Hazard i dwa serca - Barbara Cartland - ebook

Hazard i dwa serca ebook

Barbara Cartland

3,4

Opis

Quintus Tiverton po długiej podróży szuka noclegu w taniej zagrodzie. Niestety wszystkie pokoje są zajęte. Właściciel w końcu proponuje jednak młodemu, angielskiemu arystokracie strych. Quintus pomimo tego, że jest bardzo przystojnym, uwodzicielskim i zamożnym dżentelmenem, zmęczony podróżą godzi się na nocleg na strychu. Kiedy udał się na miejsce spoczynku, zaczęły go niepokoić głosy dochodzące z pokoju za ścianą. Były to głosy dwóch kobiet jeden z nich był surowy i ostry, a drugi litościwie prosił o zaprzestanie bicia i obiecywała posłuszeństwo. Gdy nastała cisza arystokrata postanowił iść sprawdzić, co się wydarzyło. W pokoju obok spotkał młodą, bezbronną dziewczynę, która też była Angielką. Nazywała się Selina i pomimo tego, że początkowo nie chciała zwierzać się ze swoich kłopotów, w końcu postanowiła opowiedzieć swoją smutną i pełna tragizmu historie. Osierocona, zmanipulowana przez podstępną kobietę, która wykorzystała ją do zarobku, zmuszona do dramatycznych kroków dziewczyna znajduje się potrzasku. Czy Quintus jej pomoże? Czy uda jej się uciec od swojej oprawczyni? Czy uniknie kary za popełnione wcześniej przewinienia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 219

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (9 ocen)
3
2
1
2
1

Popularność



Podobne


Barbara Cartland

Hazard i dwa serca

Saga

Hazard i dwa sercaTytuł oryginału: Gamble with HeartsPrzełożyła: Elżbieta Dagny RyńskaCover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen ([email protected]rthehearts.net), with Reserved Font Name ‘Playfair’Copyright © 1975, 2019 Barbara Cartland i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788711771051

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Od autorki

Baden-Baden, „Perła Schwarzwaldu”, w latach sześćdziesiątych XIX wieku była letnią stolicą Europy. Goście tego wspaniałego miasta zostali opisani zgodnie z rzeczywistością.

„Madame Maximum” — Léonide Leblanc — rzeczywiście przebywała w Baden-Baden wraz z Jego Wysokością księciem d’Aumale; dwukrotnie w kasynie rozbiła bank.

W 1868 roku Caroline Letessier została zmuszona do opuszczenia Sankt Petersburga. Wielki Książę wyjechał wraz z nią. Zamieszkali we wspaniałej willi w pobliżu Lichtenthal Strasse.

Incydent w kasynie z Hortense Schneider jest autentyczny.

Kiedy Léonide Leblanc zmarła na raka w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, Dumas syn powiedział żartobliwie: „Będzie miała pogrzeb godny narodowego bohatera, a kondukt żałobny poprowadzi książę d’Aumale”.

Caroline Letessier straciła całą swą ogromną fortunę, zmarła w zupełnej nędzy i zapomnieniu.

ROZDZIAŁ 1

Rok 1868

Strugi deszczu lały się z nieba, a od gór wiał przenikliwy zimny wiatr, gdy na dziedzińcu zajazdu pocztowego pojawił się jeździec.

Jasno oświetlone okna i dobiegające z wewnątrz gwar i śmiechy były dla niego odmianą po długiej podróży, przykrej nie tylko z powodu błotnistej i wyboistej drogi.

Mężczyzna zeskoczył z siodła, zaczekał, aż podjedzie bliżej jego służący, podał mu wodze i wszedł do zajazdu.

Ze zdziwieniem stwierdził, że w rozległej, niskiej sali zgromadziło się wiele osób. Wszyscy siedzieli przy kamiennym kominku pijąc i paląc.

Podszedł do właściciela zajazdu, który rozlewał właśnie piwo do cynowych dzbanów, i powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu:

— Chcę wynająć dwa pokoje na noc, dla siebie i dla mego służącego.

— To niemożliwe, mein Herr — odpowiedział właściciel nawet na niego nie patrząc.

Potem, jak gdyby pod wpływem przymusu, spojrzał w górę i oceniając wygląd podróżnego dodał już zupełnie innym tonem:

— Proszę mi wybaczyć, mein Herr, ale niestety nie mogę służyć panu noclegiem. I tak mam już więcej gości, niż jestem w stanie przyjąć.

Mężczyzna rozejrzał się wokoło.

— Skąd się oni wszyscy tu wzięli? — zapytał.

Dobrze wiedział, że był to jeden z mniejszych zajazdów pocztowych, nie oczekiwał więc, iż spotka tutaj eleganckie damy w jedwabnych toaletach i bogatych futrach oraz dżentelmenów ubranych w modne, obcisłe surduty i podbite gronostajami płaszcze.

— Lawina kamieni zasypała tory kolejowe, mein Herr. Wszyscy pasażerowie są w drodze do Baden-Baden i woleli znaleźć schronienie w moim zajeździe, niż spędzić całą noc w wagonie kolejowym.

— Mam nadzieję, że mimo to dostanę coś do zjedzenia? — zapytał podróżny.

— Oczywiście, mein Herr, z przyjemnością pana obsłużę. Proszę mi wybaczyć, że nie mogę zaproponować pokoju.

W tej chwili do właściciela podeszła tęga kobieta w czepku i białym fartuchu i szepnęła mu coś do ucha.

Właściciel zawahał się przez chwilę, a potem powiedział:

— Nie mam dosłownie śmiałości tego zaproponować, mein Herr, ale moja żona mówi, że nadal mamy wolny strych. Zazwyczaj sypia tam służba, ale przynajmniej mógłby się pan położyć. Byłoby to wygodniejsze od spędzenia nocy na krześle.

— W porządku! — rzekł krótko nieznajomy. — Czy ktoś może mnie teraz obsłużyć w jadalni? Chciałbym zamówić trochę wina.

Odwrócił się i poszedł w kierunku sali jadalnej. Żona właściciela zajazdu popatrzyła za nim z podziwem.

Bez wątpienia był nie tylko przystojny, ale miał także pańską postawę, a eleganckie ubranie nosił z niedbałością świadczącą o tym, że był Anglikiem. Podobnie jak jej mąż, zauważyła złoty sygnet na palcu przybysza i szpilkę z perłą wpiętą w krawat. Jednak nie tylko to było przyczyną, że patrzyła za nim aż do chwili, gdy zniknął jej z oczu. Mężczyzna ten miał w sobie coś jeszcze — coś, co powodowało, że także i inne kobiety oglądały się za nim.

O tak późnej godzinie sala jadalna były prawie pusta, tylko dwóch starszych mężczyzn siedziało leniwie przy butelce porto.

Nowo przybyły usiadł za stołem w pobliżu kominka. Kiedy podszedł do niego kelner, przejrzał dokładnie menu. Dania, które wybrał, świadczyły o znajomości dobrej kuchni; kelner zaczął patrzeć na niego z większym szacunkiem niż na większość podróżnych.

Po krótkim oczekiwaniu otrzymał wspaniale doprawiony dziki drób, soczyste prosię, polędwicę marynowaną w winie, tacę z wyborem ciast oraz paterę aromatycznie pachnących owoców.

Wino nie było może wyborne, ale nadawało się do wypicia; kiedy najadł się do syta — a był to jego pierwszy posiłek tego dnia — oparł się wygodnie na swoim krześle i powoli zaczął sączyć porto.

Było mu ciepło, nie był już głodny. Wiedział, że zaśnie natychmiast, bez względu na to, jakie posłanie znajdzie na wynajętym strychu.

Jadalnia była teraz całkiem pusta; w sali obok panowała prawie zupełna cisza.

Większość kobiet poszła na górę wypocząć, a mężczyźni siedzieli wokół kominka paląc cygara i trochę podsypiając.

Dżentelmen rozejrzał się za właścicielem i odnalazł go za barem, podliczającego, ile wypito trunków.

— Czy mój pokój jest już gotowy? — zapytał.

— Służący zaniósł tam pańskie rzeczy, mein Herr, a ja mogę jedynie jeszcze raz przeprosić, że nie dysponuję miejscem bardziej odpowiednim na pański spoczynek.

— Myślę, że nie będzie aż tak źle — powiedział uśmiechając się nieznajomy.

— Pokój jest na strychu, pierwsze drzwi na samej górze.

— Trafię — odpowiedział dżentelmen i wolno zaczął wchodzić po kręconych, dębowych schodach. Strych był tak niski, że musiał schylić głowę.

Doskonale wiedział, że poddasza w takich zajazdach były gorące w lecie i lodowate w zimie. Odetchnął z ulgą, kiedy stwierdził po otwarciu drzwi, że jego służący napalił w kominku. Palenisko trochę dymiło, co nie było wielką niespodzianką. Kominek z pewnością nie był zbyt często używany przez podróżnych, których stać było jedynie na tak skromny nocleg. Pokój był mały. Znajdowało się w nim jedno krzesło i stojące pod ścianą łóżko.

Ten wielki mebel z pewnością dobre dni miał już za sobą, prawdopodobnie został przeniesiony jakiś czas temu z pokoju na piętrze. Było to ogromne skrzyniowe łoże, ulubiony mebel niemieckich Hausfrau; osłaniające je kotary były przetarte i pełne dziur.

Podróżny zauważył jednak natychmiast, że sztywne płócienne prześcieradło i poszwy są czyste, był także pewien, że materac jest wypchany gęsim puchem, a dzięki temu ogromnie wygodny.

Zapalił w kominku drzazgę, a od niej świecę. W tej samej chwili usłyszał krzyk.

Krzyk dobiegał z pokoju obok. Mężczyzna zamarł bez ruchu. Wołanie się ponowiło.

Ponieważ głosy były przytłumione, podszedł do ściany chcąc się zorientować, co się za nią dzieje. Ku swemu zdumieniu usłyszał mówiącą po angielsku kobietę:

— Nie... nie... proszę nie... proszę już nie bić... przepraszam... naprawdę przepraszam... nie... chciałam tego...

— Chciałaś czy też nie, wiesz, co zrobiłaś. Dopilnuję, żeby to się więcej nie powtórzyło — odpowiedział pełen okrucieństwa drugi kobiecy głos.

W ciszy rozległ się świst bata, każde uderzenie wywoływało kolejny okrzyk bólu. Ponownie dał się słyszeć błagający głos:

— P-proszę... błagam... nie mogłam... się powstrzymać...

Bat uderzał raz za razem. Krzyki coraz bardziej słabły.

— Niech to będzie dla ciebie nauczką — powiedział ostry kobiecy głos. — Nauczką, której łatwo nie zapomnisz. Kiedy dojedziemy do Baden-Baden, będziesz robiła wszystko, co ci każę, w innym wypadku oddam cię w ręce policji, a oni wyślą cię z powrotem do Paryża, gdzie czeka gilotyna. Zrozumiałaś?

Nie było żadnej odpowiedzi. Kobieta jadowitym tonem ciągnęła dalej:

— Będziesz mnie słuchała i robiła, co nakażę! W innym przypadku baty, jakie dzisiaj dostałaś, będą niczym w porównaniu z tym, co cię czeka. Pomyśl o tym, Selino, dobrze to sobie przemyśl.

Za ścianą rozległ się odgłos kroków, następnie drzwi pokoju obok zatrzasnęły się z hukiem. Podróżny usłyszał stukot obcasów — ktoś zszedł schodami na dół.

Miał właśnie zamiar wrócić do kominka i ogrzać się przy ogniu, kiedy do jego uszu dobiegł gwałtowny szloch. Za ścianą płakała istota będąca chyba już u kresu swej wytrzymałości. Mężczyzna posłuchał przez chwilę, a potem zdecydowanie skierował się w przeciwległy róg pokoju.

— To nie moja sprawa — głośno powiedział do siebie.

Nie mógł jednak uciec od dobiegającego zza ściany łkania, słyszał je nadal i wiedział, że dopóki nie umilknie, nie będzie potrafił zasnąć.

Przez chwilę wydawało się, że walczy ze sobą. Potem wziął stojącą na gzymsie kominka świecę i wyszedł na zewnątrz.

Zrobił kilka kroków i podszedł do drzwi prowadzących do pokoju obok.

Zobaczył, że w zamku tkwi klucz. Zorientował się, iż nieznajoma kobieta, zanim zeszła na dół, zamknęła drzwi z zewnątrz. Biedna istota, której płacz tak go poruszył, była uwięziona. Ponownie zawahał się, a potem lekko zapukał.

Płacz nagle umilkł. Zapukał znowu. Nie było żadnej odpowiedzi. Po chwili przekręcił klucz i wszedł do środka.

Pokój był prawie dokładnie taki sam jak ten, który sam zajmował. Na małym stoliku obok łóżka stała zapalona świeca. Mężczyzna zatrzymał się w drzwiach i zobaczył leżącą, bezwładnie na łóżku postać.

W pierwszej chwili wydawało mu się, że jest to dziecko. Kiedy jednak nieszczęśliwa istota podniosła głowę, zobaczył przed sobą ogromne, wypełnione łzami oczy i maleńką, o kształcie serca twarzyczkę młodej dziewczyny. Po bladych policzkach spływały rzęsiste łzy, a na ramiona miękko opadały jasne włosy.

— Czego... p-pan... chce? — W jej głosie słychać było przerażenie.

— Proszę się nie bać — powiedział łagodnie mężczyzna. — Przyszedłem tylko po to, żeby zobaczyć, czy nie mógłbym pomóc.

Dziewczyna zaszłochała i wybuehnęła jeszcze gwałtowniejszym płaczem.

— Nikt... nie może... mi pomóc — zatkała.

— Jest pani tego pewna?

— C-całkowicie... — odpowiedziała starając się powstrzymać szloch.

Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę, a potem powiedział:

— Oboje jesteśmy Anglikami i znajdujemy się w obcym kraju, myślę więc, że moglibyśmy porozmawiać o pani kłopotach.

Wydawało mu się, że jej twarz rozjaśniła się nadzieją.

— Jest pan... bardzo dobry... ale mnie... mnie nie można... pomóc... To po prostu... niemożliwe!

— Odczuwam dziwną niechęć — uśmiechnął się — kiedy słyszę, że jakiś problem jest niemożliwy do rozwiązania. Zawsze wierzyłem, że można poradzić sobie z największymi nawet przeciwnościami. Należy tylko odpowiednio do nich podejść.

Dziewczyna wpatrywała się w jego twarz. Czuł, że nie jest pewna, czy może mu zaufać.

— Przyrzekam — powiedział cicho — że jeśli pragnie pani pozostać sama, spełnię to życzenie. Ale jeżeli będzie pani nadal tak rozdzierająco płakała, nie będę mógł zasnąć w moim pokoju za ścianą.

— Słyszał pan... wszystko... co się tutaj działo? — zapytała cicho dziewczyna.

— Tak — przyznał.

— Nie ma powodu... dla którego mogłabym... pana obarczać... mymi problemami.

— Tak jak przed chwilą powiedziałem, pochodzimy z jednego kraju, a poza tym jestem ogromnie ciekawy, dlaczego została pani potraktowana w tak brutalny sposób.

Spojrzał na nią przenikliwie. Dziewczyna zasłoniła się wstydliwie ramionami. Miała na sobie tylko cienką, płócienną, zapinaną na guziki koszulę z długimi rękawami. W świetle świec z łatwością można było na jej plecach zobaczyć krwawiące rany od bata.

— Odwrócę się, a ty schowaj się pod kołdrę — mówił spokojnym, rzeczowym tonem. — Będzie ci cieplej. Potem opowiesz mi, za jakie przewinienie otrzymałaś tak straszliwą karę.

Przeszedł przez pokój i postawił świecę, którą trzymał w ręku, na wąskim gzymsie pustego kominka. Okna były zasłonięte okiennicami, ale w środku panował taki ziąb, że z tęsknotą pomyślał o swym pokoju, gdzie wesoło płonął ogień. Za plecami usłyszał cichy szelest i po chwili słowa wypowiedziane na wpół jeszcze przerażonym głosem:

— Już... jestem w łóżku...

Odwrócił się. Dziewczyna siedziała w pościeli tuląc do piersi koc. Okalające jej twarz, spadające na ramiona jasne włosy upodabniały ją do postaci z bajki.

Mężczyzna rozejrzał się, czy może na czymś usiąść. Jedyne znajdujące się w pokoju krzesło było zajęte przez ubranie dziewczyny, podszedł więc do łóżka i usiadł na jego brzegu jak najdalej od przerażonej istoty.

— Powiedz mi teraz, skąd się tutaj wzięłaś? — zapytał.

Popatrzył na nią i pomyślał, że nawet zapłakana wyglądała prześlicznie. Właściwie od dawna nie widział kogoś równie pięknego. Miała prawie przezroczystą, jasną skórę, jej oczy były ciemnobłękitne niczym Morze Śródziemne albo jak kwiaty goryczki, które czasem można znaleźć na górskim stoku; miała mały, prosty nosek, a drgające jeszcze od płaczu usta były wspaniałe.

— Kim jesteś? zapytał.

— Nazywam się... Selina Wadę.

— A ja — Quintus Tiverton. Zostaliśmy więc sobie przedstawieni — powiedział z uśmiechem, któremu nie mogły się oprzeć kobiety już wówczas, gdy był w kołysce.

— Czy naprawdę... chce pan... żebym opowiedziała... o sobie? — spytała z wahaniem Selina.

— Nawet nalegam. W innym przypadku nie zasnę przez całą noc zadręczając się podejrzeniami, co było przyczyną tego wszystkiego.

— Prawda... może okazać się... zbyt szokująca...

W kącikach ust mężczyzny zaigrał na chwilę uśmiech.

— Mogę panią zapewnić, miss Wadę, że jeszcze nic mnie nigdy nie zaszokowało.

Selina westchnęła cicho i opadła na poduszki. Ten nieprzemyślany ruch spowodował, że krzyknęła z bólu i gwałtownie usiadła wyprostowana.

— Jak ktoś mógł odważyć się tak panią potraktować? — ostro zapytał Quintus Tiverton.

— To... chyba była moja... wina — odpowiedziała. — Ale... nic innego... nie mogłam zrobić... Naprawdę!

— Wierzę pani — uśmiechnął się znowu. — Ale najpierw muszę poznać całą prawdę.

Drżąca do tej pory dziewczyna powoli zaczynała się uspokajać.

— To wszystko... było takie... oszałamiające. Pani Devilin zapytała, czy nie pojechałabym z nią... do Francji. Myślałam wówczas... że będzie to coś wspaniałego... przygoda, ale wszystko... co się zdarzyło, było... przerażające!

— Kim jest pani Devilin? — próbował dowiedzieć się Quintus Tiverton.

— Spotkałam ją w kantorze najmu służby — powiedziała Selina.

— Proszę zacząć od początku. Kim są pani rodzice i gdzie pani mieszka?

— Moi rodzice nie żyją — rozpoczęła opowiadanie Selina.— Mieszkaliśmy w Little Cobham w hrabstwie Surrey.

— Znam tę miejscowość — rzekł Quintus Tiverton. — Kim był pani ojciec?

— Miał niewielki majątek. Kupił go po odejściu z czynnej służby wojskowej. Był pułkownikiem w jedenastym pułku huzarów.

Mężczyzna słuchał uważnie. Po chwili milczenia dziewczyna zaczęła mówić dalej:

— Wojsko płaciło mu pensję; mama miała własny niewielki majątek. Kiedy ojciec umarł i zawieszono rentę, okazało się, że po mamie także nie zostało już pieniędzy... Nic mi nie pozostało.

— Ale przecież dom należał do rodziny?

— Tak myślałam, lecz okazało się, że był oddany w zastaw hipoteczny. — Selina westchnęła cicho. — Zawsze wyobrażałam sobie, że po śmierci papy nadal będę mieszkała w rodzinnym domu. Mogłabym przyjąć jakąś godną zaufania kobietę i mieszkać razem z nią... wówczas dowiedziałam się, że dom już do mnie nie należy.

Mówiła z patosem, jak małe, zagubione dziecko. Po długiej chwili milczenia Quintus zdecydował się zapytać:

— Co stało się potem?

— Mój wuj powiedział, że mogę u niego zamieszkać, ale tak naprawdę wcale tego nie pragnął, Jest proboszczem i posiada tylko niewielką pensję. Nie wiedzie mu się najlepiej. — Przerwała i zamyśliła się smutno. — Kiedy mu zaproponowałam, że poszukam pracy, wydawał się z tego bardzo zadowolony. Tak więc pojechałam do Londynu.

— Sama? — spytał Tiverton.

— Nikt nie mógł ze mną pojechać — odpowiedziała Selina. — Wuj Bartram był zbyt zajęty, żeby poświęcić mi trochę czasu.

— Rozumiem. Co było dalej?

— Wiedziałam oczywiście, że muszę iść do kantoru najmu służby. Myślałam, że pomogą mi w znalezieniu pracy. Niestety... nie jestem zbyt... utalentowana...

Patrząc na jej twarz i wpatrzone w niego ogromne oczy, Quintus Tiverton pomyślał, że mając tak wielką urodę nie trzeba mieć wielu talentów. Nic jednak nie powiedział, chcąc usłyszeć dalszy ciąg.

— Właśnie zaczęłam wyjaśniać sekretarzowi biura, o co mi chodzi, kiedy podeszła do nas starsza kobieta i powiedziała: „Wydaje mi się, że pani Devilin będzie chciała zobaczyć tę młodą kobietę.” Sekretarz biura zapytał: „Nie jest więc zainteresowaną Betty Sheffield?” „Nie — odpowiedziała ta kobieta. — Nie jest wystarczająco ładna.”

To, co usłyszałam, brzmiało bardzo dziwnie. Zanim zdołałam o cokolwiek zapytać, zaprowadzono mnie do małego pokoju, w którym — jak się domyśliłam — przeprowadzano rozmowy poprzedzające zatrudnienie. — Selina westchnęła głęboko. — Siedziała tam najbardziej elegancka kobieta, jaką kiedykolwiek widziałam.

Quintus Tiverton przyglądał się dziewczynie z uwagą. W miarę rozwoju wydarzeń, słuchając jej drżącego i melodyjnego głosu, coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Lepiej od Seliny zrozumiał znaczenie ukryte w usłyszanej rozmowie. Jak łatwo można było okłamać niewinną dziewczynę ze wsi, oczarować ją elegancją i szykiem. Nie potrafiła odmówić tak wytwornej kobiecie.

Pani Devilin, w swej szeleszczącej jedwabnej sukni, eleganckiej taftowej pelisie i ozdobionym długimi piórami kapeluszu, wydała się Selinie istotą z innego świata. Do tej pory dziewczyna żyła spokojnie w cichym Little Cobham. Wprawdzie od. czasu do czasu widywała zamieszkałe w okolicy bogate damy, które przyjeżdżały do jej matki lub wizytowały odbywające się bale i coroczne przyjęcia u burmistrza, ale pani Devilin była o wiele bardziej elegancka od każdej z nich.

Później dowiedziała się, że był to tak zwany szyk paryski; podczas pierwszego spotkania potrafiła jedynie podziwiać wytworną kobietę, która przyglądała jej się uważnie. Selina czuła się trochę zakłopotana ostrym tonem, jakim dama zadawała jej pytania, oraz taksującym, przeszywającym ją na wskroś spojrzeniem ciemnych oczu.

— Potrzebna jest mi towarzyszka dla mojej siostrzenicy, mieszkającej ze mną w Paryżu — mówiła pani Devilin. — Nie znoszę mieć przy sobie brzydkich, niezgrabnych kobiet. Chcę zatrudnić kogoś, kto jest wykształcony, kto będzie umiał być miły dla ważnych osobistości, jakie bywają w moim domu, i kto ma przynajmniej trochę światowych manier, niezbędnych każdej młodej modnej pannie.

— Nie jestem... pewna... czy rozumiem, o co pani... chodzi...—wykrztusiła zmieszana Selina.

— Będziesz musiała tańczyć, zachowywać się uprzejmie, prowadzić konwersację na różne tematy, ale przede wszystkim musisz umieć słuchać.

— Myślę, że to potrafię — powiedziała Selina.

— Rzeczywiście wyglądasz odpowiednio — stwierdziła dama oschłym tonem. — Jednak twoje ubranie woła o pomstę do nieba.

— O ile wiem, proszę pani, ta młoda kobieta przyjechała właśnie ze wsi — wtrąciła pracownica biura.

Dama spojrzała na nią ze zniecierpliwieniem.

— Pani Hunt, chciałabym sama przeprowadzić tę rozmowę.

— Oczywiście, proszę pani, całkowicie to rozumiem. — Pani Hunt dygnęła i wyszła z pokoju, pozostawiając zdenerwowaną Selinę stojącą przed wytworną pracodawczynią.

— Możesz usiąść — zwróciła się pani Devilin do dziewczyny. — A teraz odpowiedz dokładnie i zgodnie z prawdą na moje pytania.

— Będę się starała — powiedziała cicho Selina.

— Jesteś sierotą?

— Tak, proszę pani.

— Czy masz jakąś rodzinę?

Selina zastanawiała się, dlaczego to jest takie ważne dla tej eleganckiej damy, że ma wuja, u którego może mieszkać aż do chwili rozpoczęcia pracy, a także nieznanego kuzyna w Szkocji i kuzynkę w Komwalii — tak starą, że nawet pisanie do niej listów nie miało najmniejszego sensu.

— Jesteś przygotowana na wyjazd do Francji? — pytała dalej pani Devilin.

— Chciałabym podróżować — wyznała Selina szczerze. — I zawsze marzyłam, by zobaczyć Francję oraz Włochy.

— Mieszkam w Paryżu. Czy możesz wyjechać ze mną już jutro?

— Nie ma powodu, dla którego miałąbym odmówić.

— Wuj nie sprzeciwi się twojemu wyjazdowi?

— Ależ skąd! Będzie zadowolony, że znalazłam sobie pracę, nawet jeżeli się wiąże z wyjazdem do innego kraju.

— Dobrze więc. Spotkamy się w hotelu Szeryf jutro rano o dziewiątej trzydzieści. Przynieś ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. W Paryżu będę cię. musiała ubrać. Gdybyś pokazała się w tym, co masz na sobie obecnie, wszyscy wyśmialiby cię.

Podniecona rozmową Selina wróciła do wuja i powiedziała, że przestanie być dla niego ciężarem.

— Paryż?— Wuj się zastanowił. — Z tego, co wiem, Paryż, nie jest odpowiednim miejscem dla młodej, samotnej. dziewczyny.

— Nie wydaje mi się, wuju Bartramie, żęby siostrzenica pani Devilin udawała się gdziekolwiek bez opieki — odpowiedziała Selina. — Pani Devilin wygląda na osobę comme il faut.

— Mam nadzieję, że to prawda. — Wuj wciąż był pełen wątpliwości. — Czy jesteś pewna, że powinnaś przyjąć pierwszą propozycję, jaką ci przedstawiono? Przecież wkrótce mogłabyś otrzymać lepszą, bardziej ci odpowiadającą.

— Ta właśnie bardzo mi odpowiada, wuju Bartramie. Wiesz, jak wiele papa opowiadał mi o swoich podróżach, o krajach, które zwiedził, gdy służył w wojsku. Cudownie się złożyło, że ja też będę mogła zobaczyć trochę świata.

— Chyba rzeczywiście wszystko jest w porządku — zgodził się wuj niechętnie. — Może powinniśmy jednak dowiedzieć się czegoś więcej o tej pani Devilin. Mówisz. że pracownice biura ją znały?

— Owszem, tak. Kiedy zawołała panią Hunt i powiedziała, że chce mnie zatrudnić, pani Hunt zapytała: „Mam nadzieję, że inne młode dziewczyny, które zostały przez nas polecone, były odpowiednie.” „Aż za bardzo! — Pani Deviłin się roześmiała. — Były tak atrakcyjne i miłe, że obie zdążyły już wyjść za mąż. Jedna za bardzo bogatego człowieka, druga za szlachcica!” „To wspaniale!” — wykrzyknęła pani Hunt. „Ale jedynie dla nich, dla mnie wiązało się to tylko z niewygodami! — powiedziała pani Devilin. — Właśnie dlatego ponownie was odwiedziłam. Muszę przyznać, że jestem ogromnie zadowolona z waszych usług.” „Staramy się zasłużyć na dobrą opinię. — Pani Hunt była wyraźnie dumna. — Nasz kantor jest jednym z największych w Londynie. A nasi klienci są ogromnie dystyngowani. Często wspominam mojej asystentce, że lista ich nazwisk przypomina stronicę z Debretta1.”

Opowiedziawszy całą historię Sełina czekała na reakcję wuja.

— To rzeczywiście brzmi zachęcająco, moje dziecko — powiedział w końcu, jednak w jego głosie nadal brzmiała nuta powątpiewania. Sełina wiedziała, że martwi go jej wyjazd do Paryża. Dla niej samej podróż była tylko podniecającą przygodą.

Spakowała mały skórzany kuferek i położyła się spać. Nie mogła jednak zasnąć, tej nocy, przez cały czas rozmyślała. Na zmianę dziękowała Bogu za opiekę nad sobą i wyobrażała sobie, jak wygląda Paryż.

Razem z panią Devilin pojechały pociągiem do Dover, przepłynęły promem kanał La Manche i ponownie wsiadły do pociągu jadącego bezpośrednio do Paryża. Była to długa i męcząca podróż. Jechały drugą, klasą, która wydawała się Selinie bardzo luksusowa.

Od razu po przyjeździe do Paryża została zaskoczona wiadomością, że siostrzenicy pani Devilin nie było w domu.

Budynek, w którym zamieszkała, był długi, wąski i szary. Stał w modnej — jak się później dowiedziała — dzielnicy Paryża, w pobliżu Rue de Saint-Honorè. Na początku myślała, że należał do pani Deviłin, ale z uwag zasłyszanych od służby zrozumiała, że był tylko wynajęty, a pani Devilin zobaczyła go po raz pierwszy dopiero po powrocie z Anglii.

Wszystkiego dopilnował mąż pani Devilin, pan d’Arcy. Był to mężczyzna w średnim wieku, ubrany pretensjonalnie. Patrzył na Selmę w taki sposób, że dziewczyna zaczęła unikać jego towarzystwa. Kiedy spotkali się po raz pierwszy, obejrzał ją dokładnie, szacując jak gdyby była klaczą zakupioną do jego stajni.

— Moje gratulacje, Célestine. Sam bym lepiej nie wybrał! — powiedział.

— Wiedziałam, że będziesz zadowolony — odrzekła pani Devilin. — Powiadomiłeś go o naszym przyjeździe?

— Czeka niecierpliwie. Będzie jednak musiał się jeszcze trochę powstrzymać, musimy najpierw ubrać to dziecko.

— Doskonałe zdaję sobie z tego sprawę — stwierdziła pani Deyilin. — Powiedz krawcowej, żeby przyszła wcześnie rano i przyniosła ze sobą wszystko, czym dysponuje. Orientuje się, czego od niej oczekujemy.

— Tak, oczywiście — przyświadczył d’Arcy Devilin.

Sełina nie mogła zrozumieć, o czym właściwie rozmawiali. Opiekunka pokazała jej pokój, a jeden ze służących — o nader swobodnych manierach — wniósł na górę kuferek.

Dziewczynę zdziwiło, że dom był tak niewielki. Na jej piętrze mieściła się jeszcze tylko jedna sypialnia zajmowana przez panią Devilin. Na parterze znajdował się niewielki salonik, gdzie tuż przed snem podano jej kolację, Pomyślała, że główny salon musi znajdować się na pierwszym piętrze i że tam właśnie spędzą jutrzejszy dzień.

Była jednak zbyt zmęczona, żeby zastanawiać się nad tym dłużej. Zamiast tego przed pójściem spać wychyliła się przez okno i spróbowałá dojrzeć w ciemnościach, jak właściwie wyglądał ten wymarzony Paryż.

Następnego ranka pojawiła się krawcowa. Pani Deyilin wydawała jej polecenia ostrym, nie znoszącym sprzeciwu głosem, którego Selina tak bardzo się obawiała. Dziewczina była ogromnie wrażliwa na otaczającą ją atmosferę, a w pani Devilin kryło się coś, co przy bliższym poznaniu przypominało okrutnego kota bawiącego się swą ofiarą. Jednak, choć ton jej głosu był oschły, do Seliny zawsze zwracała się z wyszukaną uprzejmością.

— Kiedy zobaczę pani siostrzenicę? — zapytała dziewczyna podczas przymiarki.

— Później — powiedziała obojętnie pani Devilin. — Nie ma jej w tej chwili w Paryżu.

— Może mogłabym więc trochę poznać miasto? Czy mam na to trochę czasu? — spytała ostrożnie Selina.

— Nie będziesz miała czasu dzisiaj po południu Po krawcowej przyjdzie fryzjer, żeby umyć i ułożyć ci włosy. Potem będziemy musiały jeszcze kupić kilka drobiazgów, takich jak buty, rękawiczki i jedną czy dwie nocne I koszule. No i chciałabym, żebyś trochę odpoczęła, zanim nadejdzie wieczór.

— A co będzie się działo wieczorem? — W oczach Seliny błyszczała ciekawość. Zastanawiała się, czy pani Devilin zabierze ją do teatru, a może organizowała dziś jakieś przyjęcie?

Wszystko było takie podniecające i zupełnie inne niż to, czego oczekiwała.

Pani Devilin nic jej wtedy nie odpowiedziała. Później, po południu, zwróciła się do Seliny:

— Mam ci coś do powiedzenia. Na pewno bardzo się z tego ucieszysz.

— O co chodzi? — spytała dziewczyna.

— Jest pewien mężczyzna, który chciałby się z tobą ożenić.

— Ożenić się ze mną?! — wykrzyknęła zdumiona Selina.

— Jest bardzo bogaty i dystyngowany — ciągnęła dalej pani Devilin. — Masz doprawdy szalenie dużo szczęścia.

— Dlaczego chciałby się ze mną ożenić? Przecież mnie nie zna.

— Mówiłam mu, jak jesteś piękna. On jest wdowcem i potrzebuje żony.

— Nie mogę w to... uwierzyć! Kim jest ten... dżentelmen?

— To markiz de Valpré. Jest moim starym znajomym. Jeśli mam być szczera, prosił mnie, abym w czasie mojego pobytu w Londynie spróbowała znaleźć dla niego młodą i czarującą żonę.

— A-ależ musi być... mnóstwo młodych dziewcząt... tutaj, we Francji... — wyjąkała Selina.

— On uwielbia Angielki, szczególnie jasne blondynki — wyjaśniła z uśmiechem pani Devilin. — Pozwól mi jeszcze raz podkreślić, Selino, że jest bardzo ważną osobistością. Mówiąc zupełnie szczerze, ma niezmiernie wysoką pozycję wśród francuskiej arystokracji. Rodzina Valpré wywodzi się ze starego i bogatego rodu.

— Jestem oczywiście... ogromnie zaszczycona, że... pomyślał o mnie — powiedziała niepewnie dziewczyna. — Ale musi pani zrozumieć, że... nie mogę wyjść za mąż za kogoś... kogo nie kocham.

— Moje drogie dziecko, przecież jesteśmy we Francji! — zganiła ją pani Devilin. — We Francji małżeństwa są zawsze aranżowane. Nie ma mowy o miłości, dopóki narzeczeni nie staną na ślubnym kobiercu.

— W Anglii jest zupełnie inaczej. Przynajmniej wśród zwyczajnych ludzi, chociaż o ile wiem niektóre bogate rodziny nadal aran... — Dziewczyna przerwała raptownie widząc groźny, przerażający wyraz twarzy pani Devilin.

— Czyżbyś miała ochotę grymasić? Próbujesz być nieposłuszna? — W głosie pracodawczym brzmiała jakaś twarda i nieugięta nuta, pod wpływem której Selina wzdrygnęła się gwałtownie.

— Ależ... nie! Chciałabym poznać... m-markiza i... porozmawiać z nim. Może kiedy... poznamy się... lepiej...

— Kiedy poznasz go lepiej, jestem pewna, że go pokochasz... jeżeli tego rzeczywiście chcesz. — Pani Devilin patrzyła na nią ze wzgardą. — Nie sprawi ci to trudności, jeśli będziesz pamiętała, jakie wspaniałe możesz wieść życie, gdy tymczasem teraz jesteś tylko biedną i nie nie znaczącą dziewczyną. Będziesz miała pieniądze oraz wspaniałe stroje, będziesz przyjęta do najbogatszych i najświetniejszych kręgów Paryża. — Uśmiechnęła się lekko. — Mówi się, że do, tej pory nie było okresu tak ekstrawaganckiego i luksusowego jak Drugie Cesarstwo. Klejnoty są olśniewające, Sełino, sukni dosłownie nie można opisać. Markiz może z ciebie zrobić osobę, której będą zazdrościły wszystkie kobiety w Paryżu.

Selina pomyślała, że to brzmiało rzeczywiście wspaniałe. Nigdy nie przypuszczała, że coś takiego może się jej przytrafić. Owszem, marzyła, że gdzieś na świecie istnieje mężczyzna, który pokocha ją i poprosi o rękę. Ale małżeństwo z osobą, której nigdy wcześniej nie widziała i o której nic nie wiedziała, trochę ją przerażało.

Pani Devilin nie pozwoliła jej na najmniejszy protest czy wymówkę.

— Poznasz markiza dzisiaj — powiedziała. — Zjecie razem obiad. Zobaczysz, jaki jest czarujący, mądry i światowy. Jeżełi dobrze to rozegrasz, Sełino, może być bardzo hojny.

Dziewczyna nie zrozumiała, o co chodziło pani Devilin, postanowiła jednak, że jeżeli markiz nie będzie się jej podobał, odmówi mu swej ręki bez względu na to, co pani Devilin lub ktokolwiek inny może powiedzieć.

Jednocześnie zdała sobie sprawę, że własnych pieniędzy miała bardzo niewiele. Nie była nawet pewna, czy wystarczy jej na powrotną podróż do Anglii. Przeczuwała, że jeżeli sprzeciwi się żądaniom pani Deviłin, to zostanie natychmiast zwolniona z pracy i bezwzględnie oddalona bez żadnej zapłaty. Nie chciała myśleć, co wtedy mogłoby się zdarzyć. Z optymizmem wmawiała sobie, że markiz jest rzeczywiście tak miły, jak opowiadała to pani Deviłin.