Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
1031 osób interesuje się tą książką
Konrad jest pedantycznym egocentrykiem, skupionym na pracy. Codziennie za pomocą białej rękawiczki kontroluje czystość biura, poza tym ma wymagania niczym wenecki doża i kaprysy kobiety w ciąży. Ola to zwyczajna dziewczyna, która ku swemu zaskoczeniu zostaje sekretarką prezesa dużej i znaczącej firmy. Niestety, już na samym początku okazuje się, że pan prezes to bestia z piekła rodem, apodyktyczna, wymagająca ponad miarę, o wrednym charakterze i wzroku gorgony. Nie ma znaczenia, że również ekstremalnie seksowna bestia. Na skutek pewnego wypadku Konrad traci pamięć, a Ola zostaje uznana za jego narzeczoną. Sprytna dziewczyna postanawia się zemścić, chociaż nie będzie łatwo, bo pan prezes stracił wspomnienia, ale charakterek mu pozostał…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 123
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Za jakie grzechy
taki szef!
Agnieszka Kowalska-Bojar
Wydawnictwo Motylewnosie
Poznań 2026
Copyright © Agnieszka Kowalska-Bojar
Copyright © Motylewnosie
Wydanie I
Poznań 2026
Ebook ISBN 978-83-66821-83-5
Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejsze pisemnej zgody autora oraz wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.
Korekta i redakcja: Poradnia Redakcyjna
Angelika Kuszła
Wydawnictwo:
motyleWnosie
Ebooki i książki kupisz na stronie:
www.motylewnosie.pl
www.sklep.motylewnosie.pl
Podobno każda wytrzymywała z nim jedynie trzy miesiące. Magiczna liczba, której jeszcze żadna z zatrudnionych dotąd sekretarek nie przekroczyła. Były nawet i takie, co nie przetrwały tygodnia. Ba! Trafiła się jedna, która z płaczem uciekła po zaledwie kilku godzinach.
Kiedy po raz pierwszy zjawiłam się w moim przyszłym miejscu pracy, byłam spięta i – co tu ukrywać – przerażona. Nie miałam ani odrobiny doświadczenia w pracy sekretarki, chyba żeby uznać za takowe umiejętność parzenie doskonałej kawy. Na rozmowie kwalifikacyjnej nie wypadłam najgorzej i nawet zaczęłam żywić absurdalną nadzieję, że może, może… Nawet w myślach bałam się dokończyć to zdanie, głównie dlatego, by nie zapeszyć. Uznałam, że zasłużyłam na coś słodkiego, więc odwiedziłam pobliską kawiarnię i tam stałam się świadkiem arcyinteresującej rozmowy.
Właśnie z niej dowiedziałam się, że pan prezes zmienia sekretarki częściej niż niektórzy bieliznę. Nie, nie zwalnia ich. Same odchodzą. Najdłużej, bo trzy miesiące i dwa dni, wytrzymała niejaka Sara. Wysoka pensja jest wabikiem, bo później wkracza brutalna rzeczywistość i nawet pieniądze przestają być ważne. Obecnie tak mało jest chętnych na to stanowisko, że biorą kogokolwiek w nadziei, że utrzyma się trochę dłużej.
Ach! Więc byłam „kimkolwiek”?! Świetnie, po prostu znakomicie! Pewnie to jakiś niewyżyty, podstarzały erotoman, co żadnej nie odpuści, stąd ta rotacja na stanowisku.
Zamyśliłam się. Może zanim zacznie mnie obmacywać i bóg wie, co jeszcze, powinnam sama zrezygnować? Niestety, potrzebowałam pieniędzy, a pensja, jaką mi zaoferowano, nie należała do niskich. Mogłabym z niej ze spokojem opłacić całą miesięczną rehabilitację brata i jeszcze sporo by mi zostało.
– …fioła na punkcie kawy. – Drgnęłam, wyrwana z zamyślenia. Jak widać obie panie przy sąsiednim stoliku nie wyczerpały jeszcze tematu. – Ma specjalny termometr, którym mierzy jej temperaturę. Fioła na tle punktualności. Nie możesz się spóźnić ani piętnastu sekund. To zadufany w sobie, z podbitym ego buc, wredny i złośliwy.
Zaraz, zaraz… Czyli nie chodziło o molestowanie seksualne? Odetchnęłam z ulgą i już wiedziałam, że stawię się jutro w pracy. Nie spóźnię się i będę pilnować tej cholernej temperatury. I co tam jeszcze ten wredny prezes wymyśli.
Tak właśnie trafiłam do piekła.
Nie, w sumie to mogę powiedzieć, że piekło trafiło na mnie…
***
Tym razem ukochane dżinsy zamieniłam na ołówkową, czarną spódniczkę, a luźny T-shirt na białą bluzkę. Nie pominęłam żadnego szczegółu – fryzura, makijaż, buty, wszystko musiało być schludne i eleganckie, w dyskretny, nierzucający się w oczy sposób. Nawet zrezygnowałam z ulubionej czerwonej szminki, bo przecież musiałam zrobić dobre wrażenie na tym szefie-bucu.
Z sercem, które biło tak szybko, że prawie wyrywało się z piersi, wjechałam na ostatnie piętro ogromnego biurowca i znalazłam się w innym świecie, świecie luksusu i wszechobecnej ciszy.
– Aleksandra Boniecka?
Odwróciłam się w stronę, skąd padło pytanie.
– Tak, to ja – potwierdziłam ze spokojem.
– Nazywam się Klaudia Petecka. Wyjaśnię pani zakres obowiązków i kilka podstawowych reguł.
Podstawowych? No tak, nie zamierzała poświęcać swojego czasu dla kogoś, kto pewnie zostanie tutaj kilka dni. Miała tę myśl niemal wypisaną na twarzy.
– Masz doświadczenie w pracy jako sekretarka? – Płynnie przeszła od formy grzecznościowej na „ty”, ale nie miałam nic przeciwko.
– Tak, roczne – nieco podkoloryzowałam rzeczywistość, bo poprzednio pracowałam u ciotki w biurze i głównie zajmowałam się kserowaniem, parzeniem kawy i tysiącem innych dupereli. Ale o tym mało kto wiedział.
– Nawet gdybyś pracowała w podobnym, to i tak wiele rzeczy by cię zdziwiło. Nasz prezes jest… Cóż, jest oryginalny.
– Co nieco słyszałam – powiedziałam ostrożnie, aby za bardzo się nie zdradzić.
– Co nieco? – Klaudia drwiąco uniosła brwi. – Chodź za mną.
Idąc szerokim, przestronnym korytarzem, czułam się coraz mniejsza i coraz bardziej zagubiona. A kiedy dotarłyśmy do mojego miejsca pracy, prawie spanikowałam. Po cholerę ciotka wypisywała te głupoty w świadectwie pracy? Przez to oni wszyscy myślą, że faktycznie wiele potrafię. Po cholerę wysyłałam im moje CV i odpowiedziałam na tę ofertę? Przecież każdy od razu się zorientuje, jak mało umiem.
Chociaż…
Chyba na tym zbytnio nikomu nie zależało. Szef kazał zatrudnić kogoś nowego, to zatrudnili. Pewnie gdyby małpa z zoo się zgłosiła, też by ją przyjęli z braku innych chętnych.
Podniesiona na duchu tą myślą zajęłam swoje miejsce przy biurku, odetchnęłam i spojrzałam na stojącą obok Klaudię.
– Kilka podstawowych reguł. Prezes nie toleruje spóźnień, ani kilku sekund. Lubi kawę, która ma siedemdziesiąt pięć stopni Celcjusza, ani stopnia więcej, ani mniej. Codziennie sprawdza czystość biura za pomocą białej rękawiczki, ty jesteś zobowiązana zrobić to przed nim i naprawić ewentualne uchybienia sprzątaczek. Cierpi na łagodną odmianę mizofobii, jak nie wiesz, co to jest, poszukaj sobie w internecie. W jego towarzystwie masz odzywać się przyciszonym głosem. A, najważniejsze! Ma alergię na kilkanaście produktów, listę masz w szufladzie. Jeśli będziesz zamawiać lunch, musisz uważać na to, co jest w składzie.
– Dużo tego – stwierdziłam, otwierając szufladę.
– Na razie tylko tyle. Prezes zjawi się za godzinę, bo dziś był na ważnym spotkaniu.
I zostawiła mnie samą.
Znalazłam listę – i to nie jedną, a dwie. Ta druga, zatytułowana Dziwactwa wrednego szefa, była o wiele dłuższa i napisana odręcznie kilkoma rodzajami pisma. Zgadywałam, że stworzyły ją poprzednie sekretarki. Zaczęłam czytać i po chwili miałam już w głowie gotowe wyobrażenie pana prezesa.
Stary, brzydki i czepialski typ, któremu nic nigdy się nie podobało i nic mu nie odpowiadało. Miał bzika na punkcie zabrudzeń i bakterii do tego stopnia, że ręcznika do wytarcia rąk używał tylko raz. Dostępności ręczników musiałam pilnować oczywiście ja. Nie mogło zabraknąć mydła, środka antybakteryjnego i zapachu w toalecie. Wszystko musiało być wręcz sterylnie czyste, a najbardziej biurko i podłoga. Podobno wpadał w szał po dostrzeżeniu nawet najmniejszego pyłku kurzu. Cała ta lista nadawałaby się do wykorzystania w scenariuszu przerażającego horroru o szefie sadyście, który znęcał się psychicznie nad biednymi sekretarkami.
Cóż, nie wyglądało to zbyt różowo. Z natury byłam roztrzepana, roztargniona i mało dokładna. Być może zmieszczę się w średniej statystycznej i też odejdę po kilku dniach?
– Nie, Ola, nie możesz podchodzić do tego tak pesymistycznie – mruknęłam. – Uszy do góry, przyłożysz się i będzie dobrze. Zawsze jak cię wkurzy, pomyśl o pensji, pomyśl o pensji!
Z goryczą pomyślałam, że zawsze chodzi o pieniądze. Mój brat od najmłodszych lat wymagał kosztownej rehabilitacji, która pozwalała mu na samodzielne funkcjonowanie. Zaniechanie jej równało się z wyrokiem całkowitej stagnacji i zaprzepaszczeniem tego, co już osiągnęliśmy. Oczywiście częściowo była finansowana przez różne instytucje, lecz reszta musiała być opłacona przez nas. Dopóki żył tata, nie było z tym większego problemu, lecz kiedy rok temu zmarł, a fundusze stopniały, nasza sytuacja stawała się coraz bardziej nieciekawa. Ta oferta pracy pod względem finansowym była dla mnie jak gwiazdka z nieba. Miałam jedynie nadzieję, że ta gwiazdka za szybko nie runie mi na głowę i nie walnie obuchem.
Sięgnęłam po białe rękawiczki i wstałam, aby udać się do biura szefa. Czując, jak głośno i szybko bije moje serce, powoli uchyliłam drzwi, zaglądając do środka.
Poraziła mnie wszechobecna biel.
Podłoga, ściany, meble, obrazy, nawet fotel – wszystko było idealnie białe. Jedyną barwną plamą był kwiat stojący na niskiej ławie, elegancko przystrzyżone drzewko bonsai. Poza tym nawet długopisy czy ołówki, ramy ogromnych, rozciągających się na całą powierzchnię ściany okien, wszystko było białe!
Gorzej niż w laboratorium – pomyślałam, wchodząc do środka i zakładając rękawiczki. Sunęłam dłonią po wszystkich wypukłościach, powierzchniach płaskich, sprawdzając tę cholerną czystość. Przeszłam do łazienki – a jakże! – również całej w bieli. Szczerze mówiąc, to aż mnie zemdliło od tej monotonii koloru, ale wiedziałam, że muszę się przyzwyczaić.
– On jest chyba psychiczny – mamrotałam, poprawiając ułożenie ręczników do rąk. – Albo to jakiś psychopata? Pewnie też się ubierał na biało, a ponieważ jest niski, krępy, to wygląda jak ten ludzik z reklamy opon Michelin. Albo biała, upasiona glizda.
Stwierdziwszy brak najmniejszych oznak brudu, wróciłam do swojego biurka.
– Co teraz? – zapytałam przestrzeń przede mną.
Klaudia nie wyjaśniła mi, na czym będą polegać moje obowiązki. Chyba nie na macaniu mebli i parzeniu kawy? Jakie to było frustrujące, taki brak zajęcia i niepewność podszyta strachem. Nerwy zawsze wyzwalały we mnie wilczy apetyt, więc obróciłam się na fotelu, aby z torby wyjąc przygotowaną przez mamę kanapkę. Była to ogromna buła, suto nadziewana pysznościami, w których prym wiódł majonezowy sos domowej roboty. W rodzinie mówiliśmy o nim „sos palce lizać”.
Już zamierzałam się wbić w bulę zębami, gdy za moimi plecami rozległo się głośne chrząkniecie. Było tak nieoczekiwane, że prawie przyprawiło mnie o zawał serca. Błyskawicznie odwróciłam się na fotelu, wciąż z kanapką w obu dłoniach, i napotkałam chmurne, mrożące arktycznym chłodem spojrzenie niebieskich oczu. Odruchowo zacisnęłam zęby na trzymanej bułce i… Cóż, mamusia nie pożałowała sosu. Wystrzelił on z prędkością światła, dekorując barwnymi plamami biurko i tors stojącego przy nim mężczyzny. Głównie jego śnieżnobiałą koszulę i elegancką, granatową marynarkę.
Zamarłam w bezruchu z nieszczęsnym pieczywem w ustach. On również skamieniał, ociekając sosikiem „palce lizać”. I tak gapiliśmy się na siebie przez bardzo długą chwilę.
Trzeba przyznać, że na takiego faceta mogłabym patrzeć całą dobę, a nie tylko marne kilkanaście sekund. Pomijając poczynione przeze mnie szkody, był doskonały. Wysoki, szeroki w ramionach, wąski w biodrach, dłonie miał smukłe, ale bynajmniej nie wyglądały na delikatne. Twarz trójkątną, o wyrazistych kościach policzkowych i ostrym podbródku. Oczy lekko skośne, o niesamowicie intensywnym odcieniu błękitu. I ciemne, prawie czarne włosy, z opadającą na czoło grzywką.
W szczegółach banalny, w całości idealny.
Szkoda tylko, że ten ideał miał teraz w oczach prawdziwą żądzę mordu…
– Prze-przepraszam – wyjąkałam, miotając się dookoła w poszukiwaniu chusteczek. – Zaraz to wytrę, mogę nawet ponieść koszty prania.
W końcu znalazłam, ale nie zdążyłam nawet go dotknąć, bo odskoczył gwałtownie do tyłu.
– Kurwa! – ryknął, sprawiając, że wszystko wyleciało mi z rąk, a kolana momentalnie się ugięły. – Co to ma być, do cholery?
– Sos „palce lizać” – przyznałam uczciwie.
Poczerwieniał, sapiąc ze złości. W zupełności go rozumiałam, też bym nie była zadowolona, bo plamy z majonezu, który był bazą naszego specjału, niezwykle ciężko było sprać.
– Zmyję to trochę, bo niestety nie mogę zaoferować niczego na zmianę. Chyba że coś mojego? – Wskazałam na oparcie krzesła, gdzie wisiał elegancki żakiet w kolorze wesołego różu. Zabrałam go ze sobą na wszelki wypadek, gdyby przyszło mi wracać późnym wieczorem.
– Rozprawię się z tobą później – wywarczał, ruszając w stronę drzwi gabinetu.
– Prezesa jeszcze nie ma. Proszę zaczekać tutaj!
Nieznajomy ani trochę się nie przejął moimi słowami. Gubiąc sos i sapiąc jak parowóz z zeszłego stulecia, zniknął za drzwiami, a ja zostałam przy biurku, zastanawiając się, co dalej. Może to był jakiś znajomy prezesa, że zachowywał się jak u siebie? Może ktoś z rodziny?
Cholera… Znów zastygłam jak słup soli.
A może sam prezes?!
Nie, niemożliwe, żeby absolutnie nikt nie wspomniał o jego aparycji.
Posprzątałam biurko, chusteczkami przetarłam podłogę, dokończyłam nieszczęsną kanapkę, a ten nadal nie wychodził z gabinetu. Spojrzałam na zegarek. Szef powinien zjawić się pięć minut temu. Nigdy się nie spóźniał, bo miał na tym punkcie fioła.
Czyli on naprawdę…
Nawet bałam się dokończyć to pytanie. Ostrożnie podeszłam do drzwi i zapukałam. Nic, zero odzewu. Zapukałam raz jeszcze, nieco głośniej, ale nadal nikt nie odpowiedział. Ryzykując życiem, zdecydowałam się wejść do środka. Czułam się niczym złodziej zakradający się do luksusowej rezydencji.
W gabinecie nikogo nie było, ale wiedziałam już, że obok jest łazienka. Nie kąpał się, bo wtedy byłoby słuchać szum wody, a panowała ogłuszająca cisza. Może ten mizofobik padł tam na jakiś atak spowodowany przypadkowym kontaktem z odrobiną sosu majonezowego? Musiałam to dyskretnie sprawdzić.
Na palcach podkradłam się pod lekko uchylone drzwi, po czym ostrożnie je pchnęłam i wsadziłam do środka głowę.
Trafiłam idealnie na moment, gdzie pan prezes nagi wyszedł spod prysznica. Gdyby chociaż mnie nie zauważył, ale nie, cholernik od razu spojrzał prosto w moim kierunku. Może gdybym patrzyła mu prosto w oczy, to padłabym trupem na miejscu, ale ja byłam zajęta gapieniem się na coś innego.
Rety, jak ten facet był zbudowany! Idealnie opalony, idealnie wydepilowany. Powiodłam spojrzeniem poniżej pępka i pomyślałam, że tam też jest zbliżony do ideału. Pewnie gapiłabym się i dłużej, ale rzucił mi ręcznikiem prosto w twarz.
– Wynocha! – wydarł się, a ja uznałam szybki odwrót za całkiem słuszną decyzję.
Truchtem wróciłam za biurko, usiadłam i się zamyśliłam.
Chyba zapiszę się jako kolejna rekordzistka, może nawet prześcignę poprzednią w minimalnej ilości godzin. Zresztą, i tak tam trafię jako jedyna wywalona przez prezesa osobiście. Co za pech! Po cholerę zachciało mi się zaglądać do łazienki? Sam sos może by przeżył, ale to podglądanie chyba już nie. Jakby to ująć? Poznałam jego walory fizyczne od podszewki. Innych chyba nie będę miała okazji poznać.
– Do mojego gabinetu. Natychmiast!
O mało nie zeszłam na zawał, gdy te słowa rozległy się nad moja głową. Dlaczego, do licha, tak się skradał?
Posłusznie wstałam i podążyłam we wskazane miejsce. Zatrzymałam się przed olśniewającym bielą biurkiem, po którego drugiej stronie siedział prezes, znów nieskazitelny i wymuskany, z odpychającą miną seryjnego mordercy. Właśnie tak powinien wyglądać rasowy psychopata, czarujący i bezduszny jednocześnie.
On siedział, ja stałam, pochylając głowę, aby nie widzieć tego zimnego, rybiego spojrzenia.
– Poznałaś zasady? – odezwał się w końcu.
– Tak – potaknęłam.
– Więc co to, do kurwy, nędzy miało być?
– Pech? – W końcu odważyłam się na niego spojrzeć.
– Pech? – Poczerwieniał do tego stopnia, że aż się wystraszyłam, czy przypadkiem nie dostanie jakiegoś wylewu. Normalnie, nawet oczy nabiegły mu krwią. Po czym wypuścił ze świstem powietrze i zerwał się z miejsca.
Zdążyłam nawet pomyśleć, że szkoda umierać tak młodo, bo pewnie udusi mnie w napadzie szału, ale on tylko zaczął latać po gabinecie, bluzgając przekleństwami. Jak już wyczerpał wszelkie możliwe hasła, które w przyzwoitym filmie zastąpiono by dźwiękiem bip, opadł na fotel i znieruchomiał, mierząc mnie ponurym spojrzeniem.
– Nie, nie zwolnię cię – odezwał się w końcu, mrużąc oczy.
Pewnie że nie zwolni; uprzykrzy życie do tego stopnia, aż sama odejdę. Oj, niedoczekanie twoje! Jestem twardą babką i tak łatwo się nie poddam.
– Jutro masz być punktualnie, co do sekundy. Z kawą! Kawa ma być parzona z ziaren od rolników pasjonatów, pozyskiwana z dzikich zbiorów na Sumatrze. Ma mieć odpowiednią temperaturę i grubość kremy. Do tego kanapka z chińskiej bułki ugotowanej na parze, bez cebuli i mięsa, za to z podwójna ilością tofu. Za każde uchybienie potrącę z pensji, więc bądź szybka, dokładna i punktualna – dokończył wyraźnie drwiącym tonem.
– Chińska bułka? – powtórzyłam osłupiała.
– A teraz wynoś się i żebym cię nie widział przez resztę dnia.
O nic więcej nie pytałam, bo pewnie i tak by nie odpowiedział. Postanowiłam jeszcze raz uważnie przeczytać pozostawione dla mnie notatki, a w razie czego zasięgnąć języka wśród innych pracownic. Ktoś w końcu musiał wiedzieć, o jaką chińską knajpę chodziło.
Tylko kawa i lunch? Byłam pewna, że będzie o wiele gorzej. Faktycznie wyglądało na to, że jako sekretarka będę miała nietypowy zakres obowiązków. To od razu poprawiło mi humor.
Nie miałam jednak pojęcia, że kawa i kanapka to zaledwie początek, a zła sława pana prezesa nie bierze się z niczego.
***
Od momentu, gdy zaczęłam pracę, minął dokładnie miesiąc. Tego dnia po powrocie z pracy, urżnęłam się na smutno słodkim winem.
Świadkiem mojego załamania była oczywiście najlepsza przyjaciółka i jej brat, którego kochałam chociażby za to, że wolał panów niż panie i nigdy nie musiałam się przy nim krępować podczas dyskusji w kwestiach damsko-męskich.
– Nie macie pojęcia, co to za potwór – bełkotałam, popijając z gwinta, wzgardziwszy zwykłym kieliszkiem. – O wszystko się czepia. Dostrzega każde uchybienie. „Ma pani brudny obcas” powiedział dzisiaj. Tak, był brudny. Miał plamkę wielkości łebka od szpilki! Jak przyniosę źle zaparzoną kawę, wrzuca ją do kosza na śmieci i każe przynieść nową. Raz zapomniałam o cebuli, to specjalnie kupił całe pudełko surowych krążków i rzucał we mnie nimi przez cały dzień.
– Ale żeby cebulą? – zdziwił się Michał, podsuwając mi orzeszki.
