pochodzi od nazwiska jego ojca, podczas gdy w rzeczywistości nic on nie znaczył.

– Ja, Harry S. Truman... – odpowiedział wiceprezydent, poprawiając Stone’a.

Nie była to zresztą jedyna wpadka. Gdy Truman złożył już przysięgę, sędzia zwrócił mu uwagę, że trzymał Biblię w lewej dłoni, ale zamiast unieść prawą rękę, położył ją na księdze. Musieli więc powtórzyć całe zaprzysiężenie – tym razem nowy prezydent prawidłowo uniósł prawą rękę. Kiedy ceremonia wreszcie się skończyła, Truman ucałował Biblię, a następnie odwrócił się, by pocałować żonę i córkę.

Zaprzysiężenie Harry’ego Trumana na prezydenta 12 kwietnia 1945 rokuHarry S. Truman Presidential Library

Po złożeniu przysięgi prezydent krótko rozmawiał z członkami gabinetu. Powtórzył, że ma zamiar dalej realizować program Roosevelta. Powiedział, że z radością przyjmie ich rady w każdej sprawie, ale dał też jasno do zrozumienia, że ostateczne decyzje będą należeć do niego, a po ich podjęciu będzie oczekiwać pełnego wsparcia ze strony gabinetu.

Gdy spotkanie się zakończyło, a urzędnicy rozeszli się do domów, na miejscu pozostał jeden człowiek: sekretarz wojny Henry Stimson. Poprosił Trumana o rozmowę sam na sam „w niezwykle pilnej sprawie”.

Siedemdziesięciosiedmioletni Stimson był legendą – służył pięciu prezydentom, a Truman miał być szóstym. Usiadł obok nowego prezydenta i powiedział, że omówi kwestię pokrótce, gdyż jest ona skomplikowana, więcej szczegółów poda mu później, ale chce, by już teraz Truman dowiedział się o „trwającym ogromnym przedsięwzięciu” mającym na celu stworzenie „nowego materiału wybuchowego o niewiarygodnej wręcz sile niszczącej”. Przedsięwzięcie to było tak tajne – i potencjalnie tak niebezpieczne – że wiedziała o nim tylko garstka ludzi. Stimson dodał, że o wszystkim poinformuje prezydenta za kilka dni, gdy zdąży się on trochę zadomowić w nowym miejscu6.

To było wszystko. Truman był zdumiony zdawkowymi i tajemniczymi informacjami, jakie uzyskał od Stimsona. Miał teraz tak wiele na głowie: śmierć Roosevelta, reakcję narodu oraz znienacka spadającą na niego odpowiedzialność za prowadzenie działań wojennych zarówno w Europie, jak i na Pacyfiku. „Przedsięwzięcie” Stimsona było kolejną kwestią, którą musiał się zająć. Nie miał przy tym pojęcia, o co tak naprawdę chodzi. Jak powiedział później: „to był dzień, gdy na głowę zwalił mi się cały świat”7.

„Zdecydowałem, że najlepiej będzie wrócić do domu i na tyle, na ile to możliwe, odpocząć, zanim będę się musiał z tym wszystkim zmierzyć” – napisał w dzienniku8.

1 Harry Truman Library (Biblioteka im. Harry’ego Trumana), list Trumana z 15 kwietnia 1945 roku.

2 U.S. Capitol Historical Society (Towarzystwo Historyczne Kapitolu Stanów Zjednoczonych).

3 A.J. Baime, The Accidental President: Harry S. Truman and the Four Months That Changed the World, Boston 2017, s. 25.

4 Harry Truman Library (Biblioteka im. Harry’ego Trumana), list Trumana z 16 kwietnia 1945 roku.

5 A.J. Baime, dz. cyt., s. 30.

6 H.S. Truman, Memoirs by Harry S Truman, t. 1, Doubleday, New York 1955, s. 10.

7 Harry Truman Library (Biblioteka im. Harry’ego Trumana), list Trumana do May Wallace z 12 kwietnia 1945 roku.

8 Wpis w dzienniku Trumana z 12 kwietnia 1945 roku.

ODLICZANIE: 113 DNI

15 kwietnia 1945 rokuLos Alamos w stanie Nowy Meksyk

Teoretycznie była wiosna, ale gdy J. Robert Oppenheimer przechodził przez znajdujący się na płaskowyżu w stanie Nowy Meksyk tajny ośrodek wojskowy, pod jego stopami skrzypiał świeży śnieg. Zostawiając na nim ślady, zmierzał w stronę prowizorycznego kina.

Oppenheimer był dyrektorem naukowym projektu Manhattan – wielkiego, owianego tajemnicą amerykańskiego przedsięwzięcia mającego na celu skonstruowanie bomby atomowej. W zwykły poranek zajmowałby się tysiącami spraw w swoim biurze: czytał raporty z postępów prac, pisał notatki bądź odpowiadał na pilne telefony z Waszyngtonu. Podczas gdy kraj walczył na frontach II wojny światowej, wewnątrz ogrodzonego ośrodka Oppenheimer oraz jego naukowcy skupili całą swoją energię i wiedzę na opracowaniu urządzenia, które nazywali „gadżetem” – przerażającej nowej broni masowego rażenia.

Ten niedzielny poranek był jednak inny. Oppenheimer zebrał na ceremonii żałobnej po śmierci prezydenta Roosevelta pogrążonych w żalu naukowców, wojskowych, personel pomocniczy i ich rodziny mieszkające w tajnym mieście Los Alamos. Po raz pierwszy w życiu miał wygłosić mowę na czyjąś cześć.

Jako wybitny fizyk teoretyk Oppenheimer nie miał trudności z wyjaśnianiem innym naukowcom oraz doktorantom z najlepszych uczelni w kraju skomplikowanych teorii naukowych opisujących działanie wszechświata. Biegle władał sześcioma językami i był oczytany zarówno w literaturze klasycznej, jak i filozofii Wschodu. Nauczył się sanskrytu tylko po to, by czytać w oryginale Bhagawadgitę, jedną ze świętych ksiąg hinduizmu.

Od śmierci Roosevelta w uzdrowisku w Georgii minęły trzy dni. Większość tego czasu Oppenheimer spędził, starając się znaleźć odpowiednie słowa, by upamiętnić prezydenta.

Jego stratę odczuwał w sposób głęboko osobisty. Roosevelt przeprowadził Stany Zjednoczone przez jedną z najmroczniejszych epok w ich dziejach. W Białym Domu zasiadał od 1933 roku, co oznaczało, że urząd objął na samym dnie Wielkiego Kryzysu. Bardzo starał się przywrócić wiarę Amerykanów w swój kraj i ich pewność siebie dzięki ambitnym programom, które miały pobudzić gospodarkę.

Naród ponownie zwrócił się do niego o pomoc, kiedy 7 grudnia 1941 roku japońskie lotnictwo zbombardowało bazę marynarki wojennej USA w Pearl Harbor na Hawajach. Większość mieszkańców USA dowiedziała się o ataku po tym, jak niedzielne popołudniowe audycje radiowe przerwano biuletynem informacyjnym. „Japonia?” – ludzie potrząsali głowami z niedowierzaniem i regulowali odbiorniki. Czy to mogła być prawda? Czy coś takiego było w ogóle możliwe? Następnego dnia Roosevelt wygłosił do Kongresu i narodu transmitowane przez radio przemówienie, które miało zostać zapamiętane na długie lata. Atak określił jako „niesprowokowany” i „nikczemny”. 7 grudnia 1941 stał się „dniem okrytym na wieki niesławą”9.

Prezydent złożył zarazem rodakom obietnicę. „Niezależnie od tego, ile czasu zajmie nam odparcie tej dokonanej z premedytacją inwazji – grzmiał – sprawiedliwa potęga narodu amerykańskiego przeważy, prowadząc go do pełnego zwycięstwa”.

Kongres wypowiedział wojnę Japonii. Cztery dni później Niemcy wypowiedziały wojnę Stanom Zjednoczonym. Nastąpiła mobilizacja narodu. Dla wielu Amerykanów Roosevelt był jedynym głównodowodzącym, jakiego znali w swoim życiu. Został wybrany na urząd prezydenta czterokrotnie, a teraz – niemal trzy i pół roku po przystąpieniu Ameryki do II wojny światowej, gdy alianci zbliżali się do zwycięstwa w Europie, a konflikt na Pacyfiku osiągał krwawą kulminację – nagle zmarł.

Projektem Manhattan znienacka szarpnął podmuch niepewności. Kilka lat wcześniej to właśnie prezydent zatwierdził prace badawczo-rozwojowe nad bombą atomową, gromadząc najwybitniejszych naukowców wokół przedsięwzięcia, które, jak miał nadzieję, pewnego dnia zakończy wojnę. Roosevelt odegrał zasadniczą rolę w skłonieniu wielkich korporacji – DuPont, Standard Oil, Monsanto i Union Carbide – do zaprojektowania, wytworzenia i eksploatacji rewolucyjnych nowych urządzeń oraz instalacji, które miały pomóc w budowie tej broni. Laboratoria uczelniane i przemysłowe zgłaszały do udziału swoich najlepszych, najbardziej kreatywnych badaczy. Wszystko to było kosztowne, ryzykowne i okryte ścisłą tajemnicą.

Nikt nie miał pewności, czy i w jaki sposób Harry Truman zechce dalej poprowadzić całe przedsięwzięcie. Jak wspominał fizyk Philip Morrison: „Teraz nie znaliśmy już nikogo na górze”10.

Ekipa z Los Alamos oczekiwała odpowiedzi na te pytania od Oppenheimera. Był geniuszem fizyki teoretycznej, ale jego talent nie ograniczał się do sfery naukowej. Dzięki bystremu umysłowi docierał do sedna każdego problemu i znajdował przejrzyste, zwięzłe rozwiązania. Współpracownicy wspominali go jako najszybciej myślącego człowieka, jakiego spotkali. W tym momencie jasność jego umysłu była potrzebna bardziej niż kiedykolwiek.

Mierzący metr siedemdziesiąt osiem Oppenheimer ważył niewiele ponad sześćdziesiąt kilogramów – był tak chudy, że brano go za wycieńczonego. Mimo to ubierał się niczym dandys – nosił stylowo skrojony stalowoszary garnitur, niebieską koszulę i krawat, wyczyszczone do połysku buty, a do tego kapelusz z szerokim rondem. Z papierosem w ustach i przeszywającym spojrzeniem jasnoniebieskich oczu przyciągał kobiety i onieśmielał mężczyzn. „Oppie” był pewnym siebie zawadiaką, który czuł się tak samo dobrze na wieczornym przyjęciu jak w sali wykładowej.

Jako syn imigranta z Niemiec, który zrobił fortunę na imporcie tkanin do Nowym Jorku, Oppenheimer też miał odnieść sukces i nie zawiódł rodziców. Studia na Uniwersytecie Harvarda ukończył z wyróżnieniem w ciągu zaledwie trzech lat. Jako dwudziestodwulatek obronił doktorat z fizyki na uniwersytecie w niemieckiej Getyndze, gdzie studiował pod kierunkiem uznanego fizyka Maxa Borna. Już po paru latach Oppenheimer pracował jako nauczyciel akademicki na prestiżowych uczelniach – Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley i California Institute of Technology w Pasadenie. Dzielił swój czas między te instytucje, spędzając jeden semestr w Berkeley, a kolejny w Pasadenie. W przeciwieństwie do większości ówczesnych wykładowców był ekstrawagancki i miał artystyczne zacięcie. Wykładał swój przedmiot z zaraźliwym entuzjazmem niczym aktor grający metodą Stanisławskiego. Nie posiłkował się notatkami, a abstrakcyjne pojęcia matematyczne przeplatał cytatami z poezji i prozy. Jasno dawał słuchaczom do zrozumienia, że najważniejsze zagadnienia naukowe pozostają nierozwiązane, stawiając przed nimi wyzwanie: zgłębienie tych tajemnic. Jak wspominał jeden z jego kolegów, Oppenheimer reprezentował „nieznany wcześniej w Stanach Zjednoczonych poziom zaawansowania w fizyce”.

Fascynował i inspirował studentów, którzy podążali za swoim mistrzem z Berkeley do Pasadeny i z powrotem, urzeczeni jego dziwactwami oraz afirmacją życia: apetytem na krwiste steki, mocne martini, pikantne potrawy i papierosy. Doskonale jeździł konno, żeglował i najwyraźniej wszędzie miał przyjaciół.

Oppenheimer skrywał jednak też ciemną stronę. Jego błyskotliwość przyćmiewały czasem melancholia i drażliwość. Nie interesowały go towarzyskie pogawędki. Zdarzało się, że przerywał przyjaciołom w pół zdania, zwłaszcza jeżeli uważał, że temat nie jest dość zajmujący. Studentów, którzy pytali o trywialne kwestie, publicznie upokarzał. Długoletni współpracownik opisywał go jako „niemiłego, niemal niegrzecznego”.

W 1942 roku, kiedy Oppenheimera mianowano szefem projektu Manhattan, niektórzy koledzy kwestionowali tę decyzję ze względu na jego temperament i brak doświadczenia kierowniczego; twierdzili, że nie poradziłby sobie „z zarządzaniem budką z hamburgerami”. Jako kierownik miał zasypać przepaść między innowacyjnym i niezależnym środowiskiem akademickim a sztywną hierarchią wojskową.

Oppenheimer z zapałem zabrał się do pracy, którą uznał za najskuteczniejszy sposób zakończenia wojny. Przekonał światowej sławy naukowców do przeprowadzki wraz z rodzinami do tajnego laboratorium prowadzącego badania nad bronią atomową w Los Alamos – odległym zakątku pośród przepastnych kanionów i wyniosłych szczytów na południowym krańcu łańcucha Gór Skalistych. Umiał też współpracować z dowódcami wojskowymi, w tym ze swoim odpowiednikiem z ramienia armii generałem Lesliem R. Grovesem.

Przyjaciele i współpracownicy dostrzegli, że z czasem zmienił się w niesłychanie sprawnego i charyzmatycznego organizatora. W Los Alamos zebrała się śmietanka światowej fizyki, w tym sześciu laureatów Nagrody Nobla. Każdy z nich miał kolosalne ego, ale Oppie zdołał jakoś sprawić, aby to wszystko działało. Jeden z jego współpracowników uznał, że Oppenheimer jest właściwie niezastąpiony.

W kwietniu 1945 roku, w wieku zaledwie czterdziestu lat, był już dyrektorem naukowym z krwi i kości całego przedsięwzięcia. Mieszkał wraz z żoną Kitty oraz dwójką małych dzieci w niewielkim domku w ustronnej części Los Alamos. Ekscentryczny niegdyś profesor urządzał tam teraz proszone kolacje dla wizytujących ośrodek naukowców i współpracowników. Impreza zaczynała się od wytrawnego martini, po czym wylewała się na zewnątrz po zachodzie słońca.

Przyjęcie w Los Alamos w 1944 roku, patrząc od lewej: Dorothy McKibbin, odpowiedzialna za wprowadzanie do tajnego miasta nowych pracowników, dyrektor naukowy projektu Manhattan J. Robert Oppenheimer i fizyk jądrowy Victor WeisskopfLos Alamos National Laboratory

Los Alamos rozrosło się z paruset mieszkańców do ośmiu tysięcy badaczy i wojskowych oraz ich rodzin. Zwany „wzgórzem” teren o powierzchni dwustu dwudziestu kilometrów kwadratowych otaczało zwieńczone drutem kolczastym trzymetrowe ogrodzenie. Kolejny płot wewnątrz niego strzegł rejonu technicznego, do którego mogli wchodzić tylko posiadacze najwyższego poświadczenia bezpieczeństwa. Znajdowały się tam biuro Oppenheimera, jak też ogromne laboratoria, gdzie prowadzono badania nad bombą. Oppenheimer wczuł się w rolę burmistrza – często machał do mieszkańców i witał się z nimi, przechadzając się pozbawionymi drzew ulicami Los Alamos. Zawsze opanowany i uprzejmy, z każdym umiał zamienić parę słów.

Otrzymana 12 kwietnia wiadomość o śmierci prezydenta była jednak strasznym szokiem. Według Thomasa O. Jonesa Oppenheimer był tego dnia przygaszony – wyglądał jak ktoś, kto zmaga się z dotkliwą stratą.

Jako oficer wywiadu Jones miał biuro w budynku połączonym pasażem z tym, w którym pracował Oppenheimer. Właśnie przygotowywał się do wyjścia, gdy zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszał, że Roosevelt nie żyje. Jones początkowo nie uwierzył.

– Czy to pewne? – zapytał.

Rozmówca powtórzył komunikat. Jones czuł się tak, jakby dostał obuchem w głowę. Wiedział, że musi powiedzieć o tym innym, gdyż baza była odcięta od świata. Nie odbierano zewnętrznych stacji radiowych i nie docierały tam gazety. Najbliższym miastem było odległe o mniej więcej pięćdziesiąt pięć kilometrów Santa Fe. Los Alamos w ogóle nie figurowało na mapach. Większość mieszkańców miała więc usłyszeć złe wieści przez radiowęzeł w rejonie technicznym.

Jones postanowił osobiście przekazać je Oppenheimerowi. Wybiegł z biura, kierując się ku łącznikowi między budynkami. W połowie drogi zauważył nadchodzącą z naprzeciwka znajomą postać.

Oppenheimer już wiedział, ale nie mógł w to uwierzyć.

– Czy to prawda? – spytał.

– Tak, Oppie – odpowiedział cicho Jones, potwierdzając tylko to, co fizyk spodziewał się usłyszeć.

Pracownicy z rejonu technicznego dowiedzieli się o śmierci prezydenta wszyscy w tym samym czasie. Praca stanęła. Naukowcy spoglądali na siebie. „Słyszałeś?” – pytali się wzajemnie. Niektórym odebrało głos. Inni płakali. Ludzie wychodzili z laboratoriów na korytarze i klatki schodowe. Nikt nie chciał być sam.

Stojąc w pasażu, Jones widział, że Oppenheimer jest wstrząśnięty – pobladł, a jego twarz przybrała ponury wyraz. Zaczęli rozmawiać o prezydencie i o tym, jak ocalił cały naród. Oppenheimer chwalił osiągnięcia Roosevelta, jego inteligencję oraz „zniewalający urok”11.

W rzeczywistości on i prezydent rzadko ze sobą rozmawiali. Zachowywali wobec siebie pełen szacunku dystans, komunikując się głównie przez pośredników. Roosevelt przy każdej okazji chwalił Oppiego za nadzór nad „bardzo ważnymi” pracami w Laboratorium Badawczo-Projektowym Broni w Los Alamos.

W napisanym 29 czerwca 1943 roku liście do Oppenheimera Roosevelt próbował załagodzić antagonizm narastający między naukowcami a bardzo wymagającym szefem wojskowym przedsięwzięcia – generałem Grovesem. Dowiedział się bowiem, że niektórzy badacze nie wytrzymują presji terminów, których dotrzymanie uważali za niemożliwe. Nie podobało im się też życie w ściśle chronionym ośrodku. Niektórzy wątpili, czy bombę w ogóle da się zbudować, i uznawali pracę z tak niebezpiecznymi materiałami za nierozsądną.

W swoim liście prezydent wskazał, że wie, iż Oppenheimer kieruje elitarną grupą naukowców działających pod ścisłym nadzorem i że nałożono na nich „bardzo szczególne ograniczenia”. Zaapelował do niego, aby przekonał swój zespół, że te ograniczenia są konieczne. Poprosił go, by przekazał podwładnym wyrazy uznania dla ich ciężkiej pracy i „osobistego poświęcenia”.

List prezydenta Franklina D. Roosevelta z 29 czerwca 1943 roku do J. Roberta OppenheimeraNational Archives and Records Administration

„Jestem pewien, że możemy polegać na ich dalszym pełnym zaangażowaniu i bezinteresownym wysiłku. Niezależnie od tego, co planuje wróg, amerykańska nauka sprosta temu wyzwaniu” – napisał Roosevelt12.

Teraz, przygotowując się do ceremonii żałobnej, Oppenheimer wiedział, że niektórzy spośród naukowców wciąż żywią wątpliwości co do tego, czy należy budować bombę atomową. Wpływowi fizycy, tacy jak Leó Szilárd, sygnalizowali niedawno swój moralny sprzeciw wobec użycia jej podczas działań wojennych. Szilárd sporządził stosowną petycję i rozpoczął zbieranie podpisów wśród innych badaczy, którzy podzielali jego zdanie.

Dziś Oppenheimer pragnął jednak odsunąć takie sprawy na bok. Poprzedniego dnia siedział do późna w nocy, pisząc mowę ku czci prezydenta. Rano zobaczył zaś w ogrodzie, na ulicach – w całym mieście – śnieg. Fizyk Morrison zapamiętał tę biel jako „wyraz pocieszenia”13.

Ruchliwe normalnie drogi były ciche. Jak większość Ameryki Los Alamos było pogrążone w żałobie. Ze spowitego bielą krajobrazu wyróżniał się pozbawiony śniegu chodnik przed kinem, po którym zdążyły przejść setki czekających już w środku ludzi. Jones powitał Oppiego przy drzwiach i wprowadził go do środka. Tym razem szef nie miał na głowie charakterystycznego kapelusza z szerokim rondem.

Oppenheimer powoli wszedł na scenę, a stłoczeni w rzędach drewnianych ławek ludzie zamilkli. W oczach tych, którzy znali Oppiego od lat, wyglądał teraz nieco starzej niż arogancki młody fizyk, którego gwiazda błyszczała tak jasno w Kalifornii. Wielu zebranych, jak Jones i Morrison, zastanawiało się, czy śmierć Roosevelta oznacza koniec całego przedsięwzięcia.

Oppenheimer stanął na tle opuszczonej do połowy masztu amerykańskiej flagi i chwilę odczekał. Następnie niemal szeptem rozpoczął wygłaszanie mowy, która miała uspokoić tysiące pracujących w Los Alamos.

– Kiedy trzy dni temu świat usłyszał o śmierci prezydenta Roosevelta, zapłakało wielu nieprzyzwyczajonych do łez, a rzesze nienawykłych wcale do modlitwy kobiet i mężczyzn modliły się do Boga. Wielu z nas spoglądało z głęboką troską w przyszłość; wielu straciło pewność, że nasze dzieło doczeka się pomyślnego zakończenia; wszystkim nam przypomniano, jak cenną rzeczą jest ludzka wielkość. Okres, w którym żyjemy, to czas wielkiego zła i wielkiego strachu. Roosevelt był naszym prezydentem, naszym głównodowodzącym oraz w dawnym, niesplamionym znaczeniu tego słowa, naszym przywódcą. Ludzie na całym świecie oczekiwali od niego, że wskaże im drogę, i widzieli w nim symbol nadziei, że zło naszych czasów nie powróci; że straszliwe ofiary, które poczyniliśmy, i te, które dopiero mamy poczynić, przeprowadzą nas do świata bardziej nadającego się do zamieszkania przez ludzi. To właśnie w takich złych czasach ludzie pojmują, jak bardzo są bezradni i zależą od innych. Przypomina mi się epoka średniowiecza, kiedy to śmierć dobrego, mądrego i sprawiedliwego króla pogrążała jego kraj w rozpaczy i żałobie14.

Następnie Oppenheimer odwołał się do dzieła, które od lat przynosiło mu wiele pociechy.

– W hinduskiej świętej księdze Bhagawadgicie napisano: „Istotą człowieka jest wiara. Jest on tym, w co wierzy”. Wiarę Roosevelta dzieliły miliony mężczyzn i kobiet we wszystkich krajach świata. Dlatego wciąż możliwa jest nadzieja i dlatego powinniśmy dołożyć starań, aby dobro, jakie czynił, nie zakończyło się wraz z jego śmiercią.

Naukowcy i ich rodziny stali w milczeniu z pochylonymi głowami, wszyscy zbyt zasmuceni, by mówić.

Chociaż nie było jasne, co Truman zrobi z projektem Manhattan, Oppenheimer starał się zachować optymizm. Po uroczystości zwrócił się do swojego przyjaciela, fizyka Davida Hawkinsa.

– Roosevelt był wielkim architektem – powiedział. – Być może Truman okaże się dobrym cieślą15.

Nie miał jednak co do tego pewności. Wiedział tylko, że od naukowców z Los Alamos, którzy przez lata prowadzili intensywne badania i wydali na nie miliardy dolarów z podatków obywateli, oczekiwano już wkrótce wyników.

9 F.D. Roosevelt, Public Papers, 7 grudnia 1941 roku.

10 R. Oppenheimer, A.K. Smith, C. Weiner, Robert Oppenheimer: Letters and Recollections, Cambridge 1980, s. 287.

11Voices of the Manhattan Project (Głosy projektu Manhattan), wywiad z T.O. Jonesem, 9 sierpnia 2002 roku.

12 List Franklina D. Roosevelta z 29 czerwca 1943 roku.

13R. Oppenheimer, A.K. Smith, C. Weiner, dz. cyt., s. 287.

14 Tamże, s. 288.

15 M. Palevsky, Atomic Fragments: A Daughter’s Questions, Berkeley 2000, s. 116.

ODLICZANIE: 105 DNI

23 kwietnia 1945 rokuWendover w stanie Utah

Pułkownik Paul Tibbets Jr. ze skrzywioną miną odsunął słuchawkę telefonu od ucha – policjant z Salt Lake City po drugiej stronie ryczał jak opętany. W weekend niektórzy lotnicy pułkownika bawili się w mieście niczym kowboje po zakończonym spędzie bydła, a teraz funkcjonariusz odczytywał mu długą listę ich przewinień. Przekroczenia prędkości, przejazdy na czerwonym świetle, balanga w Hotelu Utah z morzem whisky i panienkami do towarzystwa, wreszcie bójki z miejscowymi robotnikami.

Tibbets westchnął. On oraz jego ludzie byli skoszarowani na tym skrawku pustyni już zdecydowanie zbyt długo. Nadszedł czas, aby 509. Grupa Operacyjna opuściła lotnisko w Wendover i zaczęła rzeczywiście walczyć z prawdziwym wrogiem.

Zapewnił policjanta, że już wkrótce wyniosą się z okolicy i przestaną sprawiać mu problemy. Zresztą nic by to nie dało, gdyby wsadził do aresztu jego doskonale wyszkolonych ludzi za weekendowe wyskoki, a na marne poszłyby poczynione w nich inwestycje.

Funkcjonariusz niechętnie się zgodził. Jeszcze kilka uspokajających słów i Tibbets mógł w końcu odłożyć słuchawkę.

Pułkownik od miesięcy bezustannie zmuszał podwładnych do wytężonej pracy. Nie znali szczegółów, wiedząc jedynie, że ćwiczą przed tajną misją – bombardowaniem, które może zakończyć wojnę. Oni byli już gotowi, ale co z bombą? To było jedyne pytanie, jakie teraz zadawał. W kółko jeździł do Los Alamos, gdzie mówiono mu, że naukowcy wciąż przy niej „majstrują”. Najwyraźniej zależało im na stworzeniu broni doskonałej i byli wciąż niezadowoleni z tego, co mają. Poprawki, kolejne testy i ciągłe zmiany trwały w nieskończoność. Ile jeszcze czasu upłynie, zanim pozwolą mu wreszcie zrzucić to cholerstwo? I oczywiście wciąż otwarte było pytanie, czy nowa broń zadziała.

Tibbets miał do czynienia nie tylko z glinami czy naukowcami z Los Alamos. W Utah kierował własną złożoną i tajną operacją wojskową, w której uczestniczyły setki pilotów, nawigatorów, bombardierów oraz członków personelu pomocniczego. Tylko on oraz garstka ludzi wiedzieli, o co chodzi, a raport o każdym problemie w 509. Grupie trafiał na jego biurko.

Jego żona Lucy i dwójka małych dzieci mieszkały w małym domku w pobliżu bazy, ale rzadko spędzał z nimi czas. Był tak pochłonięty misją, że zabawa z dziećmi i wieczorne rozmowy z żoną stały się jedynie przyjemnymi wspomnieniami. To właśnie skrupulatność Tibbetsa była jednym z powodów, dla których przełożeni wybrali go do tego zadania. Był dobrze zorganizowany i twardy. Do Korpusu Lotniczego Armii Stanów Zjednoczonych wstąpił na wiele lat przed rozpoczęciem wojny. Co wszak najważniejsze, jak ujął to jeden z generałów, był „w cholerę najlepszym pilotem” spośród wszystkich wojskowych. Jego doświadczenie w kokpicie było niezbędnym elementem powodzenia niebezpiecznego zadania. Pilot, któremu ostatecznie powierzono by tę misję, musiałby nie tylko zrzucić bombę atomową dokładnie na zadany cel, ale też później bezbłędnie manewrować i nurkować, aby uniknąć fali uderzeniowej, gdyż w przeciwnym razie podmuch mógłby rozerwać samolot na strzępy.

Jeżeli komukolwiek mogło się to udać, to właśnie Tibbetsowi. Pewny siebie, przystojny, z lekko zaznaczoną bruzdą na podbródku, jednak wbrew pozorom nie występował w hollywoodzkich filmach. Był doświadczonym pilotem bombowca, doskonale radzącym sobie pod presją. To właśnie jego samolotem podróżowali generałowie Dwight Eisenhower oraz Mark Clark podczas działań w Afryce Północnej w 1942 i 1943 roku. Kiedyś, lecąc z Clarkiem do Algieru, Tibbets bezbłędnie wylądował pod ostrzałem z artylerii przeciwlotniczej i karabinów maszynowych.

Po tym jak odbył kilkadziesiąt bojowych misji bombowych nad Afryką Północną i Niemcami, wysłano go do Stanów Zjednoczonych, gdzie miał przejąć kierownictwo nad programem testów bombowca B-29 Superfortress, czyli „Superfortecy”. Firma Boeing zaprojektowała B-29 jako samolot szybszy, latający na wyższym pułapie i zabierający większy ładunek bomb niż jego poprzednik B-17 Flying Fortress („Latająca Forteca”). Zasięg B-29 przekraczał pięć tysięcy kilometrów i tego właśnie potrzebowało amerykańskie wojsko, zbliżając się w miarę prowadzonych działań do Japonii. Podczas testów bombowca zginął jednak jego pierwszy oblatywacz i krążyły opinie, że nowa maszyna jest zbyt niebezpieczna, by można ją było użytkować.

Tibbets okazał się nieustraszony i tego samego oczekiwał od innych pilotów. Był stanowczym dowódcą, a do tego perfekcjonistą, co drażniło niektórych kolegów, ale ich opinia go nie obchodziła. Dowodził on, więc mieli robić wszystko tak, jak rozkazał – „we właściwy sposób”.

Tibbets urodził się w Quincy w stanie Illinois jako syn byłego kapitana piechoty z czasów I wojny światowej, który później prowadził hurtownię słodyczy. Ta profesja ojca pośrednio wpłynęła na rozwój pasji syna. Pierwszy lot dwupłatowcem Paul odbył jako dwunastolatek podczas promocji nowych batoników Baby Ruth. Jego ojciec był lokalnym dystrybutorem tych słodyczy, wynajął więc miejscowego pilota do zrzucenia próbek produktu wśród zgromadzonych podczas imprezy promocyjnej ludzi.

Gdy chłopiec usłyszał o tym pomyśle, błagał lotnika, by ten zabrał go ze sobą. Nie było jednak łatwo, gdyż pilot nie chciał, żeby synowi szefa coś się stało. Kiedy ojciec wyraził zgodę, Paul musiał zapracować na atrakcję, pomagając magazynierom mocować malutkie papierowe spadochrony, dzięki którym batoniki miały łagodnie opadać na ziemię.

Kiedy samolot załadowano słodyczami, Tibbets wskoczył na fotel pasażera i zapiął pasy. Silnik ryknął, pilot pchnął przepustnicę do przodu i maszyna po chwili wzbiła się w powietrze. Paul poczuł powiew wiatru na twarzy i nie mógł się powstrzymać od szerokiego uśmiechu. Wkrótce znaleźli się nad torem wyścigowym, nad którym zatoczyli niski krąg, więc tłum mógł się dobrze przyjrzeć dwupłatowi. Podczas gdy pilot manewrował, Tibbets wyrzucał za burtę batoniki, aby ludzie mogli je łapać. Jeszcze wiele lat później żartował, że była to jego pierwsza misja bombowa. W chwili gdy samolot wzniósł się w powietrze, on złapał bakcyla. Opowiadał potem przyjaciołom: „Gdy poznałem smak latania, nic innego nie mogło mnie już zadowolić”16.

Ojciec Paula chciał jednak, aby syn został lekarzem. Tibbets był słuchaczem Western Military Academy w North Alton w stanie Illinois, a w 1933 roku zapisał się na Uniwersytet Florydy. Po zajęciach często podjeżdżał na lotnisko w Gainesville, żeby popatrzeć na samoloty. Pewnego dnia uznał, że nadszedł czas nauczyć się latać. Zaczął brać lekcje – siedem dolarów za trzydzieści minut. Miał naturalny talent i szybko przerósł umiejętnościami instruktora.

Po drugim roku Tibbets przeniósł się na Uniwersytet Cincinnati, aby tam ukończyć etap przygotowawczy studiów medycznych. Mieszkał u przyjaciela ojca – chirurga Alfreda Harry’ego Cruma. Większość weekendów spędzał, pracując jako sanitariusz w szpitalu doktora Cruma, ale w wolnym czasie wymykał się na lotnisko Lunken, aby przyglądać się pracy pilotów.

Crum dostrzegł zainteresowanie młodego Tibbetsa lataniem i zachęcił go, by realizował swoje marzenia, na przykład zostając pilotem cywilnym. Paul wiedział jednak, że ojcu się to nie spodoba.

Później, pod koniec 1936 roku, doznał objawienia. Ogłoszenie w magazynie „Popular Mechanics” wprost krzyczało do niego ze strony: „Czy chcesz nauczyć się latać?”17. To Tibbets już umiał, ale jego uwagę przyciągnęła następna linijka: Korpus Lotniczy Armii Stanów Zjednoczonych werbował pilotów. Młody człowiek wysłał zgłoszenie pocztą już następnego dnia i tuż przed wyjazdem do domu na święta otrzymał odpowiedź: przyjęto go do programu szkoleniowego. Miał zostać kadetem lotnictwa.

Musiał jeszcze powiedzieć rodzicom, że rzuca studia, by wstąpić do wojska. Ojciec był niezadowolony.

– Wysłałem cię do szkoły – powiedział. – Kupowałem ci samochody i dawałem pieniądze na randki z dziewczynami, ale od teraz radź sobie sam. Chcesz się zabić, to się zabij, nic mnie to nie obchodzi.

Podczas gdy ojciec mu wymyślał, matka Tibbetsa Enola siedziała bez słowa. Kiedy przerwał, by złapać oddech, i w pokoju na moment zapadła cisza, odezwała się wreszcie.

– Paul, jeżeli naprawdę chcesz latać, wszystko będzie dobrze – powiedziała prawie szeptem.

Tibbets od razu poczuł się lepiej. Pomyślał, że jego decyzja jest słuszna i nic złego mu się nie stanie.

Słowa matki przypominał sobie za każdym razem, kiedy podczas walki powietrznej wpadł w tarapaty. W dniu, w którym wyjeżdżał na podstawowe szkolenie w lutym 1937 roku, powiedziała mu: „Synu, pewnego dnia będziemy z ciebie naprawdę dumni”. I jak dotąd, przez osiem lat służby w wojsku, solidnie na to pracował.

Pułkownik Paul W. TibbetsNational Archives and Records Administration

Po podstawowym szkoleniu lotniczym w bazie Randolph Field w San Antonio w Teksasie przydzielono go do Fort Benning w Georgii. Tam poznał Lucy Wingate – drobną dziewczynę z ustosunkowanej południowej rodziny. Zakochali się w sobie i pobrali w 1938 roku.

Tibbets szybko awansował w szeregach Korpusu Lotniczego, który w 1941 roku zmienił nazwę na Siły Powietrzne Armii Stanów Zjednoczonych. Wkrótce po tym, jak trafił do Europy w czerwcu 1942 roku, mianowano go dowódcą całego dywizjonu 97. Grupy Bombowej.

W sierpniu tego samego roku dowodził pierwszym amerykańskim dziennym nalotem ciężkich bombowców na terytorium okupowanej Francji. Ogółem Tibbets wykonał dwadzieścia pięć misji bojowych na maszynie B-17 Flying Fortress, którą ochrzcił mianem Red Gremlin („Czerwony Chochlik”).

Odbył lot między innymi z generałem dywizji Clarkiem na pokładzie z Londynu na Gibraltar w ramach przygotowań do operacji Torch, czyli inwazji aliantów na Afrykę Północną. Kilka tygodni później z Tibbetsem na Gibraltar leciał dowódca sił alianckich generał broni Dwight Eisenhower.

Umiejętności Tibbetsa wysoko oceniał jego dowódca generał dywizji Jimmy Doolittle, który sam był legendą amerykańskiej armii. To właśnie Doolittle poprowadził zuchwały nalot na Tokio w 1942 roku – pierwszy amerykański atak na terytorium Japonii. O tej misji powstał później film fabularny Trzydzieści sekund nad Tokio, w którym Doolittle’a zagrał Spencer Tracy.

Gdy więc w lutym 1943 roku Tibbetsa wezwano do biura Doolittle’a, sądził, że zostanie mu zlecony transport kolejnego ważnego generała. Okazało się jednak, że chodzi o prośbę szefa sztabu sił powietrznych generała Henry’ego „Hapa” Arnolda.

– Generał Arnold chciałby, żeby mój najlepszy starszy oficer z największą liczbą wylatanych godzin na B-17 wrócił do Stanów Zjednoczonych – powiedział Doolittle. – Budują w tej chwili nowy samolot o nazwie B-29 i mają z nim dużo problemów. To będzie pańska maszyna18.

Miesiąc później Tibbets był już w USA i wykonywał loty próbne, współpracując z inżynierami z fabryki Boeinga. Odwiedzał też Alamogordo w Nowym Meksyku, aby pomagać pewnemu profesorowi w określeniu podatności B-29 na ataki myśliwców. Zadaniem Tibbetsa było przetestowanie teorii naukowca podczas symulowanych misji bojowych. Przydzielony do tych testów B-29 był w pełni uzbrojony i opancerzony, ale gdy pilot zgłosił się do pracy, dowiedział się, że maszyna nie będzie gotowa do lotu przez jeszcze co najmniej dziesięć dni, postanowił więc próbnie polatać minimalistyczną wersją bombowca bez broni i osłon. Zdumiały go łatwość prowadzenia lżejszego o ponad trzy tony samolotu oraz pułap, na jaki potrafił się on wzbić. Dobrze zapamiętał to doświadczenie.

W marcu 1944 roku armia USA otworzyła szkołę dla pilotów B-29 w Grand Island w stanie Nebraska. Szkoleniami zarządzał Tibbets, co było oczywistym wyborem, gdyż spędził on w kokpicie Superfortecy więcej czasu niż jakikolwiek inny pilot. Jego praca w Grand Island nie trwała jednak długo, gdyż we wrześniu wezwano go na tajne zebranie w siedzibie Drugiej Floty Powietrznej Armii USA w Colorado Springs.

Tibbets nie miał pojęcia, co będzie tam omawiane – nie wiedział nawet, kim będą pozostali uczestnicy. Uspokoiwszy nerwy, wszedł do sali konferencyjnej. W środku było już trzech ludzi: oficer wywiadu armii amerykańskiej pułkownik John Lansdale, specjalista od materiałów wybuchowych kapitan marynarki William „Deak” Parsons oraz fizyk z Harvardu profesor Norman Ramsey.

Lansdale powiedział, że chce zadać Tibbetsowi kilka pytań na temat jego kariery wojskowej. Rozmowa szybko zeszła jednak na tematy związane z życiem cywilnym. Niektóre pytania były bardzo osobiste. „To przesłuchanie” – pomyślał. W końcu Lansdale oznajmił, że ma jeszcze jedno pytanie.

– Czy był pan kiedykolwiek aresztowany? – zapytał19.

Tibbets wziął głęboki oddech.

– Tak – odpowiedział.

„Wścibski policjant z latarką” złapał go jako dziewiętnastoletniego studenta, gdy „uprawiał miłość” z dziewczyną na tylnym siedzeniu swojego samochodu w North Miami Beach na Florydzie.

– Zarzuty później wycofano – dodał.

Wszyscy w pokoju wiedzieli już o tym epizodzie, gdyż wnikliwie zbadali jego przeszłość. Chodziło tylko o to, czy Tibbets się przyzna. Gdy to zrobił, wiedzieli, że znaleźli odpowiedniego kandydata. Głos zabrał teraz dowódca Drugiej Floty Powietrznej generał Uzal G. Ent – i od razu przeszedł do sedna sprawy.

Ent opowiedział o projekcie Manhattan – planie stworzenia bomby tak potężnej, że eksplodowałaby z siłą „dwudziestu tysięcy ton konwencjonalnego materiału wybuchowego”. To właśnie Tibbetsowi powierzono opracowanie metody zrzucenia bomby atomowej na terytorium Niemiec bądź Japonii. Jego misja nosiła kryptonim Silverplate. Generał ostrzegł go przy tym, że jeżeli powie o tym komukolwiek, stanie przed sądem wojennym.

Zarazem obiecano mu, że dostanie wszystko – ludzi i zaopatrzenie, czegokolwiek sobie zażyczy. Jeżeli ktoś by odmówił, miał tylko powiedzieć, że żądanie jest związane z operacją Silverplate. Dostał czek in blanco.

Do celów programu szkoleniowego Tibbets wybrał lotnisko Wendover – położoną na odludziu bazę na granicy stanów Utah i Nevada. Nadszedł czas, by zebrać odpowiednich ludzi, którzy weszliby w skład nowej grupy. Tibbets sporządził listę wyróżniających się lotników, których pamiętał ze służby w Europie i Afryce Północnej albo spotkał podczas programu szkoleniowego B-29.

Na samym szczycie tej listy znaleźli się nawigator kapitan Theodore „Dutch” Van Kirk i bombardier major Thomas Ferebee – jego towarzysze z czasów Red Gremlina. Po służbie Van Kirk i Ferebee – obaj młodzi kawalerowie – namiętnie pili, uprawiali hazard i zabawiali się w Londynie. Tibbets przyłączał się do nich od czasu do czasu.

Ferebee przybył do Wendover jako pierwszy, a Van Kirk wkrótce po nim. Podczas misji za trafienie w cel odpowiedzialny był właśnie bombardier, a Tibbets nie znał nikogo, kto robiłby to lepiej niż Ferebee. Pochodzący z małego miasteczka w Karolinie Północnej Thomas Ferebee był wysokim i przystojnym mężczyzną – w czasach licealnych doskonałym baseballistą, którego na testy brała nawet drużyna Boston Red Sox.

Ze swoimi wąsami, wyraźnym południowym akcentem oraz zamiłowaniem do hazardu i kobiet przypominał Rhetta Butlera z Przeminęło z wiatrem.

Kapitan Theodore J. Van Kirk, pułkownik Paul Tibbets i major Thomas Ferebee stoją przed Red Gremlinem – bombowcem, którego używali podczas nalotów w EuropieNational Archives and Records Administration

W przeciwieństwie do Ferebee’ego chłopięco wyglądający Van Kirk właśnie się ustatkował, żeniąc się z dziewczyną z rodzinnego Northumberland w Pensylwanii. Dwudziestoczteroletni nawigator był nieco mniej rozrywkowy niż bombardier, ale w pracy obydwu cechował perfekcjonizm, podobnie jak ich dowódcę. Cała trójka pracowała teraz nad rozszerzeniem listy ludzi potrzebnych Tibbetsowi. Znalazł się na niej Jacob Beser – żylasty, niestroniący od sarkazmu młody Żyd z Baltimore, który studiował inżynierię na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa.

Beser z entuzjazmem skorzystał z okazji. Gdy Niemcy najechali na Polskę we wrześniu 1939 roku, rozpoczynając II wojnę światową, starał się przekonać rodziców, by pozwolili mu wstąpić do brytyjskich Królewskich Sił Powietrznych. Nienawidził nazistów i wiedział, że jego krewni we Francji oraz w Niemczech staną się naturalnym celem zaciekłego antysemityzmu Hitlera. Jego rodzice też czuli gniew, ale nalegali, by ukończył studia. Gdy jednak Japończycy zaatakowali Pearl Harbor, Beser miał dość. Następnego dnia zaciągnął się do Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych.

Przez kolejne trzy lata nie udało mu się jednak wziąć udziału w walce. Po podstawowym przeszkoleniu wysłano go na Uniwersytet Harvarda, gdzie miał zgłębiać technikę radarową. Ten nowy obszar wiedzy zyskiwał na znaczeniu, a on stał się jednym z najwyżej cenionych wojskowych specjalistów od radarów.

Beser nieustannie prosił o przeniesienie do jednostki bojowej, by mógł „pomścić krewnych w Europie”, ale jego podania odrzucano. Najwyraźniej jego przeznaczeniem było uczyć rekrutów o radarach. W chwili gdy Tibbets wybrał go do swojej drużyny, składał właśnie któryś z rzędu wniosek o przeniesienie.

Kolejnym członkiem zespołu Tibbetsa był tylny strzelec – sierżant sztabowy George „Bob” Caron. Gdy Caron dotarł do Wendover – pokrytej pustynnym pyłem mieściny jakieś dwieście kilometrów na zachód od Salt Lake City – miał na sobie zabrudzony mundur z rozpiętym kołnierzem, co stanowiło naruszenie zasad wojskowych. Był za to akurat strofowany przez żandarma, gdy usłyszał znajomy głos.

– Czy to ty, Bob20?

Odwróciwszy się, zobaczył Tibbetsa, który podał mu rękę. Caron szeroko się uśmiechnął, a żandarm dał mu spokój. Dowódca zabrał Carona do swojego biura i od razu przeszedł do rzeczy.

– Bob, potrzebuję kogoś, kto wie, co robi, i potrafi nauczyć tego innych. A na dodatek umie trzymać gębę na kłódkę – powiedział Tibbets21.

– Panie pułkowniku, nawet nie pisnę, że tu byłem – odrzekł Caron.

Następnym kandydatem był kapitan Robert A. Lewis – niezwykle pewny siebie lotnik rodem z Brooklynu. Tibbets poznał Lewisa podczas programu B-29, gdzie został jego mentorem. Jeżeli Tibbets był Joem DiMaggio pilotażu, Lewis był Tedem Williamsem*. Uważał, że to właśnie on jest najlepszym pilotem w całym wojsku, a wielu ludzi podzielało ten pogląd.

Tibbets ostatecznie zwerbował wystarczająco dużo lotników, by stworzyć kilkanaście załóg. Wśród wybrańców znaleźli się najlepsi w całej armii amerykańskiej piloci, nawigatorzy i mechanicy pokładowi. Dla dowódcy najważniejsze były lojalność i umiejętność dochowania tajemnicy. U podwładnych tolerował skłonność do imprezowania, dopóki miał pewność, że nie powiedzą nikomu, czym się zajmują.

Wszystko to podsumował na pierwszej odprawie 509. Grupy Operacyjnej we wrześniu 1944 roku: „Nie rozmawiacie z nikim o tym, gdzie jesteście, kim jesteście i co robicie. Z żoną, matką, siostrą, dziewczyną ani kimkolwiek innym”22.

Jak poważnie traktuje te wytyczne, pokazał, przenosząc w trybie natychmiastowym paru żołnierzy, którzy nie potrafili utrzymać języka na wodzy, do bazy lotniczej na Alasce.

Załogi Tibbetsa całymi miesiącami uczyły się, omawiały różne zagadnienia i ćwiczyły swoje umiejętności. Jego ludzie ciężko pracowali, ale też hucznie się bawili, starając się czymś wypełnić sobie czas długiego oczekiwania na rozlokowanie. Nadeszła wiosna i wszyscy w Wendover zaczynali się niecierpliwić. Była już najwyższa pora, żeby się stamtąd ruszyć.

Tymczasem dowódcy byli zajęci szykowaniem nowej bazy dla 509. Grupy – miała się ona znaleźć na wysepce Tinian na Pacyfiku, której znaczenie strategiczne wynikało z położenia 2600 kilometrów na południe od Tokio. Zdobyta przez wojsko amerykańskie w lipcu 1944 roku Tinian stała się kluczową bazą lotniczą – była łatwa do zaopatrywania drogą morską i stanowiła doskonały punkt startowy dla B-29 dokonujących nalotów na japońskie miasta.

Tibbets miał dość czekania. Podniósł słuchawkę i poprosił o połączenie z dowództwem Sił Powietrznych w Waszyngtonie. Powołał się na operację Silverplate i powiedział, że 509. Grupa jest gotowa. W ten sposób machina ruszyła. Tibbets wiedział, że dotarcie na Tinian zajmie wszystkim kilka tygodni.

Ich podróż na zachód zaczęła się 26 kwietnia, kiedy wsiedli do pociągu kolei Western Pacific, który miał ich zabrać do Seattle, gdzie większość personelu naziemnego zaokrętowałaby się na statek wypływający do Tinian. Załogi B-29 miały wylecieć później.

Tibbets zaczął wprowadzać plan w życie. Wkrótce w jego gabinecie zadzwonił telefon. Asystent generała Grovesa oświadczył, że pułkownik ma pilnie przybyć do Waszyngtonu na spotkanie. Asystent powiedział, że generał jest niezadowolony, ale nie chciał zdradzić nic więcej. Tibbets udał się zatem do stolicy.

Ledwie zdążył przekroczyć drzwi gabinetu, gdy Groves zaczął na niego wrzeszczeć. Za kogo właściwie Tibbets się uważa, wysyłając 509. Grupę za morze? Całym projektem zarządza przecież on, Groves – czy nie powiedziano tego jasno? Takie zachowanie oznaczało niesubordynację.

Podczas gdy Groves mu wymyślał w grubych słowach, pułkownik milczał. Wiedział, że generał chce mu w ten sposób pokazać, gdzie jego miejsce. Obowiązkiem Tibbetsa było uzgodnić te przenosiny. Na koniec Groves zaskoczył jednak podwładnego, szeroko się uśmiechając i klepiąc go w ramię.

– Cholera, puściłeś wszystko w ruch – powiedział. – Teraz już nas nie powstrzymają23.

Tibbets miał nadzieję, że generał się nie myli. Miał dość czekania, podczas gdy wszyscy inni walczyli.

16 „Airport Journals”, wywiad z Paulem Tibbetsem z 2002 roku.

17 Tamże.

18 Tamże.

19 P.W. Tibbets, Return of the Enola Gay, Columbus 1998, s. 159.

20 G.R. Caron, Fire of a Thousand Suns: The George R. “Bob” Caron Story – Tail Gunner of the Enola Gay, Westminster 1995, s. 151.

21 G. Thomas, M.M. Witts, Enola Gay: The Bombing of Hiroshima, Old Saybrook 1977, s. 27.

22 Atomic Heritage Foundation (Fundacja Dziedzictwa Atomowego), wywiad z Jackiem Widowskym z 2016 roku.

23 P.W. Tibbets, dz. cyt., s. 186.

* Chodzi o dwóch słynnych amerykańskich baseballistów, którzy rywalizowali ze sobą w latach 40. XX wieku (przyp. tłum.).

ODLICZANIE: 104 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 103 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 90 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 70 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 68 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 66 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 53 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 49 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 36 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 35 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 34 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 21 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 20 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 19 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 18 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 17 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 16 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 13 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 12 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 11 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 8 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 6 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 5 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 4 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 3 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 2 DNI

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 1 DZIEŃ

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: 9 GODZIN I 15 MINUT

Dostępne w wersji pełnej

ODLICZANIE: BURZA OGNIOWA

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

POSTSCRIPTUM

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

BIBLIOGRAFIA

Dostępne w wersji pełnej

O AUTORACH

Dostępne w wersji pełnej

INDEKS

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginałuCountdown 1945

Copyright © 2020 by Chris Wallace. Published by agreement with Folio Literary Management, LLC and GRAAL Literary Agency

Okładka Marcin Słociński

Projekt graficzny serii Witold Siemaszkiewicz

Fotografie wykorzystane na pierwszej stronie okładki Shutterstock (samolot) Domena publiczna

Opieka redakcyjna Robert Medina Daniel Natkaniec

Adiustacja Aneta Tkaczyk / Wydawnictwo JAK

Korekta Anna Sidorek / Wydawnictwo JAK Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK

Indeks Aneta Tkaczyk / Wydawnictwo JAK

© Copyright for the translation by SIW Znak sp. z o.o. 2021

ISBN 978-83-240-8048-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Anna Jakubowska