Harry Hole. Nóż - Jo Nesbø - ebook + audiobook

173 osoby właśnie czytają

Opis

Harry Hole wrócił do punktu wyjścia: znowu pije, Rakel wyrzuciła go z domu, ponownie mieszka przy Sofies gate. Pewnego dnia budzi się z obezwładniającym kacem, a na dłoniach i ubraniu ze zdumieniem spostrzega ślady krwi. Kompletnie nic nie pamięta z minionej nocy…

Harry wiele przeżył, ale nawet on nie jest gotowy na koszmar, jaki zgotował mu los. Policjant musi zmierzyć się nie tylko ze starym, śmiertelnym wrogiem, ale i ze swoim osobistym piekłem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 708

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 19 godz. 46 min

Lektor: Mariusz Bonaszewski

Popularność


Zapraszamy na www.publicat.pl
Tytuł oryginałuKniv
Projekt okładkiMARIUSZ BANACHOWICZ
Koordynacja projektuNATALIA STECKA
RedkacjaIWONA GAWRYŚ
KorektaURSZULA WŁODARSKA
Redakcja technicznaLOREM IPSUM
Copyright © Jo Nesbø 2019 Published by agreement with Salomonsson Agency
Polish editions © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved
ISBN 978-83-271-5957-1
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected]

CZĘŚĆ I

1

Podarta sukienka falowała na gałęzi przegniłej sosny. Staremu człowiekowi przypomniała piosenkę z młodości, o sukience na sznurze do suszenia bielizny. Ale ta sukienka nie kołysała się na południowym wietrze jak w piosence, lecz w strumieniu lodowatej wody z topniejącego śniegu. Na dnie rzeki panował całkowity spokój, a chociaż był marzec, piąta po południu, i według prognozy pogody bezchmurne niebo nad powierzchnią, ze światła słonecznego po przefiltrowaniu przez warstwę lodu i cztery metry wody pozostawało niewiele. Dlatego i sosna, i sukienka tkwiły pogrążone w dziwnym zielonkawym półmroku. Staruszek stwierdził, że to letnia sukienka, niebieska w białe kropki. Może kiedyś miała inny kolor, nie mógł tego wiedzieć, zależy, jak dawno schwytała ją ta gałąź. A teraz falowała, poruszana prądem, który nigdy się nie zatrzymywał, który ją prał, prasował przy niskim stanie wody w rzece, szarpał i ciągnął, gdy nurt stawał się bardziej wartki, i nieustannie oddzierał z niej kawałek po kawałeczku. Stary pomyślał, że pod tym względem podarta sukienka jest taka jak on sam. Kiedyś była czymś ważnym dla kogoś, dla dziewczyny albo dla kobiety, dla spojrzenia jakiegoś mężczyzny albo rączek dziecka. Teraz jednak stała się jak on – przegrana, stracona, pozbawiona wszelkich funkcji, uwięziona, zatrzymana, niema. W końcu prąd i mijające dni oderwą z niej ostatni fragment, pozostawało to jedynie kwestią czasu.

– Co pan ogląda? – usłyszał głos dobiegający zza fotela, na którym siedział. Przezwyciężając ból mięśni, obrócił głowę i podniósł wzrok. Stwierdził, że to nowy klient. Staruszek miał znacznie gorszą pamięć niż dawniej, ale nigdy nie zapominał twarzy, która choć raz pojawiła się w sklepie Sprzęt Myśliwski i Wędkarski Simensena. Ten klient nie przyszedł tu po broń ani po amunicję. Przy odrobinie wprawy dawało się poznać po oczach, kto jest przeżuwaczem należącym do tej części ludzkości, u której przepadł instynkt zabijania i która nie dzieli z drugą jej częścią tajemnicy, że nic nie pozwala mężczyźnie bardziej intensywnie odczuć, że żyje, niż wpakowanie kuli w wielkie, ciepłe zwierzę. Staruszek przypuszczał raczej, że klient przyszedł po błystkę albo którąś z wędek wiszących na regałach pod i nad wielkim telewizorem umocowanym na ścianie tuż przed nim, ewentualnie po kamerę leśną do obserwacji dzikich zwierząt. Tego rodzaju sprzęt znajdował się w drugiej części sklepu.

– Ogląda rzekę Haglebua – odpowiedział Alf, zięć, który do nich podszedł. Kołysał się na piętach z rękami w wielkich kieszeniach długiej skórzanej kamizelki myśliwskiej, którą zawsze nosił w pracy. – W zeszłym roku razem z producentem zamontowaliśmy tam kamerę podwodną. Mamy teraz całodobowy przekaz na żywo z miejsca tuż nad przepławką dla łososi przy wodospadzie Norafossen i możemy obserwować, kiedy ryby zaczynają wędrować w górę rzeki.

– Czyli kiedy?

– Najwyrywniejsze pojawiają się już w kwietniu i maju, ale główna wędrówka zaczyna się dopiero w czerwcu. Pstrąg musi złożyć ikrę przed łososiem.

Klient uśmiechnął się do staruszka.

– No to trochę się pan pospieszył, prawda? A może widział pan już jakieś ryby?

Stary otworzył usta. W myślach wypowiadał słowa, nie zapomniał ich. Ale z ust nic się nie wydobyło. Zamknął je z powrotem.

– Afazja – wyjaśnił Alf.

– Co?

– Udar. On nie mówi. Szuka pan sprzętu wędkarskiego?

– Kamery leśnej – odparł klient.

– To znaczy, że jest pan myśliwym?

– Myśliwym? O nie, serdeczne dzięki. Ale tuż przy moim domku letniskowym w Sørkedalen znalazłem ekskrementy. Wyglądały zupełnie inaczej niż wszystko, co do tej pory widziałem, więc zrobiłem zdjęcie i wrzuciłem na Facebooka z pytaniem, co to jest. Od razu dostałem odpowiedź od ludzi gór. Niedźwiedź. Niedźwiedź! W lesie odległym o dwadzieścia minut jazdy i pół godziny marszu stąd, w centrum stolicy Norwegii.

– To fantastyczne!

– Pytanie, co pan rozumie przez fantastyczne. Tak jak mówiłem, mam w okolicy domek letniskowy. Jeździmy tam całą rodziną. Chcę, żeby ktoś zastrzelił to zwierzę.

– Jestem myśliwym, więc dobrze rozumiem, o co panu chodzi. Ale sam pan wie, że nawet w Norwegii, gdzie jeszcze nie tak dawno było naprawdę dużo niedźwiedzi, w ciągu ostatnich dwustu lat prawie nie zarejestrowano ataków niedźwiedzia ze skutkiem śmiertelnym.

Jedenaście, pomyślał stary. Od roku tysiąc osiemsetnego zginęło jedenastu ludzi. Ostatni w tysiąc dziewięćset szóstym. Tak, tak, staruszek stracił mowę i precyzję ruchów, ale nie pamięć. Myśli też miał klarowne. No, na ogół. Zdarzało się, że coś mu się mieszało, a czasami widział, jak zięć Alf i córka Mette wymieniają porozumiewawcze spojrzenia – orientował się wtedy, że coś poplątał. W pierwszym okresie po przejęciu przez nich sklepu, który założył i prowadził przez pięćdziesiąt lat, przydawał się do czegoś. Ale teraz, po ostatnim udarze, tylko tu siedział. Wcale nie było mu z tym źle. Po śmierci Olivii w zasadzie nie stawiał wielkich wymagań tej resztce życia, jaka mu jeszcze została. Wystarczało mu przebywanie blisko rodziny, codziennie ciepły obiad, możliwość przesiadywania w tym fotelu w sklepie i wpatrywanie się w ekran telewizora, oglądanie niekończącego się, pozbawionego dźwięku programu, w którym wszystko toczyło się w odpowiednim dla niego tempie, a najbardziej dramatycznym wydarzeniem miało być sforsowanie schodków przepławki przez pierwszą gotową do złożenia ikry rybę.

– Z drugiej strony to wcale nie oznacza, że taka sytuacja nie może się powtórzyć. – Stary usłyszał głos Alfa, który zaprowadził klienta do półki z kamerami leśnymi. – Nawet jeśli zwierzę wygląda jak pluszowy miś, to jednak wszyscy mięsożercy są gotowi zabijać. Dlatego oczywiste jest, że powinien pan sprawić sobie kamerę, żeby mieć jasność, czy zwierzak osiedlił się w pobliżu pana domku, czy też tylko tamtędy przechodził. Niedźwiedzie brunatne wychodzą z gawry mniej więcej o tej porze, no i rzeczywiście są głodne. Niech pan umieści kamerę w miejscu, gdzie znalazł pan odchody, albo w pobliżu domku.

– Kamera jest w tej budce dla ptaków?

– Ta budka dla ptaków, jak pan ją nazywa, chroni urządzenie przed wiatrem i deszczem, a także przed zbyt natrętnymi zwierzętami. To prosta kamera w rozsądnej cenie. Jest wyposażona w soczewkę Fresnela i reaguje na promieniowanie podczerwone, emitowane przez zwierzęta, ludzi i wszystkie inne rzeczy. Kiedy w otoczeniu następuje zmiana, automatycznie uruchamia się proces filmowania.

Staruszek przysłuchiwał się rozmowie jednym uchem, bo jego uwagę przykuło coś innego. Coś, co działo się na ekranie telewizora. Nie potrafił stwierdzić, co to jest, ale z jakiegoś powodu zielonkawy mrok nabrał jaśniejszego odcienia.

– Film jest zapisywany na umieszczonej w kamerze karcie pamięci, może pan go później odtworzyć na swoim komputerze.

– To rzeczywiście fantastyczne.

– Owszem. Ale w wypadku takiej kamery musi pan pojechać na miejsce i fizycznie sprawdzić, czy coś się nagrało. Natomiast jeśli zdecyduje się pan na nieco droższy model, dostanie pan powiadomienie SMS-em po każdym nagraniu. Ma pan jeszcze do wyboru ten model, najlepszy, który również zapisuje obraz na karcie pamięci, ale dodatkowo wysyła nagranie bezpośrednio na telefon albo adres mailowy. Może pan oglądać filmiki w swoim salonie, a do kamery jeździć tylko od czasu do czasu, żeby wymienić baterie.

– A jeśli niedźwiedź przyjdzie nocą?

– Kamery są wyposażone w LED-y emitujące światło czarne, niewidzialne, które nie odstrasza zwierząt.

Światło. Teraz stary to zobaczył. To był snop światła padającego pod prąd, z prawej strony. Przebiło się przez zieloną wodę, oświetliło sukienkę i przez pełen grozy moment przywiodło mu na myśl dziewczynę, która wreszcie przywrócona do życia tańczyła z radości.

– To przecież czyste science fiction!

Na widok statku kosmicznego, który pojawił się na ekranie, staruszek znów otworzył usta. Oświetlony od środka obiekt unosił się półtora metra nad dnem rzeki. Zderzył się z dużym głazem i powoli, jak na zwolnionym filmie, zaczął się obracać, a światło przednich reflektorów omiotło dno rzeki i padając na obiektyw kamery, na moment oślepiło starego. Zaraz jednak grube gałęzie sosny pochwyciły unoszący się w wodzie pojazd, całkiem go zatrzymując. Stary poczuł, jak wali mu serce. To był samochód. Z zapalonym światłem w środku. Wnętrze niemal po sam dach wypełniała woda. W kabinie ktoś był. Człowiek, który pół siedział, pół stał na siedzeniu kierowcy, rozpaczliwie przyciskając głowę do sufitu, ewidentnie po to, żeby złapać powietrze. Jeden z przegniłych konarów przytrzymujących auto złamał się i popłynął z prądem.

– Nie uzyska pan tak ostrych i wyraźnych zdjęć jak przy dziennym świetle, poza tym będą czarno-białe. Ale jeśli obiektyw nie zaparuje ani nic innego go nie zasłoni, to na pewno zobaczy pan swojego niedźwiedzia.

Stary tupnął w podłogę, próbując przyciągnąć uwagę Alfa. Wyglądało na to, że człowiek w samochodzie bierze głęboki wdech i nurkuje. Krótkie sztywne włosy zafalowały. Policzki się wydęły. Obiema rękami uderzył w boczną szybę, tę od strony kamery, ale znajdująca się wewnątrz samochodu woda pozbawiła cios mocy. Staruszek oparł ręce o podłokietniki, próbując podnieść się z fotela, ale mięśnie nie chciały wykonać polecenia. Zauważył, że środkowy palec jednej dłoni tego człowieka ma szary kolor. Mężczyzna przestał tłuc rękami w szybę i walnął w nią czołem. Jakby się poddawał. Złamała się jeszcze jedna gałąź, prąd szarpał autem, chcąc je uwolnić, ale sosna nie puszczała. Staruszek wpatrywał się w udręczoną twarz przyciśniętą od wewnątrz do szyby samochodu. Wychodzące z orbit niebieskie oczy. Blizna o barwie wątroby, ciągnąca się jak łuk od kącika ust do ucha. Staruszek dźwignął się z fotela i zrobił dwa chwiejne kroki w stronę półki z kamerami leśnymi.

– Przepraszam – rzucił Alf do klienta. – Tato, co się stało?

Stary gestami wskazał telewizor za sobą.

– Naprawdę? – powiedział Alf z niedowierzaniem, szybkim krokiem wyminął teścia i podszedł do telewizora. – Ryba?

Staruszek pokręcił głową i odwrócił się do ekranu. Samochód zniknął. Wszystko było jak przedtem. Dno rzeki. Martwa sosna. Sukienka. Zielone światło wpadające przez lód. Jakby nic się nie wydarzyło. Stary człowiek znów tupnął w podłogę, wskazując na ekran.

– Spokojnie, tato. – Alf życzliwie poklepał go po ramieniu. – Naprawdę za wcześnie na tarło. – Wrócił do klienta i do kamer.

Staruszek patrzył na dwóch mężczyzn stojących do niego tyłem i czuł, jak zalewają go rozpacz i wściekłość. Jak ma wyjaśnić to, co właśnie zobaczył? Lekarz powiedział, że gdy udar uszkadza zarówno przednią, jak i tylną część lewej półkuli mózgu, zniszczeniu ulega nie tylko mowa, lecz również ogólna zdolność do komunikowania się, z pisaniem i gestykulowaniem włącznie. Stary z trudem wrócił do fotela i usiadł. Wpatrywał się w rzekę, która nie przestawała płynąć. Niepowstrzymana. Niezaangażowana. Niezmienna. Po paru minutach serce zaczęło mu bić spokojniej. Kto wie, może to się w ogóle nie zdarzyło? Może to był tylko przebłysk kolejnego kroku wiodącego ku całkowitemu mrokowi starości? Albo, jak w tym wypadku, ku barwnemu światu halucynacji. Spojrzał na sukienkę. Przez moment, kiedy wydawało mu się, że pada na nią światło reflektorów samochodu, miał wrażenie, że widzi tańczącą w niej Olivię. Za szybą auta w oświetlonej kabinie dostrzegł twarz, którą już wcześniej widział. Którą pamiętał. A jedyne twarze, które ciągle pamiętał, to były te widziane tutaj, w sklepie. Tego mężczyznę widział tu dwa razy. Niebieskie oczy, blizna w kolorze wątroby. Za każdym razem kupował kamerę leśną. Całkiem niedawno pytała o niego policja. Staruszek mógł im powiedzieć, że to był wysoki mężczyzna. I że miał to spojrzenie. Spojrzenie oznaczające, że człowiek zna tajemnicę. Że nie jest przeżuwaczem.

2

Svein Finne nachylił się nad kobietą i położył rękę na jej czole. Było mokre od potu. Wpatrywała się w niego oczami szeroko otwartymi z bólu. Albo ze strachu. Przypuszczał, że głównie ze strachu.

– Boisz się mnie? – spytał szeptem.

Kiwnęła głową i przełknęła ślinę. Zawsze uważał ją za piękną. Kiedy widział ją przed domem, wchodzącą albo wychodzącą, w klubie fitness lub w kolejce podziemnej, siedząc zaledwie kilka miejsc dalej i pozwalając jej się zobaczyć. Tak żeby wiedziała. Ale nigdy nie wyglądała piękniej niż w tej chwili, gdy leżała taka bezbronna, tak absolutnie i bezsprzecznie zdana na jego łaskę.

– Obiecuję, że pójdzie szybko, ukochana – szepnął.

Znów przełknęła ślinę. Ze strachu. Zastanawiał się, czy jej nie pocałować.

– Nóż w brzuch – wyszeptał. – I już po wszystkim.

Zamknęła oczy, spod rzęs wypłynęły dwie łzy.

Svein Finne zaśmiał się cicho.

– Wiedziałaś, że przyjdę. Wiedziałaś, że nie mogę cię puścić. To przecież była obietnica.

Przesunął palce, muskając jej policzek, pokryty potem zmieszanym ze łzami. Jedno jej oko widział przez wielką dziurę ziejącą w grzbiecie dłoni, w skrzydle orła. Dziurę pozostawiła kula wystrzelona przez młodego wówczas policjanta. Svein Finne został skazany na dwadzieścia lat więzienia za osiemnaście przypadków napaści na tle seksualnym – nie zaprzeczał czynom samym w sobie, protestował jedynie przeciwko określaniu ich „napaścią” oraz pojmowaniu jako czegoś, za co należy skazać mężczyznę takiego jak on. Ale sędzia i ława przysięgłych najwyraźniej uznawali wyższość prawa obowiązującego w Norwegii ponad prawem natury. No cóż, to ich opinia.

Oko patrzyło na niego przez krater.

– Jesteś gotowa, ukochana?

– Nie nazywaj mnie tak – wyjęczała, bardziej błagalnie niż rozkazująco. – I nie mów o nożu...

Svein Finne westchnął. Dlaczego ludzie tak się boją noża? Nóż był pierwszym narzędziem ludzkości, mieli dwa i pół miliona lat na przyzwyczajenie się do niego, a mimo to niektórzy wciąż nie potrafili dostrzec piękna w tym, co pozwoliło im na zejście z drzew. Polowanie, schronienie, uprawa roli, jedzenie, obrona. Nóż potrafił zarówno odbierać życie, jak i je dawać. Jednego nie można było oddzielić od drugiego. Tylko ci, którzy to rozumieli i umieli ponieść konsekwencje swojego człowieczeństwa, swojego pochodzenia, potrafili wielbić nóż, bać się go i go kochać. Znów dwie strony tego samego medalu.

Svein Finne podniósł wzrok. Na noże leżące tuż obok na blacie, gotowe do użytku. Do tego, aby spośród nich wybierać. Wybór odpowiedniego noża do danej pracy miał ogromne znaczenie. Te noże były dobre, zdatne do użytku, doskonałej jakości. Ale oczywiście brakowało im tego, czego Svein Finne szukał w nożu. Osobowości. Ducha. Magii. Zanim ten wysoki, młody policjant z krótkimi sterczącymi włosami wszystko zniszczył, Svein Finne miał piękną kolekcję dwudziestu sześciu noży.

Najpiękniejszy wśród nich był puginał jawajski. Długi, cienki i asymetryczny, niczym wijący się wąż z rękojeścią. Czyste piękno, jak kobieta. Może nie był zbyt skuteczny w użyciu, lecz posiadał charakterystyczną zarówno dla węża, jak i dla pięknej kobiety zdolność hipnotycznego oddziaływania. Skłaniał ludzi do robienia dokładnie tego, co im się kazało. Najskuteczniejszą morderczą bronią w całej kolekcji był natomiast rampuri, ulubieniec indyjskiej mafii. Biło od niego zimno, jakby wykuto go z lodu – tak brzydki, że aż fascynujący. Za to karambit, mający kształt tygrysiego pazura, łączył w sobie skuteczność i piękno, choć może nieco zbyt wyzywające, kojarzące się z trochę za mocno umalowaną dziwką w zbyt obcisłej sukience z za głębokim dekoltem. Svein Finne nigdy tego nie lubił. Lubił, żeby były niewinne. Dziewicze. Najlepiej proste. Takie jak jego ulubieniec z kolekcji – fiński nóż puukko z rękojeścią z jakiegoś orzechowobrązowego gatunku drewna, bez żadnej gardy, z krótkim ostrzem z pojedynczym żłobkowaniem i leciutko uniesionym czubkiem. Finne kupił puukko w Turku, a dwa dni później z jego pomocą przemówił do rozumu pulchnej osiemnastolatce, która pracowała całkiem sama na stacji benzynowej Neste pod Helsinkami. Już wtedy zaczął – jak zawsze, gdy miał jakieś seksualne oczekiwania – trochę się jąkać. Nie było to oznaką braku kontroli, raczej przeciwnie, po prostu działała dopamina. I efekt potwierdzenia tego, że po siedemdziesięciu siedmiu latach życia jego moc pozostawała równie silna. Od wejścia na stację do wyjścia minęło dokładnie dwie i pół minuty; w tym czasie zdążył przyprzeć dziewczynę do lady, rozciąć i ściągnąć z niej spodnie, zapylić ją, zabrać jej dowód osobisty, zanotować imię – Maalin – nazwisko i adres. Dwie i pół minuty. Ile sekund trwało samo zapylenie? Stosunek szympansów trwa przeciętnie osiem sekund, podczas których obie małpy są bezbronne w świecie grożących im zewsząd drapieżników. Goryl, ponieważ ma mniej naturalnych wrogów, może rozciągnąć przyjemność do minuty. Ale zdyscyplinowany mężczyzna we wrogim kraju musi poświęcić rozkosz w imię wyższego celu: rozmnażania. Podobnie więc jak napad na bank nigdy nie powinien trwać dłużej niż cztery minuty, tak zapylenie w miejscu publicznym nigdy nie powinno przekroczyć dwóch i pół. Ewolucja przyzna mu słuszność, to jedynie kwestia czasu.

Ale teraz, tutaj, znajdowali się w bezpiecznym otoczeniu. Poza tym do żadnego zapylenia nie dojdzie. Nie żeby nie miał ochoty – owszem, miał. Ale tym razem kobieta zostanie spenetrowana nożem; próba zapłodnienia, która i tak nie mogła skutkować potomstwem, byłaby kompletnie pozbawiona sensu. Człowiek zdyscyplinowany powinien oszczędzać swoje nasienie.

– Muszę nazywać cię ukochaną, skoro jesteśmy zaręczeni – szepnął Svein Finne.

Popatrzyła na niego oczami pociemniałymi ze strachu. Czarnymi, tak jakby już zgasły. Jakby już nie było światła, od którego należało się odcinać przez zamknięcie powiek.

– No tak, bo przecież jesteśmy zaręczeni. – Zaśmiał się cicho i przycisnął grube wargi do jej warg. Odruchowo wytarł jej usta rękawem flanelowej koszuli, aby nie pozostawić najmniejszego śladu śliny. – A oto co ci obiecałem... – powiedział, przesuwając dłonią między jej piersiami w stronę brzucha.

3

Harry się obudził. Coś było nie tak. Wiedział, że wkrótce przypomni sobie co, a tych kilka błogosławionych sekund nieświadomości to wszystko, na co może liczyć, zanim rąbnie go zaciśnięta pięść rzeczywistości. Otworzył oczy i natychmiast tego pożałował. Poczuł się tak, jakby światło dzienne, przenikające przez brudną szybę w oknie i oświetlające nieduży pusty pokój, bez przeszkód kontynuowało swoją drogę aż do pulsującego punktu gdzieś za jego oczami. Poszukał schronienia w ciemności pod powiekami i zdążył jeszcze pomyśleć, że coś mu się śniło. Rakel, oczywiście. A zaczęło się od tego samego snu, który śnił mu się tyle razy wcześniej. O poranku przed tak wieloma laty, wkrótce po tym, jak się poznali. Leżała z głową na jego piersi, a on spytał, czy sprawdziła, że on naprawdę nie ma serca, tak jak mówili ludzie. Rakel roześmiała się wtedy tym swoim śmiechem, który kochał tak bardzo, że był gotów na największą głupotę, byle tylko go z niej wydobyć. Potem podniosła głowę, popatrzyła na niego ciepłymi piwnymi oczami, odziedziczonymi po matce Austriaczce, i odpowiedziała, że owszem, ludzie mają rację, ale ona odda mu pół swojego. I tak zrobiła. A serce Rakel było tak duże, że wpompowało krew w jego ciało, rozmroziło je, uczyniło z niego na powrót prawdziwego człowieka. I męża. A także ojca Olega, tego zamkniętego w sobie, poważnego chłopca, którego Harry z czasem pokochał jak rodzonego syna. Harry był szczęśliwy. I śmiertelnie się bał. Szczęśliwie nieświadomy, co może się stać, lecz nieszczęśliwie świadomy, że do czegoś dojdzie, że nie został stworzony do tak wielkiego szczęścia. Śmiertelnie się bał, że straci Rakel. Bo jedna połówka serca nie mogła bić bez drugiej. Wiedział o tym, wiedziała też Rakel. Skoro więc nie mógł żyć bez jej serca, to dlaczego w tym dzisiejszym śnie od niej uciekł?

Nie miał pojęcia, nie pamiętał, ale Rakel przyszła domagać się zwrotu połówki swojego serca, nasłuchiwała jego już słabnących uderzeń, dowiedziała się, gdzie on jest, i zadzwoniła do jego drzwi.

Nadciągająca zaciśnięta pięść wreszcie uderzyła. Rzeczywistość.

Już ją stracił.

To wcale nie on uciekł. To ona go wyrzuciła.

Harry z trudem łapał powietrze. Jakiś dźwięk wwiercał się w przewody uszne, a on zrozumiał, że ból utkwił nie tylko w punkcie za oczami: cały mózg zmienił się w jeden wielki ośrodek bólu. Pojął też, że to ten sam dźwięk uruchomił ów sen, tuż przed obudzeniem. Ktoś rzeczywiście dzwonił do drzwi. Idiotyczna, drażniąca, wierna nadzieja znów podniosła głowę.

Nie otwierając oczu, opuścił rękę w stronę podłogi przy rozkładanej kanapie i sięgnął po butelkę whisky. Przewrócił ją, potoczyła się z turkotem po zniszczonym parkiecie. Zorientował się po odgłosie, że jest pusta. Zmusił się do otwarcia oczu. Spojrzał na dłoń wiszącą nad podłogą jak chciwy szpon, na szarą tytanową protezę środkowego palca. Dłoń była zakrwawiona. Cholera. Powąchał palce, usiłując przypomnieć sobie zakończenie wczorajszego dnia. Nie wiedział, czy miało związek z kobietami. Odrzucił kołdrę i spojrzał na sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry swojego nagiego chudego ciała. Za mało czasu minęło, odkąd pękł, aby ten fakt pozostawił na nim ślady fizyczne, lecz jeśli wszystko miało zmierzać w tę stronę, co zawsze, to z każdym tygodniem masa mięśniowa będzie coraz bardziej zanikać, a już szarobiała skóra przybierze odcień bliższy barwie prześcieradła. Harry zacznie się zmieniać w ducha, aż w końcu całkiem zniknie. Ale w piciu właśnie o to chodzi, prawda?

Z jękiem dźwignął się do pozycji siedzącej. Rozejrzał. Wrócił tam, gdzie był, zanim znów stał się człowiekiem. Tyle że o stopień niżej. Nie wiedział, czy to ironia losu, ale dwupokojowe mieszkanie o powierzchni czterdziestu metrów kwadratowych, z którego najpierw tylko korzystał, a które potem wynajął od młodszego kolegi z pracy, policjanta, znajdowało się piętro niżej od tego, które zajmował, nim zamieszkał z Rakel w jej drewnianej willi na Holmenkollen. Kiedy się tu wprowadzał, kupił w Ikei rozkładaną kanapę. Wraz ze stojącym za nią regałem na książki, na którym umieścił swoje winyle, z niskim stolikiem, lustrem wciąż opartym o ścianę i komodą w przedpokoju stanowiła całe umeblowanie mieszkania. Harry nie był pewien, czy to z jego strony przejaw niemożności działania, czy też może raczej starał się przekonać samego siebie, że to jedynie tymczasowe rozwiązanie, że ona, gdy tylko trochę się zastanowi, przyjmie go z powrotem.

Sprawdził, czy musi zwymiotować. No cóż, przypuszczalnie mógł o tym zdecydować sam. Ciało po paru tygodniach jakby zaczynało przyzwyczajać się do trucizny, tolerowało dawki. I domagało się ich zwiększenia. Zapatrzył się w pustą butelkę, która ułożyła się spokojnie między jego stopami. Peter Dawson Special. Nie dlatego, żeby był szczególnie dobry. Dobry był Jim Beam. I rozlewany w czworokątne butelki, które nie turlają się po podłodze. Ale Dawson był wyjątkowo tani, a spragniony alkoholik z policyjną pensją i pustym kontem nie mógł mieć zbyt wielkich wymagań.

Spojrzał na zegarek. Za dziesięć czwarta. Do zamknięcia monopolowego zostały dwie godziny i dziesięć minut.

Odetchnął głęboko i wstał. O mało nie rozsadziło mu głowy. Zachwiał się, ale utrzymał się na nogach. Przejrzał się w lustrze. Był rybą głębinową wyciągniętą na powierzchnię tak szybko, że oczy i trzewia chciały wyskoczyć na wierzch, i tak mocno, że haczyk rozorał mu policzek, pozostawiając sierpowatą, różową bliznę, biegnącą od lewego kącika ust w stronę ucha. Pogrzebał pod kołdrą, ale nie znalazł żadnych bokserek, więc wciągnął na gołe ciało podniesione z podłogi dżinsy i poszedł do przedpokoju. Za mleczną szybą drzwi wejściowych rysowała się ciemna sylwetka. To ona. Wróciła. Ale tak samo myślał również wtedy, gdy poprzednio ktoś dzwonił do drzwi. Okazało się, że to był pracownik firmy Hafslund Strøm, który przyszedł wymienić liczniki na nowoczesne – dzięki nim dawało się zmierzyć zużycie prądu co do godziny i najmniejszego wata. Wyjaśnił, że wszyscy ich klienci już takie mają i sami mogą sprawdzić, o której włączyli kuchenkę i kiedy ostatnio gasili lampkę do czytania. Harry oświadczył, że nie ma kuchenki, a nawet gdyby miał, to nie chciałby, aby ktokolwiek wiedział, kiedy jej używa. I zamknął tamtemu drzwi przed nosem.

Ale teraz widział za szybą sylwetkę kobiety. Kobiety jej wzrostu, z jej figurą. Jak zdołała wejść na klatkę?

Otworzył.

Były dwie. Kobieta, której nigdy wcześniej nie widział, i dziewczynka tak mała, że nie sięgała do szyby w drzwiach. Gdy zobaczył podsuwaną przez dziewczynkę puszkę na pieniądze, zrozumiał, że musiały zadzwonić domofonem do któregoś z sąsiadów, żeby je wpuścił.

– Kwestujemy – wyjaśniła kobieta. Obie nosiły założone na kurtki pomarańczowe kamizelki z symbolem Czerwonego Krzyża.

– Myślałem, że ta kwesta odbywa się jesienią – zauważył Harry.

Kobieta i dziewczynka patrzyły na niego w milczeniu. Początkowo odczytał to jako wrogość, jakby oskarżył je o oszustwo. Dopiero później zrozumiał, że to pogarda, przypuszczalnie dlatego, że był półnagi i śmierdział alkoholem, w dodatku o czwartej po południu, a poza wszystkim nieświadomy tej przypuszczalnie przeprowadzanej w całym kraju, transmitowanej w telewizji kwesty.

Sprawdził, czy czuje wstyd. Owszem. Trochę. Wsunął rękę do kieszeni spodni, gdzie zwykle trzymał gotówkę, kiedy szedł pić, bo z doświadczenia wiedział, że niewskazane jest zabieranie ze sobą karty. Uśmiechnął się do dziewczynki, która wielkimi oczami wpatrywała się w jego zakrwawioną rękę, gdy wsuwał złożony banknot do otworu zaplombowanej puszki. W momencie gdy banknot znikał, mignęły mu przed oczami wąsy. Wąsy Edvarda Muncha.

– O cholera! – jęknął i znów włożył rękę do kieszeni. Pusta. Tak jak jego konto.

– Słucham? – odezwała się kobieta.

– Myślałem, że to dwie stówy, ale dałem wam Muncha. Czyli tysiąc koron.

– Ojej.

– Czy mogę... dostać je z powrotem?

Dziewczynka i kobieta nie przestawały się w niego wpatrywać. Mała ostrożnie podniosła puszkę nieco wyżej, aby mógł lepiej widzieć plastikową plombę nad logo organizowanej akcji.

– Rozumiem – powiedział Harry. – A może wydacie resztę?

Kobieta uśmiechnęła się, jakby zdobył się na dowcip, a on prędko odpowiedział jej tym samym, chcąc ją zapewnić, że miała rację, podczas gdy mózg desperacko szukał rozwiązania problemu. Dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć koron i dziewięćdziesiąt øre do godziny szóstej. Ewentualnie sto sześćdziesiąt dziewięć dziewięćdziesiąt za małą butelkę.

– Może się pan pocieszyć tym, że te pieniądze są przeznaczone dla potrzebujących – rzuciła kobieta na odchodne, ciągnąc dziewczynkę za sobą w stronę schodów i następnego mieszkania.

Harry zamknął drzwi, poszedł do kuchni i zmył krew z ręki. Poczuł piekący ból. Po przejściu do pokoju rozejrzał się i zauważył, że na poszwie kołdry odcisnęła się zakrwawiona dłoń. Na czworakach wydobył komórkę spod kanapy. Żadnych SMS-ów. Jedynie trzy nieodebrane połączenia z wczorajszego wieczoru. Jedno od Bjørna Holma, technika kryminalistycznego rodem z Toten, i dwa od Alexandry z Instytutu Medycyny Sądowej. Alexandra i Harry zawarli intymną znajomość dopiero całkiem niedawno, po wyrzuceniu go przez Rakel, lecz sądząc po tym, co wiedział – i pamiętał – na jej temat, Alexandra nie zaliczała się do kobiet, dla których menstruacja może stanowić przyczynę odwołania spotkania. Pierwszej nocy, kiedy pomogła mu wrócić do domu i gdy oboje bez powodzenia przetrząsnęli jego kieszenie w poszukiwaniu kluczy, niepokojąco szybko i skutecznie otworzyła zamek wytrychem, a potem ułożyła jego – i samą siebie – na kanapie. Kiedy się obudził, już jej nie było. Została tylko kartka z podziękowaniem za wykonane usługi. Więc to oczywiście mogła być jej krew.

Harry zamknął oczy, próbując się skoncentrować. Chronologię zdarzeń w ostatnich tygodniach mógł określić, łagodnie mówiąc, jako niejasną, lecz jeśli chodziło o wczorajszy wieczór i noc, to pamięć była wyczyszczona. Kompletnie wyczyszczona. Otworzył oczy, przyjrzał się piekącej prawej dłoni. Trzy zakrwawione kostki, zdarta skóra z zakrzepłą krwią przy brzegach ranek. Musiał kogoś uderzyć. Trzy kostki oznaczały kilka ciosów. Teraz odkrył również krew na spodniach. Za dużo, by mogła pochodzić z samych knykci. I już na pewno nie była to krew menstruacyjna.

Ściągnął poszwę z kołdry, jednocześnie oddzwaniając na nieodebrane połączenie od Bjørna Holma. Kiedy usłyszał burczenie na drugim końcu, wiedział, że gdzieś rozbrzmiewa teraz dzwonek w postaci piosenki Hanka Williamsa, opowiadającej, jak twierdził Bjørn, o techniku kryminalistycznym, takim jak on sam.

– No i co tam? Jak się masz? – rozległ się dobroduszny dialekt Bjørna.

– Zależy, jak na to spojrzeć. – Harry wszedł do łazienki. – Możesz mi pożyczyć trzy stówy?

– Jest niedziela, Harry. Monopolowy zamknięty.

– Niedziela? – Harry wyszedł ze spodni i razem z poszwą wepchnął je do przepełnionego kosza na brudną bieliznę. – Niech to szlag.

– Coś jeszcze?

– Widzę, że dzwoniłeś do mnie koło dziewiątej.

– Tak, ale nie odebrałeś.

– Bo najwyraźniej telefon ostatnią dobę przeleżał pod kanapą. Siedziałem w Jealousy.

– Tak też pomyślałem. Dlatego zadzwoniłem do Øysteina, a on potwierdził, że jesteś.

– I?

– I pojechałem tam. Naprawdę nic nie pamiętasz?

– Jasna cholera. Co się stało?

Harry usłyszał westchnienie Bjørna i wyobraził sobie, jak kolega przewraca lekko wyłupiastymi rybimi oczami w okrągłej jak księżyc w pełni bladej twarzy, obramowanej kaszkietem oraz największymi i najbardziej rudymi w całym Budynku Policji bokobrodami.

– Co chcesz wiedzieć?

– Tylko to, co twoim zdaniem powinienem – odparł Harry, jednocześnie odkrywając coś w koszu na brudną bieliznę. Spomiędzy nieświeżych bokserek i T-shirtów sterczała szyjka butelki. Natychmiast po nią sięgnął. Jim Beam. Pusta. A może? Odkręcił korek, przyłożył szyjkę do ust i odchylił głowę.

– Okej. Oto skrócony raport – zaczął Bjørn. – Kiedy przyszedłem do baru Jealousy o dwudziestej pierwszej piętnaście, byłeś pijany. A kiedy cię odwoziłem do domu o dwudziestej drugiej trzydzieści, mówiłeś wyłącznie o jednym. O jednej osobie. Możesz zgadywać o kim.

Harry nie odpowiedział; potrząsnął butelką, obserwując kroplę spływającą po wewnętrznej ściance.

– O Rakel – uzupełnił Bjørn. – W samochodzie całkiem odjechałeś, ale udało mi się doprowadzić cię do mieszkania, i tyle.

Po postępach kropli Harry zorientował się, że ma sporo czasu, więc odsunął butelkę od ust.

– Mhm. Nic więcej?

– To wersja skrócona.

– Pobiliśmy się?

– Ty i ja?

– Z takiego nacisku na „ja” wynika, że w każdym razie ja się biłem. Z kim?

– Nowy właściciel Jealousy zaliczył przynajmniej raz.

– Raz? Obudziłem się z trzema zakrwawionymi knykciami i mam jeszcze krew na spodniach.

– Pierwszym ciosem trafiłeś go w nos, krew aż trysnęła. Ale za drugim razem się uchylił, a ty wcelowałeś w ścianę. I to nie tylko jednym uderzeniem. Przypuszczam, że na murze ciągle są ślady twojej krwi.

– Ringdal nie chciał mi oddać?

– Prawdę powiedziawszy, byłeś tak nachlany, że nie miałeś mocy obrażania kogokolwiek. We dwóch z Øysteinem jakoś cię powstrzymaliśmy, zanim zrobiłeś sobie większą krzywdę.

– Cholera, nic z tego nie pamiętam.

– Na jeden cios ten Ringdal zasłużył. Puścił całą White Ladder raz i szykował się do drugiej rundy. Zacząłeś na niego wrzeszczeć, że zepsuł dobrą opinię baru, którą w twoim przekonaniu zbudowaliście wy, to znaczy ty, Øystein i Rakel.

– Bo to prawda! Ten bar był kopalnią złota, Bjørn. On go przejął za grosze, a ja postawiłem tylko jeden warunek: że się obroni przed gównem. Że będzie puszczał porządną muzykę.

– Twoją muzykę?

– Naszą, Bjørn. Twoją, moją, Øysteina, Mehmeta... A nie jakiegoś pieprzonego Davida Graya!

– Powinieneś może zdefiniować... O rany, mały płacze, Harry!

– Aha, przepraszam. I dziękuję. No i przepraszam za wczoraj. Cholera, mówię jak jakiś klaun. Kończmy. Pozdrów Katrine.

– Jest w pracy.

Rozłączyli się. W tym samym momencie, niczym w przebłysku światła, Harry’emu mignęło coś przed oczami. Stało się to tak prędko, że nie zdążył dojrzeć, co to było, ale serce nagle zakołatało mu tak mocno, że z trudem łapał oddech.

Spojrzał na butelkę, którą wciąż trzymał w górze. Kropla spłynęła. Popatrzył w dół. Na białym brudnym kafelku widać było brązową plamkę.

Westchnął. Nagi osunął się na podłogę, poczuł zimne płytki pod kolanami. Wystawił język, wziął głęboki oddech i nachylił się, czołem dotykając posadzki jak do modlitwy.

Długimi krokami Harry pokonywał Pilestredet. Martensy zostawiały czarne ślady w cienkiej warstwie śniegu spadłego poprzedniej nocy, który z całych sił starało się roztopić niskie wiosenne słońce, zanim osunęło się za fasady starych trzy- i czteropiętrowych domów. Harry słyszał rytmiczne tarcie o asfalt drobnego żwiru wbitego w podeszwy z grubym bieżnikiem, kiedy mijał wyższe nowoczesne budynki mieszkalne na dawnej parceli Szpitala Centralnego, gdzie przed blisko pięćdziesięcioma laty przyszedł na świat. Obejrzał najnowszą sztukę ulicy na fasadzie Blitzu, starej, niegdyś okupowanej przez radykalną młodzież kamienicy, będącej twierdzą punka, gdzie jako nastolatek przychodził na podejrzane koncerty, chociaż sam nigdy nie zaliczał się do punków. Minął pub Rex, w którym się upijał, kiedy ten przybytek nazywał się inaczej, piwo było tańsze, a bramkarze bardziej elastyczni, i kiedy kręcili się tu fani jazzu. Ale do nich też się nie zaliczał. Ani do mówiących językami nawróconych ze zboru Filadelfia po przeciwnej stronie ulicy. Minął budynek sądu. Ilu zabójców doprowadził do skazania w tym miejscu? Wielu. Ale niewystarczająco wielu. Bo w koszmarach nie nawiedzają ci, których się złapało, ale ci, którzy uszli wolno – no i ich ofiary. Mimo to schwytał dostatecznie wielu, aby zyskać pewną sławę. I dobrą, i złą. Składało się na nią również to, że pośrednio lub bezpośrednio zawinił śmierci kolegów. Dotarł do Grønlandsleiret. Tam, gdzie monoetniczne niegdyś Oslo zetknęło się w latach siedemdziesiątych z otaczającym je światem lub odwrotnie. Restauracje o arabskich nazwach, sklepy z warzywami i przyprawami sprowadzanymi z Karaczi, Somalijki w hidżabach na niedzielnym spacerze z wózkami, a trzy kroki za nimi mężczyźni pochłonięci głośną rozmową. Ale Harry rozpoznawał również dwa puby z czasów, gdy Oslo miało białą klasę robotniczą – i to był jej rewir. Minął kościół na Grønland i ruszył pod górkę w stronę szklanego pałacu na końcu parku. Zanim pchnął ciężkie metalowe drzwi z bulajem, jeszcze się odwrócił. Spojrzał na Oslo. Brzydkie i piękne. Zimne i gorące. W niektóre dni kochał to miasto, w inne go nienawidził. Ale nie potrafił go opuścić. Owszem, zrobić sobie od niego przerwę, wyjechać na jakiś czas, ale nigdy opuścić na dobre. Nie tak jak ona go opuściła.

Zaczekał, aż strażnik pozwoli mu wejść, a przy windach rozpiął bosmankę, lecz i tak poczuł oblewający go pot. I drżenie na widok rozsuwających się drzwi windy. Zrozumiał, że dzisiaj się to nie uda, więc zawrócił i schodami wszedł na szóste piętro.

– Niedziela w robocie? – Katrine Bratt oderwała wzrok od komputera, kiedy Harry bez zaproszenia wszedł do jej pokoju.

– Nawzajem. – Rozsiadł się w fotelu stojącym koło jej biurka.

Ich spojrzenia się spotkały.

Harry zamknął oczy, odchylił głowę i wyciągnął długie nogi, sięgając nimi aż do biurka. Biurka towarzyszącego stanowisku, które Katrine przejęła po Gunnarze Hagenie. Kazała pomalować ściany na jaśniejszy kolor i wycyklinować parkiet, ale poza tym gabinet szefa wydziału wyglądał jak dawniej. I chociaż Katrine Bratt była świeżo upieczoną naczelniczką Wydziału Zabójstw oraz matką, Harry wciąż widział w niej ciemnooką szaloną dziewczynę, przybyłą z Komendy Okręgowej Policji w Bergen, z planem, mentalnym bagażem, czarną grzywką i tego samego koloru skórzanym płaszczem skrywającym ciało, które stanowiło dowód na to, iż nieprawdą jest, że w Bergen nie ma rodzaju żeńskiego[1], i do którego przyklejały się spojrzenia kolegów Harry’ego. Sama Katrine patrzyła jednak wyłącznie w kierunku Harry’ego ze zwyczajnych, choć paradoksalnych powodów. Jego złej sławy. Tego, że był już zajęty. I tego, że traktował ją wyłącznie jak koleżankę z pracy.

– Możliwe, że się mylę – Harry ziewnął – ale przez telefon brzmiało to niemal tak, jakby temu twojemu chłopkowi z Toten dobrze było na urlopie tacierzyńskim.

– Bo tak jest. – Katrine wstukała coś w komputer. – A co z tobą? Dobrze ci...

– Na urlopie mężowskim?

– Zamierzałam spytać, czy dobrze ci z powrotem w Wydziale Zabójstw.

Harry otworzył jedno oko.

– Z zadaniami na poziomie szeregowego funkcjonariusza?

Katrine westchnęła.

– To najlepsze, co Gunnar i ja mogliśmy osiągnąć w takiej sytuacji, Harry. Czego ty się właściwie spodziewałeś?

Harry powiódł jednookim spojrzeniem po gabinecie, zastanawiając się, czego się spodziewał. Że gabinet Katrine będzie miał pewien kobiecy sznyt? Że zostawią mu tyle samo przestrzeni, ile miał, zanim zrezygnował z funkcji śledczego specjalizującego się w sprawach zabójstw, został wykładowcą w Wyższej Szkole Policyjnej, ożenił się z Rakel i podjął próbę życia w spokoju i trzeźwości? Oczywiście nie mogli tego zrobić. Katrine, przy błogosławieństwie Gunnara Hagena i z pomocą Bjørna, dosłownie wyciągnęła go z rynsztoka i zapewniła mu miejsce, gdzie mógł się podziać. Powód, żeby wstawać rano, pomyśleć o czymś innym niż Rakel; powód, żeby nie zapić się na śmierć. Zgodził się na siedzenie i sortowanie papierów, na przeglądanie cold cases, co świadczyło jedynie o tym, że był w większym dole, niż przypuszczał, że kiedykolwiek osiągnie. Chociaż doświadczenie mówiło, że zawsze można spaść jeszcze niżej. Harry więc chrząknął.

– Możesz mi pożyczyć pięć stów?

– Cholera, Harry! – Katrine popatrzyła na niego z rezygnacją. – Po to tu przyszedłeś? Mało ci wczorajszego?

– To tak nie działa – odparł Harry. – Wysłałaś wczoraj Bjørna, żeby mnie ściągnął?

– Nie.

– No to jak mnie znalazł?

– Harry, wszyscy wiedzą, gdzie przesiadujesz wieczorami. Chociaż wiele osób uznałoby wybór baru, który właśnie się sprzedało, za dziwaczny.

– Bo w takich miejscach na ogół nie mają odwagi odmówić obsłużenia byłego właściciela.

– Pewnie do wczoraj. Z tego, co opowiadał Bjørn, ostatni komunikat skierowany do ciebie mówił o dożywotnim zakazie wstępu.

– Naprawdę? Nic nie pamiętam.

– No to pozwól, że ci przypomnę. Próbowałeś nakłonić Bjørna, żeby pomógł ci w zgłoszeniu Jealousy na policję z powodu rodzaju muzyki, którą tam puszczają, a następnie żeby zadzwonił do Rakel i przemówił jej do rozsądku. Z własnego telefonu. Bo swój zostawiłeś w domu, a poza tym nie wierzyłeś, że Rakel odbierze, jeśli zobaczy, że to ty dzwonisz.

– Boże – jęknął Harry, zasłaniając twarz rękami i jednocześnie masując sobie czoło.

– Harry, nie mówię tego, żeby ci dokuczyć. Chcę ci tylko pokazać, co się dzieje, kiedy pijesz.

– Dzięki. – Złożył ręce na brzuchu. Zobaczył, że na brzegu biurka tuż przed nim leży dwustukoronowy banknot.

– Za mało, żeby się schlać – powiedziała Katrine. – Ale wystarczy, żeby zasnąć. Bo ty właśnie tego potrzebujesz. Snu.

Popatrzył na nią. Jej spojrzenie z latami zmiękło. Nie była już tamtą rozgniewaną dziewczyną, która chciała się zemścić na świecie. Może wynikało to z odpowiedzialności za innych ludzi, za tych pracujących w wydziale i za dziewięciomiesięcznego chłopczyka. Tak, podobno takie okoliczności potrafiły obudzić instynkt opiekuńczy i sprawić, że ludzie łagodnieli. W trakcie sprawy wampirysty przed półtora rokiem, kiedy Rakel znalazła się w szpitalu, a on się upił, Katrine wyciągnęła go z baru i zabrała do siebie. Pozwoliła mu zarzygać nieskazitelną łazienkę i zapewniła kilka godzin nieprzytomnego snu w łóżku swoim i Bjørna.

– Nie – zaprotestował Harry. – Nie potrzebuję snu, tylko sprawy.

– Dostałeś sprawę...

– Potrzebuję sprawy Finnego.

Katrine westchnęła.

– Zabójstwa, które masz na myśli, nie nazywają się sprawą Finnego. Nic w nich nie wskazuje, że to on jest sprawcą. A poza tym, tak jak ci mówiłam, mam już ludzi, którzy nad tym pracują.

– Trzy zabójstwa. Trzy nierozwiązane zabójstwa. I ty uważasz, że nie potrzebujesz kogoś, kto potrafi udowodnić to, co oboje wiemy, a mianowicie, że zrobił to Finne?

– Dostałeś swoją sprawę, Harry. Rozwiąż ją, a mnie pozwól kierować tą budą.

– Moja sprawa to żadna sprawa. Zwykła awantura małżeńska. Mąż przyznał się do zabójstwa, mamy i motyw, i dowody techniczne.

– Przyznanie się do winy można w każdej chwili wycofać. A wtedy będziemy potrzebowali czegoś mocniejszego.

– Taką sprawę mogłaś dać Wyllerowi albo Skarremu czy któremuś z młodych. Finne to maniak seksualny i seryjny zabójca, a ja jestem, do cholery, jedynym śledczym ze specjalnymi kompetencjami akurat w tej dziedzinie, jakiego masz.

– Nie, Harry! To ostateczna decyzja.

– Ale dlaczego?

– Dlaczego? Popatrz na siebie! Gdybyś kierował Wydziałem Zabójstw, wysłałbyś zapijaczonego, niezrównoważonego śledczego do naszych już i tak sceptycznie nastawionych kolegów z Kopenhagi albo ze Sztokholmu? Oni są przekonani, że za zabójstwami w ich miastach absolutnie nie stoi ten sam człowiek. Dostrzegasz seryjnych morderców wszędzie, bo twój mózg jest nastawiony na jedno.

– Na pewno masz rację. Ale ja i tak wiem, że to Finne. Wszystkie cechy charakterystyczne...

– Przestań! Musisz się pozbyć tych myśli. To natręctwo, Harry.

– Natręctwo?

– Bjørn mówi, że po pijaku ciągle gadasz o Finnem. Że musisz go dopaść, zanim on dopadnie ciebie.

Harry wziął dwusetkę z biurka i schował ją do kieszeni spodni.

– Miłej niedzieli.

– Dokąd idziesz?

– Tam, gdzie będę mógł dzień święty święcić.

– Masz kamyki powbijane w podeszwy, więc podnoś nogi, kiedy będziesz szedł po moim parkiecie.

Przypisy

[1] W dialekcie bergeńskim nie występuje rodzaj żeński rzeczowników, są tylko rodzaje wspólny (męsko-żeński) i nijaki [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].